Powieść „Cezarea”. Odc. 7: Bunt Przyziemia

Nic nie zwiastowało nieszczęścia. Do kraju zawitała wiosna, panoszyło się łagodne, słoneczne ciepło i zieleniły drzewa. Meteopaci i reumatycy poczuli się docenieni przez naturę. Można by powiedzieć, że nastały warunki do ogólnego entuzjazmu, gdyby nie pojawiające się komunikaty, że jest zbyt sucho. Mało kto zwracał na nie uwagę.

– A bo to rzadko bywa sucho? – Pytał leśnik Czupurny. Suszę oceniał na poziomie nie więcej niż dziesięciu procent wilgoci w ściółce leśnej.

Mężczyzna słabował na pamięci od czasu ciężkiego zatrucia się muchomorem łudząco przypominającym podgrzybek. Kiedy cierpiąc poszedł się wyrzygać, nie zauważył, że w pobliżu trwa wyrąb lasu, przywaliło go drzewo. To go ostatecznie dobiło.

Susza była lontem zapalnym. W kraju mnożyły się pożary trawy, przenosząc się na zarośla i lasy. Nastąpiła eskalacja wydarzeń. Jedno zdarzenie popychało drugie. Wkrótce ilość pożarów wzrosła do dwustu dziennie. Było dużo podpaleń. We wsiach szeptano, że kiedy ludziom upał pada na głowę to podpalają z przekonania, że pożar przyniesie deszcz i ochłodzenie. Strażacy mieli na głowie niekończące ściganie się z czasem i czerwonym kurem. Zajęte pożarami sztaby kryzysowe nie zauważyły, że w miastach zgromadziły się góry śmieci większe niż w odległym Neapolu; wydając coraz ostrzejszą woń. Wywóz cuchnących śmieci stał się tak uciążliwy, że z pracy odeszła w ciągu jednego dnia jedna czwarta pracowników. Miasta przestały sobie radzić z górami odpadów.

Władze samorządowe rozpaczliwie poszukiwały pomocy. Do rządu słano petycje, posłańców, w końcu delegacje. Urzędnicy milczeli, bo przygotowywali się do wakacji. Nie byli w stanie nikomu pomóc.

Namiestnik i premier nie mieli pojęcia, przez co przechodzi Podziemie, Nikt ich o tym nie powiadomił, aby nie przysparzać im troski. Żyli w niewiedzy, jakby ich w ogóle nie interesowało życie pracowników sektora. To robiło złą krew.

W końcu władze dowiedziały się o problemie i petycjach. Premier wystąpił publicznie aż trzy razy, aby zapewnić poszkodowanych, że rząd ich rozumie i im sprzyja.

– Mówię to szczerze. Wynikły względy obiektywne, trochę wyprztykaliśmy się z pieniędzy, przedawkowaliśmy pewne inwestycje w ubóstwo i biedne dzieci. Nie mogę wam pomoc inaczej jak udzielając słów pociechy. Czynię to z samego serca!

Widać było, że człowiek cierpi. Był blady, miał skrzywioną twarz. Rzeczniczka rządu wyjaśniła, że premier ma okropne bóle żołądka, tak strasznie się przejmuje, a ostatnio to nawet rozbolały go zęby.

– Pan Premier chciałby potrzebującym nieba przychylić i zrobi to z całą pewnością, absolutnie, bez pudła, ale później, nie teraz. Może jesienią? – Mówiąc to patrzyła w dal, jakby oczekując pierwszych symptomów jesieni.

Próby porozumienia się tylko zaostrzyły sytuacje. Nasiliły się wzajemne oskarżenia o brak zainteresowania, złe intencje i nieudolność. Pracownicy oczyszczania czuli się coraz podlej. Zaczęli porównywać się z innymi zawodami i to ich dobiło. Po względem obciążenia pracą i wysokości uposażeń byli na szarym końcu. Z warunkami pracy i higieny było jeszcze gorzej. Po prostu beznadziejnie. Wszystko śmierdziało, nawet własny dom, meble i krzesła, na których siedzieli, nie mówiąc o porannej kawie, śniadaniu, włosach i skórze. Dzieci odwracały się do nich bokiem, małżonkowie odmawiali nawet skromnego przytulenia się. O intensywniejszych pieszczotach czy miłości nie było mowy.

– Co ty sobie wyobrażasz? Że będę kochać się ze śmierdzącym śmietnikiem? Sam sobie spenetruj tę głębię rozkoszy. – Odzywały się zdesperowane żony.

Nawet psy nie chciały wychodzić z nimi na spacer, tylko wyły nocą wołając o pomoc.

*****

Pracownicy Przyziemia zdali sobie ostatecznie sprawę, jak ciężką i śmierdzącą mają pracę, jak liche zarobki i przestarzałą technologię. Także, że mają dodatkowe obowiązki, za które nikt im nie płaci. Nie tylko wywozili śmieci, ale również je segregowali i edukowali obywateli, jak to robić. 

– Więźniom w tym kraju dzieje się lepiej niż nam! – Krzyczeli gryząc do bólu palce, aby choć na moment zapomnieć o ciężkim losie.

Nastąpiło nieuchronne, czyli eksplozja uczuć. Kiedy Podziemie zbuntowało się, w ciągu jednego dnia strajk ogarnął cały kraj. Wkrótce dołączyły inne służby i zawody. Pierwsi byli pracownicy usuwający płynne nieczystości z dołów kloacznych i wywożący je beczkowozami na pola asenizacyjne.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.167: Początek Apokalipsy. Mezocyklon.


Picture: Cyclone_Monica, courtesy of University of Wisconsin–Madison.

Tego roku lato w Nomadii trwało równe sześć miesięcy. Zaczęło się w połowie wiosny, zabierając jej sześć tygodni wysokimi temperaturami i niezwykłą duchotą powietrza, po czym powtórzyło zamach zawłaszczając pierwszą część jesieni. Pewnego dnia temperatura wzrosła tak bardzo, że zdusiła wilgotność do zera. Ptaki, które uniosły się wyżej niż zawsze na falach rozgrzanego powietrza, znajdowano wieczorem na ziemi upieczone do połowy.

Mordercza pogoda trwała nieprzerwanie mimo procesji z krzyżami, obrazami i palmami organizowanych przez kościoły i wiernych wszystkich wyznań, a nawet bezbożników, którzy wygodnie uznali, że skoro ktoś zesłał te straszne nieszczęścia, to warto prosić go o amnestię, a co najmniej o częściową łaskę. Modlono się, aby Bóg strzegł ludzi i ich dorobku, szczególnie zasiewów i plonów, przed gradem, suszą, powodziami, ogniem, szarańczą i zarazą.

W pierwszy wtorek maja, w dzień Świętych Anatola i Atanazego, znad oceanu nadciągnął mezocyklon, niosąc ze sobą grad wielkości kurzych jaj. Kule gradowe były tak ciężkie, że pod ich uderzeniami ceramiczne dachówki pękały niczym skorupki jaj wydając metaliczny jęk. Jak twierdzili świadkowie zdarzenia, gradobicie dewastowało miasto i okolicę przez pełną godzinę a może i dłużej. Łomot był tak przerażający, że ludzie tracili pamięć, a zwierzęta rozbiegały się oszalałe we wszystkich kierunkach. Przechodnie na ulicach kryli się, gdzie kto mógł; przytulali się do pni drzew, pod byle daszkiem, na przystankach autobusowych, a nawet wczołgiwali pod zaparkowane samochody. Kierowcy pojazdów w ruchu usiłowali ratować je zatrzymując się wprost na ulicy, aby jak najszybciej przykryć je kocami, marynarkami i płaszczami a nawet spłaszczonymi pudłami tekturowymi. Niewiele to pomogło. Grad uszkodził tysiące samochodów, wiele z nich miało powybijane szyby i wgniecioną karoserię; z wnętrz niektórych pojazdów wyciekała nawet woda. Ulice wyglądały jak pobojowiska.

Pod uderzeniami piorunów wybuchały pożary i to z taką intensywnością, że zamieniały sypiący się z nieba grad w kłęby pary, tworząc chmury przesłaniające słońce oraz widoki na góry okalające miasto.

W zetknięciu się z żywym ogniem grad pękał na drobne kawałki z hukiem; takiego fenomenu natury nie notowano wcześniej w kraju.

Gradobicie trwało w istocie niecałe dwadzieścia minut. Tak twierdzili synoptycy. Większość ludzi zaklinała się jednak, że grad padał co najmniej godzinę. Właściciel dział hukowych, jedynych w okolicy, szczycący się nimi jako skuteczną bronią przeciwgradową, użył ich dopiero wtedy, kiedy nawałnica opuszczała już okolicę. Był przekonany, że to jego broń skutecznie ją przepędziła. Po zakończeniu gradobicia ratownicy ostrzegali, że może się jeszcze powtórzyć.

Po gradzie nadszedł deszcz. Gasząc palące się domy i lasy tworzył tak niesamowite widoki, że w ludziach budził się duch twórczej inspiracji, chwytali narzędzia, co kto miał pod ręką i malowali, rzeźbili lub komponowali muzykę, nawet symfonie i koncerty. Niewiele z nich się zachowało, z wyjątkiem zapisów nut ukrytych w wodoodpornych i ognioodpornych sejfach, ponieważ żywioł z niezwykłą wściekłością niszczył także płody ludzkiej twórczości. Z obrazów malarskich zachowały się jedynie dwa i to niezwykłej piękności: „Ogień bratający się z wodą” oraz „Siedem grzechów głównych”. Zostały one umieszczone na honorowym miejscu w galerii narodowej, aby przyciągać tłumy turystów, głównie z zagranicy. Było to jedyne dobrodziejstwo wynikłe z Apokalipsy. Pieniądze pozostawione przez turystów oraz darczyńców zagranicznych poruszonych nieszczęściem posłużyły odbudowie historycznych zabytków zniszczonych przez żywioły i podpalenia wywołane przez szaleńców.

Jeden z nich, lekarz, któremu wskutek błędów popełnionych w sztuce lekarskiej odebrano prawa wykonywania zawodu, wbił sobie do głowy hasła „chorobę leczyć tym samym”, „zło zwalczać złem”, „klin klinem” i podobne. To on dokonał kilkunastu podpaleń, po czym popełnił samobójstwo rzucając się w ostatni wzniecony przez siebie pożar. Jego częściowo spopielale szczątki usiłowano pochować po chrześcijańsku, święta ziemia odmawiała jednak ich przyjęcia uparcie wyrzucając je na powierzchnię. Ponieważ wydzielały one coraz bardziej przykry zapach, władze sanitarne i kościelne podjęły wspólnie decyzję ich spalenia i rozsypania prochów po oceanie. To też niewiele dało, gdyż w burzliwe dni nad wodą unosiły się kłęby brązowego pyłu i dopiero egzorcyzmy odprawiane równocześnie przez dwóch duchownych przyniosły ukojenie zbuntowanej duszy i spokój mieszkańcom.

W najstraszniejszym momencie gradobicia ludzie padali na kolana i modlili się korząc nie przed Bogiem, lecz szeleszczącą chmurą lodowych kul. W klasztorze Templariuszy Pobożnych młody zakonnik powtarzał w kółko słowa z Księgi Ezechiela: „Przeto tak mówi Pan Bóg: W zapalczywości mojej sprowadzę wicher gwałtowny, spadnie deszcz ulewny na skutek mojego gniewu i grad na skutek mego oburzenia, by wszystko zniszczyć… I zburzę mur, któryście pokryli tynkiem, powalę go na ziemię tak, że ukażą się jego fundamenty i upadnie, a wy pod nim zginiecie. Wówczas poznacie, że Ja jestem Pan”. Dla upamiętnienia niezwykłego wydarzenia modlitwę mnicha wyryto na tablicy z czarnego marmuru zdobnego krwawymi prążkami, przypominającymi żyły świętego męczennika. Właściciel kamieniołomu zarzekał się, że nigdy wcześniej nie widział u siebie takiego marmuru.

– Jego pojawienie się musiało być wynikiem cudu. Znam to miejsce jak własną kieszeń, albo i lepiej – zapewniał ludzi okazujących zwątpienie wobec jego słów. Nikt mu nie uwierzył, gdyż był człowiekiem łasym na pieniądze, gotowym popełnić największe bluźnierstwo dla dodatkowego dochodu.

 

2Shares