Hiszpania 4: Costa Brava we wrześniu. Obserwacje niedouczonego turysty.

Osobliwością Costa Brava, a konkretnie miejscowości Malgrat de Mar, był brak owadów. Moje drzwi balkonowe na siódmym piętrze hotelu Reymar Playa (w głębi na zdjęciu od strony morza – nie mylić z hotelem Reymar, który jest kilkaset metrów dalej w kierunku Santa Susanna), mogły być otwarte przez całą noc, a do pokoju nie wtargnęła ani jedna muszka, komar czy podobne stworzenie. Mógł to być efekt bliskości mocno zasolonego Morza Śródziemnego, wiatru, pory roku, może także jakichś innych czynników. Tylko w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni restauracji/baru/kawiarni przy promenadzie, gdzie zatrzymaliśmy się wczesnym popołudniem, aby napić się Sangrii i zjeść crepes, zauważyłem i odczułem małe muszki. – Oby je ziemia pochłonęła – niereligijnie o nich pomyślałem.

Jeśli jechać na Costa Brava, to chyba najlepiej we wrześniu lub maju. Byłem we wrześniu. Idealna pora. Dużo mniej turystów, prawie w ogóle nie ma dzieci (skończyły się wakacje), spokojniej, nie tak gorąco. Pogoda była doskonała, temperatura powietrza idealna, choć woda w morzu nieco zbyt rześka jak na mój gust. Nie znoszę zimnej wody. Samo wejście do morza zajmowało mi minutę lub dwie. Rano i około południa morze było mało sfalowane, później po południu, około godziny 17-18, fale robiły się większe i kłopotliwe.

Lubię pływać. W przeszłości mieszkałem wiele lat w Australii i dużo pływałem. 29 września, w dzień moich imienin, udało mi się przepłynąć wzdłuż brzegu około 1,5 km. Zacząłem na wysokości przejścia pod ulicą na plażę w Malgrat de Mar w miejscu, gdzie Francuzi regularnie grają w kule, do hotelu stojącego przed hotelem Caprici w Santa Susanna. To mój rekord życiowy. Było to możliwe dlatego, że woda jest silnie zasolona i łatwo unosi ciało na powierzchni, wiatr był niewielki, niska fala, a ja chciałem uczcić ten dzień. Miałem okulary pływackie, bez których trudno jest pływać w słonej wodzie. Płynąłem bez pośpiechu, wyznaczając sobie kolejne cele, a to koniec kompleksu brązowych hoteli, zielony parasol, żółty parasol, duże głazy na brzegu. Płynąłem dalej tylko dlatego, że wyjątkowo dobrze mi szło. Innego dnia był tak silny wiatr, że nie udało mi się pokonać nawet dystansu dwustu metrów.

Dla nieumiejących pływać kąpiel w morzu w Malgrat de Mar wiąże się, jeśli nie z ryzykiem, to z pewnością z niedogodnością. Plaża wchodzi dosyć stromo w morze i w odległości półtora/dwa metry od brzegu dno załamuje się raczej gwałtownie, dalej nie można już sięgnąć dna. Jeśli nie umie się pływać, przebywanie w odległości do dwóch metrów od brzegu jest trudne, zwłaszcza jeśli jest akurat większa fala.
Po wycieczce do Tossa de Mar (patrz zdjęcie), przyszedłem na plażę około godziny 18.30. Było jeszcze jasno, ale plaża była prawie całkowicie pusta, w morzu nie było już nikogo. Mimo wielkiej chęci, aby wykąpać się, nie zdecydowałem się wejść do morza tego wieczoru; było po prostu nieprzyjemnie. Wróciłem do hotelu, aby wykąpać się w basenie hotelowym na otwartym powietrzu. Nie był to kąpielowo udany dzień; basen w Reymar Playa zamykają o godzinie 19.00. W innych hotelach jest lepiej, basen jest otwarty dłużej.

Nie będę się odgrażać, ale w dalszych blogach zamierzam napisać jeszcze m. in. o korzystaniu z komputera, o bibliotece publicznej, wymianie waluty, znalezieniu restauracji z ulubioną potrawą, rynku lokalnym (mercado), wynajmie roweru i języku.

Na koniec, jak zwykle, dodatek w postaci fragmentu trzeciego opowiadania z mojej ostatniej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

„Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika. – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.”

Hiszpania 3: Flamenco Show w hotelu Reymar Playa, Costa Brava

W środę 27 września oglądam w hotelu „Flamenco Show”. Zdjęć nie zamieszczam, bo smartfon nawet z 12 pikselami jest zbyt słaby, aby zrobić dobre zdjęcia. Tańczy jeden mężczyzna i dwie kobiety. Jedna wydaje mi się jak najbardziej wymiarowa jako tancerka flamenco, druga to ładna na buzi, lecz tęga jak smok bufetowa.

– Muszę dorabiać. W Katalonii nie jest łatwo – Rzuca niezbyt głośno siedzącym najbliżej gościom hotelowym.

Była ubrana w suknię w białe grochy na czarnym tle, u dołu czerwone falbany. Muzyka z płyty, okrzyki „Ole!”. Kiedy masywna i zamaszysta bufetowa trzasnęła bucikiem to podłoga drżała. Nie dziw, że mężczyzna tańczył jak trzeba. On sam ubrany był w czerwoną kamizelkę, miał na sobie czerwony krawat w białe grochy, białą koszulę oraz czarne spodnie. Był to brunet o twarzy Słowianina, z kilkudniowym zarostem na twarzy. Dobrze naśladował byka wykonując taconeo.

Tancerze co raz zmieniali ubiory. Tańczenie flamenco to wielki wysiłek. Mężczyzna po tańcu miał plamy wilgoci pod pachami i na plecach. Widać je było wyraźnie na białej koszuli. Muzyka była odtwarzana z płyty, operowa i operetkowa, w ruch szły kastaniety.

W kolejnym podejściu bufetowa wyszła w eleganckiej czarnej sukni, czerwony kwiat we włosach, tańczyła solo z kastanietami. Potem wystąpił mężczyzna, też tańczył solo, z pozycji byka płynnie przechodząc w łabędzia z Jeziora Łabędziego.

Bufetowa występowała jeszcze kilka razy, solo i z drugą tancerką. Duża i obfita przybierała pozy motylka, machała chustą i cały czas zachowywała poważny wyraz twarzy jakby mąż ją rzucił. Domyśliłem się, że Hiszpanie potrafią być niewierni. W sumie kobieta tańczyła ładnie, dobrze jej szło. Życzyłem jej wszystkiego najlepszego krzycząc razem ze wszystkimi „Ole!”

Poniżej fragment drugiego opowiadania ze zbioru „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”:

„Zaprosiłem Koniego do środka i zaproponowałem krzesło przy stole. Podziękował, odsunął je na bok i usiadł na zadzie. Oczy mi się otworzyły szeroko ze zdumienia.

– Chyba pracowałeś w cyrku, Konio? Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Niesamowita sztuczka.

Popatrzył na mnie od niechcenia i spokojnie wyjaśnił: – Żadna sztuczka, tylko lata ćwiczeń. To nasza joga, siad w pozycji końskiego lotosu.

– Musiałeś być kiedyś w Indiach! – Stwierdziłem podekscytowany odkryciem i dodałem wyjaśniająco: – Sam nie byłem, ale bardzo chciałbym tam pojechać. Wiem, że są tam święte krowy.

– Daj spokój krowom. To zwykłe bydło. Rozmawiajmy o czymś szlachetniejszym. Tematy bydlęce mnie nie interesują”.

Hiszpania 1: Wycieczka Rainbow Tours 16-30 września 2017. Tossa de Mar.

To jest mój pierwszy wpis na blogu na ten temat. Zamierzam zrobić więcej takich wpisów. Tekst piszę w bibliotece w Malgrat de Mar na Costa Brava, na komputerze, gdzie nie ma nazw hiszpańskich ani angielskich, tylko katalońskie, które dla mnie okazały się równie trudne jak hieroglify. Dopiero dzisiaj, po powrocie z wycieczki, byłem w stanie doprowadzić tekst do ładu i opublikować.

27 września popłynęliśmy statkiem do Tossa de Mar na Costa Brava w Hiszpanii. Wspaniałe „dzikie” widoki, wysokie skaliste wybrzeże, urocze zatoczki, zieleń śródziemnomorska, stare mury z czasów rzymskich, wąskie uliczki, mnóstwo turystów. Zdjęcia załączę przy najbliższej okazji, jak tylko je przekopiuję do komputera, nieco uporządkuję i opiszę. Jest szansa, że znajdziesz na nich i siebie, jeśli byłeś na tej wycieczce.

W Tossa de Mar Sofia Loren kręciła niegdyś film, zakochała się w miasteczku i zamieszkała tu na stałe. W istocie mieszkała dziesięć lat. Jest tu jej pomnik. Trzeba ją dotknąć, aby się poszczęściło.

Uznałem, że szczęście też mi się przyda, nie tylko dotknąłem jej, ale objąłem serdecznie, jak to ja. Czułość jest moją słabością. Wzdrygnąłem się, tak była zimna. Myślałem, że Włoszka to będzie gorąca. A skądże! Przyjrzałem jej się bliżej, miała wąskie biodra. To też się nie zgadzało z moim wizerunkiem tej aktorki. Rzeźbiarz musiał mieć słaby wzrok. Podobno później założył salon okulistyczny, gdzie sprzedawał okulary i narzędzia wyostrzania wzroku, aby pomóc sobie i innym. Na zdjęciu młody człowiek z wycieczki ćwiczy asymetryczny, tzw. boczny dotyk prawą ręką prawej piersi kobiecej. Mówił, że podobno kobiety to lubią. Pomnikowa Sofia nie wyraziła żadnej opinii.

Na obiad udałem się do restauracji “Marinara”. Przewodnik zachwalał ją jako specjalizującą się w owocach morza. Mówił, że przepada za nimi. Sam zamówił sobie kurczaka. Nie zdziwiło mnie to. Nowoczesny kurczak, pasiony hormonami, jest niezwykle zdrowy. Jeśli ważysz 70 kg i jesz kurczaki, to za rok będziesz mieć 120 kg. Jest to gwarantowana ścieżka szybkiego wzrostu. Ludzie lubią rozwijać się. Przy posiłku śpiewał nam Julio Iglesias. Wzruszyłem się. Owoce morza były udane. Nie żałowałem, że nie wziąłem kurczaka. Nie sobie jeszcze pożyje.

W drodze powrotnej, w firmie o nazwie Bodega (tylko tyle zapamiętałem z napisu) mieszczącej się w solidnej, wielkiej szopie, uczestnicy kilku wycieczek testowali malutkimi plastikowymi kieliszkami wino prosto z beczek. Beczki były przemieszane: wina białe i czerwone, słodkie, półsłodkie i wytrawne, Malagi, Sherry (zwane także Jerez lub Xeres), Muscatel, co kto lubi i nie lubi. Potem były wędliny, szynki, kiełbasy, następnie słodycze, różne nugaty i ciasteczka. Rozochoceni winem i widokami hiszpańskich produktów spożywczych wszyscy cieszyliśmy się i kupowaliśmy jak szaleni. Zdarzył się przy tym tragiczny wypadek. Dwie kobiety zadeptały mężczyznę, uczestnika wycieczki. Tłumaczyły się, że go nie zauważyły, bo był mały, że wino było bardzo dobre, że gorączka zakupów, pośpiech. Mężczyzna potwierdził, że był drobnego wzrostu.

– To nie pierwszy raz mnie rozdeptano. – Wyjaśnił ze smutkiem w oczach. Oczy miał naturalnej wielkości.

Przyjechała policja i potwierdziła wszystkie fakty dziękując wszystkim za wspieranie zakupami Katalonii, która w najbliższą niedzielę drogą referendum chce się oderwać od Hiszpanii, i zapewniając, że oni też będą przyjeżdżać i kupować w Polsce, kiedy i nasz rząd zdecyduje się oderwać od Unii Europejskiej. Atmosfera zrobiła się bardzo miła, strony gratulowały sobie nawzajem postaw patriotycznych wyrażających się w gotowości do odmienności i odrywania się od rzeczywistości, która nie zawsze jest taka, jakiej sobie życzylibyśmy.

Rodacy, których poznałem w Hiszpanii, to ludzie przesympatyczni, spragnieni słońca, wypoczynku, historii i pamiątek z Hiszpanii. Najsympatyczniejsza była grupa osób z Kołobrzegu. Mało o nim słyszałem, a to piękne miasto. W herbie ma podobno jachty, podróże, dobry alkohol oraz zimne morze. Dlatego jego mieszkańcy jeżdżą do Hiszpanii, aby się ogrzać przed zimą, podobnie jak my wszyscy, ludzie tęskniący za ciepłem, radością i normalnością.

Pozdrawiam serdecznie. C.d. wkrótce.