Poufna kronika rzecznika rządu.

Jestem nowym rzecznikiem rządu.  Z rana piję kawę i zabieram się do roboty. Czas nagli. Piszę codziennie, nie więcej niż sto – sto pięćdziesiąt słów. Moje zapiski są diabelnie krótkie i rzeczowe. Powiedziałbym, że rzygam hasłami i tytułami, gdyby można było przeklinać. Dziś człowiek nie czyta, tylko ogląda. My, to znaczy Partia i Rząd, komunikujemy się z narodem przez Tuba TV, program Wiadomości Dnia. Komentują bracia Ramole. Mówią krótko i tak wyraźnie, że nawet koń ich zrozumie. 

Dziś jest środa, 6 października. Na granicy bez zmian. Premier jest nieobecny, przymierza uniform wojskowy. Kiedy mówi o granicy i Wschodzie staje przed wielką mapą sztabową w towarzystwie wojskowych wysokiej rangi. To dodaje mu powagi. Sprawa granicy jest super poważna. Trwa tam wojna hybrydowa. Niektórym kojarzy się to z samochodem-hybrydą, ale to błąd w rozumowaniu wynikający z tego, że naród jest niedouczony. Mogę to spokojnie zapisać, bo oficjalnie bym tego nigdy nie powiedział. Nikt nie lubi jak rzuca mu się publicznie prawdę w twarz. 

Prezydent Nijak spotyka się dziś z harcerzami. To dobrze, bo jest nijaki jak szara maść na odciski. Słuchają go tylko ci, którzy jeszcze nie słyszeli go z bliska. Ma wadę wymowy; ponadto nie ma nic do powiedzenia, bo jest … Eh, nie będę o nim pisać, bo szkoda mi czasu.  

Szara Eminencja jak zwykle milczy.

– Nie angażuję się w sprawy bieżące kraju, mam inną rolę. Jestem strategiem. Udzielam tylko wskazówek moim ludziom – wyjaśnił onegdaj.

Pilnuje go chmara ochroniarzy. – Wystarczy mi czterdziestu plus helikopter – zdecydował, kiedy go pytano, ile chce mieć ochrony.

Eminencja cieszy się powszechnym szacunkiem w naszej partii. Jest ona siłą przewodnią narodu, a on jest jej Ojcem Chrzestnym, potężniejszym niż ten z filmu, bo rządzi całym krajem.  

– Szara Eminencja to największy skarb narodowy. To nasz mózg i siła napędowa. To on daje nam pieniądze, życie w luksusie i nadzieję na lepsze jutro i pojutrze – to były słowa MinKult. 

Minister jest gotów całować wodza w dupę. Nie on jeden zresztą, bo stwierdzenie o pieniądzach, luksusie i nadziei jest głęboko w partii ugruntowane. Gra jest warta tysiąca świeczek. W ciągu kilku lat można się urządzić na całe życie.

Piszę skrótami, które zrozumie nawet garbaty i niemowa. Piszę zresztą tylko dla siebie i dla przyszłych pokoleń, które być może zechcą poznać prawdę. Prawda jest tylko jedna, choć różnie ją ludzie widzą i interpretują. To jest moje podstawowe przekonanie.   

Jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. 

Czwartek, 7 października. Rola rzecznika rządu jest niełatwa. Tyle tematów. Pierwszy to Nowy Porządek. Jest siedemset, z poprawkami będzie tysiąc stron.

– Zbyt skomplikowane jest to wasze bagno podatkowo-rozdzielcze. Jest jak stacja kolejowa z torami prowadzącymi na pustynię, w góry i do lasu –  mówi opozycja. – Podzieliliście obywateli na grupy, tym samym ludziom dajecie, tym samym ludziom odbieracie i zmieniacie zasady. Nikt niczego nie rozumie. Nawet fachowcy. 

– Nie zgadzam się. To fascynująca lektura – odpowiadam publicznie. Prywatnie myślę co innego, ale mówię bez drgnięcia powieką: – Ludzie zachwycają się Nowym Porządkiem”, czytają nocami, cytują fragmenty. MinEdu zamierza wprowadzić go do programu lektur szkolnych.

– Plan jest wasz lecz pieniądze są z Bractwa Kontynentalnego a wy nim gardzicie – odpowiada mi na to opozycja.

– Ależ skądże! Jesteśmy zgodni z Bractwem jak z rodzonym bratem – reaguję żywiołowo. – Kochamy Bractwo. To totalna opozycja podkopuje naszą obecność w tej fantastycznej organizacji. Na tym polega wasz totalitaryzm. Krytykujecie nas. To głęboko niepatriotyczne. Opozycja musi być zgodna z rządem dla dobra kraju, nie może być totalna. Chciałem dodać od siebie, że są dupkami, ale się powstrzymałem, bo takich rzeczy nie głosi się publicznie. Ogólnie rzecz biorąc, staram się mówić i pisać poprawnie, nie przeklinając jak niektórzy moi koledzy z partii i rządu. Czasem wulgarność wylewa się z nich jak nieczystości z przepełnionego szamba. Nie jesteśmy ideałami.

Piątek, 8 października. Dziś na cotygodniowej rządowej konferencji prasowej zastępowałem premiera. Był bardzo zajęty. Granice wschodnią przekracza nielegalnie wielu uciekinierów i coś trzeba z nimi robić. Zgodnie z instrukcją premiera odpowiadałem na pytania przesłane mailem przez różne osoby prywatne i organizacje do urzędu premiera. Treść korespondencji była różna. Najczęściej pytano o Szarą Eminencję. Było dużo nienawiści. Większość piszących niestety chętnie by go utopiła, udusiła lub upiekła na wolnym ogniu i nie jest to żart z mojej strony. Do odpowiedzi na konferencji prasowej wybrałem email najbardziej pozytywny, choć miałem pewne wątpliwości. Odczytałem go na głos.  

– Szanowny Panie Premierze! Czy Szara Eminencja nie jest poważnie chory? Martwimy się on niego, bo wyraźnie utył, ma wydatny brzuch i ledwo chodzi. W dodatku nosi ze sobą dużą czarną torbę. Złośliwi mówią, że trzyma tam lekarstwa i skierowanie do szpitala łącznie ze zleceniem transportu helikopterem, bo pogotowie ratunkowe jest dziś niepewne. Martwimy się, czy Eminencja nie ma wysokiego poziomu cholesterolu, bo zawał serca ma prawie wypisany na twarzy; wygląda na zmęczonego i jest bardzo blady. Z pewnością ma mało ruchu, bo nie jest to typ sportowca jak przywódca opozycji. Pojawiły się też plotki, że Minister Różany i Pan Premier walczą już o schedę po nim. Prosimy o wyjaśnienie. Skonsternowani zwolennicy Partii i Rządu.

Sobota, 9 października Odpowiedziałem zgodnie z naszymi zasadami zaprzeczania lub pomijania tego, co jest dla partii i rządu niewygodne. Słowa dobrze pamiętam, bo ćwiczyłem wypowiedź kilka razy. W moim zawodzie jest niewiele miejsca na omyłki. Pomylisz się i już jesteś krótszy (nie, nie o głowę!) ale o kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

– Drodzy Państwo! Szara Eminencja jest zdrów jak ryba. Można to poznać po żywym spojrzeniu jego oczu. Dba o siebie, nosi maseczkę na twarzy. Doskonale kojarzy wszystko, co się do niego mówi. Lekarz codziennie sprawdza stan jego zdrowia. To, że Eminencja nie odpowiada na pytania i nie ukazuje się publicznie ma swoje uzasadnienie. Wyjaśnił to kiedyś sam.

– Wokół mnie jest za dużo hałasu. Dziennikarze bez przerwy o coś mnie pytają, proszą o komentarze. Nie mam czasu ani chęci, aby odpowiadać na niezliczone pytania, jakie przychodzą im do głowy. Tym bardziej, że często – bez uzasadnienia – są negatywnie uosobieni do mnie, do partii i do rządu. Mam masę obowiązków, kieruję przecież wielką organizacją.

Od siebie dodam, że Szara Eminencja dużo czyta, myśli i pisze. Życie takiego przywódcy nie jest łatwe. Kiedyś nie miałem poczucia, że jest on genialny. Teraz już mam. Mówią, że jest skryty, przewrotny a nawet podły, że po trupach dąży do celu. To nie zmienia oceny. Geniusz może być wzorcem zarówno podłości jak i szlachetności. Szara Eminencja stworzył imperium władzy dysponujące rzeszami gorących obrońców, którzy bez względu na okoliczności popierają swojego wodza. Ci ludzie stanowią niewzruszony intelektualnie i uczuciowo mur. Za tym murem jest również miejsce dla mnie. Na tym polega wielkość Szarej Eminencji a przy okazji moja. W mojej zawarta jest także małość, ponieważ czasem głoszę bezczelne kłamstwa dla utrzymania władzy, czyli ogromnych wpływów i pieniędzy. To tak, jakbym za duże pieniądze pluł sobie publicznie w twarz. Godzę się z tym.  

Niedziela, 10 października. Sprawa dzieci uciekinierów przekraczających granicę wschodnią wybuchła w mediach jak bomba. Razem z rodzicami znalazły się one w Ośrodku dla Uciekinierów w Mirowie. Potem znikły stamtąd. Były i już ich nie było. Prawdziwy cud!

Pojawiły się dwa wyjaśnienia. Jedno, to straż graniczna zabrała je razem z rodzicami z ośrodka, wywiozła do lasu i siłą przepchnęła na drugą stronę granicy. Drugie było takie, że ci ludzie sami uciekli z ośrodka i ukryli się w lesie i teraz straż graniczna ich szuka.

Nad dziećmi uciekinierów wszyscy się litują, wszyscy im współczują. Organizacje pomocy społecznej, lekarze, nawet duchowni. Tych ostatnich dzieci się boją. Nie bez powodu, bo wszyscy słyszeli o pedofilii w kościele. Strach rodziców udzielił się dzieciom.

Ludzie martwiący się o dzieci uciekinierskie wprost krzyczeli:

– Chcieliśmy dać im choćby szklankę wody, kawałek chleba, nowe ubranko, koc, nauczyć „Dzień dobry” i „Do widzenia”. A tu nic!

Na Szarą Eminencję takie awantury nie działają. Ktoś z gabinetu premiera mi mówił, że ostatni raz Eminencja widział z bliska małe dziecko dwa lata temu. Jego zachowanie określa zachowania otaczających go osób. Eminencja rozdaje stanowiska, wpływy oraz wielkie pieniądze i wymaga. Lojalność za majątek. Mnie też to dotyczy. Kupuję jego zasady, ale nie będę całować go w pośladek jak czynią to inni członkowie naszej partii. 

Wtorek, 12 października. Będąc pracownikiem urzędu premiera wiem, gdzie dzieci się znajdują i jak się tam znalazły. Są nawet dowody na to, że straż graniczna strzelała do uciekinierów. Nie po to, aby ich zranić czy zabić, ale po to, aby zmusić do natychmiastowego przejścia na drugą stronę granicy. To postępowanie ma głębszy sens: zastraszyć wszystkich potencjalnych uciekinierów, aby nawet nie myśleli o nielegalnym przekroczeniu granicy naszego kraju. Było to brutalne ostrzeżenie w rodzaju:

– Nie idź tam, bo cię zabiją!

Jako rzecznik rządu nie komentuję takich spraw. Oficjalnie mam tylko podawać, że straż graniczna szuka dzieci i ich rodziców. Postępowanie naszej straży zdecydowanie mi się nie podoba. Sam mam małe dzieci i nie chciałbym, aby ktokolwiek wywoził je jesienią do lasu ze mną, czy beze mnie. Musiałem sobie powiedzieć: morda w kubeł, Dzielny Rzeczniku Rządu! Napisałem ten pseudotytuł dużymi literami, aby dodać patosu sytuacji, która zawiera w sobie więcej kłamliwego łajna niż absurdu. Rozpowszechniają je gazety popierające partię rządzącą oraz oficjalna Tuba TV, którą rządzi człowiek zwany Szydercą.

– Obcokrajowcy w lesie są tacy podobni do zwierząt, że po ciemku trudno ich odróżnić – to on miał to powiedzieć.

Nie wiem czy to prawda, bo ludzie wszędzie coś mówią i ich słowa rozchodzą się jak na skrzydłach, tak że w końcu nie wiadomo, kto co powiedział, czy to powiedział, kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach. W najlepszym przypadku był to cyniczny żart.

Środa, 13 października. Sprawa strażników granicznych nie jest prosta. Rozmawialiśmy na ten temat w gabinecie premiera. Miał na sobie uniform i obuwie wojskowe. Zdaje się, że polubił ten strój, bo nadaje mu ważności i ma dużo kieszeni. W jednej z nich trzyma ulubioną wódkę w małej buteleczce. Jest umiarkowanym zamordystą. Żegluje swoją łódką na pych między Szarą Eminencją (który z natury jest twardogłowy), kłopotliwą rafą w osobie MinSpra oraz frakcją umiarkowanych. Tych jest najwięcej, ale za pieniądze, jakie zarabiają oni i ich rodziny w firmach państwowych, będą milczeć, nawet gdyby ktoś z wyższej władzy partyjnej ich kopał, dusił i groził zrzuceniem ze schodów z szansą oddania ducha. Dramatyzuję, ale nie bez kozery, bo czyny przestępcze weszły nam już w krew. Zwróćcie uwagę, że w prokuraturze ani w sądach nie ma żadnych naszych afer i przekrętów.

Zuniformowany wojskowo premier żalił się nad losem strażników granicznych:

– Strażnikowi trudno jest nie strzelać do uciekinierów usiłujących przekroczyć granicę. Niejeden z nich jest także myśliwym. Polowanie i strzelanie u nich to instynkt i nawyk. Dlatego są tam, gdzie są, czyli w uzbrojonej po zęby straży granicznej, gdzie obowiązuje posłuszeństwo i milczenie, a nie w aptece, piekarni, biurze projektowym czy oczyszczalni ścieków. 

Czwartek, 14 października. To była nietypowa sprawa, można powiedzieć symboliczna i politycznie smrodliwa. Mieliśmy z nią kłopot. Z oficjalnego rządowego obiegu informacji wyciekły emaile. Problem w tym, że wypłynęły one na światło dzienne ze skrzynek prywatnych premiera i jego sekretarza. Używanie skrzynek prywatnych było dla nich wygodne, bo obydwaj mogli sobie po cichu pisać, co im ślina na język przyniosła.

Skrzynka poczty elektronicznej wystąpiła w roli garnka z nieświeżą zupą skrywanego w spiżarce pod schodami. Ktoś ją wyciągnął, aby moczyć w niej dobre imię premiera i jego sekretarza. Opozycja zażądała dymisji zainteresowanych osób, ale do niczego nie doszło. Szara Eminencja czuwał. W biurku (a może pod łóżkiem, to do niego podobne) trzyma worek z rządowymi pieniędzmi i ofertami wysokich stanowisk w wielkich firmach i zawsze może kupić dodatkowe poparcie w głosowaniu nad wotum nieufności. To działa.

Sprawa już trochę przyschła ale maile nadal wyciekają. Towarzysze partyjni żartują, że mają one bardzo płynną postać. Bagatelizują sprawę, różnie tłumacząc przyczyny wycieku.

– Nie wiemy, kto to zrobił, kto wybrał ze skrzynki i ujawnił, i po co. To wielka zagadka. Aby ją rozwiązać trzeba głowy jak skomputeryzowany baniak.

Szara Eminencja i premier zwalają wycieki na wywiad zagraniczny i jego wojenne działania hybrydowe. To wygodne i nie do sprawdzenia, bo zawsze możemy zasłonić się poufnością i tajnością spraw. Eminencja zlecił dochodzenie i sam też bada. Odpowiada za bezpieczeństwo nas wszystkich, całej partii. Oficjalnie z bezpieczeństwem jest u nas coraz lepiej.

Piątek, 15 października. Premier i jego sekretarz skrewili, bo w sprawie korzystania z poczty elektronicznej nie trzymali się przepisów. Jest to tak powszechna praktyka, że nawet Szara Eminencja nie zrobił im za dużej awantury. Sam się na tym nie zna. Mówi:

– Starego psa nie uczy się nowych tricków.

Boss wszystkich bossów ma swoiste poczucie humoru. Jak na mój gust nieco zwierzęce. Nie piszę tego złośliwie, może nieco uszczypliwie, bo podziwiam go za jego genialność w wydobywaniu silnych uczuć z ludzi. Nienawiść, niechęć, poczucie obcości lub na dobrą miarę uczucie wspólnoty interesów to potężne siły motoryczne.

Osoby ujawniające emaile twierdzą, że premier i sekretarz nazywali w nich Szarą Eminencję “Dziadygą”. Premier w zaufaniu powiedział mi, że nie wie, jak to słowo znalazło się w jego emailu. Domyślam się, że wyrwało mu się, bo był za coś zły na Szarą Eminencję. Osobiście miałem wrażenie, że wyrzucił z siebie to, co akurat leżało mu na sercu.

Z premierem jestem w bardzo dobrych stosunkach. Ostatecznie to on mnie mianował na to stanowisko, dając mi fantastyczne uposażenie. Muszę przyznać, że Szara Eminencja, który pociąga wszystkie cugle, nie żałuje pieniędzy. Solidnie wynagradza swoich ludzi. Płaci tak dobrze, że poszliby za niego w ogień. Ludzi można kupić. Pieniądze i zaszczyty są tak wielkie, że każdy ulegnie.

Wtorek, 19 października. Szara Eminencja w oczach opada z sił. Po prostu ramoleje. Obserwuję go uważnie ilekroć pojawia się w zasięgu mego wzroku. Idzie wolno jakby niósł na plecach worek kamieni, nie patrzy przed siebie, tylko pod nogi, aby się nie potknąć. A i tak się potyka. Zapytany o cokolwiek przez dziennikarzy, nie odpowiada. Cztery schodki są już dla niego wzgórzem, osiem górą, a szesnaście to chyba szczytem nie do zdobycia. Mówi też coraz bardziej niemrawo, wykrzywiając usta, aby wydobyć z siebie słowa. Jego wcześniejsza pewność siebie, zdecydowanie, twardość, przypominają teraz kielich czarnego tulipana chylący się w kierunku podłoża. W sylwetce Eminencji widać smutną rezygnację jeśli nie beznadziejność. Jego zaawansowany wiek, kondycja, siedzący tryb życia, wygląd nie przemawiają na jego korzyść. O, nie! Może brzmi to niepozytywnie, ale ja tylko stwierdzam fakty.

Partia usilnie stara się utrzymać pozytywny wizerunek Eminencji, jednakże stan jego zdrowia coraz wyraźniej temu zaprzecza. Z wodzem jest coraz gorzej. Ludzie to widzą i wyciągnęli wnioski. Toczy się już cicha walka o schedę po nim. Nie rokuje to niczego dobrego dla partii, bo grozi nam wewnątrzpartyjna wojna domowa.

Środa. 20 października. Premier wezwał mnie z samego rana do swego gabinetu. Rozmawialiśmy w cztery oczy. To znaczy, on mówił, ja słuchałem.

– Wczoraj wygłosiłem płomienne przemówienie w parlamencie Wspólnoty Państw w obronie naszej ojczyzny. Nie było łatwo. Powiedziałem, że nie ustąpimy, nie ugniemy się. Wóz albo przewóz. Orzeł albo reszka. Nieugiętość to dla nas honor, zaszczyt, tradycja i patriotyzm – tłumaczyłem im.

– Oraz wiara w Boga – dodałem spontanicznie.

– Ja o nieugiętości – kontynuował Premier – a oni o kradzieżach na wielką skalę, nepotyzmie, prawach obywatelskich, mniejszościach narodowych i sprawiedliwości. Człowieku, mówię do przewodniczącej parlamentu, nie masz pojęcia o naszym kraju. Co ma piernik do wiatraka?

Na to ona do mnie:

– Gardzimy tobą, bo łżesz i łamiesz zasady. Krzyczała na mnie. Jeśliś taki, to my ci nie damy pieniędzy.

Wtedy splunąłem na nich wszystkich, ale nie ustąpiłem.

– Jeśli tak, to pies z wami tańcował. Sami się wyżywimy. Jesteśmy dumnym narodem, tysiącletnim a może i dłużej. Nieugiętość to nasza dewiza. Musisz to zgrabnie wytłumaczyć dziennikarzom – zwrócił się do mnie Premier.

Poczułem się skołowany. Nie byłem pewny, czy premier wie, co mówił w parlamencie i co mówiono do niego. Chyba wie. Będę więc i ja mówić o nieugiętości. Ostatecznie dobrze mi za to płacą. Za pieniądze to i byk się ocieli – pomyślałem.

Czwartek, 21 października. Premier wrócił z parlamentu Wspólnoty Niepodległych Państw w uśmiechach. Wydał mi się dziwny, miał szczurzą, wąską twarz liska-chytruska ze szpiczastym nosem. Przyjechał pociągiem. Na dworcu witały go tłumy naszych zwolenników z kwiatami. Tonął w kwiatach.

Objął mnie serdecznie i prawie krzyczał mi do ucha.

– Wielkie zwycięstwo! Niebywały sukces, pełnia szczęścia! Dokopałem im! Stanąłem im kością w gardle! Jesteśmy nieugięci!

– Ale nie dadzą nam obiecanych pieniędzy. To kupa szmalu – bąknąłem niepewny, jak to przyjmie.

– Pieniądz jest najmniej ważny! Mamy pieniądze. Kupiłem działkę rolną za kilkaset tysięcy, sprzedam za dwadzieścia siedem milionów. Czysty pieniądz.

– A rolnicy? A przedsiębiorcy? A samorządy?

– Poczekają – mówiąc to Premier muskał ustami kwiaty otaczające go ze wszystkich stron.

– Tak być uwielbianym – pomyślałem i zazdrość mnie ogarnęła.

– Najważniejsze, że pogodziłem się z Zibi, znaczy się MinSpra. Uznał mnie za bohatera. – Jesteś twardzielem – powiedział. – A ja myślałem że miękiszem. – Ustaliłem z nim – premier nachylił się do mnie poufnie – że podzielimy schedę po staruchu, fifty-fifty. Sześć miesięcy on rządzi, sześć miesięcy ja, korzyści do podziału. Rządzenie to pieniądz, wpływy, stanowiska, niezależność od sądów. Możesz mieć wszystko, tylko musisz chcieć. Na początek taki rozejm jest dobry.

Po twarzy premiera biegły skurcze. Nie wiedziałem, co znaczą.

Piątek, 22 października. Najwyższymi pretendentami do schedy po Szarej Eminencji jest Premier oraz MinSpra, Zibi Różany. Obydwaj mają swoje zaplecza partyjne, które ich wpierają. Dzieli ich różnica poglądów na politykę zagraniczną. W jednym tylko są zgodni: kraj powinien zamknąć się w sobie, uniezależnić, nie współpracować z nikim na innych niż własne zasadach.

– Sami się utrzymamy, nikt łaski nie będzie nam robić – transparent z takim napisem obydwaj mogliby zgodnie nieść, gdyby tylko przyszło im to do głowy. Ale nie przyjdzie, bo MinSpra usztywnił się jak suchy kij.

Przybliżył mi to Premier na odprawie. Był w dobrym nastroju, uśmiechał się, ale był też uszczypliwy.

– My, człowieku, działamy inteligentnie w odróżnieniu od tego dupka Zibi. Jemu to tylko dać młot do ręki, to dla niego najlepsze narzędzie polityki zagranicznej. Jego zasady to nikomu z zewnątrz nie ufać, wyłączyć się, wewnątrz trzymać opozycję za mordę. Ja natomiast uważam, że współpracę z zagranicą należy redukować stopniowo, ostrożnie, klucząc, perswadując, czasem robiąc słodkie miny i biorąc po drodze wszystko, co nam oferują.

Sobota, 23 października. Zibi jest przeciwieństwem Premiera. Jest brutalny. Wobec swoich współpracowników nie ukrywa, co myśli. Słyszałem, jak mówił:

– Zagranica to gnojki. Musimy powiedzieć bardzo jasno i jednoznacznie, niech nam nic nie oferują, nie doradzają i nie mieszają się w nasze sprawy. Współpraca z nami musi opierać się na naszych zasadach. Nie potrzebujemy niczyjej łaski. Nikt nie będzie nam mówić, jak mamy żyć. Jesteśmy suwerenni. Musimy odciąć się od nich jak wisielec od smutnego życia.

MinSpra nie podoba mi się. Jest w nim nadętość i zarozumiałość. Ciekaw jestem, jak Premier sobie z nim poradzi. Wyrzucić Zibiego z rządu nie może, bo jego frakcja jest za mocna. 

Premier spotkał się za granicą z nowymi ludźmi. To postępowcy narodowi, tak siebie nazywają. Inni mówią o nich narodowcy, radykałowie, populiści, nawet faszyści i dzierżymordy. Są wśród nich: Ester z Belgii, Lajos z Węgier, Pietro z Sycylii, Enrique z Madrytu, podobno były frankista. Premier obejmował się z nimi serdecznie, patrzyli sobie w oczy, obiecywali wsparcie. O wszystkim dowiedziałem się z mediów, sam mi o tym nie wspomniał nawet słowa.

Niedziela, 24 października. W czasie pobytu we Wspólnocie Niepodległych Państw Premier spotkał się z nową, coraz bardziej wpływową parlamentarną frakcją polityczną. Nazywają siebie Radykalni Konserwatyści. Inni parlamentarzyści określają ich jako narodowcy, radykałowie, populiści, dzierżymordy a nawet bolszewicy i faszyści. W wywiadzie telewizyjnym jedna z nich wyjaśniła:

– Ci ludzie mają wyraźne ciągoty orientalne, preferują autorytarne metody działania i rządzenia. Łatwo im przychodzi określenie wspólnego wroga. Wiele osób to lubi, bo każdy nosi w sobie choćby zalążki nienawiści. To uczucie jednoczy. Radykałowie obiecują ponadto szybkie i pozytywne wyniki. Stąd ich rosnąca popularność.

Zanotowałem to sobie w pamięci, bo było w tym wiele wspólnego z naszym myśleniem. Oczywiście nie powiedziałbym tego publicznie. 

Wśród Radykalnych Konserwatystów były niezbyt mi znane, ale wpływowe postacie: pani Zuzie z Francji, osoba z wielkimi ambicjami i rękami wyciągniętymi daleko przed siebie po pieniądze z dowolnego źródła, byle było ich dużo, niejaki Lajos z Węgier, od niedawna oligarcha, właściciel wielkich winnic oraz kilku dzienników prasowych na południu kraju, Pietro z Włoch, niepohamowany w ambicjach politycznych sycylijski kierowca ciężarówki oraz Enrique z Madrytu, podobno były frankista. Ten to łatwo się wyróżniał: jego twarz była poznaczona śladami po ospie, miał też charakterystyczne kości policzkowe.

Premier obejmował się z nimi serdecznie, patrzyli sobie w oczy i obiecywali wsparcie.

Poniedziałek, 25 października. Wobec Radykalnych Konserwatystów Premier zachowywał się tak, jakby znali się i przyjaźnili od lat. O wszystkim dowiedziałem się z mediów, on sam mi o tym nie wspomniał nawet słowa. To mnie zastanowiło. Uznałem, że jest bardziej skryty i nieprzewidywalny niż myślałem.

Wieczorem obejrzałem relację filmową z tego spotkania. Przysłuchałem się uważniej jego przebiegowi. Premier jest chyba zakochany w Marie. To atrakcyjna kobieta dla mężczyzn lubiących obfity uśmiech na twarzy połączony z zaokrągleniami ciała. Słyszałem wyraźnie, jak wzdychał, kiedy trzymał jej dłonie w swoich: Och, Marie! Och, Marie! Na pewno się nie mylę ponieważ jest on – mimo, że jest patriotą – jest cichym miłośnikiem Francji, Francuzów oraz kultury i języka francuskiego. Kiedyś towarzysząc gościom zagranicznym naszego rządu byłem razem z nim na kolacji; mówił wtedy entuzjastycznie o ślimakach i żabach. Jest w tym pewna sprzeczność; niby tacy patriotyczni i tradycyjni w naszych zachowaniach, chwalimy cudze potrawy i zwyczaje, nawet kiedy kojarzą się obrzydliwie wielu naszym rodakom.

Tego dnia uznałem premiera za osobę niekonsekwentną w zachowaniach jako mąż stanu. Nikogo nie zamierzam o tym informować, bo za pieniądze, jakie mi płaci partia, nie będę narażać na szwank sytuacji mojej rodziny oraz przyjaciół i znajomych, których uplasowałem na wysokich stanowiskach w firmach państwowych.

Wtorek, 26 października. Radykalni Konserwatyści tworzą jeden zwarty blok idący pod prąd myślenia większości Wspólnoty Niepodległych Państw. Pojawiły się pogłoski, że Premier ma ambicję zostać ich przywódcą we wspólnotowym parlamencie. Grupa spotyka się regularnie, bez rozgłosu, aby debatować wieczorami przy świecach. Robią to w ukryciu, nie włączając nawet świateł elektrycznych. Albo coś knują albo obawiają się jakiejś rozróby

Nie wszystkim podobają się ich pomysły. Komentarze są takie, że Premier i jego nowi przyjaciele chcą wykoleić Wspólnotę, przewrócić porządek do góry nogami, wszystko to pod hasłami niezależności i wolności słowa.

Ja tego nie kupuję. To tak, jakbyś chciał uniezależnić się od warzywniaka czy sklepu piekarniczego, gdzie kupujesz żywność, bez której nie możesz się obejść. Nie wysadzasz ich w powietrze.

W połowie dnia media poinformowały, że w środku kraju pojawiły się autobusy pełne zaniedbanych uciekinierów zza granicy. Ktoś za to odpowiada. Palce, nie tylko opozycji, wskazują na MinWew, tego garbusa z wąsikiem w butach oficerskich, jak go nazywają. Są spekulacje, że ma w tym osobisty interes. Nie lubię go; ten były woźny szkolny (takich też mamy na wysokich stanowiskach) jest nadęty jak puzon. Jest powszechne oczekiwanie, że powinien beknąć. Zdarzenie z autobusami mam skomentować. Musiałem coś wymyśleć na poczekaniu.

Środa, 27 października. Na konferencji prasowej zasłaniam się, że jest to informacja niesprawdzona i wyjaśniam rzeczowo, że autobus autobusowi nierówny.

– Nawet nie wiemy w jakim był kolorze, czy były to dwa autobusy czy jeden, czy były tam kobiety, dzieci i mężczyźni, czy tylko mężczyźni i kobiety, a jeśli uciekinierzy to z jakiego kraju. Wszystko to jest niejasne, być może to tylko plotki, być może prawda – mówię na jednym oddechu. – Jak tylko będziemy wiedzieli więcej, od razu państwu przedstawię wyjaśnienie i odpowiem na pytania.

Premierowi podobało się moje tłumaczenie chyba bardzo, ponieważ niespodziewanie zaproponował mi podwyżkę. Zarabiam czterdzieści tysięcy miesięcznie, teraz mam zarabiać czterdzieści cztery, dziesięć procent więcej.

– Partia umie się odwdzięcza za lojalność i wierną służbę – powiedział mi, poklepując mnie po ramieniu. Rękę miał jakąś twardą i kościstą. – Podwyżka dziesięć procent to nie jest dużo w dzisiejszych czasach, bo ponad połowę z tego zje ci inflacja. Wielu ludzi tego nie rozumie, ale nie możemy mieć do nich o to pretensji. Ważne, że nas popierają. Informujemy ich, zgodnie z prawdą, że to jeszcze poprzednie rządy przygotowały grunt pod te podwyżki, aby zgnoić naród. W odróżnieniu od nich jesteśmy otwarci na krytykę lecz zgodni ze sobą i twardzi, i dlatego poradzimy sobie jako naród.

Mimo podwyżki nie poczułem się dobrze. Przed oczami stanęły mi baraki obozu pracy, chodzące od pewnego czasu mi po głowie. Domyślam się dlaczego. Premier wspominał mi, że widział na biurku MinSpra plan nowego więzienia przypominającego obóz pracy z czasów ostatniej wojny światowej. Nie zdziwiło mnie to, bo Alfred Rumiany jest najbardziej radykalny z naszego obozu. Nie wiem dlaczego używamy jego pseudonimu Zibi, tak jakby to było jego nazwisko. Przywarło do niego jak rzep do psiego ogona.

Przekaż dalej
26udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *