Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 10: Widok na Himalaje

 

Nagarkot (w języku nepalskim नगरकोट) to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewodnik twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby na cieszyć swe oczy najpiękniejszymi widokami gór.

W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot wiązała się piękne widoki najbardziej ze wschodem słońca.

Do Nagarkot dotarli po długiej podróży autobusem wąską, w dużej części, marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich miejsc w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem hotelu. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, wspomagany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu adres.

Po nocy hotel – murowany surowy budynek na stoku góry – wyglądał z zewnątrz jak nowa szopa na sprzęt rolniczy.

Mieli szczęście, z trudem znaleźli odpowiednią ilość wolnych miejsc. Kolację zjedli w restauracji Kosmiczna Góra, po czym udali się do wyznaczonych pokoi. Było bardzo zimno. Łóżko Iwana Iwanowicza okazało się w dodatku twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Iwan Iwanowicz robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu ułożył się w zielonej koszulce z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca o godzinie szóstej piętnaście. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im obiecano. Droga ku słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już na punkcie obserwacyjnym: był to dach w formie tarasu z barierkami mogącego pomieścić nie więcej niż kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście. Czekali i czekali. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, gdyż niebo było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Alko, chudemu facetowi z wiecznie zamglonymi oczami, butelkę piwa o pojemności trzy czwarte litra.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel. – Iwanowi Iwanowiczowi łatwo przyszły te perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się jednak nimi z innymi osobami. – Jestem surowy i okrutny – myślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Alko obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był nieprzerwanie intoxicated jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Któregoś dnia zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Był jak ból głowy po przepiciu dla przewodnika i potencjalny kłopot dla całej grupy. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Opuszczając Nagarkot Iwanowi Iwanowiczowi wydało się, że budynki, wnętrza, wyposażenie, atmosfera i widoki tej miejscowości są siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające ją zimne szczyty Himalajów.

Kiedy czekali na autobus, Rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadawano dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowę dziecka golono, praktykowano też jakiś ceremoniał karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętowała „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawiano ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymywali wtedy gratulacje i upominki.

Wracając z gór Iwan Iwanowicz poświęcił się rozważaniu, które nazwał egzystencjalno – filozoficznym. Chodziło o wolny czas. W takim sensie jak wolny jest człowiek bez obowiązków, dziecko na placu zabaw czy zwierzę na pastwisku. Dla uczestników grupy taki czas właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc: z pokoju hotelowego, służącego jedynie za sypialnię, do restauracji lub baru na śniadanie, następnie do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem kolejnego, potem przerwa na posiłek, potem kolejny obiekt i tak do wieczora, do chwili przyjazdu do nowego hotelu. Jedyny czas, jaki naprawdę dysponowali, to była długa obiadokolacja, rzadziej możliwość wyjścia na zewnątrz we własnym zakresie i powłóczenia się po ulicach.

Iwan Iwanowicz, jeśli miał szczęście, tylko wieczorem mógł napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami, lub połączyć się przez Skype z rodziną. Dalsze działania określał lakonicznie: po powrocie do pokoju rozebranie się, prysznic, lulu i od rana nowa rutyna dzienna.

W jego opinii Iwana myślenie o śnie było przesadą. Sen nie był czynnością, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu ludzi na świecie cierpiących na bezsenność. Prawda była taka, że źle sypiał, co odrabiał potem w autobusie w trakcie przejazdów z miejsca na miejsce.

0Shares

Wycieczka do Egiptu. Cz 4: Dwie opinie o tej samej wycieczce, przewodniku i hotelu

Pod adresem jak niżej (https://r.pl/egipt-potega-poludnia/zakwaterowanie-egi/opinie-4?f=118–egipt-potega-poludnia_118_56246_39331_1920x730&gclid=EAIaIQobChMIhYS3nf-p2gIVgquyCh3xQQAFEAEYAiABEgLMmfD_BwE Opinię dodał: Mirosław, 56-65 lat, ze znajomymi, termin pobytu: Marzec 2017. 138 z 169 osób uznało tą opinie za pomocną), znalazłem opinie sprzed roku odnoszącą się do identycznej wycieczki, jak ta w której ja uczestniczyłem. Cytuję:

„Podczas wycieczki objazdowej najważniejszy jest pilot, który ma decydujące znaczenie na jej ocenę. Nam trafił się Adel Zidan, który najpewniej wywodzi się z miejscowych biur organizujących wycieczki dla Polaków. Świadczy o tym jego komercyjne podejście do zawodu. Zanim dojechaliśmy z lotniska do hotelu zebrał od wszystkich obowiązkowe 145$ mimo, że o 20.00 wyznaczył spotkanie organizacyjne podczas którego można było to zrobić w sposób bardziej cywilizowany. Później było podobnie – przede wszystkim biznes, czyli sprzedaż wycieczek fakultatywnych, płyt DVD o historii Egiptu (własna działalność gospodarcza), agitowanie do zakupu kartuszy, wyrobów jubilerskich (od znajomych) czy wreszcie do zakupu wody od kierowcy w cenie 1$ za dwie półlitrówki (średnio w sklepie woda 1,5 l kosztuje 4-5 funtów). Zazwyczaj podczas takich wycieczek pilot mówi tak dużo, że czasami tęskni się za błogą ciszą, tutaj było odwrotnie – trzeba było czekać na informacje od pilota, ale tak już maja przewodnicy komercyjny. Tylko zapytany odpowiadał na pytania dotyczące zwyczajów, codziennego życia czy innych ciekawostek z życia Egipcjan.  Osobnym problemem była jego znajomość języka polskiego. Była wystarczająca w autokarze, gdzie było dobre nagłośnienie i można było się domyślić wyrazu którego się nie zrozumiało a było ich trochę. Pan Adel nie wymawia spółgłosek i podczas zwiedzania, gdzie nie zawsze można stanąć blisko przewodnika były duże problemy żeby zrozumieć co mówi. Wystarczyło zgubić jeden wyraz kolejnego nie zrozumieć i klops. Przykład – „podzim” oznacza „pod ziemią” ale wiem to dopiero teraz. Podczas sprawdzania obecności gdy okazało się że nie potrafi wymówić większości nazwisk sprawdzał nas numerami pokojów. W czasie przejazdu z Assuanu do Hurgady który trwał ok. 9 godzin nie odzywał się prawie wcale – dla niego było już po wycieczce więc po się wysilać. Rozdał ankiety i na tym zakończył działalność. Był to najgorszy pilot jakiego spotkałem dotychczas a ponieważ to moja pierwsza wycieczka z Rainbow nieprędko kupię tutaj następną. Program wycieczki: Program nastawiony przede wszystkim na wycieczki fakultatywne. Pilot: Opisałem wyżej – tragedia. Transport: Statek Sarah II niezły ale autokary to rozklekotane gruchoty. Jedyny plus to to że miały sprawna klimatyzację. Siedzenie same sie rozkładały nie pozwalając się normalnie oprzeć. Zakwaterowanie: Na statku OK ale w hotelu Three Corners Royal Star już gorzej. Okna na remontowany szpital, w pokoju ciemniej niż na korytarzu a w łazience przydałaby się latarka tak tam ciemno. Pierwszy raz spotkałem sie aby w czterogwiadkowym hotelu mięso było wydawane przez kucharza w ramach szwedzkiego stołu”.

Mój komentarz: Opinia jest w zasadniczej mierze nieprawdziwa, bo zbyt negatywna.  Odrzucam takie opinie. To dobra zasada: jeśli masz więcej opinii do zapoznania się, odrzuć te najbardziej krańcowe: najgorszą i najlepszą.

 Przewodnicy egipscy: Nagi (po lewej) i Ziedan (po prawej)

Ziedan (prawidłowa pisownia) był sensownym przewodnikiem. Jego język polski jak na Egipcjanina był przyzwoity, choć rzeczywiście przewodnik używał nieco orientalnych sformułowań typu „responilu” (rejs po Nilu) czy „bramidy” (piramidy). Określenia „podzim” nie słyszałem. Co do sprzedaży drobnych wyrobów egipskich w autobusie, uważałem to za błogosławieństwo. Były to drobiazgi wartości jednego lub dwóch dolarów USA (3,5 – 7 zł); w spokoju w autobusie można było kupić je nie będąc nagabywanym prze sprzedawców, którzy potrafili być natrętni. Wodę w autobusie sam kupowałem chętnie podobnie jak i inni uczestnicy wycieczki; butelki były przechowywane w lodówce a sam zakup był bardzo poręczny i tani: dwie lub trzy butelki półlitrowe za 1 dolara w kraju otoczonym pustyniami, to nie jest wygórowana cena.

 Widok z tarasu Royal Star na morze Widok z tarasu na hotel

Hotel Royal Star (patrz zdjęcia) bardzo sobie chwaliłem: przestrzenny, czysty, szerokie korytarze, wygodny pokój z małym balkonem, piękny taras przed hotelem z basenem, parasole, leżanki, dostęp do bezpłatnych ręczników kąpielowych. Jedzenie (duży wybór, trzy posiłki) było bardzo dobre, dużo lepsze niż w Hiszpanii, gdzie byłem rok wcześniej.

Dostęp do morza nie był nadzwyczajny (meduzy, kamienie), ale po dwóch dniach odkryłem, że są drabinki prowadzące od razu do głębokiej wody. Mało ludzi zresztą pływało. Większość opalała się. Towarzystwo międzynarodowe: Holendrzy, Belgowie, Norwedzy, Niemcy, Amerykanin mieszkający w Australii. Oprócz pracowniczki recepcji pani Magdy (Guest Relations) oraz pana Przemka (animator zespołu ABS Entertainment), spotkałem jeszcze tylko jedną Polkę, panią Elżbietę, zamieszkałą w Niemczech, która przyjechała na wypoczynek. Z wieloma osobami rozmawiałem.

Ja miałem inne problemy. Zlew mi się zatkał w łazience, zgłaszałem, nie naprawili przez dwa dni. W żaden sposób nie można było dodzwonić się do Polski. Łącza telefonicznie nie działały, nie było zasięgu, diabeł tasmański chyba mieszał palce w tej egipskiej niemocy.

W podsumowaniu: jak chce się psa uderzyć, to i kij się znajdzie. Najlepsze są wycieczki z idealnymi złotoustymi przewodnikami, autokarami wysłanymi perfumowaną trawą morską i pokojami typu „royal lounge” za drobne grosze. Może przesadzam, ale chyba nie.

 Kościół koptyjski w Hurghada.  Byłem tam na mszy (zupełnie przypadkiem). Przy wejściu siedział uzbrojony policjant, sprawdzano torby i plecaki, ulica był kompletnie zablokowana z obydwu stron. Wewnątrz mężczyźni siedzieli po lewej stronie, kobiety osobno po prawej.

 Wnętrze kościoła koptyjskiego w Hurghadzie (Orthodox Coptic Church).

0Shares