Broda. Opowiadanie z gatunku „triste”.

Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Zapuszczam brodę. Moim ideałem jest zarost gęsty, czarny jak smoła, imponujący wielkością.

Co do kształtu, nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji, tak czy inaczej, musi on być oryginalny może nawet perwersyjny (to dobre skojarzenie dla artysty słowa), abym patrząc na siebie odczuwał radość a nie chęć rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia.

Głównym powodem mojej fascynacji brodą jest poczucie bycia niekochanym, porzuconym jak stary kapeć w rowie w okresie późnojesiennym. Protestuję przeciwko temu. Hodując nienormatywny zarost na twarzy obrzydzam się nie dla śmiechu, jestem na to zbyt poważny, ale po to, aby mnie wreszcie zauważono, dostrzeżono we mnie dobroć, talent, czy choćby nawet skromne poczucie humoru, cokolwiek wartościowego.

Życie bez miłości i uwielbienia wydaje mi się niejakie, jakżeż odmienne od stanu wczesnej dziecięcości, kiedy to każdy członek rodziny i niejedna osoba obca prześciga się z innymi, aby powiedzieć ci ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, aby ciumkać, pomachać ci ręką, dotknąć stopki, całować w dowolną część ciała, pieścić, nagradzać, pomachać ci ręką na pożegnanie, w zamian za łaskawy uśmiech czy nawet nieporadne gaworzenie.

Teraz, opuszczony w mej samotności, tym bardziej potrzebuję adoratorów, zwłaszcza adoratorki. Kobieta jest dla mnie istotą piękniejszą, kształtniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata jest to istota niejako wtórna, stworzona w drugiej kolejności, jak wiadomo z żebra Adama. Mówiło mi o tym wielu księży.

Martwiłbym się, gdyby proporcja moich adoratorów była zwichnięta na rzecz mężczyzn. Uznałbym to za niezdrowe, być może do tego stopnia, że czułbym się zmuszony zapisać się do LGBT (ostatnio modnej choć zwalczanej przez różnych kacyków), formacji ludzi niezależnych uczuciowo, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie. Chciałem dodać „i dla potomnych”, ale uznałem to za przesadę.

0Shares