Owady. Opowiadanie surrealistyczne.

Odc. 1

Dzień był parny. Dopiero po południu zaczęło chłodnieć i powietrze nieco się osuszyło. Doktor Diego rozmawiał z kilkoma kolegami i koleżankami w pracy oraz telefonicznie z córką i przyjacielem. Słyszał ich słowa, ale nie widział ich ust zasłoniętych przez maseczkę ochronną. Niektóre maseczki były tak duże, że częściowo ukrywały także oczy. Żadna z rozmów nie przyniosła mu uspokojenia. Słyszał te same albo podobne słowa i zapewnienia.

– Nic na to nie poradzisz. Wciąż trwają pandemie, toczą się wojny, katastrofy klimatyczne wywracają milionom ludzi życie, dobijają zmiany technologii. Świat oszalał.

Najgorsze było położenie dzieci; z samotności, zagubienia i braku poczucia bezpieczeństwa popełniały samobójstwa. Niektóre czyniły to wychodząc z domu, udając się w nieznanym kierunku i znikając. Tego dnia było ich troje.

Pod koniec dnia pracy Diego spowolniał, jego twarz oblekł mrok. Przed opuszczeniem szpitala udał się do gabinetu ordynatora. Był tajemniczy, położył palec na ustach.

– Skończyłem się jako lekarz. Jestem kupką popiołu. Oto co ze mnie zostało. Ale żyć muszę. Dlatego odchodzę. Nic tu po mnie. Przepraszam.

Po powrocie do domu Diego nie jadł obiadu tylko od razu położył się w sypialni na łóżku, aby pustym wzrokiem błądzić po suficie i ścianach. Leżał i patrzył. Pod wieczór zauważył mrówkę na południowej ścianie pokoju. Szła powoli po skosie od dolnej partii drzwi w kierunku okna. Wyglądała na zmęczoną. Nie zdziwiło go to, ponieważ niosła na grzbiecie kawałek grubej brązowej tektury. Idąc miarowo stukała nogami. Wyraźnie słyszał: tu-ta, tu-ta, tu-ta, miarowe uderzenia następujące jedno po drugim. Zanim mrówka doszła do połowy ściany, Diego usłyszał leciutki chrobot od strony sufitu, nadchodzący gdzieś znad framugi okna. Było cichszy niż stukanie, ale również miarowy. Z ciekawości wstał z łóżka i podszedł bliżej. Po suficie maszerował komar zmierzając w kierunku żyrandola zawieszonego w samym środku pokoju. Chrobocząc, emitował słabiutki błysk. Diego przypomniał sobie historię innego komara z drewnianą nogą i złotym zębem. Było to jeszcze w czasach szkoły średniej. Ucieszył się, że to co słyszał i widział to nie był żart.

Minutę później pokazał obydwa owady córce, która przyniosła mu herbatę i dwa kawałki ciasta na talerzyku. Emilia przyjrzała im się uważnie. Kiedy je obserwowała, przyglądał się jej. Wydała mu się inna niż zawsze, dziwna i oddalona. Patrzyła z uwagą ornitologa, zanim powiedziała:

– Faktycznie. Mrówka i komar. Stukania jednak nie słyszę.

Odc. 2

Po odejściu córki i wypiciu herbaty doktor wyjął dyktafon, aby nagrać głosy wydawane przez owady. Najpierw nagrywał mrówkę, potem komara. Ta kolejność wydała mu się znacząca. Przy okazji nadał imiona: komarowi – Lejek, a mrówce – Mniszka oraz obliczył trajektorię ich podróży do celu.

Tydzień później córka zabrała Diego do sanatorium. Samochód prowadził szczupły mężczyzny w okularach. Mówił do Emilii „Kochanie” i czasami zdejmował rękę z kierownicy, aby położyć dłoń na jej kolanie. Diego podobało się to, ponieważ w gestach mężczyzny widział delikatność.

– Zachowuje się rozważnie i godnie jak owad wędrujący po ścianie – myślał, rozglądając się po wnętrzu samochodu.

Do celu dojechali w południe. Zatrzymali się przed dużym, białym budynkiem. Doktor lubił jasne powierzchnie, dobrze oświetlone, takie jak w szpitalu. Był do nich przyzwyczajony. Emilia zwróciła głowę w jego kierunku:

– Tato! To jest sanatorium, w którym spędzisz trochę czasu. Nazywa się San Remo. Będzie ci tu dobrze. Wszystko zorganizowałam, o wszystkim pomyślałam. Dzwoń do mnie kiedy zechcesz, jeśli tylko będziesz miał ochotę.

Diego popatrzył na nią w zamyśleniu, a ona powiedziała:

– Wiem, że masz bardzo mało czasu, ponieważ jesteś bardzo zajęty. Masz dużo pracy. Ale nie martw się. Jeśli ty do mnie nie zadzwonisz, to ja zadzwonię do ciebie.

Stojąc przed wejściem do budynku, Diego spokojnie i z uwagą rozglądał się wokół. Tuż nad drzwiami wejściowymi zauważył mrówkę a w korytarzu wypatrzył komara. Wydały mu się znajome. Pozdrowił je dyskretnym ruchem ręki; nie był pewien, czy to zauważyły.

Pół roku później był już w pełni zadomowiony, czuł się w sanatorium jak u siebie. Dużo spacerował po budynku i na zewnątrz, pilnie studiując powierzchnie ścian, drzwi i okien. Obchód i obserwacje robił rano, począwszy od godziny dziewiątej, zaraz po śniadaniu. Lubił regularność, miał ją we krwi. Spostrzeżenia skrzętnie notował w małym notatniku. Od godziny trzeciej po południu malował, rozsiadając się na krześle przed budynkiem i rozkładając dwie sztalugi przed sobą. Tę drugą traktował jako rezerwową, gdyby stało się coś nieprzewidywanego z pierwszą. Robił to systematycznie każdego dnia z wyjątkiem niedzieli, kiedy się modlił i myślał o Bogu.

Jego pasja okazała się zaraźliwa. Następnego roku wszyscy mieszkańcy sanatorium jak i część jego obsługi malowali obrazy. Pracownicy i pacjenci siedzieli pospołu w trzy rzędy ze sztalugami ustawionymi w karne rzędy. Diego przechadzał się poważnie między stanowiskami udzielając wskazówek; czasem coś poprawił, innym razem tylko uśmiechał się zachęcająco.

Odc. 3

– Malarstwo wciągnęło nas wszystkich – stwierdził z zadowoleniem dyrektor sanatorium San Remo, oprowadzając kolejną wycieczkę osób przybyłych zwiedzić jego placówkę. – Dzięki dobremu przykładowi i pasji jednego z naszych stałych mieszkańców, udało nam się zachęcić do malowania obrazów prawie wszystkich pacjentów. Reprezentują oni szeroki przekrój społeczny. Mamy tutaj dwóch księgowych, kilku kierowców taksówek, sześciu artystów różnych specjalności, dwóch przewodników turystycznych, rzeźnika, księdza, kilka zakonnic, jedną sprzątaczkę, dyrektora wielkiej firmy przemysłowej, trzech sportowców a nawet biskupa i dwóch generałów. Jeden przyjechał do nas prosto z pola walki, drugi od kilku lat jest już na emeryturze. Ich zaangażowanie jest ogromnie cenne. Malowanie w tak licznej grupie wymaga dużo zachodu, pomocy i koordynacji, zaopatrzenia w sprzęt i farby, oswajania nowych uczestników z warunkami plenerowymi oraz instruktażu, co robić i w jakiej kolejności, przygotowując się do malowania. Szczególnie użyteczni w tym okazali się nasi dwaj najwyższej rangi wojskowi, ponieważ dzięki zdolnościom dowódczym i autorytetowi zapewniają porządek i dyscyplinę. Proszę popatrzeć, jak równiutko ustawione są sztalugi i krzesła, jak prosto siedzą malujący i jak poprawnie się zachowują.

Kobieta stojąca na czele wycieczki wydała się dyrektorowi obca a zarazem znajoma. Przypominała mu kogoś. Ubrana w długą, jasną, ożywiającą wzrok suknię, zachowywała powagę na wymizerowanej i smutnej twarzy. Miała długie nogi tyczkarki i ręce o drobnych dłoniach pianistki. Nie mógł jej sobie przypomnieć z wcześniejszych wizyt. Chyba zauważyła niepewność na jego twarzy, ponieważ przypomniała mu się.

– Spotkaliśmy się już wcześniej, panie dyrektorze. Nazywam się Emilia Ramirez, jestem córką doktora Diego, pacjenta pańskiego sanatorium. Jestem też przewodniczącą Fundacji „Ocalmy Cywilizację”. Jest ze mną moja zastępczyni, pani Feliz, oraz sekretarz naszej fundacji, pan Perron. Zbieramy informacje o ludziach długowiecznych, którzy przekroczyli co najmniej sto dziesięć lat. W pańskim sanatoriom jest kilka takich osób. Mój ojciec należy do nich. To rzadko spotykany wiek. Chcielibyśmy, aby uchylił nam pan rąbka tajemnicy, jak żyją ludzie długowieczni.

Dyrektor popatrzył na nią z powagą i skinął głową. 

Odc. 4. 

– Doktor Diego, pani ojciec, jest prawdziwą chlubą naszego szpitala…przepraszam, sanatorium San Remo. Jest wielkim artystą. Jego obrazy są doskonale oceniane i chętnie kupowane. To ważne, ponieważ sprzedaż obrazów naszych pacjentów to znaczące źródło funduszy na utrzymanie sanatorium w niespokojnych czasach. Doktor Diego wspaniale też opowiada o życiu mrówek i komarów. Ten komar na przykład, na tym tu obrazie, to odkryty przez niego Cirrus Natalis. Owad wygląda groźnie ale jest to odmiana nieszkodliwa dla człowieka. Odkryciem doktora Diego jest także mrówka, Solenoid Fuga, nietypowa, bo występująca w postaci wyolbrzymionej, idealnej do rysowania i malowania. Mrówki to niezwykłe owady; występują pod każdą szerokością geograficzną i tworzą społeczności kastowe. Na świecie jest około dwanaście tysięcy gatunków mrówek. To niesamowite. Żyją dużo dłużej na naszej planecie niż człowiek, dając nam przykład, jak żyć szczęśliwie, użytecznie dla przyrody i w zgodzie z innymi gatunkami. My, ludzie, w odróżnieniu od mrówek i innych owadów, okazaliśmy się jej wrogami niszcząc ją i to w dramatyczny sposób. Dlatego fascynujemy się owadami.

– Pan wspominał kilka razy mojego ojca. Proszę nam powiedzieć coś więcej o jego roli w państwa społeczności.

– Doktor Diego ma za sobą bogatą karierę zawodową. Z wykształcenia jest genetykiem ewolucyjnym. Długo studiował najprostsze formy życia. Wiele się od niego nauczyliśmy. Zawsze nam powtarza:

– Cywilizacja nas zabija. Świat musi wrócić do prostych form życia, jakie stworzyła przyroda w ciągu kilku miliardów lat ewolucji. Przykładem jest społeczność mrówek: nieskomplikowana hierarchia władzy, wzajemna pomoc, życie w zgodzie bez sporów i walki, poświęcenie dla dobra ogółu.

– Czy życie jakie prowadzą pańscy pacjenci i personel nie nudzi im się?

– Nie, proszę pani. Nieprzerwanie coś zmieniamy w naszym życiu. Ostatnio malujemy coraz częściej nowe owady, różnego rodzaju krzyżówki i hybrydy, jakie pojawiają się w wyniku stosowania inżynierii genetycznej. Na świecie szaleją wirusy, epidemie i wojny, wielkie pożary i powodzie, ludzie umierają w wypadkach drogowych oraz wypalają się zawodowo, a my tutaj żyjemy spokojnie, w odosobnieniu, doskonaląc się w sztuce obserwowania i malowania owadów, uczeniu się od przyrody. Uprawiamy też warzywa i owoce ale nie trzymamy zwierząt na mięso. Jesteśmy wegetarianami. Proszę zapytać o to kogoś z grupy malującej owady. Odpowie pani podobnie.

– Zapytajmy może księdza biskupa. – zaproponowała Emilia Ramirez.

Odc. 5 (ostatni).

Dyrektor sanatorium pomachał przyjaźnie duchownemu zachęcając go ręką, aby zechciał podejść bliżej. Na pytanie przewodniczącej fundacji „Ocalmy Cywilizację” odpowiedział uśmiechając się wyrozumiale.

– Sanatorium jest naszym domem. Prowadzimy w nim proste życie. Rozmawiamy o przyrodzie, cieszymy roślinami i owadami, jesteśmy w stałej łączności z panem Bogiem. Znamy formułę życia szczęśliwego. Nie jesteśmy ciekawi tego, co dzieje na zewnątrz.

– Czy pan Bóg wiele pomaga mieszkańcom sanatorium? Czy to on zapewnia wam szczęśliwe życie?

– Dziękuję pani za życzliwe pytanie. Każdego dnia z nim rozmawiamy. Stwórca czuje się z nami bardzo dobrze. Chcieliśmy go nawet malować, ale nie wyraził zgody. Powiedział: nauczcie się najpierw dobrze malować owady, ponieważ są dla nas wzorem jak żyć w zgodzie z naturą i innymi gatunkami.

Po pożegnaniu się z biskupem, Emilia odprowadziła dyrektora szpitala na bok i zapytała.

– Czy obsesja mojego ojca studiowania i malowania owadów jest nadal tak silna jak na początku?

To nie obsesja ale pasja. Pani ojciec to nadzwyczajny i dalekowzroczny człowiek. Wczoraj podano w telewizji informację o nieuniknionym wyginięciu wielu gatunków, w tym także człowieka, w wyniku odnawiających się pandemii. Doktor Diego to dawno przewidział. On pierwszy zrozumiał, mówił mi o tym, że to ludzie powodują epidemie. Pomysł z włączeniem wirusów i bakterii do produkcji wyrobów plastikowych w celu przyśpieszenia ich rozpadu okazał się fatalny. To najnowsze odkrycie naukowe. Plastik wprawdzie rozpada się teraz w przyrodzie znacznie szybciej, ale tworzy mikrocząsteczki. Wirusy i bakterie nauczyły się podczepiać się do nich, rozprzestrzeniając się na cały świat. Znalazły się w wodzie, w glebie, w powietrzu, skąd przenikają do organizmów ryb, ptaków, zwierząt i ludzi. Wszyscy jesteśmy nimi zakażeni. Tylko rośliny i owady są od nich wolne. To jedyne gatunki, które nie poddały się wirusom i bakteriom. Tylko one przeżyją.

Michael Tequila,
Gdańsk, 21 stycznia 2022

Przekaż dalej
43Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *