Pensjonat. Dzień przebudzenia. Pierwsze wiadomości. Opowiadanie abstrakcyjne. Tekst zaktualizowany.

Obudziłem się z długiego męczącego snu, czując, że ciało mam obolałe w każdym zakątku. Zniżyłem żaluzje w oknie i gapiłem się chwilę w przestrzeń krecimi oczami, nawykłymi do ciemności. Na dworze było słonecznie. Jasność wlała się do pokoju strumieniem, wypełniając go do najmniejszej szczelinki, milcząco, jakby przyszła z cmentarza. Było to jednak jakieś inne milczenie, odmienne, niemożliwe do określenia.

Przyszło mi do głowy, że świat się zmienił nie do poznania. W ciągu godziny zdałem sobie sprawę, że nie nastąpiły one w nocy, ale rozwijały się od dłuższego czasu, niektóre nawet latami, powoli, systematycznie i tak usypiająco, że je normalnie ignorowałem. Pojawiły się piedestały, a na nich ludzie, zwani ważniakami. Było ich niemało, każdy kraj miał swojego ważniaka, czasami nawet kilku. Wszyscy charakteryzowali się specyficznym kształtem głowy, przeważnie były to głowy kwadratowe i prostokątne, czasem także panoramiczne.

Z myślenia wybił mnie dzwonek telefonu. Dzwonił przyjaciel. Od pewnego czasu przebywał w Pensjonacie Jutrzenka.

– Marmur. – Zwrócił się do mnie.

Od razu wiedziałem, że chce mi powiedzieć coś przykrego. Przerwałem mu. To było w dobrym tonie. Wszyscy to robili. – Daj spokój. Przestań żartować. To, że mam mocne poglądy, nie znaczy, że możesz mnie tak nazywać. Mam na imię Zenon. Zapamiętaj to sobie. – Odpowiedziałem, nie bez niechęci, na jaką zasługuje każdy przejaw bezmyślności. 

– Nie unoś się, bo wzlecisz w powietrze jak balon. – Nie pozostał mi dłużny. – Chcę ci tylko powiedzieć, co zmieniło się w kraju i na świecie. Przeczytałem właśnie najnowsze serwisy. Zrobię tylko podsumowanie. Nastały czasy Abstrakcji. Każdy mieszkaniec globu stał się abstraktem, czymś nieokreślonym, sam najczęściej o tym nie wiedząc. Bezpowrotnie minął okres wielkich odkryć geograficznych. Co innego jest teraz ważne. Ludzie i małe społeczności odkrywają na nowo samych siebie, przestają idealizować hałas i postęp, zaczynają cenić ciszę i spokój, a nawet zastój, wielbić rośliny i naturalność kota i wielbłąda, pustyni i lodowca.

Podjąłem obserwację rzeczywistości. Zacząłem prowadzić notatki, zamierzałem nawet wszczepić sobie chip pamięci do mózgu, aby powiększyć zdolność zapamiętywania. Wszystko zmieniało się tak szybko, że prawie przestałem myśleć i mówić w czasie teraźniejszym, bo zanim nastał, stawał się już czasem przeszłym. Do głowy przychodziły mi odkrycia. Najczęściej pojedynczo, czasami falami, jedna za drugą. Żyłem w okresie Drugiej Deformacji. Sam tak nazwałem ten okres w historii także mojego życia. Deformacja wydała mi się wielka, bo całkowicie ogarnęła mnie swoimi mackami. Stopniowo, niezauważalnie lecz coraz mocniej przypierała mnie do ściany.

Myślenie przerwał mi telefon. Był to znowu przyjaciel, ten sam, co zawsze. Tacy są najlepsi.

– To ja, twój sobowtór, zwany także cieniem.

– Przestań się wygłupiać. – Odpowiedziałem. Mów, co ci leży na wątrobie i nie zakłócaj mi błogosławionego spokoju.

Opowiedział mi historię Miraklesa, Ordynatora Pensjonatu Jutrzenka, instytucji znanej z licznych cudów. Tkwiła w tym jakaś tajemnica. Ordynator miał kwadratową głowę o zmiennej pojemności. Co do tego nie było wątpliwości. Kilkakrotnie ją mierzono, za każdym razem była większa. Zastanawiano się, jak to jest możliwe. Nie wszyscy oczywiście zadawali sobie ten trud. Różnie uzasadniali, dlaczego nie myślą o Ordynatorze i jego nietypowej głowie, pełnej energii i elektryzujących pomysłów, które wykorzystywał dla celów leczniczych.

– A co mi do tego? Czy ja wiem, czy warto o tym myśleć? Niech sobie ten Ordynator ma nawet głowę wielką jak dynia, czymś przecież człowiek musi się wyróżniać. – Była to wypowiedź pewnego wyrobnika aktywnego na portalach internetowych, piszącego graffiti także na murach więziennych.

– Nazywają go Ordynatorem, ale jego prawdziwe nazwisko to Mirakles. Jego pracownicy wprost go uwielbiają, tylko o nim mówią. Pacjenci prawie dla nich nie istnieją. Ordynator to, ordynator tamto. Zawsze umie wynaleźć jakiś sposób kojący nie jeden ból, ale wszystkie bóle, choroby i niedostatki. Leczy tak dobrze, że mieszkańcy Pensjonatu wynieśli go na piedestał. Najpierw na pierwsze piętro, potem drugie. W końcu trzecie. Wyżej nie mogli, bo był już dach. Stoi tam teraz w formie złotego popiersia i patrzy na świat szmaragdowymi oczami. Podobno najbardziej świecą w czarną noc, kiedy wokół rozlegają się trzaski piorunów a powietrze naładowane jest elektrycznością.

Ordynatora pokazano wieczorem w telewizji. Był niezbyt urodziwy, ale niezwykły. Przemówił. Bardzo oszczędnie. Nie wszystko zrozumiałem. Używał określeń w rodzaju: Całą naprzód, Do dzieła, Czołem Bracia Rzymianie. Mówił o ruszeniu bryły świata. Wydało mi się to niemożliwe, ale nic nie powiedziałem. Na jego ustach co raz wykwitały, obok uśmiechu szerokiego jak warzęcha, słowa słodkie jak kwiat gruszy w ogrodzie rodziny miłującej prawdę. To było piękne. Mówił o swoim dorobku, Pensjonacie Jutrzenka i przeszłości. Nie wybiegał do przodu. To mi zaimponowało bo i ja lubię ściągać cugle wyobraźni, sprowadzając je do parteru, najwyżej pierwszego piętra. W domu, gdzie mieszkam, parter jest na wysokości ziemi, dlatego dobrze rozumiem sytuację.

Jak się okazało, słowa Ordynatora były prorocze. Jego zwolennicy, personel i pacjenci szpitala, gdzie wszyscy noszą szyte na miarę białe uniformy z kolorowymi lampasami, uznali je za święte relikwie i wieszali każdej nocy nad swoimi łóżkami, aby przysłaniać ciemne strony życia. Przyjaciel powiedział mi, że niektórzy pacjenci nawet sznurowali sobie usta z szacunku dla Ordynatora, ale nie uwierzyłem w to. Teraz koncentruję się tylko na jednym; wciąż przypominam sobie, że czasy się zmieniły, warto jest żyć, aby zobaczyć co dalej. 

0Shares