Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 60: Kto okrada państwo? Sefardi wyrusza do Casi.

Informacja była poufna: Barras Blawatsky i jego najbliżsi współpracownicy spotykają się po cichu w prywatnym survivalowym ośrodku szkoleniowym ukrytym głęboko w lasach. Sefardi podjął natychmiastową decyzję wyjazdu. Poprzez zaufanego członka z lokalnego fan clubu wynajął przewodnika, byłego leśniczego. Ostrzeżono go, że bywa prostacki i wulgarny, ale jest skuteczny. W dodatku, ryzykując wiele, brał niewygórowaną opłatę za swoje usługi.

– Jest po naszej stronie. – Podkreślił człowiek z fan clubu, sugerując, że może warto byłoby zebrać więcej informacji o przewodniku.

Wulgaryści brutalnie sprowadzali zagadnienie do pytania, kto i jak okrada kraj. Oskarżano o to różne grupy nacisku, włącznie z organizacjami lobbingowymi, „dbającymi wyłącznie o interesy swoich zleceniodawców i okradających kraj poprzez zawyżanie kosztów, ukrywanie dochodów i unikanie podatków”. Najczęściej wymieniano jednak masonów, twierdząc, że wszędzie mają swoich przedstawicieli, nawet w toaletach publicznych, i są „niesamowicie wyrafinowali i wytrwali, ćwicząc do upadłego sprawność przemawiania, przekonywania i odpierania argumentów”. Sefardi ignorował takie bzdury i uproszczenia.

Sprawa wypłynęła jak zwykle na spotkaniu przy krawężniku. Dyskusja była chaotyczna. Krytykowano liberałów jak i rządzących konserwatystów. Tych ostatnich oskarżano, że udają patriotów, najchętniej pracują nocą, kiedy opozycja jest rozespana i nieuważna, mydlą oczy swoimi gadkami i rozwlekle przemawiają, aby nie dopuścić oponentów do głosu. Przy okazji rząd oskarżano o nepotyzm, zatrudnianie rodzin i przyjaciół na wysokich stanowiskach, przekupywanie posłów opozycji i kolesiostwo. Przewodniczący zebrania uznał dyskusję za nieproduktywną jałową i zaproponował jej zakończenie. Uczestnicy zgodzili się jedynie, że w rządzie istnieje utajniona grupa ludzi, którzy okradają państwo. Kim konkretnie byli ci ludzie i jakimi metodami działali, nie wyjaśniono.

W parlamencie Konserwa wyśmiewała stawiane jej zarzuty. W ostrej wymianie zdań, jej przedstawiciele szyderczo zaproponowali dopisanie do słownika parlamentarnego wyrażeń takich jak żłób, nieposkromiona chciwość władzy, szalbierstwo, stanowisko prezesa dla prostej sprzątaczki, mnożenie wiceprezesów i premie świąteczne.

*****

Cel wyjazdu Sefardiego do Casi był prosty: dowiedzieć się, co robią członkowie rządu w ukrytym na odludziu ośrodku survivalowym. Sefardi podejrzewał, że ich spotkania mają związek z powiększającą się dziurą budżetową. Był to gorący temat, drugim było bogacenie się Abenaki. Zaśmiał się, kiedy przyszło mu do głowy, że nazwa koncernu brzmi jak imię japońskiej kobiety. – Abenaki! – powtórzył kilka razy. Tkwił w sprawie po uszy.

Po przyjeździe do Casi Mistrz udał się śpiesznie do wynajętej prywatnie kwatery. Pilnował się, czy ktoś go nie śledzi. Na miejscu sprawdził tylko drzwi i okna, rozpakował walizkę i wziął prysznic. Potrzebował wypocząć. Z przewodnikiem zamierzał skontaktować się później, kiedy będzie w pełni sił. Wynajmujący mu pokój właściciele domu, małżeństwo z psem myśliwskim, u których się zatrzymał, nie znali jego tożsamości ani celu wizyty. Wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział: przyjechał do Casi, aby wypocząć spacerując i napawając się urokami lasu.

Popołudnie przyniosło niespodziankę, uniemożliwiając Mistrzowi sjestę. Nieoczekiwanie zgłosił się przewodnik i zaczął go przekonywać, aby natychmiast udać się do lasu, gdzie dzieją się przedziwne rzeczy.

– Czas nam wyjątkowo sprzyja. Zbliża się wieczór i narasta mgła. Od czasu do czasu przechodzi mżawka. To ułatwia poruszanie się bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Zobaczy pan coś zaskakującego, czego nikt nie spodziewa się w lesie. Będzie mi pan za to dziękować. – Stwierdził usprawiedliwiająco zauważając grymas niechęci na twarzy gościa niechętnego zagłębić się natychmiast w mroczny las w czasie złej pogody.

Przewodnik okazał się młodym i szczupłym mężczyzną. Sefardi patrzył na niego z podejrzliwością, gdyż oczekiwał starszego i raczej tęgiego mężczyzny. Kiedy o tym wspomniał, przybysz potwierdził, że był dużo tęższy, lecz stracił na wadze dzięki intensywnym ćwiczeniom fizycznym i ograniczaniu posiłków. Dostrzegając na twarzy Sefardiego cień zwątpienia wyjaśnił, że rodzina jego byłej żony rozpowszechnia o nim podłe plotki i pogłoski.

– Tutaj ludzie chętnie kłamią, szczególnie alkoholicy i degeneraci, całe to potomstwo ubóstwa, ograniczeń i tępoty. – Mężczyzna uniósł się. – To dlatego tajne obozy survivalowe rozpanoszyły się po lasach. Mało kto o nich wie, bo okoliczni mieszkańcy ukrywają prawdę. Organizatorzy obozów i dostawcy zaopatrzenia zmuszają ich do tego. Pracownicy są wyrzucani z pracy lub szantażowani, jeśli coś wspomną na ten temat. Panuje powszechny strach. Kłamstwo dezorientuje wszystkich. Może pan mówić o sobie, że jest pan rewolucjonistą i tak panu nikt nie uwierzy.

Sefardi nie słuchał przewodnika. Uważał, że przesadza lub zmyśla, zastanawianie się nad jego wynurzeniami odłożył na później. Był trochę przeziębiony i rozmawiając kichał od czasu do czasu. Gość wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i nalał z niej jakiś alkohol do dwóch metalowych kieliszków, stanowiących nasadkę. Niezrażony odmową natychmiastowego udania się do lasu, przekonywał Sefardi do zmiany planu. Kiedy ten kichnął, podał mu kieliszek wyjaśniając, że jest to lekarstwo.

– Nie jest mocne, choć jest na spirytusie. Kicha pan, to lepiej chronić się przed przeziębieniem i lub inną zarazą. Wilgoć na tym bagiennym terenie, zwłaszcza w lesie, bywa zabójcza dla ludzi z miasta.

Mistrz był nieufny. Chciał wiedzieć, co to za specyfik.

– Lekarstwo. Niech pan wypije. O razu poczuje się pan lepiej. To moja własna nalewka i to dobrego gatunku. – Wyjaśnił leśniczy, po czym duszkiem wychylił swój kieliszek i wstrząsnął głową.

– Gdybyś wiedział, człowieku, co to za piorunująca mieszanka, to nigdy nie wziąłbyś tego do ust. – Pomyślał niechętnie o Sefardim, gdyż nalewka zrobiona była z dzikich owoców leśnych z dodatkiem narkotyku podrzuconego mu przez znajomego celnika.

Mistrz poczuł się znacznie lepiej po wypiciu kieliszka. Wróciła mu wiara w siebie, animusz i chęć działania. Był gotów przyznać, że lekarstwo mu pomogło, gdyby nie perspektywa mrocznego, przesiąkniętego wilgocią lasu. Ostatecznie zdecydował się wyruszyć na wyprawę.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 42: Zbieranie dowodów zamożności

Na stacji benzynowej starszy, uśmiechnięty, przyzwoicie ubrany mężczyzna, nigdzie się niespieszący, wzbudzał zaufanie. Cavano podał się za poszukiwacza większego domu dla siebie i dla rodziny. Był przygotowany do rozmowy. Wcześniej zebrał niezbędne informacje o prezesie wielkiej firmy państwowej, którego nazwisko podał mu Sefardi Baroka. Interesujący go prezes okazał się właścicielem najwspanialszej posiadłości w okolicy. Cavano wspomniał mimochodem, że widział w pobliżu luksusowy samochód, określił jego markę i kolor. Sefardi dostarczył mu wcześniej zdjęcie pojazdu.

– Ile taki może palić? Myślę o kupieniu sobie takiego wozu, ale nie chciałbym wydatkować majątku na paliwo. On chyba żre jak smok.

Pracownik stacji znużony obsługą wiecznie spieszących się klientów chętnie podjął rozmowę. Najpierw udzielił mu instrukcji, jak skorzystać z nowego automatu do kawy, a następnie pomógł wyszukać tygodnik schowany za innymi czasopismami. Wkrótce detektyw wiedział, kto jest właścicielem samochodu, kiedy został zakupiony, ile takie cacko kosztuje, jaką ma pojemność i jak często właściciel je tankuje, a nawet jaką restaurację w miasteczku odwiedza najchętniej i jak często organizuje większe przyjęcia dla gości.

– To znany polityk. Nigdy pan o nim nie słyszał? – Było to jedyne pytanie, przy którym pracownik stacji spojrzał uważnie na gościa, zdziwiony, że można nie słyszeć o kimś, kto występuje w telewizji.

– Nie. Nawet jak słyszałem to puściłem mimo uszu. Polityka przestała mnie interesować. Kiedyś nią się pasjonowałem, ale mnie to zmęczyło. Mam sporą rodzinę i to mnie aż nadto absorbuje. Wie pan sam, jak to jest z rodziną.

Mężczyzna połknął haczyk i rozgadał się, opowiadając, ile ma dzieci i ile wymagają uwagi i pomocy z jego strony, ponieważ żona nie może sobie poradzić ze wszystkim. Gotów był kontynuować, gdyby nie klient czekający, aby zapłacić za paliwo.

Kilka dni później detektyw zjawił się w supermarkecie w miasteczku, gdzie co najmniej raz na dwa tygodnie „w niedzielę, zaraz po kościele”, interesujący go prezes zwykł robić zakupy razem z żoną. Aby nie przyjeżdżać na próżno Cavano zadzwonił wcześniej do sekretariatu prezesa, aby upewnić się, czy w poniedziałek będzie on w pracy. Znaczyło to, że prawdopodobnie nigdzie nie wyjechał. Oprócz zapewnienia sekretarki, że będzie, dowiedział się, że jeśli chce się spotkać z prezesem to musi podać swoje imię, nazwisko i numer telefonu, oraz cel spotkania lub sprawę, jaką chciałby omówić. Podziękował sekretarce informując, że w takich okolicznościach będzie chyba najlepiej, jeśli napisze do prezesa.

Po rozmowie odetchnął z ulgą, że poszło mu nieźle, dziękując Bogu za umiejętność kłamania. Nie myślał o tym poważnie, choć od czasu do czasu miał wyrzuty sumienia, że podszywa się pod rzeczywiste lub wymyślone osoby. Zrzucił to na karb zawodu, wymagającego elastyczności, intuicji i refleksu.

W supermarkecie Cavano dyskretnie towarzyszył prezesowi i jego żonie. Los mu sprzyjał. Przy stoisku mięsnym żona prezesa złożyła zamówienie na mięso i wędliny na zaplanowane przyjęcie. Z wymiany informacji między małżonkami wynikało, jakie to będzie przyjęcie i ile osób będzie w nim uczestniczyć. Na koniec żona pocieszyła męża, że nie powinien się martwić, bo przyjęcie nie będzie kosztować więcej niż dwadzieścia tysięcy.

Po upływie trzech tygodni, usprawiedliwiając się, że zajęło mu to więcej czasu niż planował, detektyw spotkał się z Sefardim.

– Urząd podatkowy nie zebrałby takiej ilości informacji o stanie posiadania i dochodach człowieka. – Mistrz był pod wrażeniem ilości uzyskanych danych. Wracając samochodem do domu pogwizdywał. Pomagało mu to w myśleniu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 41: Detektyw Cavano włącza się do akcji

Sefardi przemyślał sytuację i postanowił wziąć sprawę w swoje ręce, zaczynając nie od głowy, ale od ogona. W klubie miłośników wynalazczości wyszukał detektywa. Pamiętał go jeszcze z dawniejszych czasów, kiedy przedstawiał swoje poglądy na temat wynalazków w zegarmistrzostwie. Był to starszy mężczyzna, nieaktywny już zawodowo. Cieszył się dobrą reputacją i nazywał się Cavano.

Spotkali się w parku, na ławce przy stawie, gdzie pływały kolorowe kaczki krzyżówki. Poznał go z łatwością. Mężczyzna nie postarzał się wiele. Nadal miał obfitą czuprynę, krócej przystrzyżoną i więcej siwizny na skroniach. Wyglądał na zmęczonego, jego oczy straciły nieco blasku. W chwili, kiedy rozpoczęli rozmowę, powróciło mu dawne lśnienie oczu, zmarszczki złagodniały, a twarz odzyskała świeżość. Nudził się na emeryturze, do której namówiła go żona i chętnie zgodził się na spotkanie. Sefardi widział znowu tego samego człowieka, pełnego wigoru i chęci działania. Wyjaśnił mu, czego potrzebuje.

– Chodzi mi o ustalenie, jak Barras Blawatsky wynagradza swoich ludzi, jaki jest ich poziom dochodów i jakie mają majątki. Oficjalnie nie sposób uzyskać takich informacji, ponieważ oni ściśle przestrzegają zasad nieujawniania nikomu uposażeń.

– Jeżeli okaże się niemożliwe zdobycie info o dochodach, to może da się ustalić, ile wydają lub inwestują. To bywa łatwiejsze i też pokazuje w przybliżeniu poziom zamożności – zasugerował Cavano.

Słuchającemu dziwnie zabrzmiało określenie „info”. Detektyw użył je wymawiając jakby z lubością. Sefardi uznał to za drobne dziwactwo. – To dobre do poczty elektronicznej – pomyślał, nie zastanawiając się nad tym dłużej.

– Sądzi pan, że mogłoby to być łatwiejsze? Ludzie wydają pieniądze na tyle różnych rzeczy.

– Mam swoje sposoby. Nie chodzi zresztą o wszystkie wydatki tylko o te największe: zakup domu, ziemi, samochodu, wyjazd na dłuższy urlop lub wakacje. To daje pojęcie, czy ktoś wydaje pieniądze tak, jakby miał kopalnię złota, stanowisko prezesa firmy czy też dobrze uposażonego urzędnika.

Sefardi wymienił trzy nazwiska osób niedawno mianowanych na wysokie stanowiska. Wyjaśnił, dlaczego ci ludzie interesują go w szczególności. Nie ukrywał swych podejrzeń, uważając, że im więcej detektyw będzie wiedział, tym lepiej dla śledztwa. Cavano zadał jeszcze kilka pytań. Pytanie o swoje wynagrodzenie skwitował prosto.

– Zwróci mi pan poniesione wydatki. Może nawet nie wszystkie, ponieważ niektóre rzeczy robię dla przyjemności. Być może nie będę pana obciążać kosztami objazdu ciekawych posiadłości. Lubię takie przejażdżki. Jesteśmy zresztą po tej samej stronie barykady.

Oświadczenie detektywa Sefardi przyjął jako potwierdzenie bliskiej znajomości i solidarności. Przyjaciele, bliscy znajomi i miłośnicy jego wynalazków chętnie okazywali mu pomoc. Był to atut bycia znaną osobą.

Cavano ustalił adresy zamieszkania osób wskazanych przez Sefardiego. GPS bezbłędnie doprowadził go do pierwszej posiadłości. Z odległości, aby nie wzbudzać podejrzeń, obejrzał rezydencję przez lornetkę. Informację o jej wartości znalazł w oświadczeniu podatkowym właściciela, kiedy był jeszcze parlamentarzystą. Na szczęście nie pomyślał o jej usunięciu z rejestru. Dla pewności chciał sprawdzić transakcję zakupu posiadłości. Tej jednej nie znalazł, miał więcej szczęścia z dwiema pozostałymi posiadłościami. Wobec braku zapisu transakcji skontaktował się z agentem nieruchomości i umówił na spotkanie. Pozując na klienta zapytał, czy przypadkiem właściciel jej nie sprzedaje.

– Piękne miejsce, zadbany ładny dom, akurat coś dla mego syna. Przejeżdżałem tamtędy, podobało mi się. Może akurat właściciel zechce ją sprzedać, może ma jakieś plany. Jeśli nie teraz to może później. Pytam o to, bo a nuż mam szczęście – Cavano rozgadał się na temat syna, jak dobrze mu się powodzi i jak serdeczne są między nimi stosunki. Agent handlu nieruchomościami cen zakupu nie pamiętał, ale podał mu, ile mogły w przybliżeniu kosztować, po czym przeprosił, że nie może mu poświęcić więcej czasu z uwagi na spotkanie z następnym klientem. Cavano poprosił go o wizytówkę, dziękując mu z pomoc i wyrażając nadzieję, że syn zechce skontaktować się z nim, aby coś dla niego znalazł. Stojąc już przy samochodzie spojrzał przez wielkie okno biura. Mężczyzna rozmawiał z sekretarką, śmiał się. Cavano miał wrażenie, że mówi o nim, ponieważ dwa razy uniósł w górę rozłożone ręce w geście charakterystycznym dla niego, kiedy wyrażał zdziwienie lub niepewność. Przeszło mu przez myśl, że na pewno nazwał go starym gadułą. Nie zmartwiło go to; cieszył się, że dzięki spotkaniu uzyskał to, czego potrzebował.

W następnym dochodzeniu poszło mu gorzej. Pojechał na miejsce, obejrzał rezydencję z frontu i z boku, od strony młodego lasu sosnowego, po czym zapukał do sąsiada naprzeciwko, aby zapytać, czy ktoś nie sprzedaje domu w pobliżu. Przedstawił mu wypraktykowaną już historię syna poszukującego domu w okolicy. Sąsiad okazał się nieufny albo rzeczywiście nic nie wiedział. Odpowiadał niechętnie tłumacząc się, że mieszka pod tym adresem od niedawna, zerkając do drugiego pokoju, gdzie krzątała się żona, jakby od niej oczekiwał pomocy lub ratunku.

W pobliskim miasteczku Cavano również nie znalazł nikogo, kto mógłby mu pomóc. Dwaj lokalni agenci handlu nieruchomościami okazali się nieobecni. Prawdopodobnie niewiele by to pomogło, ponieważ na tym terenie bardziej aktywni byli pośrednicy z centrum kraju. Detektyw miał jeszcze kilka innych kontaktów, okazały się jednak nieprzydatne. Miał już zrezygnować i wrócić do domu, kiedy przyszedł mu do głowy inny pomysł. Nie było to nic nadzwyczajnego, miał już wcześniejsze doświadczenia. Jedynym jego mankamentem było to, że wymagał więcej czasu i cierpliwości.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265