Monsun. Opowiadanie. Odc. 1-8/8.

Odc. 1 Wilhelm Artur Smida

W piątek po południu właściciel ziemski, Wilhelm Artur Smida, poczuł zmęczenie. Nie umiał go sobie wytłumaczyć. Zawsze był silny i naprawdę potrzeba było długotrwałego wysiłku, aby się zmęczył. Pochodził z bogatej holenderskiej rodziny, która posiadała plantacje w Indonezji, kiedy kraj był jeszcze kolonią holenderską; to go do zobowiązywało do tego, aby nie ulegać słabościom.

Ojciec Wilhelma nigdy się nie ożenił. Pozostał starym kawalerem, nie stroniącym od rozrywki i przyjemności. Wilhelm urodził się z cichego związku niemłodego już obszarnika Smidy i ubogiej indonezyjskiej guwernantki. W jego sferach uznano to za jawny i obrzydliwy mezalians. Ojciec, podobnie jak cała jego rodzina, był wyjątkowo zamożny, chłopiec miał więc możliwość uczyć się w najlepszych szkołach, a potem studiować w Dżakarcie. Miał artystyczne uzdolnienia, został kulturoznawcą. W kręgu jego przyjaciół wszyscy nosili pseudonimy artystyczne. Jego nazwano Tampan, co znaczy Przystojniak. Ksywa nie podobała mu się. Pozostała z nim na zawsze, mimo że starał się zniechęcić do niej wszystkich.

Po zakończonych studiach syna stary Smida wraz z konkubiną przeniósł się na wyspę Flores. Wkrótce Wilhelm ożenił się i podjął pracę jako dziennikarz i reporter; wyżywał się też w roli pisarza freelancera. Kiedy dwa lata później podczas porodu zmarła jego żona i dziecko, wpadł w głęboką depresję. Wkrótce odszedł też jego ojciec w wyniku nieznanej choroby tropikalnej, a matka wyprowadziła się do rodzinnej wioski na Jawie. Absurdalnie wyzwoliło to Wilhelma z depresji; z konieczności musiał zająć się majątkiem, uprawą kawy i herbaty oraz hodowlą byków i koni.

Hodowla tych zwierząt stanowiła tradycję związaną z wyspą Sumba Archipelagu Sundajskiego, sąsiadującą z Flores. Byki odgrywały ważną i ciekawą rolę w życiu jej mieszkańców. Byłych jednocześnie ich wyrobnikami i sponsorami. Pracowały w polu, ciągnęły wozy przewożąc produkty i ludzi na targ, stanowiły kapitał, były oznaką i symbolem zamożności. Konie służyły zupełnie innemu celowi, bardziej honorowemu, nadającemu sens życia mężczyznom żyjącym na górzystym, wyspiarskim odludziu. Co roku odbywało się na Sumbie huczne święto Pasola, podczas którego wojownicy konno staczali ze sobą tytaniczne bitwy. Konie były równie waleczne jak jeźdźcy gryząc i kopiąc przeciwnika. 

Wilhelmowi szło tak dobrze, że wkrótce całkowicie odzyskał wiarę i siły. Kilka lat później zbudował największy dom na wyspie i ożenił się powtórnie.

Myśli o literaturze i pisaniu musiał z konieczności zarzucić. Przytłaczały go obowiązki wielkiego właściciela ziemskiego; wykonywał je, bo musiał. Czynił to z całą starannością, jak potrafił najlepiej, nie pozostawiając sobie czasu na przyjemności. Ciągnęło go jednak do spraw artystycznych; wciąż żyła w nim niezaspokojona miłość do literatury, pisarstwa i teatru.

Wilhelm zastanawiał się nad przyczyną swego nietypowego zmęczenia. Był synem z nieprawego łoża i być może pamięć o tym usiłowała go dobić kolejnym obsesyjnym nawrotem. Przyczyną zmęczenia mógł też być złowieszczy monsun zbliżający się ze wschodu, od strony Pacyfiku. Ciepły i wilgotny wiatr monsunowy rósł w siłę doprowadzając bardziej wrażliwych wyspiarzy do szaleństwa.

Do Dżakarty poleciał samolotem z samego rana, aby mieć pełen dzień do dyspozycji. W stolicy planował zatrzymać się kilka dni. Miał dwie urzędowe sprawy do załatwienia oraz spotkania z przedstawicielami krajowej sieci handlowej Suprema, którą od lat zaopatrywał w kawę ze swoich plantacji. Miał się również spotkać z dyrektorem firmy Parlin eksportującej kawę do Stanów Zjednoczonych i Europy.

Odc. 2 Isamil Rampan, przyjaciel i dobroczyńca

Zaraz po przylocie i zakwaterowaniu się w hotelu Wilhelm zadzwonił do Isamila Rampana, dyrektora Krajowej Rady Sztuki, przyjaciela z okresu studiów. Nie spodziewał się tak serdecznego zaproszenia.

– Wilhelmie, nie mogłeś zrobić mi milszej niespodzianki. Przyjeżdżaj do mnie jak tylko możesz najszybciej, choćby nawet dzisiaj po południu. Zarezerwuję sobie czas specjalnie dla ciebie. Mam też pewną propozycję, ale nie powiem ci jaką. Niech to będzie niespodzianka. Po prostu przyjeżdżaj. Moje biuro mieści się przy ulicy Pintu Besar numer siedem. Jest to niedaleko placu Fatahillah, który jest ci dobrze znany.  

Gabinet Ismaila był pachniał przedziwną mieszaniną politury, kawy i kwiatów. Wilhelm potrzebował kilkunastu sekund, aby dojrzeć w głębi pomieszczenia biurko stojące pod dwiema palmami w wazonach, z flagą narodową i portretem prezydenta w tle na tylnej ścianie. Przy biurku znajdowały się dwa wygodne krzesła.

– Usiądźmy bliżej drzwi na sofie. Będzie nam wygodniej.

Wilhelm usadowił się na środku sofy, gospodarz usiadł naprzeciwko. Dzielił ich niski stolik, na który wkrótce trafiła herbata, napoje chłodzące oraz sok z ananasa. Wilhelm rozglądał się po gabinecie; po lewej stronie stały przy ścianie stylowe regały z książki i bibelotami, po prawej trzy duże okna rozjaśniały wnętrze.

– Masz fajny gabinet – Wilhelm uśmiechnął się. – Duży. Lubię przestrzenne pomieszczenia.

Isamil Rampan rozgadał się na temat swego nowego gabinetu oraz pracy. Wilhelm przyglądał mu się oceniając, jak bardzo się zmienił: pełna twarz, obfite policzki, wyraźny podbródek, szeroki nos. Co było nowe to firmowa czapeczka z daszkiem i napisem Sarteni oraz kolorowa koszulka z motywami roślin i zwierząt Indonezji. Dobroduszny uśmiech nie schodził mu z oblicza. Wyglądał jak turysta na wakacjach.

– Jutro idę na urlop, dlatego jestem na luzie – wyjaśnił, przyglądając się gościowi.

– Rozumiem. Niewiele się zmieniłeś, Isamilu. Może tylko trochę zmężniałeś. Obydwaj jesteśmy też starsi – stwierdził Wilhelm.

– Łagodnie mnie potraktowałeś. Utyłem i to mnie martwi, bo nie mogę sobie teraz z tym poradzić. Ale nie mówmy o mnie. Kilka dni temu Krajowa Rada Sztuki ogłosiła konkurs na dramat oparty na faktach. Czy interesowałby ciebie udział w tym konkursie, Wilhelmie? To jest ta moja niespodzianka. Pytam z nadzieją, że tak, ponieważ pamiętam twoją fascynację literaturą i teatrem. Nawet coś pisałeś w czasach studenckich, reportaże z podróży i krótkie opowiadania jak sobie przypominam. Twoje życie obfitowało w dramatyczne zdarzenia, masz więc z czego czerpać pomysły. Jestem pewny, że napisałbyś coś naprawdę ciekawego i wartościowego.  

W pokoju było ciepło, Wilhelm poczuł się śpiący. Isamilowi wydawało się, że przyjaciel się zastanawia. Poczekał chwilę; nie widząc reakcji ponowił pytanie.

Gość odpowiedział bez wahania, jakby tylko na nie czekał.

– Jakie są warunki konkursu? Przede wszystkim, jaki jest dokładnie jego temat, ile słów maksymalnie może liczyć tekst oraz jaki jest termin oddania pracy.

– Chodzi o utwór literacki, którego tematem jest dramat rodzinny. Tekst musi być prozatorski, czyli może to być opowiadanie, nowela, szkic lub esej. Bohaterami mogą być też postacie z naszej mitologii, bogowie, upiory, demony, boginki. Wymagane są cztery egzemplarze drukowane i jeden w formie elektronicznej. Objętość utworu nie większa niż pięćdziesiąt tysięcy znaków. Są trzy nagrody pieniężne za zajęcie pierwszego, drugiego i trzeciego miejsca. Po zakończeniu konkursu zostanie wydany ilustrowany tomik okolicznościowy z nagrodzonymi tekstami.

– Od razu powiem, że chętnie wezmę udział w konkursie. Oczywiście zapoznam się najpierw szczegółowo z warunkami. Nie chciałbym cię zawieść. Ani siebie.

Odc. 3 Oczekiwanie monsunu

Po powrocie do domu Wilhelm bez ociągania zabrał się do pracy nad planem i fabułą noweli. Na plantacji kawy i herbaty było mniej pracy. Sezon zbiorów już się skończył, wszyscy czekali na nadejście monsunu. Traktowano go jak rytuał natury powtarzający się każdego roku.

Pisanie przerwało mu pukanie do drzwi gabinetu. Był to służący Tusiran.

– Przyniosłem panu gorącej kawy. Takiej, jaką pan lubi, z dodatkiem goździków i dwiema łyżeczkami cukru. Administrator prosił, aby pana zawiadomić, że na horyzoncie widać już chmury monsunowe. Komunikat meteorologiczny mówi, że za pięć godzin rozpocznie się u nas ulewa. Powinna przyjść jak zwykle po południu.

– Dziękuję za ostrzeżenie i kawę, Tusiranie. Możesz wrócić do swoich obowiązków.

Po wyjściu służącego wrócił śpiesznie do pracy nad nowelą. Niecierpliwił się i niepokoił. Monsun i ulewy mogły utrudnić mu pisanie, gdyby wynikły jakieś problemy. Nigdy ich nie brakowało w okresie silnych wiatrów i ulewnych deszczów. Mogły też dostarczyć pomysłów do noweli. Podświadomie liczył na nie. Każdego roku działo się coś nieoczekiwanego.

– Wystarczy tylko udramatyzować zdarzenia – nie mógł powstrzymać się od wypowiedzenia na głos tego zamysłu.

Myślał intensywnie, coraz bardziej entuzjastycznie.

– To będzie dzieło mego życia, zawsze o ty marzyłem. Oby tylko febra mi nie przeszkodziła w pisaniu. Nawroty choroby były niemożliwe do przewidzenia.

Pierwszym zwiastunem monsunu był porywisty wiatr wiejący od strony oceanu. W nocy Wilhelm kilkakrotnie wychodził na obszerny balkon domu, najbardziej okazałej rezydencji na wyspie, aby sprawdzić, co dzieje się na dworze. Ulewny deszcz zaczął padać dopiero o godzinie drugiej w nocy. Kiedy plantator pojawił się na balkonie po raz drugi, była godzina czwarta w nocy. Deszcz wciąż padał, wydawał się być nawet bardziej intensywny. Wilhelm nie spodziewał się niczego innego. Nie mogąc zasnąć, wychodził na balkon jeszcze kilka razy, aby przekonać się tylko, że ulewa wciąż trwa.

Czas ziemi upływał w strugach niezmordowanego deszczu, jego czas w pracy nad dramatem. Własne życie na plantacji powiązał z fabułą noweli, w której wilgotny monsun letni niósł przekleństwa i zagładę.

O godzinie siódmej rano Wilhelm padł ze znużenia w ubraniu na łóżko i zasnął kamiennym snem.

Dwie godziny później obudził go przeciągły grzmot pioruna. Spojrzał na zegarek, było już blisko godziny dziewiątej. Chciał wstać, ale nie mógł. Poczuł, że nie jest z nim najlepiej. Owładnęły nim dreszcze. Był to nowy nieoczekiwany atak. Febra dała znać o sobie w najmniej sprzyjających okolicznościach. Wilhelm zwlókł się z łózka i udał się do kuchni, aby przyjąć lekarstwo i zapytać, co jest ze śniadaniem. Wcześniej dzwonił tam, ale telefon pozostawał bez odwiedzi.

W kuchni nie było nikogo ze służby. W innych pomieszczeniach rezydencji również nikogo nie zastał. Mogło to oznaczać tylko jedno: służba się rozbiegła, aby razem z mieszkańcami wioski ratować przed powodzią, co się dało. Zdenerwował się. Nie miał nikogo do pomocy w chorobie a czuł się coraz gorzej. Męczyły go dreszcze i gorączka. Spróbował dodzwonić się do sąsiadów ale telefon był głuchy. Pomyślał, że nic już nie działa. Sytuacja nie mogła być gorsza. W końcu nie miał ani gońca, ani do kogo go wysyłać. Pogoda i powódź nikogo nie oszczędzały.

Odc. 4 Nieszczęścia

Mimo silnej gorączki i dreszczy Wilhelm poczuł głód. Zastanawiał się, co sobie przygotować. Zajrzał do lodówki, jakimś cudem jeszcze pracowała. Pomyślał, że automatycznie uruchomiło się zasilanie energią z wiatraka powietrznego, kiedy nastąpiła przerwa dostawy prądu z sieci.

Niewiele miał do wyboru. Najprościej było usmażyć sobie ryż nasi goreng, potrzebował jednak coś bardziej odżywczego. Zdecydował się na zupę soto daging, z wołowiną, kiełkami soi, ryżem i makaronem. Pokropił ją sokiem z cytryny.

Wczesnym popołudniem dom na wzgórzu był już samotną wyspą z połamanymi pniami drzew i poszarpanych krzewów. Wilhelm wyszedł na balkon, aby rozruszać nogi. Owinięty w ciepły koc patrzył na ogrom nieszczęść. Brudna fala powodziowa niosła martwe, napuchłe korpusy jego bydła rogatego i koni. Wzdęte wodą i gazami sterczały surrealistycznie nogami do góry niczym odwrócony drewniany stół.

Myśli mieszały mu się w głowie. Słyszał własny głos.

– Nie będzie więcej spotkań towarzyskich. Szkoda, że nie ma zimnego szampana. Chętnie wypiłbym na pożegnanie. Lodówka z pewnością nie jest już w stanie mrozić, choć jeszcze pracuje. Wkrótce zabraknie prądu.

Oczy zalewał mu deszcz; krople wody bez smaku mieszały się na jego twarzy z piekącymi łzami żalu i rozpaczy. Zanim wszedł do pokoju zrzucił na podłogę nawilgły od wody koc. Stał nagi i drżący, nie wiedząc co robić. Przed oczami latały mu plamy. Z trudem przekroczył próg i dowlókł się do łóżka, położył się na nim i naciągnął na siebie aż po brodę suchy koc. Dom stał się więzieniem, coraz bardziej śmierdzącym zgnilizną.

Po obudzeniu się Wilhelm przyjął zwiększoną dawkę leków. To go przejściowo otrzeźwiło. Zmęczony wonią cuchnącego bagna zajrzał do szafy w sypialni. Od nadmiaru wilgoci popękały wszystkie żarówki zainstalowane wewnątrz dla ochrony przed nią i ubrania porosły pleśnią. Podobnie wyglądało obuwie, butwiejące w przyśpieszonym tempie. Jego najulubieńsze pantofle wyjściowe były w tragicznym stanie. Płakać mu się chciało z żalu, wyczerpując resztki uczucia miłości, jakie w nim się jeszcze tliły.

Pod wieczór wiatr się nasilił i z drzew zaczęły spadać półmartwe czarne wrony floreskie i śnieżnobiałe papugi z piórami nasyconymi wodą jak gąbka. Zderzając się z ziemią, wydawały z siebie plaśnięcia przypominające upadek na posadzkę brudnej mokrej szmaty. Większość ginęła od razu, kilka dogorywało. Wilhelm pierwszy raz widział coś takiego w życiu. Było to tak straszne i obrzydliwe, że dostał szału. Poruszony do głębi cyrkiem śmierci pośpieszył w głąb korytarza i chwilę szarpał się z zamkiem szafy, gdzie trzymał broń, zanim go otworzył. Gniew i strach przed tym, co ma nastąpić, rozsadzały mu głowę. Zjadała go gorączka, był w malignie. Wyszedł na balkon ze strzelbą myśliwską i strzelał bez opamiętania.

– Wy skurwysyny, padalce, zgniłki! Rozwalę was na strzępy! Zostawiłyście moje drzewa na pastwę burzy, zamiast je chronić przed nieszczęściem!

Wracając do wnętrza, usłyszał hałas w jednym z pokoi po prawej stronie korytarza. Nie wiedział w którym. Domyślił się, że do domu wtargnęli złodzieje, aby odebrać mu dorobek jego życia. Znowu dostał amoku. Otwierał po kolei drzwi do pokoi i strzelał na oślep, przeładowując broń. Raz tylko usłyszał niewyraźne jęki i oddał w to miejsce dodatkowe strzały. Jęki umilkły. Pomyślał, że usunie ciało włamywacza, jak tylko zesztywnieje. W tym momencie znienawidził wszystko i wszystkich, łącznie z sobą. Żałował, że żyje.

Odc. 5 Rozmowa na balkonie

Wracając, przechodził koło sypialni żony. Zatrzymał się przy drzwiach i nasłuchiwał. Nie chciał wchodzić z bronią do środka. Z wewnątrz nie dochodziły żadne dźwięki, to go uspokoiło. Strzelbę odłożył do szafy w korytarzu, dobrze chronionej masywnym zamkiem. Do sypialni wrócił w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Przytłoczony bolesnymi wydarzeniami, huraganem i niekończącą się ulewą odczuł ulgę, że żona i dziecko mogą czuć się bezpiecznie.

Następnego dnia deszcz nie zmniejszył się ani na moment. Wilhelm nie dziwił się już niczemu. Wiedział, że opady monsunowe mogą trwać wiele dni, a te się nigdy nie kończą. Wrócił do pisania, Wszystko, co zdarzyło się w ostatnich dniach i godzinach, przenosił na papier. Szło mu wyjątkowo składnie. Podwójna dawka leków i gorąca kawa, jaką zdołał sobie przygotować, postawiły go na nogi. Wiedział, że nie będzie to długo trwało, dlatego pisał nieprzerwanie. Kiedy się zmęczył pisaniem, wychodził na balkon, stanowiący rodzaj punkt obserwacyjnego oraz stanowiska dowódczego. Za którymś pobytem na balkonie usłyszał w oddali nad rzeką ciężkie maszyny. Było zbyt daleko, aby mógł coś zobaczyć, udał się więc po lornetkę do gabinetu. Szuflada biurka była tak wypaczona od wilgoci, że ledwo ją otworzył. Przy okazji wyjął rewolwer i przełożył go do szuflady poniżej. Z lornetką wrócił na balkon i podjął obserwację powodzi. Ogromne spychacze zrzucały ludzi stojących wzdłuż wysokiego brzegu do spienionych nurtów.

W trakcie obserwacji pojawił się obok niego służący Tusiran:

– Przyniosłem panu suchy pled do przykrycia się – zakomunikował łagodnym głosem. Nie widząc reakcji pryncypała, skierował wzrok ku rwącej wodzie, gdzie pracowały spychacze.

Zapadło milczenie. Wilhelm skorzystał z okazji, aby podzielić się ze służącym swoimi odczuciami mimo dręczącej go wysokiej gorączki. Mówił niepewnie, nie patrząc przed siebie. Obraz rozmazywał mu się przed oczami.

– Powódź zabrała mi chyba całość upraw, stado byków i wszystkie konie. Nie będę potrzebować więc teraz takiej liczby ludzi, jak dotychczas. To dobrze, że administrator domyślił się, co trzeba zrobić i użył spychaczy. Monsun nikogo nie oszczędza, dlaczego ja miałbym kogoś lub coś oszczędzać?

Po południu samopoczucie Smidy poprawiło się. Jakimś cudem dreszcze zmniejszyły się, gorączka osłabła i wróciły siły. To było nadzwyczajne. Chodził po wielkim salonie przyglądając się ciemnobrązowym klepkom podłogi.  

– Dlatego to wszystko rozwaliłem – mruknął sam do siebie. Uśmiechnął się niepewnie, ciesząc się, że ma to już za sobą. – Monsun żąda ludzkich ofiar i ja je złożyłem.

Przypomniał sobie przypowieść z książki „Fatum monsunu” o ludzkich ofiarach na ołtarzu powodzi. Ich autorem miał być sam Jezus. Wilhelm nie miał chęci zastanawiania się nad tym, czy była to prawda czy nieprawda.

Trzeciego dnia nawała monsunowa, zamiast ustąpić, wzmogła się jeszcze. Nad leżącymi na stoku góry plantacjami kawy i herbaty przesuwały się ciemnobure wory deszczu.

– To jest wyrok. Oto nadszedł kat z wyrokiem spisanym na papierze ze znakiem wodnym w kształcie krzyża – pomyślał Wilhelm. Uznał, że powinien tę myśl ująć w noweli. Pracował nad nią nieprzerwanie. Stała się częścią jego życia, a on stał się jedną z jej najważniejszych postaci.

Odc. 6 Nowela

Wieczorem, nie zmrużywszy przez cały dzień oka z niepewności i trawiącej go gorączki, Wilhelm położył się na łóżku w ubraniu i czekał na zawalenie się dachu głośno zmywanego strumieniami deszczu. Był przekonany, że nastąpi to najpóźniej w ciągu nocy. Drewniany dach nie mógł już dłużej wytrzymać, pilnie wymagał remontu. Niekonserwowane od dawna gonty intensywnie nasiąkały wodą. Ledwie odczytał w myślach ten wyrok, usłyszał głuchy trzask i huk; zwalił się na niego sufit. Wiedział, że żyje i nic nie czuje oprócz ulgi, że wszystko się skończyło.

W nocy niespodziewanie ustał wiatr i skończyła się ulewa. Wilhelm przebudził się rano zdziwiony, że w domu panuje niezwykła cisza. Tylko z zewnątrz dochodził szum płynącej gdzieś w oddali wody. Pomyślał:

– To już czwarty dzień monsunu. Może ostatni?

Przy jego łóżku stał służący Tusiran.

– Czekałem, aż pan się obudzi. Nie chciałem tego robić sam, bo był pan bardzo zmęczony. Krzyczał pan w nocy przez sen, niektóre słowa były bardzo dziwne. Nie wszystkie zrozumiałem. Powtarzały się tylko monsun, śmierć i życie.

Wątkiem przewodnim noweli Wilhelma była wielka powódź. Autor marzył, aby stała się ona scenariuszem sztuki teatralnej. Gotowy już tekst podobał mu się, choć nie we wszystkim. Pisząc, wczuwał się w bohatera noweli, Johannesa. W chwilach nasilenia gorączki i dreszczy jednoczyli się całkowicie: Johannes był Wilhelmem, Wilhelm stawał się Johannesem.

Postanowił odczytać tekst w obecności Tusirana i sprawdzić, jakie wywrze na nim wrażenie. Czytał uważnie każde zdanie starannie wymawiając słowa, zwłaszcza tytuły rozdziałów. Starał się zapamiętać ich kolejność. Powtarzał fragmenty ważniejszych scen, aby upewnić się, że akcja rozwija się zgodnie z planem. Tekst odtwarzał powoli, głośno i z namaszczeniem:

– Rzeką płyną ciała martwych zwierząt. Zdesperowany Johannes goni już resztką sił. Patrzy w lustro, widzi wynędzniałą, nieogoloną twarz mężczyzny ze zmęczonymi, podkrążonymi oczami.  

– Ten ból jest nie do zniesienia. Nie jestem w stanie cierpieć nawet chwili dłużej. Nie chcę już żyć – krzyknął, odszedł od lustra i zwalił się na łóżko, aby czekać na śmierć. Woda lała się z sufitu strumieniami, dach trzeszczał przeraźliwie.

Po zakończeniu czytania Wilhelm przypomniał sobie, że powinien umieścić w noweli postacie związane z mitologią wyspy. Miał kilka w pamięci. Wszystkie wydawały się dobrze pasować do fabuły oraz zewnętrznych warunków, z jakimi zmagał się śmiertelnie. Dokonując wstawek, cieszył się, jak bardzo mitologia odpowiada fikcji literackiej. Wprowadzał poprawki do tekstu, uzupełniając lub usuwając już zapisane fragmenty.

Na pierwszym miejscu znalazł się Lowalangi, najwyższa istota niebiańska, wszechmocna, wszechobecna i wszechwiedząca. Lowalangi za wykroczenia karał winnych nasyłając na nich klęski żywiołowe, przede wszystkim tajfuny. Z ust bóstwa płynęły znamienne słowa:

– Tajfun to równie powszechna kara jak płonący stos za czasów Inkwizycji, a bardziej współcześnie szubienica, krzesło elektryczne i zastrzyk z zabójczą substancją.

Wilhelm pomyślał, że Bóg chyba częściej karze niż nagradza. Nie był w stanie tego zrozumieć.

Odc. 7 Bogowie i jury

Drugi mitologiczny bohater, Lature, bóg otchłani, okazał się również przydatny, wręcz niezbędny w noweli. Szalejący na zewnątrz monsun był otchłanią, pochłaniającą zwierzęta, ludzi, sprzęt i budynki. Wilhelm wyobraził sobie stugłowego smoka z ogromną paszczą, z której sterczą resztki nietypowego pożywienia w postaci rogów, uprzęży, mebli i konarów drzew.

Przedostatnia postać, bóg Sihai, którego Lowalangi ulepił z błota i ożywił własnym oddechem, okazała się bezużyteczna. „Gdy Sihai umarł, jego prawe oko zamieniło się w Słońce, lewe w Księżyc, z ust wyrosło drzewo ognia, z gardła drzewo złota, z brzucha zaś drzewo, które dało początek ludziom” – przeczytał Wilhelm w cudem ocalałej encyklopedii. Wykluczył tę niezwykłą postać mitologii, nie widząc w niej żadnych odniesień do fabuły, wątków, bohaterów noweli czy nawet szalejących na zewnątrz żywiołów natury.

Ostatnią postacią był Piekielny Bocian z wyspy Flores, Leptoptilos Robustus. Była to istota niedalekiej przeszłości, potwierdzona wykopaliskami i utrwalona legendami powtarzanymi z pokolenia na pokolenie przez wyspiarzy. Nazywano ją Piekielnym Bocianem, ponieważ był większy od żyjących w historycznej przeszłości Flores małych ludzi zwanych hobbitami, których pożerał żywcem.

– Toż to odpowiednik spychacza unicestwiającego ludzkie istnienia – stwierdzenie przydatności legendarnego Piekielnego Bociana uspokoiło go. Był to koniec wstawek o mitologicznych bohaterach.

Nowela podobała się autorowi i Tusiranowi, milczącemu świadkowi jej powstawania. Podbudowany sukcesem, Wilhelm poprosił służącego o alkohol, aby zapomnieć o gorączce, dreszczach i malignie. Po wypiciu niepełnej butelki, poprosił o drugą. Pił w przekonaniu, że alkohol przyniesie mu ukojenie.

Mieszanka febry, lekarstw i alkoholu okazała się wybuchowa. Gorączka zwiększyła się, nadeszły majaki. W stanie delirycznym Wilhelm głośno mówił, dyskutował, żądał i wydawał polecenia. Poprosił Isamila Rampana o jak najpilniejsze ustalenie jury do oceny prac konkursowych.

– Nie może być inaczej, bo wobec niesprzyjających okoliczności konkurs nigdy nie zostanie rozstrzygnięty – tłumaczył Isamilowi, jak tylko zobaczył go nachylonego nad łóżkiem. Przyjaciel z nieznanej przyczyny miał spuchnięte policzki i usta, lecz uśmiechał się z wyrozumieniem.

– Ustalam jury i mianuję cię jego przewodniczącym – Isamil oświadczył głosem nie tolerującym sprzeciwu. – Jako przewodniczący musisz teraz przeprowadzić dyskusję oraz głosowanie dla ustalenia, która z prac konkursowych została oceniona najwyżej.

Wilhelm zarządził głosowanie. Ucieszył się, kiedy jury uznało jego nowelę za najlepszą pracę.

– Pierwsza nagroda przypadła w udziale Wilhelmowi Arturowi Smidzie – uroczyście ogłosił decyzję jury, po czym spokojnie podszedł do sejfu w ścianie salonu, wyjął z niego książeczkę czekową i wypisał czek na sto tysięcy dolarów amerykańskich.

– Czek na sto tysięcy dolarów amerykańskich – mruknął, przenosząc wzrok w zamyśleniu na szare balony deszczowych chmur wiszących za oknem nad wzgórzem z poszarpanymi wichurą palmami. – Niezłe pieniądze w takich warunkach. Można za nie wiele kupić.

Odc. 8 Niebo

Był to piąty dzień monsunu. Wilhelm przebudził się nad ranem. Nadal trawiła go gorączka, miał dreszcze, bolała go głowa, plecy i mięśnie. W żołądku czuł uciążliwe ssanie, jakby nic nie jadł od wieków. Zwlókł się z łóżka, aby pójść do toalety. Po powrocie wyszedł na balkon i rozejrzał się. Widział wszystko jak na dłoni, same zniszczenia. Nie było wątpliwości; jego majątek został unicestwiony przez żywioły. Nie było już plantacji kawy i herbaty, stada byków i koni, zniknęły zabudowania gospodarcze, magazyny i pojazdy. Wszystko porwała i pochłonęła żarłoczna woda. Dom na wzgórzu, w którym mieszkał, wprawdzie nadal istniał, ale wprost cuchnął zgnilizną zjadającą ściany, meble i wyposażenie.

Powróciwszy do wnętrza pan domu kazał służącemu rozpalić ogień w kominkach i ogrzać wszystkie dostępne pomieszczenia. Nie spodziewał się nadzwyczajnych efektów, uznał to jednak za konieczne. Sam wyruszył na przeszukanie domu. Szedł w stanie pomieszania, pełen niepokoju przed nieznanym. Gwałtowne zmiany ciśnienia i temperatury, efekt szalejącego monsunu, rzuciły go na pastwę febrycznej gorączki i dreszczy, leków i alkoholu, oferującego nadzieję przeżycia kilku następnych godzin.

W korytarzu i w pokojach panowała cisza zakłócana jedynie szumem deszczu. Przechodząc obok pokoju żony Wilhelm przypomniał sobie, że dawno do niej nie zaglądał. Była dobrze zaopatrzona w żywność, ubrania, koce i napoje. Siedziała tam tuląc i uspokajając synka, który bardzo bał się burzy. Wilhelm nacisnął ozdobną klamkę i wszedł do środka. Stanął w progu, aby przyzwyczaić wzrok do mroku. Kiasatina i mały Sumu leżeli na łóżku nieruchomi i zniekształceni, jakby je poszarpało dzikie zwierzę. Wilhelm zbliżył się do nich; serce podeszło mu do gardła. Na skroni żony widoczna była czarna plamka; sączyła się z niej smużka ciemnobrunatnej cieczy. Kapiące z sufitu krople wody rozmazywały ją po ubraniu i pościeli. Wilhelm znieruchomiał z zaciśniętymi konwulsyjnie dłońmi i patrzył niewidzącym wzrokiem. Usta opadły mu żałośnie. Po dłuższej chwili obrócił się do tyłu, ruszył w kierunku wyjścia na sztywnych nogach i opuścił pokój, nie zamykając drzwi. Zawsze skrzypiące, uderzyły głucho o framugę.

Wyszedł przed dom, stanął na potarganym przez ulewę kawałku trawnika i spojrzał w górę, w niebo zaciągnięte chmurami. Stał tak nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Z bólu, rozpaczy i gorączki czuł w sobie ogromny ciężar. Przeraził się ,  że zaraz opuszczą go zmysły. Otworzył usta, po których ciekły krople deszczu, spływając mu na pierś. Krzyczał na cały głos:

– Kiedyś publicznie zaklinałem się, że nie istniejesz, a jeśli istniejesz, to ukarzesz mnie za moją niewiarę. Rodzina i przyjaciele uznali to za bluźnierstwo. Teraz wiem, że istniejesz i jesteś mściwy. Dzień twojej mściwości nadszedł dzisiaj; zabrałeś mi wszystko. Czy możesz mi wyjaśnić dlaczego?

Kiedy pełen rozpaczy wyrzucał z siebie gorzkie i okrutne słowa, nie był pewien, czy to co widział w sypialni, to była scena z wymyślonego przez siebie scenariusza, czy też skutek przerażającej mocy monsunu doprowadzającej ludzi do szaleństwa.

Michael Tequila
Gdańsk, 6 września 2021

Przekaż dalej
10udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *