Szalona abstrakcja ze zwierzętami w tle

Nazywano go Samotnikiem, ponieważ mieszkał sam, bez żony i bez dzieci. Zimą chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. W całej sytuacji było dużo tajemnic, ponieważ jezioro było tak małe, jak kot napłakał, buty były tak czarne, że pożal się Boże, a białe plamy okazały się fałszywe, ponieważ pojawiały się także wtedy, kiedy używano je wyłącznie do chodzenia po śniegu, gdzie o sól było bardzo trudno.

Pewnego styczniowego dnia, kiedy szedł nad zmarznięte jezioro, poczuł samotność nieporównywalnie głębszą niż zawsze. Przypisał to informacjom o tym, co dzieje się kraju, jakie przeczytał przed samym wyjściem z domu. Mając je w pamięci smutno popatrzył na jezioro, zaciągnięte nieświeżym już lodem, posłuchał wiatru chamsko hulającego na otwartej przestrzeni, przyjrzał drzewom zamazanym mgłą i zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza, co było niewątpliwie objawem szczęścia. Był to tęgi mężczyzna ubrany w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielka jak łeb niedźwiedzia. Obok niego stały obrazy na sztalugach ustawionych na śniegu z wielką przywieszką „Wyprzedaż”. Zanim Samotnik obejrzał je, pokonwersował chwilę z artystą, który określił siebie jako „zwolennik silnej władzy, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”. Ostatni obraz, zatytułowany "Gospodarstwo agroturystyczne", był wielkich rozmiarów, w zdobnej szerokiej ramie i przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były one różnych ras i było ich całe mnóstwo. Samotnik poczuł sympatię do obrazu, ponieważ stał na końcu i wyglądał równie odosobniony jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dłuższym oglądaniu obrazu „Gospodarstwo agroturystyczne”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, którą zabrał ze sobą, Samotnik zdecydował się nabyć dwa psy z górnego prawego rogu obrazu. Były to okazy rasy Jack Russell o nazwach Jack i Russel.

Mężczyzna przywołał malarza skinieniem ręki i wyjaśnił:

– Chcę kupić te dwa psy. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Ile kosztują?

– Jeśli przychodzi pan tutaj regularnie, to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować. – Sprzedawca mówił tak wielkimi skrótami, że trudno było go zrozumieć.

Samotnik od razu zaskoczył. Ujęła go rzeczowość języka artysty, gdyż sam od dawna o tym myślał, że byłoby dobrze nie robić z gęby cholewy mówiąc zbyt dużo i zbyt rozwlekle. Dobili targu, podróżny zdjął psy z obrazu i ruszył na spacer. Zwierzaki miały już smycze na sobie i były stęsknione za wolnością. Samotnik bawił się wyśmienicie, obserwując zwierzęta, zwłaszcza kiedy one bawiły się ze sobą. Była to czysta rozkosz, patrzeć, jak figlują, naskakują na siebie, czają się. Pomyślał, że są podobne do ludzi, jakich oglądał w telewizji.

Po zakończeniu spaceru podniósł psy i zaczepił je ponowienie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Latem, kiedy wokół było dużo trawy, Samotnik chętniej wypożyczał owcę, kozę lub krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który miał krowę właśnie o tym imieniu. Kozie ani owcy nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco. Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu dały mu do zrozumienia, że jest im wszystko jedno.

– Tak samo jak ludzie – myślał wtedy.

Do kozy tak się przywiązał, że wypożyczył ją na kilka dni i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie on sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieprównanie większe. Kiedy ją oddawał wieszając na obrazie, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Któregoś dnia latem, był to wyjątkowo gorący dzień, żar buchał jak z Afryki, Samotnik wypożyczył żyrafę. Było to drogie przedsięwzięcie, ponieważ rząd niedawno wprowadził zakaz wypożyczania zwierząt powyżej trzech metrów wysokości, ale wartościowe w sensie poznawczym, ponieważ żyrafa zjadła wszystkie liście z wielkiego dębu, samotnika takiego jak on sam, rosnącego blisko jeziora. Oboje musieli salwować się ucieczką, gdyż nie wiadomo skąd pojawiły się dziki wściekle chrząkające, że dąb przestanie rodzić żołędzie, i rzuciły się na nich z zamiarem co najmniej pobicia. Dąb okazał się pod ochroną, miał pięćset lat, choć dziki upierały się, że może nawet i pięć tysięcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne w sensie poznawczym, nie okazały się tak odkrywcze jak album z fotografiami i notatnikiem, który listonosz dostarczył Samotnikowi za pokwitowaniem, kiedy przeszedł na emeryturę.

Ze zdjęć i zapisów dowiedział się, że był prawdziwym świrem od dziecka, a może nawet i wcześniej, miał na imię Luna, skrót od Lunatyk (po angielsku Lunatic, co znaczy również wariat). Jego stan zdrowia rozpoznano dopiero wtedy, kiedy po przeczytaniu Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia dorożkarskiego jednym uderzeniem pięści. Kiedy właściciel konia i pojazdu naskoczył na jego rodziców, Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą reakcję również jednym uderzeniem pięści, w czego wynikła wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu a on do więzienia, ponieważ uznano, że jest na tyle rozwinięty, że można go oddać do domu dziecka z zakratowanymi oknami i widokiem na wolność. Był to dom dla dzieci szybko dorastających. Luna przesiedział tam kilka tygodni, znudziło mu się to do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Czasy były wtedy ciekawe, nikt nie widział w jego zachowaniu nic dziwnego, ponieważ był to okres gwałtownych zmian w kraju, kiedy wszystko uchodziło za właściwe i poprawne. Po osiągnięciu dojrzałości, co nie było trudne, bo większość ludzi to robi, pracował przez pewien czas jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, pożyczając dyplom od kolegi, z którym mieszkał razem w domu dziecka. Potem zapisał się do partii akurat rządzącej, zaprosił go do tego sam prezes, który posadził go na kolana i dłuższy czas tłumaczył przy szklance mleka z indyjskim imbirem, że są partią nawiedzoną pasją nawrócenia całego świata, ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego, na ład i porządek.

W rządzie Luna pełnił różne funkcje z wielkim powodzeniem, przede wszystkim ministra rolnictwa, doradzając także prezesowi w sprawach nadzwyczajnych, z jakimi nikt na świecie nie mógł sobie poradzić. Jeździł także z prezesem lub premierem do większych organizacji międzynarodowych, w tym do ONZ, doradzając im, jak powinni się zmienić, aby ludziom żyło się lepiej. Wszyscy go cenili, otrzymał wiele medali, głównie z ręki prezydenta, który mówił o sobie, że lubi chodzić w trampkach po linie, aby oglądać świat ze wszystkich kierunków, z góry, z lewej strony, z prawej strony, a najbardziej od dołu. Twierdził wtedy, że od dołu świat jest najbardziej płaski, przez co on mógł być bardzo pozytywnie oceniany przez naród.

W końcu Luna przeszedł na emeryturę, aby ostatecznie oddać się pasji wypożyczania zwierząt, jaką – szczerze mówiąc – odkrył zupełnie przypadkowo, z wielką radością dla siebie i dla zwierząt. Kiedy o tym wszystkim myślał, dochodził nieodwracalnie do tego samego, bardzo filozoficznego wniosku, że każde dojrzałe społeczeństwo ma swoich geniuszy i idiotów, szczególnie zaś tych drugich, oraz dobre i złe czasy, i że nigdy na nic nie jest za późno. 

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.