Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 3: Hasła, matematyka i pęd do wiedzy.

Wczoraj wieczorem obmyślałem sobie hasła, zawołania i tajemne znaki. Na początku przyszły mi do głowy hasła. Pierwsze, co nasunęło mi się to „Rozum z głowy, koniom lżej”, drugie to „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie to absolutna prawda. Sam to sprawdziłem, ale nikomu o tym nie mówię. Złożyłem tam krótką wizytę. Sam byłem ciekaw wyników obserwacji. Nie było specjalnych rewelacji, niczego takiego zresztą nie oczekiwałem. Poznałem wtedy kilka ciekawych osób, jak najbardziej pozytywnych, i dwie, jedna to pacjent, druga to pracownik, które należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jestem szczery. Mogę sobie na to pozwolić, bo to mój prywatny pamiętnik; wątpię, aby go ktoś kiedykolwiek czytał. Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego. Mogę pisać, co tylko przyjdzie mi do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Uważam, że hasła, zawołania i tajemne znaki powinienem mieć pod ręką, do wypowiadania zaklęć, przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz tylko dla osób wtajemniczonych. Jeśli będę się ogłaszać, to umiarkowanie, bo nie lubię przesady, i tylko na miarę potrzeby. Ostatecznie jestem matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów i odkrywanie prawdy.

Matematyki uczyłem do czasu, kiedy zrozumiałem co znaczy nieskończoność; wtedy właśnie zrezygnowałem z pracy, choć byli tacy, co twierdzili, ze mnie wyrzucono. Właściwie to zrozumiałem, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Tak rozumując uświadomiłem sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

Moją rezygnację z nauczania matematyki nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor chyba mniej. Rozmawiałem z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Kiedy w końcu wydusił z siebie „Koniec z pańskim nauczaniem matematyki” zauważyłem, że klatka piersiowa mu się powiększyła i podniosła, jakby nabrał wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie skurczyła się i opadła. Wtedy na jego tłustej twarzy rozlały się liczne promienie szczęścia. Chciałem napisać „gębie”, ale zaniechałem tego, ponieważ uważam się za człowieka umiarkowanego i wyważonego. Ostatecznie nazywają mnie pozytywnym świrusem. Dyrektora, wysokiego osiłka, ćwiczącego całą harmonię rozciągnięć ciała na siłowni, nigdy nie lubiłem, bo mówił, że stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupiam dzieci.

Same dzieci nigdy mi czegoś takiego nie powiedziały. Teraz to sobie myślę, że może bały się mnie. Chyba jednak nie? Kiedy mi mówiły, że jestem inny niż inni nauczyciele, pytałem, co znaczy „inny”. Nie potrafiły tego jednak wyjaśnić. Dopiero któryś z chłopców, zdaje się, że był to Adaś z Siódmej B wyjaśnił to tak:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach, bagnach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się pan z tym dobrze.

Podobała mi się jego wypowiedź. Miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dałem mu za nią szóstki. Po prostu nie mogłem, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosiłem polonistkę, aby podwyższyła mu ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo już miał szóstkę. Podziękowałem jej, że dostrzegła jego talent do głębokich przemyśleń. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie. Nie zraziło mnie to, ponieważ jestem przyzwyczajony do takich spojrzeń. Raz wszedłem pod most w wielkim mieście, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej, i tam zobaczyłem dziką świnię, dzika znaczy się. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, bo każdy musi się wysikać kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Tak, jak w toaletach publicznych, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmują i chowają sąsiedzi, ale tylko wtedy, kiedy chce to zobaczyć. Robi się to odruchowo, najczęściej z ciekawości. Podobno chłopcy nie znający jeszcze życia ani dojrzałego męskiego organizmu oraz początkujący lekarze robią to najczęściej. Jest to naturalny pęd do wiedzy.

0Shares

Bolesne wspomnienia Bey Tschubaschek. Powieść psychodeliczna. Odc. 9.

Bea Tschubaschek westchnęła ciężko. Wszystko przestało jej się podobać, sala konferencyjna, miasto i samo Bractwo Kontynentalne. Uczestniczyła w spotkaniach już kilkanaście dni i nikt jeszcze jej nie zauważył. A przecież bywała tu wcześniej i to ważnej roli. Teraz podchodzili do niej różni ludzie, patrzyli pytająco, wyciągali rękę na powitanie i przedstawiali się, jakby nigdy nie widzieli jej na oczy. Mówili coś niezrozumiale. Jakieś guten morgen, bonjour toujour, good morning. Domyśliła się, że to po niemiecku. Dziwne było tylko, że nikt do niej nie powiedział „Frau Tschubaschek”. Lubiła te słowa.

– Ci ludzie zachowują się po prostu okropnie. Uśmiechają się, ale jakoś tak półgębkiem. Niby uprzejmi, a w rzeczywistości jacyś obcy – pomyślała. Rozejrzała się po sali konferencyjnej. Była wielka jak boisko. Na żadnej ścianie nie było krzyża! To ją zszokowało.

– Nienormalni ludzie. Istna wieża Babel. Jakieś niereligijne niemoty, czy co? Nikt nie mówi ludzkim językiem. To okropne – żaliła się w duchu. Z braku towarzystwa rozmawiała sama ze sobą.

Po południu, kiedy doszło do głosowania, aby ustalić, kto co będzie robić, za każdym razem głosowano przeciwko niej. W przerwie przed głosowaniem chodziła i mówiła po kolei każdemu delegatowi, wręczając plastikową torebkę z upominkiem w postaci makatki ludowej:

– Hej! To ja, Bea Tschubaschek, prawa ręka Naczelnika Kukuły. No, Ptacha! Teraz to chyba przypominasz mnie sobie!

Wieczorem, w apartamencie hotelowym, Bea pomyślała, że nikt jej nie poznaje, ponieważ bardzo się zmieniła. Wstała z krzesła i przeszła do sypialni, aby przejrzeć się w dużym lustrze. Zobaczyła wściekłą kobietę z wykrzywionymi ustami i prawą dłonią zaciśniętą w pięść. Z trudem poznała siebie.

W głębi lustra dostrzegła rozmazane postacie. Była to cała procesja. Na przodzie szedł mężczyzna. Poznała go natychmiast. To był Rudy, wróg Ptacha. Przyglądał jej się dziwnym wzrokiem. Na szczęście oddalił się szybko. Następny był młody człowiek, stał przy samochodzie z migającymi światłami. Po nim pojawili się chłopcy na wózkach inwalidzkich. Na końcu ktoś wniósł flagę Bractwa Kontynentalnego przypominającą kształtem usta wykrzywione sardonicznym śmiechem. Zdenerwowało ją to, ten cały korowód absurdalnych postaci i zdarzeń. Dobrze wszystko pamiętała. Aby zatrzeć niemiłe wrażenie, znowu popatrzyła na siebie.

– Ależ ja się zmieniłam. Strasznie utyłam! To dlatego tak na mnie patrzyli. Tak, to tłumaczy całą sytuację – pomyślała.

Potrzebowała porozmawiać z kimś bliskim. Zadzwoniła do Namiestnika Kukuły.

– Już wiesz, Ptachu?

– Tak, odrzucili cię – wybuchł Ptachu. – To dranie. On cię nienawidzą, Jesteś pobożną kobietą, chrześcijanką i katoliczką, chodzisz regularnie do kościoła, modlisz się gorąco, a oni takich nie lubią. Znasz trzydzieści modlitw na każdą okazję. Pamiętasz, jak modliłaś się o obfity deszcz? Spadł jeszcze tej samej nocy! Nie to, co ci ludzie, oni nie wierzą nawet we własną kieszeń. To odmieńcy, bezbożnicy i zaprzańcy. Nie to co my, ty i ja. Dlatego nas nienawidzą.

– Co robić?

– Próbuj aż do skutku. Jest Bóg na niebie, może on coś wymyśli.

Rozmowa z Ptachu nie uspokoiła jej. Liczyła na niego. Zawsze umiał coś wymyśleć, zaradzić. Była przecież jego prawą ręką. Przypomniała sobie uroczystość powitania na lotnisku. Wróciła właśnie z meczu i utonęła w kwiatach, jakie na nią czekały. Zapach był tak odurzający, że musiano ją cucić. Mało co nie umarła. Przypomniała sobie późniejszą uroczystość, nieformalną, w gabinecie Namiestnika. Wręczył jej nagrodę za niezłomną postawę, za przeciwstawienie się Rudemu.

– To jest odlew mojej prawej ręki – powiedział wzruszony.

Kiedy to sobie przypomniała, sięgnęła do walizki, częściowo tylko rozpakowanej, stojącej na dnie szafy i po chwili trzymała odlew w ręku. Położyła go na stoliku i przyglądała się. Był piękny, idealnie oddawał kształt mocnych palców Ptacha. Artysta doskonale odtworzył też złoty pierścień na palcu prawej ręki. Zrobiło jej się smutno.

– Tutaj nie mają dla mnie uznania, za to co zrobiłam i osiągnęłam, za moje oddanie sprawie. Mam za sobą przeszłość, której ta dzicz nie akceptuje.

Zrozumiała, że jej przeszłość nie pasuje do atmosfery i oczekiwań Bractwa Kontynentalnego. Zastanawiała się, co robić. Wyciągnęła z szuflady nuty, teksty pieśni i piosenek, i z tęsknoty za ponowną akceptacją i kwiatami zaczęła ćwiczyć chwyty na gitarę. Zapragnęła znowu doznać uczucia słodkiej duszności jak na lotnisku w chwili największej chwały.

0Shares