Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 23: Narada pracowników

W wielkiej sali konferencyjnej laboratorium zebrało się kilkadziesiąt osób. Miało to być spotkanie informacyjne; zarząd firmy miał przedstawić plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. W spotkaniu uczestniczyli tylko pracownicy, naukowcy różnych specjalności, genetycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, poza tym personel pomocniczy, ochroniarze, kierowcy. Wielu nie znało się nawzajem, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Jeśli ktoś kogoś znał, nie przyznawał się do tego. Wyglądało to trochę na partyzantkę. Łączyło ich jedno, razem stanowili firmę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia miała miejsce wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło a system klimatyzacyjny nadal szwankował, ludzie przyszli ubrani, jak kto chciał, przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach, spódnicach i bluzkach. Kilka osób było ubranych w dresy, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia połowy udziałów kapitałowych laboratorium przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości zagadnienia. Było to jak patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową z setkami eksponatów, umożliwiającą widzenie tylko jednego obrazu i domyślanie się, co tam jeszcze może być. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy konia i człowieka wydało im się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się po diunach wysuszone ciała zwierząt i ludzi padłych z wycieńczenia. Nie wiedzieli od czego zacząć, czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już zostały wezwane do analizy złożonego dzieła.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już ponad pół godziny. Z audytorium padały okrzyki, pytania, jakieś sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego na podium w końcu sali konferencyjnej. Spoglądając wyczekująco na przewodniczącego zebrania, ludzie niecierpliwili się coraz bardziej. Ten siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole i nie reagował. Był to starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem. Wyglądał jakby wrósł w krzesło. Nagle ktoś powiedział głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominającą rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać glos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać, lecz szybko przestało. Sytuacja wyglądała trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mówiący przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili – ni z tego, ni z owego – złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się z uśmiechami i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś plan.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań firmowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Labo ma stworzyć nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż w warunkach konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy, przyjmujemy! – rozległy się głosy. W górę podnosiło się coraz więcej rąk.

Dziennikarz Rosaton pomyślał najpierw, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i przedstawia farsę, aby rozładować napięcie niepotrzebnego oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” mówca uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja: cechy końskie i ludzkie mogą się równoważyć, ale jeśli tak, to jak to osiągnąć, bo będziemy mieli do czynienia z kombinacją cech anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych.

Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia; mówił logicznie. Ich spojrzenia i napięta uwaga dawały mu pewność, że posuwa się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna propozycja, to zastanowienie się nad postacią, inaczej mówiąc nad wyglądem Obiektu. Widzę dwie możliwości: klasyczny, mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczonym z przodu torsem i rękami człowieka, albo też model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na końskich nogach. Byłby on prostszy anatomicznie, niekoniecznie jednak fizjologicznie. Nie proponuję niczego więcej, bo i tak mamy aż nadto spraw do dyskusji.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym nad stołem prezydialnym wyświetlały się obrazy centaurów, ichtiozaurów – pół koni, pół ryb z jedną parą końskich nóg, onocentaurów – pół ludzi, pół osłów, centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, ich pełne obrazy, szkice i schematy łącznie z matematycznymi wyliczeniami proporcji ciała.

Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował:

– Zastanówcie się nad tym. Pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego cech końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać powinniśmy mu wybrać. Liczę na nasz zespół logików i matematyków, że pomogą nam to wszystko zoptymalizować.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób, pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z jakimiś propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad leżącymi przed nim papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji.

– Proszę podzielić się teraz na grupy i rozejść do stolików, których jest dziesięć, aby skoncentrować się na szczegółach. Po południu o godzinie siedemnastej każdy zespół przedstawi swoje przemyślenia, tutaj na tej sali. Jeśli zgodzicie się, to poprowadzę dyskusję ogólną. Dzisiejsze zebranie traktuję bardzo nieformalne, na luzie; uznajmy je za burzę mózgów, gdzie każdy może swobodnie przedstawiać pomysły i nie martwić się, czy są one dobre czy złe.

Propozycję przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Misiu, po czym dodała:

– Przewodnicz wszystkim dyskusjom. Tego pijaka zasypiającego przy stole już zwolniłam. To dobry człowiek, ale niestety ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu laboratorium, który współrządzi z nami firmą. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ich jeszcze wiele niespodzianek.