Powieść. Laboratorium Szyfrowanych koni. Cz. 61: Leśny rządowy obóz przetrwania.

Po zejściu z wyasfaltowanej, dziwnie wąskiej drogi, posuwali się bez słowa przez iglasty las przetykany brzozami i porośnięty mchem tak bujnym, że gumowe buty zapadały się prawie do połowy. W powietrzu wisiała mgła i zduszona cisza. Sefardi ze zdziwieniem patrzył na drzewo, z którego zwisały niezrozumiałe kształty, jakby symbole, trudne do określenia, półprzezroczyste, ociekające kroplami wilgoci. Im głębiej wchodzili w las, tym więcej ich się pojawiało.

– Czy to pańskie lekarstwo nie zaburza mi wzroku? Czuję, jakbym miał przywidzenia. Na drzewach widzę jakieś symbole przypominające plamy wilgoci.

Przewodnik skrzywił usta w tajemniczym, dwuznacznym uśmiechu i odpowiedział uspokajająco, co tylko wzmogło niepokój Mistrza.

– Nie, nie zaburza wzroku. Widzi pan prawidłowo. Proszę zwrócić uwagę także na to, co stoi za ziemi i co lata w powietrzu. Jeśli pan to zauważy, to znaczy, że zbliżamy się do obozu przetrwania. Nie wiem, czyj to będzie obóz, bo oni ciągle zmieniają położenie.

Sefardi miał na ustach następne pytanie, kiedy otworzyła się przed nimi mała polanka, jakby celowo wycięta w środku lasu, a na niej, pod plastikowym zadaszeniem, obozowisko z namiotami, kuchnią i jakimiś urządzeniami. W głębi majaczył wielki hangar lotniczy. Na środku polanki, na postumencie z grubych desek, mógł to być parkiet, znajdowała się konstrukcja, doskonale znana Sefardiemu z telewizji. Była to sala posiedzeń rządu, a właściwie jej atrapa. Dobrze oświetlona, z wielkim prostokątnym stołem w kształcie litery „U” i krzesłami ustawionymi byle jak po obydwu stronach, jakimiś tablicami i dwoma skrzynkami wyglądała na zagraconą.

Coś zmieniało się w powietrzu, które wyraźnie gęstniało przypominając budyń rozpylony na miliony cząsteczek. Przewodnik wskazał palcem kierunek, skąd napływała lepka mgła. Był tam niewielki stawik śródleśny, otoczony roślinnością wodną, z kikutami szarych gałęzi sterczącymi nad powierzchnią. Znowu pojawiły się symbole różnego kształtu i wielkości; wyłaniając się z cienia sadzawki łączyły się na tle drzew. Z boku, przy brzegu zbiornika wodnego, stały przedmioty codziennego użytku: rower, taczka i narzędzia ogrodnicze. Mistrz kiwnął przewodnikowi głową na znak, że zrozumiał jego wcześniejszą zapowiedź, widzi to, o czym wspominał i rozpoznaje symbole.

– To jest obóz rządowy. Dokładniej, rządowy obóz szkoleniowy typu survival. – Szepnął przewodnik, starając się nie zakłócić nastroju miejsca. – Społeczeństwo, Mistrzu, podzieliło się na obozy. Każdy ciągnie w swoją stronę, szuka zwolenników, obiecuje im złote góry. Niektórzy ludzie w to wierzą, choć u nas nie ma złota. Ten tutaj to jeden z obozów obietnic nie do spełnienia.

*****

– Szkoleniowy obóz rządowy? Na takim odludziu? – zdziwił się Sefardi. – Co to za bzdura?

Ledwo to powiedział, kilkadziesiąt kroków przed nimi pojawiła się wicegubernatorka, w ciężkich sportowych butach, czarnej sukni do kostek i grubych okularach. Na twarzy wyglądała jak zapaśniczka. Stanęła przy stole ustawionym na murawie i przywołała ręką kilku mężczyzn i kobietę. Byli to członkowie jej gabinetu. Sefardi mógł ich wymienić z imienia i nazwiska. Nieco dalej, oparci o wielką sosnę, stali dwaj mężczyźni wpatrując się w milczeniu w przestrzeń nad głowami rozmawiających. W przyciemnionych okularach i kaszkietach z długimi daszkami wyglądali na ochroniarzy. Obydwaj trzymali w rękach wykrywacze metali.

– Co oni robią? – Sefardi nie mógł powstrzymać się od okrzyku zdumienia.

– Proszę zachowywać się ciszej! – Poprosił przewodnik przytłumionym głosem. – Szukają środków wybuchowych lub podsłuchów. Chodzi o przewody ukryte w ziemi. Chyba niedawno założyli ten obóz. Inne urządzenia podsłuchowe z pewnością już usunęli.

Ledwie skończył mówić, przemówiła wicegubernatorka. Ton i tembr głosu nie pozostawiały złudzenia. To była ona we własnej osobie.

– Mieliście patriarchat, teraz macie matriarchat. Teraz ja tu rządzę, matka narodu, nie gubernator. On teraz zajmuje się budżetem, ja wypełniam bardziej przyziemne obowiązki. Moja rolą jest wychować naród dając mu przykłady, jak należy wypełniać obwiązki obywatelskie.

Jej słowa brzmiały twardo, nie pozostawiały wątpliwości, kto dzierży władzę. Słuchający milczeli. Rozbudzone macierzyńskie uczucia, jakimi darzyła podwładnych i naród, były znane nie tylko w jej najbliższym otoczeniu. Była osobą z charakterem i kiedy trzeba było, potrafiła przywalić pięścią w stół.

– Mama ma kopyto. – Skomentowała kiedyś jej córka, wspominając, że matka była w młodości aktywną członkinią klubu bokserskiego kobiet.

Na sukni, powyżej zdecydowanej w kształcie i rozmiarach lewej piersi kobiety, widoczna była dwujęzyczna przywieszka. Było na niej tylko pięć lakonicznych słów: „I am tough” i „Soy dura”. Sefardi nie musiał sprawdzać w elektronicznym słowniczku w smartfonie, co znaczy druga linijka, gdyż przewodnik pośpieszył z wyjaśnieniem.

*****

– Ten napis znaczy: „Jestem twarda”. W obydwu językach, angielskim i hiszpańskim. Coś mu to przypomniało. – Czy zna pan kawał o penisie i życiu? Czym różnią się od siebie? – Zapytał przewodnik ni z tego, ni z owego. Nie czekając na odpowiedź zaczął się głośno śmiać, bez najmniejszego skrępowania, jakby byli na bezludziu. Mistrz miał wrażenie, że jego towarzysz odreagowuje napięcie po silnej dawce wrażeń.

– Daj spokój, człowieku. Nie mamy czasu na żarty. – Upomniał go. W głowie zaszumiało mu, jakby miał tam komputer przetwarzający w pośpiechu bogactwo wzrokowych, słuchowych i zapachowych bodźców dotyczących miejsca, symboli, niezwykłej atmosfery obozu, sali posiedzeń rządu, wicegubernatorki i członków jej gabinetu oraz dwóch goryli z wykrywaczami metalu.

– Życie jest twardsze! – Przewodnik nie wytrzymał i gruchnął serdecznym śmiechem, który musiał dotrzeć do grupki ludzi, gdyż wicegubernatorka odwróciła głowę. Sefardi był pewien, że słyszała bardzo wyraźnie śmiech a może i słowa leśniczego. Obydwu ogarnął strach. Bez zastanowienia, przerażeni jak sztubacy przyłapani z papierosami w ustach, zanurkowali w głąb lasu, aby uniknąć ujęcia przez ochroniarzy rządu. Z tyłu dobiegł ich silny kobiecy głos: – Nie myślcie sobie, gnojki, że wam daruję! Dorwiemy was jeszcze! Nie martwcie się! Sekundę potem, bardziej domyślili się niż słyszeli, kobieta wydawała polecenia ochroniarzom.

Po obłąkańczym biegu przed siebie ślepo przez las, kiedy poczuli się w miarę bezpiecznie, ochłonęli z emocji i zatrzymali się. Mistrza ogarnęło uniesienie, poczucie triumfu, prawie szczęścia. Był wdzięczny przewodnikowi za lekarstwo i zaciągnięcie go do lasu. To, co widzieli i słyszeli, wzbogaciło jego pogląd na rzeczywistość i wzmogło determinację dalszych poszukiwań. Postanowił wrócić jeszcze do obozu rządowego, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Czuł, że kryją się tam ważne tajemnice.

Michael Tequila w księgarniachhttps://tinyurl.com/y895884p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *