Kronika czasów zarazy. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-57/70.

 

Odc. 1 Salomon Ircha

Od kwietnia zaraza wycofywała się opornie i powoli, pozostawiając po sobie coraz mniej szubienic symbolizujących liczbę zgonów osób porażonych wirusem. Wszyscy cieszyli się z tych ustępstw, z wyjątkiem ludzi źle życzących narodowi. Salomon Ircha miał zbyt wiele własnych zmartwień, aby poświęcać tym zdarzeniom tyle uwagi, na ile zasługiwały.

Dziewiętnastego dnia drugiego epidemicznego roku Salomon dokonał podsumowania własnego czasu. Miał go tak mało, że zdecydował się na krok drastyczny: podzielenia czasu na kawałki i przydzielania ich osobom, z którymi utrzymywał kontakty. W pierwszej kolejności przyznał je rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Były to przeważnie kawałki piętnastominutowe, łatwe do podziału i rozliczenia. Pod koniec każdego dnia Salomon wykonywał – wczuwając się w rolę skrupulatnego buchaltera – podsumowania sprawdzającego, jak skutecznie zarządza czasem.

Czas i energię Salomon uznawał za jedyne prawdziwe wartości, jakie człowiek otrzymał w darze od Wieczności do wykorzystania między chwilą narodzin a chwilą odejścia w zaświaty. Wieczność była dlań pojęciem bardziej zrozumiałym niż Bóg, z którym nigdy nie udało mu się pokonwersować czy choćby powiedzieć „Dzień dobry, Panie Boże!”.

Na utrzymanie kondycji i zdrowia Salomon poświęcał godzinę dziennie. Wychodził z domu, aby intensywnie spacerować po lesie, pustych drogach i nieużytkach. Wybierał trasy, gdzie jest mało albo w ogóle nie ma ludzi. Wykorzystywał ten czas, rozmawiając przez telefon komórkowy zgodnie z planem podziału czasu. Na otwartej przestrzeni ożywiał go wiatr.

– Kocham przestrzeń, świeże powietrze, las i rozmowy z przyjaciółmi. Pokochałbym nawet głębię oceanu, gdybym tylko poznał ją bliżej – mruczał do siebie. Najczęściej myślał o Rowie Mariańskim, na dnie którego żyją istoty odporne na niewyobrażalne ciśnienie.

Od pewnego czasu używał kijki nordic walking, aby wzmocnić ramiona słabnące wskutek niedostatku wysiłku. Lubił filozofować na ten temat. Miał także sporo innych tematów do snucia rozważań. Prowadził je z przyjacielem z lat młodzieńczych, Erazmem, rozwagą i mądrością kojarzącym mu się z Erazmem z Rotterdamu, który głosił, że człowiek z natury jest dobry, zło zaś pochodzi z niewiedzy.

– Czasy cywilizacji, Erazmie, nie sprzyjają górnym kończynom człowieka. Co mi po ramionach, rękach i dłoniach, które wskutek nieużywania stają się cherlawe i nie imponują nikomu, ani kobietom, ani mężczyznom. Może tylko osoby słabowidzące dostrzegają coś, co uzasadnia ich istnienie. Ale kto zrozumie słabowidzącego, jeśli zwykłego, dobrze widzącego, człowieka trudno jest zrozumieć?

Odc. 2. Władza i edukacja

Jadąc samochodem, Salomon słuchał radia. Wybierał stacje prezentujące dyskusje na ciekawe tematy, prowadzone w sposób nie uwłaczający ludzkiej inteligencji. Interesowało go wszystko, co pachniało szerokim światem: psy myśliwskie puszczone samopas przez pijanego właściciela, biedacy w trzecim i czwartym świecie, pozostawieni bez szczepionki na pastwę pandemii, ochrona mórz i oceanów traktowanych przez wielu jako zbiornik odpadów plastikowych, także wpływ wirusa na seksualność i intelekt człowieka. Tematów dotyczących władzy i polityki nie znosił tylko dlatego, że niosły ze sobą zapach nawozu świeżo wyrzuconego z obory. Swoją organiczną niechęć do rządzących tłumaczył na różne sposoby. Raz nawet powiedział sobie dobitnie:

– Chłopie! Ta niechęć wynika z twego własnego niedorozwoju emocjonalno-intelektualnego. Innym ludziom rządzący nie przeszkadzają,  jakoś nie czują smrodu siarkowodoru. Czy ty nie przesadzasz w swojej niechęci do władzy?

Nie mogąc pogodzić się z samym sobą, Salomon uciekał od polityki, aby nie dopuścić do powstania w sercu ładunku nienawiści grożącego eksplozją.

W miarę upływu lat rzeczywistość uwierała Salomona coraz mocniej: duże litery stawały się zbyt małe, myliły mu kody i symbole, drażniło postępowanie sąsiadów, gubił klucze i dokumenty, męczyły doniesienia o brutalnej przemocy w rodzinie. Mimo zmartwień i zarazy czającej się za rogiem każdego budynku Salomonowi nie brakowało też rozrywki. Szczególnie polubił ubranego na czarno, brodatego ministra szkolnictwa, niejakiego Kopera, wynalazcy karkołomnych kombinacji lektur, przedmiotów i metod nauczania. Ich karkołomność miała dostarczyć uczniom głębszych przemyśleń jak i fascynacji, raczej nieobecnych w tradycyjnym nauczaniu. Koper planował ciekawy eksperyment: znające już alfabet małpy miały uczyć się przyrody razem z młodzieżą. Celem eksperymentu było umacnianie jedności człowieka i zwierząt w walce o ochronę środowiska naturalnego. Minister przedstawił dwa postulaty w tej sprawie:

– Uczestnicy eksperymentu będą musieli nosić maseczki i rękawiczki oraz regularnie myć ręce w ciepłej wodzie z dużą ilością piany. Po drugie, małpy muszą się zobowiązać, że nie wezmą brzytwy do ręki, ponieważ historia notowała opłakane skutki takich zdarzeń.

Na pytanie, czy świadomość zwierząt genetycznie bliskich człowiekowi jest dostatecznie wysoka, aby powstrzymać się od brania do ręki niebezpiecznych narzędzi, minister odpowiadał ze spokojem:

– Tak, jeśli wierzymy w porządek świata stworzonego przez Boga. My w ministerstwie głęboko weń wierzymy i to daje nam spokój ducha. Osoby niewierzące, ateiści, masoni i komuniści mogą mieć z tym problemy. Na szczęście są oni nieliczni i zawsze możemy ich trzymać pod nadzorem. Myślimy o programie reedukacji nieprawomyślnych grup społecznych, podobnym do stosowanego w Chinach przez dobrze mi znanego ministra edukacji powszechnej, Li-Tona.

Odc. 3 Zuzanna, miłość i rozmowy

Najwięcej czasu przydzielił Salomon Zuzannie. Kochał ją najbardziej ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Lubił o niej myśleć, pieszcząc ją zmysłowo. Była to osoba trzydziestoośmioletnia, może nieco starsza, a jeśli tak, to niewiele, najwyżej kilkanaście lat. Jej kształty można było określić jako matriarchalne; piersi miała pełne powagi, w razie macierzyństwa mogłyby pomieścić dużo mleka. Kiedy ją poznał była kobietą niezamężną, matką dwojga dorodnych dzieci, niezależnych, żyjących już na swoim.

Salomon przepadał obcować z Zuzanną w przestrzeni fizycznej. Ostatnio była to tylko przestrzeń wirtualna. Nie mogło być inaczej, dopóki życiu społeczeństwa zagrażał zjadliwy wirus Dracula i i jego matka epidemia. Zuzanna odwzajemniała uczucia Salomona. Nie wahała się mówić o tym.

– Lubię kiedy jesteś zabawny i perwersyjny, kiedy używasz określeń bułeczka i rogalik, których znaczenie tylko my znamy.

– A ja lubię twój śmiech, perlisty, jedwabny, rozjaśniający przestrzeń, zwłaszcza nocą, kiedy robi się chłodniej.

W obojgu żyła dorosłość i infantylność w proporcjach oferujących szanse zachowania miłej harmonii w relacjach damsko-męskich, nie zawsze łatwych do pogodzenia.

– O czym my naprawdę rozmawiamy? – zadał jej kiedyś pytanie i uśmiechnął się, ponieważ odpowiedź wydawała mu się łatwiejsza niż przewrócenie małym palcem pudełka zapałek czy zjedzenie świeżej bułeczki fitness w ciągu minuty. Pytanie nie było potrzebne ponieważ oboje wiedzieli doskonale, o czym rozmawiają i o czym myślą.

Rozmawiali o książkach, o wydarzeniach, przyszłości i teraźniejszości, rzadziej o nowych decyzjach rządu. Ten ostatni temat nie był możliwy do uniknięcia, można go było tylko zminimalizować. Był to drażliwy obszar rozważań, wypełzający spod gęstego dywanu różnych rozmów niby para upartych ślimaków. Oboje go unikali, szczególnie Zuzanna, osoba rozważna, matka dzieciom, kobieta wyzwolona.

Odc. 4 Erotyka w czasach epidemii

Lubili także erotykę i seks. W czasach wielkiej separacji epidemicznej uprawiali go wirtualnie, ale jak najbardziej poważnie, z zaangażowaniem, posiłkując się słowami, wyobraźnią i fantazjami.

– Seks uprawia się podobnie jak rzodkiewkę, marchewkę i szparagi, warzywa bliskie sercu ogrodnika rozkochanego w wiosennej pogodzie.

Warzywnicza opinia Salomona nie zachwyciła Zuzanny. Powstrzymała się jednak od komentarza mając na sercu dobro wzajemnych relacji. Jej przedłużające się milczenie Salomon uznał za znak rozwagi i mądrości kobiecej. Kiedyś nawet myślał, że dobrze byłoby być kobietą, było to jednak niemożliwe bez zmiany płci. Łączyły ich podobne przeżycia. Oboje lubili szparagi zwłaszcza te większe, białe, bo im się dobrze kojarzyły z dzieciństwem, kiedy podglądali dorosłe pary bawiące się nago na łące. Rozmawiali o tym – nie wiadomo dlaczego – najczęściej w niedzielę. 

– Trawa była wtedy niewiele niższa niż struś afrykański. Czy wiesz, że ten ptak sięga dwóch metrów wysokości – zapytała Zuzanna chichocąc. Porównania tego rodzaju przychodziły jej łatwo, ponieważ mieszkała niegdyś z rodzicami w Republice Południowej Afryki. Z tego czasu pozostało jej zainteresowanie dalekimi wyprawami i literaturą podróżniczą.

– A czy ty wiesz, że struś dysponuje kopytem jak u konia? Kopnięciem może przetrącić kręgosłup niejednego napastnika – uzupełnił Salomon, kojarząc sobie sytuację z brutalniejszą częścią natury – męskim czynnikiem Yang, znanym obojgu z taoizmu, starego systemu filozofii chińskiej.

Taoizm w części dotyczącej życia seksualnego pozostawał dla nich źródłem przemyśleń i ciekawych skojarzeń. Oboje czytali o nim i dyskutowali między sobą. Najbardziej podobała im się idea, że wszystko, cały świat, każde zjawisko, materialne i niematerialne, ma dwie strony, kobiecą Yin i męską Yang. Dopiero połączenie tych dwóch dawało pełnię przeżyć.

– Czy nie jest to urocze? – pytała Zuzanna i wybuchała śmiechem. – Kiedy o tym myślę, czuję to wewnątrz siebie, zwłaszcza w dole brzucha.

– Ten śmiech i te myśli to twój największy wkład w naturę Yin w dobie epidemii, kiedy mężczyzna i kobieta nie mogą spotykać się bezpośrednio, aby doświadczać przepływu energii męskiej i żeńskiej – odpowiedział Salomon.

Czasem zdarzało się, że wchodzili w konflikt, zupełnie nieoczekiwanie, nie mogąc się porozumieć w jakiejś sprawie. Pewnego razu Salomon opanowany gniewem chlapnął, całkiem niepotrzebnie:

– Mężczyzna i kobieta nie są w stanie zrozumieć się w pełni, ponieważ pochodzą od zupełnie innej małpy.

O ile ta obserwacja wydawała się mu całkiem naturalna, ponieważ lubił mocne skojarzenia i wyraziste słowa, o tyle Zuzanna mogła zareagować zupełnie odmiennie i obrazić się. Była bardzo religijna i sprawa pochodzenia człowieka nie była jej obojętna. Uświadomił to sobie po niewczasie, kiedy słowo się rzekło i przysłowiowa kobyłka stała już u płota.

Zuzanna najpierw zawahała się, a potem powiedziała coś zaskakującego. 

– Masz rację. Dlatego nie będę kłócić się z tobą. Po prostu jesteśmy różni. Ty masz ogon a ja, będąc innego pochodzenia, nie mam. Ty jesteś samcem, a ja samicą. I nie ma znaczenia czy pochodzimy od małpy, czy nie. Po prostu pochodzimy skądś, najpewniej z Afryki.

To stwierdzenie rozbroiło Salomona. Od tej pory, kiedykolwiek poróżnili się, przypomniał sobie niejasne pochodzenie mężczyzny i kobiety i różnice z niego wynikające. To mu ułatwiało życie.

Odc. 5 Leon Bury

Temat wrogów narodu wracał często na wokandę spraw obywatelskich, prowadzoną przez telewizję, portale informacyjne, dzienniki prasowe i inne media włącznie z sieciami przekazu plotek i donosów.

– Nigdy nie brakowało nam wrogów – podsumował na wieczornej uroczystości żałobnej prowadzący ją Leon Bury – a dzisiaj w dobie pandemii, mamy ich jeszcze więcej. Stwierdzając fakt, Leon Bury najczęściej nie określał, kogo konkretnie ma na myśli. Było to prawdopodobnie niepotrzebne, ponieważ ludzie go słuchający wiedzieli lub domyślali się o kogo chodzi.

Leona Burego znali wszyscy, był osobą publiczną, opiniotwórczą, słyszały o nim nawet dzieci. Co do wieku i wyglądu, to był to mężczyzna w sile wieku, korpulentny i stateczny.

– W sprawach obyczajowości i moralności jest on zręczniejszy niż małpa – mówili o nim złośliwcy, dodając niekiedy, że jest człowiekiem niedouczonym, ponieważ nie umie jeździć samochodem i nigdy nie korzystał z usług banku. Co do samochodu, to zapewne nie potrzebował mieć prawa jazdy ani umieć prowadzić pojazdu, ponieważ przez całe życie otaczali go ludzie uczynni, chętnie wożący go własnym autem. Sprawa usług bankowych była nie do zweryfikowania.

Oskarżany o nietypowe skłonności, nawyki i przywary Bury zachowywał się spokojnie, nie zaprzeczał ani nie potwierdzał. Raz tylko się uniósł podnosząc głos, kiedy ktoś wyraził się niechętnie o tradycji narodowej:

– Za mojego dzieciństwa w powszechnym użytku były drabiniaste wozy konne i tak było dobrze. Nie lubię, jak ktoś to krytykuje. Niech lepiej ci osobnicy, co nie znają tradycji, zamkną swoje kanciaste mordy. Wszystko, co jest częścią naszej tradycji jest godne zapamiętania, kultywowania i upowszechniania.

Spora część społeczeństwa uważała go za dziwaka a nawet odmieńca. Nie ulega wątpliwości, że był kontrowersyjną postacią. Było to dziwne, ponieważ był także człowiekiem lubianym, wpływowym, obracającym się w najlepszym towarzystwie. Miał wielu zwolenników. Żartowano, że szli oni za nim krok w krok niezależnie od tego czy udawał do kościoła, do toalety publicznej, na wystawę jachtów pełnomorskich czy na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie nieznanych bohaterów zasłużonych dla historii i tradycji. Najbardziej oddani mu byli członkowie Stowarzyszenia Pobożni i Wierni, łączącego swymi poglądami najbardziej radykalnych chrześcijan zrzeszonych w Kościele Boga Wyrazistego. Kościół ten nie pozostawiał cienia wątpliwości, co jest słuszne a co niesłuszne, co jest dobre a co złe w ludzkim postępowaniu. W tym tkwiła jego siła. 

W sumie Bury był osobnikiem o serdecznym (aczkolwiek dla części społeczeństwa niezrozumiałym) stosunku do rzeczywistości. Według osób dobrze go znających starał się czynić dobro, godzić ludzi w ich namiętnościach i oczekiwaniach, inaczej mówiąc szukać porozumienia.

Odc. 6 Profesor Zybe

Prądy dobra, zła i niepewności od dłuższego czasu krążyły nad krajem, pogłębiając zamieszanie wynikające z epidemii wirusa Dracula. Objawiały się nie tylko chmurami zarazy wiszącej w powietrzu, ale także osobowo, w konkretnych ludziach, deformując ich charaktery. Społeczeństwo dzieliło się na części, części na frakcje, frakcje na grupy i podgrupy. Nikt nie mógł się w tym połapać, nawet socjologowie i psycholodzy społeczni. Jedynie profesor Zybe, doradca prezydenta, wydawał się być zorientowany w całym galimatiasie.

– To człowiek, który się kulom nie kłania – powiedział kiedyś o profesorze prezydent Lambreki i zaraz uzupełnił: – Mam na myśli zabójcze pytania zadawane mu przez niechętnych mi dziennikarzy. Obydwu mężczyzn łączyły więzy bliskości intelektualnej, towarzyskiej oraz zainteresowań.

– Jesteśmy z tej samej gliny. Wiem co mówię, bo często się spotykamy. 

W trakcie wywiadu prezydent przebywał w swoim warsztacie, gdzie oddawał się projektowaniu i wytwarzaniu ceramiki artystycznej. Było to jego ulubione hobby. W jego pałacowym gabinecie wisiało na ścianach kilka dużych zdjęć pokazujących jak wręcza wykonany własnoręcznie ozdobny talerz lub wazę jakiemuś dygnitarzowi zagranicznemu. Byli wśród nich królowie, prezydenci państw i premierzy.

Na temat podziałów społecznych zabrał głos w telewizji – z ramienia prezydenta – profesor Zybe. Był ekspertem chętnie zapraszanym do udziału w programach telewizyjnych, szczególnie serwisach wiadomości i programach edukacyjnych. Profesora wyróżniała siwa czupryna przetykana szlachetną rudością oraz dwudniowy zarost na szczupłej twarzy, który pieszczotliwe nazywał szczeciną. Zawsze był w dobrym nastroju, uśmiechał się, cokolwiek nie mówił. Nawet kiedy wspomniał osiemdziesiąt tysięcy osób zmarłych wskutek zakażenia wirusem, łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Jego zachowanie wydało się widzom pozytywne i budujące; w czasach powszechnego przygnębienia czerpali z niego pocieszenie. Nie wszyscy oczywiście podzielali ten pogląd.

– Temat podziałów społecznych nie jest niczym wdzięcznym do dyskusji – podjął profesor. Sprawy są skomplikowane. Rozmawiamy o nich bardzo często z panem prezydentem, ale jeszcze nie wypracowaliśmy właściwego stanowiska. Nie jest to łatwe, ponieważ pan prezydent jest niezwykle zajęty. Jest w rozjazdach. Budujemy nową rzeczywistość i musimy ją ustawicznie rozwijać i doskonalić.

O złożoności sytuacji widzianej przez prezydenta i jego doradców, profesor Zybe wypowiadał się wstrzemięźliwie i dopiero po dłuższym zastanowieniu się.

– Są wśród nas ludzie jątrzący atmosferę dobrych relacji społeczeństwa z władzą w bolesnym okresie walki z wirusem Dracula. Chodzi mi o grupę o wyraźnie dywersyjnym charakterze, której rdzeń stanowi opozycja. Jest to grupa usiłująca przekształcić społeczeństwo w “perpetuum mobile”, maszynkę przerabiającą gospodarkę na kawałki. Starają się zniszczyć nasz przemysł posługując się szlachetnymi hasłami walki o czyste środowisko naturalne. W istocie rzeczy mają na uwadze tylko swoje interesy i nic więcej. Każdy z tych ludzi ciągnie w swoją stronę, każdy jest w coś zaangażowany. Tylko pan prezydent pozostaje bezstronny i stoi na straży praworządności, porządku i ładu. Tylko on broni twardo naszych interesów, kopalń, fabryk, hut, tego co konkretne, co tworzy dochód narodowy.

– Czy w tej sytuacji ktoś może pozostać neutralny? – padło pytanie.

– Ludzi neutralnych światopoglądowo prawie w ogóle nie ma. Wygląda na to, że nie przeżyli lub kryją się po domach, zagrodach, lasach, a nawet ośrodkach wypoczynkowych. Jest to możliwe dzięki zielonym certyfikatom stwierdzającym, że jego właściciel jest zaszczepiony przeciwko wirusowi lub przeszedł zakażenie wirusem. To nowa rzeczywistość.

– Czy pan sądzi, panie profesorze, że to się szybko zmieni?

– Nie widzę takiej możliwości. Czekają nas raczej niezbyt pomyślne niespodzianki, o których wolę nie mówić na razie. Są to elementy obecne w każdym z trzech scenariuszy przyszłości: pozytywnym, realistycznym i negatywnym, opracowywanych przez zespół doradców pod przewodnictwem pana prezydenta. Wkrótce państwo o nich usłyszycie. Przedstawi je prezydent Lambreki w swoim orędziu o stanie państwa.

Odc. 7 Początki wielkości.

Sosnowy las podziałał na Salomona orzeźwiająco. Krople wilgoci wisiały na igłach i gałęziach drzew tworząc girlandy bajecznej przezroczystości. Było chłodniej niż poprzedniego dnia. W rozmowie z Zuzanną zapomniał o niefrasobliwych aluzjach erotycznych i żartach. Jak zwykle w czasach epidemii rozmawiali ze sobą telefonicznie.

Kilkanaście minut wcześniej, jadąc samochodem w kierunku lasu, słuchał radia.

– Nad krajem wisi wielka chmura epidemiczna i nie zamierza odejść. Ludzi przytłacza ciężar wielkiej niepewności, zginając ich ku ziemi. Po raz kolejny spadł na nas blady strach.

Słowa kobiety czytającej dziennik nie były dokładnie takie, jak to zapamiętał Salomon. W głowie pozostały mu słowa: epidemia, chmura, ciężar, strach.

Rodzący się porządek w kraju wiązał ze sobą losy Salomona Irchy, Zuzanny, Leona Burego, Erazma i co najmniej setki innych osób. W tle tych powiązań istniały kolejne setki, tysiące i miliony osób. W opinii artystów, ludzi o szczególnej wrażliwości, dodawało to odrobinę kolorystyki społeczeństwu poszarzałemu przez epidemię.

W trudnych czasach ostoją normalności i stabilizacji kraju stawał się Leon Bury. Coraz więcej osób nazywało go człowiekiem-opoką, mężem-okolicznościowym, dobroczyńcą narodu. Przyjmował to z satysfakcją, nieświadomie wrastając w te role. Po pewnym czasie sam siebie już tak określał. Raz lub dwa razy przypomniało mu się powiedzenie, że wielkie czasy tworzą wielkich ludzi. Nie było w tym skromności, ale też nie uważał, że powinien być skromny. Czuł, że on jeden rozumie zachodzące zmiany i jest w stanie zapobiec wielkim kłopotom grożącym społeczeństwu, a nawet katastrofie.

Rozmawiał o tym z przyjaciółmi, coraz liczniej skupiającymi się wokół niego.

– Czasy wymagają od nas śmielszego myślenia, bardziej abstrakcyjnego, nawet absurdalnego, nieuniknionego w post-wirusowym społeczeństwie przyszłości.

Przyjaciele umacniali go w przekonaniu, że powinien energicznie włączyć się w nurt troski o kraj i naród.

– Nie wahaj się, Leonie. Jesteś osobą majętną, posiadasz wielkie środki materialne, masz pomysły i co najważniejsze masz w sobie determinację.

To go dodatkowo nakręcało. Dzieląc się swoimi przemyśleniami, zaskakiwał przyjaciół niezwykłością poglądów. Mówił prosto i przekonywująco, czasem tajemniczo.

– Musimy utrzymać kierunek zmian ku lepszemu, porządek na ulicach, w domach i w głowach. Nie możemy się poddać wirusowi. Musimy stać się bardziej elastyczni, więcej rozumieć, szybciej reagować, nie dać się niczym zaskoczyć. Zastój jest najgorszy. Jest jak cholesterol blokujący przepływ krwi w żyłach. Moja w tym głowa, aby kraj szedł we właściwym kierunku – Bury mówił to otwarcie i ludzie mu wierzyli. Rzadko występował publicznie, ale zawsze wyzwalał w słuchaczach aplauz, pochwałę dla swoich myśli i przekonań.

Erazm i Salomon zachowywali wstrzemięźliwość w ocenie jego postępowania. Byli sceptykami.

– Oczywiście nie wszyscy są mu życzliwi – zauważył Salomon. – Nie wszyscy podzielają jego poglądy.

– Tak to bywa w społeczeństwach aktywnie poszukujących drogi zbawienia w okresie wielkich kłopotów i wyzwań – dodał Erazm.

Jak zwykle zgadzali się ze sobą, lecz nie wyzwalało to w nich żadnego sygnału ostrzegawczego.

Odc. 8 Ciężka noc

Po pracowitym dniu, Leon Bury układał do snu, marząc o spokojnej nocy. Przypomniały mu się wydarzenia dnia, spotkania i rozmowy. Nie mógł zasnąć. Jego wyobraźnia falowała, miał wrażenie, że jest w nieprzerwanym ruchu. Na ścianie wisiały oprawione w ramy portrety jego ojca i dziadka; widział jak falują ich wąsy i włosy; twarz ojca powiększała się a dziadka zmniejszała, że aż się zdziwił.

Aby oderwać się od niespokojnych wrażeń, oddał się marzeniom. Marzył o społeczeństwie miłości i dobrobytu, w którym ludzie kochają się wzajemnie i żyją w dostatku, gdzie sprawiedliwość jest nie tylko w sądach ale także w biurach, domach, na ulicach i placach zabaw. Przypomniał sobie kioskarza zwracającego mu dwadzieścia groszy jakie nadpłacił poprzedniego dnia kupując gazetę. Niewiele to pomogło. Przypomniało mu się muzeum sztuki dawnej; sumienia postaci malowanych przez średniowiecznych mistrzów pulsowały na tle nieba spadając w głąb czerwonoczarnych czeluści piekła.

Mężczyzna skoncentrował się nad tym, co zachodzi w jego głowie. Nie udało mu się jednak zapanować nad przywidzeniami, pojawiły się tylko nowe obrazy; Bury oglądał szlachetne czyny i dobroć ludzi. Świat zmieniał się; ludzie byli coraz lepsi, owoce coraz słodsze i każdy obywatel miał pieniądze pozwalające mu na godne życie.

Następnego dnia w rozmowie z gospodynią prawda wyszła na jaw. Pod jej nieobecność Leon naparzył sobie nie te zioła co należało i niepotrzebnie wypił podwójną dawkę. Leokadia, kobieta o marsowym wyglądzie doświadczonego w bojach morsa, popatrzyła na niego z dezaprobatą. Leon przyjął to z godnością. Tylko jej jednej uchodziło na sucho cenzurowanie jego słów i postępowania. Znała go od urodzenia; najpierw go niańczyła, potem była jego opiekunką. Pozostało w nim wiele dobrych wspomnień z tych czasów; brała go w obronę przed starszym rodzeństwem, kuzynami oraz silniejszymi kolegami.

W towarzystwie dobroczynnym „Hosanna”, którego był fundatorem, Bury przedstawił swoją wizję przyszłości. Czuł, że musi podzielić się optymizmem, aby przynieść ludziom ulgę w warunkach epidemii.

– Wierzę, że idą czasy spokoju, kiedy nie będziemy już się bać wirusa. Miałem widzenie, że ulegnie on degradacji i skurczy się tak bardzo, że nie będą mogli go dostrzec nawet naukowcy dysponujący mikroskopami elektronicznymi, ani wyobrazić go sobie nanotechnolodzy i matematycy wierzący w nieskończoność małości.

W tylnym szeregu słuchaczy ktoś mruknął:

– Ani specjaliści od dzielenia włosa na czworo.

Uszczypliwości i niemiłe komentarze nie szkodziły Leonowi Buremu; ufała mu coraz większa liczba mieszkańców kraju.

Odc. 9 Kraj w ampułce

W dniu trzydziestego pierwszego maja drugiego roku epidemicznego w kraju pogłębiło się rozdwojenie jaźni. Fachowcy z branży psychologii nazwali to fachowo rozszczepieniem.

– To nic innego jak widzenie innych ludzi, świata, organizacji, siebie a nawet zwierzęcia w barwach całkowicie czarnych lub całkowicie białych. Nic nie jest częściowo dobre i częściowo złe, tylko jest albo zupełnie dobre albo zupełnie złe, bezbrzeżnie mądre albo nieskończenie głupie. Dokładnie tak jak szczepionka przeciwwirusowa – dla jednych ratunek, dla drugich potępienie.

Do słów brzmiących jak zapowiedź gołoledzi latem posypały się komentarze, opinie i oceny.

– Starzy ludzie zajmują się swoimi sprawami, ogródkami i narzekaniem, podczas gdy młodzi żwawo przebierają nogami, zdejmują maseczki, pracują i żyją myślami o zupełnie czym innym. Pierwszym chodzi o przetrwanie w spokoju, drugim o pieniądze, sukcesy, czasem o seks, dzieci i nowy samochód. Władza rozeszła się z narodem, bogacze z biednymi, naiwni i ignoranci odłączyli od grona ludzi myślących i refleksyjnych. Jednym słowem powstał niesamowity galimatias, zachowujący pozory porządku i ładu. Najgorsze jest to, że wszyscy wdają się w dyskusje z wszystkimi, przez co nie ma czasu na myślenie i miłość bliźniego.

– Dzisiaj nikt się nad niczym nie zastanawia, tylko od razu mówi. Ostatnio modne stało się powiedzenie:

– Potrzeba nam ładu i porządku.

– Z ładem nie jest może źle, bo on już jest i w dodatku jest całkiem nowy, ale mało kto w niego wierzy. Wygląda to w sumie jak kwaśna cytryna i słodki szczypior na zdechłym śledziu – podsumował Walter Korona, naoczny świadek i obserwator zdarzeń bieżących.  

Jeszcze tego samego dnia uwagę zdezorientowanego wirusem społeczeństwa skupiło kilka niezwykłych wydarzeń. Ich akcja rozwijała się stopniowo, punkt po punkcie, jak w dobrym scenariuszu ambitnego kina, gdzie jest dużo ruchu i przekleństw a mało treści i rozumu.

Marian B, do niedawna arystokrata pomocny władzy, mający w herbie zapiekłą dumę i sylwetę nieugiętego tura, wyszedł przed budynek swego urzędu i grzbietem dłoni na odlew wymierzył na odległość siarczysty policzek wysokiemu urzędnikowi państwowemu.

– Nie będę kalać moich spierzchłych warg imieniem i nazwiskiem tego przestępcy, bo wszyscy je znacie. To on wydał zupełnie niepotrzebnie wory pieniędzy na wasz koszt a teraz to jeszcze śmieje się wam w oczy.  

Odc. 10 Obrona

Kilka godzin później wypowiedź oskarżycielskiego Mario dotarła do adresata. Wysoki urzędnik nie pokazał po sobie, że czuje się poszkodowany; szybko i sprawnie strząsnął z gładko wygolonej twarzy bolesny skurcz. Zadrżały mu tylko dwie drobne żyłki koło nosa, dowód irytacji na bezprecedensowy atak na jego ludzką godność. Mówił bez emocji dobierając słowa.

– To tylko spadł mały deszcz. Nie mam pojęcia dlaczego, bo zapowiadano ładną pogodę – wyjaśniał powoli swoje racje na zwołanej ad hoc konferencji prasowej. – Od jednego uderzenia w twarz nie rozchoruje się, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mogę powiedzieć wszystkiego, ponieważ mamy epidemie i muszę przestygać zasad kodowania, zaciemnienia i godziny policyjnej. Powiem tylko dobitnie, że zrobiłem co powinienem zrobić, zleciłem co trzeba i komu trzeba na poczcie, ponieważ sprawa związana była z obszerną korespondencją. Co więcej, nie boję się krzykaczy. Mam język zdolny obronić mnie przed niesłusznymi oskarżeniami stosując zaprzeczenia i inne triki logiki przemówień. Jestem też pewny niewzruszonej obiektywności, a nawet serdeczności obywatelskiej,  w urzędach, gdzie zapadają decyzje o winie lub niewinności.

Spokojne słowa wysokiego funkcjonariusza wywołały wrzenie w obozie opozycji. Postać mówcy zidentyfikowano jako premiera. Przywódca opozycji, znany pod pseudonimem Wróbel z racji drobnej postaci, komentował w gronie otaczających go sojuszników:

– Ten typ zapomniał jeszcze dodać, że w urzędach, gdzie sprawiedliwość rzekomo stoi na piedestale obiektywności, ma jeszcze sojusznika, który niekoniecznie jest mu przyjacielem – niech mu ziemia lekką będzie – ale i tak zrobi co trzeba dla dobra ich wspólnej sprawy, jaką stanowią pieniądze państwowe.  

Tego samego dnia ukazała się w mediach się informacja, że w kraju zwolniono z obowiązków kilku sędziów. Głos w sprawie zabrał minister Resortu Rozstrzygania Sporów:

– Ci ludzie byli zbyteczni. Brak im było taktu, delikatności, nawet zwykłej kindersztuby. Byli nierozważni, chlapiąc na prawo i na lewo, co sądzą o rzeczywistości. Nie myśleli o niej najlepiej, oceniali ją nieobiektywnie. Cytuję ich słowa:

– Rzeczywistość jest koślawa i wypaczona, nie taka jak w konstytucji i Piśmie Świętym. Prawda jest inna niż głosi to nasz naczelny treser i trener, który z nas – obywateli – chce uczynić posłuszne zwierzęta.  

Ich wypowiedzi były zakamuflowanych przekazem, a to jest niespuszczalne, ponieważ od sędziów oczekujemy jasności wypowiedzi. Prawda, jaką głosili i nadal głoszą, nie jest nam potrzebna, bo jest bałamutna. Mówi się, że prawda jest naga. Nie jestem purytaninem i osobiście nie mam nic przeciwko nagości. Co do samej prawdy, to nie jest ona dzisiaj w cenie, po co nam ona, nie potrzebujemy jej, nikt jej nie potrzebuje, tylko zasłania nam szersze pole widzenia – komentował różanolicy przedstawiciel Resortu Rozstrzygania Sporów.

– Ci sędziowie to sami się zwolnili. Sami się prosili, aby skierować ich na zsyłkę, do pracy przy pługu i roli, odebrać im prawo wykonywania zawodu, zakazać wstępu do budynków publicznych, a nawet oskarżyć o kradzież cyrkli i kanapek ze zjełczałą kiełbasą. Niech nie kradną! Po co komu taka kiełbasa? Mój pies by nawet jej nie ruszył.

Odc. 11 Dziwny poranek Salomona Irchy

Obudziwszy się po nocy cięższej niż wór gnijących zimniaków, Salomon miał chęć skryć się choćby nawet do mysiej dziury. Dręczył go wstyd, że boryka się z czymś tak prostym jak sen, z którym radzi sobie nawet śliniący się osesek. Pierwszą myślą było określić się hasłem „Co z tobą, człowieku?” i szukać odpowiedzi na to pytanie. Była to myśl na tyle dziwaczna i zagmatwana, że szybko z niej zrezygnował na korzyść podejścia do okna i spojrzenia na świat.

Nie oczekiwał tam niespodzianek. A jednak! Była godzina szósta rano. Budynki osiedla Oaza skupiły się w sobie niby grupa szarych słoni. Słońce pogrubiło ich ściany, przekształcając budynki w słoneczne warownie ciszy i spokoju. Salomon rokoszował się widokiem. Odświętny nastrój przerwał mu łomot worka butelek zrzucanych do pojemnika w zsypie na śmieci, oraz dudnienie niekształtnej ciężarówki z napisem „Segregujemy odpady” nadjeżdżającej z lewej strony.

– Parszywy świat! Parszywy los! – warknął Salomon ni to do siebie, ni to do sprawców zakłóceń. Oto huczące metalowe pudło pojawia się w czasie, kiedy ludzie śpią jeszcze słodkim snem osnutym marzeniami o ciepłych pierożkach z jagodami i śmietaną słodzoną leśnym miodem.

– Co za czasy! Epidemia, wór łomocących butek i ciężarówka! – westchnął Salomon. – Tyle przeszkód na drodze do pogodnego nastroju po źle przespanej nocy. 

Dalsza część dnia nie zapowiadała się najlepiej. Dysponując czasem, Salomon czuł w sobie niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy twórczej. Z braku innej rozsądnej opcji zdecydował się poświęcić czas na obserwowanie w telewizji wydarzeń krajowych, ich porządkowanie i wyciąganie wniosków.

W Pokucie, państwie porównywalnym wielkością z puszką fasoli w wielkim światowym magazynie warzyw i owoców, najwyżsi przedstawiciele władz wychodzili ze swoich pałaców, gabinetów i urzędów, aby we zgodnym wysiłku rozrzucać obficie świeży nawóz kłamstw przed społeczeństwem. Salomon słyszał komentarze, jakie wymieniali między sobą:

– Kłamstwo władzy jest podstawą odżywiania się współczesnego społeczeństwa, jest zdrowe i potrzebne, jest gwarancją poczucia dobrobytu i spokoju.

Kiedy odchodzili, odwracali się tyłem do ekranu, objawiając prawdę nagich pośladków wypiętych na widzów i słuchaczy. Telewizja państwowa sprawnie powielała te obrazy, ugruntowując opinię, że jest to jedyna rozumna i radosna wizja świata.

Na rynku, w parkach i na placach zabaw dla dzieci, gdzie dorośli zabawiali się rozmowami o polityce, pojawiały się grupki osób oskarżających opozycję, że nie robi niczego, aby ratować państwo przed deprawacją i grabieżą.

– A co my możemy uczynić? – odpowiadali nieporadnie opozycjoniści. Nie mamy prerogatyw, telewizji państwowej, pieniędzy, nie możemy rozdawać miliardów ani karmić obywateli obietnicami z dwudziestocentowym pokryciem finansowym. Nie mamy nawet prawa głosu w parlamencie.

– Jak to? Macie przecież prawo do jednominutowych wypowiedzi oraz możliwość zgłaszania poprawek! – rozkrzyczeli się przeciwnicy opozycji.

– To tylko tak się wydaje! Te poprawki są wiązane w pęczki sznurkiem dźwięcznych słów marszałkini i następnie przegłosowywane hurtowo, trafiając ostatecznie do kosza historii pokracznych opowieści o parlamencie.

Odc. 12 Dzień Dziecka

Mimo słonecznej pogody coś niezdrowego wisiało w powietrzu, wyprowadzając ludzi z równowagi. Wirus niby ustępował, w istocie jednak kluczył i zwodził ludzi, tworząc wciąż nowe mutacje. Był w tym niepowstrzymany zupełnie jak szalona ćma pędząca do światła. Naukowcy z drżeniem serca myśleli o możliwości pojawienia się mutacji odpornej na istniejące szczepionki. Ich przygnębienie udzielało się społeczeństwu. Pocieszając się, mieszkańcy Pokuty zalecali sobie nawzajem spokój ducha i wytrwałość.

W dniu dziecka wszyscy zapomnieli o wirusie, nieszczęściach, jakie sprowadził na ludzkość i spekulacjach co do przyszłości. Nastał czas radości; składania życzeń maluchom i dorastającej młodzieży. Składano je najchętniej na placach zabaw, w parkach i ogródkach jordanowskich, gdzie panowały przestrzeń i słońce. Ludzie czynu prześcigali się w życzeniach.

Na zielonym skwerze otoczonym kwietnymi rabatami w centrum miasta dziennikarka i kamerzysta stacji telewizyjnej Rubach i Spółka rejestrowali wywiad z Marszałkinią. Nie wszyscy widzowie i słuchacze poznali ją od razu. Była ubrana nietypowo. Zamiast oficjalnej urzędowej garsonki i broszki z czarną różą elegancko przypiętej nad lewą piersią miała na sobie kwiecistą bluzkę i stonowaną kolorystycznie spódnicę we wzory zieleni i błękitu, a na nogach letnie pantofelki. Z jej ust płynęły słowa ciepłe, serdeczne, pełne troski o dzieci i młodzież. Mówiła w pośpiechu, jakby bała się, że dziennikarka zabierze jej mikrofon sprzed ust i nie pozwoli dokończyć życzeń.

– Z Okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka życzę wszystkim maluchom dużo zdrowia, szczęścia, radości, dobrej pogody i wspaniałych zabawek, oraz miłości, na którą każdy zasługuje. Mymi życzeniami obejmuję również Mario B.

– Dlaczego składa pani życzenia Mario B? Przecież to dorosły mężczyzna, w dodatku zajmujący poważne stanowisko – pytanie dziennikarki nie zaskoczyło Marszałkini. Wydawało się, że wręcz czekała na nie, że sama je sprowokowała, gdyż odpowiedziała na nie z szybkością automatu.

– Mario zachowuje się jak chłopiec w krótkich spodenkach, dlatego należą mu się życzenia z okazji dnia dziecka. Oskarża poważnych ludzi o czyny niegodne, malwersacje, przeinaczanie faktów i zaprzeczanie prawdzie. Dlatego traktuję go jak dziecko; nie zasługuje na inne traktowanie.

Czując się w centrum zainteresowania, Marszałkini nabrała energii.

– Nie mogę zamykać oczu ani ust na niezwykłe zachowania Mario, jego ataki na osoby powszechnie znane i szanowane. Szczególnie bolesne są jego oskarżenia pod adresem ciężko pracujących urzędników państwowych dotyczące zupełnie drobnych niedociągnięć, niedopatrzeń i uchybień. Jakieś nieopłacone faktury i niedostarczone w terminie urządzania medyczne; to nie jest poważna sprawa. Mario zapomniał całkowicie, że zdobywali oni te urządzania dla nas wszystkich, u szczytu nasilenia epidemii, kiedy każdy drobiazg, maseczka czy rękawiczki, były na wagę złota. To nieuczciwe postępowanie – wytykać komuś źdźbła w oku, kiedy samemu nie widzi się belki we własnym. Razi mnie jego fałszywa bezkompromisowość, bo przecież sam nie jest bez winy: te jego niby niewinne przekazy serwowane szczodrze jak młóto browarniane kurom-nioskom dla podniesienia ich wydajności, te jego rozliczne konferencje prasowe, spotkania i przemówienia. On gotów byłby nawet pokazać się nago, aby tylko mu uwierzono. To obrzydliwe! – usta Marszałkini wygięły się w wyrazie niesmaku, odsłaniając dwa rzędy drobnych, białych zębów.

– Przecież to jest ten sam Mario B, którego kiedyś chwaliła pani jako wzór godny naśladowania? Mówiła pani o nim, że jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, bardziej przejrzysty niż woda ze źródła Świętego Gerwazego.

Odc. 13 Rozmowa o Mario

– Ten Mario – kontynuowała Marszałkini – którego znałam osobiście, był przyzwoitym człowiekiem. My wszyscy, członkowie Partii Dobrobytu Społecznego, kochaliśmy go i szanowali za jego niezłomność i ludzką życzliwość. Życzyliśmy mu wszystkiego najlepszego. Sama wręczałam mu bukiet kwiatów i gratulowałam awansu. Dzisiaj jest to ktoś inny: człowiek rozgoryczony, nieszczęśliwy, biegający po telewizjach i radiostacjach, spotykający się z byle dziennikarzyną z tandetnym chińskim mikrofonem w ręce lub wydawcą gazety niegodnej nawet podeptania. Po co on spotyka się z nimi? Tylko po to, aby się skarżyć, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jak bardzo jest dręczony przez władze.

– Co takiego się stało, że tak się zmienił? Kiedy to nastąpiło?

Marszałkini popatrzyła na dziennikarkę z niechęcią. Przyglądała jej się przez chwilę oceniając twarz i ubiór. Wydała jej się mało ciekawa, była niska i niezbyt szczupła.

– Wolałabym, aby pani zadawała mi poważniejsze pytania. Otóż Mario zmienił się w dniu objęcia stanowiska prezesa Centrum Kontroli Urzędników. Od tego czasu cierpi na manię prześladowczą. Martwię się o niego. Mówił w telewizji, że ktoś go inwigiluje, nachodzą go jacyś tajemniczy ludzie, aby przeszukiwać mu dom w związku ze zgłoszeniami możliwości przecieków gazu oraz spięć w sieci elektrycznej. A przecież to jest normalne, że tacy ludzie przychodzą do człowieka ze względów bezpieczeństwa. Taka niespodziewana wizyta to bułka z masłem dla obywatela bez obciążeń psychicznych. Ale Mario jest inny. Widzi w tym jakieś zagrożenia. Nie rozumiem, co mu się stało.

– Pan Mario mówił też, że coś innego go jeszcze niepokoi. Martwił się, że Leon Bury, człowiek powszechnie szanowany, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie. Cytuję jego słowa:

– Leon nazwał mnie palantem. Powiedział, abym uważał, aby się nie złamać, bo wyglądam krucho i mogę boleśnie się potłuc.

– Tak! To jeszcze jeden przykład mani prześladowczej Mario, bo pan Leon Bury to człowiek gołębiego serca, dobroczyńca narodu. Nie nazwał go palantem tylko powiedział:

– Mario, wyglądasz jak palant. – To jest różnica. – Potem dodał jeszcze: – Przypominasz mi palanta.

– To nie są powody, aby wszczynać burdy. – Marszałkini była szczerze oburzona zachowaniem Mario. – To jeszcze nie wszystko. Mario mówił także, że codziennie rano sprawdza w swoim samochodzie opony, przewody i klocki hamulcowe, a nawet to, czy nie czuć w nim zapachu środka wybuchowego. Czy tak postępuje ktoś normalny? Czego on się boi? Ja tego nie rozumiem.

Odc. 14 Wirus, redaktor i dobroczyńca

Z krajów Dalekiego Wschodu dochodziły wieści, że afrykańska, europejska i południowoamerykańska odmiana wirusa Dracula łączą się między sobą w aktach kazirodztwa zupełnie jak ludzie produkując bękarty zjadliwsze niż kwas pruski. W laboratoriach farmaceutycznych naukowcy w białych kitlach eksperymentowali z nimi: pakowali je do probówek, oznaczali symbolami i datami, barwili, w końcu traktowali różnymi odczynnikami i temperaturami. Powstałe produkty brali pod mikroskop i rozkładali ich genotypy na czynniki pierwsze, aby wydobyć tajemnice pozwalające tworzyć nowe skuteczniejsze szczepionki. Prezes zarządu renomowanego amerykańskiego laboratorium Zera Codix podsumował wyścig firm o palmę pierwszeństwa. Mówił to w gronie bliskich współpracowników.

– Po opatentowaniu udana szczepionka będzie miała wartość grubych miliardów dolarów. Patent to najprostsza droga do dobrobytu dla ludzi takich jak my, umiejących zorganizować się w think-tanki zasobne w pieniądze i pomysły. Powiem z pewną emfazą, ale bardzo szczerze: Pieniądz to pan, król i cesarz w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Biedacy w krajach trzeciego i czwartego świata nie są w stanie tego zrozumieć, a tym bardziej docenić, ponieważ nie mają pojęcia o prawdziwych pieniądzach. To, co otrzymują w udziale, to ochłapy zrzucane ze stołu zamożnych warstw własnego społeczeństwa oraz całego bogatego świata.

Czy było to prawdą, nie wiadomo. Były to już czasy wielkiej manipulacji, kiedy prawda i fałsz mieszały się ze sobą łatwiej niż wirusy w powietrzu. Tak czy inaczej, słowa prezesa przeciekły na zewnątrz i fala oburzenia zalała media.

– Jak on może tak mówić!? – krzyczały tytuły na pierwszy stronach gazet i portali newsowych.

Burza nie trwała długo; wiele osób doszło do wniosku, że prezes firmy Zera Codix jest cynikiem, co nie znaczy, że nie powiedział prawdy.

– Prawda kłuje w oczy – tym tytułem opatrzył swój artykuł na temat postępowania firm farmaceutycznych Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, organu życzliwego poglądom i poczynaniom władzy w kraju.

Isik siedział w swoim gabinecie z dwoma zastępcami. Pracował nad zabójczym artykułem na temat boga, wiary i nowej krucjaty chrześcijańskiej, chciał zasięgnąć ich rady.

– To będzie coś uderzeniowego, co wstrząśnie fundamentami społeczeństwa Pokuty – wyjaśnił kolegom.

Lubił takie tematy; były kontrowersyjne i mobilizowały osoby mocno wierzące w Boga przeciw elementom obcym, przede wszystkim imigrantom oraz tradycyjnym wrogom wewnętrznym, zwolennikom swobód seksualnych, lewakom, masonom, krytykom tradycji i patriotyzmu i ludziom o wybujałej indywidualności.

Dzięki swojej orientacji Isik miał zapewnione ogłoszenia instytucji rządowych oraz wpływy w kołach zbliżonych do władzy. Nie przyznawał się do tego nikomu, ale utrzymywał kontakty z Leonem Burym, znanym Dobroczyńcą, wyrastającym na potentata wielkiej polityki, człowiekiem coraz mocniej pociągającym za sznurki. Dobroczyńca dysponował dużymi pieniędzmi, miał dobre kontakty, talent do sterowania ludźmi i zapędy autorytarne. Sam Leon Bury wyznał mu kiedyś:

– To, że jestem znanym dobroczyńcą, zawdzięczam w znacznej mierze tobie. Twoja gazeta wybrała mnie kiedyś Człowiekiem Roku i od tego czasu trwa moja dobra passa. Dobrze nam się współpracuje. Oby tak dalej. 

Odc. 15 Przecieki przyszłości

Salomon kończył dzień myślą, że nie był on zbyt udany.

– Mógł być gorszy – mruknął do siebie. Było w tym jakieś pocieszenie. – Tfu! – Dla wyrażenia dezaprobaty i rozczarowania splunął symbolicznie, na świat i na siebie, zły, że takie myśli przychodzą mu do głowy.

Od pewnego czasu czuł się nieszczęśliwy. Bronił się przed tym uczuciem. Było coraz więcej dowodów na to, że epidemia pozbawia ludzi bardziej niż sądzono naturalnych zasobów optymizmu i energii. Myślał o tym; było to myślenie jałowe, ale nie bezzasadne. Nienormalność wkradała się w życie coraz wyraźniej. Udzielało się to nawet dzieciom; stały się bardziej agresywne.

Wieczorem rozmawiał o tym z Erazmem w ramach przedzielonej sobie półgodzinnej działki czasu. Traktował tę rozmowę jak seans terapeutyczny. Nadawali na tej samej fali. Zgodzili się chętnie, że ludziom nie pozostaje nic innego jak czekać na zmianę na lepsze. Salomon nie tracił nadziei, że w końcu nadejdą lepsze a przynajmniej ciekawsze czasy. Przypisywał sobie pewne zdolności przewidywania przyszłości.

– Aby to osiągnąć, trzeba umieć czytać między wierszami – wyjaśnił Erazmowi.

– Mówisz o wyższej umiejętności. Ja patrzę bardziej przyziemnie. Trzeba w ogóle umieć i chcieć czytać. Analfabetyzm wraca do nas wielkimi krokami. Coraz więcej osób nie rozumie prostego gazetowego tekstu. To wtórny analfabetyzm. Mogę ci podać dane liczbowe. Nie oszukujmy się. 

– Nie kracz, człowieku! – nie było w tym zarzutu, tylko zachęta do większej miary optymizmu.

– Nie kraczę. Sam widzisz, co się dzieje. Ludziom wydaje, że epidemia trzyma nas w miejscu. To nieprawda. Społeczeństwo wciąż pęka jak pajda wyschłego chleba na części, które coraz bardziej odsuwają się od siebie. Rozpadamy się na kawałki, powstają różne frakcje i orientacje, z których każda przesuwa się w inną stronę. Nie wiem, czym się to zakończy. Mam nadzieję, że nie całkowitym rozpadem więzi społecznych. To byłaby tragedia. Wyobraź sobie, że wychodzisz z mieszkania i nie poznajesz sąsiadów. Rozmawiasz z nimi  i zdajesz sobie sprawę, że ich nie rozumiesz, a oni nie rozumieją ciebie. Zupełnie co innego ich interesuje, mają inne pojęcia i miary prawdy i kłamstwa, niezależności, Boga i sprawiedliwości. Nic ciebie z nimi nie łączy. Są jakby z innej planety. 

Wzorce zachowań przyszłości przenikały do codziennego życia obywateli Pokuty bardzo powoli, z ociąganiem. Pierwszymi jaskółkami zmian były przypadki zwiększonej agresji u dzieci, depresja, niedopasowanie i wyobcowanie wrażliwszych jednostek. Salomon dopisał do tej listy dalsze pozycje: niezwykłe technologie w rodzaju deep fake’ów, sztuczne organy i redukcja autonomii ciała, sztuczna inteligencja, inwigilacja, oszustwa elektroniczne, cyberwojna, człowiekopodbne roboty, samosterowalne drony, nowe sposoby komunikacji, leki genetyczne. Lista wydłużała się każdego miesiąca. 

Podzielił się tym z Zuzanną, kiedy wreszcie spotkali się po długim czasie niewidzenia. 

-To interesujące, ale straszne – Tylko tyle z siebie wydobyła.

Była to kobieta ulotna, nielubiąca zanurzać się głębiej w otaczającą ją rzeczywistość. Lubiła natomiast słuchać, kiedy opowiadano o niej, jaka jest i jak się zmienia. Rzeczywistość opowiadana była jej bliższa i bardziej zrozumiała, niż tak, którą musiałaby sama zdefiniować i zrozumieć.

Odc. 16 Spotkanie na molo

Lato nadeszło w ciągu dwóch dni. Pierwszy był ciepły; drugi już gorący, dając początek tygodniowym upałom.

– To anomalie pogodowe. Tak już zawsze będzie. To, co nienormalne, staje się normalnością – komentowano prognozy klimatologów. – Dobrą stroną upału jest to, że wytłucze wirusa, a przynajmniej solidnie go ograniczy.

Nadejście gorącego lata zmieniło społeczeństwo; przewidywano szybki odwrót epidemii. Ludzie odrzucili maseczki i rękawiczki ochronne i tłumnie ruszyli na plaże, na place zabaw, do kawiarni i pasaży handlowych, na szlaki rowerowe i do parków.

Salomon i Erazm spotkali się na molo nadmorskim, szumnym i cieplejszym niż westchnienie kochanki. Przyjechali razem z żonami, które od razu zdecydowały się na wspólny spacer aleją ciągnącą się wzdłuż morza między lasem a wydmami. Mężczyźni pozostali w bocznej odnodze molo, gdzie prawie nie było ludzi. Stali przy metalowej barierze i rozmawiali. Po kilku minutach podszedł do nich nieznany mężczyzna. Na czarnej koszulce z krótkimi rękawami widniał napis „NeuroB”. Był sporo młodszy od nich. Jego wysportowana sylwetka i okrągła twarz z ciemnym niegolonym od kilku dni zarostem nie wzbudziły w nich zaufania. Koszulkę uzupełniały spodenki sportowe, pantofle do biegania Adidas, letnia czapka z daszkiem tej samej marki oraz okulary przeciwsłoneczne.

– Przepraszam panów. Stojąc obok słyszałem, o czym rozmawiacie. Poruszacie ciekawe tematy. Rozmawialiście o wirusie, epidemii i jej skutkach. Znam się trochę na tym. Co najważniejsze, jestem pasjonatem zmian, podobnie jak panowie. Chyba nie pomyliłem się? Moje zainteresowania są tak szerokie i rozstrzelone, że na tle nieba wyglądają jak wielki rój much potraktowanych pociskiem armatnim. Czy mógłbym włączyć się do rozmowy?

Nieznajomy wydał im się dziwakiem.

– Turystyczny przybłęda – mrugnęli do siebie porozumiewawczo.

Nie całkiem zdecydowani zgodzili się na jego propozycję.

– Kim pan jest z zawodu? – zapytał Erazm; myśl ta męczyła go od początku przygodnej znajomości. Usiłował to zgadnąć choćby w przybliżeniu. Często mu się to udawało, tym razem poczuł się zagubiony.

– Jestem lekarzem, z wykształcenia także neurobiologiem – wyjaśnił z uśmiechem, dodając: – Jestem także królem.

– Król ubrany na sportowo? – usiłowali żartować. – Czyli taki bardziej letni, bez korony i berła, niezbyt poważny i urzędowy?

– Król to moje nazwisko. Też lubię żartować. Nazywam się Martin Król. Nie Marcin, tylko Martin. Takie imię nadali mi rodzice dla uczczenia pamięci Martina Luthera Kinga, tego czarnego aktywisty amerykańskiego.

Dobrze im się rozmawiało we trójkę. Lekarz był rozsądnie aktywny w dyskusji, nie narzucał się ze swoimi poglądami. Okazał się cierpliwy i tolerancyjny dla poglądów swoich rozmówców. Zastanawiał się nad tym, co mówili. To im się podobało.

Salomon i Erazm kończyli długą rozmowę z przekonaniem, że lepiej rozumieją sprawy medycyny, wirusa, epidemii i obrony przed nimi oraz nadchodzącą przyszłość. Rozchodzili się już, kiedy Martin rzucił niespodzianie:

– Oprócz tradycyjnej epidemii czy też pandemii w postaci wirusa Draculi mamy też sekretną, drugą zarazę.

Zamienili się w słuch.

– Reprezentuje ją pewien wpływowy facet i jego wspólnicy, zręcznie usiłujący podporządkować sobie społeczeństwo drogą przekupstwa, propagandy, manipulacji i dyskretnego zastraszania. Ludzie tego jeszcze nie dostrzegają, a jeśli tak, to ignorują i banalizują, ale to już początek prawdziwej dyktatury – szeptem zakończył Marcin. – Bądźmy czujni!

Przyjaciele popatrzyli na niego z uwagą. Mówił poważnie. Dobrze wiedzieli, o co chodzi, Martin tylko to potwierdzał.

Salomon poczuł zimny powiew, dreszcz przebiegł mu po plecach. Strach przycisnął go do niewidocznego muru. Znał to uczucie z przeszłości. Pozostały w nim złe wspomnienia, które na moment powróciły.

Odc. 17 Sen z prorokiem

W środę wieczorem, zanim poszedł spać, Salomon zjadł obfitą kolację. Stanowiła ją solidna porcja sałatki warzywnej, ćwiartka pięknie przyrumienionej, gorącej kaczki z jabłkami, prosto z piekarnika, a potem jeszcze smażone ziemniaczki. Przejadł się, był zły na siebie tym bardziej, że środa była dniem umiaru w jedzeniu. W nocy miał sen, cięższy niż zawsze. 

Śnił mu się brodaty mężczyzna o twarzy i powadze proroka. Ubrany był w  białą szatę przypominającą luźny płaszcz sięgający aż po kostki. Pod szyją wyglądała spod niej szara koszula z odpiętym górnym guzikiem. Mężczyzna trzymał w ręce oskubaną gęś. Żyła i energicznie trzepotała skrzydłami, usiłując wyrwać się na wolność. Prorok bił nią po twarzach tłum siedzących przed nim ludzi.

Salomon przyjrzał mu się uważnie. Brodaty dostojnik miał rozwichrzone włosy zaczesane do tyłu, poszarpaną kozią bródkę i niedbale utrzymane wąsy. Całe to siwawe uwłosienie przypominało czarną kawę wymieszaną z puszystym kremem do golenia.

– Ten rozwichrzony zarost nie może być naturalny. Chyba koń go długo lizał – pomyślał.

Prosty rzymski nos, poziome zmarszczki pod oczami i przesłodzony głos wpadający w dyszkant chłopca przed mutacją nie pozostawiały wątpliwości. Salomon rozpoznał w proroku profesora Zybego; samą scenę uznał za parodystyczny protest przeciwko reklamom w telewizji.

Prorok Zybe krzyczał „Tylko gęsina jest zdrowa! Jeśliś otyły lub otyła, jedz gęsinę”. Głos lektora wyjaśnił, że sponsorem ogłoszenia były Zakłady Drobiarskie w Zaszłości Górnej.

Gęś była dokładnie oskubana i jakby przyczerniona nad ogniem. Tylko na końcówkach skrzydeł miała pióra. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ptak nie wydawał z siebie głosu. Salomonowi wydało się to dziwne, bo pamiętał gęsi z dzieciństwa jak syczały wyciągając szyje do przodu.

Salomon rozumiał profesora, że jest wściekły. Solidaryzował się z nim, ponieważ też nie znosił reklam w telewizji. Jego wystąpienie było głęboko symboliczne – pokazać szaleństwo reklam, aby uświadomić ludziom ich bezsens. Na koniec ukazała się plansza ze szczegółowym wyjaśnieniem: 

„Szanowni widzowie! To jest antyreklama. Protestujemy wobec nadmiaru reklam produktów rzekomo promujących zdrowie. Proponujemy w zamian zdrowy tryb życia, opierający się na zasadach aktualnych od wieków. 

– Jedz mniej ale zdrowo. Mniej siedź, więcej biegaj. Ogranicz zakupy lekarstw do minimum. Nie kupuj suplementów ani innych produktów służących zwalczaniu biegunki, zaparcia, świądu, alergii, drżączki i podobnych dolegliwości, ponieważ służą one tylko wyciśnięciu z ciebie pieniędzy.

Pod koniec reklamy za plecami profesora Zybego ukazał się prezydent Albert Dyga, jego zwierzchnik, zwany powszechnie Lambrekinem. Stał sztywny jak kołek. Prezydent zaskoczył Salomona. W okresie pandemii w telewizji występował bardzo rzadko, głównie z okazji świąt i uroczystości, kiedy wygłaszał pełne ekspresji orędzie do narodu. Tym razem prezydent zachowywał się niemrawo, niepewnie rozglądał na boki i sprawiał wrażenie rekonwalescenta szpitalnego zagubionego w ciemnym parku. Miał na sobie przylegający do ciała granatowy garnitur w podłużne paski; na szczycie jego głowy sterczały nierówno zaczesane włosy. Wyglądało na to, że prezydent wygłasza przemówienie, ponieważ poruszał ustami, nie wydawał jednak z siebie głosu. Salomon pomyślał, że prezydent musi być zarażony wirusem, jest chory i nie powinien występować w telewizji.

– Wygląda jak jeździec bez głowy, którego koń przyniósł z bezkresnych równin, aby go w końcu gdzieś zrzucić jak worek ze śmieciami – przyszło mu na myśl.

Nie przepadał za Lambrekinem, ponieważ wyrażał się lekceważąco o wirusie i epidemii, a w debatach publicznych rzadko miał własne zdanie.  Żal mu się jednak go zrobiło, kiedy przypomniał sobie, że prezydent był sierotą i wychował się w domu dziecka, gdzie rzadko gości miłość.

Był to najdziwniejszy sen w życiu Salomona. Nie omieszkał podzielić się jego wspomnieniami z Erazmem. Ten wcale się nie zdziwił. 

– Minionej nocy wiele osób miało dziwaczne sny. Nie jesteś wyjątkiem. Naukowcy podejrzewają, że to efekt epidemii i burzowej pogody z silnymi zmianami temperatur i ciśnienia, jaka przeszła nad nami. Minionej nocy zmarło wskutek epidemii znacznie więcej osob niż zawsze. To coś znaczy. Nic nie wskazuje, że zamierza ona szybko nas opuścić. Pamiętaj też, co mówił na molo doktor Martin Król; ta epidemia niesie ze sobą ogromny stres, a z nim nasilenie depresji i zaburzeń psychicznych. Pomyśl o sobie, czy nie jest to początek jakichś problemów.

Odc. 18 Niepowodzenia 

Lato kończyło się fiaskiem opieki zdrowotnej. Państwowy program szczepień uległ spowolnieniu. Szwankowała koordynacja; w niektórych punktach medycznych notowano nadwyżki szczepionek; w innych ich brakowało i ludzie odchodzili rozczarowani. Niepokojący przebieg epidemii pogłębiał bałagan. Wydawało się, że epidemia już się kończy, kiedy ze zwiększoną siłą nadchodziła nowa fala.

W służbie zdrowia zapanował bałagan. Zapisów dokonywano etapowo: najpierw zgłoszenie osoby do szczepienia, potem jej rejestracja, następnie ustalenie punktu szczepień oraz dnia i godziny szczepienia, w końcu udzielenie formalnej zgody na szczepienie i dostarczenie szczepionki. Niektóre punkty szczepień tworzyły własne listy osób według własnych kryteriów. Wpisywano na nie znajomych, członków rodzin i celebrytów określając ich jako pracowników sektora medycznego. Czasami zapisywano zupełnie przypadkowych ludzi.

W najbardziej krytycznym momencie duża część szczepionek straciła ważność. Wszczęto dochodzenie. Przyczyna okazała się druzgocąco prozaiczna: pracownik Magazynu Rezerw Strategicznych, gdzie je przechowywano, nie zauważył daty ważności, ponieważ ktoś odłożył partię szczepionek na boczną półkę.

W pewnym momencie rząd zdecydował się szczepić pracowników służb mundurowych. Ogłosił to sam premier.

– Kto tak mówi? Tylko pijak może powiedzieć coś tak bezsensownego. Premier to lewak. Jeśli taką podjął decyzję, to równocześnie powinien szczepić więźniów, w przeciwnym wypadku nie ma to sensu, bo jedni będą zarażać drugich – Walter Korona, obserwator życia codziennego, aktywnie udzielający się na forach internetowych, nie szczędził rządowi krytyki. Jego opinie kursowały coraz szerzej po Internecie.

Wlecząca się w nieskończoność epidemia rozstroiła kraj. Akcja szczepień rozwijała się coraz wolniej, w końcu prawie ustała. Brakowało szczepionek, a w miejscach, gdzie były one dostępne, brakowało osób chętnych do szczepienia się. Lobby antyszczepionkowe umacniało swoje wpływy i nie było siły zdolnej mu się przeciwstawić.

Ludzie żyli w stresie niepewności, oczekiwań i problemów ekonomicznych. Pojawiły się zachowania irracjonalne. Poziom napięcia osiągał szczyty. W autobusach i tramwajach wybuchały awantury z byle powodu, kierowcy pojazdów odmawiali interwencji.

– Żaden kierowca nie zniesie nieprzerwanej agresji pasażerów. Albo da mi pan gumową pałkę, gaz pieprzowy i rewolwer, albo niech pan sam prowadzi tramwaj – słyszeli szefowie miejskich firm transportowych od swoich podwładnych.

Ludzie poruszający się po ulicach przypominali bardziej duchy niż żywe osoby: opuszczone ramiona, wzrok wlepiony z ziemię, wyraz zagubienia na twarzy zdradzał głęboki stand depresji.

– Ci nieszczęśnicy widzą świat wyłącznie w barwach czerni lub bieli. To nie wada wzroku, wywołana przez wirusa Draculę, ale głęboka depresja – profesor Zybe, wyrażał kilkakrotnie zaniepokojenie stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. W telewizji doradca prezydenta wystąpił nieogolony i w rozciągniętym szarym swetrze. Sam prezydent od pewnego czasu nie pojawiał się publicznie. Krążyły pogłoski, ze zaraził się wirusem i leży w szpitalu.

Odc. 19 Deprawacja

Szybko podupadające ekonomicznie społeczeństwo domagało się pomocy państwa. Mnożyły się demonstracje, oskarżenia i żądania pod adresem rządu, w końcu pojawiły się groźby. Rząd i opozycja okopali się na swoich przyczółkach przyjmując wobec siebie jednoznacznie wrogą postawę. W obydwu obozach obwiązywało hasło „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Premier Chudy czuł się bezsilny. Kilkakrotnie publicznie obrzucono go obelgami. Ze względu na bezpieczeństwo ukazywał się w miejscach publicznych za pancernym szkłem.

– To szkło jest nie tylko pancerne, ale również powiększające. Bez powiększenia nikt by go nie zauważył – szydził przywódca opozycji, pseudonim Wróbel. Szyderstwa z obydwu stron stały się niewybredne. Przeciwnicy wyśmiewali go, że porusza rękami jak ptak z przetrąconymi skrzydłami. Mimo tego, niepozornej sylwetki i niezbyt mocnego głosu, jego popularność w społeczeństwie rosła.

Niepowodzenie szczepień spowodowało demoralizację. Niewielu obywateli uważało, że coś może się poprawić. Większość z niepokojem myślała o przyszłości. Ludzie stali się cyniczni. Kwitł nepotyzm. Kierownicy wyższych szczebli w aparacie państwowym zatrudniali w swoich obszarach wpływów ludzi bliskich. Przeważnie byli to członkowie rodziny, żony, mężowie, dzieci, a nawet dziadkowie. Wykształcenie i doświadczenie przestało mieć znaczenie. Upowszechniły się hasła: „nie święci garnki lepią”, „lepiej, czy gorzej, aby do przodu”, „nikt mi łaski nie robi, że pracuję”.

Sytuacja epidemiologiczna i społeczna wymykała się z rąk władzy. Opozycja twierdziła, że rząd jest zdezorientowany, zbyt rozlazły, aby widzieć co się dzieje, i bez pomysłu, aby wziąć ster w mocne ręce i zrobić coś pozytywnego. Wkrótce w kraju pojawiły się pierwsze grupy przestępcze, łączące ludzi różnych profesji, urzędników administracji państwowej, pracowników uczelni, kierowców ciężarówek, nauczycieli, policjantów i przedszkolanki. Ich przywódcy twierdzili, że rząd wprawdzie istnieje, ale nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja i co powinien zrobić. Dla osób przedsiębiorczych rząd przestał cokolwiek znaczyć.

– Każdy musi radzić sobie sam – stało się dewizą. – Inaczej poumieramy z głodu.

– Jesteśmy na prostej drodze do bezhołowia i anarchii – diagnozowali ludzie na placach targowych, w marketach i na przystankach autobusowych. Kiedy w sposób niezrozumiały dla otoczenia zaczęli znikać ludzie głośno komentujący zdarzenia polityczne, zaczęto rozmawiać szeptem.

Odc. 20 Awaria w składnicy

U szczytu niepowodzeń rząd potykał się o własne nogi, zaliczając po kolei wpadki. Największą okazała się awaria systemu utrzymywania szczepionek w niskiej temperaturze. W Składnicy Materiałów Strategicznych, zarządzanej i pilnowanej przez wojsko, warownej jak forteca, gdzie przechowywano szczepionki dla całego kraju, nastąpiła awaria elektryczna. Dowództwo składnicy było przygotowane na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut uruchomione zostały rezerwowe generatory prądu opalane gazem płynnym.

– Padł system zasilania. Podjęliśmy natychmiastowe działania naprawcze. Panujemy nad sytuacją – meldunek dowódcy składnicy, generała Rosko, brzmiał w uszach premiera jak szczeknięcia psa ostrzegającego jeża przed wchodzeniem mu w drogę.

Po upływie godziny wysiadły generatory rezerwowe. Wybuchła panika; zgasła jak tylko personel przypomniał sobie, że są placówką wojskową, od której oczekuje się zimnej krwi i determinacji w pokonywaniu przeciwności. Natychmiast wezwana pomoc techniczna nic nie dała. Ekipa naprawcza z nowymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Zanim je podłączono i uruchomiono, dwa miliony szczepionek uległo zepsuciu. Dowództwo składnicy podjęto natychmiastową decyzję ich utylizacji; spalono je w tym samym piecu, gdzie palono kontrabandę marihuany i innych narkotyków. Sporządzono protokół zniszczenia bezużytecznego materiału.  

– Sprawa nie mogła czekać; zepsute szczepionki stanowiły zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grupy utylizacyjnej.

Opozycja i niezależne media podniosły wielkie larum. Był to czarny dzień dla dowództwa wojskowego i rządu. Premier obiecał natychmiastowe śledztwo:

– Zrobimy to rzetelnie i szybko, powołamy nawet komisję śledczą jeśli trzeba.

Już następnego dnia okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

– Byłoby to powielanie normalnego śledztwa prowadzonego przez prokuraturę, a przecież nie ma lepszych fachowcy niż nasi prokuratorzy – podsumował minister zdrowia.

– Oczywiście prokuratorzy przypną się do dyszla szybciej niż koń dorożkarski i pociągną bryczkę ze śledztwem do przodu, pod górę, gdzie tylko trzeba – szydził Wróbel, przywódca opozycji, usiłujący wysforować się na czoło polityków walczących o uwagę społeczną.

Prokuratorka, młoda, ambitna nowicjuszka, której przydzielono śledztwo przez omyłkę, ponieważ nosiła takie samo nazwisko jak doświadczona prokuratorka, bardzo szybko ujawniła, że większość szczepionek nie została zniszczenia.

– Wiemy na pewno to, że zostały one wywiezione potajemnie poza teren składnicy i rozpłynęły się jak smutna melodia w gęstej mgle. Przepraszam za to poetyckie porównanie. Ważne jest to, że śledztwo jest kontynuowane, wszystko zostanie ujawnione, sprawcy odnalezieni, postawieni w stan oskarżenia i skazani. To, co jest możliwe do odzyskania, odzyskamy. Jestem optymistką.

Odc. 21 Śledztwo

Pojawiła się pogłoska, że większość szczepionek skradziono kilka godzin przed awarią i wywieziono za granicę, aby je sprzedać za duże pieniądze.

– Prawdopodobnie do Arabii Saudyjskiej, bo to najbogatszy kraj i tam znajdują się główne ośrodki decyzji politycznych i gospodarczych – pisał Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, redaktor działu „Nowiny” „Gazety Porannej”.

Wbrew zapowiedziom młodej prokuratorki śledztwo wstrzymano, a ją samą zwolniono z obowiązku jego prowadzenia. Rzecznik premiera wyjaśnił na konferencji prasowej:

 – Potrzebujemy więcej czasu na zebranie dowodów. Oskarżenia są poważne a sprawa jest skomplikowana także politycznie. Jest tak wiele wątków, że wymienię tylko ważniejsze: prawny, wojskowy, organizacyjny, polityczny, społeczny i państwowy. Śledztwo jest rozwojowe, wymaga kontynuacji, która doprowadzi nas po nitce do kłębka tajemnicy. Prokurator Magdalena Siwa okazała się zbyt młoda i bez dostatecznego doświadczenia, aby skutecznie poprowadzić śledztwo. To się zmieniło.

Kilka dni po awarii prądu w składnicy wybuchł pożar. Jak to się stało nie wiadomo, ponieważ system ostrzegania przeciwpożarowego był pomyślnie przetestowany miesiąc wcześniej.

– To prawdopodobnie wina czujników elektronicznych, ale to musimy dopiero sprawdzić we współpracy z fachowcami pożarnictwa. Nie wykluczamy też sabotażu, błędu w sztuce instalacji czujników, nawet interwencji agentów obcych państw. Niczego nie wykluczamy, nawet najczarniejszych scenariuszy – poinformowała przywrócona do prowadzenia śledztwa  doświadczona prokuratorka. 

Pod koniec roku córka ministra zdrowia kupiła dwie rezydencje, jedną we Francji na Lazurowym Wybrzeżu a drugą na portugalskiej Maderze. Fakty te ujawnił publicznie Wróbel, przywódca opozycji. Szef resortu zdrowia natychmiast zaprzeczył informacjom, nazywając je wyssanymi z palca insynuacjami.

– To co mówi przywódca opozycji jest podłe. To szyta grubymi nićmi afera, obliczona na to, aby pogrążyć mnie i rząd.

Kiedy rewelacje opozycji okazały się prawdziwe i pojawiły się dowody, wywiady, zdjęcia i dokumenty, minister zmienił front: tłumaczył, że córka miała pieniądze, ponieważ trzy miesiące wcześniej wyszła za mąż za barona Tuxedo de Nascimiento, niezwykle bogatego Hiszpana.

– Jest to osoba bardzo zamożna, szanowana, magnat przemysłowy. Baron cieszy się szacunkiem w Hiszpanii, jest spokrewniony z rodziną królewską. Mogę być tylko dumny, że moja córka tak dobrze wyszła za mąż. To zaszczyt dla mnie i mojej rodziny. Także dla naszego kraju, jeśli ktoś wierzy w honor, patriotyzm i dobro wspólne.

Odc. 22 Tajemnice i afery

Sprawa ślubu córki ministra zdrowia i barona oraz zakupu dwóch uroczych nieruchomości okazała się skomplikowana, pojawiły się dwuznaczności a nawet wątpliwości, czy przedstawione czarno na białym dowody nie zostały sprokurowane. Niejasne były okoliczności zawarcia ślubu oraz pozycja społeczna i majątkowa pana młodego. Liczne zdjęcia dokumentowały ślub, nie widomo było jednak, gdzie i dokładnie kiedy został on zawarty. Baron Tuxedo de Nascimiento odmówił udzielenia informacji w tej sprawie. Musiał mieć swoich wrogów, ponieważ pojawiły się pogłoski, że nie dysponował nawet śmierdzącym groszem, był zubożałym arystokratą-hulaką, a jedyne, co naprawdę posiadał to była to długa lista tytułów arystokratycznych oraz ogromny apetyt na bogaty ożenek. Zawsze o nim mówiono, że jeśli ktoś chce się wżenić w starą arystokrację hiszpańską, to baron stanowi doskonałą partię. Jeden z dziennikarzy badających sprawę na miejscu w Hiszpanii, kiedy rozluźnił się po kilku drinkach siedząc przy stoliku w pubie „Oksana”,  powiedział:

– Ten Tuxedo jest takim baronem jak ja dyrygentem orkiestry dętej w krainie różowych dębów.

Jego wypowiedź wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, nic jednak do śledztwa nie wniosła. Sprawa małżeństwa córki ministra zdrowia i nabycia dwóch nieruchomości za granicą pozostała tajemnicą.

Wraz z aferą szczepionkową premier Chudy przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu. Wcześniej skarżył się w miarę często, więc nagła zmiana zachowania trochę zaskoczyła obywateli słuchających jego wystąpień. Na początku panowało przekonanie, że w jego życiu nic się nie zmieniło. Potem zauważono, że zaczął dużo podróżować po świecie do najlepszych kurortów. Zapytany o to, powtarzał niezmiennie:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że należy z niego korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Po upływie niecałych dwunastu miesięcy od pierwszych szczepień okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Już po czterech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zaczęli chorować na wirusa. Szczepionki okazały się nieskuteczne. Jaka była skala zjawiska, nikt tego nie wiedział. Pod adresem rządu kierowane były liczne pytania. Niepokoili się obywatele i lekarze.

– Prowadzimy intensywne śledztwo. Sprawa jest ważna i rozwojowa.

Niezależni dziennikarze i opozycja od pewnego czasu zwracali uwagę, że ilekroć jakaś sprawa była zabagniona i wynikła z niej afera, rząd używał określeń „prowadzimy intensywne śledztwo, uważamy je za ważne i rozwojowe”.

Afera z nieskutecznymi szczepionkami ciągnęła się i nigdy nie została wyjaśniona do końca. Ktokolwiek interweniował, zgłaszał poważną wątpliwość czy groził ujawnieniem jakiejś prawdy, napotykał przykrości: ktoś przebił mu opony, porysował lakier nowego samochodu, ktoś dzwonił z pogróżkami albo dla żartu informował go, że podłożono bombę w biurze, gdzie pracował lub straszył nieokreślonym nieszczęściem. Był to nowy wymiar rzeczywistości; społeczeństwo nie od przyjęło go do świadomości.

Stopniowo kłopoty osób i redakcji prowadzących dochodzenia nasilały się. Na początku zniknęli w nieznanych okolicznościach dwaj dziennikarze śledczy. Co się dokładnie stało, nie wiadomo.

– Wyjechali na narty w góry i nie powrócili – tłumaczyły zaniepokojone rodziny.

Odc. 23 Przypowieść

Niektórych dziennikarzy wzywano na policję lub do prokuratury seryjnie, co kilka dni. Czuli się zagubieni, ponieważ policja i prokuratorzy zadawali im wciąż pytania, na które odpowiadali już wcześniej.

– Za wielkimi pieniędzmi i wielką odpowiedzialnością stoją wielkie zbrodnie. One nie znoszą dziennego światła, chcą pozostawać zawsze w ukryciu. Jedno wielkie przestępstwo generuje szereg dalszych, często boleśniejszych – tak w gronie przyjaciół miał powiedzieć generał Rosko, dowódca Składnicy Materiałów Strategicznych, niegdyś wojskowy oficer śledczy zwany przez kolegów Cynikiem. Generał był też namiętnym czytelnikiem kryminałów, o czym wiedziała tylko jego rodzina i osobisty adiutant.

Położenie rządu tłumaczył Grzegorz Koło, kierownik działu „Nowiny” „Gazety Porannej” tytułując swoją alegoryczną przypowieść „Władza i zaufanie”.

Kiedy wybucha afera, o której mówi się w toalecie publicznej, na salonie, na ulicy, w spokojnym parku z aleją rododendronów i na wybiegu dla koni, zaufanie do rządu staje się sprawą krytyczną. Zaufanie to ma wiele wymiarów podobnie jak klocki przedstawiające różne obrazy. Wymiary tego zaufania to prawdomówność, szczerość, zdolność obiektywnej oceny zdarzeń, konsekwencja postępowania, doświadczenie w rządzeniu oraz umiejętność wychodzenia z sytuacji kryzysowych.

Sytuację, z jaką mamy obecnie do czynienia w kraju, można prześledzić na podstawie zapisu lądowania samolotu pasażerskiego na lotnisku na Hawajach, w warunkach idealnej pogody i milczącego od kilku lat wulkanu Kilauea. Lądowanie przypomina czystą idyllę. Stewardessy mają na ustach świeżą szminkę i dumnie podają piersi do przodu, kapitan przekazuje dłonią symboliczne całusy pasażerom, drugi pilot i nawigator z girlandami świeżych kwiatów na szyi czują w sercach odpowiedzialność za losy pasażerów. Lądowanie w takich warunkach zawsze dostarcza wspaniałych przeżyć podróżnym.

Nagle okazuje się, że coś się zmieniło. Nie wiadomo, czy chodzi o silny boczny wiatr, jakiego w tych okolicach nigdy nie było, czy o kable na wieży kontrolnej przegryzione przez wygłodniałe szczury, czy o nieoczekiwane pojawienie się wielkiego stada ptaków nad lotniskiem. Kapitan i drugi pilot błądzą wtedy, nie wiedzą co robić. Szyby w kabinie pocą się jak szalone, pot zalewa pilotom oczy i lądowanie nie dochodzi do skutku, choć dotychczas udawało się bez najmniejszego problemu.

Nie jest to miłe uczucie, gdy spokojnym dotąd jak łagodny baranek samolotem zaczyna miotać jakaś bycza namiętność w prawo i w lewo, w dół i do góry. Po kilku nieudanych podejściach do lądowania samolot wzbija się chmury z kapitanem zdecydowanym na mur beton, że tym razem wyląduje płynnie na płycie lotniska. Pasażerowie są podzieleni. Ci siedzący po lewej stronie samolotu, skąd roztacza się widok na spokojny ocean, podjadają czekoladki i piją szampana. Z drugiej strony samolotu, tej z widokiem na przepaść biegnącą wzdłuż pasu lądowania, pasażerowie drętwieją z przerażenia. Kapitan milczy jak skała, zachowuje się jakby włożył sobie w usta knebel. Tak to jest z rządem stojącym przed aferą przerastającą wyobraźnię, jak wybrnąć ze śmierdzącego szamba. 

Odc. 24 Cywanie

– Społeczeństwo dobiły teorie spiskowe i antyszczepionkowcy – zanotował w swoich prywatnych medycznych notatkach Martin Król.Zdekoncentrowały one uwagę rządu i odebrały ludziom chęć szczepienia się i energię do życia. Społeczeństwo uznało w większości, że stoi na przegranej pozycji. Liczba osób chętnych do szczepienia się spadała na łeb i szyję. Boleję nad tym jako przedstawiciel służby zdrowia. Sami też nie jesteśmy bez winy. Za mało przekonywaliśmy ludzi do szczepienia się. Dla dobra sprawy trzeba było przekazać im więcej prawdy, jak cierpią i umierają ludzie zarażeni wirusem.

Dwunasty miesiąc od wybuchu epidemii skończył się fatalnie. Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Ostatecznie w pełni zaszczepiło się tylko pięćdziesiąt cztery procent ludzi; zdecydowanie za mało, aby społeczeństwo nabyło odporności stadnej. Rząd poddał się i skapitulował. Jedyne na co było go stać to wprowadzenie godziny policyjnej i zakazu poruszania się po ulicach z wyjątkiem określonych sytuacji. Na ulicach pojawiły się policja i wojsko. Kraj wszedł w stan cywania. Tak to określa prasa.

– Jak to jest z tym cywaniem? Nie rozumiem tego określenia – Salomon zapytał mieszkającego na wsi kuzyna.

– Wyjaśnię ci to. Znam dobrze tę przypadłość. To stan wegetacji na granicy życia i śmierci, inaczej mówiąc dogorywania. Typowo występuje u kur. W ich przypadku oznacza śmiertelnie niebezpieczne ponieważ prowadzi do pomoru. Nie wiem, jak jest z cywaniem u ludzi.

– Skąd ty to wiesz?

– Hodowałem kury. Kura przestaje się ruszać, siedzi osowiała. Wygląda tak jakby zasypiała, na zmianę zamyka i otwiera oczy. Jest bez czucia, nie pije ani nie je. Możesz ja potrącić nogą, ale nie reaguje na to. Czasem opada jej na ziemię jedno skrzydło, jakby chciała się nim podeprzeć. Po kilku lub kilkunastu godzinach przewraca się martwa na bok.

Nowe szczepionki zamiast hamować, przyśpieszały mutację wirusa. Miały jedną wadę; zwalczając wirusa wyzwalały w nim reakcję obronną. Wirus mutował dalej, wydając z siebie potomstwo w tempie szybszym niż można było sobie wyobrazić. Im bardziej atakowano go szczepionkami, tym bardziej stawał się zjadliwy.

Dostosowywanie się wirusa do szczepionek okazało się zabójcze dla ludzi. Wirus zmieniał właściwości; w pewnym memencie osiągnął zdolność przylegania do mikrocząsteczek. Był to przełom w jego aktywności; najpierw przylepiał się a potem łączył z mikrocząstkami zanieczyszczeń powietrza. Siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż ludzka inwencja i działania służby zdrowia. Ludzie umierali tysiącami. Wirus stał się czymś w rodzaju perpetuum mobile.

Jedynym skutecznym lekarstwem była izolacja. Korzystano z wszystkich możliwych form izolacji wykorzystując piwnice, samotnie stojące budynki, tunele podziemne, stare bunkry, a nawet okopy, które przykrywano deskami, gałęziami i darnią. W lasach budowano ziemianki. Każdy ratował się jak umiał. 

Rozdz. 25 Nowe niebezpieczeństwa

Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej” umiał pisać. Jego artykuł zatytułowany „Silne koncentracje wirusa – prawda czy fikcja?” rozpalił wyobraźnię jak i wywołał uczucia wrogości wobec – jak to określano – wyssanej z palca sensacji. 

– Wewnątrz budynków, w dużych pomieszczeniach, w salach bankowych, na siłowniach, korytarzach i sklepach ośrodków handlowych pojawiły się jasnoszare chmury wirusów. Unoszą się one na wysokości ludzkich głów i są wyjątkowo zaraźliwe. To nowa generacja wirusa Dracula. Upowszechniają ją osoby nie noszące maseczek na twarzy. To czysta bezmyślność. Zabójcy są wśród nas. 

Kilka dni później eksperci rządowi potwierdzili te doniesienia. Zabrał głos minister zdrowia:

– Musimy znowu myśleć o lokautach, jeśli nie chcemy doprowadzić społeczeństwa do masowego grobu.

Wkrótce większe koncentracje wirusa pojawiły się nad ulicami. Były prawdziwie zabójcze, kiedy nie było wiatru. Kiedy to ustalono, alarmy pogodowe ogłaszano przy każdej większej zmianie siły i kierunku wiatru. Po kilku dniach nikt nie wątpił, nawet przeciwnicy szczepionek, że epidemia przybrała nową niebezpieczną postać.

Rząd wyjątkowo szybko zareagował. Na ulicach miast pojawiły się wielkie dmuchawy, tworzące tunele powietrzne bez wirusa lub ze zniżoną jego koncentracją. Stało się to tak szubko, że wzbudziło podejrzenia. Opozycja i zwolennicy teorii spiskowych wytoczyli armaty sprzeciwu.

– Oni to wiedzieli, tylko taili tak długo, dopóki nie znaleźli rozwiązania. Pozwalać ludziom umierać, dopóki nie zainstaluje się dmuchaw na ulicach! To podłe!

Zmieniło się także osobiste wyposażenie ludzi w środki ochronne. Na ulicach pojawili się ludzie w hełmach na głowie i kombinezonach ochronnych. Sprzęt ochrony osobistej był zróżnicowany. Hełmy z filtrami oczyszczającymi pobierającymi powietrze z zewnątrz, jak i bardziej zaawanasowane, z wewnętrznymi, zasilanymi bateriami, oczyszczaczami powierza.

– Skąd wziął się nagle tak nowoczesny sprzęt na rynku? – zapytał Erazma Salomon Ircha, podejrzewając jakąś nową aferę z udziałem członków władz.

– Podobno Leon Bury, ten multimilioner, kupił sieć nowoczesnych sklepów razem z towarem i zaopatrzeniem. Ten to zawsze spada na cztery łapy – Erazm, zazwyczaj rozważny w ocenach, źle sobie kojarzył tę postać.  

W laboratoriach badawczych podjęto próby wyhodowania pasożyta, który żerowałby na organizmie wirusa lub traktował go jako pożywienie. W laboratorium jednego z państw azjatyckich pasożyt wydostał się na wolność i spowodował pomór bydła domowego. 

– To niebezpieczna technika. Ale obawiam się, że nie da się uciec od takiego ryzyka. Takie dzisiaj mamy czasy. Wóz albo przewóz – od czasu afery zakupu kosztownych rezydencji przez córkę, minister mówił szybciej i skrótami, jakby bał się, że powie coś nieodpowiedniego.

Odc. 26 Wirus i fortuny

Pojawienie się koncentracji wirusa wywołało nieoczekiwane efekty społeczne: niepewności, przerażenia, niewiary i rezygnacji. Ludzie dostrzegali w chmurach wirusa zapowiedź zbliżającego się końca świata, a co najmniej kataklizmu. Niektórzy widzieli wirusy jako poświatę w odcieniu szarobłękitnym, inni czuli nieprzyjemny zapach, jeszcze inni słyszeli szum miliardów delikatnych skrzydełek.

Salomon Ircha, uważający siebie za przytomnego człowieka, przeżył poważny moment zwątpienia w siebie samego. Zdarzyło mu się coś tak dziwnego, że nawet nie przyznał się Zuzannie ani Erazmowi, ludziom, którym ufał. Bał się, że uznają go za niespełna rozumu.

W środku nocy zbudził się w poczuciu niepewności graniczącej z lękiem przed czymś nieokreślonym. Starał się przypomnieć sobie, czy coś mu się śniło, co mogłoby wywołać niepokój. Siedział na łóżku z nogami opuszczonymi na podłogę, kiedy dotarł do niego nieprzyjemny zapach. Pomyślał, że pochodzi z zewnątrz, spoza domu. Wstał z łóżka i boso ruszył w kierunku salonu, gdzie było wyjście na balkon. W korytarzu ogarnął go smród rybich wnętrzności zawiniętych razem z łuskami i odciętym łbem ryby w papier gazetowy. Pamiętał ten zapach z czasów, kiedy wędkował i sam oprawiał ryby przed usmażeniem. Ciepły i lepki odór gnijących wnętrzności narastał w miarę zbliżania się do drzwi balkonowych. Salomon otworzył je, aby sprawdzić jakość powietrza na zewnątrz. Prawie nie czuł wiatru, noc była spokojna; oprócz naturalnej wilgoci płynącej z ziemi i drzew nie czuło się niczego innego. Mężczyzna skojarzył sobie zapach ryby z informacjami przekazywanymi przez media na temat wirusa.

Pierwszą reakcją rządu na nową formę wirusa było ograniczenie kontaktów międzyludzkich i kolejne zamykanie branż gospodarki. Epidemia była zdolna zniszczyć każdy biznes. Najbardziej poszkodowane były firmy usługowe: padały jedna po drugiej, zwalniając pracowników. Państwo było coraz mniej skłonne pomagać finansowo wskutek szybko rosnącego zadłużenia.

Grzegorz Koło, obserwator bieżących zdarzeń, pasjonat tematów wiary, religii i katastrof, kierownik Działu „Nowiny” Gazety Porannej ,opatrzył swój artykuł lakonicznym tytułem: „Nie kijem go to pałką”. Była to zapowiedź wywodu, że gospodarkę położy na łopatki albo wirus albo rząd.

Tylko jedna dziedzina biznesu doskonale prosperowała w dobie wirusa i epidemii – firmy pogrzebowe i ich dostawcy. Fortuny ich właścicieli rosły w zdumiewającym tempie, budząc zawiść. Obok produkcji szczepionek był to jedyny sektor gospodarki przeżywający prosperitę.

Szybkie bogacenie się właścicieli firm pogrzebowych stało się tematem drażliwym, wręcz wybuchowym. Pojawiły się sugestie i oskarżenia, że cały ten sektor ma wyraźny interes w rozpowszechnianiu się wirusa. Mniejsze firmy pogrzebowe łączyły się tworząc kombinaty produkcyjno-usługowe, zdolne dominować na rynku. Pojawiała się też nowa konkurencja, a z nią bezpardonowa walka o udziały w lukratywnym biznesie. Nie przebierano w środkach, posuwając się nawet do zbrodni.

Odc. 27 Branża pogrzebowa

Właściciele największej firmy pogrzebowej kraju „Klepsydra” zginęli w wypadku drogowym. Nie był to zwykły przypadek. Od kilku miesięcy otrzymywali pogróżki i ostrzeżenia. Okazało się, że samochód, którym jechali, miał uszkodzone przewody hamulcowe, wypadł z zakrętu i wyłamując metalową barierę ochronną stoczył się w przepaść. Rozpoczęcie śledztwa przez policję wywołało demonstracje i protesty. Pod domem ofiar pojawili się zamaskowani osobnicy z transparentami: Sprawiedliwości stało się zadość! Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka! Kto wirusem wojuje, ten w przepaści ginie! 

Branża pogrzebowa stała się najbardziej dynamicznym obszarem gospodarki. Kwitł handel, wkrótce pojawiła się spekulacja nagrobkami, miejscami na cmentarzach i usługami pogrzebowymi. Popyt przerastał podaż. Za wszystko trzeba było płacić i na wszystkim można było zarobić. Szybko rosły inwestycje w produkcję trumien, budowę i rozbudowę krematoriów, kostnic i chłodni, transport osób zmarłych; budowano nawet muzea pogrzebowe. Osoby filmujące do niedawna śluby i wesela filmowały teraz pogrzeby i udostępniały je rodzinom w Internecie poprzez streaming.

– „Kto ma owce i pszczoły, ten gospodarz wesoły”. To przysłowie straciło aktualność, ponieważ spadł popyt na miód, mięso i wełnę. Dzisiaj obowiązuje porzekadło: “Działasz w branży pogrzebowej, jesteś panem swego losu, rozwijasz się i prosperujesz” – Grzegorz Koło, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej”, redefiniował zmiany na rynku.

W miarę ekspansji wirusa do spraw pogrzebów wkradała się niepewność i bałagan. Powstawały wąskie gardła; niektóre firmy pogrzebowe paraliżował nadmiar zleceń i niedobór środków transportu i pracowników. Regulacji i aktualizacji wymagały dziesiątki spraw: przepisy dotyczące rejestracji zgonów i wystawiania certyfikatów, zasiłków pogrzebowych, krajowego i międzynarodowego transportu ciał zmarłych na wirusa Dracula, tworzenia nowych cmentarzy i budowy krematoriów, nadawania uprawnień profesjonalistom.

W ciągu jednego roku pojawiły się nowe specjalności w rodzaju nowoczesny organizator i celebrant pogrzebowy, a w ślad za nimi nowe szkolenia i kierunki studiów. Obejmowały one przedsiębiorczość i marketing pogrzebowy, produkcję innowacyjnych trumien z okienkiem z uwagi na zakaz otwierania zwykłych trumien dla identyfikacji zwłok lub pożegnania się ze zmarłym, tańszych nagrobków cmentarnych z wykorzystaniem materiałów ekologicznych. Dla rodzin dotkniętych śmiercią z powodu wirusa Dracula były to sprawy poważne; nie brakowało jednak i cyników szydzących z eksplozji nowych specjalności i kwalifikacji.

W okresie narastającego zagrożenia wirusowego w telewizji często występował minister szkolnictwa Koper. Łatwo go rozpoznawano; z wyglądu przypominał barczystego zapaśnika o kwadratowych szczękach, lekko nalanej twarzy i mięsistym nosie. Minister był do szaleństwa owładnięty pasją edukacji religijnej i patriotycznej. Krążyły o nim nawet pogłoski, że ma poprzestawiane w głowie. Gęste czarne wąsy i zuchwałe oczy kruka ocalałego z pożogi lasu nadawały mu wygląd osobnika zdolnego realizować wielkie cele edukacyjne. Zuzanna, przyjaciółka Salomona, powiedziała któregoś dnia:

– To prawie niemożliwe, aby Koper był naturalny w stu procentach. Na pewno jest w części sztuczny. Jeśli nie fizycznie, to umysłowo; chodzi mi o sztuczną inteligencję. To człowiek utalentowany i w dodatku nieugięty jak skała, jest przewidujący i ma wizję przyszłości.  Dlatego cieszy się poważaniem i wsparciem Leona Burego. On bardzo go popiera.

Na rynku głównym stolicy spotykały się niewiasty z Fundacji Dobroczynności Hosanna. Wspierały ją, oddając część swoich emerytur i uczestnicząc w zbiórkach pieniędzy. Koper był ulubionym tematem ich rozmów.

– On i pan Bury, ten milioner dobroczyńca … niech Bóg ma go w swojej opiece … utrzymują bliską łączność duchową z panem Bogiem. Na pewno rozmawiają z Nim nocą bardzo szczerze i serdecznie. To z tych rozmów minister Koper czerpie wiarę i pewność, że proponowane przez niego zmiany w edukacji są zgodne z wolą pana Boga i dobrze służą wychowaniu dzieci i młodzieży.  

Minister miał swoje uzasadnienia.

– Człowiek zmarły po zakażeniu się wirusem żyje także po śmierci, ale w innej formie. Młodzież powinna rozumieć i umieć przeżywać tę wzniosłość w sferze pogłębionej psychiki i kultury. Dlatego będę zachęcać dyrektorów szkół i nauczycieli do wprowadzania takich elementów do programu edukacji, literatury obowiązkowej, warsztatów twórczych, nabywania umiejętności godnego uczestnictwa w uroczystościach pogrzebowych.

Ministra popierały aktywnie Towarzystwo Dobroczynne „Hosanna”, którego założycielem był milioner Leon Bury, powszechnie zwany Dobroczyńcą, Stowarzyszenie „Pobożni i Wierni” oraz sprzyjająca rządowi stacja telewizyjna „Rubach i Spółka”.

Odc. 28 Ekscesy pandemiczne

Grzegorz Koło pracował szesnaście godzin na dobę. Stał się pracoholikiem. Wkrótce uznano go publicznie za najlepszego dziennikarza, umiejącego dostrzec ważne sprawy tam, gdzie inni widzieli tylko nieszczęście lub bałagan. To dzięki niemu sprzedaż „Gazety Porannej” wzrosła tak bardzo, że redakcja trzykrotnie czuła się zmuszona podwyższać mu uposażenie.

W rzadkich momentach powrotu do domu Grzegorz dzielił się z rodziną swoimi przeżyciami.

– Wirus Dracula i epidemia to okres rozkwitu mojej kariery dziennikarskiej. Stałem się wyrocznią, autorytetem i celebrytą w tych sprawach. Ludzie chętnie czytają moje artykuły, zaczepiają mnie na ulicy, chwalą i mówią mi, o czym powinienem jeszcze pisać. Brzmi to zbyt pięknie jak na dzisiejsze czasy, ale taka jest prawda. Obywatele lubią czytać o tym, co dzieje się w mieście i w kraju, i ja im to oferuję. Jestem mistrzem serwowania informacji odrywających czytelnika od szarej codzienności. 

Następnego dnia kierownik Działu Nowiny pisał:

– Dynamika zdarzeń jest ogromna. Przemysł pogrzebowy oferuje możliwości tak fantastycznych dochodów, że do gry włączają się po cichu różni oficjele i wysocy funkcjonariusze policji, wojska i administracji państwowej, a nawet gangsterzy. Trwa walka o wpływy, zamówienia i pieniądze.

W ciągu tygodnia Gazeta Poranna zanotowała strzelaninę na cmentarzu, przerzucanie ciał przez ogrodzenie cmentarne i inne sensacyjne wydarzenia.

– Po co ktoś miałby przerzucać ciała zmarłych przez mur cmentarny? Przecież to barbarzyństwo! – doktor Król był zbyt zajęty pracą w szpitalu, aby mieć rozeznanie co dzieje się poza tą instytucją.

– Chodzi o to, drogi Marcinie – cierpliwie tłumaczył Erazm – że strażnicy z braku miejsca na pochówek nie wpuszczali na cmentarz więcej ofiar wirusa Dracula do pochówku. Ludzie potrzebują pochować swoich zmarłych i nie ma takich przeszkód, których by nie przeskoczyli.

Kiedy na cmentarzu Różnogórskim odkryto świeży grób masowy, właściciel cmentarza był tylko zaskoczony. Samobójstwo popełnił dopiero wtedy, kiedy do jego biura zgłosił się prokurator z nakazem przeprowadzenia rewizji.

W środku epidemii dokonano zabójstw dwóch pracowników prosektoriów i chłodni, jednego prawnika reprezentującego firmy pogrzebowe, dyrektora Wydziału Licencji w Ministerstwie Zdrowia oraz właściciela starego cmentarza.

Ilość i ranga spraw w okresie szalejącej pandemii skłonił rząd do powołania Ministerstwa Pochówków i Spraw Pogrzebowych. Celem było uproszczenie procedur komplikujących życie obywatelom. Pracownicy ministerstwa otrzymali do ręki poważne uprawnienia i natychmiast dostrzegli możliwości dodatkowych dochodów wydając zmieniając i cofając zezwolenia, licencje, uprawnienia, zakazy i nakazy. Kluczową postacią stał się inspektor sanitarny. Wybuch korupcji i nepotyzmu był nieunikniony. W otoczenie premiera i nowego ministra wkradły się chciwość, reklama, promocja i lans.

Odc. 29 Degradacja

Niekończąca się epidemia, niski poziom szczepień, blokada gospodarki, niekontrolowany rozwój nowych technologii prowadziły społeczeństwo Pokuty w jednym kierunku: degradacji psychicznej. Opozycja widziała w tym wspólny mianownik: nieudolność rządu.

– To jest najgorsze: trudna do zauważenia, stopniowa ale regularna degradacja społeczeństwa. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie w jakimś zakresie: życiu osobistym, rodzinnym, w pracy, w kontaktach towarzyskich – Salomon Ircha dzielił się swoimi obserwacjami z przyjaciółmi Erazmem i Marcinem Królem.

O zmianach społecznych niechętnie rozmawiał z Zuzanną, skłonną bagatelizować jego niepokoje. Uważała je za przesadne.

– Chcę cię chronić przed tobą samym. Masz skłonność widzenia świata bardziej w mroku niż w słońcu, co jest zdrowsze i co by mi mówiąc szczerze bardziej odpowiadało.

Najostrzej widział zmiany Grzegorz Koło. W przekonaniu, że jest głównym kronikarzem miasta, z poświęceniem oddawał się obserwacji zdarzeń. Mimo życzliwego stosunku do władzy i autorytetów moralnych nie wahał się przedstawiać swoich najgorszych obaw. Pisał bardzo osobiście, rzeczowo i zwięźle. Ten styl komunikacji najbardziej przemawiał do czytelników. Wierzono mu. Dla wielu stał się guru wiedzy o tym, co dzieje się, a nawet co się wkrótce wydarzy w kraju. 

– Narasta marazm, coraz powszechniejszy jest strach i niepokój. Depresja obejmuje już dwadzieścia procent społeczeństwa Pokuty, wkrótce będzie to trzydzieści procent i więcej. Szpitale psychiatryczne pękają w szwach. W gronie mojej rodziny, przyjaciół i znajomych zaobserwowałem ostatnio dwa załamania: mój kuzyn wpadł w alkoholizm, wskutek czego wyrzucono go z pracy, żona przyjaciela usiłowała popełnić samobójstwo. Czytelnicy dzwonią do mnie i mówią mi, że w mieście czai się obłęd lub oni mają takie przywidzenia. Co na jedno wychodzi. Na rogu ulicy Długiej i Kamiennej widziano na ślepej ścianie budynku obraz w stylu Edwarda Munka „Strach o rozwartych ustach ociekających krwią i wykoślawionych zębach”.

Epidemia była tak monstrualna, tak bardzo zdeformowała świadomość społeczną, że zaczęto ją personalizować, dostrzegać w niej i nadawać jej cechy ludzkie. Stała się realną postacią, którą widziano, z którą rozmawiano i którą opisywano. Modlono się do prosząc o ułaskawienie dla bliskich porażonych wirusem.

– Co to oznacza? – Zapytał dziennikarz Gazety Porannej i od razu odpowiedział: – To oznacza głębsze zaburzenia psychiki, narastanie uprzedzeń i postaw irracjonalnych.

Poczucie bezsilności i zagubienia było tak wielkie, że wszyscy marzyli o zbawcy, kimś, kto nie tyle wskaże światełko w tunelu, ile rozświetli cały kraj swoim entuzjazmem oraz zagwarantuje zwycięstwo.

– To zrozumiałe, ale naiwne oczekiwanie, że jak na zamówienie pojawi się przywódca, człowiek z charyzmą i szczęśliwą ręką. Tego się nie da tak prosto załatwić. Jesteśmy trudnym narodem, nieużytecznym, często wrednym. Dziś byłem w przychodni lekarskiej. Miałem umówioną wizytę u lekarza. Zapytałem panią w rejestracji, ile osob jest przede mną do tego specjalisty. Odpowiedziała mi:

Proszę nie pytać, tylko siadać przed gabinetem numer dwa i czekać.

– To przykład, jacy jesteśmy. Bezinteresownie wredni. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu – Erazm jak zwykle oceniał sprawy chłodnym, prawie naukowym okiem.

Pierwszy zauważył niebezpieczeństwo premier i zaniepokoił się. Udał się na poufne konsultacje z Leonem Burym, którego niezmierzone zasoby finansowe, inwencja, wpływy i poparcie stanowiły jego zaplecze polityczne.

– Ludzie stracili chęć posiadania dzieci. Mnie, ojca czwórki dzieci, marzyciela o szóstce potomstwa, niepokoi to w szczególności. To pierwszy tak wyraźny symptom załamywania się psychiki w naszym ukochanym kraju. Normalnie w warunkach zagrożeń ludzie pragną płodzić i mieć potomstwo. To nasza jedyna szansa przetrwania jako społeczeństwo.

Odc. 30 Oczekiwanie

Leon Bury podzielał niepokoje premiera i niezwłocznie podjął działania. Jako człowiek pobożny, członek kilku stowarzyszeń religijnych i dobroczynnych, założyciel Fundacji Dobroczynności Hosanna, miał poważne wpływy w Kościele Boga Wyrazistego, największej organizacji kościelnej w kraju. Wkrótce rząd otrzymał moralne wsparcie ze strony kościoła i związanych z nim organizacji oraz wiernych.

Premier zaprzągł do pracy swoich doradców. Pomocy udzielał im profesor Zube, doradca osobisty prezydent Jonasza Dygi. Osiągnięcia zespołu relacjonował Grzegorz Koło. Jego sprawozdanie było entuzjastyczne. Wróbel, przywódca opozycji parlamentarnej, twierdził otwarcie, że Gazeta Poranna otrzymała zlecenia reklamowe od rządu. Artykuł zamieszczony na pierwszej stronie ozdobiony był laurką z czerwonych róż.

– Jest to zapewne skuteczne, choć dziecinne i nieco głupawe. Róża jest wprawdzie królową kwiatów, ale nie jest bez kolców. To tak jakby prasować bieliznę rozgrzanym żelazkiem i przypalać sobie przy okazji skórę – Salomon i Erazm nie żałowali drobnych uszczypliwości pod adresem ludzi i mediów z deficytem dobrego gustu lub zbyt zbliżonymi do władzy.

– Zespół doradców premiera wykonał kawał solidnej roboty. Przeprowadził analizę epidemii, jakie miały miejsce od dziesiątego wieku, aby zgłębić ich naturę, przebieg i skutki. Wyciągnięto wnioski. Stało się jasne, że los społeczeństwa nie chronionego powszechnymi szczepieniami, całkowicie zależy od epidemii. Kiedy ona się nasyci swoimi ofiarami, społeczeństwo odzyska naturalny wigor.

Nie była to sytuacja najwygodniejsza dla władz kraju, odpowiedzialnych za zdrowie obywateli, ale nie było innego wyjścia. Rząd uzbroił się w cierpliwość i nastawił na przetrwanie. Premier Chudy, zrelaksowany po dobrze przespanej nocy, przetarł szmatką swoje eleganckie okulary i skwitował cynicznie:

– Odporność społeczna nie przychodzi za darmo. Ktoś musi za to zapłacić. To normalne, że koszt nieudanych przedsięwzięć ponosi społeczeństwo. Zupełnie jak w przysłowiu: Kowal zawinił, Cygana powiesili.

Członkowie gabinetu pokiwali zgodnie głowami tłumiąc resztki niepokoju myślą, że zarabiają zbyt duże pieniądze i mają wielkie wpływy nie po to, aby mieć wyrzuty sumienia. W grupie było łatwiej o jednoznaczność.

– Przegrana rządu w walce z wirusem to dzień pogrzebu resztek przyzwoitości rządzących wobec rządzonych – mruknął pod nosem rzecznik prasowy rządu. Swoje stanowisko objął kilka dni wcześniej i nie zdążył jeszcze w pełni przyzwyczaić się do sprawowania władzy.

Odc. 31 Aberracja

Wczesną wiosną pogoda załamała się, nastąpiły burze, powietrze nasyciła ogromna ilość ozonu. Jego działanie wirusobójcze było tak silne, że w ciągu kilku godzin znikły wielkie koncentracje wirusa obserwowane w sześciu punktach stolicy. Wieść o błogosławionym wpływie zmiany pogody na wirusa pierwsi ogłosili meteorolodzy. Natychmiast zelektryzowała ona mieszkańców stolicy, potem dużych miast, w końcu cały kraj.

– Mnie to poruszyło i uruchomiło zupełnie jak silnik spalinowy, który zaskoczył z opóźnieniem i od razu wszedł na wysokie obroty – powtarzał swoim kolegom mechanik samochodowy w warsztacie Otto Kamienny i Spółka.

Był to początek budzenia się Pokuty z letargu epidemiologicznego.

– W społeczeństwie drgnęła nić życia, jego serce zaczęło bić szybciej i żywiej rozprowadzać krew po organizmie. W końcu pojawiła się głowa i zaczęła myśleć. Tak zaczął się nowy etap naszego życia – napisał Grzegorz Koło.

Dobre wieści powtarzała co pół godziny w specjalnym komunikacie stacja telewizyjna Rubach i Spółka wspierana dotacjami rządowymi.

Wyzwolenie od wirusa nie oznaczało całkowitego powrotu do normalności. Kraj zmienił się duchowo i psychicznie. Pół zabrała ze sobą epidemia; ludzie, którzy szczęśliwie przeżyli, w większości borykali się z rzeczywistością. Szukano diagnoz, potwierdzających lub zaprzeczających ponurym ocenom sytuacji.

Na ulicach miast pojawiało się coraz więcej ludzi zagubionych. Zachowywali się dziwacznie, czasem nienormalnie. Niektórzy mieli na sobie piżamy, jakby dopiero co wstali z łóżka. Coraz wyraźniej ujawniały się postawy ekscentryczne i dziwactwa. Po trzech latach więzienia epidemiologicznego, dominacji wirusa i epidemii, niektóre osoby przeżywały zupełnie nieznane problemy i wyzwania. Wielu nie czuło, że nastała nowa epoka i gubili się w swoich zachowaniach i otoczeniu. Ludzie patrzyli w lustra i widzieli upiory. Wychudli, wycieńczeni, oczy bez blasku, zapadnięte policzki. Ich włosy były rzadsze i matowe.

– Nie poznaję samego siebie. Z trudem zdaję sobie sprawę z wolności od wirusa i epidemii, nie chce mi się wierzyć, że to prawda – Marcin Król skarżył się Erazmowi i Salomonowi na tradycyjnym już spotkaniu na molo. – Kraj zanurzył się w opary absurdu. Jako neurobiolog i lekarz widzę, że problemem jest przymglenie świadomości; ludzie zachowują się jakby poruszali się w gęstej mgle. Obserwuję to w szpitalu. Kontakt z pacjentami jest trudny; moje słowa docierają do nich z trudem, muszę je powtarzać, czasem pacjent w ogóle mi nie odpowiada. W zachowaniu, ruchach i wypowiedziach jest spowolniały jak pijany lemur.

Zuzanna miała własne obserwacje i chętnie dzieliła się nimi z Salomonem. 

– Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką. Powiedziała mi wprost, jakby nie rozumiała, że to coś nienormalnego:

– Musiałam ugotować wodę po raz drugi i trzeci, bo piszą, że woda gotowana jeden raz to trucizna. Po pierwszym gotowaniu trzeba gotować od nowa. Pokłóciłam się o to z mężem bo naskoczył na mnie.

– Opowiadasz bzdury – powiedział. – Zajmuj się czym poważniejszym, kobieto, niż słuchaniem kretynów w programach o gotowaniu i praniu na sucho. Świat nam się wali na łeb, bo zużywamy za wiele energii, a ty wodę gotujesz kilka razy! Zdajesz sobie sprawę, ile ty marnujesz energii elektrycznej?

Odc. 32 Nawyki

Zmiany zachowań ludzi wywołane przez wirusa nurtowały Erazma. Miał dużo czasu, aby o tym myśleć i zastanawiać się, dokąd to wszystko zmierza. Swoimi obserwacjami dzielił się chętnie z Salomonem.

– Ludzie się pogubili. Wiele czynności wykonują w sposób przesadny, czasem zupełnie niepotrzebnie. Widzę to każdego dnia na własne oczy. Siostra mego ojca, Nadia, uważnie śledzi zachowanie członków rodziny i wypatruje ich niewłaściwych zachowań. Widzi je wszędzie. Mam wrażenie, że prześladują ją jakieś złe wspomnienia. Wczoraj zdenerwowała się i powiedziała ojcu:

– Popatrz jak nabrudziłeś na podłodze.

Ojciec patrzył ale niczego nie dostrzegł. Dopiero jak się schylił, zauważył ledwo widoczny ślad obuwia i kilka ciemnych okruchów obok. Nie ulegało wątpliwości, że to on był sprawcą, bo wchodząc do mieszkania od razu nie zdjął butów, w których był na dworze. Nie chcąc denerwować siostry ani siebie takimi drobiazgami, wziął do ręki wilgotną szmatkę, aby przetrzeć podłogę w miejscu, gdzie pozostał ślad obuwia. Nadia nie pozwoliła mu na to.

– Tylko jeszcze rozmażesz! – ostrzegła rozeźlonym głosem. – Sama to zrobię, bo ja to zrobię dobrze. Ojciec poczuł, że znowu zawinił.

Wiem, że w innych domach dzieje się podobnie. Ludzie szukają czegokolwiek, czego można by się trzymać, jakichś dawnych nawyków, dobrych czy złych, to nie ma znaczenia.

Erazm obserwował, jak bardzo ludzie się zmienili. Zastanawiał się nad przyczynami i wymyślił sobie teorię. Wyjaśnił ją Salomonowi.

– Ludzie zdziwaczeli, zamknęli się w sobie. Nie zdają sobie sprawy, że nastała nowa epoka, która się rozwija. Tkwią w przeszłości w postawach, nie pasujących do nowej rzeczywistości.

Podjął obserwacje, rozmawiał i czytał doniesienia medyczne i naukowe. Po kilku dniach uznał, że nie były to całkiem nowe zjawiska. Do starych problemów dołączyły nowe.

Odc. 33 Prezydent i premier

Społeczeństwo oczekiwało wystąpienia kogoś ważnego, kto przemówiłby, przedstawił sytuację, wyjaśnił, co się stało i wlał trochę otuchy w serce narodu. Z urzędu wystąpił prezydent Jonasz Dyga zwany powszechnie Lambrekinem, wcześniej mało angażujący się w sprawy państwowe inne niż polityka zagraniczna i sport, jego ulubione hobby, które nazywał konikami. Prezydent przemawiał na Placu Defilad. Hasłem jego przemówienia było „Totalne odrodzenie”. Lubił używać mocnych słów.  Na trybunie obok prezydenta po prawej stronie stał Leon Bury, po lewej premier Chudy i kilku jego ministrów.

– Największy cios zadany nam przez wirusa Dracula i kolejne fale epidemii, to unicestwienie połowy naszego społeczeństwa i zdewastowanie psychiki drugiej jego połowy, której udało się przeżyć. Powiem wam szczerze, najszczerzej jak umiem, nazwę to po imieniu: klęska demograficzna i deformacja psychiczna to prawdziwa masakra. Ja sam czasem czuję się nieswojo, jakbym był w cudzej skórze, a przecież jestem tym samym prezydentem, co poprzednio.

Zaraz po prezydencie zabrał głos profesor Zybe, doradca i rzecznik prezydenta. Prezydent wypchnął go, aby wzmocnił jego słowa.

– Nie ma wśród nas już ludzi normalnych, każdy nosi w sobie jakąś aberrację. My, obecni tutaj na sali, naukowcy, mamy szczęście, że zachowaliśmy samoświadomość i potrafimy to nazwać.

Nie umiejąc odnaleźć się w pełni w nowej rzeczywistości rząd zajął się badaniami, sondażami, ocenami i dyskusjami. Podjęto je na wielką skalę. Najpierw prowadzono sondaże dla ustalenia, jaka jest skala deformacji społeczeństwa, potem określano ich zakres i obszary występowania.

W gabinecie premiera odbyła się narada z rządowym zespołem doradców potocznie zwanym Think-Tankiem Chudego. Rozmawiano w warunkach prawie polowych, ponieważ gabinet premiera był w przebudowie. Brak było mebli, stół był podparty krzesłem z oparciem przyciętym do wysokości blatu.

– To nie tylko wygląda nienormalnie. To jest nienormalne – pomyślał premier, odchrząknął i od razu przemówił, aby nie dać się sprowadzić na manowce złym myślom.

 – Przejrzałem wasz raport wstępny. Jest trochę przydługi i nużący. Ważne jest, jakie wnioski z niego wynikają. Nie mamy czasu, aby dyskutować szczegóły, proszę więc o streszczenie wniosków. Bardzo się spieszę – premier nie ukrywał zdenerwowania. Przypomniał sobie, że jego prywatna psycholożka doradzała mu, aby wyrzucał z siebie wszystkie złe uczucia.

Odc. 34 Think Tank 

Denerwowanie się stało się modne w sferach władzy. Pokazać, że pracuje się pod presją i ma się ambitne cele, było w dobrym stylu.

– Takie zachowanie jest „en vogue” – twierdziła wizażystka, zajmująca się wizerunkiem publicznym premiera. – Proszę koncentrować się na sobie, panie premierze, nie na otoczeniu. Ci, którzy pana otaczają to tylko statyści. Mówiąc prosto z mostu, bez zahamowań, pokazując swoje uczucia, tworzy pan wizerunek człowieka silnego i zdeterminowanego. Nie jest ważne, co pan mówi, ale jak to pan mówi. W czasach, kiedy umysły ludzi błądzą we mgle, społeczeństwo „en masse” ceni wyrazistych przywódców. Najważniejsza jest twarz, żelazna maska, ostry wzrok, sięgający w dal i w przyszłość, ton głosu silny jak dzwon. To co mówię, brzmi niezwykle, ale jest skuteczne w czasach aberracji, kiedy ludzie oczekują i potrzebują silnego przywódcy. Władcy, który nimi wstrząśnie i poprowadzi do szczytnych celów.

Premierowi odpowiedział przewodniczący think-tanku, starszy, nieco zgarbiony mężczyzna, wyglądem i zachowaniem przypominający zmęczoną kobietę z nierównymi brwiami. Miał opadające ramiona i skórę na rękach białą jak śnieg.

– Wygląda jakby je trzymał kilka lat w mydlinach. Przypomina praczkę na przymusowym urlopie po śmierci męża – pomyślał premier z niechęcią. Nie lubił takich postaci.

– Najpierw skala zmian, panie premierze. Według sondaży około połowy naszego społeczeństwa to ludzie z zaburzeniami psychicznymi.

– Powszechnie nazywają ich czubkami lub psycholami – odezwał się spokojny głos z głębi sali.

– Ma pan bogatą wiedzę. Może i ma pan rację, ale to nie są przyzwoite określenia, zwłaszcza w ustach naukowca – żachnął się premier. – Nie ma potrzeby szydzić z ludzkiego nieszczęścia.  

Przewodniczący think-tanku kontynuował.

– Mamy pogłębioną analizę sytuacji. Lista problemów i wyzwań jest długa. Dużo dłuższa niż można by pomyśleć. Na pierwszy plan wysuwają się depresja, nietypowe zachowania, białe plamy pamięci o tym, co zaszło, cukrzyca. Poza tym notuje się, na szczęście rzadziej, różnego rodzaju uczulenia i alergie, zachwiania równowagi. Wysoka jest liczba samobójstw. Seks i erotyka uległy daleko idącej degradacji; prawdopodobnie jest to sprawa osłabienia systemu hormonalnego. Powszechna jest nieruchawość i otyłość. Wynikają one z braku ruchu na świeżym powietrzu oraz objadania się.

– Co pan sugeruje, panie profesorze? Od czego zaczniemy? Pilnie potrzebujemy osiągnięć. Cywilizacja nas zawiodła, nie spełniła się. Musimy się ratować.

– Opracowaliśmy propozycje wstępne, ale nie jestem przygotowany do ich przedstawienia. Sądziłem, chyba słusznie – przewodniczącemu lekko zadrżały ręce i twarz się zaczerwieniała – że zechce pan wraz ze swoimi ministrami zagłębić się w szczegóły raportu, aby w pełni zrozumieć, w jakim miejscu znajdujemy się jako społeczeństwo. To bardzo ważne.

Odc. 35 Odprawa

Premier wydawał się niewzruszony w swoim zamiarze zachowania spokoju. Postanowił zignorować słowa mówiącego, uznając je za nieudany test jego cierpliwości.

– Pozostanę spokojny jak płyta nagrobna wobec pańskiej propozycji – jego własne słowa go zaskoczyły. – Przepraszam, że tak mówię, ale wciąż myślę o milionach ofiar epidemii. Musimy wszyscy wyrwać się z tego nastroju. Obrócił głowę w okienku przewodniczącego Think Tanku:

– Na kiedy będzie pan ostatecznie gotowy z propozycjami? Proszę sformułować je jak najzwięźlej, bardzo krótko. Zdaję sobie sprawę z tego, że macie państwo do wykonania jeszcze masę roboty, ale my, klasa polityczna, ludzie czynu, nie mamy tego luksusu, aby zastanawiać się zbyt długo. Musimy szybko podejmować decyzje. Energiczne działanie to nasz priorytet – premier myślał jeszcze chwilę, szukając w głowie jakiegoś zręcznego sloganu dla podsumowania, nic zgrabnego nie przyszło mu jednak na myśl.

– Będziemy gotowi za trzy dni, w piątek – w głosie profesora słychać było ton obrażonego człowieka. – Na którą godzinę zadysponuje pan spotkanie? I gdzie ono się odbędzie?

Za plecami premiera ukazała się głowa jego sekretarza. Przylizane włosy nadawały mu służalczy wygląd a wąska twarz upodobniała do lisa. Nie był lubiany przez otoczenie; premier Chudy cenił go za jego lojalność, pracowitość i pomysłowość.

– Umówmy się, panie profesorze, Tutaj, w tym samym miejscu, o tej samej godzinie jak dzisiaj, tylko nie za trzy dni, ale jutro. Pański zespół musi pracować przez całą noc, nic na to nie poradzimy.

Sylwetka zmęczonej praczki jeszcze bardziej uwidoczniła się w przewodniczącym think-tanku. Profesor popatrzył niepewnie na swoich współpracowników. Ich twarze pozostały obojętne.

– Czyli jutro, o godzinie dziesiątej rano. Tutaj, w tym samym pokoju? – upewnił się przewodniczący.

– Dziesiąta zero-zero. Punktualnie. Jak nożem uciął – ironicznie dodała kobieta o bujnych włosach i lekko zaczerwienionej twarzy. Była wiceprzewodniczącą zespołu, osobą ustosunkowaną, pozwalającą sobie na drobne szyderstwa wobec premiera i jego współpracowników.

– Punktualnie jak w garnku szwajcarskim. Przepraszam, jak w zegarku szwajcarskim – dodał ktoś jeszcze.

Nikt się nie zaśmiał. Premier uznał zachowanie członków rządowego think-tanku za potwierdzenie prawdziwości teorii o zmianach psychicznych społeczeństwa. Wszyscy naukowcy wydali mu się nagle jednakowi.

– Jajogłowi sceptycy. Błyszczące oczy, przygarbione sylwetki i głowy nabite wiedzą w takiej ilości, że sami się w nich gubią – pomyślał z niechęcią.

Premier powstrzymał ręką swoich ludzi, aby goście mogli wyjść pierwsi. Opuszczając gabinet gęsiego, żegnali się kiwnięciami głowy.

– Musimy dawać innym przykład, jak się zachowywać w nowych warunkach – wyjaśnił współpracownikom, kiedy już goście wyszli. – Myślę o zorganizowaniu szkoleń w zakresie nowego savoir-vivre. Nie mam jeszcze tylko nazwy.

-Savoir-vivre nowych czasów. To tytuł uniwersalny, każdy go zrozumie – zaproponował sekretarz, usłużnie otwierając drzwi przed zwierzchnikiem.

Odc. 36 Szkoła i dzieci

Wiktor Cichy wznowił zarzuconą w okresie letargu praktykę spotkań dyskusyjnych przy krawężniku na osiedlu Aura. Osiedle traktował jak miniaturę kraju. Od północy znajdował się zbiornik wodny, od południa pagórek z ogródkiem zabaw dla dzieci, od wschodu płaskie, porośnięte chaszczami nieużytki, od zachodu uporządkowany i zabudowany teren. Swoją działalność uznawał za powołanie społeczne; mógł je pełnić z powodzeniem będąc na emeryturze i dysponując dużą ilością czasu.

– Trzeba rozruszać społeczność osiedlową. To obowiązek obywatelski, konieczność – mawiał, motywując tym przypomnieniem przede wszystkim siebie.

Na osiedlu Aura nazywano go także Ekscentrykiem i Odmieńcem. Reagował na to spokojnie:

– Nie przeszkadza mi to, bo takie mamy czasy: dywersji słownej, pomylonych pojęć, oszołomienia intelektualnego, zdeformowanej etyki. Wirus i kolejne fale epidemii potężnie namieszały ludziom w głowach. Trzeba ich ratować przed nimi samymi. Niektórzy osobnicy posuwają się tak daleko w swoim zachowaniu fanaberycznym, że oskarżają siebie samych o niegodne postępowanie, zbrodnię czy szaleństwo. Znam takie przypadki.

Kiedy sąsiad go poprosił, aby pokazał choćby jeden przykład, Wiktor powołał się na Józefa N. Nie chciał podać jego nazwiska, co poważnie osłabiło wiarygodność jego argumentu.

Wiktor rozlepił afisze zarządzając pierwsze spotkanie na godzinę jedenastą następnego dnia. Pięć minut przed czasem był już na miejscu. Poczekał do jedenastej pięć.  

– Dziś będziemy dyskutować o dezorientacji współczesnego człowieka. Dokładny temat to: „Czy jesteśmy zagubieni psychicznie w czasie i w przestrzeni?”. Ostatnio słyszę, jak ludzie powtarzają te same słowa:

– „Jesteśmy na samym krańcu przylądka wieków. Wczoraj umarły czas i przestrzeń”. Jest to jawne nadużycie, ponieważ to hasło pochodzi z Manifestu Futuryzmu ogłoszonego w 1909 roku, mającego rozpocząć rewolucję kulturalną. Wierzą w nie tylko ci, co nie znają historii myśli społecznej oraz ci, którym kilka fal epidemii tak utłukło rozum w głowach, że już nie potrafią myśleć inaczej, bardziej twórczo, znaleźć w swojej wyobraźni ziemi uprawnej, bogatej, na której mogliby wyhodować nową rzeczywistość. Ci z ubitymi myślami pozostali zamknięci w ciasnocie swoich kościołów, skostniałej wiary w Boga, pokoju partyjnego czy wypowiedziach ulubionych aktywistów, łżących w telewizji, w gazetach, na portalach internetowych oraz na wiecach partyjnych. Wszystkie te sytuacje przypominają mi zatęchłe klatki schodowe ponurej przeszłości.

– Mówi o ludziach, którzy dali się zaszufladkować – komentowali sąsiedzi z osiedla Aura, otwarci na rzeczywistość. – Niech Bóg będzie z nimi. Oni są już straceni. Musimy poczekać, aż ich czas przeminie.

Wiktor nie komentował tych wypowiedzi, tylko rwał naprzód ze swoim przekazem.  

– Poczucie zagrożenia i obcości pcha się do miast i wsi wszystkimi bramami, furtkami i dziurami w płotach. Widzę je wszędzie. Często zaczyna się ono całkiem niewinnie – podjął Wiktor, korzystając nadal z notatek. Widząc zainteresowanie tematem, po chwili mówił już z głowy.

– Najbardziej zagrożeni aberracją są najmłodsi. Ostatnio przypadkiem widziałem film dla młodzieży zatytułowany „Przysłowia”. Miał prostą fabułę. Chodziło o wiejską szkołę, w której dzieci ćwiczą i rozwijają wyobraźnię przypominając sobie przysłowia i tworząc własne. Przysłowia są notowane w zeszytach, wypisane na ścianach i tablicach, wszędzie można też znaleźć ich ilustracje graficzne. Obejrzałem ten film do końca. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że został on zaakceptowany przez ministra szkolnictwa. Domyślam się, że w grę musiały wejść znajomości lub łapówka, lub jedno i drugie. Producent filmu, reżyser, scenarzysta i ci, którzy go dopuścili do dystrybucji w szkołach, chyba upadli na głowę.

Odc. 37 Walka o dzieci

– To przerażający, szalony film – wyjaśnił Wiktor Cichy.

Po oczach słuchających go mieszkańców osiedla widział, że jego wystąpienie wzbudziło zainteresowanie.

– Film „Przysłowia” jest nie tylko kontrowersyjny, ale wręcz nienormalny; dzieci wcielają się w role katów i oprawców. Wyobrażacie sobie to? Gra z pozoru jest niewinna. Chodzi o przypominanie sobie i wymyślanie przysłów z wyrazami takimi jak kat, oprawca, morderca, dręczyciel, prześladowca i podobne. Są to mocne wyrazy, co według twórców filmu ma stymulować dziecięcą pomysłowość, wyobraźnię i fantazję. Nie wiem, kto zlecił i zapłacił za ten film, ale wiem, kto go reżyserował. Jego stworzenie musiało drogo kosztować, ponieważ w czasie kręcenia nastąpił tragiczny wypadek, potem drugi i trzeci, i do sądu trafiły pozwy o odszkodowania przeciwko producentowi i reżyserowi. Oskarżono ich o przekroczenie uprawnień, niedopatrzenie obowiązków służbowych oraz nieprzestrzeganie przepisów bezpieczeństwa pracy.

Wydarzenie nabrało publicznego rozgłosu za sprawą Grzegorza Koło, kierownika działu „Nowiny”, aktywnie wspieranego przez Pawła Isika, redaktora naczelnego Gazety Porannej.

– Wprawdzie sam nie mam dzieci … chyba że mam, jednakże nic o nich nie wiem … usiłował żartować Grzegorz – ale historię filmu „Przysłowia” wziąłem sobie na kieł. Dotyczy ona sporu między producentami i dystrybutorami filmów sprzedawanych dla osiągnięcia dochodu, a interesami społeczeństwa, w tym przypadku dzieci i ich rodziców. Producenci i dystrybutorzy bronią film „Przysłowia” na zasadzie konstytucyjnego prawa do wolności wypowiedzi i swobody artystycznej. Wyjaśnia to, dlaczego nie możemy zakazać pokazywania tego filmu w szkołach. To wielkie wyzwanie, ponieważ nie jest łatwo udowodnić związek między treścią filmu a jego wpływem na psychikę ludzką. Dlatego dołączam się do walki o szczęśliwe dzieciństwo. Ratujmy dzieci!

Ratowano dzieci czytając im bajki mądre, szlachetne w treści, zawierające w sobie piękno, a nie bajki o smokach, potworach i wypijających krew wampirach. Taka powinna być rzeczywistość – zapisał w prywatnym notatniku Grzegorz Koło, kontestator spraw bezproduktywnych, okrucieństwa, chciwości i zwykłej ludzkiej głupoty.

W obliczu trudnej, aberracyjnej rzeczywistości, tylko jednostki najbardziej niezależne i twórcze wracały do normalności zmieniając swoje sposoby myślenia i postępowania. Rok później Grzegorz Koło pisał już o dwóch nurtach zachowań. Entuzjazmował się tym rozróżnieniem.

– Pierwszy nurt jest realistyczny ale zachowawczy: „Jest tak jak jest, zróbmy tyle, ile można zrobić, działajmy tu i teraz”. Drugi jest bardziej teatralny, przez co skuteczniejszy, ponieważ przemawia do wyobraźni; kieruje się fantazją, ucieczką do przodu, groteską, wyobrażeniami, życiem w chmurach. Jego hasło to: „Obnośmy się ze swoją prywatną radością, entuzjazmem i miłością, przedstawiajmy wirusa jako zjawisko biologiczne o malejącym znaczeniu w przyrodzie”.

Odc. 38 Redaktor i premier

Po kilkunastu miesiącach – tyle czasu zajęło społeczeństwu oswojenie się z aberracyjną rzeczywistością – ludzie zaczęli dostrzegać i uczyć się, jak nie dać się utopić w nienormalności. Nie wiadomo dlaczego nazywano ich słabeuszami. Ich poglądy i opinie przedstawiał Grzegorz Koło. Konsekwentnie umacniał swoją rolę samozwańczego kronikarza miasta i kraju. Czynił to, lawirując między oczekiwaniami czytelników a schlebianiem rządowi wspierającemu media środkami przeznaczonymi na edukację społeczeństwa w czasach aberracji.

– Ci rzekomi słabeusze, to w istocie ludzie dobrze sobie radzący. To oni, a nie kto inny, odnaleźli się w literaturze, malarstwie, gotowaniu fikuśnych potraw, pozytywnych rozmowach o dobroci, rozmyślaniach, spacerach nad wodą lub po lesie, pomaganiu innym, dłubaniu w drewnie czy przy rowerze, opiece nad dziećmi, pisaniu wierszy, a nawet prowadzeniu tramwaju tak, aby się nie wykoleił. W ten sposób unikają jałowych rozmów o niczym, bezmyślnego stukania w klawiaturę smartfonu, alkoholizmu, depresji, cukrzycy i innych chorób cywilizacyjnych.

Premier Chudy widział rzeczywistość z innej perspektywy. Dla niego aberracja okazała się bardziej bolesna i wymagająca. Szukał nie tylko własnej drogi do sukcesu, ale i drogi powodzenia dla całego państwa. Kiedy wracał do domu po znojnym dniu pracy miał jeszcze tyle siły i samozaparcia, aby dzielić się z żoną wiadomościami.

– Na ulicy widziałem członków jakiejś nowej Armii Zbawienia głoszących dobrą nowinę. Mówili, że wirus i epidemia już nam nie grożą, uległy degradacji, stały się kalekami. Ci ludzie używają dziwnych sformułowań i teorii. Twierdząc, że wirus popełnił samobójstwo, przypisują mu cechy ludzkie. To prawdopodobnie antyszczepionkowcy, a na pewno maniacy i dewianci umysłowi. Tylko utrudniają mi życie, mnie i mojemu rządowi. Chyba powinienem kazać do nich strzelać.

Premier uspokoił się dopiero wtedy, kiedy żona zaciągnęła go do łóżka. Nastrój mu się poprawił, rozgadał się ponownie.

– Tylko miłość jest rzeczywista. Ale tylko ta prawdziwa. To znaczy taka, w której pożądanie i zaspokojenie fizyczne idzie w parze z autentycznym uczuciem do drugiej osoby.

– A jaka jest prawda twojej miłości? – zapytała go żona.

Wiedziała, co jej odpowie i nie czekając schwyciła go dłonią za penisa, aby pobaraszkować. Lubiła go prowokować, wzbudzać w nim pożądanie. Nie pozostał jej dłużny.

– W taki oto sposób łączymy piękne z pożytecznym, miłość z seksem, wyuzdanie z delikatnością. Jesteśmy wspaniali! – krzyknął premier.

Nie trwało to długo. Chwilę później przypomniał sobie siermiężną rzeczywistość: w pracy ma mnóstwo nierozwiązanych problemów a opozycja i duża część społeczeństwa uważają go za łgarza i łajdaka. To wypędziło go z łóżka, wywołując grymas niechęci na twarzy żony. Zignorował jej uczucia, miał własne sprawy do przemyślenia.

Jedna myśl męczyła go w szczególności. Wracała regularnie jak oprawca, aby go nękać. Kiedykolwiek pojawiło się coś wrednego do zrobienia, co szło przeciwko zdrowemu rozsądkowi lub przyzwoitości, natychmiast zdawał sobie sprawę, że ustępując Leonowi Buremu, sprzedaje się jak prostytutka.

– Ten właściciel firm, ludzi i idei, narzuca swoją wolę innym, wynagradzając ich sowicie, kupując ich dusze i sumienia zupełnie jak kawałek kurczaka w sklepie mięsnym na rogu. – To despota, ale jest mi z nim dobrze. Muszę tylko postępować wbrew własnemu sumieniu, oszukiwać siebie. Jestem zwykłym łajdakiem – mimowolnie głośno wypowiedział ostatnie zdanie.

Żona natychmiast zareagowała.

– Co ty pleciesz?! Jesteś bardzo atrakcyjnym mężczyzną i porządnym człowiekiem. Dbasz o rodzinę i kraj, choć coraz słabiej jest z twoim libido. To ładny wyraz, nieprawdaż – usiłowała odciągnąć męża od niedobrych myśli, zagadać go, zwracając uwagę na piękno słów i powaby własnego ciała.

– Prawdaż – mruknął, zagłębiając się w swoje nieszczęście.

Znowu czuł się podle. Pomyślał, że dopada go depresja jak tysiące innych ludzi. Bał się jej. Widział, jak potrafi dewastować najsilniejsze jednostki. Najbardziej jednak męczyło go sumienie.

Odc. 39 Przyjaciel Szymon

Szymona Karolaka Salomon znał od lat. Przez długi czas – głównie z uwagi na nadmiar własnych obowiązków – utrzymywał z nim sporadyczne kontakty. Spotkał go przypadkowo po wybudzeniu się społeczeństwa z letargu. Od tego czasu rozmawiał z nim częściej, głównie telefonicznie, bo mieszkali daleko od siebie. Dużo też korespondował z nim pocztą elektroniczną. Było to wygodne. Lubił to oderwanie od rzeczywistości, ponieważ Szymon często przebywał w świecie urojeń i fantazji i co jakiś czas podsyłał mu ciekawe wypowiedzi, obserwacje, klipy video i linki.

– Nic nienormalnego w nim nie widzę. On jest trochę nienormalny, będąc z zasady normalny. To cecha aberracyjnej współczesności. Człowiek nawet nie wie, kiedy wejdzie w bagno dezorientacji – tłumaczył Zuzannie, po kobiecemu krytycznej wobec niepraktyczności człowieka.

– Szymon jest jak duże dziecko – Salomon usiłował tłumaczyć przyjaciela. – Łatwo traci z oczu i pamięci to, o czym mówił przed chwilą, widzi przed sobą ciągle jakąś nową piaskownicę, wiaderko i ciężarówkę do przewozu piasku. Albo samolot odrzutowy kierowany sztuczną inteligencją, albo wielką firmę , którą sam tworzy a potem nią kieruje z wielkim sukcesem. Ostatnio założył farmę rasowych królików, budował drogę w Kongo i pośredniczył na wielką skalę w handlu między Europą i Chinami. To nieszkodliwy marzyciel, bajarz i entuzjasta. Któregoś dnia zapomni się, nadmucha i uleci w przestworza jak balonik nucąc po drodze piosenkę o księżycu.

W istocie Szymon był bardzo inteligentnym człowiekiem, miał szeroką wiedzę, niemało podróżował, dużo czytał. Chyba nie było tematu, który by go nie interesował. Salomon usiłował zwrócić mu uwagę na ten aspekt jego osobowości, aby się trochę bardziej kontrolował.

– Masz zainteresowania encyklopedyczne. Mógłbym wybrać dowolne hasło z Encyklopedia Britannica, chyba najobszerniejszej encyklopedii na świecie, i będziesz od razu mieć coś do powiedzenia na ten temat.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy pojawiła się u Szymona nowa cecha. Stał się namiętnym zbieraczem przeróżnych rzeczy, przeważnie niepotrzebnych. Oczywiście sam tak nie uważał. Przyznał się Salomonowi, że reagował szybko i spontanicznie, kiedy widział tanią okazję zaspokojenia potrzeb swoich, najbliższej rodziny lub społeczności, której pomagał.

– Kiedy zobaczyłem ogłoszenie kobiety oferującej bezpłatnie dwie szafy z półkami, wszystko w bardzo dobrym stanie, od razu zdecydowałem się je zabrać. Ponieważ sam nie mam dosyć miejsca, umieściłem jedną szafę w domu córki, drugą w domu ojca. Oboje buntowali się, kiedy zobaczyli nowy mebel, ale im powiedziałem, że wkrótce go zabiorę. To ich uspokoiło.

Tak było ze wszystkim: z książkami, nieużywanym rowerem turystycznym z przerzutką, sprzętem komputerowym, narzędziami stolarskimi. Salomon widział w tym podobieństwo do uznał to za początki kleptomanii.

Szymon miał też inną, ciekawą cechę – niezwykłą skłonność do zmiany tematu rozmowy.

– Rozpoczęcie rozmowy z nim o czymkolwiek prowadzi mnie zawsze na manowce – Salomon dzielił się obserwacją z Zuzanną. – Zaczniemy mówić o zbieraniu grzybów, wspomnę, że pojechałem na grzyby moim nowym samochodem i wymieniam jego markę, on natychmiast podejmuje temat samochodu i opowiada mi, jaki mu się szczególnie podoba oraz opisuje, jaki jest fenomenalny, jakie ma osiągi i gdzie można go kupić.

Odc. Oceny rzeczywistości

Poranny spacer po lesie w pogodny sierpniowy dzień dobrze nastroił Salomona. Było dosyć ciepło, postanowił napić się wody. Postawił plecak pod pniem wielkiej sosny i schylił się, aby wyjąć butelkę. Na głowie miał czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne. To go zgubiło; nie zauważył konara niebezpiecznie sterczącego z grubego pnia. Podnosząc głowę uderzył się boleśnie. Uznał to za przypomnienie, że dawno już nie rozmawiał z Zuzanną i Erazmem. Pozwalało mu to zapomnieć o bólu. Telefon Zuzanny nie odpowiadał. Miał więcej szczęścia do przyjaciela. Kiedy usłyszał jego głos w smartfonie, postanowił go zaskoczyć.

– Witaj, Erazmie. Czy nie sądzisz, że w rozmowach często bawimy się słowami i pojęciami, które większość ludzi traktuje poważnie?

– Czy ja wiem? Może w ten sposób łatwiej pozostajemy przy zdrowych zmysłach w czasach kiedy policjanci strzelają do ludzi, ponieważ nie reagują na ich słowa.

– O czym ty mówisz, Erazmie?

– Mówię o prawdziwym zdarzeniu. Policjant strzelił dwa razy do człowieka na ulicy, kiedy ten nie zastosował się do polecenia zakończenia głośnej kłótni z drugim osobnikiem.

– Może po prostu go nie zrozumiał lub nie dosłyszał w ferworze sporu? – Salomon usiłował znaleźć szybkie wytłumaczenie.

– To możliwe i chyba nie takie istotne. Myślę o czymś poważniejszym. O tym, że ktoś mówi: „Ja nie rozumiem dzisiejszego świata!”. Coraz częściej słyszę ten argument także z ust ludzi, których uważam za rozsądnych i inteligentnych.

– Zgadzam się z tobą. Możemy sobie pozwolić na to, że nie w pełni akceptujemy otaczającą nas rzeczywistość, ale nie możemy jej nie rozumieć. Gdyby było inaczej, czułbym się jak głodny królik w teatrze pobożnych aktorów bez szansy na ostateczne zbawienie.

– Nie żartuj. Mówiąc poważnie, coś mi się wydaje, Salomonie, że stajemy się społeczeństwem coraz bardziej niedorzecznym, może nawet głupkowatym w porywach, tylko trudno jest samego siebie do niego zaliczyć. Nikt nie lubi słuchać, że jest niespełna rozumu, albo że jest prostakiem lub chamem. Każdy z nas jest po części wadliwy, choćby przez to, że uczestniczy w szalonym korowodzie wynaturzonych ludzkich zachowań.

– Coraz więcej ludzi jest tego świadomych, może więc nie jest najgorzej. Po drugie, to kwestia proporcji. Jeśli jestem prymitywem w dwudziestu procentach, a każdy chyba jest, bo nieprzytomnie zaśmiecamy świat i robimy inne głupie rzeczy, to jest to do zaakceptowania. Jeśli jest odwrotnie, czyli w osiemdziesięciu procentach jesteśmy prymitywni, to zdecydowanie trzeba z tym walczyć. Ja nawet nie jestem pewien, czy Bóg jest tak doskonały, za jakiego go mamy. Gdyby tak było, nie mielibyśmy tyle głupoty i łajdactwa na tym ziemskim padole ludzkich łez smutku i radości wirusa. Myślę, że Bóg też ma prawo pogubić się w obecnym świecie – prowokując przyjaciela Salomon był pewien, że uzna jego słowa za zaproszenie do bardziej zdyscyplinowanego myślenia o rzeczywistości.

– Usiłujesz mnie sprowadzić na bezdroża filozofii, ale się nie dam – zaśmiał się Erazm, sięgając po filiżankę kawy, bez której nie wyobrażał sobie życia.

Za chwilę śmieli się obydwaj. Śmiech wyzwalał w nich dobry nastrój i chęć dalszego aktywnego życia.

Odc. 41 Zapowiedzi zmian

Zdewastowany przez epidemie świat nabierał dynamiki. Do głosu dochodzili ludzie rozumiejący aberrację i umiejący walczyć z odchyleniami od pozytywnych norm psychicznych i społecznych.

– Radzenie sobie z odstępstwami od normalnych zachowań jednostek, grup i społeczeństw, to minimum umiejętności nowego przywódcy. Musimy wymienić władze wszystkich szczebli. To światowa rewolucja, podobna jedynie do fali komunizmu, jaka kiedyś zalała Rosję. Musimy godzić się z ryzykiem popełnienia poważnego błędu wybierając na wysokie stanowisko kogoś, kogo praktycznie nie znamy.

W ciągu jednego miesiąca intensywnych debat i przetargów z udziałem przedstawicieli stu dziewięćdziesięciu trzech krajów zmieniono władze Organizacji Narodów Zjednoczonych. Sekretarzem generalnym został profesor psychiatrii z Zurychu, przewodniczący Światowego Towarzystwa Psychiatrycznego, Mateo von Steiner, w przeszłości wybitny tancerz baletowy i choreograf.

W kuluarach dyskutowano o tym wyborze. Najgłośniej perorował przedstawiciel jednego z gospodarczo-militarnych mocarstw „Wielkiej Trójki”.

– To człowiek na miarę naszych czasów. Zna się na tym, co dzisiaj jest najważniejsze. Wiemy, że jest doskonałym organizatorem. Jest osobą kontrowersyjną, ale to nieuniknione. Dziś każdy ma swoje poglądy, nikt tylko nie wie, które są mądre a które głupie. Nie przeszkadza mi, że to oryginał budzący emocje. Musi być inny niż dotychczasowi przywódcy, którzy dopuścili swoje narody do stanu klęski.

Dojrzałość, prężność i przedsiębiorczość wprost emanowały z Matteo von Steinera. Było to widoczne w jego sylwetce i zachowaniu. Mając sześćdziesiąt trzy lata poruszał się sprężyście, kiedy przemawiał, gracko unosił do góry obfitą czuprynę siwiejący włosów. Jego mocne szczęki sugerowały zdecydowany charakter. Dziękując za wybór na stanowisko sekretarza generalnego zaczął od słów:

– Musimy zmienić metody postępowania i rządzenia. Będziemy uczyć się wspólnie równowagi psychicznej na poziomie jednostki, grupy i społeczeństwa, posługując się metodami mało dotychczas praktykowanymi: rozważnej komunikacji, krytycznego myślenia, skutecznej analizy i syntezy, wyróżniania dobra i dyskryminowania zła. Musimy nauczyć się lepiej rozumieć życie przez sztukę, zwłaszcza taniec. Bez tego nie odzyskamy równowagi psychicznej, a bez niej nie poradzimy sobie ze zmianami klimatycznymi, nie obronimy środowiska naturalnego przed ostateczną dewastacją. Potrzebujemy wszystko zbilansować na nowo. Liczę na państwa współpracę.

Kiedy z sali padło pytanie, jakie dalsze kroki przewiduje, profesor odpowiedział uśmiechając się życzliwie.

– Zrobimy przerwę. To będzie nasz pierwszy krok. Odświeżcie się kawą, herbatą czy co kto chce. Wymieńcie się wizytówkami i poznajcie się,  a potem wróćcie na salę, to porozmawiamy. Ja w międzyczasie przygotuję slajdy ilustrujące zmiany, jakie kolejne fale epidemii wywołały w naszych umysłach i organizmach. Będziecie zaskoczeni ich formą i skalą. Potem przedstawię moje zamierzenia. Na pewno dojdziemy do porozumienia, jestem optymistą. Jestem profesorem psychiatrii, byłem tancerzem i choreografem, lubię sport i cenię kulturę i sztukę. Wiem dobrze, co to jest kreatywność, równowaga duchowa i szczęście. I jak do tego dojść. A tego właśnie nam trzeba: spokoju i poczucia szczęścia.

Wieczorem telewizje narodowe transmitowały przemówienie nowego sekretarza generalnego. Profesor na wstępie zaznaczył:

 – Moje wystąpienie ma charakter nietypowy, krytyczny i podsumowujący, dlatego proszę o wyrozumienie i cierpliwość. Moja praca będzie miała walory edukacyjne i motywacyjne, ponieważ wielu rzeczy musimy uczyć się od nowa. Dawne sposoby postępowania i myślenia nadają się do historycznego muzeum zapaści cywilizacyjnych a co najmniej do lamusa. 

Odc. 42 Sekretarz i przywódca

Po zakończeniu konferencji prasowej, profesor von Steiner odpowiadał na pytania. Od razu zaznaczył:

– Mamy nowe czasy, odwagi, prawdy i otwartości. Możecie pytać mnie o wszystko, nawet o moje czerwone skarpetki oraz o to, co sądzę o wolnym seksie i podboju kosmosu.

Dwaj dziennikarze z Pokuty testowali wiedzę nowego sekretarza w sprawach im najbliższych.

– Co pan sądzi, panie profesorze, o milionerze Leonie Burym, wschodzącej gwieździe politycznej? O tym, w jaki sposób dyskretnie rządzi Pokutą? Jak pan wie, to nowa nazwa kraju, którą parlament przyjął na jego wniosek. Odpowiada ona religijności społeczeństwa. Poczuciu, że musi ono zapłacić za błędy przeszłości, odbyć pokutę, aby móc dalej się rozwijać.

Sekretarz generalny sięgnął po szklankę wody, aby dać sobie czas na zastanowienie się, odświeżył się kilkoma łykami i wyjaśnił: 

– Powiem szczerze. Nie poznałem go osobiście. Znam tylko kilka opinii o nim. Jego metody postępowania są nietuzinkowe, budzą kontrowersje i obawy. Mam wrażenie, że w jego własnym kraju nikt nie wie, dokąd on zmierza. Obawiam się, że on sam też tego nie wie. Widziałem Leona Burego na nagraniu video na YouTubie, jak przemawiał. Zachowywał się dosyć dziwnie, jakby macał rękami w powietrzu, jak ślepiec. Nie jest to diagnoza, tylko obserwacja. Będę mógł państwu powiedzieć więcej dopiero jak się z nim spotkam i porozmawiam.

W kraju Bury cieszył się już rzeszą gorących zwolenników. Podobnie jak Matteo von Steiner był autorytetem, też kontrowersyjnym, ale w inny sposób. Miał niemało wrogów, najwięcej wśród anarchizujących artystów, ludzi wolnej natury, o których wyrażał się bardzo niepochlebnie. W swej wybujałej wyobraźni niektórzy z nich widzieli, jak rozgrzanymi do czerwoności obcęgami ściska naród i rysowali nocą swoje ponure wizje na murach i ścianach budynków publicznych. Jedną rączkę obcęgów trzymała epidemia dysząca zjadliwymi wirusami, drugą potwór o twarzy Leona Burego dyszący żądzą władzy. Ten obraz krążył w Internecie w formie memu z komentarzem:

– LB, smakosz władzy bezwzględnej, zimnej i wyrazistej jak złoty nóż i widelec na talerzu czekające na wybebeszenie i skonsumowanie delikatnego karpia. 

Były to czasy bolesnej szczerości i obywatele Pokuty nie krępowali się ujawniać szczegółów życia i postępowania jednostek uprzywilejowanych przez los. Anarchizujący młodzi socjologowie określali Burego jako socjopatę. Byli i tacy, co widzieli w nim psychopatę, przyznając, że może to być za daleko posunięte określenie.

– Bury obmyśla wszystko w swojej głowie, nie konsultuje niczego z nikim, nawet najbliższymi współpracownikami. Dlatego jest niebezpieczny. Dla niego wtrącić człowieka do więzienia to tylko sprawa procedury, jak uczynić to tanio i szybko – ostrzegali.

Opozycja chętniej odnosiła się do innego aspektu jego osoby. Według nich Bury miał poważny problem wizerunkowy. Był zbyt tęgi i niewysportowany. Widziano w nim abnegata, osobę nie dbającą o siebie.  Wróbel, przywódca opozycji, miał na ten temat jasny pogląd. 

– Garbi się i chodzi pociągając nogami jakby zdrowie zgubił. Człowiek o tak wysokiej pozycji społecznej ma obowiązek dbania o siebie. Nie jest to tylko sprawa wyglądu i sprawności fizycznej, ale dobrego samopoczucia społeczeństwa. Obywatele chcą, aby ich przywódcy byli zdrowi i sprawni. Stan przeciwny oznacza zwiększone ryzyko dla nich i dla państwa. Historia zna bolesne przypadki takich zaniedbań.

Odc. 43 Oczekiwania i nadzieje

Dusząca atmosfera aberracji rodziła nieoczekiwane owoce: teorie spiskowe, strach i oczekiwania silnej władzy. Nawet przejściowy brak pieczywa w sklepie na rogu kojarzono z nieudolnością władzy. W Pokucie, zdeformowanej długimi okresami wojen, niepewności i dominacji wiary nad rozumem, oczekiwania silnego przywództwa zyskiwały na popularności. Mając więcej wolnego czasu, ludzie czytali i rozmawiali wchłaniając w siebie jak gąbka sensacje i teorie bez pokrycia, jeśli tylko stwarzały pozory prawdy. Dyskutowano wszędzie, na przystankach tramwajowych, w windzie, w sklepie, na placach zabaw i na targu. Z wyjątkiem niedobitków świata lekarskiego nikt już nie wierzył w zbawczą moc szczepionek.

Najchętniej wypowiadali się ludzie prości, żyjący prawdą nieskażoną krytycznym myśleniem.

Inne kraje mają lepiej. Umiały się zorganizować. Wiedzą, dokąd zmierzają. Ich rządy pomagają różnymi pakietami pomocy, a ludzie odwzajemniają im życzliwością przy urnach wyborczych. A co u nas? Zawiść i niepewność. Nikt o nas nie dba.

– Ja to czytałam o krajach Ameryki Południowej. Niby takie zacofane, a umiały się zorganizować. Ograniczyły wirusa, rozkręcają gospodarkę, dają pracę obywatelom choćby przy produkcji trumien i kopaniu grobów na cmentarzu. Ale one wszystkie bez wyjątku mają rządy silnej ręki. Najwyraźniej jest to widoczne w Urugwaju, gdzie władzę objął nowy prezydent, dobry organizator, charyzmatyczny.

– Niech pani nie opowiada takich bzdur. To autorytaryzm, gdzie szaleją szwadrony śmierci. Czy chciałaby pani, aby ktoś wtargnął do pani mieszkania nocą, zabrał męża lub syna, oskarżył go, że roznosi ulotki oczerniające legalną władzę i zrzucił z helikoptera na wysokości dwóch kilometrów? Nie zostałaby po nim nawet mokra plama.

– Pan to chyba czyta niezdrowe kryminały. Rząd silnej ręki nie oznacza, że w kraju rządzi tyran otoczony siepaczami, mordującymi nocą niewinnych obywateli. Potrzeba nam kogoś, kto wie, dokąd mamy iść i umie to zakomunikować. Ktoś, kto zna przyszłość i pomaga ludziom dając im jakieś bony i vouchery, obniżając podatki, pokazując, jak godnie żyć.

Pod koniec lata, kiedy ludzie wrócili z wakacji, nasiliły się demonstracje i żądania zmian. Tłum częściej stawiał postulaty silnej władzy. Na jednym z wieców przemawiał przywódca opozycji, Wróbel. Jego słowa powtórzyła potem Gazeta Poranna, wahająca się między życzliwością wobec rządu a niezależnością.

Rząd premiera Chudego cienko przędzie. Taka jest prawda. Nie poradził sobie z prostym problemem szczepień, nie rozumie oczekiwań społecznych i zagrożeń. Zachowuje się nieporadnie jak dziewczynka z zapałkami z bajki Andersena. Podobnie zresztą jak poprzedni rząd, Ernesta Otto, zwanego Rudobrodym. Tamten koncentrował się tylko na infrastrukturze, kulturze i różnych fiubździu, i dlatego musiał odejść. Tylko my rozumiemy uczucia i problemy społeczeństwa, i potrafimy im sprostać.

Odc. 44 Ziemia obiecana

Na jałowej pustyni aberracji uwaga społeczeństwa skupiała się coraz bardziej na władzy.

– Potrzebujemy silnego przywódcy, silnej władzy, która nas wyprowadzi z tego bagna. To jedyna deska ratunku – ten motyw przewijał się powszechnie w rozmowach w domach, w pracy i na ulicy.

– To akt desperacji i wyczerpania umysłowego. Wygląda na to, że rzeczywiście tonący brzytwy się chwyta. Kto obieca większy i lepiej zaopatrzony sklepik, ten zdobędzie serce narodu – Grzegorz Koło wrócił na forum publiczne serią krótkich komentarzy przemawiających do osob najbardziej niepewnych swego losu.

Pytany przez redaktora naczelnego Dziennika Porannego, dlaczego pisze krótkie teksty odpowiadał.

– Są idealne na smartfon. Ludzie zmęczeni niepewnością są w stanie strawić tylko krótkie rzeczowe informacje. Dziś mało kto czyta dłuższy tekst. Chyba głowy się ludziom pokurczyły.

Leon Bury pierwszy zrozumiał naturę oczekiwań społeczeństwa. Myślał o tym intensywnie wieziony przez swego kierowcę do fundacji „Towarzystwo Dobroczynne Hosanna”.

– Liczą na to, że oto w aurze zwycięstwa zjawi się niezwykły wódz-rycerz-zbawca i zatroszczy o zwykłego obywatela, ścieląc mu drogę do sukcesu i szczęścia.

Zastanawiał się, jak to wykorzystać. Siedział ze zmarszczonym czołem na tylnym siedzeniu samochodu ze wzrokiem skierowanym w jeden punkt na suficie. Jakaś myśl skonkretyzowała się w jego głowie, przebłysk intuicji. Uśmiechnął się do siebie. Podjął postanowienie.

Po południu rozmawiał z swoim nowym sekretarzem osobistym, Rudolfem. Był to człowiek z rodziny. Miał do niego zaufanie. W rozmowie  łatwiej formułował myśli i plany. Zapalił się, oczy mu rozbłysły.

– Mam dwa przesłania, dwie myśli przewodnie, idealnie pasujące do oczekiwań społeczeństwa Pokuty. Jedno to „Ziemia obiecana”, tak jak w biblii, a drugie „Uwolnij się od ciężaru winy”. Obydwa mają potężny ładunek pozytywnych emocji i wiary. Te głupki z opozycji myślą tylko racjonalnie. To błąd i ja to wykorzystam. Potrzebujemy tylko dużo afiszów, banerów, transparentów i bilbordów z wypisanymi na nich hasłami, oraz moich spotkań ze społeczeństwem.

– I zwycięstwo mamy w kieszeni – dodał sekretarz entuzjastycznie, patrząc na Dobroczyńcę z podziwem.

Bury uwielbiał to spojrzenie. Żadna kobieta tak na niego nie patrzyła. Dlatego uważał je za osoby niższej kategorii.

– To wielka szansa dla nas wszystkich. Nie widzę w opozycji nikogo  przygotowanego do spełnienia tych oczekiwań. Moi konkurenci to nieudolne miernoty pretendujące do miana przywódców. Zorganizuj mi serię spotkań, coś w rodzaju manifestacji poparcia, będę przemawiać. W atmosferze pamięci o przeszłości skażonej wirusem oraz niepokojów obecnej aberracji, będę mówić tylko o przyszłości: Nie bezpośrednio, lecz roztaczając wizję kraju miodem, mlekiem i manną płynącego.

– Czyli ziemi obiecanej – wtórował mu sekretarz, myśląc już o sprawach jakie miał do załatwienia.

Odc. 45 Hasła i przemówienia

Co kilka dni Dobroczyńca występował publicznie i wygłaszał płomienne przemówienie. Powtarzał swoje hasła, nie zapominając mówić o Bogu, wierze i nadziei. Wizja ziemi obiecanej niejako sama umacniała się w społeczeństwie. Poczucie pewności, że idzie ku lepszemu, udzielało się także dzieciom, istotom najbardziej wrażliwym. Demonstrowały to słownie i zachowaniem.

– Ja czuję już zapach świeżutkich bułeczek maślanych, prosto z pieca. Tych, które najbardziej lubię z dżemem figowym.

– A ja moich lukrowanych pierniczków. Wprost je uwielbiam.

Grzegorz Koło, wprawny w analizie życia politycznego, dawał się ponieść nastrojom dzieci. Zachwycał się razem z żoną z entuzjastycznego używania słowa  „wprost” przez najmłodszego synka.

Tylko nienawiść do poprzedniej władzy i opozycji była domeną osób dorosłych. Dzielili ją między sobą złorzecząc i umacniając się w przekonaniu, że ich powodzenie najbardziej zależy od władzy. Bury wyjaśniał swoim współpracownikom, ciężko pracującym nad przyszłym zwycięstwem wyborczym:

– Ludzie pragną pewności, że jeśli nie ułożyło im się w życiu, to ktoś za to odpowiada. Kiedy mają na kogo zrzucić winę, spada im ciężar z piersi. Nie chcą słyszeć, że nie są bezwolni, mają wolny wybór i najwięcej zależy od nich samych, jak układa im się życie. I my to wykorzystamy. Nie ukrywajmy, że nasi przeciwnicy to łajdacy.

Myśl tę upowszechnił na wiecu jeszcze tego samego dnia.

– To oni, poprzednia władza, dzisiejsza opozycja, są winni waszego losu, problemów z jakimi się borykacie. Nie ukrywajmy, że to łajdacy, przestępcy i złodzieje. To oni was okradli z pieniędzy i nadziei.

Trzymając rękę na pulsie, Bury regularnie zbierał opinie o zmianach nastrojów społecznych i uważnie je analizował. Cieszyło go, że jego pozycja się umacnia. Obiecywał wtedy jeszcze więcej, uzupełniając luki w świadomości obywateli, czego im brakuje najbardziej i co jeszcze dostaną. Jego słowa powielały i potęgowały media:

– Zbudujemy więcej szpitali psychiatrycznych, zadbamy o bezrobotnych, udzielimy pomocy przedsiębiorcom, zakażemy wjazdu obcokrajowcom. To dlatego, że oni zabiorą wam pracę, której tak potrzebujecie. Zmienimy także zasady noszenia maseczek ochronnych w przypadku powrotu epidemii. Wszyscy pamiętamy ten kaganiec nakładany na twarze obywateli. Zmienimy wszystko na lepsze. Ja wam to obiecuję.

Ziemia obiecana była na ustach szczególnie osób uboższych. Krzywda i wina stały się słowami-wytrychami, działały na ludzi, powiększając zasoby uwielbienia dla Dobroczyńcy. Każdy wyobrażał sobie tę ziemię inaczej, a zarazem tak samo, kojarząc ją z dobrobytem, Bogiem i nadzieją. Były to słowa pojemne, pełne obietnic.

Za słowami Burego poszły czyny. Wkrótce pojawiły się na ulicach kuchnie masowej pomocy ludziom najuboższym i bezdomnym, poradnie pomocy psychicznej, tanie wakacje i upominki urodzinowe dla dzieci w wieku szkolnym.

– To wszystko kosztuje straszne pieniądze – ostrzegało Dobroczyńcę otoczenie najwierniejszych towarzyszy.

– Stać mnie na to. Traktuję to jako inwestycję. Zwróci mi się z nawiązką. Zresztą to nie są moje pieniądze, ale fundacji jakie założyłem, gromadzących środki ze składek, akcji dobroczynnych i darowizn. Nie jest tak źle – pocieszał Gustawa, sekretarza osobistego, który stał się jego najbardziej zaufanym łącznikiem ze światem zewnętrznym.

Obydwaj czuli powiew świeżości.

Odc. 46 Atrakcje popularności

Leon Bury zbierał siły do ostatecznego starcia. Organizował się. Pierwszym celem było wygranie wyborów prezydenckich, drugim parlamentarnych. Popierała go grupa ludzi, kiedyś zwana Misją Powszechnego Dobrobytu, która potem przekształciła się w Partię Powszechnego Dobrobytu. Kiedy uzyskał jej nieograniczone poparcie, przekształcił ją w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i wykupił od poprzednich członków. To był majstersztyk. Był z tego dumny. Nikt inny wcześniej tego nie zrobił. Wymagało to ekwilibrystki prawnej przy rejestracji, ale mając pieniądze był pewien i odpiął swego.

–  Trzeba być pomysłowym i przedsiębiorczym  – chełpił się wobec sekretarza Rudolfa. – Teraz jestem właścicielem spółki zrzeszającej ludzi złączonych wspólną ideą. Oficjalnie mamy na celu osiąganie zysków prowadząc działalność kulturalną, medialną, promocyjną, organizując konferencje, dystrybuując materiały reklamowe, w rzeczywistości jest to aparat władzy politycznej. I to ja decyduję o wszystkim. O tym kto i co robi, jakie ma uprawnienia i jakie ma wpływy. Ludzi są mi lojalni i oddani, bo partycypują w zyskach. To ich mobilizuje, bo jak zdobędziemy władze, to zarobią krocie, Oni wiedzą, że to potrafię. Jestem ich gwarancją sukcesu. Ale najpierw musimy zdobyć tę władzę, pełnię władzy. Nic innego mnie nie interesuje.

Miał marzenia. Widział siebie jako jedynowładcę typu orientalnego, otoczonego zbytkiem, przepychem i mężczyznami. Za kobietami specjalnie nie przepadał. Czuł się nieswojo w ich towarzystwie.

W miarę dojrzewania społeczeństwa do zmiany władzy, Bury coraz częściej rozmawiał z grupką najbardziej zaufanych towarzyszy. Wytypował sześć osób. Pięciu mężczyzn i jedną kobietę. Musiał to zrobić, aby zachować pozory partnerstwa. Kobieta była przykrywką i przynętą. Tłumaczył im swoje zasady.

– Walka o władzę jest bezwzględna. Przestudiowałem długą historię władców Sycylii i poznałem mechanizmy władzy. Czasy się zmieniły, warunki dzisiaj mamy inne, ale natura władzy i walka o nią nie zmieniły się. Nic a nic. Postęp techniczny otwiera przed nami kolosalne możliwości. Możemy je wykorzystać albo nie, to zależy od nas. Nie musimy mordować ludzi, aby ich usunąć. Możemy zniszczyć ich legalnie, zdeptać, sprowadzić do zera. Doprowadzić do tego, że sami będą pragnęli popełnić samobójstwo. Są środki i metody: presja medialna, teorie spiskowe, inwigilacja, propaganda i manipulacja opinią publiczną, nowe technologie, nowoczesne media, telewizja, nawet trolle. Powiem wam jeszcze, po co nam władza, bo możecie tego nie wiedzieć.  

Patrzyli na niego zdumieni. Zaskoczył ich swoją gwałtownością, otwartością i determinacją. Był kategoryczny i przekonujący. Dlatego milczeli, czekali, co będzie dalej. Blaszka, zaufany konfident, zmieniający przynależność jak gumowe rękawiczki ale zawsze lojalny wobec aktualnej władzy, poczuł wewnętrzne drżenie i napięcie mięśni. Bardzo pragnął awansu. Pochylił głowę i zamknął na chwilę oczy; przypominał sobie obietnice Burego.

Odc. 47 Rozmowy i plany

Bury prowadził poważną rozmowę z każdym ze swoich najbliższych współpracowników. Musiał być pewny, że go dobrze rozumieją i będą oddani jemu i sprawie. Blaszka stawił się pierwszy na naradę, piętnaście minut przed czasem. To była dobra okazja.

– Blaszko, jesteś członkiem ścisłego kierownictwa. Jesteś lojalny i uczciwy. Wiem to, bo dokładnie cię sprawdziłem, znam twoją przeszłość, każde miejsce pracy. Nie myśl, że prowadziłem w twojej sprawie jakieś specjalne dochodzenie. Każdego sprawdzam, bo muszę mieć do was pełne zaufanie. To dla bardzo ważne dla nas wszystkich.

Wygłaszając starannie przemyślane przemówienie, Leon uważnie obserwował rozmówcę. Blaszka siedział przed nim na krześle w pewnym oddaleniu, wyprostowany, z wyrazem uwagi na surowej twarzy człowieka nie umiejącego żartować i spracowanymi rękami równo ułożonymi na kolanach.  

– Twoją lojalność wynagrodzę ci po stokroć. Zasługujesz na to. Byłeś nikim, bo co to jest być ogrodnikiem, miałeś trudny i mało płatny zawód, a jesteś na drodze do wielkiego sukcesu. Dzięki mnie staniesz się znanym i bogatym człowiekiem. Mam tylko jeden warunek: musisz mi mówić szczerze o tym, co się wokół mnie dzieje i być wobec mnie całkowicie lojalny. Chcę, abyś miał oczy szeroko otwarte i śledził wszystko i wszystkich. Jeśli będziesz się dobrze sprawować, w co nie wątpię, zrobię  ciebie ministrem. Będziesz miał wielką władzę, pieniądze i wpływy. Ponieważ jesteś samotny, będziesz mógł mieć tyle kobiet, ile zechcesz, jeśli to dla ciebie ważne. Ale strzeż się, bo doskonale potrafią udawać i są niebezpieczne. Tylko rodzona matka nigdy nie wbije ci noża w plecy. Gdybyś mnie opuścił, a nie daj Boże zdradził, pożałujesz tego serdecznie. Stracisz wszystko, więcej niż to, co otrzymałeś. Czy to rozumiesz i akceptujesz?

Blaszka nie wahał się. Podniósł się z krzesła i patrzył prosto w twarz przewodniczącego Fundacji Powszechnego Dobrobytu. Stężała szarość powagi chwili wypełniła mu oczy. Wciągnął powietrze w płuca. Używał prostych słów człowieka nawykłego do ciężkiej pracy i niepowodzeń.

– Będę ci wierny tak jak mówisz, do grobowej deski. Jak ten pies. Jesteś dla mnie wszystkim. Nikt mnie tak nie traktował jak ty. Nic więcej nie powiem, bo sam wiesz najlepiej.

Blaszka wrócił świadomością do spotkania. Kiedy podniósł głowę, Bury kończył odprawę. Słyszał jego ostatnie słowa.

– To wszystko możemy wykorzystać. I zrobimy to, na początku dyskretnie, spokojnie i nie za szybko. Nic na siłę, bo ludzie muszą mieć czas, aby się przyzwyczaić.

Odc. 48 Praca i marzenia 

Pochylony nad stołem Dobroczyńca patrzył na luźne kartki papieru. Najchętniej pracował w gabinecie wieczorami, kiedy było cicho i mógł się skoncentrować. W zamyśleniu rysował cienkopisem na papierze kolorowe strzałki wskazujące na priorytety, cele i zadania. W końcu narysował drzewko decyzyjne. Kochał takie chwile. Przypominając mu dzieciństwo i zabawy z matką, uruchamiały wyobraźnię i determinację. Było w tym coś niewinnego, związanego z domem rodzinnym,  a zarazem niezwykle poważnego.

Pracując, Bury dzielił się myślami ze swoim osobistym sekretarzem. Rudolf był jego powiernikiem. Sam to kiedyś określił w zaskakujący sposób.

– Zwróć uwagę, że jestem twoim najbardziej zaufanym człowiekiem, Leonie. Prawdziwym totumfackim. Odpowiada mi to, bo lubię wygodę, luksus i pieniądze. Dużo pieniędzy.

Siedzący obok w fotelu Rudolf przyglądał mu się dyskretnie. Lubił patrzeć jak Leon pracuje. Obserwował go i zastanawiał się nad najbliższą przyszłością. Myślał o wakacjach na wyspach pacyficznych. W Internecie widział ofertę biura podróży: domek tuż przy plaży z palmami na zielonej wyspie Archipelagu Tonga. Była to właściwie urocza chatka z płaskim dachem, drzwiami i dwoma oknami oraz pomostem wybiegającym prosto w ocean. Widok z okna przedstawiał oszałamiająco połyskliwą wodę. Jasnożółta przy brzegu przechodziła stopniowo przez coraz ciemniejsze zielenie w granat. Poczuł ciepłą bryzę i rozleniwiający zapach tropiku. Tylko raz był w takim miejscu. Rozmarzył się i zamknął na chwilę oczy. Przebudził go męski głos.

– Oprócz ciebie, Rudolfie, nikt nie wie o rodzącym się we mnie planie. Jest jeszcze zbyt wcześnie, ludzie muszą do tego dojrzeć. Czytałem „Folwark Zwierzęcy” Orwella. Krytycy uważają tę książkę za przypowieść, alegorię, dla mnie jest ona księgą życia. Pożyczam od autora pomysły, nawet te najbardziej szalone. To, co mi przyszło do głowy, nazwałem roboczo zwierzęcym trójpodział władzy, w skrócie „3P”. Widzę to tak:

– Ja jestem przywódcą stada, samcem Alfa. Nic robię nic, tylko rządzę, wydaję rozkazy i polecenia, w razie potrzeby dyscyplinuję. Po mnie idzie premier, jest pracowity jak wół roboczy i oddany jak pies. To on ponosi za wszystko odpowiedzialność. Trzeci z kolei jest prezydent, od niego zależą pewne urzędowe decyzje. Muszę go jakoś nazwać – Bury zastanawiał się podnosząc oczy w górę w kierunku lampy.

– Prezydent to ważna figura. Oficjalnie głowa państwa. Ale dla pana … przepraszam … dla ciebie, Leonie, to listek figowy.

Rudolf miał sobie za złe, że się zapomniał. Poufałość z potentatem była tak świeżej daty, że wciąż zapominał mówić mu po imieniu.

– Dlaczego figowy? – w pytaniu Burego było więcej ciekawości niż zdziwienia.

Sekretarz śmiało dokończył myśl. Miał w sobie pewność, że się spodoba.

– Bo może zasłaniać twoje mniej udane działania i decyzje. Ten człowiek będzie ci służyć za parawan. Jestem pewny, że będziesz go swobodnie przesuwać po szachownicy twoich planów.

Dobroczyńca popatrzył życzliwie na swojego wybrańca i uśmiechnął się dobrodusznie. Podobały mu się jego słowa, dowcip i swobodna trafność obserwacji. Poczuł ciepło w sercu. Wyciągnął ręce, aby go uściskać. W odpowiedzi usłyszał tylko:

– Nie teraz, później. Mam jeszcze coś ważnego do skończenia. Zależy mi na tym, abyś to ty rządził krajem. 

Odc. 49 Rodzinne wspomnienia

Leon Bury popatrzył na fotografię matki na biurku i przypomniał sobie dzieciństwo. Naszły go wspomnienia. Nazywał ją Mamusią a czasem Mamunią. Obydwie formy jej się podobały. Dla niej był ósmym cudem świata. Ojca niewiele pamiętał z wyjątkiem sumiastych wąsów. Dziwna rzecz, to one najmocniej utkwiły mu w pamięci, jakby to miało jakieś szczególne znaczenie. Ojca najczęściej nie było w domu, miał pracę wymagającą częstych wyjazdów w odległe regiony kraju. Tak mówiła mu matka. Rodzice nie darzyli się wielkim uczuciem.

Oddalenie ojca i matki od siebie oraz brak poczucia bliskości ojca wobec niego chyba źle na Leona podziałały, bo i jemu nie ułożyło się życie rodzinne. Miał za sobą nieudane małżeństwo. Trwało tylko trzy tygodnie. Matka serdecznie go wspierała, była jego prawdziwą ostoją w tym trudnym czasie. Była wyrozumiała, tłumaczyła mu cierpliwie:

– To dobra dziewczyna, chce jak najlepiej, tylko jej się to nie udaje. Ma w sobie miłość ale nie ma cierpliwości. Wciąż stawia ci jakieś wymagania. Co to za pędzenie do przodu? To ciągłe nukanie: „Zrób to, zrób tamto, czemu nie chcesz mi pomóc, czy nie możesz sam pojechać dziś do pracy, bądź że wreszcie mężczyzną i podejmij decyzję”. Żeniąc się popełniłeś, synku, błąd, ale nie musisz się unieszczęśliwiać na całe życie. Jesteś dobrym człowiekiem i zasługujesz na lepszy los. Każdy z nas zasługuje.

Matka mówiła to szczerze i Leon jej wierzył. Nie dał na nią powiedzieć złego słowa, zwłaszcza kiedy ojciec tłumaczył mu, że nie ma ludzi idealnych ani niezastąpionych.

– Każdy ma swoje wady, twoja matka również. Ona cię zdominowała. Czy zwróciłeś uwagę, jak wypowiada się ciągle w twoim imieniu?

– „My lubimy to, my nie lubimy tamtego” czy też „Wiem najlepiej, co memu synowi dobrze służy a co nie”. Ona traktuje cię jak swoją własność.

– Jestem przecież jej synem. To chyba normalne – usiłował bronić się Leon. Nie był pewien, czy broni siebie czy matki.

Ojciec nie ustępował. Miał swoje argumenty i obserwacje.

– Ona nawet nie potrafi powiedzieć o tobie w moim towarzystwie „nasz syn”, tylko „mój syn” lub „mój Leoś”. Ponadto, co to za forma „Leoś”? Jesteś już przecież dorosły.

– To chyba powszechne, że ludzie używają zdrobniałego imienia zwracając się do syna lub córki czy do przyjaciela. Do ciebie też mówią: Józek, a nie Józefie.

– Tak, ale nie w każdej sytuacji. Podając czyjeś imię i nazwisko w urzędzie czy w aptece nie mówi się „Leoś” tylko „Leon”.

Kiedy sąsiadka zażartowała wspominając coś o Leonie, że nawet papież się myli, pani Bury odpowiedziała jak najbardziej poważnie:

– Tak. Ale nie mój Leoś. On się nie myli. Wiem to doskonale, bo nieprzerwanie z nim przebywam. Nikt nie zna go lepiej.

Odc. 50 Walka o władzę 

Rudolf bez pukania wszedł do gabinetu Leona Burego. Wyglądał na zamyślonego. W ręku trzymał mały bukiet dwukolorowych goździków. Bez słowa podszedł do bocznego stolika, sprawdził, czy w smukłym flakonie jest woda i powąchawszy kwiaty wkładał jeden po drugim do środka.

– To twoje ulubione kwiaty i kolory – rzucił niezbyt głośno w kierunku biurka jakby bojąc się przerwać zamyślenie pryncypała. – Moje zresztą również.

Darczyńca otrząsnął się ze wspomnień o rodzicach i nieudanym małżeństwie, podszedł do sekretarza, objął go serdecznie ramieniem i pocałował w policzek. Rudolf zmieszał się, na jego policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Czuł się coraz lepiej z dużo starszym od siebie mężczyzną. Myślał o nim z wdzięcznością. Od czasu, kiedy został sekretarzem osobistym, jego problemy się skończyły. Po przerwaniu studiów socjologicznych źle mu się wiodło. Nie miał stałej pracy ani pieniędzy. Teraz miał wszystko, czego potrzebował. Leon nie żałował mu niczego.

– Powinieneś zatrudnić specjalistę do spraw komunikacji społecznej – powiedział, obracając się nieznacznie w kierunku okna, aby ukryć zmieszanie. – Mógłbyś skorzystać z jego wiedzy i doświadczenia i poprawić skuteczność swoich działań.

– Myślisz, że nie jestem dostatecznie skuteczny?

– Nie! Nie! … ale myślę, że możesz się jeszcze wiele nauczyć. Na przykład dowiedzieć się, czy jesteś przywódcą pozycyjnym czy behawioralnym.

Leon podszedł do biurka, powoli odsunął fotel i usiadł. Rudolf zaskoczył go pytaniem. Nie chciał tego pokazać po sobie. Wydało mu się bardzo teoretyczne.

– A jak ty oceniasz moje przywództwo? Ciekaw jestem. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym.

– Masz charyzmę. Masz w sobie coś, co pociąga ludzi. Umiesz mówić skrótowo, ale tak, że cię rozumieją. Są zmęczeni obecną sytuacją, otaczającymi ich absurdami, poczuciem zagubienia, a ty im dajesz nadzieję zmian na lepsze. Twoja idea ziemi obiecanej jest po prostu genialna. Masa osób ci uwierzyła, nie tylko cię popierają, ale darzą cię zaufaniem. Naprawdę umiesz wpływać na ludzkie emocje, wywoływać je i ukierunkować. Obarczenie poprzednich rządów odpowiedzialnością za ich los to też fantastyczne posunięcie.

– Rudi, ty mnie naprawdę …. Leon chciał powiedzieć coś ważnego, ale zawahał się … Dziękuje ci za tak pozytywną ocenę. W gruncie rzeczy zgadzam się z tobą, ale nie jestem takim idealistą jak ty. Jestem chyba bardziej bezwzględny. Nauczył mnie tego biznes. Muszę liczyć się z możliwością użycia siły perswazji, pewnego przymusu, nawet przekupstwa.

Widząc zaskoczenie w oczach Rudolfa dodał uspokajająco …. oczywiście w granicach akceptacji. Ludzie skłonni są wybaczyć wiele rządowi, który jest ich rządem. Każdy nosi w sobie dobro i zło. Studiowałem historyczne formy rządzenia. Nie ma rządów ani władców idealnych. Każdy ma słabości. Czasem okoliczności zmuszają przywódcę do podejmowania kontrowersyjnych decyzji. Takie jest życie. Będę musiał się z tym zmagać. Mam przed sobą tyle wyzwań, że …. Pomożesz mi, Rudi? – zapytał zachęcająco.

– Oczywiście. Jak najbardziej. Chyba nie muszę cię zapewniać, jak bardzo jestem ci oddany. Jesteś dla mnie wszystkim.

Sekretarz poczuł się szczęśliwy, kiedy Leon użył imienia Rudi. Tak zwracali się do niego tylko rodzice i bracia. Nikt inny. Nawet siostra, niewiele od niego młodsza, tak go nie nazywała. Dla niej był zawsze Rudolfem lub Rudasem, kiedy chciała okazać mu swoje niezadowolenie. Nigdy się nie dowiedział, dlaczego była mu nieżyczliwa.

Odc. 51 Oceny 

Bury podszedł do niego i objął go ramieniem. Tym razem Rudolf przyjął to spokojnie, lecz delikatnie usunął rękę pryncypała z ramienia. Swoim zachowaniem sygnalizował wyraźniej niż słowami: – Przepraszam cię, nie mamy czasu na pieszczoty w tej chwili, są ważniejsze sprawy do omówienia.

Leon odebrał to ze zrozumieniem.

– Opozycja rzuca ci kłody pod nogi, drogi Leonie. Będą ci robić problemy, oczerniać cię. Gazeta Poranna przedstawiła przemówienie Wróbla, przywódcy opozycji, jako żywe i pełne obietnic, choć nie płomienne. Czytałeś je? Mnie się nie podobało.

Bury skwitował wiadomość skrzywieniem ust.

– Banały i ogólniki. Czego zresztą można spodziewać się od Wróbla? Przyleciał, poćwierkał, poćwierkał i odleciał, pozostawiając po sobie odrobinkę nawozu naturalnego. Nawet chwast na tym nie wyrośnie. Powinni mu kupić złotą klatkę i przemalować na kanarka. Może wtedy jego głos będzie się ludziom bardziej podobać.

Leon Bury był górą. Notowania opozycji spadały, a jej usiłowania skompromitowania Burego nie przynosiły efektów. Wręcz przeciwnie. Wyglądało na to, że im bardzie jest krytykowany, tym bardziej sympatia i poparcie społeczeństwa przesuwały się w jego stronę.

Erazm i Salomon nie mieli wątpliwości: hasło „Ziemia obiecana”, przypisanie poprzednim rządom win za ludzkie niepowodzenia, plus fundacje i dobroczynne akcje Burego zapewniały mu przewagę nad konkurencją.

– Szczwany lis. Obiecuje dużo, ale w taki sposób, że nie będzie mu trudno wywiązać się z przyrzeczeń, jeśli zdobędzie władzę. Jest religijny i demonstracyjnie obnosi pobożną twarz na tych swoich krzywych nogach w procesjach chętnie transmitowanych przez telewizję Rubach i Spółka. Są u niego na garnuszku. Jego fundacje głównie u nich się reklamują – Erazm nie krył swojej niechęci.

– Podejrzewam, że wziął cichy ślub z prymasem Ludwigiem, głową Kościoła Boga Wyrazistego. To najbardziej wpływowy kościół w naszym kraju. Umieją przyciągać wiernych. Tylko u nich księża wychodzą przed drzwi kościoła po zakończonym nabożeństwie, aby pożegnać się z wiernymi i przy okazji wyszeptać jakieś miłe słówko lub pochwalić.

– Nawet jeśli to nie jest jeszcze ślub, to z pewnością zapowiedzi. Ręka rękę myje. Wzajemnie się wspierają. Czasem myślę, że Bury planuje jakiś bliższy związek państwa i kościoła. Ta myśl nie jest mu obca. W wywiadach robił zawoalowane aluzje.

– Słyszałem, że Bury w dzieciństwie był wzorowym ministrantem. Matka go do tego zachęcała, bo ojciec kościoła nie znosił. Stary anarchista. Nazywali go lewicującym anarchistą. Inteligentny człowiek, ale nie lubiany, bo miał zwyczaj mówienia ludziom prawdy w oczy.

– W ostatnią niedzielę Leon nosił baldachim nad Ludwigiem w czasie procesji. Lubią się nawzajem, choć tego nie pokazują.

Najwięcej dobrej reklamy robiły Buremu Gazeta Poranna oraz telewizja Rubach i Spółka. Nawet w przypadku wpadki Dobroczyńcy ich relacje były ostrożne i wyważone. Pisali dużo i pozytywnie. Szczególnie o roli wychowania i edukacji młodzieży. O znaczeniu religii i wiary w historii kraju.

– To życzliwość kupowana. Wszystkie firmy i cała ta burowska armia zbawienia dają im swoje ogłoszenia – Salomon przeszedł do podsumowania. Śpieszył się, miał jeszcze sprawy do załatwienia. Przekroczył już dwukrotnie swoje piętnaście minut wydzielone na rozmowę.

– Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek – Erazm lubił popisać się przysłowiem.

– Chyba … i diabłu zegarek – zakończył Salomon. – Ludzie lubią upominki.

Odc. 52 Poszukiwania

Noc była chłodna i jasna. Księżyc co raz wychylał się zza chmur i wlewał blaskiem do sypialni przez duże, niezasłonięte okno. Leon Bury leżał przykryty po szyję cienką kołdrą puchową i rozmyślał. Sen z oczu spędzały mu wybory prezydenckie. Były ważne, nie mógł ich zaniedbać. W jego dalekosiężnych planach prezydent był zbyt znaczącą osobą, aby nie mieć go po swojej stronie. Leon patrzył w sufit rozjaśniony bladym światłem księżyca i szukał w myślach stosownego kandydata.

Rano w małej jadalni zastał już Rudolfa. Dobroczyńca miał wrażenie, że coś się w nim zmieniło i wzrokiem ogarnął wnętrze: długi dębowy stół, sześć krzeseł, dwa małe żyrandole, nieproporcjonalnie duże lustro, w rogu małe pionowe okno z regulowaną roletą i stojące obok drzewko w donicy. Rudolf siedział po stronie stołu zapewniającej widok na ogród. Z boku miał przed sobą bajecznie kolorowy obraz muskularnie zbudowanego Afrykanina tańczącego z ptakami, w tle widoczne były symboliczne zwierzęta afrykańskie. Leon kupił go w upominku dla podopiecznego, z okazji której już nie pamiętał. W głowie pozostało mu tylko egzotyczne nazwisko malarza: Put-Ifar.

Powiedział głośno: – Dzień dobry, Rudi. Cieszę się, że razem zjemy śniadanie.

Usiadłszy na krześle, dodał usprawiedliwiająco:

– Czuję się trochę wypluty. Nie mogłem spać, męczyły mnie myśli o kandydacie na prezydenta. .

– Też zastanawiałem się nad nim. Tylko mnie nie pozbawił on snu. Nie musiałem myśleć wiele. Znalazłem go bardzo szybko.

– Co ty wymyśliłeś, Rudi? To nie takie proste. Ustaliliśmy, co jest ważne: dobra prezencja, nie starszy niż czterdzieści pięć lat,  rozsądny, sprawny mówca, poglądy zbliżone do moich. Przepraszam, do naszych. Czy to łatwo kogoś takiego znaleźć?

– Miał także reprezentować tradycyjne wartości. Znaczy się być osobą wierzącą i patriotą. Ja uznałem, że najważniejsze jest, aby to był pewniak.

– Czyli…?

– Ktoś, kto już sprawdził się w boju – Sekretarz wyprostował się dumnie na krześle i obrócił głowę w kierunku rozmówcy. 

– Czyli kto? Nie męcz mnie więcej, Rudolfie! Powiedz od razu, kogo masz na myśli – Leon poczuł się trochę zdegustowany prostotą rozumowania sekretarza. – O kim wiemy dostatecznie dużo, jakie ma poglądy, co myśli, jak się zachowuje, co i jak mówi?

– A o kim wiemy najwięcej? O obecnym prezydencie, Jonaszu Dydze zwanym Lambrekinem. Nie jest to ideał, ale da się urobić. Ty to potrafisz. Ma dla ciebie szacunek, jesteś bogaty i znany. Nie ma też pewności, że jeśli wystartuje sam, to wygra. Potrzebuje sponsora, że tak powiem. Dlatego uważam go za najlepszego kandydata.

Siedzący po drugiej stronie stołu gospodarz zmarszczył brwi. Zastanawiał się. Rudolf nie pozostawiał mu czasu do namysłu. Przejął inicjatywę, parł do przodu. Obydwaj czuli, że ma rację.

– Daj się przekonać. To człowiek sprawdzony. Wiemy dokładnie, jaki jest – nalegał Rudi, nakładając na talerz wędlinę.

– To żaden geniusz, tylko człowiek niezdecydowany, podatny na wpływy. Ma też słabości – replikował Bury. Mimo sprzeciwu, był zadowolony z przebiegu rozmowy. Uśmiechnął się lekko.

– No właśnie – podchwycił Rudolf. – Najczęściej nie ma własnego zdania. Lubi słuchać innych, zanim wyrobi sobie opinię i podejmie decyzję. Dlatego to idealny kandydat dla nas. Ty jesteś potentatem, masz wpływy. Jesteś jego ideałem. Jeśli tego jeszcze nie wie, to łatwo mu to wytłumaczysz. Zaproś go na obiad tutaj, do rezydencji. Będzie to okazja, abyś go wyspowiadał.

Odc. 53 Rozmowa przy obiedzie 

Kiedy pod dom podjechała wielka limuzyna prezydencka, poprzedzona przez samochód ochrony, Bury czekał już na podeście schodów wejściowych, aby powitać gościa.

– To będzie spotkanie połączone z małym przyjęciem, panie prezydencie. Jestem kawalerem. Nie mam licznej rodziny, co skłania mnie do skromniejszego życia. Mam tylko sekretarza osobistego. Chętnie przedstawię go panu.

W czasie obiadu Leon Bury był skoncentrowany i czujny. Słuchał gościa z wielką uwagą. Wydawało się, że każdy szczegół życia prezydenta jest dla niego ważny i interesujący. Słuchając, czasem tylko zadawał pytanie o jakiś szczegół, a także, aby wyrazić uznanie.

– Wszystko udaje się panu doskonale, panie prezydencie. Także rodzina. Ma pan wspaniałą żonę. Wiem, że ma pan też trojkę dzieci. Chętnie poznałbym ich imiona i dowiedział się, jakie mają zainteresowania. Musi to być fascynujące, chyba także i trudne, wychowywać trojkę dorastających dzieci.

W czasie obiadu prezydent pił czystą wódkę. Po jego zakończeniu, po przejściu do salonu, poprosił o dodawanie mu do napoju odrobiny Coca Coli.

– Proszę ostrożnie z alkoholem. Alkohol mi służy, ale chcę wyjść od pana na własnych nogach – Uśmiechnął się przy tym tak wylewnie, że Bury pomyślał, że jest to jego niewyszukany sposób żartowania, rodzaj przytłumionego humoru, o którym mu donoszono.

Gość czuł się tak dobrze, że zapominał się, ile pije. Widząc to, Dobroczyńca chętnie mu dolewał, pilnując, aby w wysmukłej ozdobnej szklanicy prezydenta nie brakowało alkoholu. Było to wbrew zasadom dyplomacji; żaden z nich nie zwracał uwagi na takie drobiazgi w niezwykłe przyjaznej atmosferze dyskusji.

Rudolf podsłuchiwał ich przez dyskretnie uchylone drzwi salonu. Uzgodnił to wcześniej z Leonem. Podziwiał jego kunszt prowadzenia rozmowy. Droga postępowania Dobroczyńcy była przemyślana i misterna. Budując stopniowo prawie teatralną atmosferę wzajemnego zaufania, na początku używał oficjalnej formy „Panie Prezydencie”, potem „Drogi Panie Prezydencie”, następnie „Kochany Panie Dyga”, potem „Szanowny Panie Jonaszu”. W końcu mówił prezydentowi po imieniu, cały czas manewrując tak, aby ten zwracał się do niego przez „Pan”. Było to o tyle zrozumiałe, że Bury był znacznie starszy, niezwykle majętny, powszechnie znany i wpływowy. Rudolf nie pamiętał, aby ktoś oprócz niego mówił mu po imieniu. Była to forma intymności, na którą nikomu nie pozwolił z wyjątkiem Rudolfa.

Porzucając myśli o sobie, sekretarz skoncentrował się na dialogu w salonie.

– Masz, Jonaszu, niezwykle piękną karierę za sobą. I zapewne jeszcze bardziej imponującą przed sobą. Mamy teraz ciężkie, ale i ciekawe czasy. Wirus Dracula, epidemia, letarg, a teraz ta tragiczna w skutkach zapaść intelektualna i psychiczna. W ciągu niecałych trzech lat doprowadziła nasze społeczeństwo do ruiny. Jest tyle do zrobienia. Ludzie są otumanieni, chodzą jak we mgle, nie myślą. Co sądzisz o tym wszystkim i o obecnym rządzie? Mamy tyle wspólnych pomysłów.

Kiedy się rozstawali, byli w wielkiej komitywie. Prezydent wychodził rozanielony, podtrzymywany przez gospodarza, zapewniającego go o swoim niekończącym się poparciu wyborczym. Przed ostatecznym rozstaniem się przypomniał sobie, co miał jeszcze powiedzieć.

– Bardzo cię proszę, Jonaszu, abyś nie zapomniał przekazać moje najserdeczniejsze pozdrowienia swojej uroczej małżonce.

Odc. 54 Rozmowa prezydenta z żoną

Letycja Dyga snuła się po salonie zniecierpliwiona, kiedy wreszcie wróci mąż i opowie, jak mu poszło na obiedzie z Leonem Burym. Zżerała ją ciekawość. Nie przyznałaby się do tego nawet na Sądzie Ostatecznym, ponieważ serdecznie nie znosiła Burego. Nie rozmawiała o nim z nikim z wyjątkiem przyjaciółki, małomównej, samotnej starej panny. Darzyła ją zaufaniem. Mówiła otwarcie,  nie owijając spraw w bawełnę.

– Leon Bury jest zbyt bogaty, wpływowy i ambitny, aby mu ufać. Spotkaliśmy się kilka razy nieformalnie. W dodatku pogardza moim mężem. Czuję to prze skórę. Jonasz nie jest orłem, ale też nie wyskoczył sroce spod ogona. Ostatecznie to, że pobraliśmy się, dobrze o nim świadczy. To jego największa zaleta: podejmowanie od czasu do czasu rozumnych decyzji, bo zazwyczaj bywa niezdecydowany.

Letycja była ambitna, wykształcona, dobrze się ubierała, mówiła kilkoma językami. Nie była zwolenniczką kandydowania męża na stanowisko prezydenta. Uważała, że sobie nie poradzi, tylko się zblamuje. Bała się panicznie chorób. Mąż na stanowisku prezydenta mógł rozwiązać ten problem. To przeważyło szalę.

– Kiedy już będę prezydentem, będziesz ubierać się u najdroższych krawców i mieć dostęp do najwybitniejszych lekarzy i najlepszej opieki lekarskiej – to ją ostatecznie przekonało.

W dniu spotkania Jonasza z Burym, nie pokazywała po sobie, jak bardzo interesują ją jego przebieg i wyniki. Kiedy przyjechał do pałacu, zachowała spokój, jakby wrócił z przechadzki po parku.

Miała ku temu swoje powody, które on nazywał kobiecymi i uważał za niezrozumiałe. Kłócili się czasem o to, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ oboje wiedzieli, że nie dojdą do porozumienia.

– Kobieta i mężczyzna to dwa różne twory, o różnej wrażliwości. Idealnie pasują do siebie tylko w łóżku, zespoleni jak orkiestra pod batutą dobrego dyrygenta – to była jej definicja i on się z nią zgadzał.

Poza tym układało im się nieźle. Letycja miała na ten temat swoje poglądy.

– Twoje stanowisko, kochanie, bardzo mi odpowiada. Mam dostęp do wszystkiego. Dobrze jest być żoną człowieka, którego ludzie całują w dupę nawet wtedy, kiedy na to nie zasługuje, bo oczy zasłania im splendor urzędu i wspaniałego pałacu. Urząd prezydenta a człowiek, który go pełni, czasem pasują do siebie jak pięść do nosa, wół do karety lub nawóz do kwitnącej wiśni. Mówię to pod adresem wszystkich prezydentów, byłych, obecnych i przyszłych – powiedziała to wtedy, kiedy pokłócili się serdecznie o jakąś głupotę.  

Rozmowę o spotkania i obiedzie z Leonem Burym rozpoczął sam prezydent. Mówił nieco bełkotliwym głosem, ale składnie. Letycja od razu to zauważyła.

– Ten Bury … Jaki on tam Bury?  … Nazwisko zupełnie nie pasuje do charakteru. To już lepiej Dobroczyńca. To bardzo przyzwoity i uroczy człowiek. Widzę przy nim wielką szansę wybicia się, bycia użytecznym. Jest niezwykle bogaty. To milioner, mówią nawet, że miliarder. Z wyglądu jest dziwny, nieco staroświecki, jakiś taki … nieokreślony, ale ma taki ciepły głos. Radził się mnie w tylu spawach! Pytał się także o ciebie i rodzinę. Chciał nawet znać imiona dzieci i ich zainteresowania.

Odc. 55 Żona prezydenta i Dobroczyńca

– Mam wrażenie, że chciałbyś mi powiedzieć, że sądząc po sposobie mówienia i głosie Bury to typ taki raczej kobiecy, bardzo ciepły i serdeczny – przerwała prezydentowi mu żona. – Też to zauważyłam, ale nie zwracam uwagi na takie rzeczy, bo ludzie mają różne odcienie głosu. Dzisiaj zresztą nigdy nie jest wiadome, co jest kotem, a co kotką, kto jest mężczyzną, kto udaje, że nim jest, kto kobietą, a kto jest trzeciej płci.

Jonasz Dyga nie chciał się kłócić, był w bardzo pokojowym nastoju. Zaproponował pojednawczo:

– Widzę, że ten temat cię kręci. Jeśli chcesz, to możemy pogadać o gender i homoseksualizmie. To nie są tematy oderwane od życia.

– To obrzydliwe, co powiedziałeś. Wyobraziłam sobie, że mógłbyś interesować się innymi mężczyznami. To byłoby okropne dla mnie osobiście i zabójcze dla naszego małżeństwa. Innymi kobietami też nie powinieneś się interesować. Jesteś mężczyzną żonatym, dzieciatym i reprezentujesz państwo.

Widząc błysk w jego oczach, który pojawiał się kiedy temat dotykał spraw seksu, zaproponowała:

– Chodźmy zrobić sobie popołudniową drzemkę. W domu nie ma nikogo, dzieci wyszły. Możemy robić, co nam się podoba. Oczekuję twoich propozycji.

– Jeszcze nie kochałem się z tobą na zlewie w łazience.

– Chyba oszalałeś! – krzyknęła udawanie, dodając po chwili. Zgodzę się, ale tylko wtedy, kiedy podłożysz pode mnie te największą puchową poduszkę. Trzeba ją przynieść z drugiej sypialni. – Lubię widzieć w lustrze jak się kochamy. To mnie dodatkowo podnieca. Ależ ty jesteś świntuch! To od czasu spotkania z tym zboczeńcem Burym.

– Jak tak możesz mówić? – Obruszył się szczerze. – On ma wobec mnie poważne plany. Mam przed sobą wspaniałą przyszłość. To człowiek niezwykły w swoich pomysłach. I ma w sobie tyle energii.

W rezydencji Leona Burego sekretarz dzielił się z nim się wrażeniami na temat prezydenta.

– Słyszałem wszystko. Ten nasz kandydat nie szokuje inteligencją, jest trochę przyciężki i nadęty, głęboko przekonany o własnej wielkości i misji dziejowej do spełnienia.

– Jest idealny na dzisiejsze czasy. Nie obiecywałem mu złotych gór na tym urzędzie, sam w nie uwierzył. Najważniejsze, że będzie jeść mi z ręki.

Dobroczyńca z uwagą obserwował twarz Rudolfa, jedynego człowieka, któremu w pełni ufał. Jedynie sekretarz mógł wejść do jego gabinetu w każdej chwili. Rudolf był osobą samotną, miał tylko dalszą rodzinę. Kiedyś zostawał w rezydencji na noc, teraz już mieszkał w niej. Miał swój osobny pokój.

Wobec służby i ochrony rezydencji obydwaj mężczyźni zachowywali dystans. Bury miał swoje tajemnice, a sekretarz był jedną z nich. Obydwaj pilnowali się, ale i tak nie udało się uniknąć plotek. Nie było za wiele, bo je konsekwentnie zwalczał. Pracownicy rezydencji wiedzieli, że jeśli puszczą parę z ust na temat tego, co dzieje się w miejscu ich pracy, od razu ją stracą i to z wilczym biletem. Ambitny potentat starał się być niezależny od wszystkich i wszystkiego.

Osoby rozpowszechniające niepożądane informacje na temat Burego spotykały nieprzyjemności. Na początku były to złośliwe komentarze i groźby w Internecie, potem lista się wydłużyła: uszkodzenie mienia, donosy, groźby bezpośrednie, napady. Ofiary albo nie zgłaszały takich wypadków z obawy o dalsze konsekwencje, albo policja nie mogła znaleźć sprawców a nawet świadków zdarzeń.

Odc. 56 Detektyw 8  

Dom Olafa Łakomego, prywatnego detektywa, stał na uboczu, ukryty między drzewami, tuż przy centralnym parku miasta. Dobroczyńca umówił się z detektywem, aby udzielić mu zlecenia. Powierzał mu już dwukrotnie drobne ale ważne śledztwa, z których Łakomy wywiązał się wzorowo. Miał do niego zaufanie tym bardziej, że detektyw był mało znany. To było jakąś dodatkową gwarancją dyskrecji.

Olaf Łakomy przyjął go w salonie.

– Zestarzał się – pomyślał Bury. – Mnie też to nie ominie. – Wąsy i broda mu posiwiały, włosy też są rzadsze. Przytył – robił szybkie spostrzeżenia.

– Mam dla pana nowe zlecenie. Bardzo dyskretne. Proszę mi zebrać jak najwięcej informacji o prezydencie Jonaszu Dydze.

Widząc zaskoczenie na twarzy rozmówcy wyjaśnił:

– Niech pan się nie dziwi. Nie ma w tym nic zdrożnego. Chcę znać szczegóły z życia Jonasza Dygi. Proszę zebrać o nim jak najwięcej informacji. Znam go osobiście bardzo dobrze, przyjaźnię się z nim nawet, ale chcę wiedzieć więcej na jego temat. Powiem panu tylko tyle, że zamierzam zawrzeć z nim porozumienie w sprawie wspierania moich organizacji dobroczynnych i ich akcji. To poważna kwestia. Dlatego chcę wiedzieć więcej niż powszechnie wiadomo. Pan wie dobrze, że nie zrobiłbym niczego nielegalnego. Nie muszę zresztą. Wszystkie drzwi w mieście i w całym naszym regionie stoją dla mnie otworem – wymawiając ostatnie słowa Bury żałował, że wdał się w niepotrzebne wyjaśnienia.

Po tygodniu detektyw dostarczył mu pierwsze informacje. Były bardzo fragmentaryczne, zawierały dużo szczegółów, ale mało ocen. Przeczytał je z uwagą i pomyślał, że były pisane na kolanie, jakby w telegraficznym skrócie. Pokazując je Rudolfowi, skomentował:

– Musiał się bardzo spieszyć. Ciekawe dlaczego?

Leon Bury czytał notatkę detektywa głośno i powoli. Rudolf słuchał uważnie założywszy prawą nogę na lewą. Wyglądał jak chłopiec usiłujący naśladować ojca. W jego pozie była młodość i powaga. To trochę rozstroiło Dobroczyńcę. Nie mógł oderwać wzroku od swojego podopiecznego. Coraz częściej myślał o nim jako o swoim pupilu, ale nie mówił mu tego. Przemógł się w końcu, aby kontynuować czytanie.

– JD rzadko ukazuje się publicznie, głównie z okazji świąt i uroczystości. Jego wczesna kariera to handel nieruchomościami. W branży nazywali go „Jeźdźcem bez głowy”. Zupełnie nie wiadomo, dlaczego. Mój rozmówca może i wiedział, ale nie chciał powiedzieć. Bał się konsekwencji.

– Prezydent to prezydent. To człowiek wpływowy. Lepiej jest nie komentować określeń w rodzaju „Jeździec bez głowy”. – Tylko tyle z niego wydusiłem, nalegając na wyjaśnienie, dlaczego przyczepiono mu taką ksywę.

W branży handlu nieruchomościami JD wziął się dosłownie znikąd. Nikt o nim wcześniej nie słyszał. Wychowanek domu dziecka. Nauczył się tam dyscypliny i posłuszeństwa. Niekochany, bez głębszych zasad moralnych, religijny. Jego hobby to ceramika artystyczna, ma warsztat w pałacu prezydenckim. Traci formę fizyczną w miarę upływu czasu. Nie uprawia ćwiczeń fizycznych lub mało ćwiczy. Ostatnio nazywają go Pucołowaty. Ma wyraźny charakter pisma, sugerujący, że jest człowiekiem przywiązującym wagę do formalności.

Bury spodziewał się, że informacje będą bardziej gruntowne i uporządkowane, łącznie z ocenami. Chciał to powiedzieć, lecz powstrzymał się. Najważniejsze były dla niego stwierdzenia: „Nauczył się dyscypliny i posłuszeństwa” oraz „Niekochany, bez głębszych zasad moralnych, religijny”.

– Łakomy wykonał swoją prace połowicznie – nie krył swego rozczarowania lapidarnym raportem detektywa.

– Podejrzewam, że nie byleś zbyt dokładny określając, czego od niego oczekujesz – odpowiedział spokojnie sekretarz i uśmiechnął się.

Dobroczyńca nie odezwał się; przyznał mu w duchu rację.

Odc. 57 Poligon wyborczy 

Jonasz Dyga przybył na wezwanie Dobroczyńcy w ustalonych przez niego dniu, godzinie i miejscu. Gospodarz bez większych wstępów przystąpił do wyjaśnień.

– Swojej kandydatury, Jonaszu, nie będziesz zgłaszać sam, choć ordynacja wyborcza na to pozwala.  Zgłosi ją moja Partia Powszechnego Dobrobytu. Bez tego zgłoszenia byłbyś tylko malutkim pionkiem wśród innych kandydatów. O takim, maciupcim – pokazał palcami. – Musimy cię przygotować. Będę robić to osobiście. Najpierw przećwiczymy zagadnienia teorii rządzenia oraz terminologię polityczną, nawet te najprostsze w rodzaju scena, teatr i marketing polityczny.

Kiedy już uzgodnili wstępne zasady porozumienia, Bury postawił warunki dotyczące roli Dygi w czasie kampanii wyborczej.

– Generalnie, masz uspokajać ludzi, mówić o wielkości naszego kraju i społeczeństwa, o świetlanej przyszłości. Musisz też obiecywać, że to wszystko się ziści. Obiecywać, ale bez przesady. Nie musisz wymyślać sobie tematów wystąpień i spotkań z wyborcami ani zagłębiać się w wielką politykę. Od tego jestem ja. Strategia polityczna, partia jako siła wsparcia, marketing polityczny to moja dziedzina. Ty będziesz mi tylko pomagać, w zamian za co daję ci gwarancję, że wygrasz wybory i po raz drugi zostaniesz prezydentem. Nie jest to gwarancja bezwzględna, ponieważ ty swoim postępowaniem będziesz współtworzyć sukces lub porażkę. Dlatego musisz się pilnować. Przez cały czas zlecamy sondaże i wiemy, jakie są twoje notowania. Beze mnie to jesteś malutki, o tyci – Bury pokazał palcami. – Bez mojego udziału i obrony konkurencja zjadłaby cię żywcem, nie zostawiając nawet kości. Nie mam zamiaru chodzić na cmentarz, aby składać ci kwiaty na grobie – tego dnia Dobroczyńca był wyjątkowo ponuro usposobiony do rzeczywistości.

– Nigdy tak się nie zachowywałeś. Nigdy nie byłeś tak ostry i wymagający wobec osoby mającej odegrać dla ciebie tak ważną rolę – zauważył Rudolf, przynosząc pryncypałowi gazetę, w której znalazł artykuł analizujący jego działalność dobroczynną.

Na temat przygotowania Dygi jako kandydata na prezydenta Bury miał nietypowe poglądy. Mówił mu to nie owijając słów w bawełnę. Jedyną osobą, od jakiej był gotów przyjąć krytykę w tej sprawie, był Rudolf, sekretarz osobisty. Czasem myślał, że od niego przyjąłby nawet baty. Nie rozmawiali o tych sprawach, choć zasadniczo nie było tematu, jakiego by nie poruszyli. Była to sfera intymności; obydwaj bali się lub nie chcieli jej przekroczyć.

– Dopóki nam to nie przeszkadza, jest w porządku – w tym byli zgodni.

Dla Jonasza Dygi była to najtrudniejsza część przygotowań do kampanii wyborczej. Na początku Bury prowadził ją we własnej sali gimnastycznej przypominającej kształtem arenę cyrkową. Wprowadzając Dygę do pomieszczenia, zaznaczył:

– To jest moja prywatna specjalna sala ćwiczeń. Jest idealna pod wieloma względami. Jest bezpieczna przed wirusami. Zapewnia nam ochronę przed różnymi chorobami: Tylna ściana sali wytwarza osłonę powietrzną nasączoną parami alkoholu, zabijającymi wirusy i bakterie. Nigdy nie wiadomo, co może człowieka napaść. Stąd nadzwyczajne środki ostrożności.

Sala ćwiczeń cyrkowych jak nazywał swoją siłownię Bury, śniła się prezydentowi przez kilka nocy. Przede wszystkim ćwiczenia na linie, wyrabianie zmysłu równowagi ciała, orientacji przestrzennej oraz odporności na ból, które ordynował mu Dobroczyńca. Prezydent nie za bardzo rozumiał, po co to mu było i nie był zachwycony koniecznością ich wykonywania. Bury upierał się jednak, że wie co czyni. Podawał krótkie uzasadnienia. Wyraźnie nie zamierzał wdawać się w dyskusję.

– Tam, gdzie jest wysoka odporność fizyczna, jest też odporność psychiczna. Będą na ciebie napadać, oskarżać cię o Bóg wie co. Musisz liczyć się z aktami wulgarności i brutalności, ideologicznej i psychicznej a nawet fizycznej. Nawet najlepsi ochroniarze czasem nie pomogą.  

Po powrocie z ćwiczeń Dyga rozmawiał z Letycją. Słuchała go uważnie zdając sobie sprawę, że od tego zależy także jej los jako żony wysokiego funkcjonariusza państwowego. Też nie za bardzo rozumiała wszystkiego, czego wymagał od Jonasza Bury.

– Na pewno Bury wie, co robi – skwitowała wynurzenia męża, usiłując go pocieszyć.

Nie była jednak tego pewna. Nie wysuwała zastrzeżeń rozumiejąc, że każdy pretendent do wysokiego stanowiska ponosi wysiłek i ryzyka niewspółmiernie większe niż zwykli urzędnicy.  

Przekaż dalej
0udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *