Carajo. Opowiastka.

Dzisiaj stać mnie było tylko na coś nieprzyzwoicie krótkiego.

– Wyobraź sobie, hombre, człowieka młodego, przystojnego, aspirującego do wielkiej kariery i bogactwa, niespotykanej inteligencji, wyobraź go sobie jako własnego dziadka. Jest we mnie taka dojrzałość, że mógłbym zostać moim własnym dziadkiem – rzucił w przestrzeń Alfredo Sombra, powszechnie znany jako Carajo, usiłując podnieść się z kolan. – Kiedy myślę o dziadku, płaczę. Nie mogę inaczej. Jestem nieszczęśliwy, ponieważ miałem tylko pół dziadka i to tylko ze strony mamy. Dlaczego pół, moglibyście zapytać, ale oczywiście nie zapytacie. Wyjaśniam. Widziałem go tak rzadko, że mogę powiedzieć śmiało, że była to tylko połowa.

– A ze strony ojca? Co z dziadkiem ze strony ojca? – nieznany głos brzmiał wpół drwiąco, wpół współczująco.

Carajo nawet nie starał się podnieść głowy, aby dojrzeć mężczyznę. Kontynuował swoją opowieść.

– Wyobrażam sobie siebie w roli mego własnego dziadka: dystyngowany, siwy, prosty jak trzcina, taki do zabawy i do napadu na bank. Chyba tak to się mówi? Taki, co to trzaska z bata sprawniej niż kowboj i patrzy z góry na wszystko i na wszystkich. To jestem ja, kombinacja dziadka i wnuka, zintegrowana dojrzałość i młodość, mądrość i świeżość.

– Co się z tobą stało, Carajo? Nigdy tak nie mówiłeś.

– Ale mówię. Kiedy tchórz wydusił mi wszystkie kury, jastrząb porwał mego najlepszego gołębia, zdradziecko rozmontowano i wyniesiono ceglany piec z mojej piekarni i odeszła ode mnie żona, postanowiłem się zmienić, osiągnąć dojrzałość. Co mi zostało? Ja sam, ale dojrzalszy. Taki jestem i taki zawsze będę, dumny Alfredo Sombra, znany powszechnie jako Carajo! – krzyknął mężczyzna, kiedy strażnicy miejscy wciągali go do samochodu, aby zawieźć na izbę wytrzeźwień.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 grudnia 2020

Przekaż dalej
0udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *