Rysio. Portret artysty w sosie własnym.

Rysio jest w dobrej formie. Jest aktorem. Robota słowna pali mu się w rękach. Najpierw zajął się rękaw, potem kabacik, ale udało się zagasić. Sam to zrobił. Śliną, którą przechowuje w ustach. Normalnie używa jej do sączenia słow. Czasem łagodnych, czasem zatrutych prawdą, bo jest człowiekiem teatru. Taki zawsze był. Nie znaczy to, że nie jest. Jest i czuje się dobrze, tylko trochę zaokrąglił się na twarzy.

– To od mówienia. Powiększyłem się, bo wciąż rosnę. Dużo mówię. Właściwie to intepretuję rzeczywistość. Jestem wiceprzewodniczącym dużej organizacji.

Dalej Rysio wyjaśnia, dlaczego mówi o niej źle.

– Nienawidzę jej, ale tylko dlatego, że kocham inną organizację. Taki już jestem. Trwały w uczuciach. Po prostu kocham i nie umiem przestać. Zawsze byłem mocny uczuciowo, nawet jak jeździłem rowerem.

Rysio rozczula się. Twarz zaokrągla mu się uśmiechem. Wyjaśnia, że tak naprawdę to kocha osobę stojącą wysoko nad tą organizacją. To mężczyzna. Piękna postać. Gotów jest za nią skoczyć do ognia. Pyta niecierpliwie, czy w pobliżu coś się nie pali.

– Dajcie mi pożar, aby udowodnił moją miłość! – krzyczy dramatycznie.

Rysio jest dobrym aktorem. Chce zmienić zawód, bo mało zarabia, a ma talent. Zdecydował się zostać chińską primabaleriną. Wyjaśnił to w wywiadzie.  

– Muszę jeszcze tylko dopracować jeden piruet słowny –  wyjaśnia. – Przygotowałem już plakat i transparent: Rysio Czarnecki, Lew Salonowy, Złotousty Podnóżek.

– To po chińsku – mówi i kłania się skromnie, jak to on, i dziękuje obficie: merci beaucoup et merci bien, vielen Dank und danke schön, thank you very much, indeed, hasta luego, molto grazie e grazie mille! Twarz przysłania mu kurtyna tajemniczego uśmiechu.

Publikacje autora blogu: "Sędzia od Świętego Jerzego" (powieść), "Klęczy cisza niezmącona" (poezje), "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco" (opowiadania).  

Hiszpania 5: Gerona, zabytki, historia i lwica do całowania

Gerona (j. hiszpański, wym.: cherona) lub Girona (j. kataloński, wym.: dżirona). Girona me emociona – to tytuł broszurki informacyjnej. Miasto założone przez rzymskiego wodza Pompejusza około roku 79 p.n.e., 103 km na północ od Barcelony i 60 km od granicy francusko-hiszpańskiej. Na wycieczkę do Gerony pojechaliśmy autobusem.

W pamięci zapadły mi:

• Katedra NMP (Catedral de Santa María), budowa od XI do XVIII wieku, posiada jedną nawę o największej rozpiętości na świecie, jeśli chodzi o architekturę gotyku i drugą największą w świecie chrześcijańskim po bazylice św. Piotra w Rzymie. Do katedry prowadzą ogromne schody, 99 stopni, na których nakręcano, jak sobie przypominam, jeden z filmów Gwiezdne Wojny.

• Mury obronne z czasów rzymskich (Muralla Romana), rozbudowywane w wiekach późniejszych, można po nich chodzić. Rozpościera się z nich imponujący widok na miasto. To kilkudziesięciometrowy, chyba najwyższy mur, jaki widziałem.

• Przez miasto płyną cztery rzeki: Ter, Onyar, Galligants i Güell. Rzeka Onyar ma wody tyle, co kot napłakał, z mostu widać w niej wielkie karpie, wedle słów przewodniczki najgorsza i najtańsza ryba w tym regionie.

• System rowerów miejskich Girocleta, ma kilkanaście punktów wynajmu i przyjmowania rowerów wokół centralnej części miasta. Rozmawiałem z pracownikiem. Korzystanie z roweru jest bardzo proste: zarejestrowanie się i wyrobienie karty abonamentowej. Karta jednodniowa kosztuje 2 Euro (zastaw zwrotny 150 Euro).

• Lwica z Gerony. Wedle starego zwyczaju, aby zapewnić sobie szczęśliwy powrót do miasta, trzeba wspiąć się na kolumnę i pocałować lwicę w tyłek. Stałem pod posągiem z dumą, bo i my mamy podobny zabytek, z tym, że jest to lew żywy, przywódczy, którego duszę całują wierni wyznawcy oraz rodziny wielodzietne, za łaski, jakie im okazał.