Bolesne wspomnienia Bey Tschubaschek. Powieść psychodeliczna. Odc. 9.

Bea Tschubaschek westchnęła ciężko. Wszystko przestało jej się podobać, sala konferencyjna, miasto i samo Bractwo Kontynentalne. Uczestniczyła w spotkaniach już kilkanaście dni i nikt jeszcze jej nie zauważył. A przecież bywała tu wcześniej i to ważnej roli. Teraz podchodzili do niej różni ludzie, patrzyli pytająco, wyciągali rękę na powitanie i przedstawiali się, jakby nigdy nie widzieli jej na oczy. Mówili coś niezrozumiale. Jakieś guten morgen, bonjour toujour, good morning. Domyśliła się, że to po niemiecku. Dziwne było tylko, że nikt do niej nie powiedział „Frau Tschubaschek”. Lubiła te słowa.

– Ci ludzie zachowują się po prostu okropnie. Uśmiechają się, ale jakoś tak półgębkiem. Niby uprzejmi, a w rzeczywistości jacyś obcy – pomyślała. Rozejrzała się po sali konferencyjnej. Była wielka jak boisko. Na żadnej ścianie nie było krzyża! To ją zszokowało.

– Nienormalni ludzie. Istna wieża Babel. Jakieś niereligijne niemoty, czy co? Nikt nie mówi ludzkim językiem. To okropne – żaliła się w duchu. Z braku towarzystwa rozmawiała sama ze sobą.

Po południu, kiedy doszło do głosowania, aby ustalić, kto co będzie robić, za każdym razem głosowano przeciwko niej. W przerwie przed głosowaniem chodziła i mówiła po kolei każdemu delegatowi, wręczając plastikową torebkę z upominkiem w postaci makatki ludowej:

– Hej! To ja, Bea Tschubaschek, prawa ręka Naczelnika Kukuły. No, Ptacha! Teraz to chyba przypominasz mnie sobie!

Wieczorem, w apartamencie hotelowym, Bea pomyślała, że nikt jej nie poznaje, ponieważ bardzo się zmieniła. Wstała z krzesła i przeszła do sypialni, aby przejrzeć się w dużym lustrze. Zobaczyła wściekłą kobietę z wykrzywionymi ustami i prawą dłonią zaciśniętą w pięść. Z trudem poznała siebie.

W głębi lustra dostrzegła rozmazane postacie. Była to cała procesja. Na przodzie szedł mężczyzna. Poznała go natychmiast. To był Rudy, wróg Ptacha. Przyglądał jej się dziwnym wzrokiem. Na szczęście oddalił się szybko. Następny był młody człowiek, stał przy samochodzie z migającymi światłami. Po nim pojawili się chłopcy na wózkach inwalidzkich. Na końcu ktoś wniósł flagę Bractwa Kontynentalnego przypominającą kształtem usta wykrzywione sardonicznym śmiechem. Zdenerwowało ją to, ten cały korowód absurdalnych postaci i zdarzeń. Dobrze wszystko pamiętała. Aby zatrzeć niemiłe wrażenie, znowu popatrzyła na siebie.

– Ależ ja się zmieniłam. Strasznie utyłam! To dlatego tak na mnie patrzyli. Tak, to tłumaczy całą sytuację – pomyślała.

Potrzebowała porozmawiać z kimś bliskim. Zadzwoniła do Namiestnika Kukuły.

– Już wiesz, Ptachu?

– Tak, odrzucili cię – wybuchł Ptachu. – To dranie. On cię nienawidzą, Jesteś pobożną kobietą, chrześcijanką i katoliczką, chodzisz regularnie do kościoła, modlisz się gorąco, a oni takich nie lubią. Znasz trzydzieści modlitw na każdą okazję. Pamiętasz, jak modliłaś się o obfity deszcz? Spadł jeszcze tej samej nocy! Nie to, co ci ludzie, oni nie wierzą nawet we własną kieszeń. To odmieńcy, bezbożnicy i zaprzańcy. Nie to co my, ty i ja. Dlatego nas nienawidzą.

– Co robić?

– Próbuj aż do skutku. Jest Bóg na niebie, może on coś wymyśli.

Rozmowa z Ptachu nie uspokoiła jej. Liczyła na niego. Zawsze umiał coś wymyśleć, zaradzić. Była przecież jego prawą ręką. Przypomniała sobie uroczystość powitania na lotnisku. Wróciła właśnie z meczu i utonęła w kwiatach, jakie na nią czekały. Zapach był tak odurzający, że musiano ją cucić. Mało co nie umarła. Przypomniała sobie późniejszą uroczystość, nieformalną, w gabinecie Namiestnika. Wręczył jej nagrodę za niezłomną postawę, za przeciwstawienie się Rudemu.

– To jest odlew mojej prawej ręki – powiedział wzruszony.

Kiedy to sobie przypomniała, sięgnęła do walizki, częściowo tylko rozpakowanej, stojącej na dnie szafy i po chwili trzymała odlew w ręku. Położyła go na stoliku i przyglądała się. Był piękny, idealnie oddawał kształt mocnych palców Ptacha. Artysta doskonale odtworzył też złoty pierścień na palcu prawej ręki. Zrobiło jej się smutno.

– Tutaj nie mają dla mnie uznania, za to co zrobiłam i osiągnęłam, za moje oddanie sprawie. Mam za sobą przeszłość, której ta dzicz nie akceptuje.

Zrozumiała, że jej przeszłość nie pasuje do atmosfery i oczekiwań Bractwa Kontynentalnego. Zastanawiała się, co robić. Wyciągnęła z szuflady nuty, teksty pieśni i piosenek, i z tęsknoty za ponowną akceptacją i kwiatami zaczęła ćwiczyć chwyty na gitarę. Zapragnęła znowu doznać uczucia słodkiej duszności jak na lotnisku w chwili największej chwały.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 170: Objawy życia i mobilizacji

Pierwszy zmobilizował się kościół. O godzinie szesnastej powietrze rozdarły uderzenia dzwonów, jakie cudem przetrwały na wieżach kościelnych, wwiercając się w ciszę pozostawioną przez tornado i tsunami. Starsi ludzie masowo ruszyli do świątyń lub tego co z nich zostało, aby dziękować Bogu i wszystkim świętym za ocalenie im życia. Zbierali się razem w przekonaniu, że wspólna modlitwa przynosi większy pożytek. Świętej Scholastyce dziękowano za przywrócenie normalnej pogody. Kapłani odprawiali nabożeństwa dziękczynno-błagalne, przewodzili procesjom, na których śpiewano psalmy i modlono się o pomoc w odbudowie zniszczonych domów i kościołów oraz uratowanie tego, co pozostało ze zdewastowanych upraw. Nawet ateiści i gnostycy garnęli się do uroczystości religijnych.

– Nie wierzymy w Boga, ale chcemy posłuchać modlitw – wyjaśniali niepewnie.

Pragmatyczni duchowni zachęcali ludzi nie tyle do modlitwy, kajania się i rozważań nad marnością życia, ile do usuwania zniszczeń, odbudowy domostw i niesienia pomocy potrzebującym. Był to czas intensywnego testowania nakazu „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. W miarę postępu dnia coraz więcej osób wychodziło na światło dzienne wyrywając się ze stanu zamroczenia. Czuli, jakby urodzili się na nowo.

Następnego dnia słońce z samego rana wyległo na ulice, a wraz z nim setki a może i tysiące ludzi, pragnących odświeżyć się pierwszymi strumieniami świeżości. Rozchełstani staruszkowie pozdrawiali staruszków zawiniętych w ciepłe kurtki i zimowe czapy, blada dziewczyna tuliła do siebie szarego kota z wielkimi oczami mijając kobiety w czarnych koszulkach opinających piersi podobne do jabłek Champion, jędrnych, soczystych i słodkich. Między spacerującymi mieszkańcami miasta śmiałe hulajnogi uwoziły dzieci ku kolejnym przeżyciom i niedoznanym jeszcze radościom.

W domu Sefardi wypakował z torby zakupy: kalarepę wielkości młodocianej dyni, bułkę drożdżową i bułkę dwuwarstwową, kruchy rogal francuski, butelkę słodowego piwa o zawartości alkoholu zdolnej oszołomić przydeptaną muchę, dwie porcje szynki bez konserwantów oznaczonej skrótem „tradycyjna”, w końcu dwa dojrzałe banany.

*****

Wieczór przyniósł refleksje nad tym, co się stało. Pojawiły się głosy, że minione dni były karą za grzechy; inni mówili, że to tylko tragiczny zbieg anomalii pogodowych, jeszcze inni, że to skutek niszczenia środowiska. Kraj zamienił się w wieżę Babel, większą od starożytnej, w której, oprócz języków, mieszały się poglądy oraz przestawiały schody i drabiny, na której każdy mający coś do powiedzenia pragnął usytuować swój głos jak najwyżej.

Nomadia przeżywała najbardziej tragiczny okres swojej historii. Apokalipsa spowodowała śmierć tysięcy osób nakręcając spiralę dalszych niepowodzeń. Gospodarka przestała się rozwijać, dochód narodowy zmniejszał się drugi rok z rzędu, przedsiębiorcy przestali inwestować, zastraszająco wzrosło bezrobocie. Nocą coraz częściej ludzie poszukiwali pożywienia na śmietnikach. Co najgorsze, społeczeństwo kurczyło się tak szybko, że groziła mu śmierć demograficzna.

– Z silnego i zdrowego kraju pozostał tylko rachityczny szkielet obciągnięty skórą wspaniałej przeszłości – Blawatsky używał mocnych sformułowań, aby unaocznić ludziom skalę tragedii, jaka na ich oczach rozegrała się w domach, na ulicach i placach, w ośrodkach handlowych, szkołach i fabrykach.

*****

Gubernator tak często oblatywał helikopterem miejsca klęsk żywiołowych, jakby sama jego obecność mogła już pomóc. Na własne oczy widział, jak kraj pustoszeje. Wraz z ludźmi znikały uprawy, szarzały pola, rozsypywały się domostwa. Niepodlewana i nienawadniana ziemia marniała niby zwierzę zdychające z głodu i pragnienia. Żyzna gleba jałowiała, na polach pojawiły się brudne plamy piasku nawiewanego z pustyni.

Powszechną dewastację upraw potwierdzali warzywnicy, ogrodnicy oraz właściciele malutkich grządek przytulonych do drogi, płotu lub budynku. Wszyscy wysyłali rozpaczliwe wezwania do władz o pomoc. Kraj zmieniał się w pustynię zdobną – jak to okrutnie określił malarz Adany – kikutami drzew i krzewów, których nie miał kto pielęgnować i podlewać. Ogrody popadały w zaniedbanie. W zielonym ogrodzie botanicznym wyspy Kindera bujne drzewa umierały nie z braku wody, ale gleby zadeptanej przez ludzi szukających cienia.

Stacje i kanały telewizyjne pokazywały wyłącznie skutki Apokalipsy. Dzienniki stały się kroniką nieszczęść i wypadków. Gubernator wymienił dyrektora telewizji publicznej uznając, że nadmierne eksponowanie ludzkich nieszczęść zwiększa tyko ilość samobójstw. Wprowadzono nowy serial telewizyjny mający natchnąć nadzieją skołatane serca ludzi, sceny okazały się jednak zbyt bolesne. Życie filmowych bohaterów toczyło się na pograniczu rzeczywistości i fikcji. Ludzie biegali po ulicach i szukali się nawzajem, w nocy – z powodu awarii zasilania elektrycznego – poruszali się po omacku, trawieni bólem wymierania własnego gatunku. Zmieniły się tematy rozmów, dominowało w nich przerażenie, wyrażające się niekiedy groteskowymi komentarzami.

– Nikogo nie widziałem wychodzącego z budynku, kiedy dzisiaj rano wyjeżdżałem z garażu.

– Ja już od kilku dni nie słyszę sąsiadów zza ściany. Chyba uciekli, umarli lub przestali korzystać z toalety. On bardzo głośno sikał, to było straszne, teraz nic nie słychać. Wolałabym, aby było tak jak dawniej.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 51: Procesja na osiedlu Aura.

Raz w roku osiedle Aura organizowało uroczystą procesję dla uczczenia pamięci. Nie chodziło o zwykłą pamięć, ale o Pamięć Przeszłości, pisaną z dużej litery, jak w anglojęzycznych przewodnikach turystycznych. Co zawierała ta przeszłość, nikt nie pamiętał; jej najwcześniejsze wspomnienia zatarły się w ludzkich umysłach.

Gościem honorowym procesji był mężczyzna o cudzoziemskim nazwisku Christo Carrozza. Czy było ono prawdziwe, nikt tego nie wiedział. Mówiono o nim, że jest wielkim bogaczem i niezwykle utalentowanym przywódcą. Wśród zwolenników cieszył się niepoślednim uznaniem i zaufaniem; niejednokrotnie zwracali się do niego mówiąc: Wodzu, prowadź!

Carrozza uczestniczył w procesji każdego roku, przybywał bardzo punktualnie i zawsze szedł w drugim szeregu. Krążyła pogłoska, że był to człowiek nieszczęśliwy, przyjeżdżający tylko dlatego, że na osiedlu mieszkała jego córka jedynaczka. Niektórzy mówili, że była to jego kochanka i że przyjeżdżał on po to, aby w ruinach przeżyć szukać śladów zagubionej miłości. Był małomówny, przeważnie milczał. Jeśli otwierał usta, to głównie ze zdumienia, kiedy zobaczył lub usłyszał coś dziwnego, albo po to, aby kichnąć, co zdarzało się raczej rzadko. Iwan Iwanowicz niezbyt uprzejmie twierdził, że Carrozza kichał, kiedy zapomniał języka w gębie.

Carrozza przyjeżdżał na procesję opancerzonym samochodem w obstawie wysportowanych, ubranych na czarno osiłków, trzymających prawą rękę za lewą pazuchą, w ciemnych okularach, przez które przebijał wzrok wyczuwający najmniejszy ruch w tłumie. Ochroniarze nosili marynarki z połami dyskretnie podpiętymi agrafkami. Kiedy samochód wjeżdżał na osiedle ziemia drżała, przeszywając czekających dreszczem ekscytacji i niepokoju; jedno skrzydło szlabanu dygotało nerwowo jakby doznając spazmów bólu lub rozkoszy. Stojący najbliżej ludzie słyszeli w tym dygotaniu kwilenie, przypominające płacz małego dziecka. Większość świadków wjazdu bogacza odrzucało takie wyjaśnienia, nawet jeśli coś słyszeli, uznając je za niezgodne z zasadami fizyki oraz fizjologii zdrowego samopoczucia.

W pierwszej kolejności witały bogacza dzieci, uwielbiające tajemnicze samochody, monstrualnie opancerzone, z piekielnie czarnymi szybami. O samochodzie wiedziały wszystko: znały jego markę, rok produkcji, wagę, pojemność silnika i szybkostrzelność karabinów maszynowych, choć takich nie było, ale one w nie wierzyły; kiedyś objawił im to kierowca samochodu, kiedy wyszedł na zewnątrz, aby przetrzeć szybę irchową szmatką. Zagadywany o to i owo przez dorosłych nie odpowiadał, pozostając – podobnie jak jego pasażer – milczący i uważny. Konwersował jedynie z dziećmi i to tylko wtedy, kiedy nikt tego nie widział, ponieważ nie chciał przynosić ujmy pryncypałowi, który nade wszystko cenił tajemnicę.

Carrozza ubrany był zawsze tak samo. Niektórzy domyślali się, że to z oszczędności, inni, że nie chce wyróżniać się w tłumie, jeszcze inni, że ma swój styl i charakter. Po wyjściu z pojazdu otrzepywał z lekka ramiona płaszcza lub marynarki, w zależności od tego, jaka była pogoda, po czym włączał się do procesji zajmując centralne miejsce w drugim szeregu. Szedł miarowym krokiem nie rozglądając się na boki, czasem tylko uśmiechając się zagadkowo, jakby dla pogłębienia swojej tajemniczości, która i tak była już niezmierna.

Procesja obchodziła wszystkie budynki na osiedlu. Stały przed nimi wielkie zdjęcia tajemniczego mężczyzny niezwykle podobnego do Carrozzy; ten zatrzymywał się przed nimi, wyraźnie wzruszony możliwością okazania szacunku a może i miłości osobie na zdjęciu. Procesji przewodził jeden lub kilku księży, raz nawet na czele szedł biskup, obficie błogosławiąc wszystkich stojących na drodze. Carrozza przyjmował obojętnie, kto przewodzi procesji, zadowalając się najwyraźniej centralnym miejscem w drugim szeregu.

Jego miejsce w procesji uznawano za przejaw skromności jak i głębokiej rozwagi. Było dostatecznie eksponowane, mężczyzna był dobrze widoczny z przodu i z boków, a równocześnie bezpieczny, gdyż ewentualny atak z zewnątrz raziłby pierwszy szereg wypełniony przez mężczyzn, kobiety i dzieci.

Szóstego maja procesji przyglądał się Sefardi z okna swojego gabinetu na drugim piętrze. Carrozza wydał się mu łudząco podobny do Barrasa, z twarzy i postury. Sefardi uznał to za omam wzrokowy, ponieważ mężczyzna miał inną fryzurę, bardziej w stylu afro niż lokalnym, miał też twarz bardziej pergaminową, suchą, lekko łuszczącą się, choć podobnie okrągłą. W pewnym momencie Mistrz uległ profesjonalnej dewiacji, porównując sylwetkę mężczyzny do szpindla zegarowego tylko dlatego, że zachwyciła go niewzruszona powaga maszerującego, jego nieruchomy wyraz twarzy, rozjaśniany w równych odstępach czasu uśmiechem, wybiegającym z kącików ust ku zewnętrznym krawędziom oczu.

W procesji uczestniczyła masa leciwych osób obu płci, z przewagą kobiet, żyjących dłużej i chętniej dobywających się z mroku mieszkań i apartamentów na światło dzienne. Była to nauka dla młodszych pokoleń, że starość jest niezniszczalna i potrafi zachować religijną świeżość raz zdolność gorącej manifestacji uczuć, niesłusznie przypisywaną tylko dzieciom i młodzieży. Dla osób spoza osiedla Aura procesja miała wymiar statystyczno-religijny, ujawniając rozmiary mas emerytalno-rentowych oraz ich przywiązanie do przywództwa, wiary i Boga.

Z biegiem czasu Carrozza zyskał miano męczennika. Zapytany, co o tym sądzi, odparł, że wcale go to nie dziwi, ponieważ rzeczywiście umartwia się stanem umysłowości narodu, który z jednej strony spełnia jego oczekiwania i pragnienia, z drugiej zaś gardzi nim odrzucając jego szlachetne intencje. Pytany o to, czy jego umartwianie się nie odzwierciedla filipińskiego zwyczaju cierpienia na wzór Jezusa, przez wbijanie sobie haków i kotwiczek w ciało, odparł, że jest to w istocie zwyczaj w pełni chrześcijański, godny upowszechnienia w innych krajach. W naśladowaniu wyznawców Jezusa widział głęboką symbolikę, co skłaniało ludzi do mniemania, że chodzi o świętość pochówku i mogiły, na co Carrozza reagował słowami:

– Nie! Nie! Tu chodzi o świętość zwykłego człowieka, obywatela, takiego jak pan i ja.

Niejasności związane ze Świętym Mężem, za jakiego uznawała go coraz większa rzesza rodaków, doczekały się niejednej dyskusji, także przy krawężniku. Zaczęło się to od oficjalnej rejestracji –”Klubu Wielbicieli Świętego Męża”, którego nazwę dla potrzeb obcokrajowców przetłumaczono jako „Saint Husband Fan Club”. Otwarcie klubu zainaugurował sam Carrozza, określając siebie jako podmiot i przedmiot miłości wszystkich zwolenników prawdy, wiary i tradycji. Słowa te wypowiedział – zauważyły to nawet niechętne mu media – w sposób żartobliwy, świadczący o tym, że będąc już prawie świętym nadal pozostawał człowiekiem z krwi kości, któremu powaga i dostojeństwo są równie bliskie jak humor i serdeczność.

2Shares