Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 4 z 4 (ostatni)

W pewnym momencie Alberto wychylił głowę z wody, aby nabrać powietrza. Nieoczekiwana fala uderzyła go w prosto w twarz, Alberto zakrztusił się i zaczął tonąć. Płynąłem natychmiast do niego, aby mu pomóc. Kiedy zbliżyłem się, jego twarz obróciła się w moim kierunku. Trwało to tylko sekundę; wydała mi się jakaś inna, dziwna jak maska japońskiego teatru Kabuki, wyrażająca jednocześnie uczucia zdziwienia, gniewu i ironii. Wyciągnąłem prawą rękę w jego kierunku i nie wiem, co się stało. Czy fala uniosła go w górę, czy też rzuciła mną w taki sposób, że zamiast podtrzymać jego głowę od dołu pchnąłem ją w dół. Niemal natychmiast rozdzieliła nas nowa fala i straciłem orientację. Coś zapadło się we mnie, przestraszyłem się. Pomyślałem, że własnie teraz los decyduje o jego i moim życiu, że muszę oddalić się, o ile nie chcę zginąć razem z Alberto. Zacząłem nerwowo płynąć wzdłuż plaży bez pełnej świadomości, co się ze mną dzieje.

Potem, kiedy o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że uciekałem, pragnąc, aby nikt nie zauważył, że byłem obecny blisko tonącego. Chyba wtedy uznałem, że nie mogę dalej ryzykować i najlepiej zrobię zostawiając Alberto swojemu losowi. Rozpaczliwie szukałem usprawiedliwienia mojego postępowania. Bałem się, że ktoś zechce mnie zapytać o to, co się stało. Tłumaczyłem sobie, co wtedy powinienem powiedzieć, aby ratować się przed niesławą i osobistą klęską: że kiedy wypływaliśmy na głębszą wodę, Alberto skarżył się, że nie czuje się najlepiej, a ja radziłem mu nawet, aby nie wypływał ze mną, jednakże on uparł się, aby to uczynić. Popłynąłem naprzód i kiedy się zatrzymałem, już go nie widziałem. Pocieszyłem się myślą, że poradził sobie i popłynął w kierunku plaży. Sam to zrobiłem natychmiast, jak tylko zauważyłem, że ratownik na plaży wywiesza czarną flagę zakazującą kąpieli.

Przyszło mi też do głowy inne usprawiedliwienie: że Alberto pozostał na morzu, życząc sobie popływać kilka minut dłużej, a ja popłynąłem sam w kierunku plaży. Po wyjściu z wody siedziałem jeszcze trochę na na mokrym piasku, zastanawiając się, dokąd udał się Alberto, i czy zechce jeszcze do mnie wrócić. 

Zanim rozwinął się tragiczny scenariusz wydarzeń, jeszcze przed wejściem do morza, poszliśmy we dwóch do kafejki przy plaży i długo rozmawialiśmy. On miał przyjaciela, ja byłem żonaty. Wyznaliśmy to sobie, ale to nic nie zmieniło. Obydwaj czuliśmy, że żaden z nas nie zrezygnuje z wielkiego i nieoczekiwanego uczucia, jakie pojawiło się między nami. Szukalibyśmy się nawzajem aż do upadłego. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nasz związek zakończyć się może tylko kompromitacją i tragedią, z całą pewnością dla mnie i dla mojej rodziny. Nie tłumaczyłem tego Alberto; wiedziałem, że tego nie zaakceptuje, nawet nie będzie starać się zrozumieć.

Odlatując z lotniska w Rzymie do kraju, rozmyślałem nad okrucieństwem losu, który nie pozwolił mi przeżyć wielkiej miłości, doznać uczucia odmienności, bycia bogatszym w cudowne, być może najlepsze w całym moim życiu, przeżycia i wspomnienia. Pocieszałem się tym, że skoro jedna czwarta mężczyzn to biseksualiści, żyjący zarówno z kobietą jak i z mężczyzną, to nie powinienem obwiniać się za to ani żałować, że nagle odczułem miłość do mężczyzny.

*****

Co pisała prasa i podawały media włoskie i krajowe, nie wiem, ponieważ przez kilka następnych dni nic nie oglądałem ani nie czytałem. Nie miałem na to najmniejszej chęci. Faktem było, że nagła i dziwna śmierć Alberto Mora, jego nazwisko pojawiało się już wszędzie, była powszechnie komentowana. Był znanym pisarzem, bardziej niż sądziłem. A może po prostu jego nagłe i tragiczne odejście zrobiło mu dodatkową reklamę? 

Przyczyny zgonu pisarza nie były jasne. Ciało znaleziono w morzu, niezbyt daleko od brzegu, dopiero po dwóch dniach. Opinie były różne: że nieszczęśliwie utonął, że popełnił samobójstwo; spekulowano nawet, że został zamordowany. W prasie brukowej pojawiły się zdjęcia pokazujące jakieś ślady na jego szyi; autor artykułu sugerował, jakoby go duszono. Była to oczywiście kompletna bzdura. Tym niemniej lekarze medycyny sądowej nie byli zgodni w ocenie przyczyn zejścia Alberto z tego świata. Zwykli ludzie bardzo się interesowali tym zdarzeniem. Miałem wrażenie, jakby wszyscy go znali, podobne jak jego twórczość.

*****

Czułem się teraz bardzo samotnie. Viktoria usnęła się całkowicie z naszego życia i wyjechała do swojej matki, żona wprawdzie pozostała w domu, lecz oddaliła się ode mnie i przeważnie milczała. Liczyłem na to, że w końcu życie nam się jakoś ułoży. Ostatecznie między mną a Alberto do niczego fizycznego nie doszło.

– Mówienie o miłości między mężczyznami, to nie znaczy to samo, co życie ze sobą – tłumaczyłem Patrycji, lecz nie wykazywała tym żadnego zainteresowania. Byłem przekonany, że moją miłość do Alberto uznała za rzecz spełnioną, nieszczęście, jakie niezasłużenie ją spotkało z mojej winy.

*****

Któregoś dnia pomyślałem o biskupie Montano. Wkrótce po śmierci Alberto całkowicie zniknął z życia publicznego. Sam tego nie zauważyłem, ktoś mi o tym powiedział. Zacząłem rozpytywać, co się nim stało, nic się jednak nie dowiedziałem. Przedstawiciel kurii niechętnie to komentował, jakby za sprawą wyjazdu biskupa kryła się jakaś tajemnica, coś wstydliwego lub niemiłego. W końcu dotarłem do jego sekretarza osobistego. Opowiedział mi, że śmierć Alberto Mora ogromnie wstrząsnęła biskupem. Stało się to, kiedy zobaczył jego zdjęcie i dowiedział się, że pisarz popełnił samobójstwo pozostając samotnie w morzu, kiedy ze wszystkich stron widoczna była już czarna flaga ostrzegającą przed nadchodzącym sztormem. Sekretarz podejrzewał, że to spowodowało nagły wyjazd biskupa.

– Przygotowywał się do wyjazdu, jakby udawał się na koniec świata. Nie mam na myśli tego, jaki bagaż zabrał ze sobą. Po prostu w jego przygotowaniach widziałem wielki smutek i jakąś niezwykłą determinację.

*****

Tajemnicę biskupa rozwiązał zwykły przypadek. Sam się wtedy dziwiłem, jak bardzo o niektórych sprawach decyduje proste zrządzenie losu. Byłem na wycieczce w Hiszpanii w okresie Świąt Wielkanocnych. Pojechaliśmy całą grupą z naszym przewodnikiem-opiekunem do San Vicente, gdzie od kilkuset lat odbywa się co roku procesja pokutników. Razem z innymi turystami stałem przy krawężniku. Przed nami przesuwała się procesja pokutnego Bractwa Najświętszego Krzyża, istniejącego od XV wieku. Byli to sami mężczyźni, wszyscy ubrani w białe tuniki. Ich głowy i twarze były osłonięte szpiczastymi kapturami, również białego koloru. Szli boso ubrani we włosienice, uderzając się po plecach biczami z powrozów, raz z lewej, raz z prawej strony. Zawiał wiatr i odsłonił twarz przechodzącego przede mną człowieka. Był to biskup Montano. Poznałem go prawie natychmiast, mimo że zapuścił brodę. Rzuciły mi się w oczy trzy szczegóły: niezwykła szczupłość twarzy i ascetyczność sylwetki, masywny nos, który był zawsze jego cechą charakterystyczną, oraz szeroki pas wykonany z tego samego materiału, co ornat, który hierarcha miał na sobie w dniu, kiedy rzucił klątwę na Alberto. Kolor i wzory materiału były tak znamienne, że rozpoznałbym je w każdych warunkach.

Ruszyłem pośpiesznie wzdłuż krawędzi ulicy usiłując zbliżyć się biskupa, aby go pozdrowić choćby tylko od mojej żony i zamienić kilka słów. Chyba mnie nie poznał, a jeśli poznał, to nie chciał ze mną rozmawiać. Popatrzył tylko na mnie takim wzrokiem, jakby chciał zapamiętać moją twarz, po czym odwrócił głowę i jeszcze bardziej pochylił się do przodu, wznawiając przygnębiający rytuał chłostania się biczem po plecach. Zrobiło mi się naprawdę smutno. Domyśliłem się, dlaczego nie chciał ze mną rozmawiać; ostatecznie to ja swoim postępowaniem przyczyniłem się do jego decyzji.

Doszedłem wtedy do wniosku, że życiem naprawdę rządzi przypadek i zawsze jest ono takie, jak je przeżywamy, a nie takie, jak marzylibyśmy sobie je przeżyć.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 3 z 4.

Sytuacja wymagała reakcji z mojej strony. Napisałem do Alberto list przypominając mu nasze pierwsze spotkanie, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył mi w oczy, oraz relacjonując moje odczucia w trakcie czytania jego boskich opowiadań. W końcu wyznałem mu miłość, błagając, aby zachował dyskrecję.

Czekałem na jego reakcję, choćby na potwierdzenie odbioru listu, ale nic takiego nie nastąpiło. Na pewien czas zapomniałem o wszystkim, ponieważ wybuchła bomba. Biskup Montano publicznie potępił Alberto za „wyuzdaną miłość wobec członka naszej lokalnej społeczności”, tak ostro i bezwzględnie, jakby nałożył na niego klątwę. W jaki sposób dowiedział się o nas i dlaczego mnie nie wymienił z nazwiska, nie miałem najmniejszego pojęcia. Wyszło to na jaw później. Jak się okazało, Alberto odpisał mi lecz jego list przejęła moja żona i poszła z nim prosto do biskupa, aby wyżalić się i prosić o radę. Dowiedziałem się tego od przyjaciółki mojej żony, Valerii, która na zakończenie oświadczyła:

– Jesteś zwyczajnym zboczeńcem, a w dodatku świnią. Mogę rywalizować o mężczyznę z inną kobietą, ale nie z mężczyzną.

Żona i biskup chyba wtedy uzgodnili, że potępi on Alberto zachowując dyskrecję, kim jest ów „członek naszej lokalnej społeczności”.

Kiedy Montano nakładał klątwę na Alberto z wysokości złotej ambony w katedrze, miał na sobie niezwykle piękną szatę liturgiczną, którą podobno sam projektował. Była ona niezwykle zdobna i dystyngowanie kolorowa, prawdziwe dzieło sztuki. Wyszyto na niej postacie biblijne, Adama i Ewę, jabłko, węża oraz symbol grzechu w postaci rozdwojonego języka. Kiedy biskup podchodził do ambony swoim dostojnym monarszym krokiem, postacie na szacie poruszały się jak żywe.

Wspomnienie o biskupie sprowadziło mnie ostatecznie na tory trzeźwości i gorącego pragnienia rozwiązania problemu.

– Nie możesz, zboczeńcu – napomniałem siebie z surową brutalnością – uczestniczyć w konstrukcji miłosnej tak skomplikowanej jak czworokąt miłosny. To ty ponosisz odpowiedzialność za jego istnienie i konsekwencje; jesteś jego motorem, fundamentem i Bóg wie jeszcze czym kojarzącym się z Sodomą i Gomorą! Ludzie to bardzo źle odbierają.

Ciężko mi się zrobiło na duchu. Wiedziałem, że muszę rozwiązać bolesny dylemat składając jakąś znaczącą ofiarę na ołtarzu poświęcenia. Żal mi było każdej z osób pokrzywdzonych moją zachłannością erotyczną. Kogoś musiałem wyeliminować, nie wiedziałem tylko kogo. W chwili rozpaczy pomyślałem o sobie, sprawcy zamieszania. Przyszło mi do głowy, że powinienem przestać zastanawiać się, tylko wyjść na balkon, przysunąć krzesło do barierki, wejść na nie, przełożyć nogę za metalową ramę, przechylić się i pozwolić bezwładnemu ciału sfinalizować dramatyczną decyzję. Było w tym coś teatralnego, ja czułem jednak tylko niemoc i rozpacz. Spojrzałem w dół w przepaść pięciu pięter wysłaną zieloną murawą i zdałem sobie sprawę, że byłby to haniebny czyn skutkujący krwawą plamą drgających szczątków, widok w najwyższym stopniu odrażający. Poczucie estetyki zawróciło mnie z egoistycznej drogi myślenia o sobie. Czas pilił. Myślałem intensywnie, poganiałem siebie.

– Raczej prędzej niż później wszyscy się dowiedzą, przede wszystkim  dzieci, dalsza rodzina i przyjaciele. Nie masz czasu. Musisz szybko podjąć jakąś decyzję. Nie możesz pozwolić sobie na odwlekanie decyzji.

Zrozumiałem, że muszę spotkać się i porozmawiać z Alberto, aby doprowadzi sprawy do ładu. Następnego dnia, aby nie czytać  opowiadań i nie rozdrapywać palących ran, oddałem książkę jako dar do biblioteki. Dwa dni później byłem już na lotniku w Rzymie i kilka godzin później w Rimini.

Poszedłem nas plażę. Tym razem było cieplej. Rozejrzałem się wokół, sporo się zmieniło, tylko piasek, plaża i fale były te same, podobnie jak niebo. Och! Jak ja kochałem to morze i to niebo! Patrzyłem na nie leżąc na piasku. Czekałem na Alberto. Wyraził chęć spotkania, jak tylko przypomniałem mu ciepły uścisk ręki, to, jak patrzył mi oczy i czego dowiedział się z mego ostatniego listu i z jego opowiadań. O klątwie nałożonej przez biskupa wiedział wszystko.

Rozpoznałem go z łatwością z oddali. Ta sama szlachetna sylwetka; nieco starszy niż ostatnim razem nic nie stracił z kształtu ciała i niewiele z urody. Był po prostu dojrzalszy i bardziej stateczny, podobnie jak ja. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, byliśmy trzydziestolatkami.

Alberto był już przebrany. Miał na sobie strój kąpielowy, modne, średniej długości granatowe spodenki w kolorze nieba w delikatnym ciemniejszym pasem na prawym udzie. Przywitaliśmy się podaniem sobie rąk, skinieniem głowy i ciepłym „buongiorno”. Tym razem to ja wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku morza. Cały czas rozmawialiśmy patrząc na siebie. Opowiedziałem mu o moich myślach i odczuciach przeżywanych w trakcie czytania książki, przypomniałem w szczegółach dwa doskonale zapamiętane fragmenty jego wspaniałych opowiadań. Niektóre zdania cytowałam z pamięci. Słuchał spokojnie, cieszył się. Potem weszliśmy do ciepłej wody, aby razem popływać.

Była spora, chyba rosnąca fala. Takie miałem wrażenie. Alberto nie pływał nadzwyczajnie, bał się wypłynąć na głębszą wodę. Byliśmy w miejscu, gdzie płaskie dno łagodnie i powoli schodziło w morze. Uspokoiłem go, zapewniając, że jestem dobrym pływakiem, kiedyś nawet pracowałem jako ratownik. Nie było to prawdą, ale zrobiłbym wszystko, aby czuł się dobrze. Kiedy znaleźliśmy się w wodzie sięgającej nam do szyi, płynęliśmy wzdłuż brzegu z dala od innych kąpiących się plażowiczów. Nie wiadomo kiedy niebo ściemniało i zrobiło się chmurno. Wyglądało na to, że zaraz spadnie deszcz. Z daleka widziałem ludzi schodzących w pośpiechu z plaży. Oni sami nie mogli nas widzieć z powodu znacznej odległości oraz coraz większych, choć wciąż bezpiecznych fal.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 1 z 4.

Drodzy Czytelnicy,

Zmęczyły mnie, chyba także i Was, przedłużające się relacje z podróży do Indii i Nepalu. Postanowiłem skończyć to opowiadanie (przejściowo) na odcinku dziesiątym, w zamian zaprosić Państwa na czteroodcinkową historię, którą określam jako „opowiadanie nie tylko erotyczne”.
Pozdrawiam i życzę miłej lektury,
Michael Tequila

O godzinie szóstej rano dzień zapowiadał się zwyczajnie jak sałatka z dojrzałych pomidorów malinowych, którą jem co najmniej pięć razy w tygodniu. Była to niedziela, dziwnym trafem bez dzwonów, zaczynających dudnić już o godzinie piątej czterdzieści pięć. Nie wiem dlaczego uznałem to za coś niezwykłego, bo cisza nie jest czymś, co człowieka powinno szokować. Naszło mnie pragnienie, aby był to szczególny dzień, lepszy niż inne. Zdecydowałem się przeżyć go inaczej, szlachetniej. Na początek zafundowałem sobie kawę z goździkami i imbirem, celebrując proces jej przygotowania.

*****

Jestem technikiem dentystycznym, mężczyzną żonatym i dzieciatym. Bez chęci przechwalania się dodam, że jestem namiętny, przede wszystkim uczuciowo i mam za sobą niemałe doświadczenia miłosne. W życiu, które uznaję za sztukę, mimo że przypomina mi czasami złamaną protezę dentystyczną, wyrobiłem sobie dobre nawyki służące zwalczaniu złych przyzwyczajeń. Uważam to za ważny dorobek i chętnie się nim dzielę.

Mam na to przykłady. W nocy długo siedzę przed ekranem komputera, źle potem śpię, więc rano piję morze kawy, aby się obudzić. Albo, późnym wieczorem najadam się chleba z szynką lub owoców, przepadam za jednym i drugim. Przejedzenie się męczy mnie potem przez całą noc; jestem niewyspany, więc rano parzę sobie zioła na uśmierzenie niepokoju. Oba środki, kawę i zioła, stosuję kiedy tylko mogę. Staram się być w tym konsekwentny, ponieważ poprawiają one jakość mojego życia.

*****

O godzinie szóstej piętnaście z kubkiem kawy w ręce wyszedłem na balkon. Dom u dołu otoczony był zielenią, u góry ciszą, z rzadka przerywaną odległym warkotem samochodu lub niedalekim skrzeczeniem niespokojnej sójki. Byłem sam, a właściwie to z książką, cudownym zbiorem opowiadań Alberto M, w którym zakochałem się począwszy od piątej strony, kiedy ostatecznie pokonały mnie jego bujna wyobraźnia oraz niespotykany talent opowiadania o życiu.

Alberto poznałem kilka lat wcześniej na wakacjach w Rimini. Zadecydował o tym czysty przypadek, który ponuracy nazywają losem lub opatrznością, w zależności od charakteru wydarzenia. Lato było wtedy wyjątkowo chłodne. Stałem niezdecydowany nad wodą, wchodzić czy nie wchodzić, bo była dość zimna, a ja nie lubię chłodnych kąpieli. W rozwiązaniu problemu pomógł mi mężczyzna. Był opalony i przystojny. Wziął mnie za rękę, powiedział, abym się nie bał i weszliśmy razem do wody. Był to właśnie Alberto. Spędziłem z nim godzinę na rozmowie, podczas której patrzył mi w oczy. Nie było to niemiłe. Potem nasze drogi rozeszły się. Nawet nie wiedziałem, że jest pisarzem. Dowiedziałem się tego później, kiedy przypadkowo w księgarni zobaczyłem zbiór opowiadań z jego zdjęciem na okładce. 

Teraz to wszystko stanęło mi przed oczami. Lazurowy Adriatyk, piasek, leżaki, drobniutkie i ostre fragmenty muszelek na plaży. Zapamiętałem miejsce, gdzie się kąpaliśmy: kolorowe parasole, leżanki, piękna szeroka plaża ciągnąca się aż po horyzont. Za plecami mieliśmy budynki zaplecza, lekkie białe konstrukcje, schludne i czyste przebieralnie, kioski z napojami, restauracje, bary i kafejki, poprzedzielane zielonymi palmami. To wszystko widziałem w mej pamięci równie wyraźnie jak na zdjęciu.

Siedziałem na balkonie apartamentu i zastanawiałem się, skąd wzięło się u mnie upodobanie do wytworów wybujałej, niezwykle słodkiej i dusznej twórczości Alberto. Zauroczony jego opowiadaniami, popijałem kawę i wdychałem rześkie powietrze czekając na promienie słońca, mające pojawić się lada moment zza drzew.

To, że zakochałem się na zabój w Alberto, nie ulegało wątpliwości. Kiedy wstałem i oparłem się o balustradę balkonu, poczułem to w postaci ciepła narastającego w okolicy serca i sztywności ogarniającej moje ciało, szczególnie poniżej pasa. Pomyślałem, że szczęśliwy człowiek mógłby skoczyć w dół z balkonu piątego piętra, aby zachować na zawsze niepowtarzalność wielkiej miłości. Oczywiście tego nie zrobiłem. Nie zadawałem sobie trudu, aby to zrozumieć, ponieważ otaczająca mnie rzeczywistość nagle zgęstniała. Tak to odczułem.

Sytuacja miała swoje uwarunkowania. Chodziło o to, że były jeszcze dwie inne istoty, które darzyłem miłością pełną czułości i pożądania. Była to moja żona, śpiąca w największej sypialni, oraz jej przyjaciółka, Valeria, która przyjechała do niej w odwiedziny na kilka dni, a zatrzymała się na dłużej. Powód pozostania wyznała mi poprzedniego dnia na balkonie wypełnionym odurzającym zapachem maciejki płynącym z dwóch podłużnych donic.

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną, Aldo. Pragnę ciebie. Nie gniewaj się, że to czynię, mimo, że przyjaźnię się od lat z Patrycją, która też cię kocha. To jest ode mnie silniejsze – wyszeptała, patrząc mi w oczy i dotykając mej dłoni.

Jej oświadczenie przyjąłem z wdzięcznością. Schlebiało mojej męskiej naturze. Zostałem doceniony. Jak się okazało, Valeria nie zaznała w życiu zbyt wiele miłości mimo wcześniejszych intymnych znajomości z trzema mężczyznami oraz jednego, bardzo intensywnego choć przelotnego romansu z kobietą.

– To nie to samo, co teraz, kiedy wdycham aksamitny zapach kwiatów maciejki razem z zapachem twojego ciała, nieskażonego tą dziwną wodą kolońską, jakiej używasz. Nie pasuje ona do żadnego aspektu twojej osobowości, ani karnacji, ani postawy, ani twego intelektu, który mnie podnieca jak żaden inny. Może z wyjątkiem Jean-Paul Sartre’a, którego uważam za niezwykłego pisarza. Zresztą, to nie ma akurat znaczenia, skoro już dawno odszedł z tego świata.

Jej przydługie i nieco egzaltowane wyjaśnienie sprawiło mi przyjemność. Przyjąłem je z wdzięcznością, dając się uwieść nastrojowi chwili, pustce otaczającej balkon oraz pragnieniu życia pełnego znaczenia, co mogło oznaczać tylko jedno: namiętną miłość.

0Shares

Miniopowiadanie: Przebudzenie dnia sobotniego

Obudził się osnuty tajemnicą życia, w dniu pogodnym, niesłonecznym, z temperaturą dwadzieścia jeden stopni Celsjusza, nad morzem sinym od żyjątek, w przekonaniu, że był to cud, ponieważ równie dobrze mógł się nie obudzić. Przypomniał sobie, że ma na imię Adam, co go ucieszyło, bo przecież mógłby we śnie doznać nagłej amnezji, nie takie rzeczy się zdarzały dojrzałym osobnikom.

Wyglądał na dziewięćdziesiąt lat, miał siedemdziesiąt, metabolicznie plasował się w przedziale wieku pięćdziesiąt pięć – sześćdziesiąt. Oświadczyła mu to kiedyś dietetyczka, która mu również podała, ile tłuszczu ma w organizmie, ile tkanki chudej, a ile kości, wszystko to w cenie sto dwadzieścia za usługę wróżenia z wagi ciała i oczu, bez pokwitowania.

Był niewyspany, rozpędził to kawą pędzoną wrzącą wodą. Tak zaczął kolejny dzień. Postanowił cieszyć się nim jak mops, a może nawet i bardziej w zależności od energii, jaka spłynie na niego z kosmosu, bo przecież nie z głupiejącego coraz częściej ciała.

W nocy wstawał kilka razy, z obowiązków pęcherza i męskiej frustraty powiększonej jak ego rządzącego satrapy, osobnika niewiele młodszego, ale bardziej ambitnego i religijnego, wyrażającego swą pobożność myśleniem o niezmierzonej boskiej władzy i jej ludzkich wcieleniach.

– Niech mu zima lekką będzie – pomyślał Adam, choć nie życzył mu dobrze jako że nie przepadał za osobnikami poszukującymi własnego szczęścia kosztem szczęścia innych.

Odziedziczył on, Adam, nie satrapa, piekarnię położoną tuż obok, w której wypiekało się pieczywo na kolejny dzień życia, musiał wstawać i dopilnowywać, aby się nie przypaliło, bo wywoływało to płacz i krzyk nocny piekarki, stąd jego zmęczenie, ale nie tylko stąd, bo takie jest życie.

Zdążył zanotować tylko tyle; goniły go inne obowiązki, jakie przypadają ludziom do wykonania z naturalnego porządku życia jak i z własnej głupoty, która wraz z życiem dana jest przez Boga, w którego wierzył, jako swego biblijnego stwórcę, ale z coraz większą niepewnością co do jego konkretności.

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

1Shares

Hiszpania 4: Costa Brava we wrześniu. Obserwacje niedouczonego turysty.

Osobliwością Costa Brava, a konkretnie miejscowości Malgrat de Mar, był brak owadów. Moje drzwi balkonowe na siódmym piętrze hotelu Reymar Playa (w głębi na zdjęciu od strony morza – nie mylić z hotelem Reymar, który jest kilkaset metrów dalej w kierunku Santa Susanna), mogły być otwarte przez całą noc, a do pokoju nie wtargnęła ani jedna muszka, komar czy podobne stworzenie. Mógł to być efekt bliskości mocno zasolonego Morza Śródziemnego, wiatru, pory roku, może także jakichś innych czynników. Tylko w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni restauracji/baru/kawiarni przy promenadzie, gdzie zatrzymaliśmy się wczesnym popołudniem, aby napić się Sangrii i zjeść crepes, zauważyłem i odczułem małe muszki. – Oby je ziemia pochłonęła – niereligijnie o nich pomyślałem.

Jeśli jechać na Costa Brava, to chyba najlepiej we wrześniu lub maju. Byłem we wrześniu. Idealna pora. Dużo mniej turystów, prawie w ogóle nie ma dzieci (skończyły się wakacje), spokojniej, nie tak gorąco. Pogoda była doskonała, temperatura powietrza idealna, choć woda w morzu nieco zbyt rześka jak na mój gust. Nie znoszę zimnej wody. Samo wejście do morza zajmowało mi minutę lub dwie. Rano i około południa morze było mało sfalowane, później po południu, około godziny 17-18, fale robiły się większe i kłopotliwe.

Lubię pływać. W przeszłości mieszkałem wiele lat w Australii i dużo pływałem. 29 września, w dzień moich imienin, udało mi się przepłynąć wzdłuż brzegu około 1,5 km. Zacząłem na wysokości przejścia pod ulicą na plażę w Malgrat de Mar w miejscu, gdzie Francuzi regularnie grają w kule, do hotelu stojącego przed hotelem Caprici w Santa Susanna. To mój rekord życiowy. Było to możliwe dlatego, że woda jest silnie zasolona i łatwo unosi ciało na powierzchni, wiatr był niewielki, niska fala, a ja chciałem uczcić ten dzień. Miałem okulary pływackie, bez których trudno jest pływać w słonej wodzie. Płynąłem bez pośpiechu, wyznaczając sobie kolejne cele, a to koniec kompleksu brązowych hoteli, zielony parasol, żółty parasol, duże głazy na brzegu. Płynąłem dalej tylko dlatego, że wyjątkowo dobrze mi szło. Innego dnia był tak silny wiatr, że nie udało mi się pokonać nawet dystansu dwustu metrów.

Dla nieumiejących pływać kąpiel w morzu w Malgrat de Mar wiąże się, jeśli nie z ryzykiem, to z pewnością z niedogodnością. Plaża wchodzi dosyć stromo w morze i w odległości półtora/dwa metry od brzegu dno załamuje się raczej gwałtownie, dalej nie można już sięgnąć dna. Jeśli nie umie się pływać, przebywanie w odległości do dwóch metrów od brzegu jest trudne, zwłaszcza jeśli jest akurat większa fala.
Po wycieczce do Tossa de Mar (patrz zdjęcie), przyszedłem na plażę około godziny 18.30. Było jeszcze jasno, ale plaża była prawie całkowicie pusta, w morzu nie było już nikogo. Mimo wielkiej chęci, aby wykąpać się, nie zdecydowałem się wejść do morza tego wieczoru; było po prostu nieprzyjemnie. Wróciłem do hotelu, aby wykąpać się w basenie hotelowym na otwartym powietrzu. Nie był to kąpielowo udany dzień; basen w Reymar Playa zamykają o godzinie 19.00. W innych hotelach jest lepiej, basen jest otwarty dłużej.

Nie będę się odgrażać, ale w dalszych blogach zamierzam napisać jeszcze m. in. o korzystaniu z komputera, o bibliotece publicznej, wymianie waluty, znalezieniu restauracji z ulubioną potrawą, rynku lokalnym (mercado), wynajmie roweru i języku.

Na koniec, jak zwykle, dodatek w postaci fragmentu trzeciego opowiadania z mojej ostatniej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

„Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika. – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.”

0Shares