Galeria handlowa. Opowiadanie fantastyczne.

To drugie z serii krótkich opowiadań.

Wczoraj przeprowadziłem inwentarz folderu „Opowiadania” i okazało się, że mam sporo opowiadań w stanie „rozmamłania” czyli zaczętych i niedokończonych, w zarysie, w formie pomysłu, wstępnej fabuły itp. To mnie zdopingowało, aby skończyć i przedstawić kilka z nich do oceny Czytelników. Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre podobają się Państwu.  

Galeria handlowa 

Najczęściej zdarza się to rano. Nagle ogarnia mnie smutek i marnieję. Idę na przykład szeroką aleją Galerii Handlowej Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest ze mną nie tak. Odnoszę wrażenie, że klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Wchodzę do sklepu z ubraniami, pożyczam miarę krawiecką i mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” tylko potwierdza, że coś się we mnie psuje, zapada i kurczy. Proszę ekspedienta o pomoc, znowu się mierzę, tym razem wzrost. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr osiemdziesiąt.

Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer paszportowy kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara. Długo mi się przyglądał, po czym odwrócił oczy w kierunku paszportu, odczytał tam mój wzrost i znowu patrzył na mnie. Stałem w niespokojnym oczekiwaniu, jaki zapadnie wyrok. Miałem szczęście, wzrost okazał się prawidłowy, ani centymetra więcej, ani mniej.

Niepewny wychodzę ze sklepu na korytarz galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia; fakt pozostaje faktem.

Dostrzegam szczegóły. Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby; te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy ma jak migdały; czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Słyszę nawet, jakby w pobliżu brzęczała pszczoła zbierająca nektar. No i biodra kobiety, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te marki Lajkonik, dobrze wypieczone. Moja rodzina je lubi. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje paluszki należałoby lizać, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie ponownie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt; nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, gotowe dawać i brać miłość, namiętnie i bez zastanowienia.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już nie mam jej w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę.

Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

– To bardzo źle – myślę ze smutkiem. Ale nie załamuję się, bo oto, z naprzeciwka zbliża się inna kobieta. Na pierwszy rzut oka widać, że jest niezwykła, istnie niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej. Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie to rozpiera.

Mówię sobie:

– Uspokój się, chłopie, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę i marnieję ale na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja, malenie i wzrastanie, brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji plus oczywiście zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu z was tego życzę.

Mówię to ja, Alberto Cinci, obserwator życia, adorator kobiet i miłośnik galerii handlowych.

0Shares

Urzeczenie. Opowiadanie abstrakcyjne.

Najczęściej zdarza się to rano. Marnieję. To smutne. Idę szeroką aleją Centrum Handlowego Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest nie tak. Czuję jak klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Idę do sklepu ubraniowego, pożyczam miarę krawiecką, mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” świadczy, że coś się we mnie zapada i kurczy. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr siedemdziesiąt. Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer, urzędnik paszportowy, kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara.

Niepewny wychodzę na korytarz Galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia, fakt pozostaje faktem. Dostrzegam szczegóły.

Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby, te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy jak migdały, czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Mam wrażenie, że słyszę nawet jak brzęczy pszczoła zbierająca nektar. No i biodra, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że palce lizać. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje palce, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt, nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te dobrze wypieczone z Lajkonika. Moja rodzina je lubi.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już jej nie mam w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę. Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

Z naprzeciwka zbliża się inna kobieta, jest niezwykła, niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej.

Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie rozpiera.

Mówię sobie: – Uspokój się, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę, marnieję, na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja. Malenie i wzrastanie. Brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji, plus zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu mężczyźnie tego życzę. Niech dorodna kobieta, słodka i gorąca jak czekolada, ma Cię w opiece w godzinach porannych!

Szczerze Wam oddany,

Obserwator Życia, Adorator Kobiet i Miłośnik Galerii Handlowych.

Powieść obyczajowo-psychologiczna „Cztery portrety cudze i jeden własny”: 

https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-

https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Nie wahaj się, kup! Daj artyście zarobić na motywację do dalszego pisania! 

0Shares