Australijsko-polska Kamasutra

Australia pozostała prosta i nieskomplikowana w swojej kobiecości od czasu pierwszych osadników, w jedzeniu, gotowaniu, sprzątaniu, utrzymaniu domu, lecz niekoniecznie miłości. Premier Australii, panna Julia Gillard, jest osobą bardziej dystyngowaną i wyrafinowaną niż przeciętna Australijka (może z racji swego brytyjskiego urodzenia?). Niektórzy dodają, że jest także kobietą bardziej wyrachowaną. Mnie ona nie przeszkadza; ja ją wręcz lubię.

Panien takich jak ona są dziesiątki tysięcy w Australii. Chodzi o kobiety, które nie są mężatkami, lecz mają partnerów (rzadziej partnerki). Związek partnerski w Australii jest czymś tak naturalnym jak piasek na Pustyni Simpsona, upalne dni latem, studenci chińscy na Rundle Mall w Adelajdzie albo Hindus za kierownicą taksówki.

Mężczyzna i kobieta w Australii zawierają małżeństwo (jeśli są w dobrym humorze) wtedy, kiedy urodzi się dziecko. Nie wypada, aby miało rodziców żyjących pod jedną kołdrą, lecz pod różnymi nazwiskami. Kołdry na antypodach prawdopodobnie nie tolerują różnic w nazwiskach osób kochających się, podobnie jak część polskiego Sejmu. Ich moralność jest z wyższej półki: bezwarunkowo popierają małżeństwo mężczyzny z kobietą, niezależnie od tego, że żyją niekiedy jak pies z kotem, odżegnuje natomiast mężczyznę i kobietę od związku partnerskiego, w którym związkowcy mogą tulić się do siebie jak dwa gołąbki.

Tulenie się w Australii jest bogatsze niż w Polsce. Przypomina Kamasutrę, tyle jest tu ciekawych pomysłów: gołąbek – gołąbka, gołąbek – gołąbek, gołąbka- gołąbka. Na pewno są jeszcze inne kombinacje, ale o tym szczerze rozmawiać mógłbym tylko w cztery oczy i to w półmroku. Nie wszystko da się wyciągnąć na światło dzienne, bo od tego można się rozchorować. Nieśmiałość prowadzenia rozmów na tematy cielesne odziedziczyłem zdaje się z lat dziecięcych. Jest ona jak ospa: pozostawia ślady wstydu widoczne w zachowaniu.

Czy jest jakaś różnica między małżeńskim a partnerskim związkiem? Jeśli zapytacie o to osobę mądrą, odpowie szczerze: stosunkowo – żadna. Ta śmiała i jakżesz trzeźwa myśl powinna jak pochodnia oświetlać drogę posłom Gowinowi i Godsonowi w mrokach sejmowych deliberacji nad „Być albo nie być związków partnerskich”. Ja sam gotów jestem poświęcić sie dla Ojczyzny i za skromny kąt z prysznicem, łóżkiem, komputerem oraz solidne wegetariańskie utrzymanie z kieliszkiem czerwonego szampana „Sparkling Shiraz” nieść kaganek oświaty i postępu przed posłami i posłankami, aby zrozumieli rzecz całą nie poprzez rozmowy przy wódce lub konfesjonale, lecz spijając mądrość obficie spływającą z niniejszej ambony szacunku dla natury ludzkiej.

Bogactwo związków jest niewyczerpane. Dziwię się przywódcy związków zawodowych NSZZ Solidarność Piotrowi Dudzie, że zamiast zużywać swoje starzejące się gardło na okrzyki zachęcające naród do boju z własnym rządem, nie zajmie się związkami partnerskimi. Hasło „Zwiąż się z partnerem, a nie z zawodem” wniosłoby go na rączych skrzydłach do Sejmu sprawniej i pewniej, niż dwuznaczna miłość z PiS, z której będzie musiał się kiedyś serdecznie wyspowiadać, a potem długo leczyć. A może odwrotnie: najpierw długo się leczyć, aby zrozumieć, że powinien się wyspowiadać i pokajać. Może wystarczyłaby nawet sama zmiana spowiednika; Ksiądz Jarosław nie jest jedyną osobą mądrą i uduchowioną na polskim padole łez szczęścia i rozpusty politycznej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *