Bibliotekarz i pies. Opowiadanie.

Odc. 1

Julio, miłośnik książek i psów, był bibliotekarzem znanym i cenionym w całym mieście. Przyjaźniliśmy się. Był dla mnie jak starszy, dobry i doświadczony brat. Darzył mnie wielkim uczuciem a ja mu to odwdzięczałem. Kochaliśmy się, można powiedzieć, jak najlepsze rodzeństwo. Jeden za drugiego wskoczyłby w ogień. Jeśli chodzi o bibliotekarzy, to nie było wśród nich większego niż on znawcy i miłośnika psów.

Znałem go dobrze. Nie miał łatwego życia ale też nie ułatwiał go sobie. Prawda jest taka, że był ryzykantem. Odczuwał nieprzerwaną potrzebę pobudzania się adrenaliną. Zaliczył w życiu wiele wypadków, dwa z nich samochodowe, oraz upadków: z drabiny, z dachu i niezbyt udany skok na głowę z bardzo wysokiego, stromego klifu do morza. Przy swoim ryzykanckim podejściu do życia, mimo wszystko wychodził z szalonych doświadczeń obronną ręką.

– Nie może mi się stać nic złego, ponieważ Bóg nieustannie czuwa nade mną. Wybacza mi moje wariactwa – takimi słowami z uśmiechem na ustach kwitował ostrzeżenia przyjaciół i rodziny.

Miał naprawdę masę szczęścia. Niepowodzenia kończyły się na ogół w punkcie opatrunkowym, na pogotowiu ratunkowym, w najgorszym wypadku krótkim pobytem w szpitalu. Julio mówił wtedy o sobie „Niezniszczalny”.

W lipcu spotkało go zaskakujące zdarzenie. Było to w parku. Podszedł do niego mały piesek, suczka o imieniu Bastylia. Julio jadł akurat kanapkę z serdelkiem. Odłamał kawałek i chciał poczęstować nim Bastylię. Zwierzak zareagował agresywnie, ugryzł go w rękę. Wyprowadziło to Julia z równowagi, nie było to bolesne, ale tak szokujące, że oniemiał. Nigdy wcześniej nic podobnego mu się nie zdarzyło. Przepadał za psami, bez wyjątku reagowały na niego bardzo pozytywnie. Na szczęście pies był szczepiony przeciwko wściekliźnie, dzięki czemu Julio nie musiał brać bolesnych zastrzyków w brzuch.

Po trzech dniach Julio już nie żył. Zabiła go gangrena. Był to szok dla wszystkich mieszkańców miasta.

– To jakiś potworny obłęd!

Siostra powiedziała mi później, że taka była moja reakcja; chodziłem po pokoju powtarzając te same cztery słowa.

Odc. 2

Datę pogrzebu ustalono na niedzielę. Burmistrz ogłosił ją dniem żałoby w cały mieście.

Na pogrzeb wybrałem się razem z moją siostrą Anetą. Znała i lubiła Julia, choć był od niej kilkanaście lat starszy. On zresztą też ją bardzo lubił. Przynosił jej ciekawe książki z biblioteki, kierując się jej a nie własnym gustem. Bardzo to ceniła.

Do kościoła, gdzie znajdowała się trumna, nie zdążyliśmy. Nie wiedzieliśmy, że transport miejski, tramwaje i autobusy, został ograniczony ze względu na uroczystości pogrzebowe. O złapaniu taksówki nie było nawet mowy. Śpiesząc w kierunku trasy, którą miał przemaszerować kondukt żałobny, z daleka słyszeliśmy wielki harmider, jakby tysiące dzieci głośno wrzeszczało jedno przez drugie.

– Co to może być? – pytała niespokojnie siostra.

Nie miałem pojęcia co mogło być źródłem niezwykłego hałasu. Szliśmy na skrót przez Park Milenijny. Tajemnicę odkryliśmy dopiero wychodząc z parku na Avenidę Zamora, prowadzącą na nowy cmentarz miejski. Zatrzymaliśmy się i patrzyliśmy jak urzeczeni: szeroką ulicą toczyło się przed nami istne morze ludzi i psów. Widok był niesamowity. Kondukt pogrzebowy wylewał się poza krawędzie chodnika. Na samym jego początku, tuż przed karawanem, szła malutka Bastylia z obrożą na szyi i kagańcem na pysku. Trzymał ją na smyczy jakiś mężczyzna.

Oszołomiony i zszokowany, szepnąłem do siostry:

– To jest chyba największy przegląd ubranek, kamizelek, kaftaników, biżuterii, obroży, smyczy i kagańców, jaki ktokolwiek widział na świecie.

Przyglądałem się z uwagą psom notując mimo woli szczegóły ich ubioru. Kaftaniki z cekinami, obszywane złotą i srebrną nicią, i wysadzane diamentami obróżki, misterne kagańce wyściełane atłasem na wewnętrznych krawędziach. Nad ludźmi i zwierzętami płynęła fala transparentów, plakiet, plakietek i dziesiątek plansz z napisami: Związek Kynologiczny w Otario, Krajowe Zrzeszenie Hodowców Psów Rasowych, Hodowla Psów Pablo Escobar, Schronisko Zwierząt w Smyrnie, Bractwo Św. Franciszka z Asyżu, Delegatura Krajowa.

Największą organizacją biorącą udział w pogrzebie była fundacja „W Obronie Psów”. Jej przedstawiciele wydawali z siebie nieskoordynowane okrzyki. Niektóre z nich nie podobały mi się. Zachowanie tych ludzi uznałem za wynaturzenie.

– Pies to najprawdziwszy przyjaciel człowieka. Ludzie są okrutni dla zwierząt. Dlaczego bibliotekarz chciał karmić Bastylię? Kto go o to prosił?

Odc. 3

Przyłączyliśmy się do konduktu. Przy pierwszym jego zatrzymaniu się, usiłowałem dowiedzieć się czegoś więcej o uroczystości, która nie tylko wydawała mi się, ale była niezwykła. Objaśnień udzieliła mi starsza, niezwykle dystyngowana matrona, idąca po prawej stronie ode mnie. Wiedziała chyba wszystko o pogrzebie.

– Łącznie w pogrzebie uczestniczy dwa tysiące pięćset osób, większość uczestników przyszła ze swoimi pupilami. Samych psów zarejestrowano więcej bo blisko dwa tysiące osiemset, wszystkie obowiązkowo w kagańcach, obrożach i na smyczy.

– Dlaczego tyle psów?

– Niech się nauczą, że gryzienie ręki, która je karmi, to czyn niegodny dobrze wychowanego zwierzęcia. I karalny – starsza pani wyciągnęła z rękawa dużą białą chusteczkę z symbolami czarnych jamniczków, aby otrzeć łzy.

Dla mnie śmierć Julia nie mogła skończyć się pogrzebem. To mnie nie satysfakcjonowało, tym bardziej, że burmistrz wyjaśnił mi, jak to się stało, że w pogrzebie uczestniczyły także zwierzęta.

– Nigdy czegoś takiego nie miało miejsca w naszym mieście. Kto zapraszałby ludzi z psami na pogrzeb? Zwłaszcza człowieka, który zmarł w wyniku powikłań spowodowanych pogryzieniem przez psa. To niedorzeczne.

Patrząc na burmistrza widziałem, jak przez jego twarz przemykają cienie oburzenia i gniewu. Podjąłem wtedy postanowienie: muszę dowiedzieć się, w jaki sposób Julio, mój serdeczny brat, mężczyzna niezniszczalny, dał się uśmiercić małemu psu. To było po prostu niemożliwe. Kryła się za tym jakaś straszna tajemnica.

Wkrótce dotarłem do właścicielki Bastylii, skromnej urzędniczki na emeryturze, Marii Lopez. Nie ujawniłem jej kim jestem, powiedziałem tylko, że przyjechałem, aby wyrazić ubolewanie z powodu tak nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Rozmawiając ze mną, płakała.

– Nie rozumiem tego w ogóle. Do dzisiaj nie mogę tego zrozumieć. Kiedy usłyszałam, że moja Bastylka ugryzła w rękę człowieka, który chciał ją nakarmić, wyparłam się, że to była moja suczka.

– To niemożliwe! – krzyczałam. Krzyczałam i płakałam. – Potem zrozumiałam, jak to się stało, kiedy mi powiedziano, czym ten człowiek ją częstował. Ona była śmiertelnie uczulona na serdelki. Kiedyś mój sąsiad, już nieżyjący, niech mu ziemia lekką będzie, dał jej serdelka z jakąś trucizną w środku. Podobno skarżył się, że Bastylka szczeka po nocach i nie daje mu spać. Bastylka ciężko to odchorowała, od tej pory nie tknęła serdelka. W żadnej postaci. Nawet kiedy sama dawałam jej serdelek, stawała się agresywna.

Odc. 4

– Teraz pan rozumie wszystko. Ten człowiek, ten bibliotekarz, prosił się o śmierć. Tak sądzę! Oczywiście nie upieram się, że to było słuszne, co się stało. Mógł żyć, gdyby choć trochę interesował się psami i wiedział o nich więcej. Gdyby nie był taki zarozumiały. Wiedziałby wtedy i o mojej Bastylce, jej delikatności i to, że psy mają swoje nawyki żywieniowe. Pies nie zje byle czego, proszę pana. Niby tak mądry bibliotekarz, a taki głupi. Nie powiem, że zasłużył na taką śmierć, ale ją sprowokował. Sam tego chciał. Po co ją karmił? Na pewno chciał ją otruć i zabrać jej obróżkę wysadzaną diamentami!

Nie mogłem tego słuchać. To było zbyt bolesne. Zabiłbym kobietę na miejscu, gdyby to uszło mi na sucho. Razem z jej psem!

Dwa dni później Bastylia znikła. Właścicielka, Maria Lopez, dała wszędzie ogłoszenia. Tylko ja jeden wiedziałem, co się stało. Zostawiłem Bastylię na odludziu nad morzem, gdzie nie było niczego do jedzenia. Nawet myszy polnych. Aby nie zdechła z głodu, zostawiłem jej kilogram serdelków, tych samych, którymi częstował ją mój brat Julio. Nigdy jej nie odnaleziono, ani jej, ani serdelków. To znaczy musiała je zjeść. Pocieszam się, że głupia suka na pewno przeżyła, tylko uciekła gdzieś na odludzie. Albo ktoś ją złapał i zabrał, bo była ładna. Tego nie można było jej odmówić. Spotkał ją los na jaki zasłużyła. Niechby była taka mądra jak jej właścicielka i wiedziała, że są różni ludzie i różne serdelki, i którego karmiciela można gryźć w rękę a którego nie. Najbardziej bolało mnie to, że Maria Lopez uważała, że Julio, bibliotekarz kochający zwierzęta, nie wie nic o psach.

Odesłałem jej obróżkę, niezwykle cenną, wysadzaną diamencikami, wraz ze smyczą. Nie jestem złodziejem. Podobno była bliska zawału serca. Nie dziwię jej się; każdego zaskoczyłby zwrot tak kosztownego przedmiotu. Skazać na wygnanie złego psa, który zabił mego brata, to potrafię, ale kraść to na pewno nie ukradnę. Wierzę w Boga, dziesięć przykazań i uczciwość, także w miłość bliźniego. Taki jestem. Codziennie chodzę do kościoła i modlę się, abym się nie zmienił. Bo ludzie się zmieniają.

Przekaż dalej
24Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *