Kronika powszednio-świąteczna

 

Czekał na mnie na peronie. Z postury podobny był do Boga: dobrze zbudowany, uśmiechnięty, dobrotliwy. Okulary dodawały mu powagi mądrości. Zmierzwioną brodą i włosami w nieładzie przypominał raczej szatana, wyglądał jakby przed chwilą zszedł z obrazu Memlinga, gdzie widłami spychał niegodziwców w czeluści piekielne. Jednakowoż, jeśli szatan spełnił się w tej roli, to była to rola pozytywna, zachowywał się jak sprawiedliwy sędzia kierujący zagorzałych grzeszników na dożywotni odwyk.

Na wieczornym spacerze nie rozpoznałem fragmentu lasu, który – wydawałoby się – dobrze znam. Las i pamięć zmieniają się. Pamięć starzeje się szybciej niż ciało, a las rośnie jak dobrze odżywiany smok i obrasta pułapkami dla pamięci. Z brzegu także śmieciami, za które ich sprawcy powinni trafiać do czeluści piekielnych wspomnianego Memlinga lub niewspomnianego jeszcze Boscha, ponieważ przyroda jest tworem bożym, a wyrzucający śmieci ją kalają. Powinno o tym mówić się na ambonach, kłując palcem w oczy grzeszników zaśmiecania.

Wieczorem siadłem na krzesełku ogrodowym z tyłu domu, przed ścianą lasu, i rozmyślałem w stanie półuśpienia. Umysł to teatr, który odgrywa jednym ciągiem sceny prawdziwe i urojone, minione i aktualne, i te które jeszcze nadejdą lub nigdy się nie ziszczą. Odmówiono mi prawa do rozmowy telefonicznej, którą pragnąłem odbyć spokojnie, pozytywnie i życzliwie, z powodem lub bez powodu, tak jak słońce, które nawet za chmurą też chce świecić i ogrzewać. Nieco wcześniej Gabriel Garcia Marquez nasycił mnie w „Jesieni patriarchy” obrazami i opisami bezbrzeżnego i niekończącego się bezprawia, okrucieństwa i gwałtu. Nie rozumiem, czemu to zrobił, nie musiał przecież, gdyż pisząc powieść był już bliski Bogu na firmamencie pisarzy i nie musiał udowadniać ani sobie ani czytelnikom swojej nadzwyczajnej wielkości.

Odmowa rozmowy telefonicznej i okrucieństwa wszechdyktatora, negatywnego bohatera powieści, nie wyczerpują pasma niepowodzeń. Robi się chłodniej, obok mnie kwitną drzewka owocowe, zniewala zapach leśno-ogrodowego powietrza. Porzucam wspomnienia i obserwuję psa, owczarka alzackiego, pięknego jak obraz, grzywa jak u lwa, długa sierść brązowo-biała, z tych brązów, które są ciepłe i bieli, które są prawdziwe. W ciągu dwóch tygodni pies stracił wzrok, oczy mu zmętniały niby brudna woda kałuży z pylistym dnem. Prawdziwa tragedia, milcząca i cicha jak bezbrzeżny strach. Zwierzę, które wygrywa o całe mile z człowiekiem swym przywiązaniem, łagodnością, wiernością, nie ma się nawet komu poskarżyć. Zły pies jest tylko wyrazem deprawacji człowieka, gdyż zwierzęta są niewinne i naturalne. Ich zwierzęcość jest wytworem natury, podobnie jak i człowieka, który jednakże dodał od siebie dużo więcej okrucieństwa niż miłości.

Ze spraw radosnych i pozytywnych, mali bliźniacy podrośli, lecz poza tym niewiele się zmienili zewnętrznie. Dużo więcej rozumieją i myślą, niż mówią. Czy nie jest to nadzwyczajne? Odwrotnie niż dorośli, którzy dużo więcej mówią, niż rozumieją. O myśleniu nie piszę, bo to wyższa szkoła jazdy dostępna tylko dla wytrwałych. Bliźniacy mają oczy jak żywe guziczki, śmiejące się radośnie i samodzielnie lub płaczące, w zależności od nastroju, pełne buźki i nóżki nie znające zmęczenia. Chętnie odpowiadają „nie” na wszelkie propozycje. Okazują mi nieufność. Pierwsze lody zostały przełamane, co zostało potwierdzone figlarnym uśmieszkiem, kiedy wspólnie odkrywamy łaskotki.

Dzisiaj, rankiem 1 Maja, chciałem wejść do pokoju moich gospodarzy i zaintonować mocnym głosem „Wyklęty powstań ludu ziemi”, lecz powstrzymało mnie uczucie dwuznaczności święta zdeformowanego, oryginalnie autentycznego, żądającego sprawiedliwości dla ludzi pracy, a potem, tu w tej części świata, sprowadzonego do sztuczności, podziwu dla władzy rzekomo robotniczej, nakazu uczestnictwa i kiełbasy uświęcającej tanią popularność.

Kronikę upiększa nuta dnia poprzedniego, wieczorna i uroczysta jak nieszpory. Przez okno, ponad młodnikiem lasu iglastego, świecą resztki słońca, rozleniwiające i usypiające. Zamknąłem oczy, długopis wypadł mi z ręki, urwał się tekst wymagający jeszcze przepisania na komputerze.Tak kończy się kronika podróżnicza Dnia Przedświątecznego oraz Dnia 1 Maja, pomylonego święta buntu i wypoczynku wiosennego, pisana na krawędzi lasu w Polsce Centralnej.

 

Przekaż dalej
0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *