Goryl. Opowiadanie.

Odc. 1

W nocy padał intensywny deszcz. Prezes partii Jeden Naród, Anastazy Czuryłło, obudził się i słyszał, jak na balkonie krople uderzają o metalową balustradę tworząc nieprzerwany, uspokajający szum. Chwilę potem usłyszał kroki na balkonie, miał wrażenie, jakby ktoś się skradał. Wiedział, że jest to niemożliwe. Chwilę później zasnął.

– Spotka mnie jakaś niespodzianka. Ten deszcz… – Zaczął rano przy śniadaniu. Żona nie podjęła tematu, szybko zapomniał o wszystkim. Miał wiele spraw na głowie. Martwił się, partia traciła popularność, pokazywały to sondaże.

Rano do siedziby partii przy ulicy Dostojewskiej 12 zgłosił się mężczyzna. Wszedł niezauważony, choć w pomieszczeniu były dwie osoby; sekretarka prezesa, Maria Bor, i jego osobisty asystent, Jan Kantar. Mężczyzna podszedł do biurka sekretarki miękkimi, skradającymi się krokami, zatrzymał i spokojnym, gardłowym głosem wyraził swoje życzenie.

– Chcę zapisać się do partii Jeden Naród. Słyszałem o niej wiele dobrego. Czy mogę prosić o formularz członkowski? Chciałbym go wypełnić i od razu złożyć.

Nieoczekiwane wejście i nagły nieznajomy głos z dziwnym akcentem wystraszyły sekretarkę. Zaskoczona podniosła głowę i ogarnęła mężczyznę niepewnym spojrzeniem. Był średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała. Jego policzki pokrywał intensywny cień czarnego zarostu, szczyt głowy zdobiła czupryna sztywnych włosów. Miał ciemniejszą karnację twarzy; jego uniesione do góry prawie zrośnięte ze sobą krzaczaste brwi wyrażały zdziwienie. Nietypową twarz uzupełniały szeroki nos i wydłużone usta.

Obraz natychmiast skojarzył jej się z tatuażem „Niebieska twarz goryla”, którego wielką reklamę widziała w oknie wystawowym studio tatuaży Rebeka.  Od razu pomyślała o mężczyźnie „Goryl”. Poczuła się nieprzyjemnie.

– Czy mogę prosić o imię i nazwisko? – Pytanie nie było konieczne; za chwilę i tak miałaby formularz z wszystkim danymi osobowymi. Uczyniła to odruchowo, jakby ze strachu, na wszelki wypadek. Po chwili refleksji zrobiło jej się przykro, poczuła się nieswojo, że skojarzyła sobie zwykłego człowieka z małpą. Cała sytuacja wyprowadziła ją z równowagi. Ręce jej drżały, kiedy sięgała po formularz.

– Adrian Eze. Mogę podać pani od razu datę i miejsce urodzenia oraz adres zamieszkania i numer paszportu. Imię Adrian wymówił w miękki nietypowy sposób.

Widząc zaskoczenie w oczach sekretarki, mężczyzna wyjaśnił:

– Jestem obcokrajowcem ale mam już przyrzeczenie obywatelstwa. Moim ojcem jest Anglik urodzony w Nigerii, a matka Polką urodzoną we Francji. – Eze rozgadał się. Kontynuował, widząc zainteresowanie w oczach sekretarki. – Chcę się zapisać do partii, ponieważ zawsze byłem aktywny społecznie. O partii Jeden Naród słyszałem wiele dobrego – powtórzył frazę użytą na początku spotkania. – Wiem jakie wartości reprezentuje, jakie ma cele. Wczoraj wszedłem na stronę internetową i przeczytałem statut, bo wiem, że będę musiał podpisać oświadczenie o jego przestrzeganiu.

Sekretarkę ujął rzeczowy ton petenta; uspokoiła się, pozostając ciągle pod wrażeniem podobieństwa twarzy do reklamy z okna wystawowego.

– Dziękuję. Nie potrzeba. Pańskie dane spiszę za chwilę z formularza.

Eze wypełnił formularz, podpisał oświadczenie o przestrzeganiu statutu i oddał obydwa dokumenty sekretarce, po czym wyszedł z pokoju zabierając po drodze ze stojaka folder reklamowy partii. Maria odetchnęła z ulgą i zapytała kolegę siedzącego przy sąsiednim biurku, co sądzi o kandydacie. Adam, asystent prezesa, odniósł podobne wrażenie.

– On jest rzeczywiście podobny do goryla.

Podekscytowani rozmawiali o zdarzeniu kilka minut. Swoimi obserwacjami podzielili się w czasie lunchu z przyjaciółmi pokazując im zdjęcie Eze przyczepione spinaczem do deklaracji członkowskiej.

Zanim podanie Adriana Eze zostało rozpatrzone, w siedzibie Jednego Narodu wszyscy wiedzieli o nowym kandydacie. Mimo, że w partii obowiązywała zasada niedyskryminowania ludzi ze względu na wygląd, pochodzenie, religię czy rasę, ksywa „Goryl” przylgnęła do niego i natychmiast weszła do obiegu partyjnego.

Wywiad z kandydatem odbył się dziesięć dni później. W chwili jego przybycia, w gabinecie prezesa obecny był on sam i komisja kwalifikacyjna. Jej przewodniczący i dwóch członków stawili się z obowiązku, pozostała dwójka, kobieta i mężczyzna, przybyli z ciekawości. Zwyczajem partii było angażowanie większej ilości osób w ocenie nowych członków. Prezes przypominał na naradach, że ocena kandydata jest wtedy pewniejsza i bardziej wyważona. Rozmowa prowadzona przed przybyciem Eze dotyczyła potrzeby pilnego naboru nowych członków partii.

– To zmusza nas do przyjmowania także obcokrajowców coraz liczniej osiedlających się w naszym kraju. Nie możemy tego uniknąć. To konieczność. Oni są zresztą bardzo pomocni. Chcą się wykazać i nie boją się żadnej pracy. Łatwo podporządkowują się zasadom organizacji – argumentował przewodniczący komisji kwalifikacyjnej.

Dyskusja podzieliła zebranych. Część uczestników była przeciwna lub co najmniej niechętna obcokrajowcom, osobom reprezentującym inną kulturę czy religię. Niechętny był im także prezes partii; męczyła go ich odmienność, wiara, wygląd, sposób zachowania, nieznajomość tradycji i zwyczajów lokalnych, nie mówiąc o języku.

W chwili wejścia Eze do pokoju, rozmowy ucichły. Prezes wstał z fotela, obszedł biurko i podał mu rękę. Poczuł zaskakująco mocny uścisk dłoni.

Komisja kwalifikacyjna już wcześniej przeprowadziła wywiad środowiskowy, zebrała informacje o kandydacie i postanowiła udzielić mu rekomendacji.

– Mimo jego społecznej i kulturowej odmienności – wyjaśnił przewodniczący komisji. – Ten człowiek cieszy się dobrymi opiniami, jest życzliwy, pracowity, spokojny. Nie widzę przeciwskazań. Za jego przyjęciem przemawiają także potrzeby chwili. Zbliżają się wybory, potrzeba nam ludzi do pracy. On będzie dla nas bardzo użyteczny. Musimy pogodzić się z tym, że wygląda inaczej i pamiętać, aby nie powiedzieć przy nim Goryl. Wszyscy tak go nazywają. Nic na to nie poradzę – uzupełnił usprawiedliwiająco, schylając głowę, aby ukryć skrzywienie warg.

Odc. 2

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej z kandydatem pierwsze pytanie zadał prezes Czuryłło. Pytał o to, co było dla niego najważniejsze.

– Czym chciałby się pan zajmować, panie Adrianie, w naszej partii? Czy ma pan jakieś doświadczenia zawodowe, które mógłby pan wykorzystać?

– Chętnie zajmuję się rozwieszaniem afiszów, plakatów i transparentów. Zawsze dobrze mi to szło. Umieszczam je wysoko, na słupach, drzewach i budynkach tak, że nie sposób jest je zerwać, zniszczyć lub uszkodzić, na przykład spryskując je sprejem. Roznosiłem także ulotki, a nawet organizowałem niektóre spotkania i wiece. Nie te najważniejsze oczywiście. Bardzo to lubię. Ja, jak się w coś angażuję, to robię to z pełnym sercem.

Słuchając go prezes myślał, że opatrzność zsyła mu człowieka idealnego do wykonywania pewnych prac w okresie kampanii wyborczych, które tylko nieliczni ludzie potrafią dobrze wykonać.

– Byłem gimnastykiem i pracowałem w cyrku. W takich sytuacjach nabywa się umiejętności użytecznych potem w życiu.

Mocowanie czy zakładanie czegokolwiek na większej wysokości idzie mi bardzo sprawnie – kontynuował Goryl. – Nie boję się pracy na wysokości. Robiłem wiele takich rzeczy jako wolontariusz pracując dla różnych organizacji. Raz także dla partii politycznej. Podobała im się moja robota, ale nie chcieli mnie przyjąć na członka.

Wyznanie Goryla zaniepokoiło prezesa.

– Dlaczego nie chcieli?

– Sam nie wiem dlaczego. Nigdy mi tego nie wyjaśnili. Powiedzieli tylko, że poradzą sobie sami, że już mają ludzi sprawdzonych w takich sprawach.

Goryl popatrzył na rozmówców jakby czekając na pocieszenie, że nie potraktowano go przyzwoicie. Widząc tylko wpatrzone w siebie oczy, kontynuował. Starał się pokazać z jak najlepszej strony.

– Jestem człowiekiem ciekawym, jak świat się kręci, i potrafię także zdobywać informacje o ludziach. Dla każdej partii jest ważne, aby jak najlepiej przygotować swoich kandydatów do dyskusji. Im więcej wiedzą o swoich konkurentach, tym lepiej. Mam w tym sporo wprawy, umiem zrobić to dyskretnie – Goryl rozkręcił się, mówił bez skrępowania, nazywając rzeczy po imieniu.

– Dlaczego wybrał pan nas a nie inną partię? – prezesa Czuryłło ogarnął nagły niepokój, czy siedzący przed nim człowiek nie jest przypadkiem wtyczką którejś z partii konkurencyjnych. W grę wchodziło zaufanie.

– Odpowiadają mi wartości, jakie reprezentuje Jeden Naród. Wolność, równość, braterstwo. To hasła rewolucji francuskiej, ale ja w nie wierzę, choć niektóre partie polityczne i organizacje już dawno o nich zapomniały. Dla nich ważniejszy jest postęp techniczny, szybki rozwój gospodarki czy liberalizacja handlu.

– Czym zajmował się pan konkretnie w czasie kampanii wyborczych? – Inni uczestnicy także mieli pytania.

Goryl rozgadał się na temat zadań wykonywanych w Nigerii w okresie wyborów burmistrza Ibadanu.

– Jeździłem wtedy wypożyczonym samochodem, obserwowałem wiece polityczne, robiłem zdjęcia i nagrywałem rozmowy. Inaczej nie mogłem, bo niektórzy ludzie boją się mnie. Tego nie rozumiem, ponieważ nikomu krzywdy nie zrobiłem. To nie leży w moim charakterze. Wyglądam trochę inaczej niż inni, ale nic na to nie poradzę. Taki się urodziłem.

Prezes Czuryłło powoli przekonywał się do niezwykłego kandydata mimo zakorzenionej niechęci do obcokrajowców. .

Po zakończeniu wywiadu na prośbę prezesa w gabinecie pozostał tylko przewodniczący komisji kwalifikacyjnej. Siedział na krześle ze wzrokiem utkwionym w ścianę i czekał. Nie chciał pierwszy zabierać głosu. Prezes dłuższy czas patrzył przez okno, zbierając myśli.

– Nie wydaje ci się, że Goryl, znaczy się Eze, to dobry nabytek dla nas? Zupełnie nietypowy obcokrajowiec, trochę taki dziwny. Goryl. Ta nazwa pasuje do niego jak ulał. Oczywiście ja tak nie myślę, mimo że – jak dobrze wiesz – ni lubię obcych. Mam tylko jedną wątpliwość. On chyba nie jest zbyt inteligentny, bo zawsze mówi otwarcie to, co myśli. Takie miałem wrażenie. A może to dobra cecha? My jesteśmy rozważniejsi, bardziej wyważeni, liczymy się ze słowami. To znaczy … my tutaj, kierownictwo partii, jesteśmy szczerzy ze sobą. Bez tego nie moglibyśmy w ogóle działać. Wracając do Goryla, jestem prawie przekonany, że będzie dla nas bardzo użyteczny, Myślę, że wykorzystamy go w pełni.

Prezes miał na języku jeszcze słowa „Jest idealny do specjalnych poruczeń”, postanowił jednak zachować tę myśl dla siebie. Miał już w głowie pewien plan.

Odc. 3

Nie mając jeszcze stałej pracy, miał ją podjąć dopiero za dwa miesiące, Adrian Eze zaoferował swój czas i energię partii. Prezesowi Czuryłło bardzo to odpowiadało. Zaczął od drobnych spraw. Dawał mu różne zlecenia, przeważnie prace organizacyjne i administracyjne. W sekretariacie dostawiono dla niego dodatkowe biurko.

Bezpośredni kontakt umożliwiał prezesowi obserwację. Goryl bez wahania wykonywał wszystkie zlecenia. Nie było po nim widać, że ma jakieś preferencje, nad czymś się zastanawia lub się waha. Był chętny do pracy bardziej niż inni członkowie partii. Każdy z nich miał jakieś oczekiwania; wychodziły one na jaw prędzej czy później.

Któregoś dnia prezes przywiózł ze sobą psa, czarnego teriera manchesterskiego, o imieniu Nero. Po pracy miał jechać z nim do szczepienia. Goryl natychmiast zaopiekował się zwierzęciem, wyprowadził je na spacer do pobliskiego parku i bawił się z nim dłuższy czas rzucając mu patyk do aportowania. Widać było, że bardzo lubi psy i to z wzajemnością. Prezes zauważył to, jak tylko Goryl wrócił z pupilem po zakończonym spacerze.

Wkrótce Goryl zaczął otrzymywać poważniejsze zlecenia. Otrzymywał je od samego prezesa, wyłącznie w formie bezpośrednich ustnych instrukcji, nigdy telefonicznie. Potem obydwaj omawiali szczegóły, jeśli zleceniobiorca miał jakieś pytania.

Zlecenia pisemne były bardzo rzadkie. Dotyczyły z zasady spraw bardziej zawiłych, z większą ilością szczegółów, wymagających zbierania danych lub opinii, lub sporządzenia analizy statystycznej. Zleceń pisemnych udzielał mu Kantar, osobisty asystent prezesa, w jego imieniu. Wyglądały zawsze tak samo: drukowane na jednej kartce cienkiego papieru, bez oznaczeń i podpisów. Asystent przywoził je rano ze sobą. Były drukowane poza siedzibą partii na drukarce, o której – z wyjątkiem prezesa i jego asystenta – nikt nie miał pojęcia, że w ogóle istnieje. Kantar kupił ją na pchlim targu, w innym mieście, kilka lat wcześniej.

– Nawet gdyby taka instrukcja wpadła komuś w ręce, ich autorstwa nie będzie można nikomu przypisać. Polityka to delikatna materia. Łatwo jest być posądzonym o niewłaściwe postępowanie – tłumaczył Kantar. Przekazując dokument prosił Goryla, aby po zapoznaniu się z treścią, zapamiętał to, co konieczne, a papier podarł na kawałeczki, wrzucił do sedesu i spuścił wodę.

– Ewentualnie możesz spalić papier, aby nie pozostawiać śladów.

W trakcie kolejnej rozmowy w cztery oczy z prezesem, Goryl przyznał się, że doskonale wie, jak go nazywają poza jego plecami.

– Taka jest prawda. Już się do tego przyzwyczaiłem i chyba już mi to nie przeszkadza. Mam szacunek dla ludzi i dla zwierząt, może nawet większy dla zwierząt niż dla ludzi. Wychowałem się w Nigerii, częściowo w dżungli, na terenach gdzie zwierzęta żyją na wolności. Znam ich zwyczaje równie dobrze jak zwyczaje ludzi. Obowiązuje tam prawda, bez względu na to, jak jest okrutna. Ludzie tutaj mają wypaczone pojęcie dżungli, jako czegoś podstępnego, najeżonego pułapkami i oszustwem.

Prezesowi ten fragment rozmowy zapadł w pamięć. Zdziwiło go, ze nieskomplikowany z natury człowiek snuje tak filozoficzne rozważania. Przypominało to zagadkę.

Każde otrzymane zadanie Goryl realizował z jednakowym wigorem i skrupulatnością bez względu na jego skalę, rangę czy znaczenie.

Zastanawiając się nad pracą Goryla, prezesowi mimowolnie nasuwały się dziwne porównania. Pozwalał sobie na nie tylko w obecności asystenta.

– On jest jak dziecko, bawiące się klockami, a zarazem chirurg prowadzący skomplikowaną operację. Obydwaj traktują każdy szczegół z identyczną uwagą, wszystko jest dla nich ważne; dla jednego sposób położenia klocka, dla drugiego precyzyjny ruch skalpela.

Wyniki swoich działań Goryl przedstawiał wyłącznie prezesowi lub jego asystentowi. Nikt poza nimi nie wiedział, że to on jest autorem zdarzeń, które potem wszyscy komentowali. Rzetelność realizacji zadań, wytrwałość i dyskrecja zyskały Gorylowi szacunek prezesa. Goryl stał się dla niego czymś w rodzaju niewidzialnej ręki, ideału pracownika partii, która jak każda inna organizacja podejmuje działania wymagające dokładności, skuteczności i dyskrecji.

– On to naprawdę lubi. Sprawia mu to autentyczną przyjemność. To jest jego życie. – Zadania stawiane mu przez partię poruszają jakąś ukrytą strunę jego osobowości, stanowią wyzwania, w których się spełnia. Przypomina to zdobywanie najwyższego szczytu w Tybecie w warunkach zimowych. – Tłumaczył prezesowi psycholog społeczny, jego dobry znajomy, z którego porad korzystał regularnie od czasu powierzenia Gorylowi pierwszego poważniejszego zlecenia. Chodziło mu o solidne zrozumienie motywacji, postępowania i reakcji członka partii wyraźnie odstającego od przeciętności.

Odc. 4

Z czasem partia powierzała Gorylowi coraz bardziej wymagające i ryzykowne zadania. Dwa razy zakłócił wiec opozycji, raz eksplodując petardę, drugi raz rzucając jajkiem w prowadzącego.

Był niewidzialny, działał jakby poza ludzkimi oczami i kamerami. Potrafił skutecznie zakłócić spotkanie. Jego szczególną umiejętnością było wydawanie z ukrycia przerażającego skowytu, kompletnie wyprowadzającego ludzi z równowagi. Nikt nigdy nie odkrył ich autora. Zdobywał też poufne informacje dotyczące przeciwników politycznych Jednego Narodu. Wiązało się to z niezwykłą łatwością poruszania się w każdych warunkach, wchodzenia do budynków i pomieszczeń, przemykania się bez zwracania na siebie uwagi. Asystent osobisty prezesa skomentował to lapidarnie:

– On naprawdę zasługuje na miano Goryla, ponieważ robi to z autentycznie małpią zręcznością.

Reporterzy i dziennikarze, jeśli nie bali się Adriana Eze, to z pewnością czuli przed nim respekt i nie lubili go. Zaskakiwał ich nieprzyjemnie na spotkaniach organizowanych przez Jeden Naród.

– On jest nieobliczalny. Musisz się przed nim pilnować – ostrzegali się nawzajem. I nie bez przyczyny, ponieważ potrafił nagłym, nieoczekiwanym ruchem ręki a nawet głowy wybić z dłoni aparat fotograficzny lub dyktafon w taki sposób, że wyglądało to na niezręczność. Nie można było go o nic oskarżyć; on sam nie sprzeciwiał się i nie protestował, kiedy mu to wytykano. Wręcz przeciwnie, przepraszał za niezręczność.

Media nie komentowały jego niezwykłych umiejętności, bojąc się oskarżeń o naruszenie ludzkiej godności. Natychmiast zarzucono by im dyskryminację, ponieważ część społeczeństwa przyznała Eze specjalne prawa uznając go za osobę poszkodowaną przez los.

Prezes Czuryłło podejrzewał, że niezwykła zręczność Goryla wynika z dwoistości jego natury, połączenia cech ludzkich i zwierzęcych. W końcu sam uwierzył, że Goryl ma w sobie także geny zwierzęce. Dzielił się tym poglądem niechętnie, wyłącznie z zaufanymi osobami z kierownictwa. Od pewnego czasu traktował Goryla jako kogoś wyjątkowego. Czasem bał się nawet mówić o nim, obawiając się wyjść na głupka, ośmieszyć siebie i partię, że głosi poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

– Mówiąc to czuję się tak, jakbym twierdził, że ziemia jest płaska, kiedy wszyscy są pewni, że jest okrągła.

– Panu prezesowi chodzi o coś znacznie poważniejszego niż dyskusja o kształcie naszej planety – takim i podobnymi komentarzami asystent prezesa usiłował wzmocnić przekaz swojego szefa.

Myśl o nieprzeciętnych cechach Goryla tak bardzo prześladowała prezesa, że zlecił potajemne zbadanie próbki śliny Goryla pozostałej na jego chusteczce higienicznej wyrzuconej do kosza. Badania genetyczne wykluczyły podejrzenia sugerujące związki Adriana Eze ze światem zwierzęcym.

Niezależnie od negatywnych wyników badania, prezes Czuryłło miał coraz więcej obaw. W postępowaniu podopiecznego dostrzegł pewną nieobliczalność; Goryl nigdy nie zastanawiał się nad powierzanymi mu zadaniami; wszystkie bez zastrzeżeń akceptował i realizował, nawet jeśli stały one na pograniczu prawa. Prezes myślał o tym z coraz większym niepokojem.

– Abstrahując od korzyści, jakie osiągamy z jego działań, Adrian stanowi dla nas coraz poważniejsze zagrożenie. On zachowuje się jak dziecko, jest naturalny, otwarty i szczery. Mam wrażenie, że po prostu nie umie kłamać. Jeśli dotychczas nie ujawniono niektórych naszych działań to tylko dlatego, że wszystko mu się dotychczas udawało. W końcu jednak się potknie. To jest nieuniknione, bo nikt nie jest nieomylny. Wtedy sprawa wyjdzie na jaw, pojawi się w mediach, może nawet trafić na wokandę sądową. Zostaniemy oskarżeni, znajdziemy się pod obstrzałem. Czy możemy być pewni, że Adrian pod presją nie obciąży nas wówczas, mówiąc szczerze, co się stało? Czy on potrafi powiedzieć „nic nie wiem w tej sprawie” albo „nie mam tu nic do powiedzenia”, albo „nie wiem, o co chodzi”, inaczej mówiąc zaprzeczyć samemu sobie, swojej naturze? Czy w ostrej konfrontacji, na przykład w sądzie, nie wyzna wszystkiego, co wie?

Odc. 5

Po zwycięskich wyborach parlamentarnych, w których Eze miał znaczący choć milczący udział, zwolniono go z partii. Zaskoczyło to wszystkich. Decyzje podjął osobiście prezes Czuryłło. Konsultował ją tylko z dwoma najbliższymi współpracownikami, swoim zastępcą oraz asystentem osobistym. Aby upewnić się co do słuszności jego decyzji, wspólnie ocenili działania i charakter Goryla. Podsumowanie w ustach prezesa zabrzmiało jak uzasadnienie wyroku sądowego.

oryl zyskał sławę, nie da się tego ukryć, jako utalentowany i oddany członek naszej partii. Ludzie z zewnątrz też to wiedzą. Nie są ślepi i widzą, jak sprawy wyglądają. Też nazywają go Gorylem, czasem także Małpą, czego osobiście nie akceptuję ani nie pochwalam, co jednak mogę zrozumieć. To, co jest najgorsze, sam zrozumiałem to bardzo późno, to fakt, że on nie umie kłamać. Gdyby ktoś sprytnie go podszedł, gdyby przyciśnięto go do muru, nie umiałby zaprzeczyć, skłamać, co u nas robił i nadal robi. Człowiek nie umiejący kłamać, dla wielu ideał etyczny, dla partii politycznej jest niebezpieczny. Powiem szczerze, bardzo niebezpieczny. Dlatego musiał odejść z partii. Teraz najważniejszą kwestią jest, jak to zakomunikować, aby ta decyzja była zrozumiała dla innych członków partii. Musimy to jakoś wytłumaczyć i wy musicie mi pomóc w stworzeniu przekonania, że była to słuszna decyzji. Po co nam członek partii, którego niewzruszona etyka naraża nas na poważne niebezpieczeństwo?

W rozmowie w cztery oczy z Adrianem Eze, prezes przedstawił swoją decyzję jako decyzję kierownictwa podyktowaną interesem całej partii.

– Mimo niewątpliwych zasług dla Jednego Narodu, nie jesteś dobrze widziany przez większość naszych członków. Nie lubią cię, unikają kontaktów z tobą, są ci niechętni. Mają jakieś powody, których nie rozumiem, bo nie chcą o nich mówić, To wprowadza ferment w nasze szeregi. Dlatego musimy się rozstać. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.

Eze nie rozumiał decyzji partii. Zajęło mu trochę czasu, zanim pogodził się z nią. Po decydującym spotkaniu z prezesem, rozmawiał jeszcze raz z nim samym i z jego asystentem. Obydwaj prosili go, aby nie dzielił się treścią rozmowy z innymi osobami.

Rozżalony na los Adrian zaglądał częściej do knajpy „Hot Africa”. Siedzącego samotnie w kącie przy stoliku wypatrzył Zeno Treska, kolega partyjny. Poznali się współpracując przy dwóch projektach. Treska polubił Adriana ze wszystkimi jego zaletami i słabościami. Nie przeszkadzała mu inność fizyczna i kulturowa. Nie porównywał go ze zwierzętami. On jeden w rozmowach z członkami partii nie używał ksywy Goryl, tylko imienia lub nazwiska. Na zakończenie spotkania, zapytany jak sobie radzi finansowo, Adrian wyjaśnił:

– Ty jeden traktujesz mnie przyzwoicie, więc odpowiem ci szczerze. Otrzymuję od partii świadczenie finansowe. Płatności idą z funduszu specjalnego i są traktowane jako usługi konsultacyjne. Jestem poza partią, ale pozostaję jej stałym doradcą. Mam nadzieję, że prezes zechce jeszcze skorzystać z moich usług. 

– To wszystko prawda? – Zapytał Treska ciesząc się, że Adrian otrzymał rekompensatę za niesprawiedliwą decyzję.

– Wszystko, co usłyszałeś ode mnie, jest zgodne z prawdą. Nie znoszę kłamstwa, nawet jak robię coś podłego. Czarne to czarne, białe to białe.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 marca 2020

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie.

Odc. 1

Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, dożył wieku, w którym imponował otoczeniu kondycją fizyczną, rozumem i dobrym samopoczuciem. Jak twierdził, zawdzięczał to ćwiczeniom, zdrowemu odżywianiu się i dziedzictwu genetycznemu. Wyróżniała go świeżość poglądów, praktycznie na każdy temat, w późniejszych latach także rozległa wiedza na temat bezsenności. W tym zakresie arystokrata okazał się prawdziwym autorytetem.

Życie Alfonsa miało nie tylko jasne strony. W jego arystokratycznym rodzie mężczyźni od pokoleń obciążeni byli bólami kręgosłupa i bezsennością. Nie sposób było dociec źródła tych przypadłości. Przyczyn mogło być kilka, jedna ważniejsza od drugiej: upadki z konia, pojedynki, awanturniczy tryb życia, kazirodztwo, nadużywanie alkoholu.

Historia zdrowia przodków Alfonsa było o tyle przejrzysta, że lekarze rodzinni rodu Daudet Carrere de Waldorff od pokoleń prowadzili zapiski medyczne. Z uwagi na luki informacyjne utrudniające ostateczne wyjaśnienie, co legło u podstaw dziedzicznego bólu pleców, Alfons wystąpił do sądu o zgodę na ekshumację szczątków swoich przodków w celu prześledzenia zmian DNA i ich wpływu na siebie.

Ekshumacja okazała się niemożliwa. Sąd z niezrozumiałych względów powziął podejrzenie, że Alfons nie czyni tego z pobudek medycznych, lecz dla upowszechnienia drzewa genealogicznego potwierdzającego jego arystokratyczne pochodzenie. Czy była w tym jakaś racja, nie wiadomo. Tak czy inaczej Alfons zrezygnował z planu ekshumacji po dwóch nieudanych apelacjach. Sprawę ostatecznie przesądził bliski przyjaciel Alfonsa, książę de Barry, też Alfons z imienia, który zauważył, że drzewo genealogiczne linii męskiej rodu Daudet Carrere de Waldorff ma kształt dębu poważnie zdeformowanego w połowie wysokości pnia. Ujawnienie faktu jakiejkolwiek deformacji zapisu genealogicznego, prawdziwej czy domniemanej, Alfons uznał za niepotrzebne zagrożenie.

„Arystokratę z łaski bożej”, jak czasem myślał o sobie, nie ominęły też cierpienia związane z wielkimi zdarzeniami, Drugą Wojną Światową oraz dwoma nieudanymi zamachami na siebie. Ich powodem były oskarżenia o kolaborację z wrogiem w czasie wojny i zdradę narodu. Ostrzeżony przez nieznaną osobę przed zamachem, Alfons zdołał w porę uciec za granicę. Wrócił dopiero wtedy, kiedy zamachowcy zostali ujęci i skazani na wieloletnie więzienie.

Bolesne doświadczenia życiowe doprowadziły mężczyznę do depresji, z której na szczęście udało mu się wyjść dzięki lekom, psychoterapii i skutecznemu wsparciu rodziny i przyjaciół. Choroba pozostawiła mu jednak wzmożoną skłonność ulegania frustracji. Kiedy coś mu się nie układało, natychmiast denerwował się. Byle co wyprowadzało go z równowagi. Jego stara opiekunka przypomniała mu, że starszą panią, jego matkę, również ogarniał nieuzasadniony niepokój, kiedy sprawy nie szły po jej myśli.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – to przysłowie pocieszało Alfonsa, kiedykolwiek je sobie przypomniał.

Stosunek Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff do polityki zmieniał się w miarę upływu lat. W młodości i wieku średnim brał on aktywny udział w polityce, podobnie jak jego przyjaciele, głównie w obronie przywilejów arystokracji przed zakusami populistów, czy to reprezentujących rząd czy opozycję. 

W miarę upływu lat w politykę angażował się coraz niechętniej. Nie bez znaczenia były pogłębiające się problemy zdrowotne, głównie bóle kręgosłupa i kłopoty ze snem, odbierające mu energię i chęć do życia. Był praktyczny, do akcji włączał się najchętniej wtedy, kiedy pojawiała się możliwość dokopania przeciwnikom grupy społecznej, którą reprezentował. Uważał już wtedy, że jedynym godnym go adwersarzem może być tylko partia rządząca.

Na opozycję patrzył niechętnie, niezależnie od tego, co sobą reprezentowała. W jego ocenie partie opozycyjne skazywały się na grób i zapomnienie już następnego dnia po przegranych wyborach. Od tej chwili przestawały go interesować.

– Nie będę kopać nieboszczyka! – to było hasło, którymi dzielił się z przyjaciółmi. – Zwalczanie opozycji, nawet nam niechętnej, mija się z celem, jest niewdzięczne i bez sensu, ponieważ ci ludzie nie mają już nic do powiedzenia – był tak przekonany o swojej racji, że nawet nie podejmował dyskusji.

Rosnące rozczarowanie polityką doprowadziło go wkrótce do przekonania, że najbardziej twórczą postawą jest uznać się za arystokratę ducha, osobę światłą i kulturalną, przerastającą społeczną bylejakość i przeciętność. W dojściu do tego wniosku nie bez znaczenia były dyskusje nad Arystotelesem, definiującym arystokrację jako ludzi najlepszych pod względem moralnym.

Odc. 2

Gdyby nie bezsenność, Alfons Daudet byłby człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Prowadząc życie w miarę towarzyskie kładł się spać raczej wcześnie, już o godzinie pierwszej po północy. Morfeusz, bóg i uosobienie marzeń sennych, nie był dla niego łaskawy. Budził Alfonsa wcześnie, czasem nawet o godzinie drugiej po północy, najczęściej pod pozorem, że ma obowiązek udać się do toalety w celach zrozumiałych tylko dla pęcherza.

Na początku częstsze budzenie się w nocy a następnie bezsenność wydawały się arystokracie jedynie utrapieniem, lecz zmieniało się to z czasem. Noce stawały się coraz bardziej męczące, a sama dolegliwość nie tylko frustrująca, ale i coraz bardziej niebezpieczna. Chodząc po obszernej rezydencji miejskiej, gdzie najczęściej przebywał, zdarzało mu się zapadać w nagły mikrosen, obijać się o meble, framugę drzwi a raz nawet wejść na ścianę. Niedługi czas potem zdarzyło mu się, zupełnie nieświadomie, postawić garnek z wodą na płytę elektryczna, i włączyć ją prawdopodobnie w celu zaparzenia sobie herbaty lub kawy. Najgorsze było to, że zapomniał ją wyłączyć. Uczynił to dopiero wtedy, kiedy – wciąż chodząc po mieszkaniu – poczuł swąd spalenizny wściekle rozgrzanego metalu. Zdarzało mu się też przenosić rzeczy z miejsca na miejsce, przestawiać krzesła i wykonywać inne zupełnie bezsensowne czynności.

Swoimi nocnymi doświadczeniami dzielił się jedynie z przyjaciółmi, wyłącznie mężczyznami, opisując je zwięźle, po żołniersku, językiem dosadnym, nabytym w czasie kontynentalnej i zamorskiej służby wojskowej. Jego język w takich momentach bywał zgoła niearystokratyczny.

– Kułła mać! – Przyłazi do mnie nieproszona i budzi mnie swoim szeleszczącym opowiadaniem o ciszy nocnej i sennych marzeniach, a następnie nudzi stercząc przy wezgłowiu aż do białego rana. Kiedy wreszcie mnie opuszcza, zapadam w błogosławiony sen.

To czysta złośliwość losu, bo właśnie wtedy uaktywnia się moja rodzina, szczeka pies, hałasują śmieciarze oraz interweniuje przychodnia, dzwoniąc do mnie z samego rana w sprawie ustalenia terminu wizyty u lekarza następnego roku. – Przyszły rok to dla mnie za wcześnie – tłumaczę kobiecie cierpliwie. – Nie mogę robić badań tak często. Co dwa lata zupełnie mi wystarczy. Proszę przełożyć to spotkanie na kolejny rok.

To, że Alfons mówił niezdarnie, a nawet się jąkał, wyjaśniał zawile nietypową konstrukcją krtani i strun głosowych utrudniających mu właściwą pracę warg, górnej i dolnej szczęki, podniebienia twardego i miękkiego, zębów oraz języka, najbardziej mobilnego organu artykulacji. Raz tylko, będąc w stanie lekkiego odurzenia alkoholowego, przyznał, że jego problemy wymowy były skutkiem omyłkowego usunięcia fragmentu organów głosowych w trakcie operacji migdałków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Innym razem, również pod wpływem alkoholu, opowiadał, że przyczyną był niewyraźnej mowy był nieprawidłowo osadzony ząb trzonowy redukujący przepływ powietrza.

Opowiadanie różnych wersji tej samej historii zdarzało mu się coraz częściej. Zarzucano mu kłamstwo; bronił się przed takimi oskarżeniami. Uspokoił się i przestał komentować zarzuty dopiero wtedy, kiedy usłyszał wyjaśnienie profesora dwóch specjalności, laryngologii i psychologii społecznej.

– Zmyślanie nie jest już cechą szczególną człowieka. Zdarza się ono wielu osobom. Jest to cecha współczesności, powszechnego uznania prawa do indywidualizmu i szerszego zakresu praw jednostki. Zmyślając i fantazjując, poszerzamy nasz obszar doznań i lepiej poznajemy zakres naszych możliwości. W zmieniającym się szybko świecie jest to mechanizm obronno-rozwojowy.

Aby zabić czas nocnej bezsenności Alfons założył z przyjaciółmi cierpiącymi z tego samego powodu grupę dyskusyjną. Nazwali ją żartobliwie Stowarzyszeniem Marków Nocnych. Spotykali się na Skype w małych grupach, aby wymieniać poglądy, jak radzą sobie z bezsennością, a nawet dla zabicia nudy oczekiwania na powrót snu. Padały wtedy różne propozycje i hasła. Alfons sam przedstawił kilka haseł. Najbardziej podobało się wszystkim mocne sformułowanie, o charakterze imperatywu:

– Bezsenność trzeba wziąć za mordę i twórczo ją wykorzystać.

Mówiąc to, miał na uwadze, że musi istnieć jakiś sposób skutecznego przeciwdziałania bezsenności, może nawet jej twórczego wykorzystania. Szukając rozwiązań, Alfons, podobnie jak i inni uczestnicy forum dyskusyjnego, prowadził notatki dokonując obserwacji i wykonując eksperymenty.

Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane rezultaty. O ile wcześniej Alfons sądził, że źródła bezsenności mają swój początek w stresie, przepracowaniu i nieodpowiedniej postawie w pracy, to prowadząc obserwacje z czasem uznał, że główną przyczyną budzenia się w nocy jest w jego przypadku ból pleców. Było to odkrycie na miarę archimedesowskiego „Eureka”. Przedstawił je na nocnym forum dyskusyjnym. Odkrycie uznano za niezwykle ważne, ponieważ wcześniej wszyscy doszukiwali się problemów w głowie, w psychice rozstrajającej pracę organizmu, a nie w napięciu mięśni związanym z wadliwą postawą, niehigienicznym trybem pracy czy starzeniem się człowieka.

Odc. 3

Nie mogąc zasnąć nocą, Alfons spacerował po salonie. Miał tam najwięcej miejsca i swobody ruchów. Obracając tułowiem na wysokości klatki piersiowej w prawo i w lewo starał się rozluźnić napięte mięśnie pleców. Wymagało to czasu i cierpliwości, lecz nie zawsze przynosiło ulgę.

Rehabilitantka wytłumaczyła mu, że w trakcie dnia, kiedy człowiek się porusza, nie odczuwa tego napięcia.

– W łóżku, po zaśnięciu, wskutek bezruchu to napięcie kumuluje się, budzi pana i uniemożliwia ponowne zaśnięcie. Na pewno wpływa na to siedzący tryb życia. O ile wiem, dużo pan czyta i długo siedzi przed komputerem.

Alfons przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. W duchu obiecał sobie spędzać mniej czasu przed komputerem, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.

Po kilku tygodniach wymiany informacji i doświadczeń z członkami Stowarzyszenia Marków Nocnych, Alfons uznał za konieczne skorzystać z wiedzy innych osób, także naukowej, aby zyskać głębsze zrozumienie relacji między bólem pleców, biczowaniem się i rozładowaniem napięcia mięśni. Nie było to proste, chodziło bowiem o wiedzę z zakresu anatomii, fizjologii i psychiki człowieka, również z farmakologii, jeśli w grę wchodziłyby leki.

O zgłębieniu tematu myślał już wcześniej, nic jednak nie zrobił w tym kierunku. Powstrzymywała go niechęć uczenia się, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, rzeczywiste od pozornych, w dziedzinach wiedzy, które z gruntu były mu obce. Przełamał się dopiero wtedy, kiedy jasno określił sobie, co go naprawdę interesuje. Najbardziej intrygowało go biczowanie się jako forma oczyszczenia cielesnego i duchowego praktykowana często przez członków sekt religijnych.

Któregoś dnia, po kolejnej źle przespanej nocy, usiadł po obiedzie w fotelu i nie wiedząc nawet kiedy, wkroczył w świat marzeń i fantazji. Były one odległe od realiów bezsenności nocnej, a zarazem bardzo jej bliskie. Przeżycia były jak najbardziej oczywiste, realne; Alfons przebywał wśród ludzi, rozmawiał z nimi, uczestniczył w zdarzeniach. Najpierw znalazł się na pustyni, gdzie z powodu burzy piaskowej nie mógł dostrzec słońca, a musiał zorientować się co do kierunków stron świata. Zdenerwowało go to. Uczestniczył kiedyś w wyprawie na pustynię; nie pozostawiła mu ona przyjemnych wspomnień. Przewodnik pozorował, że stracił orientację i przetrzymał ich w szalonym upale, aby w pełni poznali, co znaczy pustynia. To doświadczenie otworzyło mu oczy. Podjął postanowienie.

– Muszę wiedzieć nieporównanie więcej o bólu i biczowaniu. Zdobyć nowe doświadczenia. Z pierwszej ręki, a nie z opowiadań czy lektury – powtórzył to kilka razy, aby zakodować w głowie. Podziałało to jak hipnoza.

Kiedy wrócił do przytomności, wyszukał w Internecie adresy osób i organizacji związanych z masochizmem. Ich odszukanie okazało się w praktyce trudniejsze niż sobie wyobrażał. W końcu dotarł do klubu masochistów poprzez sklep z artykułami dla dorosłych, usytuowany w centrum Paryża przy Boulevard de Sebastopol, w pobliżu miejsca, którego adres sobie zanotował.

Kiedy zobaczył napis Passage du Grand Desir, wszedł do środka. Wyjaśnił samotnej sprzedawczyni, czego i w jakim celu szuka. Była to młoda dziewczyna, z buzią przedwcześnie dojrzałej kobiety i ciałem pełnym krągłości, wyraźnie bardziej oddanym jedzeniu niż ćwiczeniom na wolnym powietrzu. Po chwili rozmawiali ze sobą jakby znali się od lat. Spokojnie mu oznajmiła, że jest otwarta na każde doświadczenie życiowe, włącznie z erotycznymi.

– Ale tylko w zakresie, jaki jestem gotowa zaakceptować i tylko w sposób, który mi odpowiada – to zdanie podsumowało jej stanowisko.

Kiedy ujawniła swoje zainteresowania i uznała je za zupełnie normalne „w obecnych czasach”, jak to określiła, pomyślał, że to jakaś erotomanka.

Uznał jednak, że skoro zatrudniono ją w takim sklepie, to dlatego, że reprezentowała postawę i styl życia praktykowany przez osoby wyrosłe w czasach pełnej wolności obyczajowej. Jego myśli mieszały się z jej wyjaśnieniami.

– To ja odstaję od rzeczywistości, a nie ona. Wydawało mi się, że widziałem i przeżyłem wiele i nie jestem pruderyjny, ale teraz widzę, jak bardzo pozostałem w tyle za młodym pokoleniem.

Sprzedawczyni, jak się okazało miała niewyszukane imię Giselle, zaoferowała klientowi sesję masochistyczną. Wyjaśnień udzielała płynnie; widać było, że robiła to już wielokrotnie i miała wprawę.

– To rodzaj instruktażu, który ułatwi panu pełne zrozumienie bólu i cierpienia, jak również przedmiotowego traktowania ciała, zależności cierpienia i rozkoszy, a nawet redukcji cielesnego wymiaru człowieka do kategorii przedmiotu. Nic nie będzie pana krępować. Nie ujawnia pan nikomu swojej tożsamości. Będzie pan w masce podobnie jak pozostali uczestnicy tej zabawy. Nie stawiamy żadnych ograniczeń; nasi klubowicze zachowują się swobodnie. Mogą być aktywni lub pasywni, zadawać ból lub poddawać się biciu, mogą też być wyłącznie obserwatorami. Tu nie ma żadnego przymusu. Ani przemocy – dodała, podnosząc nieznacznie ton głosu. – Może pan w każdej chwili wejść i wyjść.

Słuchając dziewczyny, Alfons obserwował jej usta; dopiero teraz dostrzegł, że miała pełne, czerwone wargi i białe, śmiesznie nierówne zęby.

Po skasowaniu opłaty, która wydała mu się wysoka, Giselle położyła na ladzie kilka masek, zapewniając, że ich użycie jest absolutnie higieniczne, ponieważ są to przedmioty jednorazowego użytku. Alfons przymierzył wszystkie i wybrał maskę zakrywającą nie tylko większą część twarzy, ale i brodę. Był z tego zadowolony, albowiem miał charakterystyczny, wydatny podbródek, wyróżniający go spośród innych mężczyzn. Maska była w czarnym kolorze i dobrze pasowała do jego twarzy.

Odprowadzając go do bocznych drzwi w tyle sklepu, Giselle dodała:

– Proszę mi wierzyć. Nie będzie pan żałować.

Odc.4

Chwilę potem Alfons stał już, mrużąc oczy, w niewielkiej sali bez okien z przyćmionymi światłami u sufitu. Na ścianach wisiały dziesiątki akcesoriów sadomasochistycznych, podzielonych na grupy i zestawy. Oczy gościa prześlizgiwały się po nich szukając w pamięci stosownych określeń: zwykłe policyjne kajdanki, kneble, pejcze, obroże, zaciski, metalowe rozpórki, skórzane opaski na ręce, kajdanki na ręce i na nogi z pasami mocującymi do łóżka, metalowy łańcuch, zestaw do chłosty i krępowania, skórzana obroża na szyję, erotyczna opaska na oczy, w końcu coś, co przypominało kaftan bezpieczeństwa.

W głębi pomieszczenia arystokrata zauważył zbliżonych do siebie mężczyznę i kobietę. Oboje byli w maskach. Stali w niezwykłej pozie; ona dominacji, on podporządkowania. Kobieta miała na sobie czarny gorset odsłaniający ramiona z białymi wypustkami przypominającymi skrzydła pingwina. Gorset dokładnie opinał jej zgrabne ciało. Jędrne uda zdobiły siatkowe rajstopy z motywami lwa stojącego na tylnych łapach, łącząc się zgrabnie z wysokimi butami z czarnej skóry. Najdziwniejsze wydały się Alfonsowi jej okulary; niewyszukane oprawki ze zwykłymi szkłami przylegające do otworów maski przeznaczonych na oczy.

Partner, ubrany w podobnym guście w czarny obcisły strój, z solidną wybitą gwoździami obrożą na szyi, klęczał u stóp kobiety w pozie wiernego psa z pyskiem obróconym w kierunku twarzy właścicielki. Kobieta bez pośpiechu smagała mężczyznę pejczem po plecach i udach. Alfons słyszał ciche jęki spazmatycznej litanii bólu i rozkoszy, jakby uderzenia pejcza przynosiły ulgę zarówno katowi jak i ofierze.

Zainteresowanie parą sadomasochistów Alfons stracił w momencie, kiedy uświadomił sobie, że w swoim bogatym życiu miał wiele okazji wypróbowania podobnych praktyk. Nigdy go jednak nie ciągnęło w tym kierunku, ponieważ znajdował aż nadto pozytywnych przeżyć w klasycznym obcowaniu z kobietami. Był żonaty dwa razy, miał też przyjaciółki, tak że nie mógł narzekać na brak doświadczeń miłosnych i seksualnych.

Zwrócił wzrok ku akcesoriom. Najbardziej interesowały go pejcze. Wchodząc do sali widział kilka na ścianie. Odszukał je wzrokiem, podszedł i przyglądał im się, oceniając w końcu, że nie ma w nich nic specjalnego. Kiedy zauważył, że para w głębi sali zrobiła sobie przerwę, podszedł do nich i zapytał, czy nie przeszkadza im, że ich obserwuje.

– Wręcz przeciwnie, sprawia nam to przyjemność. Dlatego tu przechodzimy. Miłość to gra zbiorowa, w której uczestnicy stają się jednością, dzielą się sobą, uczestnicząc w akcie wspólnej miłości. Przynajmniej my to tak widzimy. To nas ekscytuje, rozwija i wzbogaca uczuciowo – wyjaśniali jedno przez drugie. – Kiedy mamy chęć, zamieniamy się rolami i wtedy on mnie biczuje – kobieta wskazała ręką partnera, który podniósł się na nogi i wyprostował.

– To mi przypomina ekshibicjonizm … – zaczął Alfons ostrożnie, niepewny reakcji rozmówców.

– Absolutnie ma pan rację! – podchwycił mężczyzna w sposób, który wydał mu się egzaltowany.

Alfons pomyślał o nich „zboczeńcy”, po czym zreflektował się, że sam jest nie inny, ani lepszy ani gorszy.

Był tolerancyjny w stosunku do ludzi tak długo, jak to, co rozbili, opierało się na zgodzie drugiej strony i nikt nie czuł się szukany, eksploatowany czy wykorzystywany. W sadomasochizmie nie znalazł nic atrakcyjnego, może z wyjątkiem działania endorfin, o których wspomniała dwójka sadomasochistów. Uznał to za sprawę wymagającą bliższego rozpoznania. Sam biczował się nie po to, aby osiągnąć przyjemność, ale dla wywołania relaksu mięśni pleców, niezbędnego dla kontynuacji snu.

Odc. 5

Sesja sadomasochizmu w klubie prowadzonym przez sklep Passage du Grand Desir niewiele dała Alfonsowi. Uznał, że nie jest to miejsce dla człowieka, który biczując się poszukuje zmniejszenia fizycznego bólu a nie zaspokojenia seksualnego. To, że używał pejcza podobnie jak sadomasochiści, było przypadkowe; wykorzystywał go do osiągnięcia zupełnie innych celów.

Pejcz pozostał w centrum zainteresowań Alfonsa mimo jego zniechęcenia sadomasochizmem. Arystokrata postanowił pracować nad metodami jego skuteczniejszego wykorzystania nie zaniedbując innych poszukiwań.

Bóle pleców i bezsenność nasilały się i coraz bardziej przytłaczały Alfonsa. Rozpaczliwie potrzebował pomocy, jakiejś nowej deski ratunku. Z doktorem Bienvenue, lekarzem rodzinnym, rozmawiał już wcześniej na te tematy. Jego zalecenia uznał za mało użyteczne. Tym razem za jego poradą zgodził się spędzić kilka dni w klinice zaburzeń snu Centre du Sommeil et de la Vigilance w celu wykonania wszechstronnych badań snu i uzyskania pełnej diagnozy. Klinika mieściła się przy Avenue de Villiers.

Pacjenta zbadano gruntownie w jednej długiej sesji nocnej. Było to męczące, ponieważ w czasie ośmiogodzinnego snu Alfons był podłączony przewodami do dwunastu czujników, co mu ogromnie utrudniało nawet proste przewrócenie się na łóżku.

– Pobyt w klinice nie dał mi nic, o czym bym nie wiedział wcześniej. Zalecono mi zmianę trybu życia na bardziej ruchliwy, dietę z większą ilością warzyw i mniejszą ilością mięsa oraz ćwiczenia jogi dla wyciszenia organizmu. Rozczarowałem się. Znowu utknąłem na bezdrożach bezsenności – skarżył się księciu de Barry, z którym w ostatnim czasie utrzymywał bliższe stosunki towarzyskie.

Badania w poradni zaburzeń snu miały przynajmniej jeden pozytywny skutek; Alfons podjął rezolucję. Wypowiedział ją głośno, aby zapamiętać sobie na zawsze:

– Alfonsie Daudet, daj sobie spokój! Skoro nie jesteś w stanie unicestwić bólu, zmniejszyć bezsenności i skrócić nocnego cierpienia, to skoncentruj się na tym, jak je twórczo wykorzystać.

Nie była to łatwa droga. Na początku Alfons błądził szukając idei, myśli i skojarzeń mogących naprowadzić go na jakieś nowe rozwiązania. Przemyśleniami dzielił się z księciem de Barry.

– To musi być coś twórczego a zarazem praktycznego. Coś, czego jeszcze nie wymyślono. Jak się domyślasz, nie jest mi łatwo. Czasami mam wrażenie, że beznadziejnie błądzę. 

Z marzeń o idealnym świecie Alfons usiłował zbudować własny świat. Nie wiedząc od czego zacząć, odtworzył swoje drzewo genealogiczne, przedstawił je graficznie,  opisał i otoczył niewidzialną zasłoną, za którą ukrył się, aby studiować zawiłości lepszego życia i szczęścia. Wrócił do zgłębiania filozofii i poważnie zainteresował się buddyzmem, licząc na to, że stanie się on – podobnie jak dla innych osób– źródłem twórczego relaksu, koncentracji i witalności. Zaczął medytować, jak postępują ludzie, których los dotknął podobnie lub bardziej niż jego. Znał ze słyszenia i mediów kilka przypadków przemawiających do wyobraźni i serca.

Najbardziej imponował mu mężczyzna skrzywdzony przez los ciężkim inwalidztwem. Nie znał go osobiście, słyszał tylko o nim, wiedział w jakiej dzielnicy Paryża mieszka i czym się zajmuje. Był to człowiek niskiego wzrostu, dosadniej mówiąc karzeł, w dodatku zdeformowany w okropny sposób. Miał nieproporcjonalnie dużą głowę oraz klocowate ręce i nogi osadzone na słabo rozwiniętym korpusie.

Mimo swego nieszczęścia człowiek ten tryskał energią i zawsze był w dobrym humorze. Imponowało to Alfonsowi tak bardzo, że postanowił go poznać i porozmawiać. Udało mu się to dzięki pomocy znajomych.

Mężczyzna nazywał się Gabriel Boucher. Na początku imał się różnych prac, w końcu trafił do cyrku. Był to jego świadomy wybór. Opowiedział o tym Alfonsowi.

– Stałem się pośmiewiskiem widzów, zwłaszcza dzieci, które nie rozumieją, co to znaczy być osobą niepełnosprawną, kaleką. Z czasem zrozumiałem, że chorobę i kalectwo, jeśli nie można ich pokonać, powinno się traktować jako swego rodzaju darowiznę, która nam ułatwia coś, co byłoby nieosiągalne, gdybyśmy nie mieli tego garbu na plecach. Jak tylko to zrozumiałem, zdobyłem dobrą pracę, dającą mi satysfakcję oraz dochody umożliwiające twórcze i dostatnie życie. Postanowiłem cieszyć się życiem mimo deformacji mego ciała.

– Czym się pan teraz zajmuje? – Alfons nie był w stanie powstrzymać się od pytania, wiedząc, że za chwilę i tak usłyszy wyjaśnienie. Od razu przeprosił rozmówcę za swoje nieopanowanie. Gabriel przyjął to w sposób spokojny, jakby ludzie nic innego nie robili tylko zadawali mu niezręczne pytania.

– Moją pracę określę nietypowo. Użyczam swojej postaci w cyrku i w reklamie. Zarabiam tak dobrze, że stać mnie na podróże i przyjemności, jakich z pewnością nie zaznałbym, gdybym był przeciętnym człowiekiem bez wad fizycznych. Kiedy jest się pozytywnym, to nawet i miłość jest możliwa. Nie mam na myśli wyłącznie seksu, ale prawdziwą miłość, zaangażowanie, radość bycia z drugą osobą. Spotkałem kogoś takiego. Ale nie chcę o tym mówić. To kwestia prywatności.

Odc. 6

Znajomość Gabriela Boucher i Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff okazała się tak sympatyczna dla obydwu, że spotykali się regularnie, aby rozmawiać. Była to dziwna para; arystokrata cieszący się przywilejami życia oraz osoba zdeformowana fizycznie, stojąca na przeciwległym krańcu linii dobrodziejstw losu. Rozmawiali o sprawach poważnych, w szczególności, jak radzić sobie w życiu mimo ograniczeń i obciążeń.

Alfons z satysfakcją uległ wpływom Gabriela Boucher i jego pozytywnego nastawienia. Zmienił się. Twórcze wykorzystanie bezsenności stało się dla niego sensem życia, obsesją, rodzajem szczęśliwego opętania. Cel był nie tylko inspirujący, ale i niezwykle pozytywny; chodziło o pomoc ludziom nękanym bólem i bezsennością.

Swoją nową filozofią dzielił się chętnie w rozmowach z przyjaciółmi, zbierając przy okazji ich uwagi i sugestie.

– Bezsenność, skoro już tkwi we mnie, traktuję teraz jako dobrodziejstwo. Dostrzegłem w niej sens, którego przedtem nie widziałem. Ludzie powszechnie skarżą się na brak czasu. Ja mam go w bród. Teraz wiem, że bezsenna noc może być najbardziej twórczą porą doby. To tylko kwestia decyzji, powiedzenia sobie „tak”. Ten czas jest tym cenniejszy, że panuje kompletna cisza. Nikt nie zawraca mi głowy, nie dzwoni do mnie, o nic nie pyta. Czerpię z tego dobrodziejstwa pełnymi rękami opracowując nowe metody walki z bezsennością. Mam na myśli akcesoria, które sam od długiego czasu używam: szczotka kąpielowa, aplikator igłowy, pejcz, piłeczka tenisowa, wełniane skarpety, niewielka poduszka, drewniany kij do ćwiczeń oraz mata do ćwiczeń jogi. Nie mogę wam więcej powiedzieć, bo zdradziłbym wszystkie tajemnice. 

Kolejne próby wykorzystania nocnego czasu były bardzo udane; Alfons określił zestaw narzędzi i opisał zasady ich wykorzystania. Nazwał to „Pakietem Pomocy w Bezsenności”. Jego użytkownikami mieli być ludzie tacy jak on, niemogący spać z powodu bólu pleców. Myślał głównie o osobach starszych, ale nie wykluczał nikogo.

Kiedy pierwszy etap pracy został zakończony, Alfons postanowił przedstawić wyniki przyjaciołom i poddać ich ocenie. Było to wręcz konieczne. Ustalił z nimi datę, godzinę i miejsce. Prezentacja miała odbyć się w jego rezydencji.

Przygotował się do niej wyjątkowo starannie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, jako innowator, wynalazca jak również dobroczyńca. Nie wahał się używać ostatniego słowa, odkąd dowiedział się, że trzydzieści procent ludzi na świecie cierpi na bezsenność. Była to już choroba cywilizacyjna na niespotykaną skalę. Był oczywiście świadomy, że tylko część z tych osób mogła być beneficjentami jego pomysłu zważywszy na różnorodność przyczyn bezsenności.

W skład Pakietu Pomocy w Bezsenności wchodziły: szczotka z twardego włosia używana zwyczajowo do mycia pleców, aplikator igłowy marki Needles & Needles Ltd o wymiarach dwadzieścia osiem na pięćdziesiąt centymetrów, ośmiorzemienny pejcz z czterdziestoma węzłami, piłeczka tenisowa umieszczona w skarpetce dla łatwiejszej manipulacji w trakcie układania jej pod plecami, ciepłe skarpety, mata do ćwiczeń jogi, drewniany kij długości jednego metra do rozciągania ramion oraz płaska poduszka o rozmiarach trzydzieści na trzydzieści dwa centymetry. Umieszczał ją pod piersiami lub plecami, w zależności od sposobu ułożenia się na macie rozciągniętej na podłodze w salce treningowej.

Każde z tych narzędzi miało swoje przeznaczenie i zastosowanie. Same akcesoria nie budziły wątpliwości, wyzwaniem mogły być tylko ich opisy oraz instrukcje obsługi. Musiały być jednoznaczne, dokładne i użyteczne. Tkwił w tym problem, gdyż ludzie mogli różnie rozumieć i interpretować ten sam tekst. Co do tego Alfons nie miał najmniejszych wątpliwości. Miał doświadczenie. Niejednokrotnie fragment instrukcji dla niego niezrozumiały, jego żona czy córka odbierały jako prosty i jednoznaczny. I odwrotnie.

– Używałem już dziesiątki instrukcji. Niejedna z nich była tak napisana, że zabiłbym tego sukinsyna, co ją stworzył – arystokrata denerwował się nawet wtedy, kiedy ta myśl przychodziła mu do głowy, a przychodziła dosyć często. Lekarz mu wyjaśnił, że był to problem perseweracji, uporczywego powracania tych samych słów i skojarzeń.

Dla opisu narzędzi i sposobu ich wykorzystania Alfons wymyślił którejś nocy specjalny język. Była to forma zabawy, nie tak znowu niepoważnej, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. Był w niej ukryty sens, z którego nie w pełni zdawał sobie sprawę – popisać się przed zaproszonymi gośćmi, a w przyszłości użytkownikami pakietu, językiem prawdziwej arystokracji ducha, swobodnym i nonszalanckim nawet w obliczu bólu i cierpienia.

Któregoś wieczoru Alfons wrócił do domu z przyjęcia u przyjaciół w stanie emocjonalnego pobudzenia. Było to bardzo udane spotkanie. Kilka razy znalazł się w centrum uwagi; wypowiadając się wywołał większe niż zazwyczaj zainteresowanie swoim pomysłem i osobą. Częścią dobrego samopoczucia był też alkohol, jaki wypił. Rzadko miał chęć na coś mocniejszego, nie był abstynentem, ale też niezbyt często czy chętnie pił. Tym razem szampan sprawił mu prawdziwą przyjemność. Książę de Barry zgodził się z nim, jak nigdy wcześniej, że szampan Moët & Chandon, jaki pili był doskonały.

– Znam tegoroczny ranking i zasadniczo zgadzam się z nim. Może dlatego, że sam uczestniczyłem w degustacji tych szampanów. Na przyjęcia najlepszy jest właśnie Moët & Chandon, na romantyczne spotkania Veuve Clicquot, Dom Pérignon natomiast nadaje się najlepiej na upominek. Co do szampana na rodzinne spotkania, to czwarta kategoria, jaką rozpatrywaliśmy, to nie mam zdania. To zbyt trudne do określenia. To są oczywiście uproszczenia, bo najlepszy szampan to taki, który najbardziej ci smakuje bez względu na to, co inni o nim sądzą.

Po powrocie do domu i przebraniu się, Alfons wyciągnął z szafy wszystkie akcesoria i ułożył je na biurku wedle rangi ważności podyktowanej częstotliwością ich stosowania. Im częściej narzędzie miało być stosowane, tym większe miało znaczenie. Na pierwszym miejscu znalazł się pejcz, następnie piłka tenisowa w skarpetce, w trzeciej kolejności aplikator igłowy. Przyjrzał im się uważnie i zaczął nadawać im zwariowane nazwy. Wyobraził sobie, że przemawia do ludzi z przeszłości, kiedy w kraju powszechnie pasjonowano się wydarzeniami politycznymi za żelazną kurtyną.

Cel użycia akcesoriów określił jako Korektę Nocnej Deprawacji Ciała, a cały zestaw nazwał Egzekutywą. Własne ciało określił mianem Towarzysza Opornego. Zadowolony ze swojego pomysłu przemówił jak sekretarz organizacji partyjnej, wyobrażając sobie, że uczestniczy w zebraniu partii komunistycznej, niegdyś bardzo popularnej we Francji.

– Wyperswadujcie, drodzy towarzysze, Towarzyszu Pejcz i Towarzyszu Aplikatorze Igłowy, oraz Wy, Towarzyszko Szczotko, Towarzyszowi Opornemu, niestosowność jego zachowań w porze nocnej, którą każdy uczciwy obywatel poświęca na relaks i wypoczynek.

Była to forma zabawy, jak również szyderstwa i głębokiej niechęci wobec radykalnych socjalistów i komunistów, odwiecznych wrogów arystokracji na wszystkich kontynentach.

Odc. 7

Przygotowując się do pokazu akcesoriów walki z bólem i bezsennością Alfons wysłał żonę i córkę wraz z dwiema służącymi w odwiedziny do krewnych. Miał w tym ukryty cel.

Pokaz odbył się w rezydencji letniej arystokraty przy Rue de Grenelle położonej w Siódmej Dzielnicy Paryża. Rezydencja była jego chlubą, czuł się w niej wyjątkowo dobrze i chętnie ją pokazywał. Trzysta czterdzieści metrów kwadratowych powierzchni zapewniało mu przestrzeń, prywatność i niezależność. Było tam dziesięć większych pokoi; pięć sypialni, cztery toalety, duży salon ze szklanym dachem, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią, sala do ćwiczeń, pralnia. Przed domem znajdował się spory ogród a pod budynkiem miejsca parkingowe oraz piwnica na wina. Rezydencja powstała w roku 1880 i zachowała oryginalną fasadę. Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, miał się czym chwalić.

Pokaz składał się z trzech części. Najpierw odbyła się prezentacja narzędzi, pokaz slajdów z objaśnieniami oraz dyskusja.

Część drugą stanowiło przyjęcie przygotowane przez mało znaną, lecz ekskluzywną, firmę cateringową, starannie wybraną przez Alfonsa wspomaganego przez dwóch innych, wtajemniczonych w plan, członków Stowarzyszenia Marków Nocnych, znanych z wyszukanych gustów kulinarnych.

Trzecia część spotkania stanowiła niespodziankę zorganizowaną przez Alfonsa w całkowitej tajemnicy. W duchu żartował, że aby ją zachować, nie powinien informować o tym nawet samego siebie. Była to część artystyczna, najbardziej prywatna: występ sześcioosobowego zespołu tancerek z Moulin Rouge. Kluczem programu był oczywiście kankan. Występ był tak udany, że tancerki trzykrotnie bisowały.

Kiedy goście opuszczali rezydencję, właściciel z satysfakcją ogarnął ich wzrokiem. W spotkaniu uczestniczyło piętnaście osób, sami mężczyźni. Myślał o nich z satysfakcją, szczycił się ich przyjaźnią i pozycją społeczną. Były to osoby z pierwszych stron gazet: książę, kilku artystów, przedstawiciele klasy rządzącej, dyplomaci, wielki przemysł, właściciele ziemscy. Alfons pomyślał, że los go dobrze wyposażył na całe życie: był majętny podobnie jak jego ojciec i dziadek. Oprócz rezydencji przy Rue de Grenelle miał jeszcze jedną na południu kraju, pałac nad Sekwaną, poza tym domy czynszowe, kosztowne samochody, solidny pakiet papierów wartościowych, oddaną i dyskretną służbę.

Opuszczając rezydencję, książę de Barry pogratulował przyjacielowi udanej imprezy, po czym protekcjonalnie mu przypomniał:

– Pamiętaj, drogi Alfi, że twoim następnym krokiem, wręcz psim obowiązkiem, że tak powiem, wobec nas wszystkich, jest stworzenie doskonałej instrukcji obsługi tych cudownych narzędzi, jakie nam zademonstrowałeś. Dobrze to wszystko obmyśliłeś. Jedyne, co mnie martwi, to instrukcja obsługi pejcza, o której wspominałeś. Dyskusja pokazała, że może to być problemem. To nie jest takie proste, jak sobie myślałem. Pejcz każdy zna, każdy ma swoje wyobrażenie, jak powinien wyglądać i jak należy go używać. To nie jest jednak to samo co prosta piłeczka tenisowa w skarpetce.

Po przemyśleniu wyników dyskusji, uwag i sugestii, Alfons podsumował je sporządzając listę zmian, jakie musi wprowadzić do pakietu, szczególnie instrukcji. Pejcz był wyjątkiem. Alfons wypróbował kilkanaście modeli, zanim uznał, który jest najbardziej odpowiedni.

Ludzie mieli uprzedzenia co do pejcza, źle im się kojarzył. To dodatkowo komplikowało sprawę. Uważali go za narzędzie sadomasochistów, kojarzące się bardziej z bólem i cierpieniem niż z niesieniem ulgi. Fatalne były także skojarzenia z tresurą zwierząt w cyrku oraz tradycją wymuszonej dyscypliny w systemie sprawiedliwości, w szkołach, więzieniach, w obozach koncentracyjnych oraz wobec pacjentów w szpitalach psychiatrycznych. Alfons uznał, że nie zgłębi do końca wiedzy na temat pejcza i tradycji jego wykorzystania. Był to temat mocno osadzony także w Biblii i w kościele. Ze studiów wynikały różne skojarzenia, najczęściej negatywne. To działało na jego niekorzyść.

Nad instrukcją pejcza Alfons pracował wytrwale przez kilka tygodni. Czas płynął, a mimo to pozostawała ona wciąż w stanie nieukończonym. W żadnym momencie jej opracowania nie był zadowolony z wyników swojej pracy. Zastanawiał się wielokrotnie, co jest w niej nieodpowiedniego. Nie wiedzieć dlaczego, mimo że miał już gotowe instrukcje obsługi pozostałych narzędzi, w żaden sposób nie był w stanie stworzyć tej jednej, jedynej.

Myślał nad tym nieprzerwanie. Instrukcja stała się jego piętą achillesową, Scyllą i Charybdą, między którymi statek jego myśli i inwencji rozbijał się uparcie i jakby złośliwe. Mógł ją pominąć, uznając, że nawet przy nienajlepszej instrukcji jednego narzędzia cały zestaw niewiele traci na wartości. Nie potrafił jednak przekonać siebie do tego. Byłoby by to jak przyznanie się do niezdolności nauczenia się jazdy rowerem, kiedy wszyscy już to umieją, nawet małe dzieci, chromi na jedną nogę, słabowidzący i głupi.

Wbrew pozorom pejcz był skomplikowaną konstrukcją. Rozłożony wyglądał jak drzewo. Wszystko miało znaczenie dla jego skuteczności: jego ciężar, ilość, długość, grubość i twardość pasemek rzemienia, kształt odgałęzień, ilość węzłów i odległość między nimi na każdym pasemku, skóra, z jakiej był wykonany, uchwyt, a nawet kolor.

Odc. 8

Alfons Daudet zastanawiał się, dlaczego opracowanie tej instrukcji idzie mu jak Syzyfowi uparcie lecz bezskutecznie wciągającemu kamień pod górę. W grę wchodziło kilka okoliczności. Instrukcję pisał przy biurku o regulowanej wysokości blatu, zmieniając pozycję ciała z uwagi na ból pleców i ramion. Kiedy zmęczył się stojąc przy biurku, klękał na klękosiadzie, potem siadał na krześle z twardym oparciem ewentualnie na fotelu z miękkim, ergonomicznym oparciem. To mogło mieć znaczenie. Mimo regularnej zmiany pozycji praca nie posuwała się jednak do przodu. Praktycznie stanęła w miejscu. Alfons nabrał wrażenia, że zajmie mu to miesiące i lata.

W końcu zaczął doszukiwać się przyczyn w sobie. Czuł się pod presją opinii księcia de Barry, któremu wysyłał do wglądu kolejne projekty instrukcji. Książę wciąż mu odpowiadał, że to najsłabsza część pakietu pomocy.

– Pejcz to najbardziej uniwersalne narzędzie. Występuje w dziesiątkach odmian, rozmiarów i kształtów. Ludzie mieli z nim do czynienia od zawsze. Również ci zboczeńcy, których wspominałeś. Pejcz to coś zupełnie odmiennego niż taki aplikator igłowy czy piłeczka do tenisa, gdzie trudno sobie wyobrazić odstępstwo od normy, ponieważ wszystko jest proste jak drut. Pejcz ma w sobie finezję, ogromną tradycję i długą historię. Przypomnij sobie te wszystkie towarzystwa biczowników, flagelantów, dobrowolne i wymuszane kary chłosty. Każdy ma inne plecy, inny chwyt pejcza, inną siłę uderzenia, inne też odczucia bólu. Musisz to wszystko uwzględnić w instrukcji. Być może nawet rozszerzyć gamę pejczy, przedstawić kilka modeli i napisać do nich instrukcje, aby każdy mógł znaleźć coś stosownego dla siebie.

Alfons liczył się z tymi opiniami. Książę miał doświadczenie; był kiedyś wydawcą gazety, uważano go człowieka znającego życie, był ponadto wyjątkowo mu życzliwy. Alfons liczył po cichu, że będzie mu pomocny także w promocji pakietu. Negatywne oceny księcia zaczęły się powtarzać. Alfons nabrał podejrzeń, że w grę wchodzić może coś innego niż tylko chęć bezstronnej pomocy. Jeden ze znajomych dziennikarzy pracował kiedyś dla księcia. Alfons spotkał się z nim w kawiarni, aby podpytać o dawnego pryncypała, a przy okazji odświeżyć znajomość.

– Nie ukrywam, że nie przepadałem za nim, kiedy dla niego pracowałem. Na robocie wydawniczej i dziennikarstwie znał się bardzo dobrze, nie powiem, ale był to dziwkarz i rozpustnik. Przynajmniej w tamtym czasie. Miał pieniądze i gest, więc kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu. Fizycznie to na pewno nie był atrakcyjny. Sam go znasz, niski i grubawy. Mówiono wówczas – obracałem się w innych kręgach, więc mówię tylko, co słyszałem – że miał ciągoty sadystyczne. Nie jakieś tam przesadne, ale podobno lubił zadawać cierpienie swoim partnerkom. Kajdanki, przykuwanie do łóżka, kneblowanie, biczowanie, rozpórki nóg, takie tam różne fanaberie. Godziły się na to, bo dobrze je wynagradzał za spotkania. Powiedziała mi to w zaufaniu pewna nauczycielka, znająca go bliżej, właśnie z klubu sadomasochistycznego. Jednego z tych prywatnych, co to organizowały nawet orgie, gdzie można było trafić tylko za podwójną rekomendacją.

– A co sądzisz o dzisiejszych klubach sadomasochistycznych?

– Nic nie sądzę. Dzisiaj istnieją one prawie oficjalnie. Mają swoją rację bytu, bo wiele osób chce po prostu spróbować, co to jest ten sadomasochizm, łączyć się w pary, nawet wymieniać partnerami. Ale to już nie jest to samo, co dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wtedy nie istniały żadne zasady. Dzisiaj takie kluby mają już nawet pisane reguły, kodeksy etyczne, zasady, co wolno a czego nie wolno. Ludzie umawiają się, jak daleko mogą posunąć się w zadawaniu sobie cierpienia, w relacjach sadomasochistycznych, opowiadają sobie fantazje erotyczne i chcą ich doświadczyć.

– Widzę, że znasz się na rzeczy. Nigdy o tym nie mówiłeś. A znamy się przecież sporo lat.

– E, tam! Interesowałem się tym kiedyś jako dziennikarz. To wszystko.

Na liście szczegółów do uwzględnienia przy pisaniu instrukcji obsługi pejcza nie było spraw nieważnych. Ich autor zaczął zdawać sobie sprawę z absurdalności sytuacji. Czuł, że goni w piętkę, kręci się wokół jak pies za swoim ogonem.

– Jestem zbyt drobiazgowy. Jestem kretyńskim perfekcjonistą, kunktatorem, stale mam coś innego pilniejszego lub ważniejszego do wykonania; miał dziesiątki argumentów na swoje usprawiedliwienie.

Zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem ktoś wcześniej nie stworzył instrukcji obsługi pejcza.

– Może dorożkarze cierpiący na senność? – Było to głupie pytanie, sam w nie nie wierzył. Pojawiło się tylko dlatego, że czuł się coraz podlej. Instrukcja obsługi pejcza nie dawała mu spokoju. Stała się jakimś absurdem, obsesją, idee fixe. Nie umiał tego nazwać.

Odc. 9

W czasie pracy nad instrukcją pojawił się nowy problem. Alfons budził się w nocy z przerażającym uczuciem umierania, poczuciem, że po śmierci nie pozostanie mu nawet drobina świadomości, choćby nawet iluzoryczna więź z rzeczywistym światem. Było to doznanie tak bolesne, że mówiąc o nim najchętniej sprowadzał je do żartu, aby tylko złagodzić ból odchodzenia w nicość. Wyrażał w ten sposób swoje arystokratyczne „noblesse oblige” trzymania podniesionej głowy i przekraczania granic nonszalancji.

– Nikt nie jest w stanie określić, czy krzyczy we śnie po to, aby dosłyszeć własny głos niemy jak martwe echo i głuchy jak zmurszały pień, czy też z entuzjazmu z powodu zakończenia życiowej misji, zgodnie z objawieniem Świętego Jana Klimata zwanego też Abbą Janem, patrona ludzi cierpiących na bezsenność.

Alfons Daudet przeżywał kryzys. Brak instrukcji obsługi pejcza był porażką całego projektu. Autor znalazł się w ślepym zaułku. Nie rozumiał ani nie akceptował tej sytuacji. Gnębiło go to tak bardzo, że w końcu popadł w depresję, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. Aby oderwać się od przykrej rzeczywistości wyprowadził się z rezydencji przy Rue de Grenelle i zamieszkał w jednym ze swoich mieszkań, świeżo zwolnionym przez lokatorów. Szukając pomocy, udał się do lekarza rodzinnego. Pomógł mu tyle, co kot napłakał, , skorzystał więc z konsultacji z dwoma specjalistami, o których mówiono, że naprawdę przynoszą ulgę ludziom w depresji. Przyjmował leki, niewiele mu to jednak mu pomogło. Coś się w nim załamało. Myślał o samobójstwie.

Kiedy mówił, że ma już dosyć życia, nikt nie przywiązywał do tego wagi. Ani najbliższa rodzina, ani przyjaciele. Odpowiadali mu: – Nie przejmuj się, każdy ma swój lepszy i gorszy okres. Masz do tego prawo. Albo pocieszano go. – Zawsze sobie jakoś radziłeś, to i tym razem też wyjdziesz z impasu. Tym bardziej, że masz przed sobą szczytny cel. Wierzymy w ciebie, daj sobie czas. Albo też: -Weź się w garść, chłopie, bo bez tego nie wyjdziesz z zapaści.

Był przekonany, że wszyscy otaczający go ludzie, rodzina, znajomi, przyjaciele i lekarze życzą mu jak najlepiej, z tym, że jemu to nie pomagało. Musiał to solidnie przemyśleć. To zdecydowało o powrocie do rezydencji przy Rue de Grenelle, gdzie zawsze czuł się najlepiej.

Dwa dni po powrocie Alfons wyszedł z domu z samego rana. Jak zwykle udał się po zakupy świeżych croissant. Lubił je jako dodatek do porannej kawy. Nie zabrał ze sobą telefonu komórkowego, chciał być sam, aby móc się skoncentrować. Był to jego nowy zwyczaj. Siostra dzwoniła do niego kilkakrotnie, najpierw na telefon komórkowy, a kiedy ten nie odpowiadał, na telefon domowy. Miała osobistą sprawę do omówienia. Alfons zawsze i chętnie służył jej radą. Kiedy nie wrócił do domu po dwóch godzinach, a jego telefon nadal nie odpowiadał, przyjechała do rezydencji. Nie znalazła go tam. Wtedy pobiegła do piekarni, aby sprawdzić, o której godzinie był u nich. Nie było go tam w ogóle tego dnia. Ogarnął ją niepokój. Wyrzucała sobie, że ignorowała jego informacje o złym samopoczuciu i napomknienia o samobójstwie. 

– Wydawały mi się tak bardzo nierealne w ustach człowieka, który mimo wszystko zawsze był pozytywny i dobrze sobie radził – skarżyła się bratanicy oraz przyjaciółce. Uspokajały ją, prosząc aby tak nie myślała. 

Zaginięcie Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff rodzina zgłosiła na policję prosząc o natychmiastowe podjęcie poszukiwań. Sierżant w komisariacie uspokajał ich.

– Pan Alfons Daudet to już niemłody człowiek. Może zatrzymał się u znajomych i zapomniał powiadomić państwa o tym? Dwadzieścia cztery godziny to bardzo niewiele. Zgodnie z prawem policja nie podejmuje poszukiwań wcześniej niż po upływie jednej doby. Większość zagubionych osób odnajduje się sama. Znamy to z praktyki.

Nie wiadomo, czy mówił to, aby pocieszyć rodzinę czy też bardziej z niechęci do podejmowania natychmiastowych działań.

Po dwudziestu czterech godzinach nadal nie było wiadome, co stało się z Alfonsem. Nie pojawił się żaden ślad czy choćby sugestia, dokąd mógłby się udać. Policja rozpoczęła poszukiwania. Były one bardzo angażujące. Sprawdzano szpitale, posterunki policji, ośrodki ratunkowe, ośrodki opieki, noclegownie, schroniska, dworce kolejowe, kostnice, dzwoniono do przyjaciół i znajomych zaginionego. Nie dało to rezultatów. Nikt nic nie wiedział. Rodzinę gnębiły najgorsze myśli i przeczucia.

Dzień później tajemnicę odkrył Luis Charmant, od miesiąca nowy właściciel sąsiedniej rezydencji. W części jego posiadłości przylegającej do posesji Alfonsa, znajdował się dawny sad owocowy. Denat wisiał w dziwnej pozycji na wielkim, odstającym konarze półzdziczałej gruszy. Na wietrze szalejącym tego dnia nad miastem wyglądał jakby frunął. Ręce miał rozłożone na boki podobnie do skrzydeł ciężko szybującego ptaka, twarz wykrzywiał mu nienaturalny, pośmiertny grymas.

– Wygląda okropnie. To nie może być on – krzyknęła siostra Alfonsa, szczupła niewiasta, młodsza od niego o kilka lat.

Obserwujący ją policjant opowiadał później, że patrząc na ciało wisielca nie mogła się uspokoić

– Miałem wrażenie, że bardziej niż śmiercią brata była wstrząśnięta grymasem porażki i żalu zastygłym na twarzy, przypominającej maskę teatralną.

– On nigdy taki nie był! – powtarzała kobieta, zwracając się po kolei do osób obecnych na miejscu tragedii.

Obok denata wisiał zestaw narzędzi do redukcji bezsenności, z wszystkimi instrukcjami, z wyjątkiem instrukcji obsługi pejcza. W rozmowie z dziennikarzami, dyrektor firmy, której Alfons zlecił produkcję próbnej serii narzędzi Pakietu Zwalczania Bezsenności, komentował:

– Po wypuszczeniu na rynek próbnej serii pakietów uzyskaliśmy pierwsze opinie. Pakiet jest doskonałym produktem. Nie ma potrzeby nic w nim poprawiać ani zmieniać. Klienci są bardzo zadowoleni, wręcz zachwyceni.

– A co z instrukcją obsługi pejcza?

Dyrektor popatrzył uważnie na pytającego.

– Ta konkretna instrukcja w ogóle nie wydaje się potrzebna. Ludzie wiedzą jak używać pejcza. Robią to intuicyjnie. Pejcz to jedno z najstarszych narzędzi, jakie człowiek kiedykolwiek używał. Pan Alfons Daudet Carrere de Waldorff widział problem, którego naprawdę nie było. Jego śmierć to kompletny bezsens.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 02 2020

0Shares

Myślę, więc jestem. Poradnik dla nieświadomych. Część 3

Rozpoznanie stanu myślenia i zdrowia psychicznego, o którym mówiłem wcześniej, jest ważne także w relacjach z samym sobą. Każdy prowadzi dialog wewnętrzny – Wiktor spojrzał na mnie z uwagą, zapewne chcąc upewnić się, że nie jestem wyjątkiem. Ponieważ nie zaprzeczyłem, kontynuował.

Kiedy mówię do siebie: Ty kretynie, jak mogłeś to zrobić? – twarz Wiktora ożywiła się nadzwyczajnym wglądem we własną świadomość – to podświadomie ostrzegam się przed niebezpieczeństwem zejścia na drogę bezmyślności. Jeśli popełniłem poważny błąd, wybaczam go sobie i notuję w pamięci pobraną od życia lekcję.

Nie wiń siebie za błędy, ale dbaj o rozwagę w podejmowaniu decyzji i pamiętaj, czego się nauczyłeś na błędach! Ale tylko własnych, ponieważ nie można uczyć się na cudzych błędach. Nie są one dostatecznie dotkliwe i wyraziste, aby wryły się w naszą pamięć. Biedni ci rodzice, którzy mają nadzieję, że ich dzieci nauczą się wiele na ich błędach. Trochę, tak. Ale wiele? – twarz Wiktora wyrażała niezmierne zdziwienie, że można tyle oczekiwać od potomka.

Teraz dokończę mój skromniutki wykładzik na temat drugiej kategorii niemyślenia – Wiktor westchnął, jakby mówienie o temacie sprawiało mu przykrość. Używam słów „skromniutki wykładzik” podobnie jak niektórzy Polacy używają dziecinnych sformułowań w rodzaju „pieniążki”, kiedy mówią o 250.000 zł. Nie jest to zdrowe zdziecinnienie. Przypomina ono raczej kurczenie się organu myślowego do poziomu móżdżku sepleniącego przedszkolaka, choć dzisiaj zadbany przedszkolak wysławia się piękniej i bogaciej niż zaniedbany dorosły. Patrząc gdzieś w bok w przestrzeń mój rozmówca krzyknął: Dziadkowie i babcie, potwierdźcie prawdę moich słów!

C.d.n.

0Shares