Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 13: Problem Kantyny

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał zeszklone niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa samego zainteresowanego, ale rzuca negatywne światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje. 

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali, kimkolwiek by oni nie byli.

Nowa ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać.

Ktoś natychmiast zaproponował Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Odbyła się dyskusja, zanim wszyscy zgodzili się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. Nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Ateisty, inżyniera z górnej półki, o tyle nietypowy, że on sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną.

*****

Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już z samego rana następnego dnia Kantyna pojawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami zwracając na siebie uwagę innych gości hotelowych i obsługi. Po zakończeniu posiłku, kiedy szli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już wiedzieli, że potrafi trwać w stanie nieustannego upojenia, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezniszczalny – dodawali kiwając z niechęcą głowami ci, którzy mieszkając w sąsiednich pokojach w hotelu widywali go najczęściej.

*****

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia firmy turystycznej, organizatora wyjazdu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna okazał się przekleństwem grupy wycieczkowej. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj i praktyka, że członkowie grupy pomagali sobie i wzajemnie się pilnowali, na ile tylko było to praktyczne.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak to mu się nie udawało. Dobroczyńca, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne możliwości. Twierdził, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy prestidigitator; on potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam wczoraj widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust rurkę wyjętą chyba ze szpary w podłodze, i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Zła sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu, nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz. – Darczyńca miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego, zaprzyjaźnić i zrozumieć, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś duchowo zbliżonego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Powiedział mi to kiedyś, kiedy wydawało mi się, że uda mi się zaprzyjaźnić się z nim.

Na prośbę grupy Darczyńca zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat jego serdecznego przyjaciela ze studiów. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze kupuje alkohol w dużych ilościach. O godzinie czwartej mój rabbi krząta się po kuchni, niespokojna dusza, sprząta, słyszę szuranie, przestawia butelki. Bardzo to lubi. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam oryginał nieokiełznany w poglądach, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru i strachu, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Tak nie powinniśmy mówić.

0Shares