Podręczny notatnik Salomona

To, co przedstawiam poniżej, to tylko i wyłącznie treści przekazywane mi w rozmowach przez mego serdecznego przyjaciela, Salomon Irchę, organizatora życia osiedlowego, kronikarza i promotora zdrowego trybu życia. Kilka dni temu Salomon powiedział mi, właściwie to zaproponował:

– Myślałem o tym od dawna. Skoro jesteś moim powiernikiem, bądź także moim kronikarzem. Spisuj moje myśli i wspomnienia, i publikuj je w Internecie. Sam mam za mało czasu, aby się tym zajmować. Często bywam przemęczony. Ty masz więcej czasu.

– Od czego zaczniemy i jak to nazwiemy? – zapytałem.

– Od tego, co często chodzi mi po głowie i męczy, czyli od wadliwego sposobu mego postępowania. Co do nazwy, nazwij to jak chcesz. Albo może nie. Nazwij to „Podręczny notatnik Salomona”. Nie brzmi to pretensjonalnie. Możesz też datować moje wspomnienia.

16 sierpnia 2022 W życiu prowadziłem niezliczone notatniki i pamiętniki. Ten jest chyba pięćdziesiąty z kolei. Żadnego z poprzednich nie ukończyłem. Na tym polega mój problem: niewiele spraw i przedsięwzięć doprowadzam do końca. Zaczynam, rozkręcam, ale nie kończę. Jest to wada, może nawet choroba, z której nie mogę się wyleczyć. Mam wrażenie, że nabyłem ją od rodziców lub dziadków. Być może pojawiła się ona wcześniej, kiedy moim przodkom coś się genetycznie pokręciło. Myślę czasami, że w przypadku takim jak mój, czyli problemu na pograniczu intelektu i woli, któryś z nich mógł doznać urazu mózgu, udaru, zachorował na padaczkę, był torturowany, naużywał narkotyków lub alkoholu, ściągając ostatecznie na siebie nieszczęście nieprawidłowej aktywności komórek nerwowych. Jest też możliwe, że jakiś jeden drobny gen lub ich konstrukcja psuły się stopniowo w zapisach genetycznych moich przodków, co w końcu objawiło się we mnie w postaci niezdolności do kończenia dzieła, które zacząłem. Ludzi rzadko myślą o przodkach, jako źródle swoich problemów.

Oprócz tego, że niewiele zaczętych a nawet zawansowanych prac kończę, mam też inną wadę: przeklinam jak przysłowiowy szewc. Co ja mówię!? Jak szwadron szewców, marynarzy, nieuków, wszystkich tych osobników, będących miotaczami brudnego słowa i gangsterami nieopanowania. Taki jestem. Wie to najlepiej moja najbliższa rodzina, ponieważ to oni słyszą moje okropne wykroczenia przeciwko językowi i przyzwoitości.

Ktoś kiedyś mi powiedział:

– Bóg też to słyszy.

Na co mu odpowiedziałem:

– Możliwe, ale puszcza to mimo uszu lub ignoruje przytłoczony prośbami miliardów ludzkich istot. Gdyby było inaczej, to wysłuchałby moich próśb, choćby jednej, tej najważniejszej, którą przez długie lata cierpliwie mu przypominałem. Potem zaniechałem tych prób, bo straciłem wiarę i nadzieję w jego reakcję.

Wracam do początku. Niewiele spraw zaczętych, nie tylko piśmienniczych, kończę w ogóle lub w sensowym czasie. Trudno jest mi też zrobić coś od ręki, nawet kiedy jest to coś krótkiego i konkretnego, na przykład zadzwonić do apteki i zapytać o lekarstwo. Czy je mają i ile kosztuje? Ta niemoc wyzwala we mnie frustrację. To piękny wyraz; brzmiałby jak nazwa pachnącego egzotycznego kwiatu, gdyby nie fatalne skojarzenia. Frustracja to niemoc. Tępa, beznadziejna, skorodowana istota zadomowiona gdzieś wewnątrz człowieka, nie wiadomo gdzie. Najlepszym przykładem przeżywania frustracji, jaki znam, jest Tantal. Może pamiętasz określenie „męki Tantala”? Przeanalizowałem jego przypadek. Mam poczucie jakby to był mój protoplasta, wielki poprzednik, człowiek-wzorzec cierpienia. Zapewne nie tylko mojego; nie jestem egocentrykiem, aby się przy tym upierać.

Przekaż dalej
2Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *