Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 207: Eminencja odnajduje ostrze walki o prokreację

Wojna z przeciwnikami prokreacji rozkręcała się powoli, ale systematycznie, zgodnie z zasadą, że młyny boże mielą wolno, ale dokładnie, którą Czarna Eminencja uznawał za fundament wszelkiej sprawiedliwości. Zadowolony z kierunku działań, Eminencja nie był jednak zachwycony tempem ich rozwoju; było ono zbyt wolne. Podnosił to rozmowach gubernatorem, przeglądając statystyki kobiet w ciąży oraz liczby urodzeń.

– W takim tempie to wykaraskamy się z problemu za dwieście lat, a nie za dwa trzy lata, na co bym serdecznie liczył – powiedział gubernator. – Kiedy to mówił, był wyraźnie przygnębiony, Coraz częściej dopadał go niepokój wywołując zawroty głowy i bóle żołądka. Lekarze ostrzegali go przed depresją.

Eminencja pocieszał go jak mógł, zastanawiając się nad przyczyną spowolnienia. Doszedł do wniosku, że rządowi brakuje ostrza, czegoś nośnego, porywającego, idei lub hasła, co uskrzydliłoby jego akcje. Czasem przychodziły mu do głowy skojarzenia ze skrzydłami husarskimi, wynoszącymi na szczyty zwycięstwa ciężkozbrojnych rycerzy i ich rumaki bojowe. Było to skojarzenia tak śmiałe i niestosowne, że je natychmiast odrzucał. W chwilach niepewności wolał myśleć o skrzydłach anielskich.

*****

Przechodząc korytarzem swego pałacu arcybiskup zatrzymał się przed obrazem przedstawiającym scenę biblijną. Kierował nim impuls. Zupełnie nieoczekiwanie, bo dzień był pochmurny, obraz oświetliła wiązka promieni o kształcie palmy świątecznej. Eminencja poczuł, że jest to znak z nieba, nie wiedział tylko jak go zinterpretować. Zaintrygowany schylił głowę, aby odczytać treść tabliczki tytułowej. Nie pamiętał nazwy obrazu. W pałacu były ich setki. Gromadzone przez kilka wieków, jeden był ciekawszy od drugiego. Stanowiły bezcenny majątek kościoła. Uwagę hierarchy rozproszył niepokój, czy odnowiono umowę ubezpieczenia obrazów. Po chwili wrócił do tabliczki i przeczytał napis: „Grzech”. Była to replika obrazu genialnego malarza brazylijskiego przedstawiająca grzeszników.

Eminencja zdał sobie nagle sprawę, że grzech to przecież ostrze miecza, idealny symbol walki o prokreację, którego brakowało rządowi. Po upewnieniu się, że oprócz niego nie ma nikogo w korytarzu, arcybiskup wypowiedział na głos „grzech to ostrze miecza w walce o prokreację, aby w pełni uświadomić sobie sens i znaczenie tego hasła. Zachwyciła go własna intuicja, gdyż zawsze uważał siebie za mało wrażliwego pod tym względem. Był bardziej intelektualistą niż intuicjonistą.

Nowe idee zaczęły kiełkować mu w głowie jak młode roślinki obficie podlewane wiosną troskliwą ręką ogrodnika. Godzinę później Eminencja rozmawiał z gubernatorem, informując go, że wreszcie odnalazł ostrze, którego im brakowało. Rozmówca nie od razu podchwycił sens wyznania; po chwili, zarażony odkryciem i entuzjazmem arcybiskupa i on dostrzegł światło w tunelu.

Odkrycie wspaniałego symbolu nadało wigoru walce o prokreację. Ministrowie i księża pracowali dniem i nocą, zapominając o świecie bożym, nad nowym planem prokreacji. Nikt wcześniej nie stworzył niczego podobnego. Plan łączył ze sobą wartości religijne i społeczne w jedną całość, rozbijając podział na sacrum i profanum.

Za źródło zła, jedyną przyczynę upadku prokreacji, rząd państwowo-kościelny uznał grzech. Grzechem było odstąpienie Nomadyjczyków od Boga i jego przykazań, ignorowaniu tego, czego od nich oczekiwał i skoncentrowaniu się na tym, co nietrwałe i bałamutne.

– Nasze społeczeństwo zabijają ambicje, pycha i konsumpcja. – Eminencja zakończył niedzielną homilię z trudem powstrzymując się od uderzenia dłonią o pulpit ambony dla wyrażenia słusznego gniewu.

*****

Dla Czarnej Eminencji był to plan życia. Wielkim nakładem środków i fizycznego trudu w tajemnicy przed wiernymi budował ośrodek edukacji i przemiany duchowej – Świątynię Wiary i Prokreacji.

Projekt od początku zapowiadał się nietypowo. Rozpoczynając budowę, Czarna Eminencja posadził na pamiątkę cedr, okazałe drzewo iglaste o wiecznie zielonych liściach, ponieważ właśnie z cedru zbudowano Pierwszą Świątynię Jerozolimską w dziesiątym wieku przed Chrystusem. Wolał to uczynić niż kłaść kamień węgielny, nie mający w sobie nawet cząstki wspaniałej tradycji historycznej i religijnej.

Po miesiącu budowy zdarzył się poważny wypadek; robotnik spadł z rusztowania z wysokości trzeciego piętra. Kiedy podbiegli do niego ludzie, leżał nieruchomo, wyglądał jak martwy. Po chwili wstał i otrzepał się.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz. Leżałeś na ziemi i nie ruszałeś się.

– Zamyśliłem się. Mam na głowie tyle spraw. Dlatego spadłem z rusztowania. A bo to raz człowiek pada na ziemię?! Jak spaść to z wysokiego konia. – Zaczął żartować, widząc niepewne miny otaczających go ludzi.

W trakcie dalszej budowy świątyni cuda zdarzały się tak często, że sekretariat arcybiskupa z trudem nadążał z ich rejestracją, wymagającą opisania okoliczności. Eminencja irytował się, ponieważ nie miał czasu na weryfikację licznie napływających zgłoszeń. Dwa z nich od razu wydały mu się naciągane. Ludzie oczekiwali, że każde nowe zgłoszenie cudu zostanie natychmiast zaakceptowane. Arcybiskup obawiał się, że ofiary wypadków uznające, że Bóg okazał im cudowną serdeczność, pragnęły w istocie znaleźć się w centrum uwagi publicznej, stać się celebrytami choćby na pięć minut. Pozytywną stroną wydarzeń było narastanie atmosfery nadzwyczajności Świątyni Wiary i Prokreacji.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares