Matuzal. Opowiadanie.

Odc. 1 Budynek

Budynek mieszczący ambasadę zwany Wielkim Rondlem zaskoczył mężczyznę nowoczesnością. Nic z zewnątrz nie wskazywało na jego odmienność od tradycyjnej architektury. Po pokonaniu obrotowych drzwi zacinających się jak czkawka mężczyzna znalazł się w wielkim holu. Rozejrzał się. W głębi po prawej stronie zobaczył ladę z siedzącymi za nią trzema młodymi kobietami. Obok stała czwarta kobieta, starsza, o urodzie aktywnej palaczki i pijaczki. Nasunęło mu się natychmiast spostrzeżenie:

– Pije, nadużywa alkoholu i na pewno jest nieszczęśliwa, choć szczebiocze tak radośnie.

Kobieta konwersowała na odległość z dwoma tęgawymi ochroniarzami w obcisłych uniformach stalowego koloru.

– Strażnicy na całym świecie noszą chyba podobne stroje. Pajace! – pomyślał mężczyzna, starając się natychmiast o nich zapomnieć. Nie wiadomo czemu był zły na nich i na cały świat.

– Pan w jakiej sprawie? – usłyszał ujmujący głos młodej kobiety siedzącej pośrodku za wysoką ladą recepcji.

Przyglądał jej się z uwagą; wyglądała najsympatyczniej z całej trójki.

– Ja do Ambasady.

– Na którą godzinę ma pan umówione spotkanie?

– Na godzinę jedenastą.

– Jak pan się nazywa?

– Edward Matuzal.

– Proszę o dokumenty.

– Przepraszam, jakie dokumenty? Ubiegam się o paszport.

– Pański pani dowód osobisty lub paszport.

Po chwili mężczyzna trzymał w ręce mały kawałek papieru, przepustkę z zaszyfrowanym kodem, godziną ważności, oznaczeniem Ambasada, piętro 8.

– Proszę poczekać. O, tam, w głębi, gdzie stoją trzy fotele i stolik. Zawiadomię pana, kiedy otrzyma pan wezwanie z biura paszportowego.

Odc. 2 Winda

Siedząc w oczekiwaniu na wezwanie, Matuzal rozglądał się uważnie. Wszystko było inne niż to co znał z okresu swojej pracy urzędniczej. Notując szczegóły otoczenia, opisywał je pojedynczymi słowami, jakie przychodziły mu do głowy: nowoczesne, futurystyczne, aseptyczne, utrzymane w jasnoszarej tonacji.

Hol był przeogromny. Wyglądał jak hala magazynowa z potężnymi filarami po bokach; przez całkowicie przeszklone ściany widać było ulicę i sąsiednie budynki. Wewnątrz ani na zewnątrz nie zauważył kwiatów, roślin, krzewów, czegokolwiek zielonego lub kolorowego, choćby nawet sztucznego.

Przez hol nieprzerwanie przewijali się ludzie. Poruszali się nie rozglądając się na boki, ze wzrokiem utkwionym w smartfonie lub w celu, do którego zmierzali, drzwiach, windzie lub recepcji budynku. Postacie ze smartfonami patrzyły w ekran, słuchały dobywającego się z nich głosu lub mówiły coś do niego.

Siedząc w czarnym metalowym fotelu z siatkowym plastikowym siedzeniem, Matuzal notował w pamięci:

– Wyglądają, jakby rozmawiali sami ze sobą. Zachowują się jak ludzkie manekiny, roboty przyszłości, jeszcze biologiczne ale w części już zautomatyzowane. To na pewno urzędnicy i pracownicy firm mieszczących się w budynku, klienci i dostawcy. Nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo żyją już w przyszłości.

Wezwanie do biura paszportowego Ambasady Matuzal otrzymał dopiero po czterdziestu pięciu minutach, na dwie minuty przed wyznaczoną godziną spotkania. Podszedł do szeregu bramek obrotowych usytuowanych naprzeciwko wind i przyłożył przepustkę do górnej metalowej krawędzi bramki z okienkiem. Nie nastąpiła żadna reakcja. Postanowił przybliżyć przepustkę do dolnego okienka.

– O tutaj! – interweniował młody strażnik, który podszedł od strony wind. Mówił poważnie, obojętnie, bez uśmiechu.

Po pokonaniu bramki wejściowej petent skierował się ku najbliższej windzie i nacisnął przycisk ze strzałką wskazującą ruch w górę.

– Proszę przytknąć przepustkę do przycisku znajdującego się obok, wyświetli się numer windy, którą pan pojedzie.

Była to winda „B” znajdująca się kilka metrów dalej nieco z boku holu budynku. Matuzal podszedł do niej. Kiedy winda zjechała, zapaliła się strzałka jazdy w górę. Petent wszedł do środka, wzrokiem szukając przycisku z numerem osiem. Nie było żadnych przycisków. Domyślił się, zanim winda ruszyła, że automat sterujący odczytał z przepustki numer piętra, gdzie mieściła się ambasada. Odetchnął z ulgą.

Odc. 3 Ambasada 

Całe ósme piętro, gdzie mieściły się biura Ambasady, było identyczne w kolorze i wystroju jak parter budynku – beznamiętne, szare z dodatkiem błękitu, dobrze oświetlone. Za biurkiem stojącym tuż za drzwiami wejściowymi do Ambasady siedziała urzędniczka. Rozmowa była schematyczna i krótka.

– Proszę usiąść w głębi korytarza i poczekać. Otrzyma pan wezwanie, kiedy tylko nadejdzie pana kolejka.

Spośród pięciu foteli stojących przy oknie dwa były wolne. Matuzal wybrał najbliższy. Naprzeciwko siebie miał mężczyznę w średnim wieku, obok niego siedziała kobieta, a na trzecim fotelu dziecko.

W miejscu publicznym, urzędzie czy biurze, Matuzal nigdy nie widział tak zaniedbanego człowieka. Był to osobnik nad miarę wysoki, wychudły raczej niż chudy, o wyglądzie zmęczonego pracownika zakładu kamieniarskiego. Nad twarzą o poszarzałej skórze sterczała na czubku głowy kępa nierówno przyciętych, zmierzwionych włosów. Mężczyzna miał na sobie czarną koszulę z krótkimi rękawami, przy jego lewym biodrze leżała mocno podniszczona, skórzana kurtka w tym samym kolorze. Uwagę Matuzala przykuły spodnie robociarskie, jakich używa się na budowie. Na kolanach miały naszyte ogromne łaty wykonana z materiału przypominającego sparciałą ceratę. Poniżej mankietów spodni sterczały czarne buciska z imponującej grubości podeszwami. Całość wyglądała tak beznadziejne, jakby mężczyzna celowo chciał się obrzydzić; wyglądał prawie karykaturalnie. Siedząca obok kobieta zwracała się do niego w obcym języku. Jej lub ich synek bawił się smartfonem, odtwarzając jakąś grę z małymi, zielonymi ludzikami, nie odzywał się.

Kiedy, załatwiwszy swoją sprawę, cała trójka opuściła Ambasadę, recepcjonistka poprosiła Matuzala o podejście do okienka. Stanął przed urzędnikiem odseparowany grubą taflą szkła, nad którą wysoko po prawej stronie u góry znajdował się mikrofon i głośnik. Po sprawdzeniu danych urzędnik poprosił Matuzala, aby włożył wniosek paszportowy i dwie fotografie do szuflady umiejscowionej nisko w ścianie z lewej stronu okienka. Szuflada była wykonana z solidnej blachy metalowej.

– Wygląda to tak, jakby Ambasada obawiała się ataku terrorystycznego – pomyślał z niechęcią Matuzal.

Sprawa została załatwiona bez pośpiechu, bez zbędnej wymiany słów, schematycznie jak wszystkie wcześniejsze procedury. Urzędnik o nijakiej twarzy, w średnim wieku, tęgawy, ubrany w brązowoszary sweter, poświęcił tylko nieco więcej czasu na przyglądanie się przez szkło powiększające fotografii Matuzala, jakby sprawdzając czy nie została sfałszowana lub podrobiona. W żadnym momencie swojej pracy nie wykazał cienia zainteresowania petentem, obdarzając go choćby dodatkowym spojrzeniem, uśmiechem czy gestem.

– Zachowuje się zupełnie jak bankomat, do którego wkłada się kartę elektroniczną, wbija numer identyfikacyjny, wyjmuje pieniądze i pokwitowanie – pomyślał Matuzal i dodał: – Do widzenia, panu!

– Do widzenia – odpowiedział ludzki automat za szybą, podnosząc oblicze manekina potraktowanego substancją chemiczną usuwającą ślady podobieństwa do żywego człowieka. Nie było tam nawet śladu żywości, mimiki, gestu czy ruchu mięśni twarzy.

Przekaż dalej
1Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *