Letnie upały nad jeziorem Ostre-Upojne. Groteska. Odc. 1-13/13.

Odc. 1 Radość

Po dniach nijakich, kiedy z braku podniety ludziom głowy opadały na piersi, nastały długo oczekiwane upały. Temperatura ognia buzującego zimą na kominku utrzymywała się nieprzerwanie przez sześć dni, obniżając się tylko nocą i to nieznacznie. Mieszkańcom Zinajdy, kraju mądrych i szczęśliwych ludzi, upały pomieszały w głowie. Ludzie wyzwolili się z zahamowań uniemożliwiających im życie w pełni. Neuronowe kody usprawniły się, tworząc nowe pomysły i rozwiązania. Z dnia na dzień ludzie stawali się szczęśliwsi.

– Wreszcie nadeszły upragnione upały. I to jakie! – Wiele osób nie potrafiło pohamować okrzyków radości ze szczęścia.

Najbardziej zachwyceni stanem pogody i społeczeństwa byli lekarze. Obserwowali błogosławione skutki wysokich temperatur, robili zapiski i notatki. Swoją satysfakcję wyrażali publicznie.

– Upały zdziesiątkowały wirusa Quagga i wypaliły depresję do dna. To nas może tylko cieszyć – wyjaśniali, zacierając dłonie w białych rękawiczkach. 

W szpitalu pod wezwaniem Świętego Igry usuwano z podłogi czarne plamy.

– To ostatnie ślady depresji pacjenta niesionego wczoraj na noszach. Nie mógł iść sam, tak bardzo wirus zdewastował mu ciało i umysł – wyjaśnił Zeno, mężczyzna w sile wieku, mąż żonie i dziadek licznym wnukom. – Rozmawiałem z nim. Dziś jest już zdrów jak ryba.

Zolatea, jego żona, przytaknęła mu. Siedzieli spokojnie razem z Zygą, przyjacielem męża z lat młodzieńczych, w salonie domku wypoczynkowego położonego uroczo na leśnym wzgórku z widokiem na plażę wypełnioną po brzegi żółtym piaskiem. Całą trójką zgadzali się, że niezwykłe poczucie szczęścia w okresie zabójczej epidemii można wytłumaczyć jedynie upałem. Na plaży widzieli ludzi trzymających się za ręce, wybaczających sobie przewinienia i porzucających złe myśli. Osoby najdalej idące w akceptacji dobrodziejstw upałów w pełni tolerowali akty przemocy rządu wobec społeczeństwa i wybaczali rządzącym ich słabość chowania pod nazwiskami żon majątków pochodzących z kradzieży mienia państwowego.

– Żona jest źródłem radości w trudnych czasach – zanucił Zeno, kochający rymy i przyśpiewki. Była to pieśń o żonie pomagającej mężowi ukryć tajemniczo przyrastający majątek przed oczami opinii publicznej, o której wiadomo, że jest chciwa w swojej ciekawości, co u kogo w trawie piszczy. 

Drugiego dnia upałów wyruszyli z samego rana w trójkę na spacer po lesie. Idąc, raz gęsiego, jedno za drugim, a raz ławą, obok siebie, cieszyli się widokami. Śmiało wciskali stopy w sandałach w piach leśnej drogi, za nic mając narastający upał. Na jej otwartych odcinkach rozgrzane powietrze wydawało jęki twórczego natchnienia. Pył wznoszony przez podróżnych osadzał się jasnymi smugami na ubraniach, drzewach i krzewach.

– Pod wpływem słońca przyroda nabiera żywości – mówili, zagłębiając się w gorący piec drogi prowadzącej w głąb lasu. Po drodze mijali trzy obniżenia terenu porośnięte szuwarami po brzegach.

– O, tu było jezioro! – zawołała radośnie Zolatea, smukła małżonka Zeno.

– Wreszcie ten zbawienny upał dobije to bagno i wykwateruje dzikie ptaki, zakłócające spokój lasu swym rozmamłanym klekotaniem, szarpaniem się po szuwarach i bezsensowym nurkowaniem w zimnej wodzie. Po co to komu? – zawołał Zyga, mężczyzna nieokreślonej osobowości i struktury intelektualnej. Mówił o sobie, że ma aspiracje, musi tylko określić jakie i do czego mają one służyć.

Towarzysząca mu dwójka przytaknęła mu energicznie, podziwiając esy floresy kurzu wzniecanego przez sandały.

– Bez upału i kurzu gnuśnielibyśmy intelektualnie jak koń wypchany słomą w czasach kiedy jeszcze nie znano trocin, pierwowzoru pyłu gromadzącego się na rozgrzanej słońcem drodze – odezwał się Zeno.

Chwilę zastanawiali się nad jego słowami, oceniając ich trafność jak i filozoficzny sens.

Odc. 2 Los wirusa

Po powrocie ze spaceru oglądali telewizję. W wiadomościach wieczornych mówiono tylko o upałach i wirusie Quagga.

– Wirus przepadł na zawsze. Mamy przed sobą falę upałów, które go zabiją. Wysoka temperatura jest jego katem i gilotyną – uroczyście obwieścił wysoki urzędnik państwowy przypominający zasłużonego dróżnika kolejowego na weselu. Na początku Zolatea, Zeno i Zyga nie poznali go: był w okularach o tak cienkich oprawkach, że szkła wyglądały jak przyklejone do brwi i nosa. Miał na sobie tradycyjny garnitur urzędniczy, na nogach przykurzone lakierki, na piersi order i dwa medale.

Następnego dnia władze zorganizowały na Placu Defilad festyn poświęcony zwycięstwu nad wirusem. Na wielkiej tablicy świetlnej pokazywano temperaturę powietrza. O godzinie piątej po południu wynosiła ona trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Każdy z uczestników festynu mógł wypróbować swoje zdolności oratorskie przemawiając na dowolny temat związany z wirusem, epidemią i upałem. Odważni mieli do dyspozycji pięć mównic ustawionych w takiej odległości od siebie, aby sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Ludzie wstępowali na mównicę i mówili, co im rozum i ślina na język przyniosły. Płynęły deklaracje o dobroczynnym wpłynie upałów ma wirusa i epidemię. Wokół Placu Defilad ustawione były plansze z kolorowymi zdjęciami znanych już odmian wirusa Quagga w powiększeniu mikroskopowym. Pokazywano także mapy epidemiologiczne kraju. Na stoisku na północnej stronie placu sprzedawano wykonane z plastiku obrazy wirusa, na które można było pluć dla wyrażenia wrogości wobec niego i epidemii.

W nocy nadeszły nowe wiadomości. Okazało się, że wirusa można wykorzystać dla celów gospodarczych. Władze tworzyły w pośpiechu kolumny transportowe do wywozu stosów wirusów padłych w wysokiej temperaturze w miejscach, gdzie ustawiono szybko nagrzewające się w słońcu metalowe płyty. Materiał wywożono do oczyszczalni ścieków poza miastem w celu przetworzenia na nawóz naturalny.

Na początku akcja spotkała się z krytyką środowiska lekarskiego. Wkrótce służba epidemiologiczna przełamała ten opór, tłumacząc, że jest to bezpieczne a nawet konieczne. W imieniu władz sanitarnych wystąpił dyrektor Szpitala Antywirusowego pod wezwaniem Świętego Igry. Zwracał na siebie uwagę oczami tak czerwonymi jakby je wypożyczył od królika albinosa. Słuchano go z uwagą.

– Wirus Quagga to idealny nawóz. To materia organiczna składająca się z dwóch podstawowych elementów: kwasu nukleinowego, stanowiącego wirusowy genom, oraz otaczającego go płaszcza białkowego zwanego kapsydem. Służba sanitarna od dawna pracowała nad technologią utylizacji wirusa. Wysokie upały przyszły im z pomocą.

Zrzeszenie Organizacji Biznesowych przedstawiło własne plany wykorzystania wirusa. Zneutralizowany wysoką temperaturą mógł służyć  produkcji nie tylko nawozów naturalnych, ale i siatek na zakupy, moskitier i innych przedmiotów użytecznych w gospodarstwie domowym. Laboratorium Epidemiologiczne Sonda we współpracy z dwiema politechnikami pracowało nad wykorzystaniem wirusa jako przewodnika elektryczności. Okazało się, że przewodząc prąd elektryczny połączone ze sobą w sieć wirusy traciły zabójcze właściwości.

– To prawdziwa rewelacja. Wirus jest lekki, tani i mikroskopijnie mały. W dodatku występuje w dużych ilościach – wyjaśniła szefowa laboratorium.

Nie zabrakło też prześmiewców wykorzystania wirusa dla potrzeb człowieka. Propozycje w rodzaju „ natrzesz sobie ciało kremem z wirusa i świecisz nocą jak nafosforyzowana bombka choinkowa” spotykały się na szczęscie z uznaniem tylko nielicznych osób.

Odc. 3 W drodze nad jezioro

Trzeciego dnia upał nasilił się. Powietrze pulsowało tak intensywnie, że drzewa i krzewy oddalone od patrzącego o kilkanaście metrów wyglądały, jakby dostały drgawek paralitycznych. Mieszkańcy domków letniskowych od rana schodzili w dół do jeziora Ostre-Upojne trzymając się za ręce i śpiewając pieśni, jakie im się przypominały, głównie z dzieciństwa. Wszyscy mieli ten sam cel: nacieszyć się widokiem parującej wody, zanurzyć stopy w rozgrzanym piasku na plaży i zażyć gorącej kąpieli. Niektórzy spodziewali się spotkać nad wodą znajomych i odświeżyć kontakty.

W połowie drogi do jeziora trójka przyjaciół mijała rozłożysty dąb. U podstawy okalały go okrągłe kamienie oraz zwichrowana upałem  ławeczka, przypominająca artystyczną kompozycję żywych drewnianych  wygibasów. Zatrzymali się na chwilę, aby podziwiać niezwykłe dzieło natury. Z boku stała tabliczka z opisem eksponatu. Zeno głośno odczytał informację:

– Ławeczka jest naturalnym wytworem wysokiej temperatury powietrza. Została uznana za eksponat muzealny. Wkrótce zostanie umieszczona w Muzeum Upałów, współfinansowanym przez mieszkańców wsi Ostre-Upojne.

Kilkadziesiąt metrów dalej, w luce między drewnianą stodołą o postrzępionym słomianym dachu i murowanym domem mieszkalnym, podróżnicy zobaczyli grupę osób. Na przodzie stała mała dziewczynka w różowej siermiężnej sukieneczce, za nią dwie kobiety, wyglądające na jej matkę i babcię. Z boku stał mężczyzna z czarną brodą sięgającą prawie ziemi. Miał na sobie znoszony, ale w dobrym stanie, szary garnitur z dwoma rzędami guzików i sandały na gołych stopach. 

– Oryginalna grupka – mruknął Zyga. – Ciekaw jestem, skąd się wzięli i co tu robią. Wyglądają jak eksponaty muzeum figur woskowych. 

Byli to mieszkańcy domu. Zolatea znała ich dobrze i pierwsza ich pozdrowiła.

– Nie widziałam państwa co najmniej rok. Jolusia bardzo urosła. Ma piękną sukieneczkę. Panią Zofię i panią Antoninę poznaję z łatwością, ale pana, panie Józefie, to bym nie poznała. Domyśliłam się, że to pan, bo jest pan w towarzystwie żony i teściowej. Co u państwa słychać?

Obydwie grupy patrzyły na siebie z ciekawością. Mężczyzna zidentyfikowany jako Józef uznał słowa Zolatei za zachętę do wypowiedzenia się w imieniu rodziny. Przemówił donośnym głosem, dobywającym się z masywnej klatki piersiowej jak z czeluści pustego pnia dębu opanowanego przez demony. Mówił logicznie, ale dziwnie. Czuli, jakby chciał się wyspowiadać, co nie było dalekie od prawdy.

– W tak wyjątkowy dzień jak dzisiaj, gorąc wydobywa z człowieka najśmielsze pomysły. Zawsze pragnąłem ekscentrykiem, a co najmniej oryginałem. Te upały mnie zdopingowały. Wczoraj rozpuściłem brodę, okazała się dłuższa niż myślałem. Pielęgnowałem ją ostatnio tak intensywnie, że żona mi mówiła:

– Poświęcasz mi mniej czasu niż swojej brodzie.  A przecież ja też mam potrzeby.

Odc. 4 Józef i jezioro

Józef spokojnie kontynuował swoją niesamowitą historię jakby wyuczył jej się na pamięć.

– Czasem żona pyta się mnie w nocy:- Dlaczego twoja dłoń nie jest tak wdzięczna dla mego spragnionego pieszczot ciała jak dla brody? Zadając takie pytania, obnażała piersi jakby jak przed karmieniem oseska spragnionego mleka. Buchało od niej takie gorąco, że nie sposób było się zbliżyć. Zadaj mi chociaż jeden orgazm – krzyknęła w końcu zniecierpliwiona. Kiedy ją dotknąłem, doznała konwulsji rozkoszy. Wyznała mi wtedy, że była to najbardziej upojna noc jej życia, gorąca jak blacha piekarnika.

Zolatea wyjaśniła cicho swoim towarzyszom:

– Kompletnie zapomniałam, że to zboczeniec. Mówiono mi o nim we wsi, ale nie wierzyłam. A teraz masz babo placek! Opowiada nam intymne przeżycia. Upał padł mu na głowę podobnie jak innym ludziom. Oprócz nas nie ma tutaj ludzi normalnych.

Aby skierować rozmowę na bezpieczniejszy tor, zapytała:

– A jak pańskie kury, pani Józefie? Nie widzę ani jednej za ogrodzeniem. Słyszałam, że wydusił je lis. Czy to prawda?

– Ah, kury. Że też pani je pamięta! Zaczęły zdychać jak tylko nadeszły upały. Te, które ominął los szybkiego zejścia z tego świata, zabijaliśmy i jedli. Żona nieprzerwanie gotowała rosół głównie dla mnie, bo wszystkim się przejadł. Ja przepadam za rosołem zwłaszcza z cienkim makaronem ryżowym.

Kiedy przyjaciele przybyli w końcu nad jezioro Ostre-Upojne, było tam kilkadziesiąt osób. Tłum się wciąż powiększał. Wielu plażowiczów imponowało opalenizną, kilka osób wyglądało jak raki wyjęte w wrzątku.

Pod wieczór cienie smuklały w zachodzącym słońcu. Widać było jak chodzą po drzewach, idą na plażę i zanurzają się w wodzie zupełnie jak żywe istoty. Ludzie przyglądali im się z ciekawością, bo widok był nadzwyczajny: widzieć cienie poruszające się niezależnie od właściciela. Jakaś tęgawa kobieta powiedziała, że jest lekarką i wyjaśniła, że to są przywidzenia wywołane upałem.

– Powinniśmy wszyscy jak najszybciej wrócić do swoich domów, aby to się źle nie skończyło.

Nikt nie wziął jej słów poważnie. Panował nastrój wzniosłej radości, upojenia, nawet ekstazy. Woda w jeziorze była bajeczna. Kąpiący się nie chcieli z niej wychodzić. Niektórzy prowadzili rozmowy z osobami siedzącymi na brzegu.

– Będziemy moczyć się w jeziorze nieprzerwanie, dzień i noc. To nadzwyczajne przeżycie. Woda jest coraz cieplejsza. Wreszcie wygrzejemy się jak nigdy w życiu.

Zolatea, Zeno i Zyga zdecydowali się popłynąć razem przez jezioro na drugi brzeg widoczny w oddali. Ostrzegano ich, aby tego nie robili.

– Noc się zbliża. Zmęczycie się i potoniecie.

Byli dobrymi pływakami i zbagatelizowali ostrzeżenia.

– Spoko! Zrobimy to bez problemów. Nigdzie nam się nie śpieszy! Co nagle, to po diable! Mamy czasu jak jeż kolców – przekomarzali się z osobami wątpiącymi w ich umiejętności pływackie.

Na wszelki wypadek zabrali ze sobą – dla lepszego samopoczucia – małe plastikowe boje wyposażone w podłużne pływaki przypominające grube serdelki łączące linkę bojki z ciałem pływaka.

Odc. 5 Glony i wybuchy

Wieczorem w jeziorze zakwitły glony w dwóch kolorach; różowym bliżej brzegów, gdzie woda była cieplejsza, i zielonym, bliżej środka jeziora, gdzie było najgłębiej i woda była chłodniejsza. Przy świetle księżyca glony mieniły się i fosforyzowały. Zrobiło się tak jasno, że kąpiącym nie chciało się wychodzić z jeziora. Pływali i baraszkowali w wodzie, zajmując coraz większą część jego powierzchni.

Radość i zabawa skończyły się przed północą, kiedy na środku jeziora pojawiła się łódka z płóciennym daszkiem. Płynęła na wiosłach tak cicho, że nikt jej nie zauważył, dopóki nie poleciały z niej dwie petardy w kierunku zarośli przy brzegu. Kąpiący się ruszyli błyskawicznie w kierunku plaży, aby jak najszybciej ewakuować się na stały ląd. Kiedy przebrzmiały echa huku, wszyscy usłyszeli męski głos wzmocniony megafonem:

– Mówi właściciel jeziora, Jan Znojny. Ostrzegam was. Przestańcie wrzucać do wody kolorowe kulki plastiku, straszyć ryby i zrywać założone przeze mnie sieci. Wy tu jesteście dla przyjemności, ale ja żyję z jeziora. Jeśli natychmiast nie wyjdziecie z wody i nie rozejdziecie się, zrobię coś, co absolutnie wam się nie spodoba. W taki upał każdy sąd mnie usprawiedliwi. Lepiej nie ryzykujcie. Nie pomoże jeden środek, to wykorzystam drugi. Nie kijem go to pałką – tak mi podpowiada mój syn, Anzelm, i ja się z nim zgadzam. To profesjonalista. Był w wojsku i został komandosem. Jednym ciosem potrafi powalić człowieka na ziemię. Największą rybę ogłuszy uderzeniem pięści w łeb.

– Wieprzka zresztą również – dał się słyszeć z dna łódki szorstki męski głos.

– Z Anzelmem nikt jeszcze nie wygrał. Lepiej, abyście nie spotkali go na swojej drodze. Osobiście nie mogę wam zakazać kąpieli w jeziorze, bo takie jest prawo, ale mogę tak obrzydzić wam pobyt tutaj, że rodzona matka was nie pozna! Chcę was też ostrzec, że jezioro jest niebezpieczne, zwłaszcza nocą. Utonął tuj niejeden dobry pływak. Ich szczątki leżą na dnie jeziora. Żyją tutaj wspaniałe węgorze. Abyście zrozumieli dobrze, o czym mówię, dodam, że węgorze żywią się padliną.

Po jego słowach od strony łódki dały się słyszeć wzmacniane przez megafon rzężenia, charkot i jęki, jakby ktoś zanurzał człowieka pod wodą, aby go wykończyć. Wszyscy domyślali się, że jest to nagranie, ale nikt nie był pewien, czy nie dzieje się to naprawdę.

Starszy, siwy mężczyzna z włochatym torsem głośno uspokajał osoby stojące na brzegu:

– Nie przejmujcie się. Znam dobrze Jana Znojnego. Głos to może i ma kapitana wielkiego parowca, ale sam jest drobnej postury, waży nie więcej niż roczny baran. Jego syna, Anzelma, nie widziałem, ale słyszałem, że posturą niewiele różni się od ojca, z tym że jest moczymordą i rozrabiaką. Tyle mogę powiedzieć, bo tyle wiem. A wiem to na pewno.

Zolatea, Zeno i Zyga zawrócili w kierunku plaży, skąd wyruszyli. Kiedy wychodzili na brzeg, upał nasilał się. Glony gdzieś znikły albo też przestali je widzieć. Na brzegu spotkali ludzi żywo dyskutujących, co się stało. Byli zdezorientowani. Między drzewami przepływały fale gorącego i chłodniejszego powietrza, mieszając się ze sobą. To wzmagało niepokój. Większość plażowiczów ubierała się w pośpiechu.

Odc. 6 Wiara Józefa

W drodze powrotnej przy dębie czekał na nich Józef. Zatrzymał ich podniesioną otwartą prawą dłonią, wyprostowany i jeszcze bardziej uroczysty niż poprzednim razem. Miał na sobie nową zdobną suknię, broda była jeszcze bardziej połyskliwa i czarniejsza, czapka na głowie obrzeżona szeroką złotą wstęgą przypominała koronę. Oczy mu płonęły.

– Mam ważną rzecz do oznajmienia. Kiedy odeszliście stąd nad jezioro, naszedł mnie głęboki sen, a z nim powołanie. Zobaczyłem wszystko jak na dłoni. Upał to symbol ognia, jedyny możliwy do ogarnięcia umysłem przez człowieka. Nawet żona przyznała, że mój sen był nadzwyczajny i że powołanie jest prawdziwe. Teraz uważajcie: zakładam nowy kościół “Wiary Odrodzonej w Ogniu”. To rzecz poważna, a nie jakaś sekta religijna jakiegoś Józefa pod hasłem “Bóg Odnowiony”.

Zolatea, Zeno i Zyga popatrzyli po sobie. Józef stał na drodze jak posąg i przemawiał. Było to coś nowego. Nigdy tak się nie zachowywał. Był spokojnym rolnikiem, hodującym krowy i kury, sprzedającym jajka i nabiał. Czasem wynajmował jeden lub dwa pokoje letnikom.

– Stara wiara jest martwa. Przejadła się całkowicie, wszystkim, nie tylko mnie. Ludzie chodzą do kościoła, ale to nic nie zmienia w ich sercach i sumieniach. Pozostają klocami drewna bez czucia i wrażliwości na drugiego człowieka. A nam potrzeba miłości. Mój kościół będzie kościołem miłości i miłosierdzia, dobroci i radości. Będzie cenić to, co jest wypukłe a nie wklęsłe. Przede wszystkim w sztuce. Wklęsłość niesie ze sobą fałsz. Bagno jest wklęsłe. A kopuła kościoła i góra są wypukłe. To ważna symbolika.

– Z czego będzie się utrzymywać pański kościół Wiary Odrodzonej w Ogniu? – głos Zygi brzmiał jak nigdy poważnie. 

Odc. 7 Kościół nowej wiary

Józef odpowiedział bez wahania:

– Mam pomysły. Muszę je jeszcze dopracować. Jeden to artystyczna obieralnia warzyw i owoców. Będziemy prowadzić warsztaty twórcze. W te okolice przyjeżdża każdego roku masa turystów, jest też coraz więcej rodzinnych domków wypoczynkowych. Wielu ludziom bardzo podoba się sposób, w jaki moja żona i teściowa obierają owoce i warzywa, jak je kroją we wzory, jak układają na tacach, jak je zdobią, pieką, smażą i gotują. Ludziom podoba się także to, że nie pozostawiają odpadków. To, co zostaje, jest w całości wykorzystywane w gospodarstwie. 

– Czy to wystarczy na potrzeby pańskiego kościoła? – zapytał Zeno sceptycznie. Józef popatrzył na niego uważnie.

– To nie wszystko. Nowy kościół jest jak nowy biznes, trzeba go rozkręcić. Na początku będziemy musieli sprzedać lub wynająć stary kościół. Jest praktycznie niewykorzystany. Jeśli nic z nim nie zrobimy, rozsypie się pozostawiając po sobie gruzy. Tego na pewno nam nie potrzeba. Porozmawiam z proboszczem, sam się tym zajmę. Ma do mnie zaufanie. Wiary i religii trzeba nauczać na otwartym powietrzu, więc murowana świątynia nie jest potrzebna.

– Czego będzie pan jeszcze nauczać w Kościele Wiary Odrodzonej w Ogniu?

– Równości mężczyzn i kobiet, wyświęcania kobiet na duchowych przewodników, wcześniejszej inicjacji seksualnej, bo krajowi potrzeba dzieci.

– A homoseksualizm i LGBT? – nieustępliwie ciekawski Zyga pragnął zaskoczyć Józefa kłopotliwym pytaniem.

Zapytany myślał chwilę. Czapka przechyliła mu się na bok, nawet tego nie zauważył.

– Jeśli Bóg stworzył takich ludzi, to znaczy, że i my musimy ich zaakceptować. Koniec, kropka. Przestańmy oczy mydlić tym LGBT, o którym wszyscy mówią. Są ładni chłopcy i mężczyźni to i mogą podobać się sobie nawzajem. Podobnie jest z dziewczynami i kobietami. Nic złego nikomu nie robią. Nic na to nie poradzimy – Józef opuścił głowę i głaskał brodę w zamyśleniu.

– Tyle inicjatyw na raz – westchnął Zyga, kiedy rozstali się z Jozefem. – Nowy Kościół Wiary Odrodzonej w Ogniu, obieralnia artystyczna warzyw i owoców, sprzedaż lub wynajem starego kościoła, nauczanie wiary na otwartym powietrzu. Dla mnie to nie są dowody, że chłop zwariował. W tym co mówił, są piękne idee. Jest w nich głębia. W miarę jak rozwijał temat, sam zapalał się zupełnie jak Józef.

– Według mnie Józefowi chodzi także o recykling, zagospodarowywanie wszelkich odpadów. To oznacza czystość środowiska. Połączenie wiary w Boga z ochroną przyrody! Albo długie brody u mężczyzn! Nie potrzeba golarek, mitrężenia czasu przed lustrem, kremu do golenia; to także oszczędność wody. Że też nie od razu to zauważyłem! Muszę z nim porozmawiać! Tak, muszę z nim porozmawiać. Koniecznie!

Zolatea popatrzyła na niego z niepokojem. Przestraszyła się. Zeno pozostał spokojny; pochylając głowę w bok Zyga mrugnął do niego szelmowsko.

Odc. 8 Kobieta od wiśni

Wracali przez las pylistą drogą. Był już prawie wieczór. Przyjemność sprawiało im wzbijanie tumanów kurzu. Patrzyli jak układa się na drzewach w różne wzory. Upał zelżał nieznacznie, nie więcej niż o jeden lub dwa stopnie Celsjusza. Naprzeciwko działki Zeno i Zolatei z domkiem „Leśna Oaza” stała za płotem kobieta. Obok niej stał syn, dwójka pozostałych chłopców bawiła się dalej na działce. Byli to piękni chłopcy, najstarszy, stojący przy matce uśmiechał się nieśmiało. Miał na sobie koszulkę z napisem „Upał w górę, serca w górę”. Oboje dyszeli z trudem. Otwierali usta i chwytali gorączkowo powietrze.

– To ten upał. Oddycham jak polarna kura wrzucona do pieca hutniczego – głos kobiety z trudem przedostawał się przez spieczone usta.

Wędrowcy wdali się w rozmowę.

– Ładnie się pani zagospodarowuje. Domu jeszcze nie ma ale jest już altanka, szopa na narzędzia, zjeżdżalnia dla dzieci i sporo drzewek owocowych.

– Założyłam ogród kilka dni temu. Akurat zanim nadeszły upały. Przywieźli nam nie sadzonki, ale duże drzewka owocowe. 

– Czyli właściwa rzecz we właściwym czasie – zasugerował Zeno.

– Najbliżej płotu rośnie ciepłolubna wiśnia. Dobrze, że taką odmianę kupiłam. To egzotyczny okaz prosto z Afryki. Jak znalazł na upały. Drzewko ma już pierwsze owoce, wiśnie piąstki małego dziecka. Słodkie jak maliny. Wczoraj o godzinie ósmej rano zaczęliśmy liczyć. Było osiem wiśni. W południe było już szesnaście. Liczba owoców na drzewku podwaja się trzy razy dziennie. Wkrótce wiśnia tak będzie zawieszona owocami, że gałęzie mogą się połamać.

Kobieta i chłopiec brali do ust dojrzałe wiśnie i jedli. Gęsty sok ciekł im obficie po brodach. Obok działki przechodził starszy tęgawy turysta. Miał na sobie czarny sweter i długie spodnie, na twarzy okulary z grubymi soczewkami. Rozglądał się z ciekowością dookoła. Widząc kobietę i chłopca z twarzami ociekającymi czerwienią, przeraził się. Stanął w miejscu i drżał jak liść osiki. Nikt nie wiedział co robić. Kilka minut później przyjechali po niego żona i syn. Przywieźli ze sobą wielki wentylator. Syn uruchomił go kablem podłączonym do akumulatora samochodu i skierował strumień zimnego powietrza na ojca.

– Tata najpierw musi solidnie schłodnieć, zanim wróci do siebie. Jest bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę. Widząc ofiarę przemocy reaguje natychmiast drżeniem ciała. Powoli dojdzie do siebie. U nas w rodzinie to normalne. W te potworne upały nie takie rzeczy się zdarzają. W nocy także będzie upalnie. Pilnujcie się państwo.

Odc. 9 Wieczorne rozmowy

Następnego dnia – wciąż trwały upały, gorąco było nawet nocą – świat wokół „Leśnej Oazy” zmienił się nie do poznania. Już w południe trawa była wypalona do cna, obnażając szarość ziemi.

– Prawdziwa Australia – cieszył się Zeno i w największy upał polewał rośliny strumieniem zimnej wody. – To wywołuje wstrząs termiczny. Jedynie on może pobudzić do życia roślinność pogrążoną w cieplnym letargu.

Miał rację. Po zakończeniu podlewania siedzieli we trójkę na werandzie i patrzyli z radością, jak zieleń wokół domku wraca do życia.

Wieczorem Zolatea przyniosła małe wiaderko poziomek zebranych na działce.

– Obficie polane zimną wodą poziomki nabrały wigoru i dały owoce większe i słodsze niż zazwyczaj – zauważyła. Nigdy wcześniej nie zebrałam tak urodziwych poziomek jak dzisiaj. Są dwa razy większe i pachną jak perfumeria. 

Jedząc poziomki ze śmietaną rozmawiali o rodzinie i dzieciach. W telewizji pokazywano dwa małżeństwa z dużą ilością dzieci. W obydwu przypadkach była ich cała gromada, każde w innym wieku, o różnej budowie ciała i wyglądzie, różnych zainteresowaniach. Rodziny mieszkały w dwóch krajach, jedna w Meksyku, druga w Belgii. Były utalentowane do tego stopnia, że nazywano je cudownymi dziećmi. Najmłodszy synek rodziny belgijskiej, o imieniu Pierre-Claude, był utalentowany muzycznie i wokalnie. Kiedy słyszano jego śpiew, natychmiast zapraszano go do zapisania się do chóru. W Gandawie, gdzie mieszkała rodzina, miał zaproszenia na występy publiczne z kościoła, rady miasta oraz szkoły, gdzie się uczył. Wkrótce sam król Belgii Cornelius II poprosił go, aby grał na fortepianie i śpiewał pieśni na weselu jego córki wychodzącej za mąż za księcia Yorku.

Wesele okazało się niezwykle udane. Wszyscy byli zachwyceni oprawą wokalno-muzyczną w wykonaniu Pierre-Claude’a. Panna młoda trzy razy rzucała wianek za siebie, trzy razy łapała go ta sama kobieta o imieniu Lucylle. Mimo, że nie była zbyt urodziwa, miała ogromne powodzenie. W ciągu zaledwie kilku dni kilka razy wyszła za mąż. Opowiedziała o tym swoim druhnom.

– Nie chwalę się i nikomu oprócz was tego nie mówię, ale jestem w trzech szczęśliwych małżeństwach. Zawsze chciałam się sprawdzić w wielożeństwie. Dotychczas przodowali w tym mężczyźni, teraz nastał czas kobiet. Każde z moich małżeństw zawarłam w innym mieście, niezbyt oddalonym od siebie, co daje mi łatwość szybkiego przenoszenia się. Dzięki wielkim upałom przeżywam potrójnie upojne noce, gorące, pełne namiętności. Mam trzech wspaniałych mężczyzn, trzy domy, trzy źródła dochodów. Czuję się naprawdę szczęśliwa.

Odc. 10 Wielożeństwo i odkrycia

Na pytanie, czy tego rodzaju postawa jest słuszna moralnie i społecznie, Lucille odpowiedziała:

– Wielożeństwo jest piękną sprawą. Jest ono możliwe tylko w niektórych krajach świata, na szczęście także w Belgii. Dzięki wyzwoleniu się kobiet, mają one dzisiaj swobodniejsze podejście do życia i miłości podobnie jak zawsze mieli je mężczyźni, nawet duchowni. Życie i miłość muszą być na luzie, nieskrępowane okowami przesądów. Przesądy to straszna rzecz. Przesądem było to, że kobieta musi wyjść za mąż za mężczyznę, którego wybrali jej rodzice. Moja babcia cierpiała z powodu tego przekonania tak bardzo, że z rozpaczy rzuciła się do rzeki, aby skończyć swoje życie. Na szczęście nie utonęła; uratowało ją trzech mężczyzn przepływających obok łódką. Byli niezwykle przystojni, uroczy i szarmanccy. Zakochała się we wszystkich trzech. Wbrew rodzicom i ówczesnym zwyczajom postanowiła uszczęśliwić miłością wszystkich swoich wybawców. W krótkim czasie zawarła trzy małżeństwa. Nie lubiła rozgłosu, zrobiła więc to po cichu. Była dla mnie wzorem odwagi i skromności.

– Wielożeństwo – wyjaśniała potem druhnom – to wspaniały wynalazek. Zamiast uszczęśliwiać jednego mężczyznę, uszczęśliwiasz od razu kilku. Przez wieki z tego przywileju korzystali mężczyźni, mając po kilka żon. Bardziej ambitni mieli nawet cały harem. Teraz to się zmieniło. Kobiety odzyskały należną im moc. Inaczej traktują siebie i mężczyzn. Ma to pełne uzasadnienie biologiczne i społeczne. Mężczyźni potrzebują dużo ciepła, którego dostarczyć im może tylko kobieta. Upały zwiększają potencjał ciepła w kobiecie. Kobieta nie zużywa się w miłości jak mężczyzna, który co jakiś czas wiotczeje podobnie do meduzy wyrzuconej przez falę na piaszczysty brzeg, czekając na przypływ, aby dojść do siebie.

Druhny poruszone jej opowiadaniem dzieliły się swoimi wspomnieniami. Nie mając doświadczeń małżeńskich, miały sporo obserwacji miłosnych. Kiedy Lucille skończyła, biły jej brawo tak intensywnie, że temperatura podniosła się o dwa stopnie. Tak twierdziły, nie była to jednak prawda.

– Temperatura powietrza wzrosła nagle wskutek nadejścia nowego frontu ciepła – mówili meteorolodzy w telewizji.

Dla Zygi upalne dni w Leśnej Oazie były czasem odkryć. Czuł się jak Krzysztof Kolumb na dziobie statku Santa María patrzący w nieskończoną dal zasnutą mgłą niepewności i nadziei. W ciągu kilku dni dokonał dwóch odkryć: magnetycznej moskitiery w drzwiach oraz bojki asekuracyjnej do pływania na jeziorze. Obydwa odkrycia udokumentował zdjęciami czyniąc sobie zarzuty, że wcześniej nie dokonał tych odkryć. Rozmawiał o tym z przyjaciółmi.

– Muszę być wobec siebie uczciwy. Nie miałem w sobie uważności i ciekawości, jaka normalnie towarzyszy średnio rozwiniętemu mężczyźnie. Dopiero upał wyzwolił we mnie pełen potencjał odkrywczości, zaostrzając zmysły obserwacji i intuicji, stanowiące podstawę wszelkiej genialności. Zawsze pragnąłem być odkrywcą. Teraz to się ziściło. Kilkakrotnie powtórzył to sobie w duchu, aby upewnić się, że nie śni.

Odc. 11 Gubernator Głowa

– Takiego myślenia musimy uczyć w szkołach, a nie wychowania seksualnego, o którym każdy wie, że prowadzi na manowce. To dlatego mamy tyle pożarów w kraju – wtrącił wójt wsi Duże Pożarne, uczestniczący w dyskusji na temat sportu i zachowań społecznych. Nie wszyscy rozumieli, co ma na myśli.

– Wójt jest trochę dziwny od czasu, jak objął władzę, ale już przyzwyczaiły się do tego. Każdemu władza uderza do głowy – mieszkańcy wsi nie kryli się z publicznym wyrażaniem swoich poglądów i uczuć.

Od czasu pojawienia się upałów reprezentacja narodowa siatkarzy wygrywała mecze jeden po drugim z łatwością graniczącą z cudem. Mieszkańców domku wypoczynkowego „Oaza Radości” ogarniała wtedy euforia.

Zaraz po siatkarzach wystąpiła w telewizji znana i szanowana osobistość. Był to gubernator Głowa. Pełnił on ważną rolę regulując mechanizmy złożonej struktury społecznej jaką jest państwo. Nie dla wszystkich obywateli Głowa był postacią godną podziwu czy choćby uwagi. Byli i tacy, co kręcili nosem na jego zachowania publiczne.

– Głowa taki, Głowa siaki, Głowa owaki – mówili osobnicy nie darzący go sympatią.

Drugiego dnia upałów Głowa wyraźnie ożył. Wygłaszał poglądy śmielsze niż zawsze, zachwycał oryginalnością myśli, szlachetnością intencji, imponował doświadczeniem i mądrość życiową. Pozdrawiał serdecznie tłumy wiwatujące na jego cześć i obiecywał poprawę warunków bytowych, tani transport i lepszą edukację.

– Nie mogę obiecać tylko lepszej pogody, bo jest już doskonała. Upały sprzyjają myśleniu, działaniu, zabijają wirusa i ożywiają inicjatywę.

Bardziej uczuciowe kobiety przesyłały mu dyskretnie pocałunki, bardziej religijne oferowały mu także modlitwy jako dowód podzięki za to, co robi dla kraju. Ludziom w potrzebie Głowa obiecywał różnego rodzaju pomoc a nawet wsparcie finansowe.

– Nie będzie tego dużo, bo z pustego to i Salomon nie naleje, ale zawsze podreperuje to wasze budżety rodzinne. Proście mnie, a otrzymacie. Mam wpływy w rządzie. Jestem lubiany, to zrobią dla mnie wszystko. Dajcie mi tylko trochę czasu. Czas to pieniądz – żartował na koniec, wzbudzając falę entuzjazmu.

– Nikt nie jest tak dowcipny jak gubernator Głowa – odezwały się głosy.  

O godzinie szesnastej odezwały się dzwony kościelne i twarz gubernatora stężała z napięcia, po obu stronach szyi żyły napięły się jak powrozy.

– Jeśli sądzicie, że wiecie, jak potwornie trudne jest życie gubernatora, to się mylicie. Podejmuję decyzje tak ważkie i brzemienne w skutkach, że dziwię się samemu sobie, że do tej pory jeszcze nie oczadziałem, że tak powiem. Jest to cierpienie nie do zniesienia. Właściwie to nie powinienem się w ogóle martwić, ponieważ dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich decyzji jest słuszne; mniej udanych decyzji jest tylko jeden procent, mimo tego że się nieprzerwanie uczę dobrego gubernatorstwa. Ale to mnie martwi do szaleństwa. Właśnie ten jeden procent. On śni mi się po nocy i dusi mnie jak zmora. Czuję wtedy, że kiedy podejmuję te decyzje to jakbym podnosił platformę z trzema ciężarówkami z pełnym ładunkiem śrub do młockarni.

Odc. 12 Edukacja i biczowanie

Upały sprzyjały śmiałym reformom, dokonywaniu rzeczy przełomowych. Każdy wiedział, że zmiany są nieuniknione. Świat się walił i palił. Ludziom gotowało się w głowach.

– Wszystko będzie nowe i lepsze – zapowiedział brodaty mężczyzna w telewizji.

Na początku nie było wiadome, kto to taki i o czym mówi. Potem pojawiła się informacja, że to nowy minister edukacji, ale mało kto w to wierzył, bo wyglądał bardziej na pobożnego pustelnika zajmującego się uprawą warzyw niż na ministra edukacji.

– Może rzeczywiście jest to Jakub Lespuniok, nowy minister edukacji, człowiek o śmiałych myślach z głową w płomieniach. Stało się to zrozumiałe, kiedy minister wyjaśnił:

– Żar lejący się z nieba przyniósł mi do głowy nowe pomysły. Są one na miarę osiągnięć wielkich odkrywców Marko Polo, Krzysztofa Kolumba, Vasco da Gamy i tych grotołazów, co to dwa lata temu zeszli pod ziemię, aby eksplorować Jaskinię Wężową i jeszcze nie wyszli – entuzjazmował się, gestykulując prawą dłonią.

Rodzice młodzieży szkolnej wiwatowali na jego cześć, kiedy zapowiedział, że będzie dużo lekcji religii oraz ważne dzieła ojców i doktorów kościoła w literaturze obowiązkowej.

– Dzieciom potrzeba poważnej wiedzy biblijnej a nie płochej literatury klasyków. Literatura światowa nam się przejadła. W programie nauczania będą też gry o tematyce biblijnej „Kain zabija Abla”, „Przemiana Żony Lota w Słup Soli”, „Sodoma i Gomora”.

Przed wyjazdem z domku „Leśna Oaza” Zeno, Zolatea i Zyga rozmawiali o świadomości. Była to rozmowa służąca dojściu do poważnych wniosków.

– Wydaje się, że wielodniowy upał wypalił wielką dziurę w świadomości ludzkiej – zaczęła Zolatea.

– Nic nie ma sensu a równocześnie wszystko ma sens – powiedzieli mężczyźni i poważnie pokiwali głowami.

– Świat stanął dęba a potem obrócił się do góry nogami. Nie zdziwię się, jeśli ludzie zaczną chodzić na czworaka jak zwierzęta a zwierzęta na dwóch nogach jak ludzie. Wszystko jest możliwe – dodał Zeno.

– To już się spełniło, bo kangur chodzi na dwóch nogach, podobnie też orangutan – wtrącił Zyga – Widziałem to w telewizji – usprawiedliwiał się, kiedy Zolatea i Zeno popatrzyli na niego z ciekawością.

W drodze powrotnej z wakacji widzieli procesję biczujących się księży. Szli gromadnie jak na pielgrzymce obnażeni od góry do pasa, wydając okrzyki bólu i radości. Krzyczeli głośno, co czują i czego pragną.

– Walą prawdę jak z armaty, sieką nią jak biczem po oczach. Prawdziwe zuchy – entuzjazmował się Zyga.

Procesja zatrzymała się przy niewielkim placyku. Do ludzi stojących w pobliżu i przyglądając się księżom przemówił starszy już biskup o twarzy przedwcześnie dojrzalej, z nosem w formie przyduszonego ziemniaka. Mówił otwarcie patrząc ludziom w oczy.

– Upał wypalił w nas grzeszne myśli. Już nigdy nie dotknę małego chłopca, żeby nie wiem jak łasił się do mnie i prosił a nawet błagał, abym go głaskał po głowie.

– Dzieci są podstępne – dorzucił włochaty, chudy jak tyka ksiądz, uderzając się po plecach pejczem wykonanym ze skóry szorstkowłosego kucyka. Jego plecy zaczerwieniły się tak intensywnie, że nie sposób było je dostrzec w promieniach palącego słońca. Wyglądały jak czerwona płachta na byka.

Odc. 13 (ostatni) Podziękowania

Upały pozostawiły kraj w pełni szczęścia, niszcząc niedobre myśli i wspomnienia. Objęło ono wszystkie warstwy społeczne, po równi biednych i bogatych. Najbardziej cieszyli się z upałów rządzący. Wyrażali tę radość przyznając ordery i wysokie nagrody pieniężne wybitnym działaczom społecznym.

W imieniu władz państwowych przemówił gubernator Głowa:

– Jesteśmy wdzięczni Bogu za upały, ten dar prosto z nieba. Wypaliły w nas całe zło. Ogień piekielny nie uczyniłby tego lepiej. Radujmy się i ściskajmy z tego powodu nawet z naszymi przeciwnikami i wrogami. Jesteśmy także wdzięczni kościołowi za pomoc w realizacji planów uszczęśliwiania społeczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy bliźnimi – wołali słuchający go ludzie, śląc uśmiechy na prawo i na lewo.

Wieczorem w Katedrze Wielkopańskiej wielebny ojciec Szczurek poprowadził modły o nowe, jeszcze większe upały. Zakończył słowami błogosławieństwa i życzeniami:

– Oby znowu nastały dni upalnej radości dla ludzi, zwierząt i roślin.

Wierni wstawali z ławek i klęczników przywołując to, co każdy uważał za najważniejsze:

– Jedność przyrody i człowieka! Trąby jerychońskie! Niech żyje miłość bliźniego, nawet jeśli jest on wredny! Precz z wirusem. Precz z nepotyzmem i sobkostwem, jakie wywołał.

Radości nie było końca. Pod koniec modłów wystąpił wysoki urzędnik państwowy ubrany jak zawsze: tradycyjny garnitur urzędniczy, na nogach czarne lakierki, na piersi order szczególnych zasług urzędniczych.

– Wybaczcie nam podłość i głupotę jeśli zrobiliśmy coś niewłaściwego, coś komuś odebrali lub nie daj Boże ukradli. W okresie wszechwładnego panowania wirusa wiele osób straciło rozum i różne dziwne zdarzenia miały miejsce. Pozostałe po nim zło, a jest go niemało, będziemy konsekwentnie usuwać nie żałując sił i środków.

– Rozumiemy was i wybaczamy – wołali wzruszeni jego szczerością wierni. Kradzież jest szlachetna, jeśli zabiera się tym, co mają, i oddaje tym, co mają mniej lub nic nie mają, nie zapominając oczywiście o sobie. Pamiętajmy o piśmie świętym: „Kochaj siebie samego jak bliźniego swego”.

Na zakończenie wielebny ojciec Szczurek zaintonował psalm pochwalny „Dzięki Ci, Boże, za wielkie upały”.

Michael Tequila
Gdańsk, 7 lipca 2021

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 6: Ghaty nad rzeką Bagmati.

Obudziła go seria dźwięków łomotania blachy o coś bardzo twardego. Iwan Iwanowicz popatrzył w kierunku rzeki. Na drugim brzegu, na blaszanym dachu osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Iwan Iwanowicz przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć, przeniósł wzrok na rzekę.

Przed jego oczami pojawił się nowy obraz. Bagmati okazała się wielkim burym ściekiem. Było w niej tak mało wody, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna. Woda była płytka, rozlazła i nieświeża jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Iwan Iwanowicz żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki.

Nad powierzchnią rzeki, na ghacie numer dwa, dogorywały płomienie stosu kremacyjnego.

Po zakończeniu palenia, kiedy ogień już tylko tlił się, mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Czynili to z wyrachowaniem, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości. W zetknięciu z wodą głośno syczały buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na sam brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby po chwili polać nią rozgrzaną powierzchnię płyty betonowej. Wywoływało to natychmiast ogromną chmurę pary wodnej. Nie przeszkadzało im to w czyszczeniu ghaty szeroką, szorstką szczotką umocowaną na długim kiju.

Iwan Iwanowicz poczuł odpychający zapach spalenizny w nosie, oczach i ustach. Zafascynowany sprzątaniem ghaty po kremacji podszedł bliżej i zauważył, że zajmowali się tym mężczyźni pochodzący z najniższej kasty, dobrze zbudowani i krępi. Z tyłu głowy sterczały im na środku brudne i cienkie kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Z tyłu za sprzątaczami teren wznosił się lekko w górę; na długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się tam grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Iwan Iwanowicz domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani rozmawiali spokojnie ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Iwan Iwanowicz razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby zrobić sobie spacer w górę rzeki.

Wkrótce napotkali dwóch braminów siedzących w pozie lotosu na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką.

Każdemu z nich towarzyszy im zwyczajnie ubrane osoby. Bramini mieli kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Odprawiali oni ciche modły razem z najbliższą rodziną zmarłego.

Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mało jest chyba religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie. – Iwan Iwanowicz nie mógł wstrzymać się od komentarza. 

Nikt z towarzyszących mu osób nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; ich milczenie przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu w swoim notatniku podróżnym Iwan Iwanowicz dokonał krótkiego wpisu: Palenie zwłok w tradycyjny sposób na rzecznych ghatach to ważna część tradycji Indii i Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati wpływająca do miasta Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować to zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Iwan Iwanowicz otrzymał nieoczekiwaną propozycję od współlokatora pokoju, miłośnika i zbieracza inkrustowanych kindżałów, aby udać się do jednego z pokoi.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej „No, to teraz chłopcy po małym kieliszeczku”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Pokój, gdzie mieli się spotkać, mieścił się na czwartym piętrze hotelu, gdzie tego dnia nocowali. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób.

Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał przebiegu kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się dwie kremacje.

0Shares

Wiosna zmian jest tuż, tuż. Powieść psychodeliczna. Odc. 2..

Zniechęceni rządem Nepomucena i własnym życiem obywatele spotykali się służbowo, towarzysko i rodzinnie, aby dyskutować, jak bardzo są nieszczęśliwi i wspominać, jak radosne dawniej było ich życie, kiedy posłuszeństwo było cnotą. Wystarczyło, że wykonywali to, co im zlecano.

Mieli jednak pewne osiągnięcia.

– Udało nam się zaadoptować demencję, Alzheimera i Parkinsona. To wyjaśnia nasze słabości. Teraz tylko brakuje nam wskazówek, jak myśleć, co robić, dokąd zmierzać. Czytamy stare almanachy, gdzie to niegdyś opisywano, ale niewiele tam znaleźliśmy, oprócz informacji o Ziemi Obiecanej, jak jest ona ważna i jak czyni człowieka szczęśliwym.

Ziemia Obiecana stała się tematem numer jeden. Tylko o niej rozmawiano. Nawet staruszkowie, z których ust nie schodziły tematy gerontologii, zapominali o dolegliwościach i rozprawiali o Ziemi Obiecanej. Chodziło o miejsce, gdzie rzeki płyną mlekiem i miodem, a z nieba spada manna.

– Wiem doskonale, że Ziemia Obiecana istnieje. Pisze o niej pismo święte. Sam wprawdzie o niej nie czytałem, ale wiem to na pewno. – Tłumaczył sąsiad sąsiadowi. – Najgorsze, że nie mamy nikogo, kto by nam ją obiecał. Bez tego ani du, du.

Wrażliwy na ludzkie losy Ptachu zwołał zebranie towarzyszy, przyjął od nich przysięgę na  milczenie i wierność do grobowej deski, i powierzył im wielką tajemnicę:

– Zdecydowałem się. Ludzie czekają na Ziemię Obiecaną. Obiecam im tę ziemię. Nikt nie zrobi tego tak dobrze, jak ja. Zrozumiałem to, kiedy wygłaszając z ambony orędzie noworoczne usłyszałem pieśń płynącą od ludu „Pod twoją obronę”. Wszyscy patrzyli w moim kierunku. To mnie przekonało. Wiem, co mam robić. Jeśli mi pomożecie, nie pożałujecie tego. 

– Pomożecie? – Zapytał, niepewny odpowiedzi.

– Pomożemy! – Ryknął tłum zebrany w sali. Niektórzy mieli wrażenie, że już kiedyś to krzyczeli, ale było to tylko echo.

– Pójdziemy za tobą w ogień, tylko obiecaj ludziom ziemię, gdzie mleko, woda i manna występują w obfitości! – Zapewniali go wzruszeni.

Ptachu skinął poważnie siwiejącą głową. Klamka zapadła.

0Shares