Mężczyzna uniwersalny. Opowiadanie. 4600 wyrazów. 30 udostępnień.

Od pewnego czasu Karol pił i to coraz więcej. Robił to także w lesie, gdzie intensywnym chodzeniem ćwiczył organizm i silną wolę wspinając się pod górkę. Żartobliwie mówił sobie, że wiele osób ma lub miało pod górkę do szkoły lub do pracy. Choć było w tym tylko trochę prawdy, brał to poważnie i ćwiczył, aby swoim wysiłkiem uczcić także ich wysiłek. Od picia i maszerowania szumiało mu w głowie.

– Och, jak on pije! – zachwycali się leśni spacerowicze i grzybiarze. 

Wyobrażał sobie, że nieliczni mijający go ludzie tak właśnie mówili. Pochlebiało mu to. Tym bardziej starał się, przyśpieszał kroku i pił. Czuł się z tym bardzo dobrze. Miał specjalny mechanizm przypominający, kiedy trzeba zwolnić płyn z organizmu. Mechanizm dzwonił mu równocześnie w dole brzucha i w głowie. Dwa sygnały w jednym czasie oznaczały, że sprawa jest priorytetowa. Dla sygnalizacji nie miało znaczenia, czy jest to dzień czy noc, czy pijący jest w lesie, w pociągu, w sklepie czy w domu, czy czuwa oglądając pasjonujący mecz w siatkówkę, pieści kobietę, dziecko lub kota, czy też śpi. Sygnał oznaczał:

– Pędź w najbliższe miejsce, gdzie jest muszla toaletowa, drzewo lub choćby krzew.

Lubił te chwile, zarówno picia jak i zwalniania płynu. W obydwu okolicznościach odczuwał ulgę a nawet radość. Cieszył się, kiedy to czynił. Chciał o nich opowiadać innym ludziom, ale odmawiali zasłaniając się brakiem czasu.

– Ludzie są dziwni – myślał. – Jak można nie mieć czasu na rozmowę o czymś tak ważnym i znaczącym, sprawiającym fizjologiczną radość. 

Pił oczywiście wodę, bo to najzdrowszy napój. Źródlaną lub mineralną.

– Nigdy z kranu – zarzekał się, wierząc że jest mocno zanieczyszczona. – Choćbym miał paść z pragnienia.

Wodę Karol kupował tam, gdzie było tanio i kupowanie zajmowało mało czasu. Postępował tak, jak to czyniła większość obywateli kraju. Niektórzy z nich mimo zamożności nieprzerwanie myśleli o tym, jak minimalizować wszelkie wydatki. Nie różnił się bardzo od nich i to mu odpowiadało. 

Do niedawna pił dużo kawy, ale to było czasochłonne. Potem już tylko wodę. Lekarka mu tak doradziła, a żona zachęcała. Myślał o tym wszystkim, kiedy miał chwilę wolnego czasu, kiedy nie pił lub nie biegł w poszukiwaniu toalety, drzewa lub krzewu. Wyglądało to jak żart, ale było prawdą. Był tego świadomy.

Z wykształcenia Karol był zawodowym kucharzem. Skończył zawodową szkołę gastronomiczną. Zajęło mu to tylko dwa lata. Ożenił się wcześnie i na początku gotował tylko sobie i rodzinie, bo żona pracowała. Potem zaczął poszukiwać pracy. Starał się gotować coraz sprawniej i szybciej; miał poczucie, że czas nagli. Przypominał sobie w myślach:

– Każdy ma jakieś obowiązki, a czas ani rodzina nie poczeka.

Na początku było to zwykłe gotowanie. Jakaś jajeczniczka, zupka, omlecik z warzywkami, głównie dla synka. Szło mu coraz sprawniej. Kiedy go chwalono mówił:

– Gotować każdy potrafi.

Rodzina i znajomi szczycili się jego umiejętnościami. Był coraz lepszy. Zaczęto zapraszać go na pokazy gotowania. Okazał się innowacyjny. Nie koncentrował się na tym, co się gotuje, bo to wszyscy robili, ale na tym, jak się gotuje. Temperatura, dobór garnka czy patelni, gotowanie na parze, w szybkowarze – to były parametry w jakie ujmował swoje prezentacje.

– Najważniejszy jest czas gotowania – podkreślał. – Dwie minuty już robi różnicę. Dzisiaj nikt nie ma czasu.

Swoim podejściem trafił w sedno. Jego popularność rosła. W końcu zaoferowano mu stanowisko kucharza i to w dobrej restauracji. Wkrótce awansował na głównego kucharza. To go wbiło w dumę i ostatecznie zgubiło. Kiedyś w kuchni myślał o tym, jak daleko zaszedł w swojej karierze, zagapił się i przypalił wszystkie dania. Zrobiono mu wielką awanturę. Teraz to w nim się zagotowało i z wściekłości zdemolował kuchnię. Kiedy przybył właściciel restauracji, doszło do awantury. Wezwano policję. Sprawa trafiła do sądu. Po wyroku nie miał już szansy dostać pracy w swoim zawodzie. Miasteczko było zbyt małe, aby wszyscy o tym nie wiedzieli. 

– Karany – to brzmiało gorzej niż wyrok śmierci.

Pracę jednak znalazł. Miał szczęście. Gotował teraz w ośrodku opieki społecznej oraz u siebie w domu w zastępstwie żony, która wciąż pracowała, ale w innym miejscu. Lubiła zmieniać pracę. 

Któregoś dnia do pokoju, gdzie Karol założył sobie małą siłownię, wszedł synek.

– Co robisz, tato? – zapytał. 

Karol odpowiedział mu żartem. To był jego ulubiony rodzaj rozmowy z dzieckiem. Żonie się to niespecjalnie podobało, uważała, że zachowuje się niepoważnie. Czasem przyznawał jej rację. 

– Gotuję.

– Jak to gotujesz? Widzę, że robisz coś innego.

– To inny rodzaj gotowania. Gotuję się do walki bokserskiej w sobotę. Wyleli mnie z pracy, bo przyłożyłem mojemu szefowi, kiedy mi powiedział: – Zwiększam ci zakres obowiązków. Płacy niestety nie mogę zwiększyć. Nie mam innego wyjścia. Nastały trudne czasy. Kiedy szef wstał i otrzepał się, warknął do mnie wściekle: – Gotuj się na zmianę zatrudnienia. Lepiej weź się za boks. To odpowiedniejsze zajęcie dla ciebie. Ty nie jesteś krewki, ty jesteś wariatem!

– Wtedy zagotowało się w tobie, jak się domyślam.

– Dokładnie tak. Rzuciłem pracę, postanowiłem zająć się boksem, jak mi radzono. Zrozumiałem, że jestem w tym dobry. Ponadto ruch mnie uspokaja. Dobrze boksując też można zarobić i to w krótkim czasie. A to jest ważne, synku, bo dzisiaj ludzie liczą każdą minutę.

Od dwóch lat Karol pracował w dużym sklepie wyrobów metalowych, stanowiącym małe ogniwo wielkiej międzynarodowej firmy handlującej szeroką gamą towarów. Sprzedawał wszystko, co firma miała do zaoferowania, od łańcucha do lemiesza, od pogrzebacza do kosiarki, od śruby napędowej do pogłębiarki rzecznej. Starał się jak mógł. Z jego rozumieniem czasu i umiejętnościami szło mu bardzo dobrze. Został najlepszym sprzedawcą w mieście, wzorem do naśladowania. Nie było nikogo lepszego od niego.

– Karol błyskawicznie sprzedałby nawet własną matkę – mówili o nim koledzy, kiedy go głośno chwalono. – Ale ona już nie żyje.

Kiedy firma wycofała się z kraju, nastąpiło to zupełnie nieoczekiwanie, Karol stracił pracę. Musiał znaleźć sobie nowe zajęcie. Zarejestrował się w urzędzie zatrudnienia, aby mieć zasiłek. Nie czekał jednak na ich oferty. Myślał intensywnie o własnym biznesie, choćby nawet najskromniejszym, ale własnym. Zastanawiał się, co można by sprzedawać, co ludzie chętnie by kupowali. Przyjaciel podpowiadał mu, że powinno to być coś prostego.

– Ludzie kupią nawet gówno, jeśli jest atrakcyjnie opakowane. – To było wulgarne, ale nasunęło Karolowi pomysł.

– Od czegoś trzeba zacząć – powiedział sobie, postanawiając sprzedawać mocz.

Nie był to całkowicie jego pomysł. Jego zalążki znalazł w Internecie. Chodziło o laboratoryjne próbki z moczem do badania, drobne ilości. Pomysł był oryginalny, wręcz niesamowity. Podobał mu się. Przemyślał sobie wszystko gruntownie. Miał się reklamować tylko Internecie. Ogłoszenia musiały być bardzo proste.

– Oferujemy najczystszy mocz w kraju – to było jego pierwsze ogłoszenie.

Ogłoszenia dawał w gazecie „Młodzi poborowi”. Czego nie było w reklamie, uzupełniał w rozmowie telefonicznej, na czacie lub mailem w odpowiedzi na pytanie lub prośbę o wyjaśnienie.

 – Z odpowiednim wynikiem badania moczu przyjmą cię do każdej organizacji, gdzie zdrowie jest najważniejsze, lub odrzucą, jeśli ci to akurat odpowiada – to był najczęstszy komunikat z jego strony.

Produkt był oferowany w różnych wersjach. Informacje były bardzo lakoniczne. Mocz zdrowy lub ze skazami. Każda choroba. W cenie był wynik badania laboratoryjnego na wskazane nazwisko i adres. Dostawa do domu w mieście, gdzie firma Karola miała siedzibę, była możliwa za dodatkową opłatą.

Karol miał dobre kontakty w laboratorium oraz z lekarzem internistą, z którymi dzielił się zyskiem. Brzmiało to egzotycznie, ale funkcjonowało. Podstawą był dobry pomysł. Dostawcą moczu był on sam, potem wciągnął dwóch bliskich kolegów.

Na początku szło dosyć wolno, w końcu biznes rozkręcił się. Był na pograniczu legalności, podobnie jak dopalacze, dlatego Karol wolał być ostrożny. Gdyby coś poszło nie tak, cała infamia miała spaść na Karola. Laborantka zachowałaby czyste ręce. W razie czego miała oświadczyć, że pomylono próbki. Podobnie wyglądała sprawa z lekarzem.

W ciągu jednego roku Karol zarobił dostatecznie dużo, aby wypocząć. Należało mu się to. Wykupił wycieczkę pobytową, dwa tygodnie w Maroku. Żona nie chciała z nim jechać. Miała jakieś powody, nie zamierzała ich jednak ujawnić. Ich małżeńskie relacje nie były już najlepsze.

Do hotelu Ambassade de Mer przy Alei Muhammada V w Agadirze trafili późnym popołudniem prosto z lotniska. Maroko zachwyciło Karola kolorami, zapachami i gwarem. Zarejestrował się w recepcji i otrzymał klucz do zarezerwowanego już pokoju. Dotarł do niego windą razem z boyem hotelowym w bordowym uniformie i wysokiej czapce z otokiem, który wiózł jego bagaż podróżny. Zanim zdzwonił do żony i córki, wyszedł na balkon i patrzył na plażę i ocean. Temperatura była balsamiczna.

– Hotel, nazywa się Ambassade de Mer, to całe miejsce, jego otoczenie, podobnie jak miasto, jest nadzwyczajny. Przestrzeń, zapachy, kolory. Hotel jest tuż przy plaży. To Atlantyk. Z okna mojego pokoju widzę leżaki i wielkie parasole. Cisza, spokój. To bardzo spokojna dzielnica. To wszystko po prostu rzuca człowieka na kolana. Będę tu dwa tygodnie. Miałem wyjątkowe szczęście – Karol śpieszył się, połykał słowa, aby jak najszybciej wyrazić swój zachwyt.

– Agadir to największy kurort Maroka. Wszystko wydaje tu niesamowite. Przede wszystkim plaża o szerokości trzystu metrów i długości ośmiu kilometrów. Po prostu niesamowite. Morze naprzeciw hotelu jest oświetlone, widzę kąpiących się turystów. W recepcji powiedziano mi o kawiarniach, klubach i sklepikach ciągnących się wzdłuż morskiej promenady. To tylko jeden kilometr od hotelu. Dostatecznie blisko, aby tam sobie pochodzić dla przyjemności, i dostatecznie daleko, aby mieszkać spokojnie w hotelu bez tłumu turystów i lokalnych mieszkańców. Fantastyczne! Mieszanka kultur, francuskie wpływy, dużo śródziemnomorskiej kuchni. A ja lubię owoce morza! Boże, co za cudowne miejsce!

Miejscem, które zapadło mu szczególnie w pamięć było zlokalizowane niewielkie miasteczko Szafszawan w górach Rifu. Poleciał tam samolotem razem z grupą turystów z hotelu na jednodniową wycieczkę. Zgodnie z tradycją mieszkańcy malowali swoje domy na niebiesko, co miało przypominać o Bożej mocy nad nimi. Oglądane z niedalekiego wzgórza miasteczko wyglądało rewelacyjnie szczególnie o zachodzie słońca. Karol wykonał dziesiątki zdjęć na pamiątkę.

Szczęście nie trwało długo. Cieszył się nim tylko przez pięć dni. Stracił je, kiedy ukradziono mu portfel z pieniędzmi, kartą kredytową i paszportem. Cały zachwyt, wielkie plany i dobre samopoczucie znikły w jednym momencie. Zrozpaczony i wściekły na siebie, że miał przy sobie portfel z wszystkim co najcenniejsze, przeklinał swój los. Kradzież zgłosił w recepcji. Sprawa była poważna, wezwano dyrektora hotelu.

– Był pan krańcowo nieostrożny. Zabierać ze sobą portfel na plażę! Rozumiem, że poszedł pan tam tylko na chwilę, aby popatrzeć na ocean. Jedyne wątpliwe pocieszenie może być tylko takie, że nie jest pan wyjątkiem. Kradzieże niestety zdarzają się tutaj, mimo że ostrzegamy, przypominamy, prosimy, błagamy – dyrektor hotelu był niepocieszony, jakby to jego okradziono.

Karol zadzwonił do domu. Potrzebował pilnie pomocy, przede wszystkim finansowej. Nie miał przy sobie ani grosza. Na kogo jak na kogo, ale liczył ma rodzinę. Spotkało go rozczarowanie. Był przekonany, że nie tylko żona ale wszyscy mieli mu za złe, że był najlepszym sprzedawcą. Wyglądało na to, że nikim się wtedy nie interesował, każdy czuł się urażony lub pokrzywdzony. Nie rozumiał tego, ale musiał przyjąć to do wiadomości.

Z żoną nie mogło pójść Karolowi gorzej. Była zła na niego. Świadczyły o tym nie tylko słowa ale i ton głosu.

– Zabrałeś wszystkie pieniądze z konta i nawet mi o tym nie powiedziałeś. Dowiedziałam się tylko od Krysi, że chcesz się dobrze zabawić, bo ci się to od dawna należy. Nazwałeś to wypoczynkiem na plaży. Wypocząć na plaży! Ja wiem jak wypoczywają samotni mężczyźni w Maroku! Tobie pieniędzy nie ukradli, tylko je przepuściłeś. Jesteś podły.

Było to niesprawiedliwe i upokarzające oskarżenie.

– Wiem, że nie jestem wzorem pana domu, ale pomóż mi. Jeśli nie masz pieniędzy w domu ani na koncie, to pożycz od koleżanki, w banku, od swojej mamy czy nawet od sąsiadów. Kogokolwiek – błagał, czując, że się poniża.

Określenia „pan domu” Karol użył zupełnie bezwiednie. Chciał powiedzieć „mąż” a wyszedł mu „pan domu”. To rozwścieczyło żonę. Wygłosiła tyradę na temat odpowiedzialności za dom i rodzinę, po czym odkładając telefon krzyknęła:

– Jeśli jesteś naprawdę tak genialnym sprzedawcą, jak się reklamowałeś, to sam się sprzedaj, ty draniu! – Chciała wrzasnąć „głupi gnojku”, ale się powstrzymała, bo obok stała Krysia, czekając na rozmowę z ojcem.

– Jesteś przecież ósmym cudem świata wśród sprzedawców – była wzburzona, wylały z niej się wszystkie żale i pretensje, jakie miała do męża. – To ja mam problemy w pracy, nie mogę uzyskać nawet jednego dnia urlopu, a tu dzwoni twój kochający ojciec, balujący na wakacjach i prosi, aby mu przysłać pieniądze, których nie ma na koncie bankowym, ponieważ on sam je wybrał do ostatniego grosza! – rozżalona zwróciła się do córki.

– Sam się sprzedaj, ty geniuszu sprzedaży – powtórzyła do smartfonu. – Sprawdź, jaki jesteś utalentowany w sytuacji, kiedy nikt ci nie pomaga, tak jak mnie.

Nie mogła mu tego zapomnieć. Kiedy został najlepszym sprzedawcą i w firmie go hołubiono omalże nosząc na rękach, nie interesował się nią ani domem, zapomniał o niej. Miała wtedy wielkie kłopoty z matką i zmieniała pracę. Karol nie pomógł jej choćby nawet pocieszając.

– Ty cholerny egoisto – warknęła. – Możesz nawet nie wracać. Nie licz na moją wyrozumiałość.

Oddając smartfon córce mruknęła:

– Twój ojciec poradzi sobie jak zwykle. – Był to rodzaj pocieszenia głuszącego wyrzuty sumienia, jakie ją naszły odmawiając pomocy mężowi w krytycznej sytuacji.

Po kilku godzinach Karol doszedł do siebie. Przemyślał sobie wszystko. Nie miał czasu ani chęci rozpaczać. Zebrał się w sobie, naładował optymizmem. Był znowu najlepszym sprzedawcą, osobą z inwencją i energią. Ostatecznie sprawę przesądziły słowa żony. Dźwięczały mu w uszach: „Sam się sprzedaj, ty geniuszu sprzedaży”. To nasunęło mu pomysł. To była jego deska ratunkowa. Nie mógł dłużej czekać, był pod murem, musiał się ratować. Nie zamierzał umierać z głodu, zostać żebrakiem albo kraść.

Najpierw poprosił o rozmowę z dyrektorem hotelu.

– Mogę panu pomóc. Będzie pan u nas mieszkać i korzystać z posiłków i usług do końca opłaconej rezerwacji plus trzy dni. Jak tylko zdobędzie pan pieniądze zwróci mi pan koszty zamieszkania w hotelu za te trzy dni. Dam panu rabat dwudziestu pięciu procent. Nie mogę więcej zaoferować. Jestem panu życzliwy, ale nie mogę ryzykować własnej kariery. Do stanowiska dyrektora tego hotelu dochodziłem osiem lat. Być może jest to szczyt mojej kariery. Gdyby mój szef, właściciel naszej sieci hotelowej, dowiedział się o tym, że kredytuję niewypłacalnego klienta, zwolniłby mnie z pracy. Zanim by to zrobił musiałbym zwrócić co do dirhama pieniądze należne od pana. Dyrektor ma swoje zasady i je egzekwuje.

Wieczorem Karol przemyślał gruntownie swój plan, rozmawiał też w recepcji, zadając pytania na temat Agadiru, okolicy i zwyczajów marokańskich. Następnego dnia pojawił się na suku, miejskim targowisku różności. Targ w Agadirze odbywał się codziennie oprócz poniedziałku. Można tam było kupić dosłownie wszystko – od przypraw kuchennych, wyrobów z mosiądzu, biżuterii, ubrań, przedmiotów codziennego użytku po słodkie ciastka, pieczone mięso i tadżiny rybne. Był w tym miejscu już dwa razy od czasu przyjazdu do hotelu. Tu były największe możliwości. Każdy sprzedawał, co tylko przyszło mu do głowy. Na targowisku i w pobliżu nie brakowało też prostytutek męskich i żeńskich.

Karol postanowił zaoferować siebie. Nie był homoseksualistą, w grę wchodziły tylko kobiety. Wiedział, że wiele z mieszkających w Agadirze kobiet będzie pilnowanych przez kogoś z rodziny, ale to nie one były jego celem. Była to zresztą znakomita mniejszość; Maroko miało już nowoczesną konstytucję i kobiety zyskały wolność. Miały jednak ograniczony dostęp do mężczyzn. Nie było jeszcze tej swobody kontaktów i bliskości jak w Europie a jeszcze bardziej w Ameryce. Najbardziej liczył na turystki zagraniczne, samodzielne, przeważnie dojrzałe wiekowo kobiety. Na rynku każdego dnia pojawiały się ich dziesiątki z krajów europejskich, Stanów Zjednoczonych i Kanady. To był dla niego rynek, a on znowu był genialnym sprzedawcą.

Osoby znające miasto i kraj, z którymi rozmawiał, sugerowały mu też inne rozwiązania. Wskazywano mu kluby męskie, gdzie aktywni byli homoseksualiści, opisywano, jak się obłowi.

– Masz człowieku białe ciało. Tutaj to jest szczególnie w cenie. Nie musisz podawać swego prawdziwego imienia. Możesz się przedstawiać jako „Monsieur Pawel”. To jest w waszym języku i dobrze brzmi.

– Nie będę działać przeciwko własnej naturze – powiedział sobie Karol. – Zachowam godność nawet w takiej sytuacji.

Myśl o żonie wracała do niego, ale coraz słabiej. Uznał, że go porzuciła. W pewnym momencie nawet poczuł się z tym dobrze.

Po pierwszych niepowodzeniach, a właściwie braku skuteczności, Karol wypracował właściwą formę promocji. Miejscem spotkań z potencjalnymi klientkami były dwa kluby przyjaźni turystów i ludności lokalnej, ulica biegnąca obok nowego pałacu królewskiego, gdzie w ożywczym cieniu marmurowych kolumn kobiety czytały książki, oraz media społecznościowe. Za rokujący największą nadzieję segment rynku Karol uznał turystki zagraniczne.

Przygotowując się do spotkań ubierał się niezwykłe starannie, perfumował i do połysku polerował pantofle. Na szczęście miał odpowiednią parę obuwia niezależnie od sandałów. Wydrukowanie wizytówek było kwestią znalezienia drukarza, miał już je po dwóch godzinach. Treść wizytówek była przemyślana: „Nauka ekspresji ciała i języków obcych. Usługi tylko dla pań. Żigolo”. Hasła zwracały uwagę kobiet, wywoływały odruch zrozumienia i życzliwości. Nazwa Żigolo była ważna, to miała być marka handlowa.

W kontaktach z kobietami Karol uczył się skutecznej komunikacji w coraz mniej obcym kraju. Plusem było to, że mieszkanki Maroka były bardzo naturalne i raczej pozytywnie przyjmowały jego zachowania. Nieliczne, nie było ich na szczęście dużo, były niebezpieczne; w swoich negatywnych reakcjach zasłaniały się religią, wiarą, przyzwoitością. Karol szybko uczył się zasad i zwyczajów, co wolno a czego nie wolno. Nie można było na przykład fotografować pałaców królewskich, strażników, policji, lotnisk i obiektów militarnych. Generalnie ludzie w Maroku wyznawali prostą zasadę:

– Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, dał im namiętność i pożądanie ciała, której najwyższą formą jest miłość, i to musimy uszanować. Niezależnie od tego, że są także ludzie uważający miłość za coś brudnego, plugawego, nie zasługującego na szacunek czy choćby uznanie.

Kiedy zbliżała się do Karola kobieta i miał przekonanie, że jest to turystka, przedstawiał jej karteczkę z tekstem w trzech językach, francuskim, angielskim i arabskim. Kartka zawierała krótki komunikat.

– Radosna i bezpieczna miłość z mężczyzną, który umie kochać. Pełna dyskrecja. Nie jestem męską prostytutką ani homoseksualistą, tylko mężczyzną dzielącym się sobą, dającym radość w zamian za umiarkowaną opłatę. Zapraszam do pokoju nr 545, Hotel Ambassade de Mer, najwyższe piętro. Przyjdź po godzinie 18 i zadzwoń trzy razy. Będę czekać.

Przemyślał wszystko dokładnie. Kiedy dochodziło do rozmowy, prowadził ją przyciszonym głosem, nie zbliżał się do kobiety nadmiernie, zachowywał bezpieczny dystans. Spotkanie wyglądało tak, jakby turystka pytała go o wskazówki, a on ich udzielał. Poszedł na pełną otwartość, licząc się z tym, że wiele kobiet odrzuci natychmiast jego ofertę i nie dojdzie do rozmowy.

Pierwszego dnia do hotelu nie przyszedł nikt. Drugiego, kilka minut po osiemnastej, usłyszał umówiony dzwonek. Kobieta miała zasłonę na twarzy. Zaprosił ją milcząco do środka. Rozmawiali, pili. Nieznajoma wybrała z whisky z lodem. Powiedziała, że pochodzi z miasteczka na pograniczu Francji i Niemiec, mówiła obydwoma językami. Karol miał wrażenie, że naprawdę pochodzi z jakiegoś kraju leżącego na wschodzie Europy, ale nie dociekał tego.

Pierwszy sukces trwał tylko tydzień, ale wiele znaczył dla Karola. Tyle czasu jego pierwsza partnerka przebywała jeszcze w Agadirze licząc od dnia pierwszego spotkania.

Na imię miała Romina. Tak mu podała. Był przekonany, że nie było to jej prawdziwe imię. Zauważył, że reagowała z opóźnieniem, kiedy stał z boku lub z tyłu i nie mogła widzieć, że coś do niej mówi. Rozumiał to w ten sposób, że nie była przyzwyczajona, aby tak się do nie zwracano, potrzebowała jedną, dwie lub trzy sekundy dłużej, aby zareagować.

Sprawy rozwijały się niespodziewanie dobrze. To umocniło Karola w przekonaniu, że wybrał dobrą drogę, sprawiając przyjemność komuś, sobie i osiągając na tym dochód. Tajemnice Rominy poznał dopiero po kilku godzinach, kiedy zdecydowała się zdjąć zasłonę z twarzy. Miała okropną bliznę na prawym policzku, biegnącą od strony ucha w kierunku oka.

Zapytał Rominę o to jak umiał najdyskretniej, a właściwie to sprowokował ją do wyjawienia tajemnicy mówiąc:

– Masz szczęście, że nie straciłaś oka. To musiało być coś bardzo ostrego, bo szrama jest prosta i głęboka.

Sprawcą był jej mąż. Uczynił to pod wpływem alkoholu i narkotyku.

– Był gwałtowny i niebezpieczny. Czy to nie zastanawiające, że kobieta odkrywa charakter mężczyzny dopiero po roku lub później? To dlatego, ponownie nie wyszłam za mąż. Preferuję seks z mężczyzną takim jak ty, kiedy rozpoznam po dłuższej rozmowie, czasem po kilku spotkaniach, że jest normalny, aby nie zrobić mi krzywdy tylko dać mi przyjemność. Oczywiście to nie jest pełny obraz człowieka, ani mężczyzny ani kobiety. Podejrzewam, że i ty po bliższym poznaniu, mógłbyś okazać się niecierpliwy i gwałtowny. Zwłaszcza w sytuacji kryzysowej. Dlatego nie wiążę się z nikim na dłużej.

Karol pomyślał o swojej żonie i wzajemnych uczuciach.

Z Rominą rozmawiał jeszcze kilka razy o swojej działalności, nie nazywając tego biznesem. Nie była to dobra nazwa. Płatna miłość była dla niego sposobem zarobkowania, ale w żaden sposób nie zwykłym, chciwym biznesem, mającym na celu zysk. Oboje podchodzili do sprawy w sposób podobny, byli zgodni.

– Ja chętnie ci płacę za seks, bo wiem, że i tak byś się ze mną kochał. Traktuję to jak sytuację, kiedy jedna strona ma pieniądze i pragnienie, a druga ma potrzebę zarobku i zdolność zaspokojenia tego pragnienia. To krótki romans między nami, trwający tylko tak długo, na ile pozwalają okoliczności.

Oboje wiedzieli, że większość ludzi myśli inaczej, ale też z pewnością byli i tacy, co doceniali naturalne spontaniczne zbliżenie mężczyzny i kobiety pragnących być ze sobą najbliżej, jak tylko można, bez zobowiązania, i cieszyć się tym, co razem przeżywają. Romina też znała historię miłości i seksu na Wyspach Hawajskich. Kiedy dotarli tam pierwsi biali żeglarze, na wyspach nie było gwałtów ani agresji seksualnej czy nawet natarczywości. Tam kobieta i mężczyzna uprawiali miłość, kiedy oboje mieli na to chęć.

– Idealizujemy – powiedziała Romina. – Oboje wiemy o tym. Czasy się zmieniły, w życiu jest teraz więcej fałszu i udawania.

– Zgadzam się z tobą, ale równocześnie wiemy, że jest w tym wiele prawdy. Myślę, że potrzeba bycia ze sobą na stałe, bliższej więzi, nie tylko erotycznej, pojawia się wtedy, kiedy rodzi się dziecko. Związek mężczyzny i kobiety nabiera wówczas innych wymiarów. To jest stan pojednania, nie zawsze też możliwy do utrzymania.

Romina patrzyła na Karola inaczej niż zwykle, przyglądała mu się uważniej.

Karol kolejny raz okazał się dobrym sprzedawcą. Klientkami były głównie turystki zagraniczne, coraz częściej przychodziły też mieszkanki Maroka. Nie dziwił się, czuł się dobrze w roli zaspokajacza kobiecych potrzeb. Tak to nazywał. Spłacił wszystkie długi i wynajął na rok czasu kawalerkę w apartamentowcu niedaleko hotelu z dostępem do plaży. Polubił te okolice.

Do domu dzwonił coraz rzadziej, głównie dla utrzymania kontaktu z córką. Bardzo do niej tęsknił. Zauważył, że córka coraz lepiej sobie radzi bez ojca. Cieszyło go to, choć z drugiej strony smuciło, że coraz rzadziej mówiła, że tęskni do niego. Rozmowy z żoną wyglądały inaczej.

Ostatnim razem żona zapytała go, jak sobie poradził z pieniędzmi, dokumentami i kartą bankową. Sprawa dokumentów i karty była prosta. Zgłosił ich kradzież, co zablokowało ich użycie przez osoby niepowołane. Z konsulatu w Maroku otrzymał nowy paszport. Kartę odebrał w oddziale banku wskazanym emailem przez centralę w kraju.

W rozmowie z żoną Karol nie wdawał się w szczegóły. Podziękował za zainteresowanie i udzielił zdawkowych wyjaśnień.

– Poradziłem sobie. Znalazłem pracę w handlu. Oferuję usługi firmowe. Jestem kimś w rodzaju konsultanta i doradcy – mówił krótko, pamiętając, że żona go zawiodła i teraz to on ma powody, aby być niezadowolony. Kiedy potem myślał o tej rozmowie podobał mu się sposób, w jaki opisał swój zawód. Wyglądało to poważnie i nie budziło wątpliwości. Uznał to za osiągnięcie.

W wolnym czasie często myślał o przyszłości, o rozwoju biznesu. Ekscytowało go to.

– Zwiększyć skalę usług – to był postulat, jaki stawiała mu rzeczywistość. Nigdy jej się nie przeciwstawiał.

– Nie sklepik usług erotycznych ale duża, solidna firma – tłumaczył dyrektorowi hotelu, który mu na początku współczuł i pomagał, a później już otwarcie z nim sympatyzował i podziwiał. Był jedyną osobą, której Karol szczerze przyznał się, czym się zajmuje. Dyrektora w ogóle to nie zdziwiło.

– Nie takie rzeczy widziałem i słyszałem – dyrektor zwracał się do niego per „Monsieur Karol”. – Tutaj przyjeżdżają ludzie z całego świata. Reprezentują nieskończoną gamę postaw, poglądów i zachowań.

Dyrektor, stojący wyżej w hierarchii społecznej, podziwiał Karola. Uważał go za celebrytę i cenił go jako człowieka, który sięgnął znacznie wyżej w obcym kraju niż on, Marokańczyk, w swojej ojczyźnie. To mu imponowało najbardziej.

Po pół roku Karol był już ustabilizowany. Miał konto w banku i wynajęte małe mieszkanie niedaleko hotelu Ambassade de Mer. Nie zamierzał wracać na razie do kraju. Marokańską wizę pobytową uzyskał dzięki poparciu dyrektora hotelu.

Karol dzwonił regularnie do córki i przesyłał pieniądze na jej utrzymanie. Myślał o zaproszeniu jej na kilka tygodni do siebie do Maroka, bał się jednak, że dziewczynka zorientuje się, czym zajmuje się jej ojciec. Byłby to okropny blamaż. Żonie powiedział, że zdobył pracę jako konsultant handlowy dużej firmy zagranicznej, która chce wejść na rynek marokański z usługami doradztwa personalnego.

– Firma nazywa się Grand Emporium, ma tutaj swój oddział. Na razie testują rynek, idzie dobrze, są zadowoleni z moich usług.

Zdecydował się nie ujawniać żonie prawdy. Miał świadomość, że kłamie, ale to kłamstwo jej nie krzywdzi, bo już go nie kocha. Był pewny, że ona też kłamie, udając, że mu wierzy. Ich wzajemne uczucia miłości i szacunku stopniały jak śnieg, znikły, rozeszły się jak sparciałe szwy starej zimowej kurtki.

Do swojej oferty usług erotycznych czy do sposobu ich marketingu Karol nie wprowadzał większych zmian. Zrobił tylko jeden wyjątek. Był to eksperyment na pół serio wzorowany na obserwacji restauracji w centrum handlowym; od godziny 20 do 21 oferował swoje usługi za pół ceny.

Raz na kilka miesięcy Karol wyjeżdżał do Rajskiej Doliny w górach Atlas trzydzieści pięć kilometrów na północ od Agadiru. Była tam cudowna oaza z naturalnymi basenami otoczonymi drzewami palmowymi, bananowymi, oliwnymi i figowymi. Leżąc na ulubionym leżaku na krawędzi lasku palmowego Karol przyjmował niewielką dawkę haszyszu i oddawał się fantazjom. Wyobrażał sobie, że jest ekshibicjonistą. Odbywał spacery po terenie i dyskretnie obnażał napotkanym samotnym kobietom intymną część swego ciała. Kiedy zauważył zainteresowanie, głową wskazywał pobliski lasek lub gęstwę krzaków, gdzie miał ukryty dmuchany materac, szeroki i wygodny.

Do kraju postanowił nie wracać. Nie odpowiadał mu tam ani klimat, ani ludzie. W większości byli swarliwi, trudni w kontaktach, nerwowi, nadęci swoją ważnością. Nawet po kilku latach, kiedy o tym myślał, denerwował się. Bardziej odpowiadała mu pogodna i niezobowiązująca mentalność śródziemnomorska.

Po kilku latach Karol poczuł się w pełni ustabilizowany. Miał wypraktykowane sposoby postępowania. Traktował swoje powinności jak niezwykle ważną pracę, wymagającą uwagi, oddania i poświęcenia, z której oprócz dochodu czerpał również przyjemność. Nie miał nad sobą nikogo, żadnego brygadzisty, kierownika czy dyrektora, tylko żeńską klientelę. Wyjątkowo mu to odpowiadało.

Poza pracą nie miał specjalnie obowiązków; zajmował się domem, robił zakupy i ćwiczył, aby utrzymać się w dobrej kondycji. Pod tym względem był bardzo zdyscyplinowany. Regularnie odwiedzał też swego lekarza, co najmniej dwa razy w roku; pilnował dobrego stanu zdrowia zachowując należne środki ostrożności.

Często spotykał się z przyjaciółmi, szczególnie z dyrektorem hotelu, także z kobietami. Były wśród nich autentyczne przyjaźnie, tylko nieliczne były jego klientkami.

Zarabiane pieniądze lokował w fundusz emerytalny i inne inwestycje. Coraz częściej myślał o sobie jako o mężczyźnie, który założył harem. Miał swoje kobiety; był to jakby stan wielożeństwa. Nie była to czcza spekulacja, bo miał kilka stałych klientek. Miał kogo obdarzać uczuciami, dzielić się swoim ciałem, obejmować, dotykać, pieścić, penetrować. Wierzył nawet, że niektórym kobietom oddaje nawet swoją duszę.

Od czasu do czasu Karol odczuwał znużenie obfitością seksu. Raz śniło mu się, że po obfitym obiedzie przyniesiono mu na wielkiej tacy ponętną, roznegliżowaną kobietę a na drugiej wspaniałe, słodkie, aromatycznie pachnące jabłko. Był to jego ulubiony owoc.

– Co pan dziś wybierze? – zapytał służący ubrany w kolorową liberię i czapkę w kształcie trójkąta.

Karol nie wahał się długo.

– Dziś poproszę jabłko – odpowiedział. Zabrzmiało to jak marny żart. Żal mu się zrobiło samego siebie.

Myślał o tym, że kiedyś, w bardzo odległej przyszłości, będzie musiał ograniczyć swoją aktywność zawodową. Pragnął, oby nastąpiło to jak najpóźniej.

Tego dnia postanowił pójść na plażę. Nie był już tam kilka dni. W miejscu, gdzie najchętniej chodził, miał upatrzoną kobietę. Nie nazwałby jej piękną, ale była bardzo kształtna, proporcjonalnie zbudowana. Co najważniejsze, miała w sobie trudny do określenia urok kobiecej ponętności. Przychodziła tam regularnie. Mijali się na plaży, idąc w kierunku oceanu lub z niego wracając; za każdym razem patrzyli na siebie chwilę dłużej. Była to zabawa czy też gra, którą lubił. Był przekonany, że nieznajomej też sprawia ona przyjemność. Na cześć swojego pierwszego sukcesu nazwał ją w myślach Romina. Był ciekaw, jak naprawdę ma na imię.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 1 października 2021

Przekaż dalej
30udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *