Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji (tekst uzupełniony dnia 14.12.2019 o godz. 22.48)

Od autora

Na początku zdało mi się (jak każdy zdrowy człowiek miewam przywidzenia), że historia, którą zaczynam, powinna nosić tytuł „Księga dżungli”, gdyż jest ona bogata w sceny życia na obszarze, gdzie splątany gąszcz ludzkich ambicji, uczuć i myśli zmaga się z pustynią bezmyślności, obojętności i ignorancji. Nie obowiązują tu żadne reguły, oprócz instynktu walki, ucieczki i przyczajenia, gdzie zabijanie i zjadanie świeżo upolowanej zdobyczy jest równie naturalne jak wśród dzikich zwierząt. Przedmiotem moich zainteresowań jest człowiek, szczególny gatunek zwierzęcia, wyłoniony drogą ewolucji, istota bardziej bezwzględna niż zwierzę. Człowiek (nie powtarzajcie tego nikomu), w odróżnieniu od zwierzęcia traktuje swoją ofiarę jak wroga lub przeszkodę do celu i potrafi przed jej unicestwieniem obdzierać ją ze skóry, posypując solą, aby pokazać kto tu naprawdę rządzi. Innym jego wymiarem, obcym zwierzętom, jest szaleństwo, perwersja i głupota prowadzące do niezrozumiałych, niekiedy dziwacznych zachowań.

W Teatrze Abstrakcji chcę zawrzeć wszystko, czego doświadczam sam jak i bohaterowie mojej twórczości na jawie i w marzeniach sennych, w fantazjach i urojeniach. Próbowałem tego podejścia wcześniej, ale bez większego powodzenia. Mam nadzieję, że tym razem uderzyłem we właściwą nutę i wydobędę z utworu dreszcz podniet, na jakie wszyscy zasługujemy, przede wszystkim zaś Czytelnicy. Mieści się tu tak wiele wątków, że sam nie wiem, czy nie urosną one do czegoś większego lub nie przerosną moich możliwości. Dlatego proszę Cię, Czytelniku, módl się równie szczerze jak ja, aby wystarczyło mi wyobraźni oraz energii, by doprowadzić to dzieło do końca.

Na pożegnanie powtórzę wcześniejsze ostrzeżenie: oglądając najbardziej bulwersujące sceny oczami swej niewinnej wyobraźni, strzeż się wściekłego psa własnych myśli, gotowego zaatakować cię w najbardziej nieoczekiwanym momencie, aby pogryźć rękę, która go karmi.

Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji

Do stolicy przyjechałem na kilka dni, aby odetchnąć atmosferą wielkiego miasta, zwiedzić Teatr Abstrakcji i obejrzeć którąś z aktualnie wystawianych sztuk. Nie nastawiałem się na żadne konkretne widowisko, chciałem po prostu zobaczyć coś z bieżącego repertuaru, bo dawno już nie byłem w teatrze, a w Teatrze Abstrakcji w ogóle. Wszystko w nim było dla mnie nowe i atrakcyjne.

Zamieszkałem na dziesiątym piętrze czterdziestopiętrowego hotelu Funda, położonego naprzeciwko Teatru Abstrakcji, celu mojej pielgrzymki. Nazwy hotelu nie byłem całkiem pewny, ponieważ ostatnio kilkakrotnie zmieniał on właściciela i nazwę.

Z balkonu apartamentu rozciągał się panoramiczny widok nie tylko na miasto, ale i na okolicę. Mówiono mi, że przy dobrej pogodzie można zobaczyć góry odległe o kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miałem wrażenie, że znajduję się w Abu Dhabi. Był wieczór. Wokół widziałem wielkie wieżowce a za nimi czarną przestrzeń przypominającą otwartą pustynię. Spojrzałem w dół. Mój wzrok przykuły kolorowe litery neonu Teatr Abstrakcji w zmieniającym się strumieniu barw: granat przechodził w płomienistą czerwień, przecinaną pasami czerni i bieli, powracającymi znowu do intensywnego granatu. Wyglądało to jak zaproszenie do piekła.

W ciągu kilku lat Teatr Abstrakcji stał się jednym z najbardziej znanych miejsc w kraju, a nawet na kontynencie, promieniującym oryginalnością swojej kultury. Słyszałem, jak ktoś mówił w przejściu do sali odpraw, kiedy wylądowaliśmy na lotnisku:

– Teatr Abstrakcji spokojnym widzom odbiera sen, a swoim wrogom otwiera rzeźnicki nóż w kieszeni.

Atmosfera panująca wokół teatru intrygowała mnie od dłuższego czasu. Przyjechałem, aby poznać bliżej jego program i zagłębić się nastrój, jakim opromieniał kraj i zagranicę. Był czymś nieporównywalnie ważniejszym niż jakikolwiek inny teatr. Miał w sobie tajemniczą moc.

– To miejsce, skąd promieniuje nowa kultura, wykluwa się nowa władza nad umysłami ludzkimi. – Tak to określał folder turystyczny otrzymany w recepcji hotelu.

Moje książki w jednej księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 12: Wynalazca Sefardi Baroka

Życie Rosatona nie zmieniło się znacząco dlatego, że przeniósł się do Afary, stolicy kraju, ale dlatego, że poznał tam Sefardiego. Na świecie nie było wynalazcy równie genialnego jak Sefardi Baroka. Byli o tym przekonani wszyscy obywatele Nomadii z wyjątkiem jego najbliższej rodziny, która miała wątpliwości, może dlatego, że w kraju znane były tylko nieliczne jego dzieła, a oni mało podróżowali po świecie.

Z zawodu i z powołania Sefardi był zegarmistrzem. Wynalazł sześć fantastycznych zegarków, za które otrzymał najwyższe tytuły i medale, w tym Złoty Order Zasługi Republiki Nomadii wręczony przez samego prezydenta. W obfitym strumieniu błogosławieństw losu wyróżnień było trzy razy więcej niż samych wynalazków. I jedne, i drugie stanowiły powód właściciela do dumy. Sytuacja ta budziła niechęć a nawet zawiść niejednego kolegi po fachu. Nie bolało ich to, że Sefardiego otaczała sława artysty sztuki zegarmistrzowskiej, tylko stosunek liczby osiągnięć do rozmiarów tej sławy.

– Jeśli w ostatnim dziesięcioleciu powstało w naszej branży trzysta niezwykłych wynalazków, z których tylko sześć było autorstwa Sefardiego, to chwała jaka mu przypadła w udziale jest niezasłużenie wielka – stwierdzenie to padło w restauracji „Pod krzywym zegarem” w trakcie przyjęcia z okazji międzynarodowego konkursu sztuki zegarmistrzowskiej.

Sefardi milcząco przyznawał rację kolegom. Był w dobrym nastroju, nie chciał się kłócić. Siedział w głębokim fotelu z bordowej skóry z dużym złotym medalem zawieszonym na szyi, dumnie odbijającym się w wiszącym naprzeciwko lustrze. Patrzenie na medal sprawiało mu radość: szlachetny kolor kruszcu, w środku stylizowana głowa starożytnego mędrcy, napis „Eureka” otoczony wieńcem laurowym z lewej i z prawej strony, u dołu napis „Geniusz Wynalazczości” oraz rok przyznania tytułu.

Najbardziej oryginalnym wynalazkiem Sefardiego był zegarek z wodotryskiem. Zanim powstał, nikomu nawet nie przyszło do głowy, że jest to możliwe. Idea była tak szalona i bezsensowna, że posługiwano się nią dla określenia czystej fanaberii. Było to wyzwanie, jakiemu nie sposób było sprostać, gdyż burzyło zasady logiki; było równie beznadziejne jak ciężka choroba lub walka z wiatrakami. W życiu Sefardiego pomysł zegarka z wodotryskiem też przeszedłby bez echa, gdyby nie przyjmował on szalonych pomysłów jako wyzwań, jakim musi stawić czoła. Tam, gdzie chodziło o wyobraźnię i sprawdzanie się, Sefardi pozostał dzieckiem; nie widział żadnych ograniczeń. Ta niezrozumiała słabość intelektualna okazała się błogosławieństwem dla ludzkości.

Myśl o mikroskopijnej fontannie w zegarku dojrzewała w nim od dawna, gdzieś z tyłu głowy, nie wywołując niepokoju, tylko poczucie niezaspokojenia. Jego umysł nie tolerował próżni.

Ilość płynu w wodotrysku musiała być mikroskopijnie mała i niezwykle precyzyjnie sterowana. To było największe wyzwanie. W sukurs wynalazcy przyszła nanotechnologia, pozwalająca dzielić krople wody na cząsteczki, a te na atomy. Kiedy ten strzępek wiedzy niedostępnej dla zwykłego śmiertelnika dotarł do Sefardiego, podjął niezłomne postanowienie realizacji projektu. Aby utrzymać wodę w ściśle określonej przestrzeni i nie pozwolić jej wyparować, Sefardi nasączył ją mikrocząsteczkami metalu, wcześniej zamieniając cyferblat w magnes emitujący pole magnetyczne, aby zamknąć drogę ucieczki metalizowanej wodzie.

Zegarek był nie tylko skomplikowany, ale i luksusowy. Dzieło sfinansował ekscentryk, człowiek bajecznie bogaty, martwiący się nieprzerwanie, że nie ma na świecie rzeczy dostatecznie pięknych i kosztownych, aby wydał na nie choćby połowę swego niezmierzonego majątku. W grę wchodziły oczywiście tylko przedmioty spełniające kryteria najwyższej wartości artystycznej.

Zegarek sprawiał właścicielowi niekończącą się radość. W towarzystwie podobnych sobie entuzjastów piękna i wartości, stawiał go na płaskiej powierzchni, otwierał kopertę i naciskał ukrytą z boku mikroskopijną dźwigienkę, przyglądając się, jak ze środka mechanizmu, wprost z centralnej osi, wytryska strumyczek wody igrającej kolorami tęczy. Woda spływała między wskazówkami i ozdobnymi oznaczeniami godzin do wnętrza zegarka, skąd do ponownego obiegu tłoczyła ją mikroskopijna nanopompa. Zegarek okrzyknięto cudem; to właśnie wtedy przyznano Sefardiemu tytuł mistrza świata w zegarmistrzostwie ręcznym.

Genialny twórca nie miał zbyt wiele czasu myśleć o osiągnięciach. Poważniejsze sprawy zaprzątały mu głowę. Dręczyła go świadomość, że ogromna barykada coraz bardziej dzieli społeczeństwo Nomadii. Nie zjawiła się ona w jednej chwili, konflikt narastał przez lata. Sefardi boleśnie przeżywał pogarszające się stosunki między obywatelami kraju, który był jego ojczyzną.

Entuzjaści Sefardiego nazywali go Mistrzem. Nie miał nic przeciwko temu, aby tak go określano i tak się do niego zwracano. Niektórzy czynili to szczerze, w uznaniu jego talentu, inni, aby zrobić mu przyjemność, przypodobać się, może nawet schlebić jego próżności. Domyślał się tego, nie przeszkadzało mu to jednak. Uważał, że każdy człowiek jest trochę próżny, a on przynajmniej miał osiągnięcia, aby aspirować do miana Mistrza. Myśli prowadziły go wciąż do tego samego punktu, że zanim jednostka osiągnie wielkość, musi mieć w sobie jej zalążki, kultywować je i wierzyć, że wytrwałą pracą – osadzoną na solidnym gruncie, jeśli nie genialności to przynajmniej talentu – osiągnie wyżyny, na których społeczeństwo będzie stawiać jej pomniki.

Gwoli prawdy, stanowiącej element wszelkiej równowagi duchowej, Sefardi miał za sobą nie tylko osiągnięcia, ale i porażki życiowe, o których starał się nie pamiętać. Nie były to udane wysiłki, gdyż wszystkie jego klęski miały niemiłą, wręcz drażniącą właściwość przypominania mu się w najmniej oczekiwanych momentach.

Moje książki:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares