Supermarket. Delfin a sprawa ludzka.

Stan

Butlonosy to delfiny. Cytuję Microsofta: „Te inteligentne zwierzęta prowadzą między sobą konwersacje różnymi metodami, jak gwizdy, piski, trzaski, uderzanie głową, rozdziawianie szczęk i dmuchanie pęcherzykami. Potrafią wyskoczyć na wysokość do 6,5 m w powietrze, co stanowi dodatkowy środek wzajemnej komunikacji”.

– Kiedy to przeczytałem od razu przyszedł mi do głowy pomysł, aby to wypróbować. Chodzi o lepsze formy porozumienia społecznego. Jeśli one, te butlonosy, porozumiewają się doskonale stosując tak proste metody, to dlaczego my, istoty ludzkie, rzekomo siedzący na najwyższej gałęzi ewolucji, nie moglibyśmy wypróbować ich metod. Pytanie to zadałem koleżankom seniorkom. i kolegom seniorom, kiedy spotkaliśmy się w kręgielni. Chyba zgodzili się ze mną, ponieważ zamyśli się głęboko.

Historię te opowiedział Iwan Iwanowicz, który wróciwszy z długiej podróży przyszedł do supermarketu „1000 i więcej próżności”, aby kupić serka koziego, kilka innych łakoci i buteleczkę okowity. Lubi sobie dogadzać. Jego twarz osnuta była w mroku zaciętości. Stojąc w kolejce do kasy nudziliśmy się, więc zapytałem go o to.

– Czasem mam wrażenie, że jestem psem myśliwskim, taka jest we mnie zaciętość, kiedy myślę o tych na górze. – Wyjaśnił. – Oni sobie robią cyrk ze wszystkiego. Wzywają ważnego ombudsmana i każą mu czytać sprawozdanie roczne o godzinie 23.00, a sami idą spać, delegując trzech własnych przedstawicieli do drzemki w fotelach.

– To upokarzające. Traktują nas jak tresowane małpy albo niedźwiedzie – oświadczył Iwan Iwanowicz, a inne osoby w kolejce go poparły. – Dzisiaj chyba wszyscy tak przyzwyczaili się do upokorzenia, że nie mają już chęci wyjść na ulicę i serdecznie dokopać upokorzycielom.

Dwie godziny później nie byłem już pewien, czy tego nie powiedział ktoś inny, a tylko echo powtórzyło mi to w głowie odbijając się między uszami. Postanowiłem wyłączyć się z przykrych dyskusji.

 

0Shares

Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

„Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Recenzja powieści „Droga do Indii” Edwarda M. Forstera

To arcydzieło. Żałuję, że nie znałem wcześniej autora i jego twórczości. Stawiam go na piedestale – niedaleko Gabriela Garcii Marqueza, geniusza pisarstwa, mojego najulubieńszego autora.

 „Droga do Indii” to cudowny język, niekiedy skomplikowany, poezja słów, porównań, wyobrażeń. Początkowo czytało mi się nie najlepiej, bez entuzjazmu, potem szło coraz płynniej, sam koniec powieści jest rewelacyjny. Cytuję tylko nieliczne fragmenty, które wpadły mi w oko, ucho i pamięć:

 „Nagle znaleźli się w pełnym słońcu i ujrzeli trawiaste zbocze iskrzące się od motyli oraz kobrę, która pełzła sobie spokojnie po trawie i zniknęła między flaszowcami” (str. 505).

„Umilkł, a krajobraz wokół nich, chociaż się uśmiechał, legł niczym kamień nagrobny na wszelkich ludzkich nadziejach. Przegalopowali koło świątyni Hanumana – Bóg tak ukochał świat, że przyoblekł ciało małpy – i koło świątyni siwaistycznej, która zachęcała do rozkoszy, ale pod pozorami wieczności, a jej sprośność nie miała żadnego związku ze sprośnością naszej krwi i ciała” (str. 512).

Nadzwyczajność powieści upatruję w umiejętności autora pokazania relacji Brytyjczycy (Anglicy), kolonialiści oraz Hindusi, naród podporządkowany. Były to niezwykle relacje. Hindus i Anglik, konkretni ludzie, mogli zachwycać się sobą, przyjaźnić, cenić, nawet uwielbiać, należąc równocześnie do dwóch światów, wzajemnie się nienawidzących, obcych i nieufnych. Musiało to być potworne, ponieważ komplikowało wartości, uczucia i samo życie, stwarzając dylematy lojalności, wymagające nieprzerwanego zadawania sobie pytań, gdzie ja jestem, po której jestem stronie.

Powieść została wydana w 1924 roku, przedstawia więc Indie z okresu pełni panowania brytyjskiego. Więzi te rozerwał dopiero Mahatma Gandhi w 1947 roku, kiedy za jego przewodnictwem Indie uzyskały niepodległość.

Autor przedstawia bogactwo wiary i przekonań, złożoność religii, rytuałów, także odmienność obyczajów i przyrody. Indie to nie kraj, ale kontynent, jeśli nie z tysiącami to z pewnością setkami kultur i Forster ukazał tę złożoność w mistrzowski sposób. Powieści przyznaję 9 gwiazdek, nawet jeśli zawiera ona pewne rysy. Jest ona dla mnie tym doskonalsza, że sam jestem autorem i w pisarstwie jak i w lekturze szukam piękna formy i treści, i mocy pokazania i godzenia przeciwieństw, miłości i nienawiści, pasji i uśpienia, co jest prawie niemożliwe, a jednak.

Zwiedzałem Indie. Był to krótki a przez to i skromny pobyt, który pozwolił mi dostrzec i odczuć niezwykłą odmienność kraju; tym bardziej doceniam mistrzostwo Forstera literackiej prezentacji jego bogactw, przede wszystkim kulturowych.

Kiedyś oglądałem, było to bardzo dawno temu, film „Podróż do Indii” nakręcony w 1984 roku na podstawie tej powieści. Też mi się ogromnie podobał. To pamiętam. Grało w nim wielu wspaniałych aktorów, w tym kilku wybitnych. Wymienię tylko nazwiska: Judy Davis, Peggy Ashcroft, Alec Guiness i James Fox.

0Shares

Poezje własne ze zbioru do publikacji „Oniemiałość”

Anioł miłości 

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Ten wiersz to klasyk mojej twórczości, wyraz czystej poezji. Bardzo go lubię. Łączy wiarę w Boga z młodością, namiętnością i miłością. Nawiązuje do zjawisk i miejsc trwale zadomowionych w mojej pamięci – nasturcji nad Suchym Potokiem (Dry Creek) w Adelajdzie i zakrętu kamienistej drogi prowadzącej do Parque Arqueológico de San Agustín w Departamencie Huila (wedle Wikipedii „uno de los más importantes espacios arqueológicos de Colombia”).

Nasturcje posadziłem sobie w ogrodzie za domem. Podlewane, wspaniale się rozrosły, sięgając szczytu płotu. Miały liście wielkości dwóch dużych męskich dłoni i kwiaty w kolorach żółci, pomarańczy i czerwieni.

Bałkany 

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.

Wiersz powstał w okresie wojny domowej w Bośni i Hercegowinie toczącej się w latach 1991–1995. Opisy jej okrucieństw mnie prześladowały. Był to najbardziej krwawy konflikt w Europie od zakończenia II wojny światowej. Niezależni obserwatorzy podają od 97 000 do nawet 200 000. ofiar śmiertelnych, z czego 65% stanowili Bośniacy, 25% Serbowie, 8% Chorwaci, a 2% inni. W samym Sarajewie zginęło 10 000 ludzi, a 35 000 zostało rannych. Liczbę osób, które opuściły swoje domy w wyniku obu tych wojen, szacuje się na 3,5 miliona osób. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy kobiet zostało zgwałconych. Wszystkie strony konfliktu prowadziły politykę tzw. „czystek etnicznych”, które sprowadzały się do wysiedleń lub masowych morderstw przedstawicieli przeciwnych nacji. Za czystki etniczne powszechnie oskarża się Serbów. Zgodnie z raportem CIA, są oni odpowiedzialni za 90% zbrodni wojennych podczas wojny w Bośni. Źr: Wikipedia.

Poezje opublikowane M Tequila: Klęczy cisza niezmącona http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Hrabina de Polo / fragment opowiadania

„…Po zakończonych podróżach zapragnąłem odwiedzić panią Hrabinę. Zachowałem ją we wdzięcznej pamięci czciciela kobiet dojrzałych ciałem i cnotą. Była wiosna i pani Hrabina zaoferowała mi gościnę w pokoiku w swoim obszernym domu przy ulicy Via Caccia 17 w Wiecznym Mieście.
Pierwszego dnia rozmawialiśmy dużo i szczegółowo o podróżach, moich i arystokracji za czasów młodości pani Hrabiny. Drugiego dnia do rozmowy, która odbyła się w kawiarni, zaproszona została Inez, aby – pani Hrabina ujęła to bardzo zgrabnie – otarła się o świat wielkich podróży i idei. Stało się wtedy coś niezwykłego. Wyjątkowo ciepły zmierzch zbudził do lotu zaspane do nieprzytomności nietoperze, a te, trzepocząc błoniastymi skrzydłami, musiały chyba zbudzić natchnienie Inez do wyznań. Dziewczyna otworzyła się jak kielich kwiatu, aby opowiedzieć o sobie. Mówiła z taką szczerością, że aż prawie zwątpiłem w szczerość samej szczerości, którą przecież można udawać, jak to czynią aktorzy w teatrze, gdzie pozór jawi się prawdą, a prawda pozorem.
– Z natury jestem osobą zamkniętą – Inez przyznała to po pewnym wahaniu wyrażającym się w odpychaniu rękami niewidzialnej przeszkody- z zadatkami na staropanieństwo, co nie jest skłonnością szczególnie miłą, ale też i nie obciążeniem. Młode istoty, takie jak ja, nie powinny wstydzić się mówić o swym głęboko ludzkim zagubieniu, kiedy nadejdzie godzina szczerości.

– Chyba pod wrażeniem uroczystej spowiedzi Inez kilka razy nabierała powietrza w usta, aby dotlenić płuca i odświeżyć pamięć.
– Czasami mam wrażenie, tak jak dzisiaj, że jestem uduchowioną Cyganką, zdolną do intuicyjnego przeniknięcia istoty człowieczeństwa i przepowiadania przyszłości. Jest to domena osób o wyższej niż przeciętna wrażliwości, do której skromnie zaliczam także siebie.
– Powiedziawszy to, Inez zapragnęła złagodzić wrażenie zarozumialstwa wywołane nietypową autoprezentacją, i zażartowała. – To chyba wpływ kombinacji słodkiej bułeczki i gorzkiej herbaty Ulung Tabuki. – Wymawiając z łatwością chińskie słowa, uśmiechnęła się kącikami ust i dołeczkami w policzkach. – Nadzwyczajny smak potraw i nastrój wieczoru skłaniają mnie do powiedzenia o sobie więcej i szerzej. Byłam dzieckiem delikatnym i drobnym, szaleńczo kochanym, wręcz ubóstwianym, przez rodziców i to pozostawiło we mnie ślad w postaci podwyższonej wrażliwości.
– W czym wyraża się pani wrażliwość, droga Inez? – Zapragnęła wiedzieć Hrabina, osoba również wrażliwa, lecz wychowana w warunkach rządów despotycznych, kiedy nauczycieli, wychowawców, opiekunów, rodziców i generalnie zwierzchników osób młodocianych i młodych obowiązywała rzeczowa i zimna bezpośredniość.
– Wyraża się ona, szanowna pani Hrabino, w trójkącie równoramiennym. Proszę mi wybaczyć, że posłużę się figurą geometryczną, której bokami są dokładność, higiena i delikatność. Lubię pieścić się rzeczami, które trzymam w ręku oraz tymi, które pozostają w mym bezpośrednim zasięgu. Jeśli obieram jabłko to bardzo grubo, co nie jest objawem niedokładności, ale wrogością wobec zarazków, które są niebezpieczne. Tak, więc gotowa jestem wyrzucić jabłko, choćby było niezauważalnie nadgniłe. Jeśli zmywam naczynia ręcznie, co czynię chętnie, to wykonuję to dłużej niż inni, ponieważ powierzchnia naczynia musi lśnić jak lustro odzwierciedlające dokładność kobiecej natury i umiłowanie czystości.
Jest to czynność, którą wykonuję attentivement et proprement, czyli uważnie i starannie. Nie lubię ani nie umiem czynić niczego łapu-capu, choćby okoliczności nawet wymagały tego ode mnie. Widzę w tym mądrość i piękno życia. …”

– Cóż może pani, droga Inez, wiedzieć o życiu, w tak młodym wieku? – Hrabina westchnęła na wspomnienie przeszłości podnosząc brwi w pełnym zdumienia oczekiwaniu, co może powiedzieć o brutalnym spektaklu życia osoba wychowana w ustroju obdarzającym kobietę pieszczotami nieporównywalnie częściej niż kuksańcami.
– W życiu nie lubię się śpieszyć. Bardzo mi odpowiada przysłowie festina lente, którego wyuczyłam się na pamięć i przypominam sobie w myślach. Śpiesz się powoli – wyjaśniła Inez, delektując się słowami. – Na wszystko potrzebuję więcej czasu niż inni, na przykład na ubieranie się, czynność ważną dla niewiasty w każdym wieku. Osobiście przepadam za przebieraniem się, ponieważ lubię wyglądać dobrze, widzieć siebie jako kobietę zadbaną.

Powyższy fragment pochodzi ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

2Shares

Pozostałe zdjęcia i wspomnienia z Tajlandii

Piszę spóźniony blog. Postanowiłem umieścić w nim zdjęcia, które mi pozostały. Tajlandia to prawdziwa egzotyka zwłaszcza jeśli zagłębimy się w dominującą religię tego kraju, buddyzm. W hotelu Asia Pattaya znalazłem na stoliku nocnym dwie książki jak już wspomniałem. Jedną z nich pobrałem na komputer; jest ona dostępna bezpłatnie w języku angielskim. Jest to ciekawa pozycja; nie traktuje bezpośrednio o buddyzmie, ale wyjaśnia jego historię, znaczenie, rolę, praktykę.

Teraz zdjęcia. Sporo tego.

 Jeden z wielu klubów Go-Go w Pattaya Transseksualiści z Alcazar w Pattaya

Motyw ze świątyni w Parku Centralnym w Pattaya.

Rodzice nie tracący pociechy z widoku nawet w trakcie posiłku w restauracji. 

Zejście na plażę w hotelu Asia Pattaya

Figurka na balustradzie zejścia.

 

Biała Świątynia, własność prywatna artysty..

1Shares

Tajlandia, Kanchanaburi, rzeka Kwai, cmentarz, rynek pływający. Odc. 2.

Dziś mało piszę, więcej ilustruję.

Zwiedzamy Kanchanaburi (w języku tajskim pisze się to กาญจนบุรี), miasto 66 tysięcy mieszkańców położone na Nizinie Menamu, ośrodek administracyjny prowincji Kanchanaburi.

W mieście znajduje się Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej oraz duży cmentarz zmarłych i zamordowanych jeńców wojennych,

a także słynny most na rzece Kwai,

przez którą przebiega linia kolejowa z Bangkoku do Nam Tok (historyczna kolej tajsko-birmańska o tragicznej historii), fragment dawnej Kolei Śmierci. Idę do końca mostem, i proszę spotkanego tam turystę, jak się okazuje kanadyjskiego żołnierza, o zrobienie mi zdjęcia. Wyglądam na nim jak aptekarz w szelkach sprzedający tanie środki na muchy. Nie wiem dlaczego Bóg mnie pokarał taką niwelowaną facjatą. 

W odległości ponad 20 km od Kanchanaburi znajduje się pływający rynek (floating market), na który zabiera nas szybka łódź motorowa. Sprzedawcy siedząc na łodziach sprzedają swoje towary. Część sklepów jest na stałym lądzie.

 Tędy płyniemy na rynek.

W drodze na rynek ogarnia mnie rozpacz. Nad kanałami stoją domy, przy każdym z nich widać kolorowo kwitnące rośliny. Gdyby tylko trochę odświeżyć te domy, niektóre być może fragmentami odmalować, brzegi kanałów wyglądałoby jak raj na ziemi. Problemem jest potworne śmietnisko: wielkie brudne szmaty zwisające z ogrodzeń, puszki, butelki, opakowania i wszelkiego rodzaju barachło rozrzucone na każdej posesji. To jakieś szyderstwo losu: piękno bogatej przyrody i konstrukcji zniweczone bezmyślnością i lenistwem człowieka.

 

0Shares

Andrzej Stasiuk, pisarz. Co z nim?  

Uczestniczyłem dzisiaj w spotkaniu z Andrzejem Stasiukiem. Przeczytałem wcześniej na Wikipedii jego życiorys. Bardzo znany i zasłużony dla literatury i kultury polskiej pisarz. Zabrałem ze sobą jego książkę „Wschód”, otrzymałem ją na imieniny w upominku, podpisał mi. Ucałowałem jego autograf i zalałem się łzami. Może i zrobiłbym to, gdyby jej autor był w lepszej formie w czasie spotkania.

Po niedawnym spotkaniu z Katarzyną Bonda, znaną autorką kryminałów i dzisiaj z Andrzejem Stasiukiem, bardzo znanym pisarzem, porównałem ich sobie Australijczykami. W Adelajdzie też uczestniczyłem w spotkaniach z pisarzami. Wypadli oni korzystniej. W moim odczuciu byli bardziej otwarci w kontaktach z publicznością, bardziej zaangażowani, chętni do rozmowy, bardziej sympatyczni.

Pan Stasiuk stwarzał wrażenie, jakby był zmęczony albo znużony pytaniami, jakie mu zadawano. Dużo jeździł na Wschód, Rosja, byłe republiki radzieckie, Ukraina, Azja. Zapytany, jak widzi różnice miedzy Rosjaninem i Ukraińcem, oświadczył coś w rodzaju, że nie posiada takiej wiedzy, albo że nie czuje się kompetentny mówić na ten temat.

Jeździł prawie wyłącznie na wschód i na południe od Polski. Napisał w związku z tymi podróżami kilka książek. Lubi przestrzenie, kultury i ludzkie losy. Zapytałem go, czy nie miał chęci zwiedzić Ameryki Południowej i Środkowej. Tam też są ogromne przestrzenie, bogate kultury i przebogata literatura. Nie, nie miał takiej chęci. Był tylko raz w Stanach Zjednoczonych, lecz chętnie pojechałby tam ponownie. Pomyślałem, że nie czułby się dobrze w Ameryce Południowej ze względów językowych, jeśli nie zna albo zna słabo język hiszpański i angielski. To drobny szczegół, który być może lepiej określa motywacje podróży niż inne względy. To jest oczywiście moja spekulacja. Ale myślę, że jest w tym trochę prawdy.

Tak czy inaczej, ta i inne odpowiedzi pisarza wzbudziły we mnie sceptycyzm, co do autentyczności jego kontaktów z audytorium. Szczerość, otwartość, naturalność dają się wyczuć, wydają mi się wspaniałą cechą u autora czy autorki, którzy są także ludźmi. W wymienionych zachowaniach jest prawda i autentyczność, taka sama jak w pejzażach, dzieciach, zwierzętach i przyrodzie. Coś, co ujmuje, zjednuje i cieszy.

U wielu Polaków wyczuwam prawie nieuchwytną sztuczność, jakiś łagodny albo i nie łagodny rodzaj nadęcia, nienaturalność, nawet arogancję. Coś w rodzaju: Co ja będę z wami rozmawiać!? Już tyle razy mnie o to pytano!

Być może, kiedy jesteś już bardzo popularny, nie potrzebujesz więcej uznania i uwagi bliźnich. Temat godny ujęcia w powieści.

Pytanie: Gdzie zamieszczać opinie o książce i jej autorze?

A. Na stronach księgarni internetowych, zwłaszcza tych większych.

B. Na poważnych portalach pisarskich, literackich i czytelniczych:

www.lubimyczytac.pl

http://liternet.pl

http://portalliteracki.pl

www.granice.pl

www.portal-pisarski.pl

0Shares

Wspomnienia z Indii i Nepalu

Myślę (co mi się zdarza od czasu do czasu, kiedy organizm jest w dobrym humorze), że skoro to czynię, to jestem, a skoro jestem, to piszę, zwłaszcza wtedy i tym gorliwiej, jeśli ktoś mnie czyta. Ten wpis jest przeznaczony przede wszystkim do współtowarzyszy podróży.

Dochodzę do siebie po długiej, męczącej, lecz owocnej podróży. Przeziębiłem się, podobnie jak i kilka innych osób, co jest zapewne efektem także wchłonięcia większej ilości kurzu i spalin samochodowych w miejscu, gdzie pojazdy zachowują się jak ludzie, ludzie jak zwierzęta i zwierzęta jak pojazdy. Każdy robi, co chce.

Zdjęć jeszcze nie przeładowałem z aparatu fotograficznego, ale zacznę to jeszcze dzisiaj, jak tylko od odbiorę od wnuczki kabelek służący temu celowi. Kiedy już to nastąpi, chętnie podzielę się zdjęciami, gdyż część z nich wykonałem, aby udokumentować nie tylko Hindusów i ich stan fizycznego i duchowego posiadania, ale także nasze, obcokrajowe reakcje, na azjatycką rzeczywistość. Zdjęcia pozowane traktuję raczej jak sztuczną biżuterię i dlatego z przyjemnością rejestrowałem sceny uwidoczniające naturalne i niepozowane zachowania.

Sam wpadłem w nurt chciwości zapisania jak najwięcej na zdjęciach. Żartowałem nawet, że prawdziwego szoku doznam nie tyle w trakcie wycieczki, lecz dopiero wtedy, kiedy zacznę ogladać i analizować zdjęcia w domu. Sprzyja temu pogoda na Wybrzeżu, dzisiaj wyjątkowo hinduska, lekko wilgotna i ciepła: 12 stopni Celsjusza.

Waranasi nad Gangesem zobaczyłem pierwszy raz siedemnaście lat temu odwiedzając cmentarz na Lubelszczyźnie, gdzie leżą pochowani moi rodzice, snując refleksje na temat ostateczności, która łączy wszystkich bez wyjątku: polityków, ludzi grubych i chudych, mądrych i głupich, biednych i bogaczy, a także cesarza Indii z dynastii

Wielkich Mogołów, ,Akbar, Emperor of India, 1542 -1605 Młody Akbar, Emperor of India, 1542 - 1605

Akbara (1542 – 1605), miłośnika literatury, architektury i sztuki, który pozostał analfabetą (prawdopodobnie był dyslektykiem), twórcy królewskiego miasta Fatehpur Sikri,

Fatehput_Sikiri_Buland_Darwaza_gate_2010

wspaniałego zabytku architektonicznego chronionego przez UNESCO. Na zdjęciach Akbar na rycinie i obrazie oraz fragment Fatehpur Sikri.

Oto mój wiersz z 1997 roku.

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność … spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie dam się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchach reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników.

12Shares

Wakacje z przeżyciami

Wakacje nie sprzyjają pisaniu. Prawie oduczyłem się obsługi klawiatury komputera, co przejmuje mnie zgrozą. Korzyścią wypoczynku było jednak nasączenie oczu i duszy wrażeniami, bez których nie można nawet marzyć o pisaniu.

Miesiąc wakacji w Polsce poważnie naruszył moje rozumienie świata na odległość. Przed wyjazdem miałem wrażenie, że wiem, co się dzieje w Polsce. Było ono oparte na polskich dziennikach telewizyjnych (odbieranych przez Internet), polskich czasopismach online, rozmowach z ludźmi, którzy wrócili z kraju oraz na kontaktach telefonicznych i skype’owych.

Polska zaskoczyła mnie bardziej niż pozytywnie. W wielu miejscach i sprawach. A niemało podróżowałem: Warszawa, Puszcza Mariańska, Radziwiłłów (odrestaurowany historyczny dworzec kolejowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej), Skierniewice, Żyrardów, Zwierzyniec (siedziba Roztoczańskiego Parku Narodowego i międzynarodowego festiwalu filmowego), wieś Bagno nad rzeką Wieprz, gdzie pojawiły się od lat niewidziane tam pstrągi, Guciów, Zamość, Gdańsk, Gdynia i Sopot, Kraków, Tarnów oraz liczne miejscowości i miejsca w Bieszczadach włącznie z Soliną.

Starałem się sie zwiedzić i obejrzeć jak najwięcej. A było tego nie mało: wesele, ślub (z czarującą panną młodą i jej równie czarującą siostrą w charakterze świadka), podróż samochodem z Polski centralnej na Roztocze Lubelskie, zwiedzanie nowego stadionu i Targu Dominikańskiego w Gdańsku, kąpiel w Stawach Echo i hodowla koników polskich w Zwierzyńcu, wycieczki rowerowe w różnych miejscach, prywatne muzeum archeologiczne (ze szczątkami dinozaurów!) przy Zajeździe w Guciowie (Tutaj dygresja. Na tamtych terenach żyły dinozaury. Co ciekawe, ich żywe okazy z niemałym trudem wyhodował i wciąż utrzymuje PiS, za co im chwała. Będą one straszyć społeczeństwo w najbliższych wyborach parlamentarnych, aby przekonać do głosowania na partię najsilniej osadzoną w polskiej rzeczywistości archeologiczno-historycznej.), spacer nocą po historycznym Tarnowie, pobyt w przepięknym pensjonacie Harenda (właścicielami są Australijczycy Helen i Ted) w Czarnej w Bieszczadach, gdzie znajdują się stare nieczynne jak i czynne „kopalnie ropy naftowej”, w końcu ciekawa Galeria Barak w Czarnej Dolnej.

Nigdzie nie widziałem owej biedy czy ubóstwa, o której mówią polscy politycy i media, rzucały mi się natomiast w oczy duże i piękne domy, zwłaszcza na obszarach podmiejskich i wiejskich oraz liczne inwestycje prywatne i publiczne. Te ostatnie są hojnie finansowane z funduszy Unii Europejskiej. Niewiele osób w Polsce mówi o tym. Może dlatego, że w charakterze niektórych obdarowanych nie leży wspominanie dobrodziejstwa i długu wdzięczności, który należy się darczyńcom. Wzdłuż tras przejazdów widać co raz most lub wiadukt w budowie. Jednym słowem praca wre na całego. Słusznie jednak czynią ci, którzy narzekają na korki na drogach i rozkopy, ponieważ autostrady i mosty powinny być budowane tak, aby nie utrudniać życia zmotoryzowanym. Czyli niebudowane w ogóle. A może jednak budowane, ale inaczej? Ale jak?

Sprytnie zadałem kilka pytań. Inteligentne odpowiedzi mile widziane.

0Shares