Prezydenci w moim życiu

Moje życie toczy się między poezją codzienności a prozą pisarstwa. Dzisiaj jest inaczej. Moją przestrzenią życiową zawładnął prezydent Trump. Jest wszędzie: w TV, radio, prasie, Internecie, na podwórku i w lesie. Widzę go i czuję. Oto idzie do samolotu Air Force One, popychając przed sobą żonę i synka. Wozi go ze sobą wszędzie, to jego maskotka. Chudzina stoi i patrzy na ludzi, a oni na niego. To jest piękne, umieć chwalić się rodziną.

Pięć minut później prezydent Trump wchodzi do samolotu. Żona stoi obok, synek też. Prezydent lekko popycha ich, aby zrobić sobie wspólnie ładne zdjęcie. Za chwilę są już wewnątrz. Oddycham z ulgą, że czas biegnie tak szybko. Komentatorzy nieprzerwanie informują, co to jest Air Force One i co będzie robić prezydent Trump w Polsce. Spotka się z prezydentem. Innym, ale takim samym. Prawie takim samym. Na razie leci. Dwie godziny później też, i jeszcze później też. Cały czas śledzę wydarzenia.

– Wciąż leci? – krzyczę z nadzieją do żony.

– Wciąż leci! – odpowiada z radością.

– A ten drugi? – pytam.

– Jaki drugi? – słyszę gniewny głos.

– Ten drugi prezydent. Nasz rodak. Ma inne imię, ale to taki sam Donald jak ten amerykański.

– On nigdzie nie leci. On czeka na ziemi na spotkanie z prezydentem. Tym pierwszym Donaldem, najważnijeszym na świecie.

W powietrzu i na ziemi są dzisiaj tylko prezydenci. Będą budować Międzymorze. To nowa dzielnica mieszkaniowa, gdzie zamieszka dziesięć krajów. To nasza odskocznia od Unii Europejskiej, gdyby ta nam się nie udała. W Unii są tylko ważniaki, tutaj jesteśmy my, wszyscy, mieszkańcy trzech mórz. To mnie zachwyca i uspokaja.

Wprawdzie nie przepadam za prezydentamii, ale ich lubię. Mają fantastyczną gestykulację. Ciekawie poruszają ustami, nawet kiedy nie mówią. Teraz czekam na wyniki ich spotkań ciesząc się, że prezydent Donald, ten amerykański, wciąż leci.