Idealne państwo, idealne społeczeństwo. Opowiadanie. Część 2, ostatnia.

– Dlaczego ludzie nabierają wody w usta, choć nikt ich do tego nie zmusza? – Nie było to pytanie szekspirowskie, mógł je zadać każdy przeciętny polityk, umiejący myśleć i powiedzieć coś sensownego. Różne były mniemania i teorie. Niektórzy obywatele bali się o pracę, szczególnie w urzędach państwowych, policji, szkołach, tam gdzie zwierzchnik miał nad sobą drabinę dalszych zwierzchników sięgającą szczytów władzy, czyli rządu. Inni milczeli z wygody lub zobojętnienia. Jeszcze inni, aby zapomnieć co im dolega, wpadali w szpony seksu, narkotyków, papierosów lub alkoholu. Ci, którzy nie lubili wody, wyjeżdżali za granicę do pracy lub na długie wakacje, jeśli mieli kogoś, kto chciał ich sponsorować.

Skutki milczenia społeczeństwa odbijały się coraz bardziej na gospodarce. Drastycznie spadło zapotrzebowanie na kawę i herbatę. Zaoszczędzone w ten sposób dewizy rząd przeznaczył na potrzeby armii. Po dwóch latach kraj był potężnie uzbrojony, a jego armia budziła szacunek u wrogów, zwłaszcza kiedy rozwinęła amatorską partyzantkę, zakwaterowaną w ziemiankach po lasach i kiedy trzeba przerzucaną na miejsce akcji. Była to formacja cichociemna, cicha jak milczenie i ciemna jak noc bez księżyca. Dzięki wzrostowi siły militarnej państwa wzrosło poczucie bezpieczeństwa obywateli, z czego się wszyscy cieszyli. Mając wodę w ustach wyrażali to błyszczącymi z radości oczami i radosnym bulgotaniem w gardle. Określenie „nabrać wody w ustach” upowszechniło się, natomiast określenia „suche usta” i „spieczone usta” przeszły do archiwum, w końcu do historii.

*****

Członkowie PD i przedstawiciele rządu mieli zapewnione zaopatrzenie w wodę z zasobów strategicznych kraju, w związku z czym nie musieli nabierać jej w usta. Prywatnie wyrażali pogląd, że jest to nieestetyczne i niesmaczne. Mając usta wolne do gadania, zachowywali powagę i nie poświęcali czasu na płoche rozmowy z opozycją, organizacjami społecznymi i obywatelami.

– Byłoby to niepoważne. My jesteśmy po to, aby kierować społeczeństwem, a nie rozmawiać z nim, bo jest to czas obustronnie zmarnowany. – Wyjaśniał rzecznik rządu na konferencjach prasowych. Dwóch dyżurnych naukowców i dyrektor rządowego ośrodka badania opinii publicznej poważnym potakiwaniem potwierdzali tę prawdę. Dziennikarzom nie pozwalano zadawać pytań; były one z zasady beznadziejne i rządowi szkoda było na nie czasu.

Zamiast prowadzenia czczych rozmów z dziennikarzami, rząd koncentrował się na krytyce wrogów narodu oraz udzielaniu instrukcji obywatelom, jak żyć i postępować. Niezależnie od okoliczności, rząd regularnie weryfikował listy indywiduów zanotowanych w Rejestrze Specjalnym.

*****

Rejestr Specjalny stworzył fantastyczne możliwości doskonalenia państwa, którego celem nadrzędnym było zapewnienie szczęścia obywatelom. Nie chodziło o szczęście w ogóle, byłoby to zbyt prozaiczne, ale o szczęście totalne. Ilość totalnego szczęścia należnego każdemu obywatelowi określały wskaźniki wyliczane przez Ministerstwo Informacji Publicznej. Prawo do totalnego szczęścia określał z kolei Regulamin Rządu, naczelny akt normatywny państwa. Szczęścia nauczano w szkołach na lekcjach wychowania patriotycznego pod hasłem: „Każdy obywatel ma prawo do totalnego szczęścia”. W nauczaniu szczęścia rząd kierował się doświadczeniami historycznymi i tradycją, jak również instrukcjami zawartymi w podręczniku „Proces” autorstwa Franza Kafki.

Wyraz „totalny” nabrał pozytywnego znaczenia i upowszechnił się w różnych formach i ujęciach: totalne szczęście, totalna władza, w końcu totalitaryzm rozumiany jako najwyższa forma szczęścia indywidualnego obywatela i całego społeczeństwa. Totalitaryzm stał się hasłem naczelnym Partii Dobroczynności i rządu.

*****

Mimo ogromnego postępu w kierunku totalitaryzmu, najwyższej formy szczęścia obywatelskiego, w kraju zaczęło panoszyć się kłamstwo i chamstwo, spokrewnione ze sobą pojęcia zezwierzęcenia wywodzące się z jednego pnia ewolucji społecznej. Indywidua wrogie i niechętne władzy sugerowały, że dwaj bracia pojęciowi są sponsorowani przez partię i rząd, lubiące wyprzeć się prawdy, kiedy była ona zbyt bolesna lub prawdziwa. Wedle indywiduów regularne używanie terminu „prawdziwa” było nadużyciem, gdyż nie każda prawda przedstawiana przez władzę nosiła takie znamię.

W ramach totalitaryzmu mnożyły się doniesienia na indywidua, gdyż wielu obywateli pragnęło dołożyć swoją cegiełkę do eliminacji osób wrogich władzy. Powody doniesień, przybierających często formę anonimów, były bardzo różne: ludzie wyciągali prywatne żale, ktoś komuś nadepnął na piętę lub spojrzał krzywo, albo nazwał świńskim ryjem, albo powiedział coś za plecami, albo skrytykował choćby nawet nieśmiało jakiś organ władzy państwowej. W ślad za doniesieniami szły dochodzenia, różnego rodzaju komisje śledcze, procesy sądowe oraz wezwania do składania zeznań, wręczane o godzinie szóstej rano lub dwudziestej trzeciej w nocy. Były to oficjalne godziny wręczania wezwań sądowych.

Na pytania indywiduów otrzymujących wezwania, dlaczego dostarczano je bardzo wcześnie rano lub nocą, przedstawiciele służb doręczeniowych, ubrani w czarne dresy i kominiarki odsłaniające tylko orli nos i penetrujące oczy, mocniej ujmowali broń z obawy, że pytający zechce ją wyrwać w celu siania terroru, przed którym przestrzegał rząd. Z reguły też wyjaśniali uprzejmie: „Taką mamy pracę”, albo, „Chcieliśmy mieć pewność, że jest pan w domu”, albo „Proszę o to pytać mojego szefa”, albo „Lubimy sprawiać obywatelom niespodzianki”.

*****

Wraz z upowszechnianiem się praktyki nabierania wody w usta w kraju robiło się coraz ciszej. Narastało milczenie. Przyszedł taki czas, kiedy zaległo ono parki i ulice, urzędy i place targowe, ośrodki handlowe i media. Było to milczenie poważne. Coraz rzadziej ludzie ważyli się rozmawiać w miejscach publicznych. Praworządni właściciele telefonów komórkowych sami prosili Ministerstwo Służb Specjalnych o nagywanie i odsłuchiwanie ich rozmów. Nie prowadzono już rozmów o sprawach banalnych, dzięki czemu ludzie mogli bardziej koncentrować się na pracy i poświęcać więcej czasu na naukę i czytanie. Zyskała na tym ogromnie kultura narodowa, wzrósł znacznie poziom czytelnictwa; co najmniej czterdzieści pięć procent społeczeństwa czytało już jedną książkę w ciągu roku. Często był to zbiór wierszy o wodzu narodu, ulubiona lektura obowiązkowa wszystkich uczniów.

*****

Pod koniec okresu rządów Partii Dobroczynności w kraju zapanowała prawie kompletna cisza. Nabieranie wody w usta przez obywateli stało prawie obowiązkiem, opisywanym słowami "very trendy". Partia i rząd podejrzewali, że była to zmowa milczenia wymyślona przez opozycję parlamentarną oraz indywidua wrogie i niechętne władzy. Społeczeństwo milczące stało się ponure, choć na zewnątrz wszystko wydawało się normalne: otwarte były sklepy, urzędy, żłobki i przedszkola, stacje kolejowe i autobusowe, stadiony, lotniska, a nawet wychodki, w dużych miastach zwane szaletami.

Komunikacja ustna tak skarlała, że w końcu całkowicie zanikła. Wywołało to niekończącą się lawinę nieszczęść. Firmy przestały produkować, sklepy sprzedawać, warsztaty reparować, szkoły uczyć, szpitale leczyć. Towary i usługi były powszechnie dostępne, ale były to tylko pozory. Skoro nikt nie otwierał ust i nie udzielał informacji, nie można było porozumieć się, nawet w prostych sprawach, kupna pieczywa, cukru, alkoholu (obojętnie etylowego czy metylowego), pasty do obuwia, nie wspominając o samochodzie czy nieruchomości. Zamknięte wodą usta blokowały wszystko. Sprzedawcy pytani o produkt lub cenę pokazywali palcem na wypełnione policzki. Firmy zagraniczne przestały przysyłać swoich przedstawicieli, aby importować towary, bo nikt z nimi nie rozmawiał. W drogę nie wyruszały ciężarówki ani pociągi, gdyż kierowcy i maszyniści nie mogli porozumieć się ze zleceniodawcami. Wyglądało to jak strajk generalny.

Nawet w parlamencie, gdzie zawsze miały miejsce kłótnie między rządzącymi a opozycją, zanikły debaty, gdyż opozycji oprócz problemu wody wypełniającej usta załamały się także ręce. Partia i rząd nie musieli rozmawiać między sobą. Dla nich wszystko było jasne, gdyż łączył je prezes pełniący rolę dawnego uniwersalnego sekretarza partii.

*****

Przyszedł czas, kiedy partia i rząd uznali, że mur obywatelskiego milczenia stał się przeszkodą nie do pokonania. Po plecach zaczęły im chodzić ciarki niepokoju i strachu, pogubili się. Kiedy przyszły Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku postanowili wypocząć, nabrać więcej tlenu w płuca i odnaleźć się. W tym celu zaczęli rozjeżdżać się na narty, do kurortów, do dacz w leśnych ostępach, na wycieczki do ciepłych krajów, gdzie kto mógł. Czynili to w milczeniu, aby nie zakłócać pozytywnego nastawienia umysłu.

Takie były przynajmniej spekulacje, bo ludzie wciąż nabierali wody w usta i coraz mniej wiadomości docierało do kogokolwiek. Zastój w kraju zbliżał się do dna, życie objawiało się wyraźniej już tylko tam, gdzie sprawy kręciły się w sposób naturalny z rozpędu jak koło zamachowe.

*****

Pełna prawda o stanie narodu wyszła na jaw wiosną. Kiedy śniegi stopniały i dłuższe dni przynosiły więcej światła, społeczeństwo zaczęło dostrzegać wychudłe postacie dziarskich do niedawna działaczy partyjnych i rządowych. Ich przerzedzone szeregi sugerowały, że wielu z nich odeszło na zawsze w różnych okolicznościach, między innymi popełniając samobójstwa lub udając się na banicję. Fakty te potwierdziła policja. Obudzona wiosennymi powiewami wiatru, z własnej inicjatywy zdecydowała się podjąć śledztwo w sprawie tych, którzy dotychczas im śledztwa zlecali.

Metody samobójstw działaczy były różne. Bardziej oczytani w literaturze, zwłaszcza orientalnej, odbierali sobie życie stosując seppuku lub harakiri, inni – z niechęcią, gdyż byli ludzmi religijnymi – wybierali eutanazję. Młodsi działacze lubiący skoki bungee na długiej linie, wybierali skok na druty wysokiego napięcia. Było też sporo takich, którzy pogubili się po lasach lub postrzelali na polowaniach. Niemało też zginęło w wypadkach drogowych lub zapiło się na śmierć. Przypadki zgonu z głodu oraz zamarznięcia we własnym domu wskutek braku dostaw energii cieplnej były rzadsze.

Historycy nazwali ten okres zimowiosną ludów, wyjaśniając, że rządzący potknęli się o własne nogi nie doceniając roli obywateli, którzy protestując przeciwko władzy z jakiegokolwiek względu nabierają wody w usta i popadają w całkowite milczenie.

W tragicznym okresie czasu jedynie papierosy i alkohol zyskały na znaczeniu. Niektórzy obywatele nie będąc w stanie wytrzymać bólu milczenia popadali w nałogi. – Dym tytoniowy skutecznie zastępuje opary otaczającego nas absurdu. – Twierdzili, zaciągając się dymem. Inni pili umór alkoholizowane środki kąpielowe, kierując się modą przybyłą ze wschodu podobnie jak koncepcja partii – jedynej przywódczej siły narodu.

Jeśli chodzi o prezesa Partii Dobroczynności, to zniknął on całkowicie z pola widzenia. Po pewnym czasie odnalazł się i to w kilku miejscach na raz. Mówiono, że zapuścił czarną brodę i zajął się nauczaniem początkowym patriotyzmu, ale kiedy okazało się, że nie ma papierów ani kwalifikacji, zwolniono go. Próbował pracy misyjnej w różnych miejscach, ale bezskutecznie. Kiedy mówił o winie drugiego człowieka, wymieniając czasem jakieś nazwisko, cytowano mu Pismo Święte: "A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? ". Kiedy mówił o wierze w człowieka i potrzebie sprawiedliwości na ziemi, przypominano mu Boga i życie wieczne.

Pewien poważny zakonnik zaklinał się, że prezes zjawił się któregoś wieczoru w jego zakonie w kapturze na głowie i z małym stołeczkiem w ręku, wyrażając gotowość nawracania braci na prawdziwą wiarę. Nie uwierzono mu jednak i przepędzono go. Nigdy później już go nie widziano.

– Nie miał łatwego życia, dlatego zniknął. Wszędzie mu się sprzeciwiano, był z tego powodu nieszczęśliwy. Minęły już czasy, kiedy jego słowa przyjmowano bezkrytycznie. – Podsumował ze smutkiem zakonnik, po czym przeżegnał się.

„Zbrodnia i kara” czyli „Bracia i siostra Karamazow”. Akt 1.

Na podstawie donosów prasowych powstaje scenariusz współczesnej sztuki teatralnej „Zbrodnia i kara” czyli „Bracia i siostra Karamazow”. Jest to tragedia nawiązująca do twórczości znanego pisarza Fiodora Dostojewskiego.

Sztuka przedstawia historię rodziny Karamazow, która w wyniku ciosów zadanych przez naród partii rządzącej obejmuje niepodzielną władzę w kraju. W przewrocie ważną rolę odegrały podsłuchy telefoniczne, wzrost gospodarczy, emigracja, uchodźcy i czynniki tzw. egzotyczne. Rodzina składa się z wielu braci i jednej siostry.

Przewodnie aspekty fabuły to niepodzielność władzy oraz najstarszy z braci Karamazow, niejaki Jaro, głowa rodziny.

Jest godzina 3.16 w nocy. Odczytuję to na pasku komputera. Trwa potworna cisza powyborcza. Nad krajem gromadzą się mroczne chmury telewizyjne, radiowe i prasowe. W powietrzu krąży upiór mrożący krew w żyłach. Nadszedl czas zemsty. Naród jest podzielony, pół narodu plus jeden jest za zemstą, drugie pół minus jeden drży z niepokoju i trwogi. Nikt nie wie, co się stanie.

Nadchodzi pierwszy donos prasowy. Cytuję: „Komitet polityczny braci Karamazow zdecydował, że kandydatem partii na premiera jest siostra Karamazow, Bea”. Zanim to się stało, potężny Jaro, spotkał się z siostrą w tak zwane „cztery oczy”. Trwało to (cytuję) „ponad godzinę i zdecydowało o jej ostatecznej nominacji”.

– Będziesz rządzić! – Rzucił twardo Jaro. Ktoś musi się poświęcić.

– Dlaczego ja? –Zapytała Bea. Jej głos owijała niepewność. – Przecież ty jesteś mądrzejszy i potężniejszy.

– Tak obiecałem narodowi! Nie kłóć się ze mną, wiesz przecież, że cię kocham. Dla twego bezpieczeństwa będę pociągać sznurki, abyś wiedziała, jak masz się poruszać.

– A co mam mówić? –Zapytała już śmielej siostra.

– Każdego dnia o świcie otrzymasz wytyczne emailem. Wszystko przemyślałem.

– Co robimy najpierw? Jakie priorytety, kochany bracie?

– Decyduję to właśnie w mojej głowie. Chcę, byście wszyscy wyłączyli się z myślenia. Ja jestem od tego.

– A co z poparciem miłościwie nam panującego Cesarza.

– Ha, ha, ha! – Zaśmiał się brat Jaro swobodnie jak ten wiatr pustynny. – Sam go wytypowałem na tron cesarski i udzieliłem poparcia w zdobyciu władzy. Będzie do mnie przyjeżdżać nocą, aby odbywać konsultacje.

– Dlaczego nocą?

– Bo w dzień razi go słońce.

– Mimo silnych okularów przeciwsłonecznych?

– Właśnie. Wszystko przewidziałem, włącznie z okularami.

Po skończonej audiencji siostra Karamazow wychodzi. Akcja dramatu wije się niby złowrogi wąż i nabiera przyśpieszenia. W najmniej spodziewanym momencie zjawia się opozycjoner polityczny niejaki Liro i oświadcza rzeczowo, jakby mówił o porcji zmrożonych ośmiorniczek (cytuję): „Chętnie domknę wieko trumny tym wszystkim ludziom”. Liczy na karierę podręcznego grabarza. Nad krajem pojawiają się chmury smolistych nietoperzy. Czuć zapach siarki i słychać pisk. Te dziwne niby ptaki chcą wkręcać się we włosy. Na widowni pozostają tylko łysi. Jedynie oni nie boją się nietoperzy.

Gubię się. Jest godzina 4.02. Trwa przejmująca cisza. Na dworze śmierdzący smog dusi noc. Jest strasznie. Myślę o narodzie. Przestaję myśleć, kiedy zdaję sobie sprawę, że myśli za nas i o nas wszystkich brat Jaro Karamazow. Uspokajam się. Jest mi smutno. Nie umiem przewidywać przyszłości. Jest godzina 4.07. Idę do toalety. To strach. Chodzę po pokoju. Godzina urasta do 4.30. Decyduję się wrócić do łóżka i głowę zakryć kołdrą. Będę czekać na donosy porannych mediów.

Sztuka teatralna z wieloma niewiadomymi

Tańce tropikalne ITB Berlin 2015W nocy poprzedzającej Dzień Powszechnego Milczenia napadły mnie sny. Jeden z nich zostawił mi pomysł; z nudów zacząłem go rozwijać. Jest to sztuka teatralna o zawodach sportowych, dobra także jako gra dla dzieci. Wybór sztuka czy gra zależy od widzimisię i zasady, co kto lubi. .

Siedzę już od kilkunastu godzin i kombinuję, jak by ją ulepszyć. Żeby się skoncentrować, nałożyłem sobie kaganiec pozwalający mi zachować milczenie. Nałożyłem go dlatego, że wcześniej przyśnił mi się przepis kurcharski mówiący, że jeśli chcę być zdrowy i silny, to lepiej, abym zafundowal sobie milczenie, co nic nie kosztuje, choć alternatywa jest kosztowna. Nie jest to milczenie długofalowe, trwa tylko tyle, ile wymaga przepis, czyli recepta na szczęście. Ćwiczenie to, „łeb w kaganiec” inaczej mówiąc „morda w kubeł”, zafundowałem sobie także dlatego, że zapragnąłem doświadczyć jak czują się zwierzęta, reprezentujące – moim zdaniem – wyższą formę człowieczeństwa. Rano biegałem dla zdrowia i zamieniłem kilka słów z dwoma psami oraz z ich właścicielami. I jedni i drudzy okazali się bardzo przyzwoici. Moje doświadczenia z ludźmi nie zawsze są tak radosne.

Milczenie w oczekiwaniu na wynik zawodów w mojej sztuce teatralnej jest męczące. Bez mówienia życie intelektualne zamiera, zwiększa się natomiast napięcie wewnętrzne i oczekiwanie, w dodatku nie za bardzo wiadomo na co, jak mi powiedział pewien łysy mężczyzna, któremu łysienie zapewniło mądrość i dobrobyt. Napięcie to każdy osobnik może stopniować, dawkować jak lekarstwo, alkohol ewentualnie jak narkotyk, aż do granicy albo wybuchu nerwowego, albo uspokojenia, zależy, co kto sobie wybierze. W grze dzieci nie mogą uczestniczyć, gdyż mało z niej rozumieją, podobnie zresztą jak wiele osób dorosłych, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z warg innych ludzi, pełniących dla nich role opiekunów i przewodników, a może i większą, gdyż oferują także interpretację tego, co jest słuszne, a co niesłuszne, oraz kogo klepać po plecach, a kogo ganić.

Aby popchnąć moją sztukę do przodu wymyśliłem jej nazwę. Musiała być w liczbie mnogiej, ponieważ chodzi o grę zespołową. Byli już Krakowiacy i górale, Bracia Karamazow, On i ona i podobne tytuły, więc zostało mi niewiele. Zgodnie z zasadami dramaturgii Kiczkoka, wybitnego reżysera amerykańskiego, nadałem jej nazwę „Rzeźnicy i ich ofiary”.

W mojej grze planszowej, albo teatralnej, zależnie od tego, czy wolisz przestrzeń czy płaszczyznę, bierze udział grupa zawodników, którzy starają się jak najlepiej dobiec do celu. Tu leży wyższość mojej sztuki nad innymi: nie chodzi o to, aby jak najszybciej dobiec do celu, tylko jak najlepiej.

W grze każdy chce być rzeźnikiem, bo to jest to korzystny zawód, gdyż wiąże się z wywijaniem tasakiem i przywilejami. Rzeźnicy są super dobrze opłacani, a każdy lubi pieniądze może z wyjątkiem tych, którzy już je mają, więc nie muszą ich lubić. Czasem lepiej jest coś mieć niż lubić. Krótko mówiąc, rzeźnik to osoba wygrana, pozostali to przegrani.

Gra jest tym ciekawsza, że liczba rzeźników jest ściśle reglamentowana. Reglamentacja była konieczna; bez niej mielibyśmy nieobliczalną rzeszę ludzi uprzywilejowanych, dobrze wynagradzanych i z tasakami.

Oczywiste jest oczywiście i to, że nikt nie wie, kto i z jakim rezultatem dobiegnie do mety. Pozostają tylko spekulacje oraz prognozy pogody prorokujące wyższe lub niższe uczestnictwo w zawodach, głównie po stronie widzów, którzy losują wygrane. Daje to asumpt do spekulacji, zakładów bukmacherskich, przekleństw, kłótni z rodziną, nadziei lub smutku. Sam założyłem się z samym sobą, ale nie upieram się przy żadnym wyniku, gdyż jestem człowiekiem elastycznym i potrafię się pogodnie dostosować. Z rodziną się już nie zakładam, bo wiem, że mam czarne podniebienie.

Ktokolwiek by nie wygrał, będę mieć o czym pisać, co mnie cieszy bardziej niż osuszone cukierkiem łzy rozjątrzonego dzidziusia. Już teraz wyobrażając sobie, kto wygra pozycję rzeźnika z tasakiem i solidnym uposażeniem, a kto nie, zastanawiam się, jakie kluby sportowe powstaną, aby popychać sport do przodu i co z tego wyniknie.

Poza tym i tak jest wszystko jest w rękach Pana Boga, który wie najlepiej, kiedy ludziom należy się nagroda, a kiedy kopniak. To mnie bardzo pociesza w wymiarze praktycznym i filozoficznym.

Arytmetyka wyborcza. Prognoza koalicji rządzącej.

Triumwirat film media.press.tv

W drodze po chleb powszedni i codzienne mleko spotkałem sąsiada z osiedla, Iwana Iwanowicza Iwanczyna, Polaka z krwi i kości, choć międzynarodowego pochodzenia, osobnika dojrzałego, krzepkiego i uważnego politycznie. Przemówił do mnie. Zabrał głos, jakby był jakimś analitykiem politycznym i wyłożył mi swoje poglądy na przedwyborczą rzeczywistość. Zapisałem je i odtwarzam.

– Obserwuję uważnie scenę polityczna, obliczam głosy i kalkuluję. Wiem, kto będzie rządzić w Polsce po 25 października. Moje kalkulacje są oparte na analizie statystycznej oraz starannej ocenie programów partii politycznych i sile argumentacji jej przywódców.

– Kto będzie rządzić? – Przerwałem mu niecierpliwie, choć trochę niegrzecznie, chcąc jak najszybciej poznać prawdę.

Starzec nie dał się zbić z pantałyku i kontynuował.

– W skład koalicji rządzącej wejdzie PiS, Kukiz15 i Korwin-Mikke, w skrócie PKK. Zgodnie z perspektywicznym sondażem Millward Brown uzyskają oni odpowiednio 37%, 5,9% i 4,1% poparcia, czyli razem 47 %. To zapewni koalicji przewagę w Sejmie. Pozostałe partie wykluczam jako zbyt małe lub niezdolne z gruntu do rządzenia. Partii rządzącej grunt po prostu usunął się nagle spod nóg, co świadczy o jej nędzy i zagubieniu.

– Każda z trzech wymienionych partii koalicyjnych stanowić będzie jeden filar. Trzy filary zapewniają doskonałą równowagę, zwłaszcza jeśli rozumiemy ewangeliczne słowa „Omne trinum perfectum”, co znaczy „Każda trójca jest doskonałością”. Nie wierzę w każdą trójcę, ale w tę uwierzyłem. O jej przywódcach dużo pisano już wcześniej, zwłaszcza Dostojewski i Freud. Czytam właśnie księgę „Freud, życie na miarę epoki”, ponad 900 stron, i znajduję tam liczne odniesienia do panów Kaczyńskiego, Kukiza i Korwina-Mikke. Freud poddał ich psychoanalizie i wyciągnął niezwykle trafne i pozytywne wnioski. To mnie umocniło w przekonaniu, że i ja słusznie w nich wierzę.

– Skromnie powiem, ciągnął Iwan Iwanowicz, że udzielam poparcia tej koalicji. Mogę dodać, tym razem nieskromnie, że wierzę w jej zdolność przemiany Polski w lepszą, sprawniejszą, bogatszą, piękniejszą, uczciwszą i bardziej sprawiedliwą.

– PiS czyli Filar Nr 1. Nie muszę przedstawiać tej partii, bo jej siła i powaga są oczywiste. Reprezentują ją: dojrzała myśl Jarosława Kaczyńskiego, wyraziste usta Beaty Szydło oraz siwa głowa Antoniego Macierewicza. To rzeczowa kombinacja: dojrzałość, wyrazistość i jeszcze raz dojrzałość. Do tego dochodzi poparcie pana Andrzeja Dudy, prezydenta wszystkich obywateli, światłego przeciwnika partii nieudolnych, twarzą i sylwetką coraz wyraźniej wskazującego kierunek rozwoju kraju – ku obfitości jadła i osobistego spełnienia.

– Kukiz15 czyli Filar Nr 2. Liczba 15 nawiązuje – jak rozumiem – do wieku, w którym pan Kukiz osiągnął dojrzałość polityczną, którą potem doskonalił śpiewnie i muzycznie, aby rozwinąć pojemność płuc. Rozwój osobisty wykorzystał w trakcie ostatniej debaty telewizyjnej przywódców wszystkich partii politycznych przekrzykując głupią konkurencję, a nawet prowadzących debatę dziennikarzy, którzy nie wiedzieli, o co pytać. On to wiedział i wyraził. Dla mnie było to wspaniałe przeżycie.

Nie przerywałem sąsiadowi, gdyż mówił przekonywująco. Kontynuował.

– Teraz jego, czyli pana Kukiza, argumentacja. Trzeba zmienić wszystko, czyli ustrój, parlament, konstytucję, kraj i obywateli. Drogę do zmiany utorują JOW-y, które same w sobie zadecydują, że wybierani będą tylko ludzie uczciwi i mądrzy, potrafiący docenić także dobrą muzykę i śpiew, czyli kulturę osobistą i zbiorową, jakżeż potrzebną naszemu społeczeństwu. Zmiana konstytucji i wprowadzenie JOW-ów to sprawa prawie już załatwiona, ponieważ PKK będzie miało poparcie dwóch trzecich wszystkich posłów w Sejmie. Gdyby jej zabrakło, to dobiorą poparcie z PSL, partii elastycznej koalicyjnie, gotowej wnieść do rządu także plan obniżki kosztów utrzymania poprzez zwiększoną konsumpcję jabłek. Popieram ten pomysł, ponieważ jestem za godnym życiem obywateli, o którym wielokrotnie i przekonywująco mówiła pani Beata Szydło.

– Pan Kukiz stawia na pracę. Cytuję: „Córka pani Kopacz wyjedzie sobie do Kanady, a moje dzieci będą tyrać”. Pomysł ciężkiej pracy własnych dzieci świadczy o jego szlachetności, ale też i o niezwykłej przytomności umysłu i rozwadze, ponieważ NFZ nie wydoli ponieść kosztów leczenia pana Kukiza nadwerężającego dla dobra kraju nie tylko płuca, struny głosowe i umysł, ale i całe rozedrgane emocjonalnie ciało. Przetwarzanie ogromnej ilości jego niezwykle trafnych pomysłów musi odbić się na jego zdrowiu. Martwię się o niego i modlę się, aby i inni też się modlili o jego powodzenie i zdrowie, które służy nam wszystkim.

W tym momencie Iwan Iwanowicz przeżegnał się i zaraz kontynuował.

– Janusz Korwin-Mikke czyli Filar Nr 3. To niezwykły człowiek, prawdziwy atut, filar zdecydowany i jednoznaczny w opisie i zwalczaniu zjawisk niezdrowych dla kraju, niezłomny w poglądach i reprodukcji rozszerzonej, jakżeż potrzebnej naszemu społeczeństwu w obliczu zalewu terrorystami obcymi nam religijnie i ideologicznie. Osobiście szczególnie cenię pana Korwina–Mikkego za plan wysadzenia w powietrze Unii Europejskiej, postawienia w to miejsce wielkiego domu publicznego i zniesienia wszelkich podatków, aby i biedniejsi obywatele mieli środki na radość cielesno-duchową. Cenię go także za przyjaźń ze Związkiem Radzieckim reprezentowanym przez prezydenta, który skutecznie walczy z imperialistami amerykańskimi na Ukrainie, w Radzie Bezpieczeństwa i w Syrii. Mój rozmówca znowu przerwał, ale tylko na chwilę, aby podsumować swój wywód. – Nie będę mówić więcej o nowej koalicji, ponieważ wierzę, że wszyscy rozumni jak i mniej zamożni we własną myśl obywatele zgadzają się ze mną i nie zawahają się udzielić poparcia mojej koalicji przy urnach wyborczych. – Oby tylko nie sfałszowano wyborów. – Dodałem, aby też powiedzieć coś rozumnego.

Czytaj wiecej: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/arytmetyka_wyborcza_prognoza_koalicji_rzadzacej_338595.html

Nowiny wyborcze. Prognoza składu nowego rządu.

Botero, Malabarista_y_contorsionista_Fernando_BoteroW telewizji przemawiał premier Marcinkiewicz. Były, ale wiadomości miał aktualne.

– Głosujcie!- Zachęcił dostatecznie głośno i wyraźnie, aby poszły za nim miliony. Zrobił się tłok.

– PiS ma wielu zdolnych ludzi. – Potwierdził znane porzekadło. Nie uwierzyłem mu, ponieważ mrugał lewym okiem. Znaczyło to: Robię reklamę. Dorabiam na boku. Człowiek musi z czegoś żyć, kiedy go żona opuści.

Zastanowiłem się nad utalentowanymi ludźmi w PiS-ie. Faktycznie, jest ich niemało. To oni stworzą nowy rząd. Zapowiada się bardziej atrakcyjnie dla narodu niż pośmiertny raj dla ludzi Wschodu z dziewicami i zieloną trawą na pustyni.

• Premier – Beata Szydło, fundatorka słynnej restauracji Ewa i Przyjaciele. Ostre nazwisko z uśmiechem na twarzy. Pierwsza odkryła, że to Platforma Obywatelska stała za Macierewiczem, kiedy mówił o Tusku w NRD-owskim Stasi, a ludzie o Macierewiczu jako Ministrze Obrony Narodowej.

• Wicepremier – Jarosław Kaczyński, wybitny wynalazca, zwany polskim Edisonem. Jarosław Kaczyński wynalazł i opatentował: Prezydenta Wszystkich Polaków, Premiera Tymczasowego, Sterowanie Premierem z Tylnego Siodełka, hymn Ojczyznę Wolną Racz Nam Wrócić Panie, Stałą Przepustkę Nieobecności na Posiedzenia Rady Bezpieczeństwa, Tymczasową Skuteczną Kryjówkę, Prawdę o Kłamstwie Smoleńskim i Kłamstwo o Prawdzie Smoleńskiej, Podział Polaków na Prawdziwych i Nieprawdziwych Patriotów, Polskę w Ruinie, Polityczne Przemówienia z Ambony Częstochowskiej oraz dokonał cudu zamiany 7 Wspaniałych Porażek na 7 Wspaniałych Zwycięstw.

• Ministerstwo Edukacji – Beata Kępa, specjalista od spraw gender, kobieta nakręcana, potrafiąca odpowiedzieć na każde pytanie, nie odpowiadając na żadne.

• Ministerstwo Górnictwa – Piotr Duda, właściciel Hotelu Związkowego i psa z wymaganiami lorda, ceniony generator pogróżek pod adresem rządu nie takiego, jak trzeba.

• Ministerstwo Pomocy Społecznej – Janusz Wojciechowski, wynalazca (wspólnie z A. Dudą) Przenośnego Biura Pomocy Społecznej w Okresie Wyborów Prezydenckich.

• Ministerstwo Prawdy – Marcin Mastalerek, wybranek losu wyborczego porzucony w lesie przez Prezesa i podniesiony z kolan przez Panią Premier.

• Ministerstwo Sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro, twórca instytucji prawnej Przestępstwo Sprowokowane.

• Ministerstwo Szkolnictwa – Mariusz Błaszczak, rzecznik nauczania prawdy poprzez mechaniczne powtarzanie.

• Ministerstwo Uczciwości – Adam Hofman, znany z mocnej budowy anatomicznej, ekspert w zakresie tanich podróży do Madrytu.

• Ministerstwo Wiedzy i Wiary – Ksiądz Profesor Oko, stowarzyszony ideologicznie z Seksem i Kościołem.

• Ministerstwo Współpracy Obywatelskiej – Paweł Kukiz, znany muzyk, genialny twórca Wielkiego Gniewu Społecznego.

• Ministerstwo Współpracy z Kościołem – Andrzej Gowin, zwany Pobożnym Cierpiętnikiem, Ex z Platformy Obywatelskiej.

• Ministerstwo Wyżywienia Publicznego – Prof. Krystyna Pawłowicz, wynalazca Szybkich Posiłków oraz Tłustych Rąk i Okrzyków na Sali Sejmowej.

• Ministerstwo Zdrowia Psychicznego – Antoni Macierewicz, naukowiec ds. katastrof, przywódca polityczny o międzynarodowym dorobku historycznym.

Serdeczna rozmowa z samym sobą o przyszłości Polski

Whiskey ze-znienawidzonym-prawem-walczono-2564_lOd kilku tygodni nie wiem, o czym pisać. Uczucia targają mną po kątach, to w tę, to w tamtą stronę. Siatkarze wygrywając dziesięć kolejnych meczy (wszystkie oglądałem w bezpośredniej transmisji) i Robert Lewandowski strzelając seryjnie pięć bramek w ciągu prawie jednej minuty doprowadzili mnie do ekstazy, w której byłbym gotów ukochać wszystko, co polskie do końca mojego życia, gdyby nie Jarosław Kaczyński i jego druh serdeczny, Antoni Macierewicz. Po słynnym przemówieniu tego pierwszego w Sejmie na temat rządów szariatu w Szwecji i kościołów zamienianych przez muzułmanów w toalety we Włoszech oraz świeżutkim oskarżycielskim przemówieniu Prokuratora Generalnego Antoniego Macierewicza w USA, gotów byłem pójść do mego gabinetu, odgryźć kawał biurka, wypić wszystką wodę z kwiatów, objąć siebie samego serdecznie za szyję i dusić aż do zwycięskiego końca.

W ostatnich tygodniach wiele zmieniło się w Polsce. Pan prezydent rozwiódł się z połową narodu, a już z całą pewnością ze mną. Kiedy ogłosił publicznie, że otrzymał mandat całego narodu na reprezentowanie go w sprawach emerytalnych, referendalnych, kontaktów z rządem, głoszenia prawd ludzkich i bożych z ambony i przed amboną, w kraju i za granicą, zaprotestowałem głośno.

– Omylił się pan, Panie Prezydencie. Ode mnie pan go nie otrzymał! – Krzyknąłem tak przeraźliwie, że wywołałem grozę w samym sobie oraz w żonie, która zszokowana moim szokiem wybaczyła mi wszystkie grzechy przeszłe i część przyszłych, licząc, że to uratuje mnie przed zawałem serca.

– Nie będę ukrywać dłużej moich uczuć! – Postanowiłem i zacząłem ryczeć, wyć, tupać w miejscu, wpadając w końcu w spokojny spazm jak pani Beata Szydło, której we śnie odmówiono premierostwa, jak ksiądz Charemsa publicznie tulący w Watykanie swego homoseksualnego współmałżonka, któremu odmówiono błogosławieństwa oraz ksiądz profesor Oko, któremu (mimo szybkiego opowiadania życiorysów wszystkich męczenników cierpliwości) odmówiono szacunku dla jego wiedzy o homoseksualizmie w rurze wydechowej.

– Przestałem kochać prezydenta, PiS, homoseksualizm i księży promujących w telewizji miłość czystą oraz karcących miłość nieczystą! – Krzyczałem i krzyczałem, choć mnie to strasznie bolało, bo jednak PiS i pan Prezydent to przecież przewodnie siły narodu mające uczynić z Polski ósmy cud świata, a księża to apostołowie rozgrzaszenia siebie samych i wielkich polityków wobec Stwórcy, który patrzy i nie grzmi, choć powinien. Ostatnie dwa wyrazy proszę przyjąć z ostrożnością, gdyż nie jest w moim zwyczaju pouczanie Najwyższego o jego obowiązkach.

W sumie nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie nasi siatkarze i Robert Lewandowski, których wyczynami żyję i żyć będę w nastroju podniosłego oczekiwania lepszego jutra przed wyborami parlamentarnymi i po wyborach. Cokolwiek się nie zdarzy, pamiętajcie, pozostanę optymistą.

Nie wiem, po co napisałem to wszystko, gdyż chciałem tylko podzielić się z Wami, Drodzy Rodacy, moim nieustraszonym optymizmem w obliczu aktów okrucieństwa polityków, partii oraz księży danych nam wszystkim przez Opatrzność.

Jarosław K. Chiny patrzą z zawiścią na Polskę.

Jarosław K. został „Człowiekiem Roku 2015 i lat dalszych”. Wszyscy o tym piszą, wszyscy to czytają, oczywiście z wyjątkiem analfabetów, ale kto się nimi przejmuje. Wiadomość ta najbardziej zaskoczyła Chińczyków. Przestraszyli się.
Jarosław Kaczyński Człowiek Roku 2015 zdjecie PAP

– „Ponieważ Jarosław K. został wybrany Człowiekiem Roku 2015 i lat dalszych przez Forum Ekonomiczne, to Chiny pójdą teraz w odstawkę jako gigant gospodarczy. Za Chiny bym w to nie uwierzył, gdyby nie ogłosił tego redaktor Jacek K, naczelny tygodnika „W sieci”. A my jak głupi myśleliśmy, że rywalizujemy ze Stanami Zjednoczonymi!” – Miał podobno wykrzyknąć premier Chin zanim zemdlał i upadł na czerwony dywan.

Przeanalizowałem historię tej nominacji. Jest uzasadniona w 100 %, może nawet i 150 %. Jarosław K. to człowiek, który ma za sobą wiele wynalazków i uruchomił długi ciąg innowacji.

Polityka. To on wynalazł prezydenta Andrzeja D, który wynalazł Przewodniczącego Związków Zawodowych Piotra D, który z kolei wynalazł hotel w Kołobrzegu, gdzie za apartament kosztujący 1300 zł płaci się tylko 85 zł i nie ma umów śmieciowych, jest za to pies lubiący koszyczki z delikatesowym żarciem i spanie w łóżku z właścicielem. Jarosław K. wynalazł też panią Beatę S, która została premierem jeszcze przed wygraniem wyborów przez osobistą partię Jarosława K i wynalazła, że to ex-Premier Ewa K dzieli naród jeżdżąc pociągiem po kraju.

Gospodarka. Z chwilą wyświęcenia Prezydenta Elekta Andrzeja D na Prezydenta, ten w porozumieniu z Jarosławem K przekształcił Polskę z kraju nędzy i ubóstwa w kraj piękna i dobrobytu. Sytuacja ta poprawi się jeszcze, kiedy obniżony zostanie wiek emerytalny oraz dokończone zostanie 300 mieszkań, których Jarosław K z braku dokumentacji nie zdążył zbudować za wcześniejszej Rzeczpospolitej.

Sprawy społeczne. Jarosław K. wynalazł tanią metodę osobistego ukrywania się przed społeczeństwem przed referendami i wyborami parlamentarnymi. Metoda tę wykorzystał skutecznie do ukrycia Antoniego M przed ludźmi, którzy nachalnie nagabywali wybitnego eksperta w sprawach lotniczych o autografy.

Co najważniejsze, Jarosław K już kilka lat temu wynalazł klin, którym można skutecznie oddzielać w społeczeństwie patriotów nieautentycznych od patriotów autentycznych, złodziei od ludzi uczciwych, ludzi wierzących nie tak, jak trzeba od ludzi poprawnie i głęboko wierzących.

Wybór Człowieka Roku 2015 uważam za uzasadniony niezależnie do tego, co myślą sobie Chińczycy.

Powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna: Michael Tequila: "Sędzia od Świętego Jerzego" w sprzedaży ciągłej w ksiegarniach Matras i Dom Książki oraz wszystkich księgarniach internetowych.

Prezydent Duda ulubieńcem medialnym narodu

Prezydent Duda zaimponował mi wczoraj. Wygłosił mocne przemówienie w Szczecinie z okazji 35 rocznicy Porozumień Szczecińskich. Postanowiłem o tym napisać, ponieważ występ Pana Prezydenta autentycznie mnie poruszył.

Od wczoraj cenię go jeszcze bardziej niż poprzednio. Cieszę się, że jest także moim prezydentem. Mógł mi przecież odmówić.

Język wystąpienia Prezydenta był nie tylko wyrazisty, ale i poetycki. Mało kto umie tak przemawiać. Cytuję: „Spojrzałem na bramę stoczni i uśmiechnąłem się. Była tam zardzewiała kłódka, której już teraz nie ma”. Jeśli dobrze go zrozumiałem to powiedział jeszcze, że stocznia została zjedzona przez rdzę, ale już się odbudowuje.

Z występu Prezydenta w Szczecinie podobało mi się jeszcze to, że nie zaprosił Premier Kopacz. I słusznie, widziała już tę uroczystość niejeden raz. Była za to Premier Szydło. Też słusznie, ponieważ po raz pierwszy uczestniczyła w tej uroczystości. Musi być sprawiedliwie.

Poza wspomnianymi, w uroczystości uczestniczyło więcej dobrze urodzonych osób. Obecny był przede wszystkim Drugi Duda, brat Pierwszego Dudy czyli Przewodniczący Związków Zawodowych Solidarność, które od niedawna są właścicielem Solidarności, jej historii, logo a nawet byłego prezydenta Wałęsy. Poza tym byli księża, ołtarz i cywile. Sceneria obchodów doskonale integrowała państwowość z głęboką religijnością narodu.

Telewizja pokazała pełny przekrój wizualny Prezydenta, jego postawy: stojącą, siedzącą i na klęczkach. W ostatniej pozie ujęto go w dwóch wersjach: jak przyjmuje opłatek i jak modli się z pochyloną głową. Wspaniale jest widzieć rozmodlonego polityka wysokiego szczebla; dotychczasowi byli bezbożnikami albo okazali się zbyt wstydliwi, aby swoim zachowaniem zaświadczyć, że są także osobami wierzącymi.

Na pasku programu „Szkło kontaktowe” ktoś napisał „Andrzej I, Pobożny i Sprawiedliwy”. Podobało mi się to. Prawda zawsze się podoba.

Będę obserwować działania Pana Prezydenta. Cieszę się jego wystąpieniami w kraju i za granicą, gratuluję tego sobie. Potrafię być szczery aż do bólu. Może dlatego, że ból kojarzy mi się z rzeczywistością.

Ostpolitik Pana Prezydenta.

Wielki Gabinet Pałacowy. Prezydent sam na sam z doradcą politycznym ogarnia wzrokiem sytuację. Intensywnie myśli.

– Polityka to nie zabawa. Popatrzmy na jej elementy na szachownicy europejskiego teatru politycznego. Stoi przed nami nierozwiązany konflikt Ukraina – Rosja. Problem w tym, że obowiązuje formuła 3+1: Niemcy, Francja, Ukraina + Rosja. Rosja jest wielka, sięga poza horyzont. Dlatego stoimy w miejscu, od miesięcy nie widać postępów. Po naszej stronie jest za mały potencjał. Sytuacja jest patowa. Niedobrze.

Doradca słucha, Prezydent myśli. – Trzeba zwiększyć potencjał Zachodu. Same Niemcy i Francja nie dadzą rady. Ukraina wymaga więcej pomocy. Prezydent podejmuje decyzję: Proponuję formułę 4 + 1. Do gry musi wejść Polska.

– Co my sobą reprezentujemy? Jaki potencjał? – Pyta Doradca.

Prezydent patrzy na niego z politowaniem. – Kto zadaje takie pytania? Toż to każde dziecko wie. Zwycięstwa: Polacy na Kremlu (1610-1612), Nad bolszewikami (1920). Nowy Prezydent (2015).

Po rozjaśnieniu sprawy Prezydent przedstawia Formułę 4+1. Europa z uwagą pochyla się nad nią. Prezydent Ukrainy oświadcza: „Nie potrzebujemy więcej pomocy”. Niemcy i Ukraina prawdopodobnie potakują głowami. Nie widać tego wyraźnie, bo jedzą kolację.

– Idzie dobrze, nawet bardzo dobrze, ale będzie jeszcze lepiej. – Ocenia Prezydent. – Niektórzy źle mnie zrozumieli, w kraju i za granicą. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie muszę siebie komentować. Inni robią to za mnie, jedni lepiej, drudzy gorzej. W większości nietrafnie. Co oni wiedzą o wielkiej polityce?

– Co dalej, panie prezydencie?

– Za kilka dni będę rozmawiać z panią Kanclerz. Przekonam ją do zmiany myślenia, że bez naszego udziału nic nie załatwi z Rosjanami. Teraz, kiedy objąłem władzę, widzę to lepiej. Trzymając rękę na pulsie, czuję też lepiej. Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko.

– To ostatnie zdanie. Kto to powiedział, panie Prezydencie? – Pyta doradca.

– Kiedyś Mickiewicz, teraz ja. Prezydent wzruszył się. Znowu zacytował Mickiewicza:

Źle mnie w złych ludzi tłumie,
Płaczę, a oni szydzą;
Mówię, nikt nie rozumie;
Widzę, oni nie widzą!

Powieść Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego w ciągłej sprzedaży we wszystkich księgarniach internetowych oraz księgarniach stacjonarnych Matras i Dom Ksiązki.

Recenzje powieści (proszę wpisać, jeśli trzeba, „Michael Tequila” w wyszukiwarce na stronie księgarni):
Agnieszka Kolanowska www.nieterazwlasnieczytam.blogspot.com
Katarzyna Roszczenko www.zksiazkawdloni.pl
Maria Derejczyk www.czytelnia-mola-ksiazkowego.blogspot.com
Adrian Jaworek www.kolegaliterat.pl
Konrad Staszewski www.wiadomosci24.pl
Radosław Hućko: www.recenzjeoptymisty.blogspot.com

Prezydent analizuje swoje orędzie sejmowe. Jest zadowolony.

Następnego dnia, już w pałacowej ciszy i na państwowym wikcie, Prezydent zagłębił się. Najpierw w fotelu, potem w orędziu. Przeanalizował je słowo po słowie, od wielkiej litery powitania do kropki w ostatnim zdaniu. Liczył i podsumowywał.

– Statystycznie, w ciągu pierwszych pięciu minut podziękowałem 15 razy i witałem 8 razy. Poza tym 5 razy oświadczałem, złożyłem 4 deklaracje wiary i raz powiedziałem, że coś uczynię. Łącznie, 33 znaczące statystycznie wydarzenia.

– Najpierw podziękowałem sobie: „Drodzy Rodacy. Jestem niezwykle wzruszony. Dziękuję bardzo”. To był majstersztyk. Należało mi się to. W ogóle to dobrze, że dziękowałem dużo i często. To ludzi ujmuje. Dwa razy podziękowałem poprzednim prezydentom, aby naród zdał sobie sprawę, że sam jestem teraz w grupie prezydenckiej. Najlepszy, bo aktualnie u władzy! Jestem równy wśród równych. Nie! Równiejszy wśród równych. Orwell, „1984”. – Przypomniało mu się. – Nie! Nie! To był „Folwark zwierzęcy”.
– W sumie, było to dobre orędzie: żywy monolog z elementami ograniczonego, lecz rzeczowego dialogu. – Zdecydował. – Bez kartki, czyli z serca.
– Co dalej? Ile i co obiecałem? Zawsze trzeba coś obiecać, aby dojść do władzy, lub choćby w podzięce. Ludzie lubią upominki. Im kosztowniejsze, tym lepiej. Obiecałem niższy wiek emerytalny i wyższą dolną granicę dochodów wolnych od podatku. Zgrabna para. Niższy wiek, wyższa granica. Zasępił, ponieważ ktoś mu wcześniej doniósł, że i jedno i drugie może sporo kosztować. – Oczywiście nie nas, rządzących, tylko państwo. – Aha, to była ta kobieta o ostrym nazwisku. Przypomniał sobie rozmowę.

– Państwo! Mówi pani. A, to już poważna sprawa, bo to ja jestem jego głową!- Zaraz, zaraz! Ja w orędziu nie obiecywałem, że to załatwię, tylko że „opracuję i złożę projekty ustaw”. To zupełnie inna para kaloszy. The buck stops here. – Mruknął Prezydent po cichu dla przypomnienia sobie języka, którym będzie teraz często się posługiwać. Tu kończy się odpowiedzialność. Co się dalej stanie, to ja za to już nie odpowiadam, tylko parlament. Taki układ jest w porządku. – Podsumował Prezydent.
– Czy coś może poszło niedobrze w orędziu? Właściwe to nic, tylko może niepotrzebnie dziękowałem bezpośrednio zmarłemu Prezydentowi Kaczyńskiemu. Zmarłym się przecież nie dziękuje. To tak jakbym zszedł do krypty i z nim rozmawiał. Zupełnie jak w tym kawale o Leninie. O zmarłych tylko mówi się dobrze, zaocznie wyrażając im się wdzięczność w imieniu narodu za chwalebne czyny. Ale zaraz dziękować?!

Przypomniał sobie spóźniony komentarz doradcy. – Nie mógł mi tego powiedzieć wcześniej?. Mógł. Niedobrze. Muszę pomyśleć, czyby go nie wymienić na bardziej udany egzemplarz. Mniejsza z tym. – Machnął ręką. – To sprawa na później.

– Co jeszcze mogę powiedzieć sobie o orędziu? Aha, część dialogowa. Jak ona wypadła? Opozycja oczywiście siedziała w otępieniu, onieśmielona moją obecnością. Spodziewałem się tego. Co do naszych, to mogliby być bardziej serdeczni i spontaniczni w oklaskach i uśmiechach tak, jak to mamy w zwyczaju. Ale nie było źle. Pierwszy raz zaklaskali, a nawet wstali, jak tylko podziękowałem sobie. Czyli nie powinienem być rozczarowany. Ciekaw jestem, czy oni zrobili to spontanicznie, czy też ktoś im to podpowiedział?
Prezydent nie udzielił sobie odpowiedzi, gdyż pomyślał bardzo ciepło o wicepremierze partii rządzącej. – On jedyny okazał mi uczucie. Ciekaw jestem, czy zrobił to spontanicznie, czy też miał w tym jakiś cel? Chłopi to chytrusy. Niezależnie do tego, że kochają ziemie. To normalne, każdy przecież lubi kochanie.

– Proszę o jajeczko w majonezie i kufelek piwa. – Zwrócił się do przechodzącego kelnera. – Niech pan schowa ten drucik, tutaj nie podsłuchujemy. Kelner oddalił się.

– W tym kraju nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie będzie mnie podsłuchać albo podglądać. Prezydent nie przejął się tą myślą zbytnio. Pocieszył się, że ma władzę nad wojskiem. Pomyślał równocześnie o orderze, który otrzymał na wejściu. – To było fantastyczne. Już pierwszego dnia. Ludzie mnie cenią. Oby tak dalej.
Zagłębił się jeszcze bardziej w fotelu. – Nie jest źle. Pomyślał.

Był z siebie dumny. Dobrze wypadł statystycznie i w ogóle.
Prezydent Andrzej Duda na tle sztandarów.

Chodzę pijany ze szczęścia i przewiduję

Chodzę pijany ze szczęścia. Zarzuciłem sześciomedalowy szampan „Russkoje Igristoje”, w zamian poję się wiadomościami politycznymi: o dalszej promocji prezydenta przysłowiem „Dudy w miech”, przyszłej premier przysłowiem „Wylazło szydło z worka”, obecnej premier hasłem „PKP przyszłości” i o Jarosławie Kaczyńskim, niepromowanym, lecz promującym nienaganne maniery, ciemne garnitury, ciasne uśmiechy i deski do prasowania zamiast pleców. Ostatnio stał się bardziej pobożny, odmawia przemówień cywilnych koncentrując się na udzielaniu błogosławieństw z ambon kościelnych. Stojąc wysoko, wydaje się jeszcze wyższy. Jest dla wszystkich przykładem, jak rosnąć.

Rozmawiam z Iwanem Iwanowiczem Iwanczynem o przyszłości kraju.

– Będzie dobrze. – Entuzjazmuje się.

– A jak kościół namiesza wielką chochlą w kotle polityki i wszystko zmieni?

– To może być źle, ale i tak będzie lepiej, ponieważ naród oczekuje zmiany. Tak czy inaczej nic się nie zmieni z wyjątkiem sądów, emerytur, kontrolowanych zakupów i sprzedaży, rządu, prezesów, marszałków, konstytucji, JOWwów, składu Sejmu, podręczników szkolnych, eutanazji, euro oraz in vitro, które stanie się out vitro.

Teraz trochę prognoz. W październiku przewiduję dwa kondukty w Warszawie: jeden żałobny, drugi weselny, z pytaniami, która partia będzie szła w którym. Będą grane i śpiewane dwa wielkie dzieła muzyczne: żałobne Requiem Mozarta oraz marsz weselny Mendelssohna, obydwa w wykonaniu Pawła Kukiza i jego nowej orkiestry symfonicznej. Widzę już, jak między konduktami biega Zjednoczona Pomieszana Lewica, dumne PSL, świeże jak kwiat Niezależni.PL oraz Korwin-Mikke z pytaniami na spieczonych ustach: Ty do domu weselnego czy na stypę? Meteorolodzy zapowiadają burzliwą imprezę kulturalną połączoną z piorunami radosnych powitań i deszczami żałosnych pożegnań.

PS. Nie czekaj październikowej literatury wakacyjnej, bo może być za późno. Kup sobie lub w upominku powieść: Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Wielka treść wakacyjno-polityczno-kryminalna, cena 17 do 23 zł. Zasługujesz na to! Czytanie poprawi ci cerę, humor i zmniejszy zmarszczki pod oczami. Sam przeczytałem i czuję się dużo lepiej. Kup teraz, zanim poczta dostarczy ci drugą Grecję do spłacenia!

Obraz Polski, krótki, żywy i treściwy

Zwrócono się do mnie o namalowanie obrazu. Temat: „Czym żyje naród”, tytuł: „Polska”. Ma być krótki, żywy i treściwy. Koszt: bezpłatnie, czyli w czynie społecznym.

Obrazu nie malowałem, tylko napisałem. Wyleniałym, ale ostrym pędzlem. Obraz jest wielki jak „Rodzina królewska” (czy jak jej tam na imię) Francisco Goi w „Museo del Prado” w zubożałym Madrycie i przedstawia tysiąc postaci, bohaterów i antybohaterów, osób ważnych i przypadkowych. Wszyscy żyjący, choć niektórzy dogorywający/niedawno zmarli, kolejność głównie alfabetyczna.

Obraz jest w kolorze biało czerwonym, zwanym niekiedy polsko-polskim, w tonacji błękitno szarej, czyli nadziei i zwątpienia. Dodałem do niego szczyptę symboliki genialnego malarza hiszpańskiego (polskiego pochodzenia?), wspomnianego już Francisco de Goya y Lucientes, Obraz tańczących Franciso Goyakilka gwiazdek Unii Europejskiej oraz orły, rodzimy polski i dwa dobrosąsiedzkie, niemiecki i rosyjski, ptaki nieskończenie popularne w każdym czasie i wydaniu.

  • Andrzej Duda, Prezydent-Elekt, w krótkich spodenkach, wysyła telegram elektroniczny: Sprawa: BBN. Nie przyjeżdżam. Jestem na urlopie. Radźcie sobie sami. Żegnam.
  • Jarosław Kaczyński, IV RP, dobrze ubrany, wolno chodzący, choć wciąż rześki, nieco wyblakły, przyszły włodarz kraju, w ręku bat i cugle.
  • Ewa Kopacz, bieżący premier, III RP, wyrok skazujący, głaska psa w pociągu pędzącym na zgubę, ubożuchny worek obietnic, postać ambitna, symbol niepewnego jutra.
  • Michal Kamiński, doradca premierów, łysy i uśmiechnięty, dla niektórych zdrajca, dla innych bohater, Stańczyk, duże poczucie humoru, wysoka tolerancja zmian.
  • Bronisław Komorowski, honorowy Prezydent RP na Wygnaniu, spóźniony myśliwy bez strzelby, nieco zeszczuplony, rola niejasna.
  • Paweł Kukiz, pochodzenie tureckie, muzyk zwany Czarny Koniem, pędzi w nieznanym kierunku, bez wędzideł, w zębach symbol nadziei antysystemowej.
  • Jacek Kurski, niejasny model (prawdopodobnie polityczny), wazeliniarz, otwarte usta, kracze, łagodny uśmiech żałobnika.
  • Beata Szydło, aktywny przyszły premier, w autobusie, wychodzi z worka pełnego obietnic, koszt worka nieznany.
  • Donald Tusk, były włodarz, serdeczny, choć dawny przyjaciel przyszłego, ostatnio mniej widoczny, ratownik czarnych rozbitków, czerwonej Grecji i Euro.
  • Naród, bohater zbiorowy, nieco ogłupiały, radosno-smutny, pełen nadziei (nie wiadomo na co) i strachu (nie wiadomo przed czym).
  • Bohaterowie zagraniczni, nieliczni, malutkie postacie, przyczajone, lecz ważne, Angela Merkel, symbol rozwagi, Władimir Putin, siła imperialna na wygaszeniu gospodarczym, Barack Obama, symbol Bóg wie czego.
  • Poza tym ministrowie, biskupi, Ojciec Rydzyk, niezłomny samotnik, kobiety w beretach i bez nakryć głowy, Danusia Kępa, kwiat nadziei intelektualnej, komisje wyborcze, piwo i podpaski higieniczne w tysięcznych reklamach, redaktorzy TV i dziennikarze mielący słowa na papkę, ksiądz profesor Oko, mąż opatrznościowy Pobożności, emigranci aktualni i potencjalni, urlopowicze, bezrobocie i bezrobotni, przedsiębiorcy i siatkarze, Urząd Skarbowy, Referendum i referendum, na końcu ja, Michael Tequila, autor nadziei własnej i cudzej. 

Informacja o zmianie miejsca blogowania. Ważne!

Pragnę poinformować Wszystkich Czytelników, że zmieniam miejsce blogowania. Odkryłem w sobie ducha dziennikarstwa społecznego i udzielam się teraz na portalu www.wiadomosci24.pl pod tym samym imieniem „Michael Tequila”.

Poniżej przedstawiam link do ostatniego (dzisiejszego) artykułu.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/o_pragnieniu_zmiany_jako_sile_motorycznej_wyborow_prezydenckich_331303.html

Jeśli zechcecie Państwo mnie czytać i komentować, na co bardzo liczę, proszę zaglądać na www.wiadomosci24.pl wpisując w wyszukiwarce portalu (u góry po prawej stronie) „Michael Tequila”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

 

PS. Zachęcam również do przeczytania mojej powieści, która przedstawia literacką, bardziej dramatyczną opcję wydarzeń zbliżonych do wyborów prezydenckich 2015. Powieść jest dostępna w księgarniach w wersji drukowanej i elektronicznej (ebooka).

Poniżej zamieszczam linki do dwóch najnowszych recenzji:

http://www.kolegaliterat.pl/michael-tequilla-sedzia-od-swietego-jerzego/

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/recenzja_sedziego_od_swietego_jerzego_michaela_tequili_329971.html

O pięcioletnim szczęściu narodu

Naród podzielił się na dwie części jak nierówne połowy jabłka. Jedni głosowali na Andrzeja Dudę, drudzy na Bronisława Komorowskiego. Jeśli wierzyć wypowiedziom internautów, to obydwaj kłamali jak najęci i byli agresywni. Logicznie wynikałoby z tego, że ktokolwiek nie wygrał to kłamca i osoba gwałtowna.

Wygrał lepszy zgodnie z teorią Darwina. Współcześnie znaczy to głośniejszy i młodszy. To mnie uspokoiło, bo też wierzę w młodość, aczkolwiek głosowałem na starość. Ale to był błąd, który muszę jeszcze sobie wybaczyć.

Serdecznie gratuluję osobom z najbliższej rodziny, bliskim memu skołatanemu z wrażeń sercu. Postawili na lepszego konia, który tylko na początku był czarny. Teraz nobilitowany szlachectwem tytułu prezydenckiego jest biały. Akceptuję go w pełni jako głowę państwa i podobnie jak oni oczekuję zmian na lepsze, o jakich mówił obficie i szczerze obiecał. Ponieważ jest on osobą mającą szacunek dla stanowiska głowy państwa, wobec tego życzę mu, aby i o nim mówiono – kiedy już będzie odchodził – równie miłe słowa, jakie sam kierował pod adresem ustępującej głowy państwa.

Proszę o informowanie mnie o każdej zmianie na lepsze, abym nic nie przeoczył. Już cieszę się, że przyniosą one mnóstwo satysfakcji zwłaszcza tym osobom, które z największym przekonaniem popierały nowowybranego prezydenta.  

Podobnie jak Paweł Kukiz jestem tak bardzo pod wrażeniem głównej wygranej w totolotku prezydenckim, że również udaję się na kilkudniowy wypoczynek. Pan Kukiz będzie nabierać sił, aby stać się siłą polityczną w najbliższych wyborach parlamentarnych. Czekam na to z utęsknieniem, ale nie martwię się, bo znowu mogę się mylić. W myleniu się jestem ostatnio dobry.

W proroczej części moich snów widzę ambitny naród polski na szerokiej drodze zmian ku lepszemu. Serdecznie gratuluję wszystkim, którzy zostaną uszczęśliwieni. 

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Wybory prezydenckie w Polsce i w Moskwie

Polskie wybory prezydenckie są szeroko komentowane w Rosji. Znana jest rozpoznawalność kandydatów: Duda 2 %, Komorowski 5 %, Ogórek 20%, Korwin Mikke 90 %. Wszyscy mówią o polskiej polityce i politykach.

„Korwin Mikke to najbardziej znany w Rosji polski paralityk, kandydat do stanowiska prezydenta w Polsce”. – Powtarzają w dziennikach telewizyjnych komentatorzy moskiewscy. „Wygrał ostatnio drugą nagrodę w ogólnorosyjskim konkursie politycznym”.

Nagrody były następujące: Trzecia nagroda: „Wycieczka na dwa tygodnie na Syberię”. Druga nagroda: „Wycieczka na dwa tygodnie na Syberię bez możliwości powrotu”, pierwsza zaś to „Osobiste spotkanie z Towarzyszem Leninem”. Korwin Mikke o mało co nie zdobył pierwszej nagrody.

Drugą nagrodę wygrał podając trafną odpowiedź na pytanie konkursowe: Kto, gdzie, kiedy i ilu szkolił spadochroniarzy amerykańskich, mających wykonać desant na Kreml? Korwin Mikke odpowiedział: „Rząd polski, na Placu Defilad, 2014 rok, 15 tysięcy żołnierzy amerykańskich”.

W wywiadzie po rozmowie z Prezydentem Putinem zachował się bardzo skromnie. „Ujawniłem tylko prawdę historyczną. Za to mnie cenią w Rosji. Nazywają mnie tutaj Siwym Wilkiem, Drugim Dzierżyńskim, trochę tylko przekręcają moje nazwisko mówiąc Kurwin-Mikke, ale tak lepiej brzmi po rosyjsku i to mi się podoba. Amerykanie to zdrajcy, a Polacy im pomagają”. – Dodał wykrzywiając usta z niesmakiem. – „Ja to wszystko rozwalę, łącznie z Unią Europejską, jak tylko zostanę prezydentem”.

Jego wypowiedzi wywołały ogromny entuzjazm po obydwu stronach granicy. Rosjanie proponują nam pojednanie na zasadzie: Oddacie nam tylko jedną trzecią województwa mazowieckiego i połowę województwa warmińsko-mazurskiego.

Popularność kandydatki Ogórek wynika z dyskusji o zakazie importu do Rosji polskich warzyw i owoców. Ogórki, ziemniaki jabłka to trzy podstawowe produkty zdjęte z list importowych. W odróżnieniu od ziemniaków i jabłek, w Rosji kochają polskie ogórki. Przy okazji wspomina się tam, że Leszek Miller też bardzo je lubi.

Nigdy jeszcze nie byliśmy tak popularni politycznie w Rosji jak za sprawą Korwina Mikke, a w Polsce za sprawą Leszka Millera.

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 1.

Odkryłem Iwana Iwanowicza zanim on odkrył siebie. Nie odkryłem go w sensie dosłownym na przykład ściągając z niego kołdrę, co byłoby absurdem do kwadratu, lecz jako badacza, naukowca z powołania, pasjonata obserwacji i samoobserwacji.

– Widzisz pan. – Zaczął Iwan Iwanowicz, przyłączywszy się do mnie w drodze do sklepu, miejsca regularnych pielgrzymek wszystkich osób wierzących w konieczność jedzenia. – Depresja, ta straszna dolegliwość, która niszczy człowieka psychicznie zachowując go w stanie fizycznej nienaruszalności niczym mumię Ramzesa Któregoś z Kolei, jest wytworem jej właściciela. Rozumie pan? Nie istnieje ona obiektywnie, gdzieś w przestworzach, ale pojawia się na własne pańskie zaproszenie, kiedy uzna pan za stosowne je wysyłać.

– Zaprotestuję, szanowny Iwanie Iwanowiczu – odparłem z przekonaniem – zachowując głęboki szacunek dla pańskiego wieku i fantazji. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zaprasza depresji, aby w nim zamieszkała! – Okazałem stanowczość, która mnie samego zdumiała, w obronie medycyny i psychiatrii.

– Dobrze pan to ujął, drogi myślicielu, wytwórco fikcji literackiej! – Pochwalił mnie rozmówca, co przyjąłem ostrożnie jako zapowiedź burzy argumentów, jaką zamierzał zwalić na mnie za chwilę. – O zdrowych zmysłach! Otóż to! Kiedy osobnik jest niedojrzały, aby rozumieć i poprawnie reagować na bodźce zewnętrzne – czasem w sposób kulturalny, czasem prymitywny, jak dyktuje mu jego ograniczony umysł – daje wówczas sygnał depresji, aby do niego przyszła. Zilustruję to tak: kiedy trzeba negocjować, negocjujesz, a kiedy trzeba dać w pysk, to nie ociągasz się jak kunktator, tylko dajesz w pysk oponentowi, chorobie lub samemu sobie, w zależności od potrzeby.

W czym, szanowny Iwanie Iwanowiczu, wyraża się owo niezrównoważenie, które pan tak śmiało diagnozujesz, jeśli wolno zapytać? – Rzuciłem w kierunku rozmówcy mając świadomość, że uprzejme słowa w rodzaju „szanowny panie”, „jeśli wolno zapytać” są ukrytą formą agresji, której przeciwnikiem jesteśmy wszyscy od dziecka. Jedynym zwolennikiem otwartej agresji, o jakim ostatnio słyszałem, był tylko dowódca konwoju z armatami przenikającego chyłkiem na Ukrainę w pomocą, której mieszkańcy sobie nie życzyli. Nie wyjaśniałem tego niuansu towarzyszącemu mi początkującemu, żywotnemu jak żeńszeń, starcowi.

– Dobry przykład! Dobry jak cholera! – Zakrzyknął w zachwycie Iwan Iwanowicz wzywając niebo na świadka oczami wzniesionymi w górę.

– Niezrównoważenie wyraża się w nadmiernej wrażliwości na innych ludzi, chęci spełnienia wszystkich życzeń mamusi i tatusia, a potem ukochanej dziewczyny, żony lub partnerki, staromodnie zwanej konkubiną, a także w pedantyzmie i nadmiernej układności. Jak pan się domyśla, nie jest to dorobek dziecka, które za moich czasów zwano pacholęciem, tylko jego rodziców. Nie wyrabiają oni w nich cech, które przeciwdziałają depresji, wręcz przeciwnie umacniają, pielęgnując i hołubiąc w nim słabości, pobłażając mu i chwaląc go nadmiernie, zamiast dać mu w kość trzeźwą oceną jego postępowania i osiągnięć, aby go uodpornić na wyzwania życia. Dopiero, kiedy depresja wybuchnie w nim jak świąteczna petarda powalając nieszczęśnika na matę nieskończonego smutku, wtedy dopiero dostrzegają, po niewczasie, że wyrządzili mu niedźwiedzią przysługę.

– No dobrze, Iwanie Iwanowiczu. – Poczułem, że tracę grunt pod nogami, że zręcznym fechtunkiem bojowniczy starzec wybija mi z rąk argumenty, będące mi tarczą i włócznią. – Ale jak to jest możliwe? – Zakrzyknąłem prawie w rozpaczy.

Nie skończyliśmy dyskusji, gdyż nasze drogi rozeszły się nagle jak szyny wysadzone w powietrze przez rewolucjonistę; ja poszedłem za głosem powonienia w kierunku skupu z kiełbasą bez dodatków chemicznych, Iwan Iwanowicz popędził w kierunku piekarni naglony wyciem żołądka spragnionego bułeczki z białej mąki. Zdołaliśmy tylko ustalić, że dokończymy temat, śmieszny dla mojego rozmówcy, lecz jakżeż bolesny dla milionów osób depresyjnie ciemiężonych.

Sensacyjne doniesienie wyborcze

Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie! Jest to wiadomość świeża jak ciepłe bułeczki w piekarni, gdzie kupuje kiełbasę dla siebie, kisiel dla rodziny i kości dla psa. Jeśli chodzi i świeżość informacji, to piekarnia od wieków jest najpewniejszym źródłem. Piekarnie istniały już wtedy, kiedy nie znano jeszcze słowa gazeta.

Dokładniej mówiąc były to prawybory, a konkretnie w Chojnicach. Duda uzyskał przewagę nad prezydentem Komorowskim i wygrał. PiS natychmiast ogłosił święto narodowe, nie mógł go jednak od razu wprowadzić, ponieważ nie ma jeszcze ojczyny. Kiedy już ją wymodli, a może nawet wyperswaduje u pana Boga, to wtedy święto stanie się faktem. Dla osób zainteresowanych podaję pierwsze słowa inwokacji: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!.

Dla uczczenia zwycięstwa, pierwszego od dziesięciu lat, PiS wynajął największe pomieszczenie w kraju: Salę Kongresową. Tam odbędzie się intronizacja Andrzeja Dudy na prezydenta Chojnic. Nie wahał się długo. „W Warszawie powietrze jest niezdrowe, tłumy, ciasnota, wygrana obarczona jest wysokim ryzykiem. Tutaj koronę trzymam już w ręku. – Powiedział i machnął na zgodę ręką wolną od korony.

Pozostała sprawa dotychczasowego prezydenta Chojnic, który czuł się niezwykle mocno związany z miastem. Wywieziono go na taczce zgodnie z tradycją zmian warty prezydenckiej. Prawą rączkę trzymał Brudziński, lewą – Czarnecki, zdetronizowany prezydent siedział na taczce (nawet poduszki mu nie dali!) usiłując wyskoczyć z niej na zakrętach, kiedy się przechylała. Groziło to kompromitacją. Zapobiegł jej Jacek Kurski. Żgał przegranego ostrym kijem, drugą ręką pisząc petycję do prezesa PiS o przyjęcie w poczet członków.

Zaczynało się to mniej więcej tak: Szanowny Panie Prezesie. Pragnę ponownie zostać członkiem PiS, na początku nawet bardziej niż zwyczajnym. Nie mogę już dłużej żyć bez poczucia Pańskiej siły moralnej za plecami. Obiecuję nie stawiać żądań o podwyżkę. Błagam o przyjęcie. Szczerze panu oddany Jacek K. Dalej był dopisek. P.S. Wazelinę kupiłem w najlepszym gatunku.

W związku z wygraną Andrzeja Dudy i objęciem stanowiska prezydenta Chojnic, majowe wybory prezydenckie zostały anulowane przez PiS na podstawie doniesienia do Prokuratury i zaskarżenie do Trybunału Stanu. Antoni Macierewicz wygłosił przemówienie okolicznościowe na temat terroryzmu w transporcie lotniczym. Wszyscy płakali, z moim wyjątkiem. Po prostu zabrało mi łez.

P.S. Moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” ukazała się już także w formie ebooka w księgarniach  www.ebookpoint.pl i www.woblink.pl, i stopniowo będzie udostępnana także przez inne księgarnie internetowe.

Gdzie ja jestem?

Szukam odpowiedzi na trudne pytania. Nie wiem, gdzie jestem. Mam ciągle omamy. Rozglądam się wokół, ludzie chodzą wolni i radośni jak wiosenne słońce po łące, a w Warszawie mrok i smutek.

Niestety proszę Państwa, byłem w błędzie. Nie jesteśmy wolni. Tak mnie dzisiaj poinformowali moi najulubieńsi aktorzy: Kaczyński, Czarnecki, Mastalerek, Błaszczak. Jak mam im nie wierzyć, kiedy nawet Jan Pietrzak z rękami związanymi sznurem śpiewa tęsknie o wolności. Skleił sobie na stałe dwa palce na kształt litery V, aby pokazać, że jego wiara w wolność jest niezwyciężona.

Niewola, w której żyje trzydzieści procent naszego społeczeństwa, skłania mnie do refleksji głębokiej jak dół. Nie potrafię cieszyć się w samotności, kiedy inni cierpią. Od dzisiaj modlę się, aby i im pan Bóg dał wolność. Nie wiem, dlaczego dotychczas im nie dał. To niesprawiedliwe. Najgorsze, że prawdopodobnie On o tym nie wie, że ludzie u nas tysiącami żyją w niewoli. Nie rozumiem tego.

Jedynym pocieszycielem w ciężkich czasach jest pan Antoni Macierewicz, pirotechnik. Podobnie jak ja strasznie lubi fajerwerki, iluminacje, nocne oświetlenia, głosy płynące z góry, detonacje. Samolot, na którym eksperymentuje wciąż wybucha. To może być niebezpieczne. Martwię się o niego. Sam dym z takiej ilości wybuchów może być niebezpieczny. Pan Antoni może poważnie się zatruć.

On jest nadzwyczajny. Gromadzi wciąż naukowców, a ci cierpliwie wyjaśniają teorie kolejnych wybuchów. Samo liczenie tych wybuchów i teorii wymaga ogromnego wysiłku. Naukowców pana Macierewicza są na szczęście miliony. Kiedy wchodzą czwórkami za stół konferencyjny, aż ziemia drży. Lubię te momenty. Wzruszenie i radość ściskają mi gardło. Zwłaszcza wtedy, kiedy razem z panem Macierewiczem posiedzeniu przewodniczy pani Paranoja.

Paranoja nadrzewna

Właśnie usłyszałem w telewizji Adama Bielana. – Oni tu już idą! – Zawołał strasznym głosem.

– Kto? – Krzyknąłem.

– Oni! Aresztanci! Kułacy! Złodzieje! Oficerowie śledczy! Hodowcy królików! Uciekajcie! – Krzyknął ostrzegawczo.

Szczerze powiem: zapłakałem z rozpaczy. Znowu okupanci!

Linki do najnowszych recenzji powieści Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego:

09 04 2015 Autorka recenzji: Agnieszka Kolanowska, http://nieterazwlasnieczytam.blogspot.com

10 04 2015 Autorka recenzji: Katarzyna Roszczenko, http://www.zksiazkawdloni.pl

Balkonowy obchód świąteczny

Jest to opowiadanie abstrakcyjne. Jeśli je czytasz, to na własną odpowiedzialność.

Wyszedłem na obchód świąteczny razem z Kurczakiem, zrodzonym w nocy ze święconego jajka wielkanocnego ożywionego oparami kieliszka półwytrawnego szampana Henkell, idealnej kombinacji ceny i jakości.

Udaliśmy się na balkon w temperaturę skromnego mrozu, jak na kwiecień przystało. Wyświetlała się godzina 5.30. Domyśliliśmy się, że rano, nie wieczorem. Logika, która pojawiła się chwilę później, wyjaśniła, że wieczorem byłaby godzina 17.30. Przyjęliśmy to do wiadomości, a zarazem odrzuciliśmy, ponieważ o czasie wieczornym mówi się i tak, i tak. Na poparcie tej tezy przytaczam słowa znanego mi osobiście trzyletniego Adasia, który na pytanie: Czy ten samochód z lampą na dachu jedzie czy nie jedzie? Odpowiedział: Może tak, może nie.

Pejzaż przełomu nocy i dnia był bajeczny. Był jedyną prawdą, reszta świata nie liczyła się. W nocy spadł śnieg. Drzewa, domy w oddali, nawet księżyc były ośnieżone w zachwycający sposób. Obydwaj wiedzieliśmy, że za godzinę, dwie lub sześć fantastyczny zimowy pejzaż zniknie bezpowrotnie. Oczywiście, kurczaki i ludzie znikają dłużej, ale jakie to ma znaczenie wobec wieczności, której nikt nie potrafi zdefiniować, a już z pewnością wyobrazić sobie.

W chwili filozoficznej zadumy nad pejzażem rodem z ośnieżonej Szwajcarii, równie drogim i rewelacyjnym jak najnowszy szwajcarski zegarek (który oprócz ciśnienia krwi pokazuje ilość kroków, które przeszedłeś w ciągu dnia oraz ilość spalonych kalorii) zdaliśmy sobie sprawę z abstrakcyjności życia, jego nietrwałości i przemijania. Nie było to nam potrzebne, lecz stało się, jak wiele innych spraw życiowych.

– Czy wiesz, dlaczego przychodzą mi do głowy takie myśli? – Zapytałem Kurczaka, który w międzyczasie opierzył się, nabrał puszystego, żółtego koloru i wyostrzył dziób na śniadanie. Nie wiedział. Nie miałem mu jednak za złe prostackiej ignorancji (szalejącej powszechnie), wyrażającej się nieznajomością odpowiedzi na proste pytania.

– Tak naprawdę to odpowiedź nie jest mi potrzebna. – Wyjaśniłem nie czekając na Kurczaka, ponieważ nie odczuwam głodu po uczcie światecznej połączonej z debatą polityczną w gronie poszerzonej rodziny.

Wspólnie z towarzyszem balkonowym, który urósł już do rangi dużego Kurczaka, ustaliliśmy bez wysiłku listę pytań bez odpowiedzi:

– Dlaczego ludzie otyli jedzą nieprzerwanie, choć nie są głodni? To było pytanie wynikające z oburzenia wulgarnością otyłości. – Popatrz rozebrany w lustro, a zgodzisz się ze mną łatwo. – Zaproponowałem Kurczakowi mając na myśli wszystkie myślące i wrażliwe istoty.

– Dlaczego Rosjanie potrzebują imperium, kiedy już je mają w postaci niezmierzonego terytorium z niezmierzonymi bogactwami mineralnymi oraz milionami ludzi umierających z przepicia?

Kurczak uzupełnił mój wywód ilustracją: To tak, jakbym potrzebował drugi, trzeci i czwarty rowerek, kiedy już mam jeden zgrabny i sprawny.

– Chciwość jest chorobą toczącą nasze społeczeństwo. Chciwość władzy skłania polityków do kłamstwa, wielki kraj do grożenia innym bronią jądrową, sytych do dalszego obżerania się, miliarderów do zabiegania o dalsze bogactwa, ignorantów do pogardzania faktami i odrzucania rozumu na rzecz chimerycznych wyobrażeń i pokrętnych uczuć.

– Chłopie – poufale ostrzegł mnie Kurczak – popadasz w zły nastrój.

– Co mi pozostaje? – Zapytałem bezwstydnie, w sposób bliski wyuzdania intelektualnego.

– Wrócić do stołu, znowu jeść ponad miarę, rozmawiać o niczym albo kłócić się, czy nadzór finansowy nad „Skokami” jest potrzeby czy nie, zapomnieć o spacerze i w ogóle robić rzeczy, które psu na budę się zdały.

Z tego wszystkiego uznaliśmy, że jedyną udaną konstrukcją w otaczającym nas życiu jest buda dla psa, drugą zaś prawdopodobnie groteska, skutecznie objaśniająca świat niewytłumaczalny. Na pocieszenie objęliśmy się z Kurczakiem serdecznie jak gryzące się partie polityczne (w kraju głęboko katolickim) w geście „teraz przekażcie sobie znak pokoju”, po czym Kurczak w akcie pojednania rzucił się na ruszt w celu podrumienienia się.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego, ISBN 978-83-7942-566-2. Powieść jest w sprzedaży także w księgarniach stacjonarnych Matras. W ciągu najbliższych dni ukaże się w formie ebooka.