Miniopowiadanie: Przebudzenie dnia sobotniego

Obudził się osnuty tajemnicą życia, w dniu pogodnym, niesłonecznym, z temperaturą dwadzieścia jeden stopni Celsjusza, nad morzem sinym od żyjątek, w przekonaniu, że był to cud, ponieważ równie dobrze mógł się nie obudzić. Przypomniał sobie, że ma na imię Adam, co go ucieszyło, bo przecież mógłby we śnie doznać nagłej amnezji, nie takie rzeczy się zdarzały dojrzałym osobnikom.

Wyglądał na dziewięćdziesiąt lat, miał siedemdziesiąt, metabolicznie plasował się w przedziale wieku pięćdziesiąt pięć – sześćdziesiąt. Oświadczyła mu to kiedyś dietetyczka, która mu również podała, ile tłuszczu ma w organizmie, ile tkanki chudej, a ile kości, wszystko to w cenie sto dwadzieścia za usługę wróżenia z wagi ciała i oczu, bez pokwitowania.

Był niewyspany, rozpędził to kawą pędzoną wrzącą wodą. Tak zaczął kolejny dzień. Postanowił cieszyć się nim jak mops, a może nawet i bardziej w zależności od energii, jaka spłynie na niego z kosmosu, bo przecież nie z głupiejącego coraz częściej ciała.

W nocy wstawał kilka razy, z obowiązków pęcherza i męskiej frustraty powiększonej jak ego rządzącego satrapy, osobnika niewiele młodszego, ale bardziej ambitnego i religijnego, wyrażającego swą pobożność myśleniem o niezmierzonej boskiej władzy i jej ludzkich wcieleniach.

– Niech mu zima lekką będzie – pomyślał Adam, choć nie życzył mu dobrze jako że nie przepadał za osobnikami poszukującymi własnego szczęścia kosztem szczęścia innych.

Odziedziczył on, Adam, nie satrapa, piekarnię położoną tuż obok, w której wypiekało się pieczywo na kolejny dzień życia, musiał wstawać i dopilnowywać, aby się nie przypaliło, bo wywoływało to płacz i krzyk nocny piekarki, stąd jego zmęczenie, ale nie tylko stąd, bo takie jest życie.

Zdążył zanotować tylko tyle; goniły go inne obowiązki, jakie przypadają ludziom do wykonania z naturalnego porządku życia jak i z własnej głupoty, która wraz z życiem dana jest przez Boga, w którego wierzył, jako swego biblijnego stwórcę, ale z coraz większą niepewnością co do jego konkretności.

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Hiszpania 4: Costa Brava we wrześniu. Obserwacje niedouczonego turysty.

Osobliwością Costa Brava, a konkretnie miejscowości Malgrat de Mar, był brak owadów. Moje drzwi balkonowe na siódmym piętrze hotelu Reymar Playa (w głębi na zdjęciu od strony morza – nie mylić z hotelem Reymar, który jest kilkaset metrów dalej w kierunku Santa Susanna), mogły być otwarte przez całą noc, a do pokoju nie wtargnęła ani jedna muszka, komar czy podobne stworzenie. Mógł to być efekt bliskości mocno zasolonego Morza Śródziemnego, wiatru, pory roku, może także jakichś innych czynników. Tylko w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni restauracji/baru/kawiarni przy promenadzie, gdzie zatrzymaliśmy się wczesnym popołudniem, aby napić się Sangrii i zjeść crepes, zauważyłem i odczułem małe muszki. – Oby je ziemia pochłonęła – niereligijnie o nich pomyślałem.

Jeśli jechać na Costa Brava, to chyba najlepiej we wrześniu lub maju. Byłem we wrześniu. Idealna pora. Dużo mniej turystów, prawie w ogóle nie ma dzieci (skończyły się wakacje), spokojniej, nie tak gorąco. Pogoda była doskonała, temperatura powietrza idealna, choć woda w morzu nieco zbyt rześka jak na mój gust. Nie znoszę zimnej wody. Samo wejście do morza zajmowało mi minutę lub dwie. Rano i około południa morze było mało sfalowane, później po południu, około godziny 17-18, fale robiły się większe i kłopotliwe.

Lubię pływać. W przeszłości mieszkałem wiele lat w Australii i dużo pływałem. 29 września, w dzień moich imienin, udało mi się przepłynąć wzdłuż brzegu około 1,5 km. Zacząłem na wysokości przejścia pod ulicą na plażę w Malgrat de Mar w miejscu, gdzie Francuzi regularnie grają w kule, do hotelu stojącego przed hotelem Caprici w Santa Susanna. To mój rekord życiowy. Było to możliwe dlatego, że woda jest silnie zasolona i łatwo unosi ciało na powierzchni, wiatr był niewielki, niska fala, a ja chciałem uczcić ten dzień. Miałem okulary pływackie, bez których trudno jest pływać w słonej wodzie. Płynąłem bez pośpiechu, wyznaczając sobie kolejne cele, a to koniec kompleksu brązowych hoteli, zielony parasol, żółty parasol, duże głazy na brzegu. Płynąłem dalej tylko dlatego, że wyjątkowo dobrze mi szło. Innego dnia był tak silny wiatr, że nie udało mi się pokonać nawet dystansu dwustu metrów.

Dla nieumiejących pływać kąpiel w morzu w Malgrat de Mar wiąże się, jeśli nie z ryzykiem, to z pewnością z niedogodnością. Plaża wchodzi dosyć stromo w morze i w odległości półtora/dwa metry od brzegu dno załamuje się raczej gwałtownie, dalej nie można już sięgnąć dna. Jeśli nie umie się pływać, przebywanie w odległości do dwóch metrów od brzegu jest trudne, zwłaszcza jeśli jest akurat większa fala.
Po wycieczce do Tossa de Mar (patrz zdjęcie), przyszedłem na plażę około godziny 18.30. Było jeszcze jasno, ale plaża była prawie całkowicie pusta, w morzu nie było już nikogo. Mimo wielkiej chęci, aby wykąpać się, nie zdecydowałem się wejść do morza tego wieczoru; było po prostu nieprzyjemnie. Wróciłem do hotelu, aby wykąpać się w basenie hotelowym na otwartym powietrzu. Nie był to kąpielowo udany dzień; basen w Reymar Playa zamykają o godzinie 19.00. W innych hotelach jest lepiej, basen jest otwarty dłużej.

Nie będę się odgrażać, ale w dalszych blogach zamierzam napisać jeszcze m. in. o korzystaniu z komputera, o bibliotece publicznej, wymianie waluty, znalezieniu restauracji z ulubioną potrawą, rynku lokalnym (mercado), wynajmie roweru i języku.

Na koniec, jak zwykle, dodatek w postaci fragmentu trzeciego opowiadania z mojej ostatniej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

„Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika. – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.”