Cz 148 Pierwsza wyprawa Josefa

Poza bramę Laboratorium Josef wyszedł o świcie. Wyprawa okryta była ścisłą tajemnicą. Z wyjątkiem zarządu, Daniela – osobistego opiekuna Josefa, oraz ludzi z Działu Bezpieczeństwa nie wiedział o niej nikt. Teren wybrano bardzo starannie. Była to rzadko uczęszczana droga długości jednego kilometra, ciągnąca się wzdłuż siatki otaczającej posiadłość Laboratorium. Rozjeżdżona na całej długości przez samochody i ciągniki biegła w zagłębieniu terenu. Po jej drugiej stronie rozciągał się las, niezbyt gęsty, porośnięty przeważnie brzozami; czasami pojawiali się tam ludzie wyprowadzający psy na spacer.

Josef poruszał się po drodze w obydwie strony, ćwicząc kolejno step, kłus, galop i cwał, przyśpieszając i zwalniając. Widać było, że sprawiało mu to przyjemność, że bardzo potrzebował ruchu. Cieszyły go także nowe widoki, las i większa przestrzeń niż na terenie Laboratorium. Z psami oswajał się tak długo, aż wytworzył się w nich odruch traktowania Josefa jako członka stada. Instynktownie były gotowe bronić go przed zagrożeniem nawet bez wezwania ze strony Daniela, który był także ich treserem i opiekunem. Cała paczka. Josef, psy i Daniel zachowywali się jak zgrany oddział wojskowy, w którym każdy zna swoją rolę na pamięć i bez wahania podejmuje każde wyzwanie.

Od strony Laboratorium nic Josefowi nie groziło. Prawdziwe zagrożenie stanowił tylko las. Był on ogólnie dostępny. Wiosną, latem i jesienią mógł tam się zjawić każdy, kto miał potrzebę wyjść na spacer z psem lub samotnie. Zespół Bezpieczeństwa umieścił w nim swoich ludzi; zamaskowali się w krzakach lub ukryli na drzewach, stanowiących punkty obserwacyjne. Wszyscy byli uzbrojeni w broń krótką lub pistolety maszynowe, poza tym w paralizatory, krótkofalówki, niektórzy mieli także pałki policyjne. Ubrani byli po cywilnemu podobnie jak ludzie wyprowadzający psy na spacer, zwykli spacerowicze lub przypadkowi turyści.

Na bocznej drodze pojawiły się dwie młode kobiety z wózkami dziecięcymi, osłoniętymi woalką, jakby przed komarami lub nadmiernym słońcem; miały w nich ukrytą broń, podręczne apteczki i wodę. Wózki wyposażono w nagrania głosów gaworzącego jak i płaczącego dziecka, uruchamiane przyciskiem umieszczonym w rączce wózka. Głośny płacz dziecka oznaczał pojawienie się zagrożenia i wezwanie o pomoc.

Na obydwu krańcach drogi rozstawiono jeźdźców na koniach, pozorujących miłośników porannej przejażdżki. Jeden z mężczyzn siedział na klaczy, drugi na wałachu. Mieli oni podwójną rolę do odegrania; zapewnienie Josefowi bezpieczeństwa oraz umożliwienie mu poznania nieznanych koni. Był to ważny eksperyment: stopniowe oswajanie ze sobą Josefa, koni i ludzi.

Wieczorem, już po zakończonej wyprawie, odbyło się spotkanie z udziałem ochroniarzy, Daniela oraz Josefa w celu wymiany doświadczeń. Mogli w niej uczestniczyć także inni pracownicy Laboratorium. Pierwszy dzień wolności Josefa uznano za sukces; nie nastąpiło nic, co zagroziłoby jego bezpieczeństwu, zdrowiu lub dobremu samopoczuciu.

Najwięcej do powiedzenia mieli ochroniarze. W ich imieniu wystąpił szef ochrony.

– Były takie chwile, kiedy baliśmy się, że nie sprostamy roli zapewnienia Josefowi bezpieczeństwa. W pewnym momencie Josef zboczył w las i przyśpieszył. Towarzyszyliśmy mu biegiem, z najwyższym trudem, bo byliśmy uzbrojeni i wyposażeni w sprzęt, który nie tylko ważył, ale utrudniał poruszanie się. Josef przemieszczał się tak szybko, że traciliśmy go z oczu. Wołałem za nim, aby zwolnił, ale nie posłuchał. Nie wiem dlaczego. Może bycie w ruchu, bieg przez las dawały mu tyle przyjemności, oszałamiały go, że zapominał o nas i o swoim bezpieczeństwie. – To była rozpaczliwa sytuacja. W oczach robiło mi się ciemno z wysiłku. Pomyślałem wtedy, że muszę go chronić przed nim samym, bo może narazić siebie na niebezpieczeństwo z niewiedzy, braku doświadczenia lub głupoty. – Z nieuwagi. – Poprawił się ochroniarz.

– Josefie, co ty o tym sądzisz? – Daniel był ciekawy odpowiedzi pupila.

Josef nie skomentował wydarzenia. Wszyscy patrzyli na niego; pozostał zatopiony w myślach lub ich nie rozumiał. Laboranci zaczynali zdawać sobie sprawę ze złożonej osobowości Josefa, jego odmiennej podświadomości i nieokreśloności jego niektórych zachowań. Wniosek nasunął się sam: muszą inaczej się zorganizować. Zamiast nieprzerwanie towarzyszyć Josefowi, powinni przekazywać go sobie nawzajem, sprawnie komunikując się między sobą. Innym rozwiązaniem było wykorzystanie dronów do prowadzenia ciągłej obserwacji. Było oczywiste, że muszą poprawić skuteczność ochrony Josefa.

Nocne refleksje Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz otulony jeszcze mroźną mgłą wczesnoranną podzielił się ze mną swoimi nocnymi przeżyciami.

– Nocą poruszam się po mieszkaniu w sposób zdumiewający mnie samego, cicho i bezszelestnie. Kot przy mnie to słoń w składzie porcelany. Zachowuję się tak, ponieważ mieszkańcy domu są diabolicznie wyczuleni na wszelkie szmery i mikroskopijne stuknięcia. Myślę czasem, że szemranie wiosennej rosy spływającej z kwiatu niezapominajki mogłoby ich obudzić. Albo też mysz pogryzająca w milczeniu kawałek sera szwajcarskiego, który sam lubię, ale tylko w wersji sera koziego. Czy wiesz, drogi przyjacielu, że ser kozi jest nadzwyczajny smakowo i wartościowy pod względem składników. Kupowany przeze mnie ser pochodzi prosto z Francji, tego cudownego kraju nadzwyczajnych stoków śnieżnych i perwersyjnych zboczeńców, i jest bez konserwantów, różnych podpuszczek i podobnej zarazy.

Iwan Iwanowicz kontynuowałby prezentację dobrodziejstw sera i piękna Francji, gdybym nie zawrócił go z drogi niekończących się dywagacji przypomnieniem, o czym rozmawiamy.

– Przygotowując sobie nocny napój, kawę parzoną, herbatę zwykłą czy ziołową, czy choćby najprostszy napój wody cytryną, żongluję garnkiem do gotowania wody, słoiczkiem z używką oraz kubkiem równie cicho i sprawnie jak ten nieszczęśnik z opowieści buddyjskiej, który idąc ruchliwą ulicą niósł miseczkę wypełnioną po brzegi oliwą. Gdyby uronił choćby jedną kroplę, idący obok mężczyzna z mieczem natychmiast ściąłby mu głowę. I to podobno dla wyrobienia w człowieku koncentracji. – Iwan Iwanowicz zasmucił się, po czym odświeżony nową myślą zakończył.

– Ja bym ten marsz z miseczką oliwy i mieczem poruszającym się obok zaordynował tym … Zrozumiałem go, że w długim ciągu złorzeczeń i – co tu ukrywać – przekleństw chodziło mu o partię rządzącą, której delikatność postępowania z obywatelami i krajem porównywał do małpy bonobo w drucianych okularach.

Na moje zdumione spojrzenie Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że bonobo to szympans karłowaty, łacińska nazwa „pan paniscus”, gatunek małpy człekokształtnej z rodziny człowiekowatych (hominidae), bliski nam ludziom swoją serdecznością i podobieństwem zachowań.

– Co do wody z cytryną – Iwan Iwanowicz wrócił do wątku pitnego – to jest to podobno prawdziwy nektar niebiański doprowadzający do rozkoszy wątrobę. Jest on równie złożony w działaniu jak kombinacja lotu nietoperza, słuchu muzyka wyczulonego na najmniejszy fałsz świata dźwięków oraz – śmiem twierdzić – puchu unoszącego się bezszmerowo w przestrzeni.

Byłem tak wdzięczny memu przyjacielowi za podzielenie się ze mną swoimi świeżymi przeżyciami nocnymi (zawsze to człowiek nauczy się czegoś nowego), że opowiedziałem mu w skrócie swój sen o tym, jak dosypywałem sobie do kawy jadu kiełbasianego, aby ją wzmocnić. 

– Mocna kawa jest moja słabością. – Zakończyłem aforycznie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 146: Dyskusja na temat przyszłości Josefa

Rano laboranci zaczęli gromadzić się w wielkiej sali konferencyjnej na codzienną dyskusję. Nina była niespokojna, przypominały jej się nocne chimery i dziwadła. Zanim wszyscy się zebrali, opowiedziała swój sen. Pozostało w niej przekonanie, że nie ma co spekulować na temat przyszłości Josefa, ponieważ rzeczywistość może okazać się zupełnie inna niż ta, jak ją sobie wyobrażają laboranci.

Inni też mieli swoje przemyślenia. Pierwsza zabrała głos filozofka Sofia.

– Nie sądzę, że Josef musi mieć trudne życie, ponieważ wygląda inaczej niż my wszyscy, że będzie traktowany niechętnie czy nawet wrogo jak przybysz z obcej planety. Jest żywą istotą o cechach konia i człowieka, a ludzie są przecież przyzwyczajeni do wyglądu jednego i drugiego osobnika. U Josefa tylko konfiguracja ciała jest odmienna. W sensie filozoficznym nie jest to ani człowiek, ani koń, a równocześnie jest to i człowiek, i koń. Ta podwójność ma pewien nieokreślony diaboliczny wymiar, ale nie musi to być przekleństwo losu.

Ninie zapadło w pamięć jej podsumowanie. Zaczęła zastanawiać się, jak będą Josefa widzieć i opisywać zwykli ludzie, kiedy go zobaczą, a w szczególności, kiedy go bliżej poznają. Opinii było tyle, ile osób na sali. Wydawało się, że dalsze roztrząsanie przyszłości Josefa niewiele wniesie. Sofia zaproponowała opracowanie listy zagrożeń, jakie może napotkać Josef jako osobnik gatunku odmiennego od wszystkich znanych organizmów. Nikt nie wiedział, jak otoczenie potraktuje konioczłowieka na wolności, poza terenem Laboratorium.

– Nie wiemy nawet, jak zareagują na niego konie, czy rozpoznają w nim pobratymca, czy dostrzegą jakąś formę powinowactwa. Koniarze najbardziej niepokoili się o reakcję koni, którym przypisywali pozytywne cechy, które jednak również potrafiły być narowiste i niezrozumiałe.

Obserwacje i sugestie notowano na tablicy. Na pierwszym miejscu znalazło się zabójstwo. Paradoksalnie, obawę o zabójstwo Josefa łączono z kościołem, ponieważ w sposób bezkompromisowy uznawał prymat Boga jako twórcy wszelkiego życia. Laboranci nie mieli wątpliwości, że Kościół Hierarchiczny, a w ślad za nimi wierni, uznają konioczłowieka za twór szatana. Byli też przekonani, że rozmowy na ten temat z przedstawicielami kościoła nic nie dadzą.

– To instytucja zapiekła w doktrynalnym uporze. Oni jeszcze nie całkiem uwierzyli w ewolucję. Kościół będzie pierwszym wrogiem konioczłowieka, a ponieważ to my go stworzyliśmy, staniemy się również jego największym wrogiem. – W wypowiedzi byłego księdza, zwanego Klechą, pozbawionego przez kościół uprawnień kapłańskich z powodu zbyt liberalnych poglądów, brzmiała gorycz. W kuluarach Laboratorium szeptano, że Kościół miał z nim na pieńku, ponieważ Klecha opowiadał się za wyświęcaniem kobiet na księży, zniesieniem celibatu i przyznaniem homoseksualistom praw do zawierania związku małżeńskiego.

Laboranci poczuli się bezsilni. Nikt nie miał pojęcia, jak rozwiązać dylemat przyszłości Josefa budzący tyle niepokoju. Myśl, jaka kołatała im w głowach, to powolne przebijanie się przez mur uprzedzeń i wątpliwości gatunkowych i rasowych, aby zbudować pozytywny wizerunek konioczłowieka w społeczeństwie. Był to pomysł zbyt powolny w realizacji, aby na niego liczyć. Potrzebna była inna, zupełnie nowa i nietypowa strategia. Nikt nie miał pojęcia, jak mogłaby ona wyglądać.

Na drugim miejscu zagrożeń pojawiło się porwanie Josefa w celu poznania jego genomu i drogi powstawania nowego gatunku z wykorzystaniem inżynierii genetycznej.

Trzecim zagrożeniem była śmierć z dowolnej innej przyczyny. Najbardziej obawiano się najzwyklejszych zdarzeń; choroby, zatrucia, nieszczęśliwego upadku z małej lub z dużej wysokości, wypadku drogowego, pogryzienia przez dzikie zwierzęta lub wygłodniałe psy, zasłabnięcia i zaśnięcia na mrozie, utopienia się, czy porażenia piorunem. Były to zdarzenia zagrażające zdrowiu i życiu każdej istoty w najmniej oczekiwanych okolicznościach i Josef nie mógł być wyjątkiem.

Od czegoś trzeba było zacząć. Wybrano ankietę z pytaniami tworzącymi pełny scenariusz zdarzeń i ewentualności. Pytania zaczynały się od „Co …”, „Gdyby …”, „Jeśli …”, „Jak …”. Były też i takie, które brzmiały dziwacznie i niedojrzale, dopóki ktoś nie zastanowił się nad nimi głębiej i nie podjął próby znalezienia rozsądnej odpowiedzi.

– A co będzie, jeśli Josef wejdzie do rzeki lub do jeziora, aby zażyć kąpieli, i zacznie się topić, lub nie daj Boże utopi się. Co wtedy? Z każdego pytania wypływały dalsze. Pytając, zastanawiając się i odpowiadając, poruszając się powoli do celu jak po nitce do kłębka, Laboranci rozumieli coraz lepiej, na jak liczne ewentualności w życiu Josefa muszą być przygotowani. Niezależnie od spraw oczywistych, genetycy i chirurdzy nie byli pewni, czy w trakcie życia Josefa – myśląc o nim wzdychali życząc mu, aby żył długo i szczęśliwie – nie wyjdzie na jaw jakaś wada organiczna, defekt lub nieoczekiwana ułomność, o których mogli powiedzieć z pewnością tylko to, że mogły być cholernie skomplikowane.

Po przedyskutowaniu zagrożeń stało się jasne, że musi powstać bank zastępczych organów wewnętrznych. Sporządzono listę, zaczynając od tych najbardziej oczywistych i niezbędnych, jak serce, płuca, wątroba czy żołądek, dających się łatwo przeszczepić, ale także krwi, tkanek, substancji kostnej, skóry, wymagających więcej zabiegu i manipulacji. Gromadzenie po jednym egzemplarzu każdego organu byłoby beznadziejnym minimum; potrzeba było co najmniej kilka egzemplarzy i odmian każdego organu, aby uwzględnić możliwość odrzutu, przypadkowego zniszczenia, uszkodzenia czy nawet kradzieży. Przytłoczeni ogromem wyzwań laboranci zdali sobie sprawę, że stworzenie konioczłowieka było jedynie wygraną bitwą; teraz musieli przygotować się do wojny o jego przetrwanie i rozwój.

Późnosobotnie aforyzmy i powiedzenia

Ogarnęła mnie taka czułość do zimnej nocy, że postanowiłem urozmaić jej chłód czterema najnowszymi aforyzmami:

Umrę. Wszyscy umrzemy. To w skali światowej najkrótszy, najbardziej wyświechtany banał.

Motto najnowszej wersji Pisma Świętego (2018): Z klęczek powstałeś, w proch się obrócisz.

Tabletka na potencję to doraźna, upiększająca kępka włosów na łysiejącej głowie testosteronu.

Orzeł polityczny może wznieść się wysoko także na skrzydłach kłamstwa. Kwestią jest, jak wyląduje.

Stary człowiek i morze (Ernest Hemingway). Stary człowiek i może (medycyna współczesna).

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 145: Przemiana Anabaptysty


Pomnik na Placu Świętej Anny w Madrycie poświęcony Calderon’owi de la Barca. Anioł po lewej reprezentuje Poezję, po prawej – Wojnę.

Anabaptysta, którego wrażliwość porównywano z kamieniem, wieczorem doznał olśnienia. W promieniach słońca sączącego się do pokoju przez liście wielkiego dębu, objawił mu się konioczłowiek jako najdoskonalsza kombinacja przyrody i cywilizacji. Anabaptysta dostrzegł w nim niezwykłe piękno i symbolikę: połyskliwie aksamitną sierść, delikatniejącą w miarę przesuwania się od dołu go góry, kształtne nogi i kopyta, najbardziej imponujące elementy stworzenia żyjącego na wolności i lekko łysiejącą głowę, symbol człowieczeństwa.


Biblia Świętego Pawła, Księga Objawienia.

Objawienie wywołało przełom w jego życiu. Twardy i nieustępliwy ekoanarchista został w jednej chwili adoratorem nowego gatunku. To go tak zauroczyło, że kilka dni chodził otumaniony, potykał się o próg i kamienie na ścieżce, korzenie w lesie, a nawet własne nogi. W końcu przestał nawet dostrzegać kolegów i koleżanki, z którymi do niedawna pił i śpiewał pieśni pełne żeglarskiej tęsknoty, ucieleśniającej najgłębsze pragnienia człowieka o szeroko otwartych oczach. Pod wpływem przeżycia Anabaptysta zmienił ksywę. Przyszło to mu równie łatwo jak kiwnięcie palcem w bucie lub rzut garścią piasku na słonecznej plaży. Jego nowa ksywa, Poeta, ulotna i finezyjna, w pełni odpowiadała nowej osobowości.

Następnego dnia, pozorując lekkie zamroczenie alkoholowe dla dodania sobie pewności, wygłosił przemówienie w klubie literackim.

– Członkowie rządu są cyniczni, prostaccy albo głupi, dostrzegając tylko zwierzęta domowe, krowy, owce, kozy, kury, indyki, gęsi i kaczki, i to jedynie dlatego, że znają smak ich mięsa, mleka, delikatność puchu lub miękkość pierza. Umieją ocenić tylko ich użyteczność, ale nie piękno. Co do konia, to ministrowie prawdopodobnie znają z widzenia, oprócz masywnego tułowia, wielkiego łba i solidnych kończyn, tylko uprząż i akcesoria służące podporządkowaniu zwierzęcia człowiekowi. Oni w koniach widzą elementy gospodarcze, służące ludziom w podobny sposób jak chochla do zupy lub pasta do butów. Rząd, ta zbieranina przypadkowych osobników, którzy doszli do władzy na skrzydłach złożonych obietnic, nie ma pojęcia o koniach, ich szlachetności, wrażliwości i ambicjach, potrzebie dobrego traktowania oraz imperatywie przeżycia. Dlatego to my musimy zająć się losem koni, wziąć go we własne ręce.

W podsumowaniu Poeta zaapelował o zdecydowane poparcie decyzji stworzenia konioczłowieka, odzyskując się w pięknie myśli i słów, a w zamierzeniu również czynów.

Społeczność laboratorium doceniła buntowniczość Poety, jej proroczy wymiar i siłę ekspresji. Tylko nielicznym laborantom przemiana Anabaptysty w Poetę oraz jego uduchowiony wywód wydał się mało zrozumiały; nie mieli jednak wątpliwości co do szczerości jego intencji. Nina Aleman, przewodnicząca zarządu, uznała jego wystąpienie za głos zdecydowanego poparcia dla genetycznej integracji konia i człowieka.

*****

Sprawa bezpieczeństwa Josefa pojawiła się w rozmowach jeszcze przed pojawieniem się jego samego na świecie. Zaczęło się od spekulacji, pytania rzuconego od niechcenia, zgadywanki, jak może wyglądać pierwszy dzień konioczłowieka na wolności. Od słowa do słowa rozkręciła się dyskusja, budząc coraz więcej wątpliwości i kontrowersji. Scenariusz wydarzeń malował się laborantom w coraz ciemniejszych barwach. Nagle zdali sobie sprawę, że konioczłowiek będzie najbardziej samotnym stworzeniem na świecie. Chodziło o diaboliczny dylemat: podwójną osobowość i niepospolity wygląd Josefa.

W nocy atakowały ich widziadła rzucające obelgi i zadające im dziwne pytania. Nawet Nina nie ustrzegła się przed nimi. Stała na otwartej przestrzeni obok Josefa spokojnie skubiącego trawę, kiedy pojawiła się przed nimi grupka osób, dwie kobiety i trzej mężczyźni, niezgrabny wyrostek oraz dziewczynki-bliźniaczki ubrane w pomięte mundurki szkolne. Patrzyli w jej kierunku, wyrażając zdziwienie i oburzenie. W grupie wyróżniał się mężczyzna w kufajce węglarza, jaką pamiętała jeszcze z okresu dzieciństwa. Krzyczał do niej oskarżycielsko:

– To cyrkowy dziwoląg. Skąd takiego wytrzasnęłaś? Przyprowadzając go tutaj popełniasz przestępstwo.

Stojąca obok krzykacza kobieta przez dłuższą chwilę patrzyła na Ninę zadziornie, po czym szyderczo wycedziła: – Jestem nauczycielką biologii od wielu lat. Widziałam już różne okazy przyrodnicze, ale czegoś takiego to nie zobaczyłam nawet w kinie. Ni to pies, ni wydra, jakaś zoologiczna osobliwość, odmieniec.

– I kandydat do księgi rekordów Guinnessa – dorzucił młody oberwaniec, po czym oświadczył, że chciałby się na nim przejechać. – Czy on może wziąć mnie na barana? Z wyglądu jest bardzo silny. – Kiedy to mówił, oczy mu zabłysły. Wydały się Ninie wyjątkowo inteligentne. Była przekonana, że stojącemu przed nią obwiesiowi nie przeszkadza niezwykła ludzko-końska sylwetka Josefa i rzeczywiście chętnie wsiadłby na niego. To dodało jej otuchy. Wcześniej nigdy nie przyszło jej do głowy, że Josef rzeczywiście mógłby sprawiać dzieciom wiele frajdy, nosząc je na barkach tak jak ojciec nosi swoje dzieci. Był bardzo silny. Wykazały to testy siłowe.

W sennym zagubieniu nie zauważyła, jak grupa nieznajomych rozmywała się w powietrzu. Kiedy znikali, usłyszała tętent i zobaczyła stado koni galopujących w jej kierunku. Zatrzymały się niedaleko, po czym od stada oderwały się dwie klacze i rozszerzając chrapy podeszły do Josefa. Przyjrzały mu się z bliska, zachowując ostrożność. Chwilę później powróciły do swojego stada, obróciły się pyskami do wewnątrz i pozostały tak kilkanaście sekund. Nina miała wrażenie, że zdają relację ze spotkania. Była przekonana, że był to przekaz w rodzaju: „To mało ciekawy osobnik. Nic tu po nas”. Stado odeszło w stronę, skąd przybyło.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 143: Urodziny i prezentacja Josefa

Kiedy laboranci spekulowali na temat uroczystości urodzin Josefa a zarząd na temat jego praw i bezpieczeństwa, on sam borykał się z problemem tożsamości. Zadawał sobie pytanie, kim właściwie jest, koniem czy człowiekiem. Pytany kim jest, odpowiadał:

– Czuję się jak koń, choć myślę jak człowiek.

Dwoistość samopoczucia i tożsamości Josefa Laboratorium przypisywało psychice i instynktom przejętym od dwóch gatunków jak i wpływowi sztucznej inteligencji, w jaką został wyposażony. W tym sensie Josef stanowił niewiadomą; można było tylko zgadywać, w jakim kierunku pójdzie jego rozwój intelektualny, emocjonalny i duchowy. Na wczesnym etapie rozwoju był już zagadką. Trudno go było nawet zdefiniować. Najwięcej obserwacji na temat Josefa miał jego opiekun Gabriel.

– Biorąc pod uwagę wiek, Josef ma zaledwie kilka tygodni. U koni byłby on odpowiednikiem sysaka, ssącego mleko matki. Powyżej szóstego miesiąca życia odpowiadałby on odsadkowi odstawionemu od mleka matki, a po skończeniu pierwszego roku życia – źrebakowi. Zakwalifikowanie Josefa, a właściwie końskiej połowy jego natury, do którejś z tych kategorii jest jednak bezsensowne, ponieważ reprezentuje on o niebo wyższy poziom rozwoju, gdyż ma w sobie potencjał dorosłego konia. Podobnie rzecz się ma z jego ludzką połową.

Gabriel widział podopiecznego jako istotę o przyjaznym usposobieniu, lubiącą ludzi i konie, kontakt z którymi traktował jako wyróżnienie. Pytany o niedostatki charakteru pupila, Gabriel podejrzewał, że Josef może mieć słabości charakteru, ale nie umiał ich bliżej określić.

– To tylko intuicja i ostrożna spekulacja, a nie obserwacja – tłumaczył członkom zarządu. – Wszystko pokaże czas. Zachowajmy cierpliwość – dodawał, patrząc gdzieś w przestrzeń, jakby kryły się tam odpowiedzi na troski i niepokoje dotyczące Josefa.

*****

Niotse kolejny raz czytała zaproszenie na urodziny Josefa Półkonia nie mogąc się nadziwić, że to ona wymyśliła Dzień Sądu Ostatecznego jako nazwę tej uroczystości.

Chwilę zastanawiała się, jak dzień powszechnej radości mógł jej się skojarzyć z sądem ostatecznym, po czym mruknęła:

– Nieważne. To już jutro.

Wielką salę konferencyjną przygotowano na miarę wydarzenia. Kiedy zdemontowano przepierzenia i sztuczne ścianki, wyniesiono parawany i rozsunięto zasłony, aby stworzyć więcej przestrzeni i światła, pomieszczenie okazało się wielkie jak stadion lekkoatletyczny. Takie przynajmniej stwarzało wrażenie. Telebim umieszczony na ścianie głównej miał rozmiary dziesięć metrów na dwadzieścia, po jego obydwu stronach stały na podłodze na regulowanych podstawach białe plansze elektroniczne. Wszystkie ekrany były wygaszone. Nieco z boku, bliżej audytorium, szybko wypełniającym się laborantami, widoczny był zagadkowy kształt przykryty czerwoną materią. Przypominał nieforemny pomnik prawie dwumetrowej wysokości. 

O godzinie ósmej rano wszyscy laboranci byli już na miejscu. Szef Zespołu Bezpieczeństwa przeliczył dyskretnie zebranych, po czym dał znak, aby zamknąć wszystkie drzwi do sali konferencyjnej. Profesor Kary odczekał, aż audytorium uspokoi się. Kiedy to nastąpiło, wielki ekran telebimu rozjarzył się błękitnym światłem ukazując obraz konioczłowieka oznaczony złotym napisem „Josef” umieszczonym nad jego głową. Asystentka profesora podeszła do ukrytego pod materiałem kształtu i powolnym, wystudiowanym ruchem ręki ściągnęła przykrycie odsłaniając stojącego na piedestale konioczłowieka. Josef, w całej swej masywnej okazałości, tkwił nieruchomo w miejscu, jakby bał się spłoszyć przyglądających mu się ludzi.

Przed osobami zgromadzonymi na sali pojawiła się przewodnicząca zarządu Laboratorium. Od czasu zawarcia związku małżeńskiego kilka dni wcześniej, bardzo się zmieniła. Znikła dziewczęca Niotse, pojawiła się Nina Aleman, kobieta dojrzała i szykowna. Przemiana wyrażała się nie tylko w zmianie imienia, z kwiecistego Niotse, oznaczającego pachnący kwiat w orientalnym języku matki, na artystycznie brzmiące imię Nina. Była ubrana inaczej niż zawsze, bardziej okazale i uroczyście. Miała na sobie ciemnozieloną, atłasową suknię z długimi rękawami zdobnymi mikroskopijnymi wzorkami koni, prawie niewidocznymi dla osób siedzących w dalszych rzędach foteli. Przemówiła.

– Witam państwa! To już dzisiaj. Stworzyliśmy nowy gatunek, jej pierwszego przedstawiciela, konioczłowieka Josefa. Dzisiejszy dzień obchodzimy jako dzień jego urodzin. To pamiętna data. Dla mnie jest to także Dzień Sądu Ostatecznego. Mam na myśli to, że wraz z narodzinami Josefa zapadł wyrok, który poznamy dopiero za jakiś czas, czy opatrzność darowała mu życie szczęśliwe i ciekawe czy też pomieszane z niepokojem, a może nawet potępieniem i bólem. Josef jest inny niż my wszyscy, a zarazem taki sam jak my. Jego los zależy od tego, jak zostanie przyjęty i jak będzie traktowany przez społeczeństwo.

Przemowa nie trwała długo. Jej cel został osiągnięty w momencie, kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, że nastąpił prawdziwy cud: po raz pierwszy w historii świata człowiek stworzył życie i to w najbardziej dojrzałej postaci – konioczłowieka, który uratuje przyrodę przed zagładą, konie przed eksterminacją, a ludzi przed samounicestwieniem.

– Josef reprezentuje to, co jest w nas, ludziach i zwierzętach, najlepsze. Możemy sobie wzajemnie pogratulować uczestnictwa w tym szlachetnym przedsięwzięciu.

Po słowach przewodniczącej zapadło milczenie zakończone wybuchem niesamowitego entuzjazmu, jakby eksplodowała bomba długo tłumionego niepokoju, gorączki i namiętności.

Josef zręcznie zeskoczył z piedestału i natychmiast został otoczony przez tłum. Każdy pragnął przyjrzeć mu się z bliska i dotknąć, jakby był wielkim pluszowym misiem, a nie solidną, żywą istotą z krwi i kości. Nikomu z obecnych nie przyszło nawet do głowy, że jest on kimś innym niż zebrani na sali. Wszyscy czuli, co naprawdę znaczy jedność i braterstwo ludzi i zwierząt.

Nina Aleman, w swej niezwykłej, atłasowej sukni, stała z boku i przyglądała się laborantom otaczającym Josefa. Cieszyła się razem z nimi, dopóki nie nastąpiło otrzeźwienie. Zdała sobie sprawę, że rzeczywistość na zewnątrz laboratorium nie będzie taka radosna. Była przygotowana do dalszej walki. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 142: Pojawienie się i prezentacja konioczłowieka

Kiedy Josef ostatecznie doszedł do siebie, opowiedział swoje przeżycia, historię ostatnich dni. Cały czas był świadomy i widział, co dzieje się wokół. Aby ratować się od zabójczej nudy, skupił się na kontroli czasu, obserwował jak promienie słońca przechodzą za oknem sali rehabilitacyjnej i jak pielęgniarka porusza ustami.

– Ona ma piękne wargi, mam na myśli ich kolor i w ogóle. Josef rozmarzył się i zamknął oczy. Obserwujący go lekarze przestraszyli się, że znowu popadł w odrętwienie. Mówił bardzo niewyraźnie ludzkim głosem zakłócanym dźwiękami podobnymi do cichutkiego rżenia konia.

Zespół wykonał ostatnie badania dla upewnienia się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Elektroencefalograf pokazał prawidłowe wyniki elektrycznej aktywności mózgu, dobre były też wyniki rezonansu magnetycznego.

Wszystko świadczyło o poprawiającej się kondycji pacjenta. Mimo pozytywnych wyników lekarze pokłócili się o jakiś szczegół. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Josef otworzył jedno i drugie oko, a przez jego oblicze przebiegł cień uśmiechu. Rozbroił ich tym; wyglądało to tak, jakby chciał ich rozbawić. Szef zespołu rehabilitacyjnego natychmiast zawiadomił o tym kierownika Inż-Genu.

– Zrobiliśmy test samoidentyfikacji Gallupa malując Josefowi plamkę na czole. Kiedy pokazaliśmy mu lustro, prawidłowo rozpoznał siebie jako niezależny organizm. Stopniowo stawiamy go na nogi. Teraz jest już w porządku.

*****

Pierwszą oficjalną prezentację Josefa prowadził profesor Kary, kierownik Zespołu Inżynierii Genetycznej. Do pomocy zaangażował dwójkę asystentów, kobietę i mężczyznę. Tak naprawdę nie na wiele mu się zdali; ich rola była podrzędna, a pomoc niewielka. Tym niemniej byli użyteczni, gdyż profesor uznał, że pracownikowi nauki o jego dorobku należy się szczególna oprawa z okazji tak wielkiej uroczystości.

Kary cieszył się renomą rewelacyjnego chirurga, wykonującego najbardziej skomplikowane operacje. Przypisywano mu cudotwórstwo. Entuzjaści jego talentu twierdzili, że pod jego uzbrojoną w skalpel ręką ożywali nawet nieboszczycy, aby jeszcze przez długie lata cieszyć się pełnią sił fizycznych i psychicznych.

– Pan profesor nie popełnia błędów – głosiła każda kolejna asystentka naukowca.

Ludzie mu niechętni twierdzili jednak, że dowody jego błędów nie istnieją tylko dlatego, że świadkowie jego nieudanych operacji leżą na cmentarzu i odmawiają składania zeznań.

Prelegent miał rumianą, pełną twarz i lekko obwisłe policzki. Jego podkrążone oczy sugerowały przepracowanie. Ubrany w biały fartuch mówił spokojnie i rzeczowo, był oszczędny w mimice, gestach i słowach. W pierwszej kolejności przedstawił zarys doświadczeń, zabiegów i operacji, jakie poprzedziły powstanie konioczłowieka. Przez jego słowa przebijało zadowolenie i duma z osiągnięć.

– Nasi matematycy i genetycy wyliczyli, że stworzenie od podstaw konioczłowieka, jest praktycznie zadaniem niemożliwym do realizacji z uwagi na złożoność genomów obydwu gatunków. Udowodniliśmy, że nie jest to prawdą. – Profesor wskazał na tablice, przy których stali asystenci w pozach przypominających warujące psy. Mężczyzna pokazywał i objaśniał genom konia, kobieta porównywała go na swojej tablicy z genomem człowieka. 

Po zakończeniu prezentacji na telebimie pojawił się obraz Josefa Półkonia. Profesor wyjaśnił, że nosi on imię i nazwisko zupełnie jak każdy inny obywatel kraju. Josef uśmiechał się niepewnie, po chwili jednak machał już przyjaźnie ręką do kamery. Wyglądał na osłabionego. Górną część ciała przykrywała luźna koszula z rękawami średniej długości, część biodrową szkocka spodniczka w kratę, spod której wyglądały masywne końskie nogi zakończone kopytami osłoniętymi czymś w rodzaju obuwia. Kiedy niezwykła postać poruszyła pokaźną głową i wyraźnie powiedziała „Witam was”, zebrani aż jęknęli ze zdumienia.

*****

Laboratorium planowało wielkie przyjęcie z tytułu narodzin Josefa. Niektórzy pracownicy myśleli o tym bez przerwy, wyobrażając sobie, jak będzie ono wyglądać, gdzie i kiedy się odbędzie, co będą jedli i pili, w końcu, kto będzie przemawiać i co będzie mówić. Szczerze liczyli też na pochwały, a co najmniej na wyrazy uznania za własny wkład pracy.

Laboratorium potrzebowało takiej uroczystości, takiego święta. Ludzie ciężko pracowali od miesięcy, byli wyczerpani, osiągnęli wielki sukces i należała im się nagroda. Zarząd firmy zastanawiał się nad zaproszeniem kogoś z Departamentu Transformacji Genetycznych, ostatecznie jednak pomysł upadł. Zrezygnowano z niego nie bez żalu, ponieważ po cichu liczono na wsparcie władz w postaci otoczenia Josefa ochroną państwa, co byłoby niezwykle cenne. Ujemną stroną zaproszenia byłoby ujawnienie tajemnicy narodzin konioczłowieka, przedstawiciela nowego gatunku, czystego wytworu inżynierii genetycznej. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Zarząd uznał, że potrzebuje więcej czasu, aby przygotować rząd i społeczeństwo nie tylko do poznania Josefa, ale i jego zaakceptowania, ponieważ istniały obawy, czy jest to w ogóle możliwe. Aaron, kierownik Zespołu Bezpieczeństwa ostrzegał już wcześniej, że ani rząd, ani tym bardziej podlegający mu Departament Transformacji Genetycznych nie są przyjaciółmi Laboratorium, tylko wrogami i mogą chcieć mu zaszkodzić, a może nawet przejąć lub zlikwidować, gdyby tylko dowiedzieli się o nadzwyczajnym osiągnięciu.

To, co uczyniło Laboratorium, rząd mógłby uznać za działalność nielegalną, a co najmniej wątpliwą prawnie. Sprawę przesądził ostatecznie prawnik Laboratorium. Uważał, że władze mogły oskarżyć Laboratorium o pięć przestępstw z różnych paragrafów, za które kodeks karny przewidywał łączną karę pięćdziesięciu sześciu lat więzienia.

– Kara mogła być nawet wyższa, ponieważ konserwatyści są nieobliczalni, kierują się widzimisię Barrasa Blawatsky’ego, właściciela partii, która ma na uwadze nie dobro przyrody, ani narodu, ale swoje własne.

Jego opinię, podobnie jak ostrzeżenia Aarona, zarząd uznał za przesadne uważając, że w interesie rządu byłaby dbałość o Josefa jako wyjątkowe dobro narodowe, i mógłby najwyżej żądać od Laboratorium przekazania mu praw do niego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 140: Wybór metody stworzenia hybrydy

Specjaliści Inż-Genu wbijali z wściekłości zęby w drewnianą framugę drzwi sali konferencyjnej, gdzie spotkali się w celu ostatecznego wyboru metody stworzenia konioczłowieka. Nad wyzwaniem debatowali już tak długo, że w końcu dopadła ich frustracja wywołując gesty rozpaczy i ordynarne przekleństwa. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zintegrowane klonowanie, w którym świeżo stworzone klony konia i człowieka zostałyby scalone w jeden organizm. Przeszkodą był brak doświadczeń w podwójnym klonowaniu. Były jeszcze inne minusy.

– W tym cholernym klonowaniu, do wieku noworodka dodaje się wiek dawcy komórki macierzystej, co niepotrzebnie postarza nowonarodzonego klona. Jeśli koń, dawca komórki macierzystej, ma dziesięć lat, co nie jest znowu niczym niezwykłym, to jego klon w rok po urodzeniu będzie mieć już jedenaście lat. A co będzie, jeśli zsumuje się wiek konia i wiek człowieka, którego klon będzie znacznie starszy niż ten koński! Wszyscy znajdziemy się wtedy w szambie razem z tymi pieprzonymi klonami! – Słowa te nie padły z ust pijanego, wulgarnego chirurga, skłonnego do agresji, ale skromnej genetyczki, która w chwilach głębokiego rozczarowania przypominała sobie język toalet publicznych, z jakich musiała korzystać, kiedy zatykane były rury kanalizacyjne w akademiku.

Wobec metodologicznej niemocy Inż-Genu, zarząd poprosił Zespół Matematyczno-Informatyczny o obliczenie prawdopodobieństwa powodzenia każdej z metod, zintegrowanego klonowania oraz odwróconej amputacji. Zleceniu towarzyszyło pytanie, czy jeśli Inż-Gen wykona ten swój miliard czynności, zapracowując się po pachy, przeżyje tysiące nieudanych prób, to jaka jest szansa, że przedsięwzięcie nie skończy się w ślepym zaułku potwornych kosztów i góry zmarnowanej energii. Kiedy zarząd zadał kolejne pytanie, co i w jakim stopniu może się nie udać w jednej i drugiej metodzie, Inż-Genowcy uznali to za próbę ich dobicia.

Okazało się, że w zintegrowanym klonowaniu minusów jest znacznie więcej niż plusów: długi i złożony proces klonowania, przyśpieszone starzenie się klonu oraz miliardy kombinacji genetycznych do pokonania. Każdy, nawet najmniejszy gen jednego organizmu, musiał współgrać z milionami genów drugiego organizmu.

Metoda klonowania została odrzucona głosami matematyków-probabilistów. Za jej przyjęciem opowiedziała się początkowo grupka genetyków, ale zarzucono im, a potem udowodniono, że swoją mentalnością obejmują tylko geny i genotypy, gubią się natomiast w matematycznej złożoności wzajemnych relacji.

Metoda odwróconej amputacji przewidywała połączenie dojrzałych organizmów człowieka i konia. W tym celu konieczne było uzyskanie ciała konia i ciała człowieka. Musiało to nastąpić w tym samym czasie. Na materiały do operacji przygotowano wielką zamrażarkę i czekano na wypadki drogowe, których rezultatem byłyby dwa zdrowe korpusy, zdatne do połączenia. Szansę powodzenia tej metody Mat-Inf ocenił znacznie wyżej niż zintegrowanego klonowania.

– Nie znaczy to, że jest to metoda łatwa i przyjemna. I tak będziemy musieli naharować się jak dzikie osły, a sala operacyjna będzie przypominać rzeźnię. Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni. – Posumował profesor Kary, szef zespołu.

*****

Naukowiec przypomniał sobie przygotowania do operacji odwróconej amputacji.

– Szukaliśmy skrótu, logicznego uproszczenia, jakiegoś wyłomu w ogromie zadania – wyjaśnił patrząc na tablice opisujące genomy. – Myśleliśmy o tym dzień i noc, bez przerwy. Nic nie wymyśliliśmy. Po prostu trzeba było czekać na okazję, na dwie ofiary wypadków. Brzmi to strasznie, ale taka była prawda. Podobnie jak szpital czeka na dawcę serca czy nerki dla swojego pacjenta, my czekaliśmy na śmierć konia i śmierć człowieka, a konkretnie na ich ciała. Mieli to być dawcy szkieletów i wszystkich organów. Potrzebowaliśmy przedniej części tułowia konia i górnej części tułowia człowieka. W końcu nadszedł taki moment. – Snując wspomnienia, profesor ilustrował swój wykład na elektronicznej tablicy. Na ekranie ukazały się dwa tułowia.

– Staram się nie szokować państwa, bo wygląda to jak rzeź z horroru filmowego. Ja i mój zespół jesteśmy do takich widoków przyzwyczajeni. Od lat jesteśmy chirurgami, mimo to też przeżyliśmy niemało stresu. Na początku od odoru wszyscy rzygaliśmy jak koty z wyjątkiem mojego asystenta, któremu kiedyś operacyjnie usunięto przegrodę nosową razem z włoskami i nitkami węchowymi.

Profesor przerwał i zezwolił na zadawanie pytań. Było widoczne, że jest nieco znużony i potrzebuje chwili wytchnienia.

– Co było najtrudniejsze w całym procesie tworzenia Obiektu jako przedstawiciela nowego gatunku? – Pytanie zadał członek Zespołu Matematyczno-Informatycznego.

Profesor zastanawiał się chwilę dobierając słowa, aby w miarę prosto wyjaśnić złożone zagadnienie inżynierii genetycznej.

– Skala przedsięwzięcia. Nikt tak skomplikowanego zadania nie realizował przed nami. Poważne problemy zaczęły się na stole operacyjnym. Znalazły się na nim dwa korpusy: mężczyzny przepołowionego przez pociąg na wysokości bioder oraz konia, który utracił głowę w wypadku. Urwała mu ją młockarnia, kiedy usiłował schwycić pyskiem pęk zielonej trawy zagubionej w snopku słomy. Dwie części dopasowaliśmy do siebie, godzinami łącząc żyły, żyłki, nerwy, tkanki, mięśnie, aby potem podłączyć organy wewnętrzne. Zanim to nastąpiło stworzyliśmy strefę buforową między dwoma organizmami. Nazwaliśmy to strefą dostosowania genetycznego. Był to obszar przekazywania sygnałów, jak obydwa organizmy powinny się łączyć, aby nastąpiła udana integracja. To była najtrudniejsza część. Pomagali nam w tym koledzy z Mat-Infu modelowaniem matematycznym. Najpierw przy naszej pomocy stworzyli modele genomu człowieka i genomu konia, potem model genetyczny niezgodności, potem model konwersji sygnałów, włączania i wyłączania genów. W ten sposób mogliśmy manipulować materiałem genetycznym uzupełniając luki wykryte w powstającej hybrydzie przez biomatematyków i biogenetyków.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 139: Urlopy i seks

Przypadki próśb o urlop były sporadyczne. Oprócz zarządu Laboratorium nikt nie wiedział, ile ich było, ponieważ były to sprawy poufne. W dodatku rozmowy o potrzebie lub chęci wzięcia urlopu zniechęcały do ubiegania się o niego; były jak przesłuchania, bardzo bolesne, wręcz nie do wytrzymania. Niotse uczulała laborantów, aby nie dyskutowali z nikim swoich potrzeb delikatnej natury, tylko zgłaszali je bezpośrednio do niej lub do wiceprzewodniczącego zarządu. Każdy taki przypadek zarząd omawiał z zainteresowanym i po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności podejmował decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu prośby. Wnikano w szczegóły, niekiedy bulwersujące dla zainteresowanego jak na przykład miara jego zaangażowania uczuciowego i pobudzenia erotycznego. Opracowano urządzenie, libidometr, do pomiaru napięcia seksualnego, na którym oznaczony był minimalny poziom napięcia, jak i maksymalny, bliski eksplozji w formie ciężkiej nerwicy.

Nad libidometrem pracowały najlepsze umysły Laboratorium, nie żałując czasu ani mitręgi. Poświęcono mu dziesiątki, może nawet setki godzin, ponieważ było to narzędzie ważne przede wszystkim dla konioczłowieka. Miał to być samiec; jego libido musiało być wyjątkowo starannie zaprogramowane, aby uniknąć nieprzewidzianych reakcji.

Spadek zainteresowania urlopami nastąpił wyraźnie wtedy, kiedy Niotse przypomniała warunki urlopowania.

– Gdyby ktoś poszedł na urlop, czyli znalazł się poza Laboratorium, byłoby to szalone wyzwanie dla wszystkich, włącznie z osobą zainteresowaną. Taki ktoś musi wiedzieć, że w trakcie urlopu będzie dzień i noc pod lupą naszego Zespołu Bezpieczeństwa.

Najchętniej do pracy firma przyjmowała ludzi stanowiących parę małżeńską lub partnerską, osoby indywidualne żyjące dłuższy czas w samotności lub dobrze radzące sobie z samotnością, pasjonatów, dla których praca nad niezwykłym projektem stanowiła najlepszą formę rozładowania emocji, również seksualnych.

Seks dyskutowano w grupach samokontroli i samodoskonalenia się oraz w grupach ćwiczących medytację i orientalne techniki relaksacji. Dla nauczenia się jak łagodzić, oszukiwać a nawet wyzbywać się popędów i pragnień, organizowano zawody i konkursy. Uczestnicy prześcigali się w motywowaniu siebie i innych do zachowań zgodnych z interesem firmy i jej pracowników. Tym którzy nie pamiętali o tym, przypominano, że zdrada, świadoma czy nieświadoma, będzie karana śmiercią, i że jest to zasada nienegocjowalna, zaakceptowana przez całą załogę.

– Jesteśmy tutaj jak wielcy artyści, malarze, rzeźbiarze, czy samotni żeglarze, dla których twórczy wysiłek jest formą wyzwolenia z wszystkich innych emocji i popędów. – Były to słowa Niotse.

Na szczęście dla Laboratorium sam wymóg niezwykle wysokich kwalifikacji zawodowych i dużego doświadczenia w sposób naturalny eliminował osoby bardzo młode, o których starsi wiekiem pracownicy mówili otwarcie, że kiedy byli w ich wieku, to też często nie wiedzieli, gdzie mieli rozum, w głowie czy między nogami. Szczerość dyskusji doprowadziła jednego z młodszych genetyków do niezwykłej decyzji. Zdał on sobie dogłębnie sprawę ze słabości własnego charakteru, jeśli chodzi o seks. Przyznał się, że zjadała go hiperseksualność.

– Seks po prostu pada mi na mózg. – Podsumował, dodając, że to go bardzo niepokoi, wręcz boli, ponieważ ma inne, bardziej szlachetne ambicje.

Bardzo pragnął uczestniczyć w projektach Laboratorium. Rozpoznając własną słabość jako przeszkodę, zdecydował się na dobrowolną kastrację. Miała być ona dokonana na miejscu, gdyż Laboratorium dysponowało specjalistami najwyższej klasy w każdej specjalności. Niotse poruszyła nadzwyczajna gotowość młodego człowieka do poświęceń. Wynegocjowała z chirurgami, że przeprowadzą kastrację w taki sposób, aby po zakończeniu projektu, w perspektywie roku, najpóźniej dwóch, można było odwrócić jej skutki. Chirurdzy głowili się nad zleceniem; na szczęście przyszła im do głowy metoda wykonania kastracji odwracalnej z wykorzystaniem komórek macierzystych. Wiadomość upowszechniła się, przynosząc ulgę innym laborantom, którzy pozostawali w niepewności co do własnej zdolności wytrwania bez partnera.

– Kastracja odwracalna jest dla nas niczym ogród wypełniony konwaliami o orgiastycznym zapachu. – Wygłaszając tę sentencję Poeta kolejny raz zaimponował laborantom umiejętnością improwizacji.

Piątkowe myśli i aforyzmy o ludziach i zwierzętach

Króliki rozmnażają się niezwykle szybko prawdopodobnie dlatego, że bardzo to lubią. Trzeba przyznać, że niegłupio to sobie wykombinowały.  

Większość ludzi zasypia w przekonaniu, że się obudzi. Podobno tylko pan Bóg potrafi wyleczyć z tego zabobonu. Niestety, nie można tego sprawdzić, bo nie udziela on wywiadów. 

Starość człowieka zaczyna się wtedy, kiedy on sam jest jeszcze młody.

Krystyna Pawłowicz to zawodniczka o najwyższym wskaźniku testosteronu w zespole sportowym PiS. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 137: Organizacja pracy Laboratorium

Po podjęciu decyzji stworzenia konioczłowieka i nadania mu imienia Josef firma wpadła w rutynę szalonych spotkań, dyskusji i decyzji. Zasady współpracy laborantów celowo zostały określone w sposób ogólny, aby zachować elastyczność i nie krępować inicjatywy i inwencji twórczej. Wyglądało to, jakby zostały pozostawione żywiołowi.

Wzorując się na awangardowych firmach, traktujących pracowników jak współwłaścicieli, zarząd zapewnił laborantom całkowitą swobodę postępowania; mogli uczestniczyć w pracy dowolnego zespołu i włączać się do projektów, gdzie uważali, że wniosą znaczący wkład. Tworzyło to masę synergii. Pewne słabości, jakie wystąpiły, uznano za koszt uzyskania wysokiej wydajności pracy. Salki rozłożone wokół dużej sali konferencyjnej wyposażono w fotele i kanapy do wypoczynku w czasie pracy. Pracownicy mogli także korzystać bez ograniczeń z kawy, herbaty i innych napojów oraz papierosów.

Opór pracowników budziły na początku kamery przemysłowe, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że firma musi je mieć dla bezpieczeństwa. Były one wszędzie, na zewnątrz i wewnątrz budynków, we wszystkich pomieszczeniach z wyjątkiem toalet i przebieralni należącej do siłowni. Pracownicy pogodzili się z nimi dopiero po ustaleniu, że na żądanie każdy z nich będzie mieć dostęp do nagrania z dowolnej kamery. Po upływie trzech miesięcy nagrania niebudzące wątpliwości Działu Bezpieczeństwa i zarządu były kasowane. Było to bardzo demokratyczne i uspokajające.

W pracach Laboratorium uczestniczyli psycholodzy i psychoterapeuci. Ich rolą była integracja psychiczna konioczłowieka jako przedstawiciela dwóch różnych gatunków. W razie potrzeby mieli też pomagać pracownikom. W gronie naukowców i praktyków był także psychiatra. Zarząd firmy uważał, że jego pomoc raczej nie będzie potrzebna załodze. Gdyby wymagana był interwencja psychiatry, byłby to przypadek specjalny.

Przed zatrudnieniem wszyscy przeszli testy psychologiczne. Pracownicy mieli do siebie zaufanie, ale zachowywali czujność, licząc się nie tyle z nieuczciwością czy zdradą członków organizacji, ile ze słabością charakteru, nieuwagą czy nieostrożnością. System się sprawdzał, potwierdzały to informacje przekazywane zarządowi przez Zespół Bezpieczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy w tym samym kotle jak na ognisku u dzikiego luda. Jeśli jeden z nas zechce podgrzać zawartość do temperatury wrzenia, sam także się ugotuje. To jest nasza gwarancja.

Dykteryjki tego rodzaju opowiadano dla rozładowania napięcia, nieuniknionego w przedsięwzięciach dużego ryzyka. Nie było to pozbawione naukowych podstaw.

Dla rozwiązywania konfliktów Laboratorium stosowało metodę kręgów naprawczych, obejmujących kręgi otwierające, wspólne i zamykające. Metoda dała zaskakująco pozytywne rezultaty. Zdarzało się, że pod koniec dnia pracy ludzie padali sobie w ramiona wybaczając sobie nawzajem niewłaściwe zachowania, przekleństwa, agresywność, niechęć, podszczypywanie i podglądanie, a nawet grzechy przeszłości. Kręgi naprawcze były odpowiednikiem spowiedzi, pokuty i wybaczenia; w sprawach najpoważniejszych miały zastąpić sąd.

Praca nad człowiekoniem wyzwoliła pokłady inicjatyw i wynalazczości. Ulepszono narzędzia prezentacji i analizy tworząc innowacyjne rysunki, schematy, projekcje, animacje, modele symulacyjne oraz bazy danych. Nad wszystkim czuwali instruktorzy, którzy nazywali siebie facylitatorami. Usprawniali oni komunikację między osobami i grupami, pomagając znaleźć wspólne rozwiązania, uściślając kody językowe, wyjaśniając intencje stron oraz motywując do osiągania wyznaczonych celów.

Podstawowe zasady pracy Laboratorium były przejrzyste i surowe. Z samego rana na sali konferencyjnej odbywała się dyskusja ogólna przy wielkim, okrągłym stole. Po jej zakończeniu uczestnicy łączyli się w zespoły do pracy przy mniejszych stołach. Każdy pracownik mógł w każdej chwili zmienić zespół, aby aktywnie uczestniczyć w dyskusji lub tylko po to, aby jej się przysłuchiwać. Po południu odbywała się ponownie dyskusja ogólna przy wielkim stole dla omówienia wyników prac w zespołach roboczych.

– I tak w kółko Wojciechu. W końcu dnia masz wszystkiego dosyć, ale równocześnie jesteś zachwycony. Jeśli odczuwasz zbyt dużo presji, wyłączasz się. Nikt nie pracuje ponad siły, byłoby to niebezpieczne. Wszyscy to rozumiemy i akceptujemy. – Była to opinia, którą można było słyszeć z niejednych ust.

Jeśli chodzi o wypoczynek, to oprócz spacerów, zajęć na wolnym powietrzu i ćwiczeń na wolnym powietrzu, laboranci mieli także inne możliwości rozrywki i relaksu: dwie biblioteki, kino, kluby dyskusyjne, telewizję. Po nocnym odpoczynku powracali rano do pracy w pełni zregenerowani. Pokoje odpowiadały standardem czterogwiazdkowemu hotelowi.

Myśli i aforyzmy na dobranoc

Prezydent Duda w ciągu jednego dnia szczytu klimatycznego był w stanie udowodnić światu, że jesteśmy potęgą ekologiczną, mamy i będziemy mieć superczyste powietrze, i równocześnie zapewnić polskich górników, że będą mieć coraz więcej pracy produkując węgiel.

Minister Ziobro jest tak skutecznym Prokuratorem Generalnym, że wkrótce pan Bóg otrzyma wezwanie do prokuratury, aby wytłumaczyć się z popełnionych zaniedbań.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 135: Taksydermia i Centaur

Nadawanie odpowiedniego kształtu i pozy martwemu okazowi niegdyś żywego organizmu wymagało czasu i cierpliwości. Najwięcej uwagi trzeba było poświęcić oczom, uszom i nosowi. Musiały one harmonizować ze sobą. Każde zwierzę ma swoje proporcje, decydujące o jego wyjątkowym wyglądzie i pięknie. Na końcu Taksy podkreślił, że zwierząt się już nie wypycha, ale preparuje i że proces ma charakter naukowy.

Słuchając wynurzeń taksydermisty laboranci zdali sobie sprawę, jak niezwykle ważny jest dokładny obraz i opis Obiektu. Dynamika! To było właściwe słowo. Oznaczało dziesiątki sytuacji i tysiące form zachowań konioczłowieka, który musiał umieć stać prosto i zginać się, opuszczać i podnosić łeb, wyginać się na boki, przeciskać się przez wąskie przejścia, skradać, skakać, wylegiwać się, tarzać się po ziemi a nawet pływać. Wszystkie te czynności musiały być zakodowane w Obiekcie.

W trakcie wykładu Taksy’ego laboranci stworzyli listę czynności, jakie konioczłowiek będzie musiał wykonywać, dopisując je do tych, które przyszły im do głowy wcześniej: baraszkowanie, nastawianie uszu, kopanie, mruganie, klękanie oraz wszystkie formy chodu, łącznie z najbardziej wymyślnymi wykonywanymi w takt muzyki.

Laboranci dyskutują kategorie centaura, człowiekonia i konioczłowieka

Dyskusję o kształcie Obiektu udało się zawęzić do wzorców centaura, konioczłowieka i człowiekonia. Pierwsza padła propozycja stworzenia Centaura, takiego, jak go sobie wyobrażano w starożytnej Grecji: tors człowieka z ludzką głową i rękami osadzony na korpusie konia z czterema nogami i ogonem. Dyskusja nad Centaurem była obciążona silnymi przekonaniami.

– Centaur – argumentowali przedstawiciele grupy identyfikującej się z nim – ma jedną wielką zaletę: najpełniej łączy konia i człowieka. Jest niezwykle silny i ludzie są już do niego przyzwyczajeni. Każdy go zna z mitologii, obrazów, filmów i literatury.

Matematykom i logikom nic się nie zgadzało w modelu Centaura.

– Co mianowicie? – pytali o szczegóły jego zwolennicy.

– Nie zgadza nam się rachunek optymalizacyjny, a konkretnie ilość kończyn, organów wewnętrznych i dwa tułowia. Centaur ma sześć kończyn: cztery dolne, czyli nogi konia, oraz dwie górne w postaci rąk człowieka. Do tego dochodzą dwa tułowia, jeden ludzki i jeden zwierzęcy, oraz jedna ludzka głowa. Kiedy do anatomii dodaliśmy fizjologię, powstała prawdziwie diabelska kombinacja, przeszkoda nie do pokonania w konstrukcji hybrydy.

Temat Centaura wracał kilkakrotnie. Komplikował on sprawę dublowaniem systemów fizjologicznych: dwie wątroby, dwa serca, dwie trzustki, dwie pary płuc i tak dalej, wszystkie lub prawie wszystkie organy zdublowane i to należące do zupełnie odmiennych genetycznie organizmów. Zespół Matematyczno-Informatyczny poparli fizjolodzy i specjaliści od anatomii.

– Centaur to kocioł genetycznej mieszanki piorunującej, gotowej wybuchnąć przy pierwszej próbie manipulacji, zanim cokolwiek stworzymy. – Główny genetyk nie wahał się użyć określenia „manipulacja genetyczna” zamiast bardziej poprawnego politycznie „inżynieria genetyczna”, bo i tak wszyscy wiedzieli, że jest to manipulacja, w dodatku na niebotyczną skalę.

Sprawę przesądzili filozofka i psycholog społeczny uznając, że życie Centaura w realnym świecie byłoby niemożliwe. Było to środowisko dwóch skonfliktowanych gatunków, konia i człowieka, w którym jeden gatunek, człowiek, uważał drugi gatunek za niższego rzędu.

– Moim zdaniem Centaur jest kompletnie do dupy – brutalnie podsumowała filozofka Sofia. Była zła, miała bolesną miesiączkę, a w dodatku nie mogła napić się szampana, za którym przepadała. – Centaur jest tylko chorym wyobrażeniem kilku pijanych starożytnych kretynów. Wiemy, że gdyby naprawdę stanął przed nami, to my, tak jak tutaj jesteśmy, osoby ogarniające uczuciami i wyobraźnią przyszłość, uznalibyśmy go za potwora. Taki stwór miałby natychmiast przeciwko sobie tłumy wrogów. Jestem przekonana, że zostałby w ciągu kilku godzin, jeśli nie kilkunastu minut, zamordowany, najprawdopodobniej ukamienowany lub po prostu uduszony przez fanatyków religijno-politycznych wrzeszczących potwór, pokraka, maszkara, monstrum, chimera. Musimy to sobie szczerze powiedzieć i nie poświęcać czasu na kretyńskie mrzonki.

– Zgadzam się i popieram przedmówczynię. Centaur był dobry w mitologii greckiej, może jeszcze jakiejś innej, ale nie jest dobry dla mnie, nie na stole operacyjnym. Reprezentuję pragmatykę medyczną – dodał naczelny chirurg, po czym dłuższą chwilę przyglądał się swoim dłoniom przypominając sobie najtrudniejsze operacje, jakie nimi przeprowadził.

W nocy uczestnicy dyskusji, co do której istniała jednomyślność, że była płodna, przeżywali męczące, przerażające a nawet bolesne sny. Wszystkim śnił się Centaur, już nie jako postać mitologiczna, ale żywy stwór, dziwoląg, przerażający złożonością swojej anatomii i fizjologii, podstawowych wymiarów każdego żywego organizmu.

Przeżycia krótkie a głębokie. Widziałem dziś anioła.

– W centrum handlowym widziałem dziś Anioła. – Iwan Iwanowicz był poruszony, kiedy to mówił. Zrozumiałem, że to ważne. Ostatecznie nie każdy ma widzenie w biały dzień. Mimo wzruszenia kontynuował:

– Podszedłem do niego i przyjrzałem się. Był to anioł rodzaju żeńskiego. Będę trzymać się jednak nazwy Anioł, bo anielica brzmi nieelegancko, jak topielica, czy sekutnica.

– A, fe! – Obruszyliśmy się równocześnie.

– Anioł miała na sobie powiewną białą suknię, ubożuchną aureolkę nad głową i dwa skromniutkie skrzydełka jak u większego kurczaka. Pomyślałem: – Anioł, ale zabiedzony. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. – Nabrałem odwagi w usta i zapytałem:

– Czy pani jest prawdziwym aniołem?

Niebiańska istota popatrzyła na mnie uważnie i odpowiedziała: – Tak, ale w ludzkiej skórze.

Popatrzyłem uważnie. Rzeczywiście wyglądała na ludzką. Nie przyglądałem się dłużej Aniołowi, choć na to zasługiwała, jak wszystkie anioły, bo mogłoby to ją krępować. Życzyłem jej powodzenia. Odszedłem z radością.

Był to drugi anioł mego życia. Pierwszy to premier Morawiecki, który dzisiaj w Radio Maryja zawierzył także i mnie Matce Boskiej, patronce nie tylko rozgłośni, ale i Polski słowami:

– Miej w opiece naród cały. Także tych, którzy nie kochają jeszcze Polski tak jak my tutaj, jak rodzina Radia Maryja.

– To od niego, pana premiera – ponieważ nie jestem spokrewniony z Ojcem Rydzykiem i rodziną Radia Maryja – dowiedziałem się, że nie kocham jeszcze Polski tak jak on, członek rodziny radiowo-maryjnej.

Smutno mi się zrobiło na duszy. – Podsumował Iwan Iwanowicz. – Chyba znowu wybiorę się do centrum handlowego, aby zbliżyć się do sfer anielskich i być bliżej także pana premiera.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 134: Dyskusja o nazwach i taksydermii

W dyskusji szybko wykrystalizowały się dwie grupy specjalistów. Pierwszą stanowił Zespół Matematyczno-Informatyczny, który zajmował się logiką wszystkich działań Laboratorium, porządkował wiedzę i procedury, wykonywał obliczenia, kalkulacje i optymalizacje oraz zarządzał systemem informatycznym. Genetycy wytłumaczyli Niotse, że bez matematyki nie ma zrozumienia nawet genomu, podstawowego pojęcia genetyki, gdyż jest on horrendalnie złożony.

Drugim był Zespół Inżynierii Genetycznej, zwany w skrócie Inż-Gen, zrzeszający specjalistów bezpośrednio uczestniczących w tworzeniu żywego organizmu, przede wszystkim chirurgów, weterynarzy, anestezjologów oraz innych specjalistów z zakresu genetyki.

Pod presją żądań specjalistów Niotse zmieniła program zebrania. Potwierdzenie nazwy „Obiekt” jako oznaczenia przedmiotu działania Laboratorium okazało się zabawą w porównaniu z próbą zdefiniowania konioczłowieka. Dyskusja okazała się katorgą, istnym polem minowym, gdzie nie sposób wytyczyć drogi nie ryzykując eksplozją: solidną awanturą, a nawet rękoczynami.

Już na początku pojawiło się tyle nazw i definicji Obiektu, że można było doznać bólu głowy: bastard, centaur, hybryda, mieszaniec, półkoń, półczłowiek, w końcu konioczłowiek i człowiekoń, jakkolwiek dziwnie to brzmiało. Bastard był najbardziej trafnym i używanym terminem, ale go odrzucono z uwagi na negatywny wydźwięk słowa. Odrzucenie wynikło z inicjatywy lingwistów, którzy dołączyli do zespołu matematyczno-informatycznego. W sumie pojawiło się pięć nazw o różnej wadze i znaczeniu. Trzeba to było uporządkować i wybrać jedną, najbardziej odpowiadającą potrzebom.

Droga okazała się ciernista i bolesna. Następnego dnia pięciu uczestników dyskusji, głównie kobiety, zgłosiło się do lekarza pokazując ślady głębokich ukłuć i zadrapań na twarzy i rękach. Twierdzili oni, że zranienia nastąpiły w czasie dyskusji, a konkretnie w trakcie wymiany argumentów w postaci inwektyw i oskarżeń o niedorozwój umysłowy. Po zaopatrzeniu poszkodowanych w środki farmakologiczne, lekarz skierował ich do psychologa.

Wytłumaczenie nietypowych urazów ciała nie nastręczyło mu problemu. Były one porównywalne do oparzelin w trakcie seansu hipnotycznego, kiedy hipnotyzer dotykał osoby w hipnozie lodem twierdząc, że dotyka rozgrzanym prętem metalowym.

– To efekt psychozy, jakiej ulegliście, kiedy deptano waszą godność i poczucie wartości. – Po wyjaśnieniu przyczyn urazów, psycholog skontaktował się z zarządem, aby przedstawić swoje obserwacje.

*****

Do dyskusji włączyli się językoznawcy. Od razu zaczęli wybrzydzać, krytykując i przestrzegając przed niebezpieczeństwami. Określenie „człowiekoń” nie brzmiało im dostatecznie dobrze, określenia półkoń i półczłowiek uznali za niejednoznaczne.

– Jeśli mówimy półkoń, to nic to nie mówi o drugiej połowie, z pewnością nie sygnalizuje, że druga połowa to człowiek. Podobnie jest z półczłowiekiem, dlatego proponujemy odrzucić obydwie nazwy jako niewłaściwe.

W argumentacji językoznawców było wiele racji. Pewne nazwy Obiektu były zbyt długie, inne nieporęczne, jeszcze inne niedostatecznie określały nowy organizm lub istotę sprawy, zbyt mocno tkwiły w tradycji anarchizmu ignorując język ochrony przyrody i tradycję narodową. Przeciwnicy uznali językoznawców za purystów językowych, co tylko wprowadzają zamieszanie.

Spór rozsądził Niedźwiedź, włażąc brutalnie z buciorami między dyskutantów:

– Ambitni puryści! Chyba wam się we łbie przewróciło! Zabijacie rozsądne inicjatywy i zabieracie nam cenny czas. Nic nie wymyślacie, tylko krytykujecie. Żądacie definicji, które nie istnieją: jasnych i jednoznacznych, niebudzących wątpliwości klasyfikacji i opisu. Żyjecie w świecie urojonym, w krainie mrzonek. Definicja musi być prosta i dosadna, powiedziałbym z jajami. To wszystko, czego możemy od niej oczekiwać.

Wypowiedź Niedźwiedzia nagrodzono rzęsistymi oklaskami. Puryści przestali stawiać opór. Zebrani szybko ustalili słownictwo, terminologię i opisy niezbędne dla stworzenia Obiektu.

*****

Czekając na przybycie Niotse, mającej przewodniczyć zebraniu, laboranci nudzili się. Sposobność tę postanowił wykorzystać Taksy uznając, że jego wiedza i doświadczenie mogą okazać się pomocne w procesie tworzenia konioczłowieka. Jego propozycja została szybko przyjęta. Zaczął od poglądu, jak w zawodzie taksydermisty podchodzi się do wypychania zwierzęcia.

– Zamiast mumifikować zwierzę, lepiej zachować je w idealnej postaci, jak żywy okaz. Wypchane zwierzę odtwarza wtedy model rzeczywisty.

Taksy miał swoje osiągnięcia i historię. Uzyskał drugie miejsce w krajowym konkursie preparowania łba konia gatunku Appalachy. Do Laboratorium trafił jako jeden z kilkudziesięciu specjalistów, mających realizować gigantyczne zadanie stworzenia konioczłowieka. Zgodnie z praktyką Laboratorium taksydermiście nadano od razu poręczną i łatwą do zapamiętania ksywę Taksy.

Wszyscy mieli skrócone imiona i nazwiska, najczęściej zastępowały je jednak pseudonimy. Używanie skrótów wynikało z potrzeby konspiracji i łatwiejszej komunikacji. Konspirację intensywnie propagował Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa.

– Jak cię zwał, tak cię zwał, w każdym bądź razie nikt nie ma prawa znać twojego imienia, nazwiska, daty urodzenia ani innych danych osobowych. Tajemnica u mnie stoi na najwyższym miejscu, zanim stanie tam żywa istota, nad którą pracujecie. Aaron powtarzał to tymi samymi słowami tak często, że ludziom chciało się wymiotować od jego perswazji.

– Jak preparujemy zwierzę, aby zachować je w idealnej formie? – Taksy zaczął od pytania.

Na początku słuchali go znudzeni, bez większej uwagi, po chwili jednak uznali, że to co mówi ma swoje piękno i swoją logikę i jest to dla nich coś nowego i wzbogacającego. Taksydermia wymagała znajomości anatomii, autopsji, rzeźbienia, malarstwa oraz garbowania, krótko mówiąc reprezentowała ład i porządek. Taksy podawał kolejne kroki: zdjęcie skóry z martwego zwierzęcia, następnie jej wyprawienie, aby zachować jak najwięcej naturalnych właściwości, potem przygotowanie manekina, czyli formy, następnie dopasowanie skóry do manekina, naciągnięcie skóry i wykończenie zwierzęcia. Do tworzenia manekina służyły różne ramy i wypełniacze lub wzmocniona drutem glina, którą obudowywało się podstawową ramę. Potem trzeba było zrobić odlew z włókna szklanego lub żywicy poliuretanowej, ponieważ konstrukcja musiała być lekka a zarazem mocna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 132: Strach przed nieznanym

Dla szybszej realizacji celu, produkcji hybrydy człowieka i konia, Laboratorium przyśpieszyło badania genetyczne ssaków, zbierało informacje i analizowało najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie, szkoliło personel, prowadziło symulacje i opracowywało modele teoretyczne oraz przygotowywało procedury operacyjne. Trzy różne firmy pod jednym adresem połączone ze sobą nićmi tajemnych powiązań rozkładały ryzyko. Pracownicy nazywali tę konfigurację totalną zmyłką, maskaradą, parawanem, mydleniem oczu, przykrywką i grą pozorów. Była to jedna wielka mistyfikacja, skomplikowana fasada, za którą czasami sami się gubili. Dla osób z zewnątrz była to jednak bariera nie do pokonania.

– Taką mamy nadzieję. – Podsumowała to lapidarnie Niotse.

Zespół Matematyczno-Informatyczny określił prawdopodobieństwo poważnego zewnętrznego zagrożenia firmy na poziomie poniżej jednego procenta.

*****

Decyzją zarządu kolejna narada pracownicza była mniej liczna. Zrezygnowano z pracowników pomocniczych, których intelektualny wkład do dyskusji był znikomy.

Pośrodku sali stał wielki stół, a wokół niego mniejsze okrągłe stoliki przeznaczone do dyskusji panelowych, konkretnych jak deska do prasowania. Narady prowadzono metodą odśrodkową. Przy stole centralnym dyskutowano sprawy najbardziej ogólne, strategiczne i filozoficzne. Okazało się, że inaczej nie można, że nie ma sensu mówić konkretnie, kto, co, jak, gdzie i kiedy będzie robić, jeśli nie wiadomo, jaki jest ogólny kontekst zdarzeń.

Kiedy pracownicy wzięli się solidnie za bary z zagadnieniami i odbyli pierwsze dyskusje panelowe, zdali sobie sprawę, jak ogromne było to przedsięwzięcie i jak bardzo byli nieprzygotowani. Zbierając się po raz trzeci, uznali, że są bandą szaleńców, porywającą się z motyką na słońce. Zadanie ich przeraziło, a jeszcze bardziej konsekwencje tego, co zamierzali zrobić.

– Co my właściwie chcemy stworzyć? – Zadawali sobie pytanie mimo pewności celu utrwalonej wcześniej jak beton w pamięci. Niektórzy nagle zobaczyli Laboratorium na etapie myślenia o świecie, który miał wyłonić się z wszechwładnego chaosu. Nie był to tylko temat filozoficzny, religijny czy moralny, z zakresu ochrony przyrody czy biologii. Był to okres przełomowy, wiary i załamania.

– Kim jesteśmy? – pytali niepewnie, a zarazem buńczucznie. – Zespołem specjalistów inżynierii genetycznej? Zbawicielami świata przyrody, ludzi i koni? Rewolucjonistami przywracającymi równowagę biologiczną planety? Czy nie przekraczamy granic etyki, nie mówiąc o normalności?

Nagle zobaczyli siebie w roli Boga. To ich przeraziło. Nawet gnostycy i bezbożnicy uznali, że jest wyzwanie cywilizacyjne.

– Co na to Stwórca? – Pytanie rzucił Klecha, pogrobowiec przyzwoitych księży ekskomunikowany przez Kościół Hierarchiczny. Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Strumień pytań i wątpliwości ukróciła Niotse. 

– Przestańcie zajmować się głupotami. Jesteśmy w konspiracji i podjęliśmy się tego projektu. Musimy uczyć się wszystkiego od początku, co znaczy, że będziemy popełniać błędy. Jesteśmy na to skazani. Kto chce zmienić sytuację na lepszą, bo ani rząd, ani Bóg, tego nie zrobią, musi porwać się z motyką na słońce. Nie martwmy się więc niepotrzebnie. Posuwamy się do przodu wbrew przeszkodom i naszym własnym niekompetencjom.

– Co my właściwie robimy? – Powtarzając to pytanie Niedźwiedź wystąpił w roli adwokata diabła. Uzgodnił ją z Niotse. Polegała ona na sianiu fermentu, aby wydobyć z pracowników najbardziej twórcze pomysły. O ile wcześniej, kiedy patrzyli na jego bujną czuprynę i pulchne ciało, Niedźwiedź wydał im się ciepły i puszysty, to teraz poraził ich kudłami czarnych włosów i ciężkim gardłowym głosem. Dopiero teraz zauważyli, że włosy na jego wielkiej głowie są tłuste i skołtunione, jakby wyczołgał się z obskurnego legowiska zbudzony ze snu zimowego, głodny i szukający ofiary na pożarcie.

Nina bardziej wyczuła niż zauważyła, że laboranci demonizują Niedźwiedzia, składając na jego barki ciężar niepewności. Musiała zareagować.

– Rozładujmy to niepotrzebne napięcie, zrzućmy z siebie ten ciężar. Powiedzmy sobie szczerze, o co chodzi. Mówcie, co leży wam na sercu.

Było to mistrzowskie pociągnięcie. Kilku zdaniami wyzwoliła laborantów. Krzyczeli z kilku stron na raz.

– Tworzymy potwora, gatunek, który nie istnieje! Zastępujemy pana Boga!

– Nie! Nie Boga, ale przyrodę. Tak uważam, bo jestem niewierzący.

– Jedziemy jak walec po dotychczasowej ewolucji gatunków! Budujemy megatonową bombę atomową z zapłonem o nieznanej konstrukcji!

– Co jest straszne!? – zapytała Nina niedowierzająco. W ręku trzymała mikrofon, aby przebić się przez zgiełk. Stanęła przy mównicy, tuż obok stołu prezydialnego, za którym wciąż siedział zgarbiony staruszek w garniturze, dwóch nieznanych osobników w starszym wieku oraz matrona cała w koronkach przypominająca zdegradowaną królową. Był to zarząd dawnego Laboratorium, zagubiony w dynamicznym środowisku organizacji.

– Co jest straszne? -– powtórzyła Nina. Czy sam konioczłowiek, którego stworzymy, czy też konsekwencje jego stworzenia? Przewodnicząca zdecydowała się na konfrontację. Instynktownie czuła, że jest to najlepsza metoda przeciwstawienia się niepewności pracowników.

Nastąpiła cisza. Wystąpienie przewodniczącej, znanej z opanowania i gotowości do kompromisu, zaskoczyła audytorium. Po ochłonięciu, reakcją sali były pytania padające ze wszystkich stron. Pytali hodowcy, genetycy, psychologowie i behawioryści koni, dla których zachowanie się hybrydy było największym wyzwaniem.

– Chodzi o długofalowe skutki pojawienia się konioczłowieka w Nomadii. Ludzie i konie przyzwyczają się do widoku konioczłowieka, ale co potem? Jak będzie się on zachowywać? Czy nie rozwalali nas wszystkich? A jego potomstwo? Czy nie stanie się zabójczą konkurencją i dla konia i dla człowieka? Wchodzimy w ślepy tunel, nie wiedząc, co nas tam czeka!