Dykteryjka o krótkości życia napisana na okoliczność paranoidalnych czasów

Życie przeminęło mu błyskawicznie. Kiedy zdał sobie sprawę z jego przelotności, było już po wszystkim. Dożył dziewięćdziesięciu lat.

W ostatniej chwili zdążył zastanowić się jednak nad krótkością i przemijaniem. Nie wszystko pamiętał. Przeleciał szybciutko dziesiątkami po tych dziewięćdziesięciu latach. Nie doliczył się lat dwudziestych, trzydziestych i pięćdziesiątych. Wypadły mu z pamięci jak klucze księdzu z rękawa sutanny. Z pomocą pośpieszył mu brat bliźniak, młodszy o pięć lat, przez co wszystko lepiej pamiętał. Nie był miły. Wywalił mu prosto z mostu:

– Miałeś przerwy w życiorysie, bo to albo więzienie, albo pijaństwo. Taki byłeś, nie da się zaprzeczyć.

Usłyszawszy te podłe słowa, naruszające głęboko jego godność osobistą, nie chciał wierzyć, że to istotnie jego brat bliźniak, w dodatku o pięć lat młodszy. Nie wierzył, ale mu wytłumaczyli, że są przecież podobni do siebie jak dwie krople wody. Co więcej, noszą to samo imię: Jarek.

– Dlaczego mamy to samo imię? – pytał chyba ze trzy razy z uporem maniaka. – Dlaczego tylko jedno imię?

– Daliśmy wam to samo imię, bo jesteście tak podobni do siebie, że sam diabeł by was nie rozpoznał – był to głos jego babci, miała wtedy grubo ponad sto lat. Nikt dokładnie nie znał jej wieku, bo jej dowód osobisty zapodział się gdzieś w czasie pierwszej wojny światowej.

Z wcześniejszych wydarzeń Jarek pamiętał, że urodził się w rodzinie uczciwych chrześcijan, osób głęboko wierzących w dobro, nie wylewających za kołnierz, jak się to wtedy mówiło, oraz że jak się urodził, to był strasznie rudy, co mu od razu pielęgniarka wypomniała. Ponieważ nie wierzył, pokazała mu jego rudość w lusterku.

Wszyscy byli zachwyceni płomienną czupryną. Uznali ją za ważniejszą okazję do wypicia niż same urodziny.

– Dzieci rodzi się do groma i trochę, ale mało wśród nich jest rudasów – odezwały się głosy.

Było to na sali porodowej. Towarzystwo zebrało się błyskawicznie, aby nie marnować czasu, bo już wtedy było wiadome, że czas to pieniądz. Przynieśli ze sobą wódkę, wino i piwo, i tylko jedna osoba litrowy słoiczek rydzyków w occie. Nikogo to nie zdziwiło, bo od dziwienia robią się zmarszczki. W służbie zdrowia alkoholu wtedy nie brakowało, bo dla pewności zaopatrzenia, na dole, w suterynie, w dawnej izbie przyjęć, zorganizowano małą bimbrownię.

Wody nikt nie przyniósł.

– Bo i po co? – mówili zebrani. – Czy człowiek jest polem ryżowym wymagającym nawadniania?

Jarek od razu wiedział, że nie lubią wyrazu ani pojęcia „irygacja”, bo był to wyraz obcy, dziwnie brzmiący.

Tylko ojciec zmartwił się jego włosami. Powiedział wtedy na głos, choć był głuchoniemy od urodzenia.

– Niedobrze, że jest rudy.

– Dlaczego? – pytano. – Chciałbyś, żeby urodził się łysy, w dodatku głuchoniemy tak jak ty? Przecież to głupio wygląda.

– Nie, chodzi mi o coś innego – odparł ojciec. – Będzie fałszywy. Wiadomo, rudy to fałszywy. Ja wprawdzie uczciwością nie grzeszę, ale tylko wtedy, kiedy jestem trzeźwy. W pijanym widzie jestem uczciwy jak mało kto. W dodatku u mnie w rodzinie nikt nigdy nie był rudy.

Jarek nie pamiętał dokładnie jak się urodził, bo strasznie się wtedy upił mlekiem matki. „Mleko”, był to pierwszy wyraz, który wymówił. Potem przez rok nic nie mówił. Mleko okazało się wzmocnione, bo mama Jarka wypiła kieliszeczek wódki na szczęście.

– Pamiętaj, gówniarzu, powiedziała wtedy do niego, że ważne zdarzenia trzeba uroczyście obchodzić. A jak się coś obchodzi, to wiadomo, z alkoholem, pompą i paradą.

Kiedy to wyrzekła, ksiądz, który przyjechał, aby Jarka ochrzcić, bo wyglądał blado i słabowicie, od razu solidnie polał go wodą z sikawki. Był to gest bardzo spontaniczny i naturalny, bo w szpitalu była drużyna strażacka, a on wszędzie widział ogień, przeważnie piekielny, tak głęboko wierzył w niebo, czyściec i piekło. Najgłębiej oczywiście w piekło.

W ostatnim momencie życia Jarka coś strasznie huknęło i było już po wszystkim. Ze zdarzenia zapamiętał tylko to, że czekał na niego pan Bóg z otwartymi ramionami. W jednej ręce trzymał gałązkę oliwną a w drugiej butelkę z okowitą. Całe pół litra. Uśmiechał się, ale nierówno, bo tylko jedną połową twarzy, na drugiej wyraźny był gniew.

– Czemu, Panie, jesteś na mnie półgniewny? – zapytał Jarek z głupia frant. – Byłem przecież pobożnym człowiekiem i chodziłem regularnie do kościoła. Wiedzą o tym nawet ludzie niewierzący.

– Bo mi przeszkadzasz. Graliśmy tu sobie spokojnie w wiścika, a tu raptem otrzymuję wiadomość, że zjawiasz się u nas i to bez zapowiedzi. Nie dość, że włazisz z kopytami do nieba, to jeszcze zadajesz głupie pytania. Mam prawo być gniewny. W niebie, musisz to wiedzieć, ordnung muss sein, jak mówią wszyscy kanclerze począwszy od Bismarcka. Panie, świeć and jego duszą – westchnął.

Jarek przyjrzał mu się dokładnie, lecz nie był pewny, czy był to rzeczywiście sam Stwórca, czy też jego patron, Święty Jarek, ale pod dobrą datą. Kiedy wypili w końcu na przywitanie, jak dobrzy krajanie, film mu się kompletnie urwał.

Taki był koniec życia Jarka, człowieka dobrej woli, ostatni dzień dziewięćdziesiątego roku licząc od dnia urodzin.