Ojcostwo. Opowiadanie. Odc. 1-7/7.

Odc. 1 Potrójny ojciec

Nieoczekiwane ojcostwo spadło po raz trzeci na Stefana Bartnika jak jastrząb na zamyślonego królika i uniosło go w górę gratulacjami oraz ośmioma kopertami z pieniędzmi na wyprawkę i wózeczek. Entuzjazm rodziny i przyjaciół wyrwał go na kilka godzin z objęć gospody „Przytulna”, gdzie zachodził regularnie na piwo z częstotliwością przekraczającą siedem dni w tygodniu.

Po zakończeniu gratulacji świeżo odnowiony ojciec udał się w ulubione miejsce zadumy, aby ostatecznie oswoić się z myślą, że ma już w dorobku trzy dziewczynki. 

– Pan to bywa tutaj tak często, że wydaje mi się, że tydzień nie ma siedmiu, ale dwanaście dni – powiedział mu nijako wyglądający mężczyzna w swetrze i dawno nie prasowanych spodniach, siedzący po drugiej stronie stolika.

– Dlaczego akurat dwanaście? – podchwycił wątek Stefan, nie mogąc otrząsnąć się z nagłego szczęścia. Pił już trzeci kufel piwa, aby zrozumieć, co go spotkało.

– Dwanaście, bo tyle lat ma moja córka. Od czasu jej narodzin nie przychodzę tutaj częściej niż dwa razy w tygodniu. Mam teraz więcej obowiązków.

– A przedtem? – Stefan zadał pytanie bardziej dla podtrzymania rozmowy, niż z ciekawości.

Rozmowa toczyła się coraz żwawiej. Dla jej podtrzymania mężczyźni postawili sobie wzajemnie po piwie.

– Przedtem zachodziłem do „Przytulnej” równie często jak pan, albo i częściej.

– Mówmy sobie po imieniu. Tak będzie łatwej. Ja mam na imię Stefan.

– Chętnie. Nazywam się Karol Staszewski. Ale, ale. Wyglądasz na przygnębionego, Stefanie. Które to dziecko? Jesteś smutny dlatego, że to córka, a nie syn? Czy też odwrotnie?  

– Nieee! Nie o to chodzi. Sytuacja mi się pogmatwała. Muszę myśleć o pracy. Mam teraz trzy córki i mieszkam razem z nimi i żoną u mojej matki. 

Nie przyznawał się do tego chętnie. Konstancję, matkę jego dzieci, odesłano kilka miesięcy wcześniej do domu z leczenia w Ośrodku Terapii Uzależnień „Roksana”, kiedy lekarze odkryli, że jest w ciąży. Leczyła się, bo za często zaglądała do kieliszka. Po zakończeniu gratulacji w związku z narodzinami dziecka zaskoczyła Stefana.

– Nie mogę pić, kiedy karmię niemowlę. Muszę szybko wrócić do „Roxany”, aby ostatecznie wyzbyć się nałogu. Musisz się z tym pogodzić. Oboje nie możemy pić. 

Matka Stefana uznała, że sytuacja ją przerasta. Nie trzymała tego przy sobie.  

– Stefek! Ty, dwie twoje córki i teraz płaczące nieprzerwanie niemowlę to za dużo na moje skołatane nerwy. Twój ojciec pił, ty pijesz, ta twoja lalunia pije, to jak nic twoja trzecia córka też będzie pić. Poczekaj, jak tylko dorośnie, to zobaczysz do czego jest zdolne dziecko pijaka-nieroba i matki alkoholiczki. Musisz coś z tym zrobić. Nie mogę was wszystkich utrzymywać, bo w końcu sama się rozpiję.

Odc. 2 Rozstanie

W ciągu tygodnia Stefan znalazł pracę. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale był zadowolony,  że poszło mu tak łatwo. Został pomocnikiem magazyniera w dużej firmie dystrybucji artykułów spożywczych i alkoholi. Był przekonany, że szukanie pracy to głupie i najczęściej nieudane przedsięwzięcie. Nie lubił marnować czasu i energii na bezcelowe działania.

Córeczka rosła szybko. W uzgodnieniu z Konstancją Stefan nadał jej imię Rozi, oficjalnie Różana. Pół roku później wróciła z odwyku Konstancja.

– Jestem teraz jak nowonarodzona. Będę pić tylko herbatę, kawę i mleko. Inne napoje mogą dla mnie nie istnieć. Rozi będzie najszczęśliwszym dzieckiem.

W domu matki Stefana zrobiło się ciasno. Kobiety duże i małe dobrze sobie z tym radziły. Były nawet zadowolone, zwłaszcza kiedy były same. Krótko po powrocie żony Stefan miał dosyć wszystkiego, pracy, obowiązków, żony, dzieci i matki. Nie miał nawet czasu, aby wpaść z kolegami na piwo do gospody, nie mówiąc o innych przyjemnościach. Zwierzał się tylko Karolowi Staszewskiemu, z którym się zaprzyjaźnił.

– Nie jestem w stanie znieść krzyku pięciu kobiet. One mają inne poglądy na życie. Wszystkie stawiają mi jakieś wymagania, osądzają i krytykują. Czuję się stłamszony i wykorzystywany. Ponadto ludzie mówią o mnie „damski krawiec”, bo mam tylko córki a w domu łącznie mam pięć bab. To czyste szaleństwo. Muszę coś z tym zrobić, bo zwariuję.

W rok po urodzeniu się Różanej, Stefan wyszedł po zakupy i nie wrócił. Matkę i żonę pocieszano, że gdzieś się upił i zaspał. Wkrótce dowiedziały się od sąsiadki, kasjerki na stacji kolejowej, że wyjechał gdzieś na południe kraju. Nie pamiętała do jakiej miejscowości był jego bilet.

– Taki rzeczy zdarzają się mężczyznom. Po prostu wychodzą z domu i zapominają wrócić. Ale potem wracają skruszeni i proszą o przebaczenie – mówiąc to, sama w to nie wierzyła.

Dwa dni później Stefan zadzwonił do matki, aby ją uspokoić. Rozmawiali kilka minut. Tłumaczył matce, dlaczego musiał wyjechać i to tak nagle. Nie akceptowała jego wyjaśnień. Skończył rozmowę, oświadczając krótko:

– Widzę, że nie dojdziemy do porozumienia. Wyprowadziłem się, bo nie mogłem tak dłużej żyć. Nie rozumiem was, macie ciągle jakieś wymagania i pretensje. W końcu musiałbym się powiesić. Dlatego wyjechałem.

Uprzedzająco dodał:

 – Nie wiem na jak długo.

Spodziewał się, że matka będzie zachęcać go do powrotu. W słuchawce usłyszał tylko jej gniewny głos. Nigdy nie była tak wściekła. Pomyślał, że to przez zaskoczenie jego nagłym wyjazdem bez uprzedzenia.

– Jesteś patologicznym typem, uzależnionym od alkoholu, bezrobocia i tych twoich kumpli, nałogowców takich samych jak ty! Piwo ci we łbie klepki przestawiło. Zostawiasz żonę, dzieci i mnie, aby móc bez skrępowania zaspokajać swoje przyjemności. Jesteś niewdzięcznym egoistą i skończonym draniem!

Odc. 3 Marta 

Pierwsze wrażenia Stefana po przybyciu do celu były bardzo pozytywne. Nowe Miasto leżało na przełęczy między dwoma wyniesieniami górskimi. Czuło się tam powiew świeżego powietrza, było chłodniej niż na nizinach. Rynek w centrum miasta, gdzie znalazł się po wyjściu z dworca kolejowego, okazał się przeuroczy, było dużo przestrzeni i kwiatów.

Życie w nowym miejscu okazało się łaskawsze niż się spodziewał. Czekał na przystanku na autobus numer sto pięćdziesiąt, który miał go zawieźć do taniej noclegowni. Musiał od czegoś zacząć na początek. Rozglądał się wokół, kiedy podeszła do niego kobieta. Widział ją z daleka, jak zbliżała się do przystanku. Rzucała się w oczy. Wysoka, szczupła, czarne pantofle na bardzo wysokich obcasach. Pierwszą jego myślą było, że idzie jak na szczudłach; nic to jednak jej nie ujmowało, tylko przyciągało uwagę. Na sobie miała kusą czerwoną sukienkę z falbankami u dołu jak u małej dziewczynki. Jej żółta bluzka, wpadająca w szarość, przylegała do ciała, podobnie jak czarne getry ujawniające długie uda. Stefan wahał się, czy określiłby je jako chude czy szczupłe. Najbardziej jednak rzucała się w oczy czupryna niesfornych włosów, średniej długości, koloru lnu rozjaśnionego słońcem. Spokojne niebieskie oczy patrzyły ufnie przed siebie, rozpogadzając jej twarz. Szła wyprostowana z ufnością dziecka kochanego przez rodziców, kierując chwilami wzrok na towarzyszącą jej kobietę.

Zbliżając się do przystanku, popatrzyła na Stefana. Zauważył jej spojrzenie. Przyglądali się sobie z ciekawością. Raz jedno, raz drugie uciekało w bok oczami, jak tylko poczuło wzrok drugiej osoby. Mężczyzna pomyślał, że bawią się w kotka i myszkę. W oddali pojawił się autobus numer sto pięćdziesiąt. Kobieta podeszła do Stefana.

– Przepraszam, ja chyba pana skądś znam? Czy nie jest pan muzykiem jazzowym? Bardzo lubię muzykę jazzową.

Zaskoczony pytaniem Stefan w pierwszej chwili zaniepokoił się, że jest to jakiś wybieg, aby go wciągnąć w pułapkę. Postanowił być ostrożny.

– Ja też lubię – opowiedz mechanicznie, nie zastanawiając się.

To był dobry temat do rozmowy. Stefan podtrzymał go. Myśli krążyły mu po głowie, zgadywał gorączkowo.

– Chyba chce mnie poznać. To palec boży. Bóg coś odbiera, coś daje w zamian.

Jechali tym samym autobusem. Nieznajoma miała na imię Marta i okazała się przyjazną duszą. Dzwonili do siebie przez dwa dni, trzeciego dnia Stefan przeniósł się do jej mieszkania. Wkrótce poznał jej przyjaciół, poczuł się pewniejszy i szczęśliwszy.

Siedząc przy stoliku razem z nowymi przyjaciółmi w café barze „Pod Walecznym Kogutem”, dzielił się z nimi swoją radością. Miał ku temu powody. Po kilku piwach jego język poruszał się swobodniej. Stefan wyprostował się, oczy mu lśniły.

– Mam trzy córki. To cała moja rodzina. Mają kwieciste imiona. Pierwsza nazywa się Wioletta, druga Konwalia a ta ostatnia Różana. Nazywamy ją Rozi. Dzięki nim w domu mam pachnący, kolorowy ogród. Jest tam bajecznie, ale musiałem wyjechać, żeby trochę rozejrzeć się po świecie. W domu czułem się już jak w więzieniu. Nocą budziłem się z ciężarem na piersi chyba nie mniejszym niż kamień młyński. Czułem się jak koń z nogami skrępowanymi grubą linką, aby nie uciekł. To nieludzkie. Myślałem, że zwariuję.

Odc. 4 Kolekcjoner

Pasja poznawania kobiet i kochania się z nimi nie dawała o sobie zapomnieć. To był sens istnienia Stefana. Uzupełniały go miłość do piwa w towarzystwie przyjaciół, wyłącznie mężczyzn. Mógł się wtedy wygadać. Podziwiano go.

– Stefan! Ty jesteś niesamowity. Masz łatwość do bab, przyciągasz je jak magnes i kolekcjonujesz z nimi dzieci zupełnie jak znaczki pocztowe.

Na początku nie zdawał sobie sprawy ze swoich możliwości. Potomstwa przybywało mu w miarę upływu czasu.

– Co rok, to prorok albo i dwóch. Brawo, brawo! – gratulowali mu przyjaciele, którym się zwierzał.

Nie mówił im wszystkiego, tylko przekazywał fakty, najchętniej o kobiecie, z którą akurat mieszkał, albo o dziecku, które mu urodziła lub miała urodzić. Kobiety nazywał partnerkami; nie znosił słowa konkubina.

– Słowo „konkubina” brzmi mi jak betoniarka, snopowiązałka lub inna mechaniczna cholera. Nie tędy droga do szczęścia – był to jego styl komentowania. Nie miał sobie za złe, że się powtarzał, ponieważ uważał je za oryginalne.

Niezwykłej łatwości zawierania znajomości z kobietami Stefan nie rozumiał, dopóki nie przeczytał, że mężczyźni tacy jak on mają w sobie geny reproduktora.

– Komiwojażer seksualny – mówili o nim koledzy. Zazdrościli mu podbojów, zapominając o obowiązkach, w szczególności alimentach, jakie się z nimi wiązały.

O genach reproduktora Stefan nie wspominał nikomu. I tak miał dosyć problemów. Uważał, że mogłoby to dodatkowo skomplikować jego życie.

Któryś z kolegów poszerzył krąg widzenia i rozumowania Stefana, kiedy powiedział na spotkaniu w knajpie:

– Są dwie kategorie mężczyzn. Jedna, to mężczyźni stworzeni po to, aby płodzić dzieci. Druga to ci, którzy są idealnymi ojcami-opiekunami, zajmującymi się wychowaniem dzieci, swoich lub cudzych. Podobnie jest u zwierząt. Chodzi o teorię samca i samicy Alfa.

Stefan od razu zakwalifikował się do pierwszej grupy. Zaczął czytać, szperać po bibliotekach, aby wgłębić się w historię samca Alfa. Coś w tym było. To pchnęło go do działania. Dał spermę do zbadania.

– Ma pan wynik badania jak dwudziestopięciolatek. Plemników ma pan w bród, niesamowicie ruchliwe, poruszają się zwinniej niż górski kozioł, niezmordowane, pod górę i z góry. Sukces murowany – skomentował lekarz rodzinny, któremu Stefan pokazał wynik badania laboratoryjnego. W jego słowach był luz i nonszalancja, ale i szacunek dla pacjenta.

– Chyba pan przesadza, doktorze – odpowiedział z ukrywaną dumą. Mógł sobie na to pozwolić, znał dobrze swój potencjał nawet bez badań.

– Może pan pomyśli o przekazywaniu spermy do banku nasienia. Jest ich już sporo, bo ilość niepłodnych par nieprzerwanie rośnie. Może pan nawet otrzymać zapłatę, a przynajmniej zwrot kosztów; dojazd, badania, czas wypełnienia formularzy i podobne. Pańskie nasienie to surowiec najwyższej klasy, doskonały materiał genetyczny.

– Czy tam trzeba podawać swoje imię, nazwisko i adres? – Stefan zapytał od niechcenia. Nie zamierzał nic z tym robić.

– Nie za bardzo się w tym orientuję. Chyba tylko dla potrzeb rejestracji w banku nasienia. Będzie pan musiał wypełnić kwestionariusz, który określa cechy takie jak wzrost, kolor włosów i oczu, budowę ciała, włosy oraz grupę krwi. To nie będzie problem dla pana.  

Z alimentami Stefan radził sobie gorzej niż z płodzeniem dzieci. Unikał płacenia, lawirując mniej lub bardziej skutecznie. Od czasu wyprowadzenia się od matki zmieniał adresy zamieszkania, pracę, wyjeżdżał nawet za granicę. Aby zmylić ślady, dwa razy zmieniał imię. Mimo to wcześniej lub później zaliczał wpadkę. Nigdy nie udało mu się zachować dłużej w tajemnicy, gdzie jest, co robi i jakie ma dochody oraz majątek. Koledzy to komentowali.

– Z tobą to jest tak, jak w nowoczesnej fizyce z tym kwantem, co to jednocześnie jest i go nie ma, w zależności od tego, jak się na niego patrzy.

Odc. 5 Pokrzyżowane plany

Po dziesięciu latach Stefan Bartnik zgromadził niemały majątek. Miał technikę i był wytrwały. Opuszczając kolejną partnerkę, zabierał jej pieniądze, biżuterię i co się dało z rzeczy wartościowych, aby je spieniężyć. Raz udało mu się uzyskać połowę domu niewiasty, z którą zawarł związek małżeński i rozwiódł się po roku. Tłumaczył się przed sobą, że wie, że takie postępowanie jest podłe, ale taki ma charakter i nic na to nie poradzi.

Jednego roku upozorował nawet śmierć, aby definitywnie skończyć z obowiązkiem płacenia alimentów. Dla pewności sam wysłał świadectwo zgonu do Funduszu Alimentacyjnego. To go zgubiło. Sprawa była szyta grubymi nićmi, ponieważ świadectwo zgonu było sporządzone nieco inaczej niż zazwyczaj. Fundusz przekazał ją policji a ta podjęła śledztwo,

– Rubryki zostały przestawione. Niby to samo co zawsze, ta sama treść, a jednak inaczej. To standardowy formularz, tutaj każda kropka musi być na właściwym miejscu. Jesteśmy tradycjonalistami – pracownik Funduszu Alimentacyjnego mówiłby dalej, gdyby policjant nie przerwał mu wymawiając się dużą ilością obowiązków.

Do domku, który Stefanowi udało się kupić na własny rachunek w tajemnicy przed wszystkimi i zarejestrować w księdze wieczystej na swoje nazwisko, przybył komornik wszystko zajął i zlicytował.

Przyjaciołom w barze „Pod Walecznym Kogutem” Stefan powiedział tylko, że jest goły jak święty turecki lecz zawsze znajdzie sobie dom, gdzie zakwitnie miłość. To już była kolejna miejscowość od czasu, kiedy poślubił Konstancję, trójkę swoich córek.

– Teraz, kiedy już nie masz niczego, jesteś naprawdę wolny. Masz więcej czasu, aby nacieszyć się dziećmi. Powinieneś z tego skorzystać tym bardziej, że nic cię to nie kosztuje – sugerowali przyjaciele, życząc mu powodzenia.

– Nacieszę się dziećmi, kiedy już będę stary i naprawdę będę mieć czas. Mam inne plany – odpowiedział.

Nie trwało długo, zanim wrócił do domu matki, gdzie mieszkała żona z córkami. Potrafił zachować się jak człowiek. Skruszony wyznał:

– Wróciłem jako syn marnotrawny. Teraz jestem inny. Wiele zrozumiałem, wiele się nauczyłem.

Wyglądał przyzwoicie. Rodzina patrzyła na niego niepewnie. Matka nie uwierzyła mu, ale też go nie odrzuciła.

– Sprawdzimy to. Na razie możesz z nami zamieszkać.

Szczęście rodzinne Stefana nie trwało długo. Bóg pokrzyżował jego plany. Zabrał go, kiedy Stefan zachorował na wyrostek robaczkowy. Wszyscy myśleli, że się zatruł i pomoże mu gorzka wódka żołądkowa. Zbyt późno zabrano go do szpitala.

– Opowiedz Bogu o swoich planach, a go rozśmieszysz – skonkludowała żona.

W nocy poprzedzającej poranek, kiedy męża zabrało pogotowie ratunkowe, słyszała poważny głośny śmiech w pokoiku, gdzie spał.

– To był Najwyższy. Znaczy się pan Bóg – wyjaśniła z przekonaniem teściowej. – W naszej parafii były już takie zdarzenia. Ksiądz proboszcz może to potwierdzić.

Odc. 6 Spowiedź 

Proboszcz Zygfryd Korona już wcześniej mówił wiernym a potem kilkakrotnie powtarzał, ludzie słyszą, jak pan Bóg głośno się śmieje z czyichś planów. Pracownicy parafii i część wiernych mieli do niego o to pretensję.

– Ksiądz proboszcz nie powinien tak mówić, bo to zakrawa na herezję. Nikt nie zna Boga tak dobrze, aby głosić takie poglądy.

– A co miałem, Panie, zrobić? – Spoglądając z pokorą na świętą eucharystię w tabernakulum przed ołtarzem w pustym kościele proboszcz szeptem spowiadał się Bogu. – Sam mam dwójkę dzieci, to wiem, jak świat się kręci. Wybacz mi, Panie, moje przewinienia! – po krótkiej modlitwie o zmiłowanie duchowny położył się krzyżem na posadzce i płakał z żalu, że podejmując się ojcostwa sprzeniewierzył się prawom kościoła.

Było cicho. Na zewnątrz trwał wyjątkowo upalny dzień lipcowy. Posadzka była tak przyjemnie chłodna, że proboszcz oddał się najpierw rozmyślaniom, a dopiero potem modlitwie. Modlił się za wszystkich ojców, którym Bóg dał dzieci, mimo że nie byli do tego przygotowani. Była to modlitwa żarliwa, przeplatana błaganiem o wybaczenie i prośbami o wsparcie.

– Mam nadzieję, że nie obraziłem cię, Panie, bo to Ty stworzyłeś Adama i Ewę i dałeś im cudowną moc płodzenia potomstwa. Bardzo chciałbym być dobrym ojcem, ale nie mogę. Muszę utrzymywać moją rodzinę w tajemnicy. Biskup mi wybaczył moje przewinienia, wie wszystko, ale nie może pomóc takim jak ja grzesznikom inaczej niż przenosząc ich do innej parafii, kiedy Bóg obdarzy ich dzieckiem.

Proboszcz zatopił się w rozmyślania o przeszłości. Lubił taki chwile. Czerpał z nich pociechę i naukę na przyszłość. Przypomniał sobie historię swojego kapłańskiego ojcostwa oraz słowa zwierzchnika, biskupa Daniela Dury.

Zygfryd lubił rozmawiać z biskupem. Miał w sobie wiele ciepła i był jego szefem. Był od niego starszy, powołanie kapłańskie odezwało się w nim, kiedy był już w średnim wieku. Znali się od pierwszego roku seminarium duchownego. Od początku przypadli sobie do gustu, przyjaźnili się. Trzymali się razem na zajęciach, razem się uczyli w jednym pokoju, modlili w kaplicy i siadali obok siebie w czasie posiłków w refektarzu. Zygfryd nazywał wówczas przyjaciela Dede, skrót od pierwszych liter imienia i nazwiska.

W pamięć zapadło proboszczowi jedno takie spotkanie z biskupem. Dede poczęstował go wtedy winem mszalnym. Pili powoli, rozmawiając i modląc się razem. Przypominało to procesję, jej powtarzające się etapy: rozmowa – wino – wspólna modlitwa, rozmowa – wino – wspólna modlitwa. Spotkanie miało miejsce w gabinecie biskupa wieczorową porą. Obydwaj byli w dobrym nastroju. Mijający dzień zachwycał łagodnością mimo zaawansowanej jesieni. Było tak cicho i spokojnie, że wyraźnie słyszeli słodki śpiew ptaków za oknem biskupiego pałacyku.

– Ja, kochany Zygmuncie, jestem już za stary, ale rozumiem twoją gorącą krew. Kobiety same garną się do przystojnego księdza. Uważam to za naturalne, choć może nietypowe zachowanie. Niejedna niewiasta mówiła mi to na spowiedzi. One wiedzą, że mogą liczyć na uczciwą miłość, a potem na utrzymanie jej i dziecka, a nawet więcej dzieci niż jedno.

Odc. 7 Święty Mikołaj

Proboszcz patrzył na przyjaciela i mimo woli porównywał go z historycznym Świętym Mikołajem; z obydwu tryskała dobroć. Dede był nawet fizycznie podobny do Mikołaja, biskupa z Miry, którego obraz oglądał wielokrotnie na starożytnej ikonie: blond włosy, kosmyk na środku w formie loku, nieco ciemniejsza broda i kształtne wąsy. Uwagę zwracał także prosty, wydłużony nos biskupa oraz długie palce z zadbanymi paznokciami. Skupiony, nieco surowy wygląd Dede łagodziły uśmiechnięte oczy nadające postaci szlachetny i nobliwy wygląd.

– Dede wygląda zupełnie jak pierwowzór na ikonie w sali modlitewnej klasztoru na Szorstkiej Górze – pomyślał proboszcz, przypominając sobie dwutygodniowy pobyt w świętym miejscu. Rozmawiał wtedy z przeorem klasztoru o prawdziwej historii świętego.

Według średniowiecznych źródeł Święty Mikołaj żył na przełomie trzeciego i czwartego wieku. Był biskupem Miry w prowincji Licja i uczestniczył w soborze nicejskim w trzysta dwudziestym piątym roku. Wzmianki o nim pojawiły się dopiero w szóstym wieku za panowania cesarza Justyniana. Z tamtych czasów pochodzi krótka opowieść zwana Stratelatis, według której Mikołaj uratował życie sześciu żołnierzom cesarza Konstantyna. Dede lepiej niż jakikolwiek inny duchowny kościoła znał historię biskupa Świętego Mikołaja i umiejętnie wybierał z niej epizody, podtrzymujące ludzi obydwu na duchu.

Przed zakończeniem pokuty, jaką sam sobie wyznaczył tego dnia, proboszcz postanowił, że jego starsza córka zostanie wyświęcona na kapłankę, jak tylko będzie to możliwe. Idea była mu wyjątkowo bliska. Za ordynacją kobiet przemawiało wiele argumentów: ich dobre doświadczenia na stanowiskach kościelnych, bezsens zawracania z drogi, na którą wkroczyła część kościołów, oraz to, że Duch Święty jednakowo błogosławił „męskiemu” i „żeńskiemu” urzędowi. Niezbity był także fakt, że zarówno mężczyźni jak i kobiety zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boże i zostali zbawieni przez Jezusa.

– To będzie moje ostateczne odkupienie grzechów – powiedziawszy to, proboszcz westchnął i z lżejszym sercem uniósł oczy w kierunku nieba. Wydało mu się, że wizerunek Świętego Dzieciątka w bocznym witrażu sakralnym rozjaśnił intensywny blask wstającego słońca. Ta część świątyni wyglądała jak zaprojektowana specjalnie dla ekspozycji witraży. Ich twórcą była artystka, kobieta. To ona stworzyła kompozycję witrażu złożoną z niewielkich scen tworzących niezwykły układ kolorystyczny. W środku przeważały kolory ciemne. szafirowy i szary, po bokach dominowała ultramaryna, jakby zapewniając kontynuację koloru ściany. Witraże jaśniały blaskiem i pięknem. Powietrze wypełnił nastrój uduchowienia.

W promieniach słońca przenikających do kościoła była zapowiedź radości, miłości oraz wybaczenia grzechów i przewinień, jakie każdy popełnia. Proboszcz kochał takie chwile.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 18 września 2021

Przekaż dalej
24udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *