Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 87: Pacjent ze szpitala Grandioso

W szpitalu Grandioso panował osobliwy zwyczaj. W bezpośrednich kontaktach między sobą młodzi lekarze i personel pomocniczy pracujący na zmianie dziennej używali kodu językowego. Duża sala operacyjna była dla nich salą operową, mniejsza – operetką, ciężką operację określali mianem rzeźni, lżejszą – krajania. Słowne szaleństwo miało realne podstawy: jeden z lekarzy miał ojca prowadzącego ubojnię, w której mu pomagał, zanim zdecydował się ratować życie raczej niż je odbierać, drugi lekarz był miłośnikiem muzyki i literatury. Swoje zainteresowania przenieśli do języka szpitalnego, zarażając nim pozostały personel.

Nie podobało się to starszej kadrze lekarskiej i dyrekcji. Było to o tyle zrozumiałe, że kodowany język doprowadził kiedyś do nieporozumień i poważnej skargi na szpital ze strony wpływowego pacjenta. Lekarze wyszli z sytuacji obronną ręką. Zadecydowała o tym niepisana zasada stawiania solidarności lekarskiej ponad odpowiedzialność wobec ludzi i Boga. W obronie swoich interesów ustalili, że gdyby ktoś z personelu chlapnął kiedykolwiek coś nieodpowiedzialnego, to wszyscy pozostali zgodnie oświadczą, że tego dnia był pijany i nie można mu ufać.

*****

Tuż przed południem karetka pogotowia przywiozła do Grandioso nieznanego mężczyznę. Wewnątrz pojazdu znajdowała się także kobieta. Zanim zemdlała na wiadomość, że pacjent traci przytomność i wymaga natychmiastowej reanimacji, zdążyła wyjaśnić lekarzowi dyżurnemu, że jest to jej mąż.

– Co mu się stało? – Zapytał. – To bardzo ważne. Musimy to wiedzieć. To może nawet uratować mu życie.

– Nie mam pojęcia. Wczoraj był zdrowy, dziś rano poczuł się źle. W trakcie jedzenia śniadania zbladł i zaczął intensywnie się pocić. Podejrzewam, że się zatruł. Strasznie lubi pierożki z grzybami. Chyba zjadł je w nocy. Odgrzał i zjadł. To taki nocny marek. Rano widziałam pusty talerz. Tłumaczyłam mu, żeby ich nie jadł, bo za długo stały w lodówce i mogą być niedobre – wyjawiła zrezygnowana kobieta, dodając niechętnie: – Zawsze był uparty jak muł. Coś okropnego!

Chwilę później z dyżurki wyszedł, niechętnie porzucając oglądanie ulubionego programu sportowego, młody lekarz wezwany do pacjenta.

– Dokąd go bierzemy? Do sali operowej czy operetkowej? – Pielęgniarz, który zwrócił się do niego, też wydawał się być w nienajlepszym humorze.

– Co się pytasz? Na operetkę oczywiście. Z tego, co wyjaśniła jego żona wnoszę, że opera go nie interesuje.

– Czyli operetka ostatecznie?

– Oczywiście.

W dalszej rozmowie mężczyźni wyjaśnili sobie, że nie będzie to krajanie ani rzeźnia, tylko zwykłe płukanie żołądka. Pacjenta przewieziono do sali reanimacyjnej. Przebranie go, ułożenie na stole operacyjnym i podłączenie urządzeń nie zajęło wiele czasu. Pacjent majaczył, miał halucynacje.

– Albo on jest niedorozwinięty, albo za często ogląda telewizję. – Skomentowała pielęgniarka po kilku minutach. – Wiele osób już tutaj bredziło, ale ten przerósł wszystkich. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To, co mówi, to groch z kapustą, jakieś zoo, cyrk, kronika wypadków i bajka dla dzieci wymieszane razem jak odpadki w śmieciarce.

– Nie przysłuchiwałem się. Może słyszałem jeden wyraz lub dwa. Mówi bardzo niewyraźnie jak przez sen. – Odpowiedział dyżurny lekarz zastanawiając się, czy jego ulubiony zespół piłkarski ma szanse awansu do ekstra ligi.

– Mówi całkiem wyraźnie. – Oponowała pielęgniarka. – Mogę powtórzyć ci słowa: ptak, który rusza oczami, terrorysta, pistolet maszynowy, transparent, konie, kobieta z dużymi piersiami, prelekcja, siodło i chyba nawet proletariat. – Coś z tego rozumiesz?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – Odpowiedział zapytany, nie licząc na wyjaśnienia. Popatrzył na bladą, spoconą twarz pacjenta na stole zabiegowym. Coś go w niej zastanowiło. Przyglądał się dłuższą chwilę, po czym machnął ręką zrezygnowany.

– Jak skończymy, proszę odwieźć go na salę ogólną i monitorować jego stan. Musi się obudzić.

Kiedy wywożono pacjenta z sali reanimacyjnej, zjawiła się rejestratorka.

– Muszę zanotować dane do założenia karty informacyjnej. Pielęgniarz przeszukał ubranie mężczyzny, znalazł portfel, a w nim dowód osobisty i podał go kobiecie.

– Pożyczę na chwilę, aby zapisać datę urodzenia, serię i numer dowodu oraz adres zamieszkania. Po wyjściu z sali z ciekawości przybliżyła kartę do twarzy i głośno odczytała nazwisko Sefardi Baroka. Nic to jej nie mówiło. Dla niej był to tylko jeszcze jeden numer statystyczny.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *