Wykład profesora Inha. Opowiadanie. 14 odcinków.

Odc. 1 Czas próby

Po miesiącach szalonej ekspansji, pozostawiając po sobie tysiące ofiar, wirus spowolnił swój zabójczy marsz. Zachowywał się jak zwycięska armia wycofująca się na odpoczynek po zakończonym podboju kraju.

Dwa lata od pojawienia się wirusa epidemia wciąż trwała. Rząd utrzymywał w mocy zasady postępowania w miejscach publicznych: noszenie maseczek i rękawiczek ochronnych, bezpieczna odległość, żadnych zgromadzeń, unikanie spotkań nawet w małej grupce, ograniczone przejazdy środkami komunikacji publicznej.

Nie wszyscy obywatele stosowali się do tych zasad. Dla kontroli niesubordynacji wprowadzono dodatkowe środki: godzinę policyjną, patrole dzienne i nocne, obowiązek zgłaszania osób podejrzewanych o to, że są zakażone, obowiązek kwarantanny, odbywanie dłuższych podróży tylko za specjalnym zezwoleniem, w końcu obowiązek szczepienia się. Zaostrzono też kary za nieprzestrzeganie przepisów. Mimo drakońskich środków ilość zakażeń nie spadała, a ilość zgonów nawet wzrosła.

Ludzie najbardziej kompetentni, lekarze i naukowcy, też ulegali tej atmosferze. „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik kraju, przeprowadził wywiad z doktorem Emilem Łupko, ordynatorem Szpitala Miejskiego nr 2, który podpalono, kiedy odmówił przyjęcia czekających w karetkach pacjentów.

– Nie mieliśmy już ani jednego wolnego łóżka. Ludzie oszaleli. Podpalać szpital?! Po części im się nie dziwię, bot to nie jest zwykła epidemia, ale prawdziwa zaraza. Kojarzy mi się z dżumą panującą w Cesarstwie Bizantyjskim w latach 541-542. W samym Konstantynopolu umierało wtedy pięć tysięcy osób dziennie; trupy walały się na ulicach, bo nie nadążano z ich usuwaniem. Oczywiście były to inne czasy: poziom higieny był niski, panowała plaga szczurów i pcheł, roznosicieli epidemii, nie było szczepionek. Zmarło wtedy czterdzieści procent mieszkańców Konstantynopola. W sumie na świecie zmarło sto milionów osób. Kiedy o tym myślę, lepiej rozumiem podpalaczy. Oczywiście absolutnie nie akceptuję ich zachowań.

W telewizji przedstawiono teatralną inscenizację wydarzeń w Konstantynopolu. Nie została dobrze przyjęta. Reżyser tłumaczył następnego dnia.

– Był to spektakl o charakterze historyczno-edukacyjnym. Widzowie nie zrozumieli naszych intencji, potraktowali je jako wizję, tego co się zdarzy w kraju. Jesteśmy chorobliwymi pesymistami; spektakl telewizyjny traktujemy jak rzeczywistość! Jako reżysera boli mnie ta nienormalność widzenia świata. Sztuka teatralna to nie zapowiedź przyszłości. 

Roman Desiru, premier rządu, obawiał się tylko jednego: upadku zaufania obywateli do władzy, zaniku wiary, że to co robi rząd, daje efekty. Bunt społeczeństwa groził mu dymisją a nawet sądem, ponieważ oskarżano go o niedopełnienia obowiązków służbowych oraz niewykorzystanie środków, jakie miał w dyspozycji jako szef rządu. To mogło być bardziej niż tragiczne.

Odc. 2 Rozmowa

Sypialnia pogrążała się w mroku wieczoru. Roman Desiru, już w piżamie, siedział w fotelu i przyglądał się światłom za oknem, kiedy do pokoju weszła żona.

– Co u dzieci? Przywitałem się z nimi, ale nie zdążyłem porozmawiać. Nie miałem już siły, taki jestem zmordowany. Nie wiem doprawdy, jak długo jeszcze wytrzymam.

Właściwie to nie powinien pytać, ponieważ znał sytuację. Dzieci miały stałą opiekunkę i radziły sobie dobrze. Od pewnego czasu nie chodziły do szkoły z uwagi na epidemię, uczyły się zdalnie.

Udzieliwszy mężowi wyjaśnień, Anna podeszła do szafy i wyjęła nową koszulę nocną. Od dłuższego czasu nie spała z mężem. Zostawał na noc w pracy albo wracał bardzo późno zbyt zmęczony, aby cokolwiek z siebie wykrzesać. W budynku rządowym obok gabinetu miał łazienkę i małą sypialnię. Nie była tym zachwycona. 

Przez chwilę oboje milczeli. Anna nałożyła koszulę nocną i przeglądała się w lustrze. Miała za grube nogi. Zawsze ją to denerwowało. Nigdy nie pogodziła się ze sobą. Przestała myśleć o tym, kiedy popatrzyła na męża. Zadała sobie pytanie, czy jego częste zostawanie na noc w pracy nie oznacza czegoś innego niż nadmiar obowiązków. W domu był do niczego. Usprawiedliwiała go, ponieważ wszyscy czuli się podle. Epidemia nikogo nie oszczędzała, z wyjątkiem ludzi potrafiących zachowywać się beztrosko nawet na cmentarzu. Była spostrzegawcza; niektórym osobom epidemia w niczym nie przeszkadzała, podczas gdy inni popadali w rozstrój nerwowy.

Premier przerwał milczenie.

– Atmosfera ostatnich tygodni bardzo źle mnie nastraja. Czuję się osaczony. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nikt nie czepia się ministra zdrowia, tylko mnie. Otrzymuję anonimowe pogróżki i to tak liczne, że aż trudno uwierzyć. Nazywają mnie Antychrystem, złodziejem i bydlakiem, który nie dba o zwykłego obywatela tylko o siebie i swoich kumpli. Tak to określają: kumpli!  

– Możesz chyba przyznać, że jest w tym trochę prawdy?

– Jakiej prawdy!? Czy ty oszalałaś?

Zrozumiawszy, że użyła niewłaściwych słów, Anna próbowała wytłumaczyć się.

– Nie mam na myśli tego, o co ludzie cię oskarżają, tylko o to, co rząd robi, aby zapewnić bezpieczeństwo tobie, twoim ministrom i tym waszym najwyższym dostojnikom. Nie wiem skąd ludzie o tym wiedzą, ale Zosia …

– Jaka Zosia? Nie znam żadnej Zosi – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz niepokoju.  

– Moja przyjaciółka Zosia – wyjaśniła spokojnie Anna. – Poznałeś ją kiedyś na przyjęciu u nas. Ruda, szczupła, mniej więcej w moim wieku. Otóż Zosia opowiedziała mi wszystko z takimi szczegółami, że przechodzi to ludzkie wyobrażenie. Zarezerwowaliście w tajemnicy cały szpital na terenie garnizonu wojskowego i trzymacie go w gotowości dla potrzeb członków rządu, prezydenta i marszałków parlamentu. Także o tym, jak luksusowo jest urządzony i wyposażony. I to, że za każdym z was jeździ nieprzerwanie karetka pogotowia z lekarzem i ratownikiem, w pełni wyposażona, gdziekolwiek się nie udajecie, nawet dla przyjemności. Bo nie powiesz mi, że tylko harujecie od rana do wieczora!

Premier zamilkł, zastanawiając się, kto mógł ujawnić tajne informacje. Były zastrzeżone tylko dla niewielkiej grupy osób. Oderwał się od tej myśli i narastającego gniewu, że ktoś z jego najbliższego otoczenia coś fatalnie spieprzył. Chciał odwrócić uwagę żony od drażliwego tematu.  

– Mam inne, ważniejsze problemy. Boję się upadku z dużej wysokości. Wszystko mi się źle kojarzy. W dzieciństwie, jak pamiętasz, spadłem z dachu stodoły na wsi, gdzie będąc jeszcze dzieckiem wyjeżdżałem na wakacje, potem miałem ten głupi upadek z konia, w końcu, na szczęście – niezbyt tragiczne – to ześliźnięcie się z mokrej ścieżki skalnej w trakcie wiosennej wyprawy w góry.

Anna pamiętała jego przeżycia; pociągnęły za sobą poważną operację nogi i półroczny pobyt w szpitalu. Przypomniała sobie też zdjęcie konia, którego oddano do rzeźni dlatego, że zrzucił z siebie męża. Było to szalone i niebezpieczne zwierzę. Nie za bardzo w to wierzyła. Skojarzyła je sobie z epidemią, której skutki zależały w dużej mierze od zachowań ludzi.

– Przepraszam cię, na chwilę wyjdę z sypialni. Przypomniałam sobie, że muszę zamówić w Internecie nowe maseczki antywirusowe i jednorazowe rękawiczki dla nas wszystkich. Nie chcę, abyś wszystko przynosił nam z pracy.

Odc. 3 Przesilenie

Po miesiącach wznoszenia się i opadania fali epidemicznej, zakazy i ograniczenia wprowadzone przez władze wyczerpały społeczeństwo. Pojawiło się poczucie nienormalności i pogłębiającego się lęku. Ludzie bali się wszystkiego: ci, którzy utracili pracę, z czego będą żyć, ci którzy ją wciąż mieli, że ją utracą, pracodawcy bali się bankructwa, konsumenci – braku zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby. Przerażenie budziła perspektywa wzrostu cen i spekulacji, uciążliwości kwarantanny i problemów ze snem. W końcu nadeszły natrętne myśli i groźby zabójczej depresji, oddzielenia od rodziny i przyjaciół i ostatecznej utraty gruntu pod nogami.

– Ludzie boją się własnego cienia. To najtrudniejszy okres w życiu naszego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich stu lat – premier pogrzebowym głosem podsumował posiedzenie rządu.

– To znaczy, że oprócz śledzenia liczby zgonów, zakażeń, szczepień, zajętych łóżek w szpitalach i respiratorów oraz wydatków budżetowych musimy także monitorować nastroje społeczne. Zapędzony w ślepy róg człowiek jest bardziej niebezpieczny niż dzikie zwierzę – minister zdrowia uznał, że powinien podkreślić, jak jego liczne już obowiązki powiększają się dodatkowo.

– Dlaczego bardziej niż zwierzę? – niechętnie zdziwił się szef rządu.

– Bo jest nieobliczalny, przewrotny i pazerny.

Po nijakiej wiośnie, kiedy dyszące z wysiłku słońce słało na ziemię rachityczne promienie, nadeszło długo oczekiwane lato. Na dobre rozpanoszyła się zieleń i ciepłe dni. Społeczeństwo, przede wszystkim młodzi ludzie, zaczęło patrzeć w przyszłość z nadzieją.

– Nadzieja ratuje nas przed depresją i szaleństwem – pocieszali się nawzajem, coraz śmielej zdejmując maseczki, aby odsłonić twarz na słońce.

Wkrótce nastąpiło nieszczęście, którego najbardziej obawiał się premier: społeczeństwo zbuntowało się przeciw ograniczeniom i niepewnej przyszłości. Nastąpiła masowa ucieczka do przodu. Czy była ona racjonalna czy nie, nie miało znaczenia; ludzie poczuli potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości. Ich nadzieję na lepsze jutro umacniały strzępy informacji: w jakimś szpitalu na drugim końcu świata zastosowano z powodzeniem jakiś lek, naukowcy instytutu badawczego Sigma, o którym nikt nigdy nie słyszał, ogłosili postęp w pracach nad nową, rewelacyjną szczepionką, ozdrowiała zarażona wirusem stuletnia kobieta przywieziona do szpitala w stanie ciężkim.

Roman Desiru przeklinał swój los. Dwa lata wcześniej stanowisko premiera wydało mu się błogosławieństwem. Nie mógł go spotkać większy zaszczyt. Teraz kamieniem młyńskim ciążyła mu odpowiedzialność za społeczeństwo żyjące w pułapce epidemii i przekonane, że to on osobiście odpowiada za jego losy. Niepokój narastał w nim nieprzerwaną falą. Efekty nie kazały na siebie czekać.

– Jesteś impotentem – oświadczyła mu zrozpaczona żona po trzeciej próbie zbliżenia, w której uczyniła wszystko, co mogła. – I już tak chyba zostanie!

Nie mogła być bardziej rozczarowana. Nic nie pomogło. Najbardziej seksowna bielizna, demonstrowanie powabów kobiecości z przodu i z tyłu, namiętne ocieranie się, stymulacja miejsc zmysłowych i pieszczoty, którymi cierpliwie go obdarzała w oczekiwaniu wzajemności.

Premier zdał sobie sprawę, że jego libido spadło poniżej zera. Cyfra ta budziła w nim przerażenie; oznaczała nicość. Był zdruzgotany.

Z uwagi na rosnącą możliwość zakażenia Desiru od tygodnia nie spotykał się bezpośrednio z członkami gabinetu. Dyskusje i wymiany poglądów odbywały się zdalnie przez komunikatory. Po otrzymaniu najnowszego sondażu opinii publicznej o nastrojach społeczeństwa, premier złapał się za głowę. Na ekranie widział trzynaścioro członków swego gabinetu.

– Wiara ludzi w przyszłość przeszła z fazy głębokiego pesymizmu wprost do optymizmu. Czy oni oszaleli? Patrzeć z nadzieją w przyszłość, kiedy wirus nie zmniejsza swego śmiertelnego żniwa? Zróbcie coś do diabła w tej sprawie, bo oszaleję! Jesteście ministrami! To wy dysponujecie ludźmi, technologią, funduszami i innymi środkami!

Ramona Trudo, matka dwóch córek i babka pięciorga wnucząt, z niechęcią obserwowała letni rozkwit nadziei. Była kobietą aktywną, szczyciła się tym. Oglądając telewizję, czytając newsy, rozmawiając przez telefon z rodziną i przyjaciółmi, analizując wypowiedzi fachowców na temat epidemii, uważała entuzjazm za przedwczesny i nieuzasadniony. Jego pojawienie się zbiegło się w czasie ze zmianą pogody: nijaka i mdła, niezbyt ciepła wiosenna pogoda przekształciła się w ciągu dwóch dni w prawdziwe lato, kiedy rozjuszony upał łagodziły jedynie błogosławione skrzydła wiatru od strony koła polarnego oraz noc.

Ramona wyobraziła sobie wykres: oto letnia pogoda i nastrój optymizmu wyprzedzają wirusa pnącego się wężowatymi ruchami mikroskopijnego ciała na wyżyny zarazy.

– Wygląda to tak, jakby diabeł ustawił po obu stronach domu dwie drabiny, aby upowszechniać fałszywy obraz nadziei – Ramona tłumaczyła starszej córce Katerinie, bardziej martwiącej się o związanie końca z końcem niż o zagrożenie wirusem. – Z jednej strony dachu lezie sobie wirus, rozkudłany osobnik w płaszczu uszytym z miliarda lepkich przyssawek, z drugiej wspina się po drabinie dziewczę takie jak ty opromienione słoneczną pogodą z wiankiem pachnących kwiatów na głowie. Przecież to urojenie, ta przedwczesna wiara w lepsze jutro! A ludzie w to wierzą! Co za barany!

Dla rozładowania goryczy na głupotę bliźnich Ramona z całą siłą uderzyła packą w muchy tłoczące się przy odrobinie rozlanej słodkiej kawy na stole, tworząc na obrusie obrzydliwą czerwono-czarną masę.

Odc. 4 Zmiany

Katerina coraz częściej denerwowała się rozmawiając z matką. I tym razem nie uniknęła irytacji. Miała poczucie konfrontacji pokoleń.

– Mamo! Zrozum ich. Ludzie potrzebują nadziei, wiary w przyszłość, nawet jeśli nie jest ona całkiem różowa. Są zmęczeni nieprzerwanym siedzeniem w domu, chodzeniem w maseczkach i rękawiczkach, myciem rąk i dezynfekcją wszystkiego, co ich otacza, osaczeni niepewnością, co jeszcze może się złego wydarzyć.

– Są beznadziejnie naiwni. Wierzą w raj, gdzie kwitną drzewa wydające owoce bez robaków. Człowiek musi być realistą, nie zwariowanym marzycielem. Mimo powolnego odwrotu epidemii, nikt nie może mieć pewności, że wszystko zmieni się na lepsze. Będziemy już stale zagrożeni epidemią. Musimy nauczyć się sztuki akceptacji tego zagrożenia. Niepewność będzie się czaić za każdym rogiem. Ty też musisz to zrozumieć!

Katerinę denerwował dojmujący realizm matki. Nie znosiła jej arogancji wobec inaczej myślących ludzi. Widziała arogancję nawet w jej ubiorze, schludnym, wykonanym z dobrego materiału, zapewniającym wygodę, lecz ukrywającym jej fizyczną atrakcyjność, obniżającym jej kobiecą wartość. Rozmawiała o tym z Albertą, młodszą siostrą.

– Ona postępuje tak, jakby specjalnie chciała ukryć, że jest wciąż kobietą atrakcyjną.

Mimo urodzenia i wychowania dwójki dzieci Trudo zachowała kształtne piersi, powabną twarz i ogólną urodę. W duchu Katerina jej tego zazdrościła. Zżymała się na siebie z tego powodu.

– Zazdrościć własnej matce, że jest atrakcyjna seksualnie? Co za absurd!?

W ostatnich dniach nie czuła się najlepiej. Zwalała to na epidemię, atmosferę niepokoju i napięcia. Traktowała wirusa jak żywą, świadomą i myślącą istotę. Był dla niej potworem, bezwzględnym i wyrachowanym, czającym się za rogiem każdego budynku, aby przerażać ją swoją niewidoczną obecnością.

Czerwcowe słońce rozkręciło mieszkańców miast. W powietrzu wisiała pozytywna nerwowość. Ludzie przestali przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Zdejmowali maseczki i rękawiczki, podchodzili blisko do siebie, a nawet się obejmowali na przywitanie i pożegnanie. Kiedy im przypominano zasady bezpieczeństwa, odpowiadali:

– Po co nam to wszystko przy tak pięknej pogodzie. Mamy dosyć noszenia na twarzy kawałka materiału utrudniającego oddychanie.

Pojawiły się argumenty, odrzucane przez lekarzy, że od noszenia maseczki dłużej niż godzinę można dostać grzybicy płuc.

Ludzie starsi czuli się zagrożeni. Emeryt stojący w kolejce do kasy w supermarkecie głośno wyraził opinię, że ludzie wbrew zasadom nie noszą maseczek ochronnych. Wyśmiano go. Resztki niepokoju, że wirus wciąż zagraża, skutecznie niwelowała bogata oferta wakacyjnych rozrywek. Do ośrodków wypoczynkowych wracali stali goście, a na ulice i place piosenkarze, zespoły muzyczne, tancerze i performerzy.

Przestano przestrzegać zakazu nabierania samemu sobie na talerz potraw w samoobsługowych barach i restauracjach. Obsługa klienta zapominała o własnym bezpieczeństwie, pracując bez maseczek i rękawiczek. Tydzień nadzwyczajnej pogody na początku lipca spowodował, że ludzie całkiem się zbiesili. Obserwator zamieścił na pierwszej stronie alarmujący artykuł:

– Młodzi ludzie przestawili się jak zwrotnica kolejowa, kierując pociąg w zupełnie inną stronę. Nikt nie chce mówić ani słuchać o tym, jak jest, ale o tym, jak będzie. Tematem jest tylko przyszłość. Ludzie wypowiadają się o niej otwarcie, głośno i z taką namiętnością, że stało się to obsesją. Stawiają żądania. Niby dorośli, a zachowują się jak dziecko żądające od matki zabawki, natychmiast, bo inaczej zaniesie się płaczem pod niebiosa. Do czego zmierza ta fala entuzjazmu?

Odc. 5 Wiec i narada

Na placu Wielkiej Nadziei odbył się wiec zorganizowany przez Awangardę Przyszłości i Nową Falę, organizacje promujące nowoczesne myślenie o ochronie środowiska, czystej wodzie, powietrzu, ziemi i energii.

Przemawiali przywódcy organizacji, stawiali żądania władzom kraju.

– Pokażcie nam obraz przyszłości. Możliwie bliskiej, ale i dalszej, bo to już nie epidemia, ale niepewność nas zabija. Potrzebujemy i żądamy konkretu, wyobrażenia, dokąd zmierza nasz kraj.

Głośnego poparcia udzielały demonstrującym organizacje Femina i Kobiety Razem, uznające, że to niewiasty poniosły największy ciężar walki z wirusem, wypełniając z poświęcaniem obowiązki pracy, opieki nad dziećmi, osobami starszymi, niepełnosprawnymi i chorymi.

Manifestanci wkrótce pojawili się przed siedzibą rządu. Tym razem nie krzyczeli, tylko w milczeniu trzymali wzniesione w górę zaciśnięte pięści. Policja obawiała się rozruchów i wcześniej otoczyła budynek kordonem ludzi i pojazdów. W nocy na ścianie budynku rządowego, gdzie mieściły się gabinet premiera i dwa ważne ministerstwa, mimo obecności ochroniarzy, pojawiły się napisy.

– Łajdacy! Żądamy prawdy o przyszłości. Co przed nami ukrywacie?

Następnego dnia presja tłumu się wzmogła, kontynuowano okrzyki, stawiano żądania.

– Desiru! Ty tchórzu! Czego się boisz? Nie umiesz poradzić sobie z wirusem to przynajmniej pozwól nam na optymizm. Nie damy się stłamsić!

Premiera nie bolały epitety pod jego adresem, był do nich przyzwyczajony, tylko żądania odważnego, otwartego podejścia do wirusa i epidemii.

– Optymizm stał się towarem. Wszyscy chcą go nabyć i wypełnić się nim po brzegi. Traktują go jak francuski szampan – pisał „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik w kraju.

– To jawny i niebezpieczny bunt. Ludzie żądają wiedzy o przyszłości i zapewnienia, że będzie ona lepsza – niepokoił się premier na spotkaniu z gabinetem. – Chcą kraj puścić na żywioł.

Presja na rząd była ogromna. Trzeba było coś zrobić w tej sprawie. Konieczne były działania zapobiegające rozruchom i anarchii. Premier zwołał pilną naradę. Zmienił zasady. Nie było to spotkanie online, ale bezpośrednie. W gabinecie zjawił się pełen komplet ministrów, wszyscy w maseczkach i rękawiczkach ochronnych. Otworzono jedno okno, ustawiono i włączono silny wentylator wywiewowy. Nikt nie ukrywał zaniepokojenia.

– Najgorsze są baby. Gotowe zajeździć człowieka jak starą szkapę. Moja żona nie daje mi spokoju. Kiedy wreszcie przedstawicie nam choćby skrawek nadziei? Chcemy słyszeć coś pozytywnego, a nie tylko o wirusie i o tym, ile ludzi zachorowało i ile umarło!

– Co ci przeszkadza, że kobieta sobie pogada? – rzuciła minister administracji, Anna Waga. Twarz jej się lekko zaczerwieniła.

Zapytany zawahał się. Patrzył w dół na czubki swoich niepastowanych od dawna pantofli.

 – Żona nie chce iść ze mną do łóżka. Odmawia mnie i sobie tej przyjemności.

Nikt się nie zaśmiał ani nie skomentował nieoczekiwanego wyznania. Zapadło wymowne milczenie.

Rząd musiał zareagować i zareagował. Odbyła się burza mózgów, chaotyczna, ale skuteczna. Przedstawiono propozycje i podjęto decyzje.

– Nie będziemy dłużej chować głowy w piasek! – Desiru poczuł ulgę, kiedy to powiedział. Coś się w nim zbuntowało. Wyprostował się. Przez chwilę myślał, że chciałby zobaczyć się w lustrze, ale nie było na to czasu. Wezwał sekretarkę i wydał polecenie:

– Proszę podać alkohol. Musimy to uczcić. Tylko pośpiesz się, bo nie mamy czasu.

Rozdzwoniły się telefony. Każdy miał jakąś rolę do wypełnienia. W ciągu kilku godzin przeprowadzono konsultacje z wirusologami, radą lekarską, szefem policji, politologami i specjalistami public relations. Późnym wieczorem Roman Desiru zorganizował konferencję prasową, aby złożyć ważne oświadczenie.

– Rząd w trybie natychmiastowym zleci opracowanie scenariusza zdarzeń związanych z wirusem i epidemią w perspektywie najbliższych lat. Opracuje go wybitny ekspert profesor Steffen Inha ze Szwecji i dokona publicznej prezentacji.

Odc. 6 Zlecenie

Po zakończeniu wyjaśnień premier skinął głową swemu rzecznikowi prasowemu, że może przyjmować pytania od zebranych dziennikarzy i reporterów. Ze wszystkich stron podniosły się ręce. Desiru nagle postanowił zmienić dotychczasową praktykę unikania kłopotliwych pytań. Poprosił tylko rzecznika, aby notował, kto i o co pyta.

– Musimy przygotować się na najgorsze. Przewiduję trudne czasy – wyjaśnił, kiedy ten spojrzał na niego pytająco. – Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, to wkrótce będzie jeszcze gorzej. Po konferencji zrób mi listę dziennikarzy najbardziej krytycznych wobec rządu. Są tutaj tacy, co regularnie szukają konfrontacji. Będą ją mieli!

– Panie Premierze! Czy jeden człowiek, nawet najwybitniejszy naukowiec, poradzi sobie z takim wyzwaniem? Opracowanie scenariusza wydarzeń dla całego kraju na rok czy dwa to przecież praca dla kilku dużych zespołów ludzkich.

Czekając na zakończenie wypowiedzi, premier z niechęcią przyglądał się mężczyźnie. Był niewielkiego wzrostu, jego drobną twarz zakrywała czarna maseczka z białym emblematem. Ubrany był w podniszczoną skórzaną kurtkę, spodnie dżinsowe i czarne pantofle z żółtawymi sznurówkami.

– Wygląda, jakby wybrał się na przechadzkę z psem do lasu – to była pierwsza myśl Desiru. Prawie natychmiast zmienił zdanie i pomyślał, że przypomina dorożkarza, który zszedł z kozła na postoju, aby nakarmić konia obrokiem. Pytanie uznał za naiwne. Nie znosił takich pytań, miał poczucie, że kwestionują jego zdrowy rozsądek, jego decyzje. Nie starając się nawet zachować pozorów uprzejmości wyraził myśl, jaka akurat przyszła mu do głowy.

– Steffen Inha … profesor Steffen Inha … w małym palcu ma większą wiedzę niż dziesięciu innych ekspertów w swoich głowach. Niech mi pan wierzy.

Następnego dnia zespół wyznaczony przez premiera omawiał zakres i tematy zlecenia dla profesora, czy powinien to być jeden scenariusz, kilka scenariuszy, prognoza czy też raczej szersze rozważania na temat przyszłości. Dopiero po dwóch dniach uzgodniono treść zlecenia. Miał to być godzinny wykład wspomagany pokazem prognoz rozwoju wirusa i epidemii oraz ich skutków społecznych

Nie obeszło się bez publicznej krytyki także samego profesora. Opozycja nazwała go zasuszonym staruszkiem bez odrobiny energii i zarzuciła mu brak bezstronności. Pojawiły się niewybredne oskarżenia, że to lewak, mason, bezbożnik i ortodoksyjny Żyd. Była w tym głównie ironia, szyderstwo i niechęć do rządu.

– To są argumenty podobne do gryzienia się we własną rękę z tego powodu, że nie przyniosła szklanki wody – odpowiadali przedstawiciele partii rządzącej.

Ustalono termin publicznego wykładu profesora Inha. Miał odbyć się za dwa miesiące w sali bankietowej Pałacu Ślubów w Kornie, miejscowości, gdzie nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia wirusem. Wykład miał być transmitowany przez telewizję na cały kraj.

Dwa tygodnie przed wykładem pojawiły się w Internecie fragmenty materiałów przygotowanych przez profesora. On sam zadzwonił w tej sprawie do premiera.

– Chciałem, aby pan pierwszy o tym się dowiedział, nie z mediów, ale ode mnie. Nie wiem, co o tym sądzić, podejrzewam kradzież lub sabotaż.

Nie była to miła rozmowa. Premier mówił podniesionym głosem, czuł, jak mu drżą ręce. Nie znosił tej słabości; to go jeszcze bardziej zdenerwowało. Zarzucił profesorowi brak należytej dbałości o zachowanie tajemnicy. Rozmówca bronił się, że ujawniając autora opracowania rząd niepotrzebnie skierował na niego uwagę swoich wrogów i hakerów.

– Spotkała mnie masa niezasłużonej krytyki ze strony pańskich oponentów. Materiał nad którym pracowałem to gratka dla potencjalnego szantażysty. Także dla kogoś, kto chciałby obnażyć nieudolność rządu, który otwarcie i niepotrzebnie ujawniania źródło, gdzie powstaje informacja krytyczna dla bezpieczeństwa kraju.

Premier poprosił profesora o zdementowanie informacji o przecieku materiałów z jego komputera do mediów internetowych. Profesor odmówił. 

– Mam swoją reputację i wiarygodność. Nie będę kłamać. Nie chcę znaleźć się na śmietniku naukowców, którzy przestali być wiarygodni – był wściekły na premiera za jego sugestię.

Wykład stracił sens. Obydwaj mężczyźni myśleli gorączkowo, jak wybrnąć z nieoczkiwanego kłopotu.

Po skończonej rozmowie, nie krępując się obecnością sekretarki, premier wyrzucił z siebie głośno:

– Kurwa mać! Jeszcze tego mi brakowało. Że też musiał przyjść mi do głowy taki nieudacznik! 

O przecieku stało się głośno. Spekulowano, kto to mógł zrobić i w jakiś sposób. Szwedzka policja przeprowadziła śledztwo. Okazało się, że sprawca włamał się do komputera profesora i przejął partię przygotowywanego materiału. Nie wiadomo, jak obszerny był to materiał. 

Odc. 7 Włamanie

Profesor Inha nie umiał przekonująco wyjaśnić włamania na swój komputer i kradzieży materiałów. Sprawa była o tyle kłopotliwa, że stawiała pod znakiem zapytania ważną, przygotowywaną na oficjalne zlecenie prezentację za granicą. Inha rozmawiał o tym kilkakrotnie z premierem Desiru. 

– Nie nam pojęcia jak to się stało. Nigdy z czymś takim nie miałem do czynienia. Moje materiały są doskonale chronione przed kradzieżą w prosty ale niezwykle skuteczny sposób. Wszystkie pliki związane z wykładem trzymałem na innym komputerze niepodłączonym do Internetu. Nie ma mowy, aby ktoś mógł je stamtąd ukraść. Jedyna możliwość, kiedy coś nieprzewidzianego mogło się zdarzyć, to czas podłączenia przeze mnie pendrajwa do komputera z dostępem do Internetu po to, aby przekopiować z niego i wysłać emailem materiały. Trwało to prawdopodobnie nie dłużej niż trzy minuty, tylko tyle, ile potrzebowałem, aby wybrać kilka plików i wysłać je przyjacielowi w celu zaopiniowania. Powtórzę, to mogło trwać nie dłużej niż kilka minut. Podejrzewam, a właściwie spekuluję, bo nie znam się na tym za bardzo, że być może w tym właśnie czasie mój komputer został zainfekowany jakimś koniem trojańskim czy czymś podobnym. Mam na myśli złośliwe oprogramowanie, które zidentyfikowało na podstawie słów kluczowych, haseł lub jakichś oznaczeń, że są to materiały związane z moją prezentacją dla państwa i dokonało ich przejęcia. Jeśli tak, to był to mój błąd. Bądźmy jednak szczerzy, nic takiego by się nie stało, gdyby nie podał pan do wiadomości publicznej, kto będzie autorem opracowania. Ujawnianie od razu autora nie było konieczne. Temat i termin wykładu jak najbardziej tak, ale nie autor. Pan to dobrze wie.

Premier nie zgadzał się.

Steffen Inha czekał, co ze skradzionych materiałów pokaże się w Internecie. Łącznie chodziło o pięć plików. Ktoś mógł teraz prezentować jego dorobek jako efekt własnej pracy. Po kilku dniach w Internecie ukazał się skradziony profesorowi materiał. Kiedy Inha go zobaczył, był pewien, że ktoś nad nim pracował i że był to fachowiec. Materiał został inaczej uporządkowany, poszerzony i uzupełniony. Temat określono jako „Koronawirus a przyszłość”. Postawiono pytania uzupełniające: Jak będzie wyglądała nasza przyszłość? Jak zmieni się człowiek? Jak zmieni się świat?

Materiał skupiał się na jednostce w okresie pandemii, jej roli i zachowaniu, raczej niż na społeczeństwie. Mało w nim było romantyzmu, za to dużo chłodnych argumentów. Były to głównie podsumowania wykładu. Myśl przewodnia była taka, że życie człowieka zmieni się w sposób zasadniczy.

W kraju, ku pocieszeniu premiera, mimo wciąż licznych zachorowań, normalność wracała do domów i na ulice. Po upływie dwóch lat od dnia pojawienia się wirusa Calami ludzie coraz lepiej radzili sobie z jego obecnością. Wirus w międzyczasie zyskał nową nazwę: Monstrum. Ktoś go tak nazwał i tak pozostało. Monstrum było wszędzie, nadal zbierało żniwo śmierci i dezorganizowało życie, społeczeństwo przyzwyczaiło się jednak do tego.

Kiedy w Internecie ukazał się przygotowywany przez Inha wykład, w dodatku w wersji poprawionej i uzupełnionej, profesor natychmiast poinformował o tym premiera.

– Po co ktoś to dokonał tych zmian, nie mam pojęcia. Nikt nie przyznaje się też do ich autorstwa. Konsultowałem sprawę z adwokatem zajmującym się prawami autorskimi i policją. Sprawa jest trudna. Sam uważam ją za beznadziejną. Nie mam podstaw do obrony moich praw autorskich, gdyż materiał nie był wcześniej publikowany ani udostępniany komukolwiek, kto mógłby zaświadczyć, że to ja go stworzyłem i jestem jego autorem. Wyjątek stanowi plik, w którym zawarłem trzy konkretne prognozy przekazane przyjacielowi do oceny. Ale one akurat nie ukazały się w nielegalnie opublikowanych materiałach. Nie mogę nikomu zarzucić popełnienie plagiatu czy kradzieży moich materiałów, bo nie mam dowodu, że to ja jestem ich rzeczywistym autorem.

Sytuacja stała się kłopotliwa. Wygłoszenie wykładu straciło sens. Rząd był gotów anulować zlecenie. Na posiedzeniu gabinetu sprawę przedstawił dyrektor departamentu prawnego.

– Najpierw zlecamy przygotowanie wykładu znanemu profesorowi, a potem informujemy, że ktoś mu ten wykład ukradł i opublikował nielegalnie w Internecie, lecz profesor nie może udowodnić, że to jego materiał. Jeśli jego obarczymy winą, to będzie się bronić, twierdząc, że to my sprowokowaliśmy hakera, podając do wiadomości publicznej, kto przygotowuje wykład i czego on dotyczy. To bardzo kłopotliwa sprawa. Jeśli opozycja dowie się o szczegółach, to zrobi raban, że rząd jest nieudolny, niewiarygodny. Powiedzą:

– Wyszukali jakiegoś naukowca nieudacznika i poprosili go przygotowanie wykładu na temat naszej przyszłości. Hakerzy wykradają mu wykład z komputera i publicznie ujawniają. I my, obywatele, mamy za to zapłacić! Co za głupota i cynizm! I to są ludzie, którzy nami rządzą!

Odc. 8 Sala wykładowa

Desiru poczuł ssanie w żołądku a zaraz potem duszność w klatce piersiowej i przyśpieszone bicie serca. Oderwał wzrok od siedzących przed nim osób i sięgnął ręką po butelkę wody mineralnej stojącą na stole konferencyjnym. Kiedy butelka się przewróciła, znajdujący się najbliżej premiera minister wstał ze swego krzesła, podniósł butelkę, otworzył i nalał wody do szklanki. Chciał ją usłużnie podać premierowi, ten jednak niecierpliwie machnął ręką i warknął:

– Sam sobie poradzę.

Problem wykładu rozwiązał sam Steffen Inha. Po konsultacji z doradcą prawnym instytutu, gdzie pracował, poprosił premiera Desiru o rozwiązanie umowy. Propozycja nie ucieszyła premiera, ponieważ pozostawiała go z nierozwiązanym problemem przedstawienia społeczeństwu wizji przyszłości.

– Nie mogę wycofać się ze zobowiązania danego publicznie społeczeństwu. Musimy znaleźć jakieś inne rozwiązanie, które nam obydwu da szansę zachowania twarzy.

Po dyskusji uzgodniono, że umowa nie zostanie rozwiązana, tylko zmieniona. Była to nowa propozycja profesora.

– Wygłoszę wykład, tylko inaczej go ukierunkuję. Skoncentruję się nie na przyszłości całego społeczeństwa, ale na losie jednostki. Będzie to rodzaj scenariusza, co może się zdarzyć, kiedy ktoś zarazi się wirusem i ciężko rozchoruje. Opowiem o moich własnych doświadczeniach z okresu, kiedy zaraziłem się wirusem. Przedstawię nie tylko osobiste przeżycia ale i pewne przemyślenia. Będzie to bardzo wymowne i na pewno się spodoba. Ludzie lubią słuchać o sytuacjach, w których sami mogą się znaleźć. 

– To pan zaraził się wirusem i był leczony w szpitalu? Dlaczego mi pan o tym nie powiedział? Powinienem o tym wiedzieć!

– Jakie to miałoby znaczenie dla kogokolwiek? Ponadto, nie obnoszę się z historią moich chorób i leczenia szpitalnego. Nikt się nie chwali, że przebył ciężką chorobę. Czy pan, panie premierze, przyznałby się do czegoś takiego? To coś bardzo osobistego, ale równocześnie uniwersalnego, bo każdy może zarazić się wirusem i trafić do szpitala. Teraz to inna sprawa.

Wyjaśnienie profesora nie poszło w smak premierowi. Postanowił zmienić temat.

– Jakie będą koszty pańskiego wystąpienia? Liczę na poważną obniżkę.

– Wykład wygłoszę gratis. Nie oczekuję od rządu żadnego wynagrodzenia, z wyjątkiem pokrycia kosztów przelotu w obydwie strony i pobytu w hotelu.

Premier zastanawiał się nad słowami profesora. Był zadowolony z obrotu sprawy. Rząd był pod presją wydatków, zadłużenie rosło, każda oszczędność budżetowa stanowiła dobrą wiadomość. Profesor Inha umocnił go w przekonaniu, że dobrze uczyni, akceptując jego propozycję, dodając po chwili wahania:

– Proszę to przedstawić jako swój sukces. Może powie pan coś w rodzaju: Ustaliliśmy, że profesor Steffen Inha wygłosi wykład bezpłatnie. Będzie to wkład szwedzkiej społeczności naukowej w edukację naszego społeczeństwa.

Wystąpienie profesora miała pokazywać telewizja. Transmisję rozpoczęto kilka minut wcześniej. Sala w Pałacu Ślubów w Kornie była wypełniona, panowała atmosfera pełnego ożywienia. Wszystkie fotele były zajęte, siedzące w nich osoby prowadziły ze sobą ożywione rozmowy.

Widzowie przed telewizorami nie mogli wyjść z szoku.

Co ci ludzie tam robią na sali? Przecież w kraju obowiązuje bezwzględny zakaz zbierania się w grupach przekraczających pięć osób.

Rozpoczęły się interwencje. Atakowano przede wszystkim policję, że dopuszcza do takich imprez. Żądano natychmiastowych działań. Do dyżurnego na komendzie policji dodzwonił się jakiś krewki mężczyzna.

– Rozpędźcie ich! Przecież rząd wydał zakaz gromadzenia się. Premier sobie drwi z nas wszystkich. Inne zasady dla społeczeństwa, inne dla niego, jeszcze inne dla jegomościa, którego sobie wybrał!

Policja zapowiedziała przeprowadzenie śledztwa. Telefony były jednak tak natarczywe, że w ciągu kilku minut rzecznik komendanta policji miał gotowe wyjaśnienie.

– Na sali w fotelach nie siedzą żywi ludzie, tylko manekiny humanoidalne pozorujące ludzkie postacie. Niektóre z nich trzymają w rękach smartfony i inne przedmioty dla stworzenia wrażenia, że jest to realny świat – wyjaśnił ubrany po cywilnemu pracownik policji, nerwowo poprawiając marynarkę.

Był to pracownik administracji policji, którego poproszono o zastąpienie rzeczywistego rzecznika, który nagle zachorował. Mężczyzna nie czuł się dobrze w nowej roli, tym bardziej, że marynarka okazała się za ciasna.

Odc. 9 Wykład

Osoby zgromadzone przed wielkim ekranem telewizyjnym w pubie „Pod Złotym Aniołem” siedzieli spokojnie oczekując wykładu profesora Steffena Inha. Właściciel pubu pozasłaniał wszystkie okna i zamknął drzwi wejściowe na klucz. Oficjalnie lokal był nieczynny.

– Nikt nie musi wiedzieć, że mamy tu prywatną imprezę. Człowiek musi radzić sobie mimo ograniczeń, zakazów i nakazów – powiedział niezbyt głośno, bardziej do siebie, niż do towarzystwa zgromadzonego w pubie.

Spotkanie zorganizował dla znajomych i przyjaciół, aby wspólnie obejrzeć wykład profesora Inha na temat wirusa, epidemii i przyszłości kraju. Nie czuł się winny łamania zakazu organizowania imprez grupowych w pomieszczeniach zamkniętych dla większej ilości osób. Uważał, że skoro wszyscy jego klienci mają certyfikaty szczepień przeciw wirusowi lub przechorowali zakażenie, to nie ma potrzeby ograniczać się.

Po włączeniu telewizora na ekranie ukazała się sala ceremonii ślubnych, o stylowym wnętrzu i bogatym wystroju pięknych mebli. Lustrzana ściana odbijała widok na bulwar nadrzeczny i rzekę z żelaznym mostem.

Po chwili oczekiwania z lewej strony podwyższenia widocznego w końcu sali pojawił się profesor Inha. Po przejściu kilku kroków zatrzymał się. Wyglądało to tak, jakby oślepiły go światła lub zaskoczył widok wypełnionej ludźmi sali. Powoli ruszył do przodu, stawiając ostrożnie kroki.

– Co to za człowiek? Nigdy o nim nie słyszałem. Coś mu dolega, bo zachowuje się dziwnie. On jest chyba chory! – interweniował głośno tęgi mężczyzna popijający piwo z dwoma kolegami przy stoliku pod zasłoniętym oknem pubu.

Komentarz nie podobał się innym klientom.

– Niech pan lepiej zamilczy. Oczekujemy optymizmu i pocieszenia a nie żałoby i pogrzebu – kobieta siedząca przy stoliku z tyłu za malkontentem wyraziła opinię większej ilości osób obecnych w pubie, ponieważ poparto ją okrzykami.

– No właśnie! Co racja to racja! Niech pan lepiej powstrzyma się od komentarzy!

Dziennikarka telewizyjna prowadząca program przedstawiła profesora i wyjaśniła cel jego wykładu, po czym usiadła z boku. Profesor rozpoczął prezentację. Mówił w swoim języku, w taki sposób i w takim tempie, aby niewidoczna na sali tłumaczka spokojnie nadążała przekładać.

Po kilkunastu minutach profesor zbladł, głos zaczął mu się łamać. Mówił wolniej i mniej składnie, rozciągał wyrazy, zastanawiał się. W pewnym momencie przerwał i łapczywie wypił do końca resztę wody mineralnej pozostałej w szklance.

– Wygląda to tak, jakby baterie mu się kończyły – skomentował grubas popijający piwo przy stoliku pod oknem.

Tym razem nikt go nie ganił ani nie uciszał.

Profesor Inha opadł na krzesło i patrzył bezsilnie przed siebie. Przypominał nadmuchiwanego plastikowego manekina, z którego powoli uchodzi powietrze. Oddychał coraz ciężej jak ryba wyjęta z wody. Zapadła cisza. Dziennikarka patrzyła na niego kompletnie zdezorientowana. Gorączkowo szukała czegoś w małej torebce, która nie wiadomo kiedy znalazła się w jej rękach. Ciszę przerwało brzęczenie dzwonka profesorskiego smartfonu. Steffen Inha nie odpowiadał, mimo powtarzającego się głośnego dźwięku. Poruszył się dopiero wtedy, kiedy usłyszał mechaniczny głos, który włączył się automatycznie bez jego udziału.

– Proszę uważnie słuchać. Wiemy, co się dzieje z panem. Monitorujemy pańskie najważniejsze funkcje życiowe. Proszę zachować spokój i stosować się do naszych poleceń. Przede wszystkim proszę się nie martwić; to tylko chwilowe zasłabnięcie wynikające prawdopodobnie z przepracowania i stresu, jaki pan teraz przeżywa. W tej chwili otrzymuje pan automatycznie dawkę adrenaliny. Pobudzi ona pański organizm, przyśpieszy pracę serca i ułatwi oddychanie. Poczuje pan dopływ energii. Na wszelki wypadek wysyłamy karetkę pogotowia ratunkowego. Po przybyciu lekarz sam odszuka pana w miejscu, gdzie pan przebywa. Mamy doskonały system lokalizacji GPS. Kiedy poczuje się pan na tyle dobrze, aby kontynuować swoje wystąpienie, proszę tylko wcisnąć czerwony przycisk w aparacie, jaki ma pan przy sobie.

Po upływie niecałej minuty profesor Inha poruszył się żywiej na krześle, a po upływie dwóch minut wstał z niego.

– Czuję się już dobrze, prawie jak młody bóg. Potrzebowałem leku stymulującego pracę organizmu i trochę odpoczynku. Automatycznie otrzymałem dawkę adrenaliny, dobrze mi to zrobiło. Mała rzecz a cieszy – zażartował, aby ukryć zmieszanie swoim zasłabnięciem i przerwaniem wykładu. – Zaraz państwu wszystko wyjaśnię.

Odc. 10 Historia profesora Inha

Stojąc pewniej na nogach profesor dokonał szybkiego rachunku sumienia. To, co mu się przydarzyło, było publiczną kompromitacją. Było za późno, aby tego uniknąć. Musiał pogodzić się z porażką. To wystarczyło, przestał się wahać. Coś w nim pękło, zalała go fala determinacji. Postanowił kontynuować wykład nie jak naukowiec, w sposób wyważony i obiektywny, ale naturalnie, jak zwykły człowiek, szczerze i od serca. Nie zamierzał niczego ukrywać i nie łagodzić, tylko wyjawić swoją tajemnicę. Nie miał nic do stracenia, mógł tylko zyskać.

– To, co państwo teraz usłyszycie, to są moje własne, bolesne doświadczenia.

Pierwsze zdanie nie zabrzmiało zbyt pewnie. W miarę jak mówił, odzyskiwał siły i nabierał przekonania, że postępuje słusznie. Używał mocniejszych słów, nie zastanawiając się, jakby cały tekst miał w głowie i mechanicznie go odtwarzał. Było to jak rozmowa z sąsiadem o pogodzie.

– Przypatrzcie mi się, tak jak tutaj stoję. Zważywszy mój wiek, jestem człowiekiem przeszłości. Zważywszy mój organizm, jestem reprezentantem przyszłości, typem, który będzie pojawiać się coraz częściej. Powiem inaczej, dosadnie; zabrzmi to trochę prostacko, może nawet wulgarnie. Jestem osobą odnowioną, zupełnie jak samochód po generalnym remoncie. Mogę też porównać się do roweru po wypadku drogowym, naprawionego poprzez wymianę uszkodzonych części na nowe lub używane, ale w dobrym stanie.

W pubie „Pod Złotym Aniołem” zapadła milczenie. Wszystko, co profesor mówił, brzmiało dziwnie, co najmniej niezrozumiale. Trzech mężczyzn przy stoiku w głębi sali przerwało picie piwa. Patrzyli na siebie niepewnie.

– Co on mówi? O co tu chodzi?

Steffen Inha kontynuował. Od czasu do czasu odrywał wzrok od kamery telewizyjnej, aby skoncentrować się wewnętrznie. Wygłaszał monolog.

– Trzynastego marca zeszłego roku przyjechałem razem z przyjacielem do małego miasteczka na północy Szwecji, gdzie mam domek wypoczynkowy. Myśleliśmy, że wirus nas nie złapie. Rzadko robiliśmy zakupy, nie imprezowaliśmy, prawie nie widywaliśmy się z innymi ludźmi. Miałem wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Dziś mam sześćdziesiąt trzy. Nie wiem, kiedy dopadł mnie wirus. Prawdopodobnie wtedy, kiedy poszedłem do apteki. Wewnątrz były trzy osoby, razem ze mną nie więcej niż przewidywała to norma dla pomieszczenia tej wielkości. Wszyscy byli w maseczkach, Wiem, że aptekę kilka dni później zamknięto na krótko, aby poddać ją odkażaniu. Uważam siebie za szczęśliwca, ponieważ przeżyłem ciężkie zakażenie wirusem.

Profesor popatrzył na dziennikarkę. Siedziała nieruchomo, słuchając go z uwagą. Zatrzymał na niej wzrok, jakby zapominając, gdzie jest i co robi. Krótki moment wypoczynku i kilka łyków zimnej wody wystarczyły, aby mógł podjąć wspomnienia. Odczuwał ulgę, dzieląc się z innymi pamięcią ciężkich przeżyć.

Wirus zaatakował go bardzo ostro. W ciągu tygodnia dosłownie zdewastował mu płuca, potem przyszła kolej na dalsze organy wewnętrzne. Ratowano go z pełnym poświęceniem i w wielkim pośpiechu.

– Przeszczepiono mi płuca, serce i nerki. Stało się to bez mojej wiedzy. Byłem nieprzytomny i nie było nikogo, kto mógłby wyrazić ją za mnie lub odmówić przeprowadzenia tylu operacji. Te operacje nie nastąpiły oczywiście w jednym czasie, były niezwykle ryzykowne, ale mnie uratowały. Mój stary że tak powiem organizm ma sześćdziesiąt trzy lata, wymienione trzy narządy są sporo młodsze. Mam płuca trzydziestolatka, serce czterdziestolatka oraz nerki czterdziestodwuletniej kobiety.

Odc. 11 Szpital

Profesor wyprostował się, uniósł głowę do góry i utopił wzrok w przestrzeni, podsumowując w głowie to, co ma do powiedzenia, po czym kontynuował.

– W mojej umowie z Instytutem Przyszłości w Sztokholmie, gdzie jestem zatrudniony, jest zastrzeżenie, że nie ujawnię nikomu tego, co teraz zamierzam powiedzieć.

– Teraz na pewno wypieprzą go z roboty. Pewnie powie, że to go martwi, bo na to nie zasłużył – mruknął do siebie premier otwierając kolejną puszkę piwa. Transmisję profesora Inha oglądał samotnie z domu. W głowie mu szumiało. Potrzebował tego. Pomyślał, że dobrze byłoby, aby Anna oglądała wystąpienie Szweda razem z nim. Kiedy je to zaproponował, ofuknęła go:

– W odróżnieniu od ciebie mam obowiązki rodzinne. Pamiętasz o kraju, ale zapomniałeś o własnych dzieciach. Zaniedbałeś je całkowicie, widzą cię tylko wieczorem a i to nie zawsze. Niedługo zapomną, że mają ojca. Dlatego nie będę z tobą oglądać. Siedź i pij teraz to piwo, którego sam nawarzyłeś zawierając umowę z tym niedorobionym profesorem.

– Prawdopodobnie teraz mnie zwolnią – podjął Inha, jakby wtórując myślom premiera. – Ale ja to ignoruję, że nie powiem chromolę. Wiecznie żyć nie będę. Mam umowę z Kliniką Libra na pełną, nieprzerwaną, całodobową opiekę nade mną i dostateczne środki, aby za to płacić. To właśnie musicie państwo zrozumieć: w warunkach zabójczej epidemii, takiej jak obecna, kiedy państwowa służba zdrowia tonie pod ciężarem dziesiątek tysięcy ciężko chorych ludzi, pieniądze są kluczem do przeżycia. To krytyczny wymiar przyszłej opieki zdrowotnej.

Twarz Steffena Inha opowiadała jego historię lepiej niż słowa. Wróciła na nią bladość i napięcie, oczy zanurzyły się w tunelu wspomnień. Profesor znowu patrzył gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie szczegóły.

Na początku zakażenia wirusem czuł się zupełnie dobrze. Objawy pojawiły się wyraźnie dopiero piątego dnia od momentu zakażenia. Najpierw poczuł się słabo. Wkrótce pojawiły się inne symptomy: zmęczenie, gorączka, suchy kaszel, ból mięśni i głowy. Był przekonany, że się przeziębił. Wyglądało to jak grypa. Jego stan był jednak na tyle podejrzany, że zgłosił się telefonicznie do pogotowia ratunkowego.

– Była to długa i męcząca rozmowa. Pogotowie robiło już wtedy bokami, nie nadążali z wysyłaniem karetek na wezwania i przewożeniem chorych, ale ja o tym nie wiedziałem. Wiedziałem, że jest źle, ale nie aż tak bardzo. Kobieta na dyżurze w pogotowiu zadawała mi pytania. Wiele pytań. Niektórych nie rozumiałem i prosiłem o wyjaśnienie, aby móc udzielić sensownej odpowiedzi. Kiedy zapytała mnie, od kiedy mam te objawy i gdzie mogłem się zarazić, zdałem sobie sprawę, że mogło to nastąpić w czasie konferencji naukowej, w jakiej brałem udział kilka dni wcześniej. Miałem tam kontakt z wieloma osobami.

Potem starała się mnie przekonać, że objawy wskazują bardziej na grypę, niż zakażenie wirusem. Myślę, że starała się mnie zachęcić, abym szukał pomocy gdzie indziej. Ponieważ się upierałem, że potrzebuję ich pomocy, nie innej, poleciła mi wykonać test na obecność wirusa. Zrobiłem to. Dzień później wiedziałem już wszystko; test był pozytywny. W tym czasie mój stan zdrowia bardzo się pogorszył.

Potrzebowałem rozpaczliwie hospitalizacji, ale było to niemożliwe. Szpitale były tak przepełnione, że nowych pacjentów przyjmowano dopiero wtedy, kiedy któryś z aktualnych wyzdrowiał lub umarł. W szpitalu miejskim w Sztokholmie, największym ze wszystkich, nie było wolnych łóżek, w innym szpitalu był niedostatek personelu, w jeszcze innym problemy ze sprzętem i tlenem. Polecano mi czekać, byłem na liście, prawie już traciłem przytomność. Czułem, że nie przeżyję.

Decyzje podjęli za mnie dwaj moi przyjaciele. To mnie ocaliło. Umieścili mnie w pośpiechu w prywatnej klinice Libra, która dzień wcześniej otworzyła oddział antywirusowy. Były jeszcze wolne miejsca. Koszt był niezwykle wysoki, bo była to luksusowa placówka medyczna dla osób mających szczególne wymagania i potrzeby. Dyrekcja bała się też ryzyka, że ich własny personel pochoruje się, ponieważ nie mieli dostatecznego doświadczenia z taką epidemią. Sam nie mogłem niczego załatwić, nie mogłem nawet odnaleźć karty kredytowej, a nie miałem siły aby dokonywać przelewu bankowych korzystając z komputera. Moi przyjaciele wystawili pisemne zobowiązanie, że uiszczą zapłatę, jeśli ja tego nie zrobię lub jeśli nie przeżyję. Decyzja musiała być podjęta praktycznie natychmiast.

Inha przerwał opowiadanie i wrócił wzrokiem na widownię. Widział na niej kilkadziesiąt żywych postaci, siedzących w odległości czterech foteli i dwóch rzędów od siebie. Reszta to były manekiny. Wydało mu się, że są podobne do niego.

Odc. 12 Wspomnienia 

Steffen Inha zachował niewiele wspomnień z pobytu w klinice Libra. Pamięć wróciła mu wraz ze świadomością zaledwie na kilka dni przed opuszczeniem kliniki. Dopiero wtedy dotarło do niego, że cudem ocalał. Do kliniki przywieziono go w ostatniej chwili, kiedy wirus atakował już płuca, wątrobę i nerki.

– Nie miałem pojęcia, że mnie w ogóle tam przywieziono, było już ze mną bardzo źle. Byłem nieprzytomny.

– W klinice Libra wyszło na jaw, że byłem jedną z pierwszych ofiar nowej odmiany wirusa. Był to wirus, który uległ mutacji polegającej na zdolności przylegania do cząsteczek pyłów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu oraz drobin gazów emitowanych przez pojazdy spalinowe. Wchłaniając mieszankę zanieczyszczeń i wirusów, płuca zatykały się znacznie szybciej doprowadzając do głębszych i bardziej niebezpiecznych zmian w organizmie.

Profesor kolejny raz przerwał wykład, aby napić się czegoś. Bardziej potrzebował gorącej kawy niż wody i zastanawiał się, jak mógłby zaspokoić tę potrzebę.  Obserwująca go w milczeniu dziennikarka zauważyła jego wahanie. Pomyślała, że zagubił się w swojej prezentacji. Zdecydowała się mu pomóc, zadając pytanie:

– Czy mógłby pan, profesorze, ujawnić coś więcej o tym, jak ratowano pana w klinice? Lekarze i personel pomocniczy z pewnością coś panu powiedzieli, kiedy doszedł pan do siebie.

– Nie jestem w stanie dobrze opisać tego, o co pani prosi. Fakt był taki, że uratowano mnie w ostatniej chwili. To był naprawdę cud. Wszystko układało się przeciwko mnie: płuca wypowiadające posłuszeństwo organizmowi, szybkie pogarszanie się stanu nerek i wątroby. Przy okazji wykryto u mnie cukrzycę, o której nawet nie wiedziałem – Steffen Inha zamyślił się na chwilę.

Kiedy wysiadły mu płuca, podłączono go do respiratora. Od tej pory był sztucznie utrzymywany przy życiu. W krótkim czasie przeszedł trzy operacje: najpierw przeszczep płuc, potem wątroby, w końcu nerki. Druga nerka na szczęście się uchowała. Lekarze w rozmowach między sobą nie dawali mu szansy przeżycia większej niż jeden do dziesięciu, potem już tylko żałosne kilka procent. Ponieważ był nieprzytomny, a potem w śpiączce farmakologicznej, nikt nie był w stanie komunikować się z nim. 

Inha rozejrzał się po sali i zaczął mocniejszym głosem:

– Mój beznadziejny stan i niemożność porozumienia się z kimkolwiek, to mnie uratowało. Lekarze mogli szybko podjąć decyzję kierując się tylko swoim doświadczeniem i sumieniem. Sytuacja wymagała wykorzystania wiedzy nie całkiem jeszcze sprawdzonej, nowych technologii, nowych procedur i leków. Ordynator kliniki powiedział mi potem w zaufaniu:

– Był to jeden wielki i ryzykowny eksperyment. Koszty były ogromne, nie liczyliśmy nawet, że kiedykolwiek je odzyskamy, po prostu ratowaliśmy pańskie życie stosując najnowsze, nie zawsze sprawdzone osiągnięcia naukowe. Taki jest koszt postępu naukowego w warunkach wojny.

– Popatrzyłem na niego i zapytałem, o jaką wojnę mu chodzi. Ordynator uśmiechnął się:

– Wojnę z wirusem i epidemią w warunkach bojowych, czyli z ograniczonym rozpoznaniem nieprzyjaciela i pola walki. Przepraszam, że używam takiego języka, z wykształcenia jestem lekarzem wojskowym.

Inha wstał z krzesła, na którym usiadł kilka minut wcześniej; chciał powiedzieć coś ważnego.

– Nie jestem już naturalnym, biologicznym organizmem. Mój organizm jest monitorowany przez czujniki przekazujące nieprzerwanie dane do centralnej bazy danych kliniki. Wszystko to działa dzięki sztucznej inteligencji analizującej niezliczoną ilość informacji i podejmującej natychmiastową decyzję, co należy zrobić.

Z boku obiektywu kamery telewizyjnej zapaliła się lampka sygnalizująca, że profesor zbliża się do zakończenia prezentacji.

– Zmierzam do końca. Jestem pracownikiem naukowym i zgromadziłem spore środki finansowe. Dzięki nim trafiłem do kliniki, gdzie mnie uratowano. Pieniądze! To przekleństwo i dobrodziejstwo współczesności. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Odc. 13 Wyznania

– Nikt nie jest w stanie określić, jak szybko będzie mutować wirus, nasilać się epidemia i czy będą dostępne szczepionki. Tysiące ludzi umarło w minionym okresie. Sam pobrałem bolesną lekcję i wyciągnąłem wnioski. Powiem wam, jaki jest najważniejszy.

Najlepszym ubezpieczeniem na czas zabójczej epidemii jest posiadanie środków na opłacenie opieki medycznej. U szczytu epidemii zawsze będzie brakować miejsc w szpitalach i sprzętu medycznego, zwłaszcza respiratorów, które są na cenę złota. Także do leków, coraz bardziej kosztownych oraz do personelu, ponieważ nawet najsprawniejszy lekarz czy pielęgniarka nie mogą obsługiwać jednocześnie więcej niż kilku pacjentów.

Za rok lub dwa, a może za miesiąc lub dwa, nikt tego nie wie, aby przeżyć będziecie musieli mieć własne pieniądze. Każdy z was. Nie służba zdrowia, czy rząd, ale wy sami. Biedni nie mają szans przeżycia. Medycyna stała się potwornie droga. Nikt wam tego oczywiście nie powie. Państwowa służba zdrowia może wiele obiecywać, ale nie jest w stanie wypełnić obietnic w warunkach kryzysu. Dawniej mówiono: – Czas to pieniądz. To tylko częściowa prawda. Teraz możemy sobie powiedzieć: – Pieniądz to życie. Wyrażę to brutalnie: – Bez dużych pieniędzy będziemy nadawać się tylko do rozbiórki na części, jeśli jeszcze pozostanie w nas coś użytecznego dla innych.

Profesor sięgnął do kieszeni, wyjął z niej małą buteleczkę a z niej dwie białe pastylki, włożył je do ust i popił wodą. Robił to demonstracyjnie jakby dla podkreślenia zależności od środków farmaceutycznych.

– Czy to, co powiedziałem jest prawdą? Sami musicie odpowiedzieć na to pytanie, analizując fakty. Sytuacja każdego z was może być inna. Wiek, stan zdrowia, choroby współistniejące, intensywność zakażenia wirusem.

Światło zgasło, zapaliły się lampy rozjaśniające umieszczone w suficie. Zapowiedziano krótką przerwę, profesor znikł ze sceny. Na ścianach i podłodze pojawiły się efekty świetlne, z niewidocznych głośników popłynęła muzyka klasyczna.  

Kiedy Inha wrócił, był przebrany. Miał na sobie ciemniejszy strój, wyglądał poważniej, nobliwie i wyraziście, przypominając bardziej osobę duchowną niż starszego naukowca o cerze wyblakłej wskutek długiego przebywania w zamkniętych pomieszczeniach: bibliotek, sal wykładowych i konferencyjnych oraz własnych gabinetów.

– Przebrałem się w strój kaznodziei. Uważam, że lepiej odpowiada tej chwili. Jako naukowiec czuję się bezsilny. Trzeźwość i obiektywność nauki do niewielu dzisiaj przemawia, Nikogo nie przekonuje, kiedy życie staje dęba i idzie własnym drogą.  

Roman Desiru bacznie obserwujący profesora wstał nagle z fotela. Dopiero teraz dotarło do niego, że Inha podważa wiarę w państwo i publiczną służbę zdrowia. Twarz premiera zaczerwieniła się, usta wykrzywił grymas gniewu. Krzyknął do żony, która właśnie otworzyła drzwi do pokoju:

– Ten sukinsyn mnie oszukał! Destabilizuje mój rząd! Chce mnie wykończyć!

Odc. 14 Wyznanie

Desiru wybiegł z domu na zewnątrz. Ręce mu drżały, kiedy na smartfonie wybierał specjalny numer alarmowy. Po drugiej stronie reakcja była natychmiastowa.

– Tu oddział specjalny. Słucham, panie premierze!

Desiru mówił wyraźnie, przyciszonym głosem, jakby bał się, że ktoś go podsłucha. Wydawał polecenia i słuchał odpowiedzi. W końcu krzyknął:

– Wyłączcie do groma cały ten przekaz telewizyjny Steffena Inha!

– Nie mamy jak. Usiłujemy, ale to nic nie daje. Wygląda na to, że mają własny kanał przekazu. Przekaz idzie przez nieznanego operatora.

– To wyłączcie prąd i ogłoście awarię systemu telekomunikacji! Powiedzcie zresztą, co chcecie. Że piorun uderzył w nadajnik telewizyjny i wszystko zniszczył – na twarzy premiera nabrzmiały czerwone żyłki, głos był chrapliwy.

– Tak jest! Już to robimy!

Premier wrócił do pokoju telewizyjnego i zagłębił się w fotelu, czekał na efekt swojego polecenia. Transmisja trwała nadal, profesor kontynuował jak gdyby nigdy nic. Desiru wydało się, że Szwed bezczelnie patrzy mu prosto w oczy. Zrozumiał, że go fatalnie przechytrzono. Nie rozumiał tylko, czyje to było zlecenie i po co.

– To sabotaż! – wrzasnął, boleśnie zaciskając palce na oparciu fotela.

Anna Desiru wbiegła do pokoju. Widząc męża siedzącego spokojnie w fotelu, zapytała zdenerwowana:

– Czemu się drzesz!? Myślałam, że coś się stało. Że dostałeś ataku serca lub ktoś włamał się do domu!

Premier popatrzył na nią w zdziwieniu i oprzytomniał. Coś przyszło mu do głowy, zerwał się z fotela i znowu wybiegł z pokoju. Po chwili dzwonił do sztabu kryzysowego. Dowódcą był pułkownik w stanie spoczynku, zaufany i doświadczony człowiek. Czekał na niego, wiedział, kto dzwoni. Zanim Desiru odezwał się, pułkownik wyrzucił z siebie:

– Nie mamy pojęcia, jak to zorganizowano. Nie jesteśmy w stanie przerwać przekazu. Wysłałem tam moich ludzi. Siłą usuną tego profesora ze sceny, jeśli w międzyczasie nie przerwiemy transmisji. Pracujemy nad tym nieprzerwanie.

Premier wrócił zrezygnowany i ciężko opadł na fotel. Po raz pierwszy w życiu czuł się całkowicie bezsilny. Mając do dyspozycji sprzęt, pieniądze, wielki aparat administracyjny – pełnię władzy, nie mógł nic zrobić. Pozostało mu tylko słuchanie, jak Inha zniechęca ludzi do państwowej opieki zdrowotnej.

Wykład zbliżał się do końca. Profesor popadł w ton kaznodziejski, przepowiadał przyszłość. Mówił chrapliwie, z wysiłkiem, jakby baterie lub adrenalina wyczerpywały się w nim i on to czuł.

– To są moje ostatnie słowa. Chcę, abyście je dobrze zapamiętali. W okresie wielkiej epidemii, przy nasilającej się degradacji środowiska naturalnego i przemieszczaniu się wielkich mas ludzi na globalną skalę jesteśmy skazani na nagłe epidemie. To także skutek nieprzerwanego postępu medycyny i technologii. Walcząc z wirusem, zmieniamy warunki jego otoczenia i przyśpieszamy jego mutację.

Profesor usiadł. Twarz mu zbladła, wydawało się, że wiotczeje w ramionach. Znowu wyglądał jak nadmuchiwana plastikowa kukła, z której uchodzi powietrze. Nie bez wysiłku podniósł głowę.

– Jesteśmy tworem coraz mniej biologicznym, coraz bardziej technologicznym i mechanicznym. Stajemy się odbiorcami i dostawcami wymiennych części organizmu, magazynem, do którego coś się dokłada i z którego coś się wyjmuje. Sami stworzyliśmy ten świat.

– Człowiek jest tylko rzeczą – oto moje określenie człowieczeństwa bliskiej przyszłości. Jednostka coraz mniej będzie miała do powiedzenia, coraz więcej rządy, szpitale, lekarze, w końcu roboty wyposażone w sztuczną inteligencję. To oni będą podejmować za nas decyzje. Na początku będzie to stan wyższej konieczności, kiedy czas nagli, a potem, kiedy się wszyscy do tego przyzwyczaimy, już stale. Zapamiętajcie to hasło: Człowiek jest tylko rzeczą.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 maja 2021

0Shares

Namiestnik wygłasza przemówienie o zmianach i wyzwaniach społecznych. Powieść psychodeliczna. Odc. 19.

Namiestnik Kukuła wszedł na trybunę, ustabilizował się w pionie, po czym jednym ruchem głowy odrzucił siwiznę do tyłu, aby łatwiej przyjrzeć się zgromadzonym. Na sali obecni byli jego najwierniejsi wyznawcy, na czele z rządem i kierownictwem Partii Powszechnego Dobrobytu.

Obecność Namiestnika nagrodzono oklaskami. Ich serdeczność i obfitość zaskoczyła go. Podziękował, poprosił o spokój, po czym zabrał głos. Miał do wygłoszenia ważne przemówienie.

– Kochani! Musimy stanąć oko w oko z opozycją głoszącą bezwstydnie, że jako naród coraz bardziej tumaniejemy, a nawet kretyniejemy. Wiem, tu nas opozycja nie zaskoczy, że zaczęło się to kilka lat temu, kiedy doszliśmy do władzy. Wyzwanie, przed jakim teraz stoimy, to nauczyć się mierzyć zmiany społeczne zachodzące pod naszymi rządami. Niestety tumanienia nie da się dokładnie zmierzyć, a szkoda, bo wiedzielibyśmy, na czym stoimy. Nie powiem jednak, że jesteśmy bez osiągnięć, ponieważ dorobiliśmy się już testów ciążowych pozwalających nam zrozumieć, jak zmieniają się perspektywy demograficzne kraju po zastosowaniu bodźców prokreacyjnych. Teraz musimy solidniej popracować nad stworzeniem wiarygodnych testów tumanienia. Uważam, że nie jest najgorzej. Pewna życzliwa dla nas osoba powiedziała mi:

– Dzięki obecnym testom przeciążenia umysłowego wiem, że cofnąłem się o trzydzieści procent, ale to za mało, ponieważ chciałbym cofnąć się jeszcze więcej.

Zjawisko cofania się, jeśli się upowszechni, niestety niesie ze sobą poważne zagrożenia, ponieważ w przyszłości możemy mieć za dużo dzieci a za mało emerytów. Musimy zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Wielu z was poświęca się – co należy pochwalić – ratowaniu społeczeństwa przed zgubną przewagą dzieci nad emerytami. Osobiście poznałem kiedyś obywatela o poważnej pozycji społecznej, który woził bezpłatnie samolotem przyjaciół i znajomych, tam i z powrotem, aby tylko odwrócić ich uwagę od seksu. Wspólne latanie sprawiało im dużą przyjemność. Cieszyło ich przebywanie w świetle dostojnika – tak, nie wahajmy się go tak nazwać, bo to człowiek zasługujący na szacunek – tym bardziej, że przy okazji mogli uzyskać jeszcze jego autograf.

Podejmujemy także inne działania mające chronić nasz naród przed nieszczęśliwym upadkiem – że tak powiem – na pysk demograficzny. Przykładowo, pan Plenipotent spotyka się często z ludnością wiejską, aby całować świeże bochny chleba jako formę błogosławieństwa dla plonów. Kiedyś wygłosił płomienne przemówienie w obronie samotnej żarówki. To skutecznie odwróciło uwagę społeczeństwa od szalonej prokreacji. Zbudowało nam też reputację na Zachodzie, szczególnie w Bractwie Kontynentalnym.

Dla poprawy sytuacji społecznej wymieniliśmy też wielu sędziów z nieudolnych na udolnych, kleptomanów kradnących młotki na sędziów uważnych, czytających wytyczne, rozumiejących, gdzie pies leży pogrzebany. Są to ludzie ustabilizowani, nie lubiący jeździć niepotrzebnie w delegacje służbowe z jednego krańca kraju na drugi, ani wydawać kontrowersyjnych wyroków, niezgodnych z naszą oceną, która – jak wiemy – jest jedyna i miarodajna. Wszystko to, o czym mówię, to imprezy mobilizujące wyobraźnię narodu w ramach naszej wspólnej, wielkiej pielgrzymki do Ziemi Obiecanej, którą wam solennie przyrzekłem kilka lat temu.

Po zakończeniu przemówienia Namiestnika zarządzono przerwę, aby mógł on odetchnąć, wydać kilka poleceń i przygotować się do kolejnej debaty na tematy najbardziej znaczące dla społeczeństwa i państwa.

0Shares

Wspomnienia z Loterii Państwowej. Powieść psychodeliczna. Odc. 3.

Poprawę nastrojów społecznych przyniósł dopiero rok dwa tysiące piętnaście. Loteria Państwowa zorganizowała i przeprowadziła wówczas specjalne losowanie dla dorosłych pod hasłem „Kto tu rządzi”. Imprezę organizowano regularnie co cztery lata. Kupony wypełniło kilkanaście milionów ludzi. Dzień wielkiej loterii ogłoszono dniem świątecznym.

Były dwa kryteria uczestnictwa w loterii: wiek i poziom intelektualny. Dzieci i młodzież do lat osiemnastu nie mogły uczestniczyć w loterii z uwagi na to, że jest to forma hazardu. Drugim warunkiem uczestnictwa była umiejętność pisania i czytania.

Sprawa okazała się kontrowersyjna, ponieważ pisanie i czytanie nie wymagało konieczności rozumienia tekstu, znaczenia własnego udziału w loterii czy nawet hasła „Kto tu rządzi”. Puryści loteryjni uważali, że nawet przygłup może wziąć w niej udział.

– W kraju nie ma już analfabetów, są tylko wtórni analfabeci i ludzie nieporadni umysłowo. Pytaniem jest, czy wtórny analfabetyzm i nieporadność umysłowa nie są przeszkodami uniemożliwiającymi udział w loterii państwowej, gdzie chodzi o wielką stawkę?

Sprawę rozstrzygnął sąd obradujący w pełnym składzie.

– Wtórny analfabetyzm nie jest przeszkodą uczestnictwa w Loterii Państwowej „Kto tu rządzi”. Jeśli obywatel już raz nabył umiejętność pisania i czytania, to utrata tej zdolności w okresie późniejszym wskutek alkoholizmu, demencji, niechęci do czytania, utraty okularów czy innych wydarzeń losowych, jest jego prywatną sprawą. Przepisy prawa loteryjnego nie mogą dyskryminować obywateli z tego tytułu, że są niezdolni myśleć samodzielnie, nie rozumieją natury obywatelstwa czy są niedorozwinięci umysłowo. W każdym kraju są tysiące takich osób i jakoś wszyscy sobie z tym radzą. My, jako sąd reprezentujący demokratyczne społeczeństwo ludzi wierzących, wyrażamy nadzieję, że pan Bóg nie dopuści zbyt wielu ubogich duchem, aby weszli do królestwa ziemskiego uczestnicząc w najważniejszej loterii państwowej.

Była to dosyć zawiła interpretacja prawa loteryjnego, powszechnie ją jednak akceptowano.

– Nie wszyscy zawsze muszą wiedzieć, o co chodzi. To wymaga zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego. Jesteśmy społeczeństwem na dorobku i nie każdego na to stać. – Tak sformułowała swoje przemyślenia pewna dojrzała matrona w trakcie dyskusji targowej ze sprzedawczynią jaj na temat “Brać, czy nie brać udziału w loterii?”. Jaja pochodziły z wolnego wybiegu dziesięciu swobodnych kur i jednego koguta, a jej rozmówczynią była rewolucjonistka agrarna z dawnych lat, kiedy jeszcze ludzki rozum żył na wolnym wybiegu i prowadził zdrowy tryb życia.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 226 (ostatnia): Rozmowa nad jeziorem

– Mnie bardziej intryguje twój pogrzeb i twoje zmartwychwstanie, Sefardi. To był majstersztyk: napisać powieść i tak pokierować wydarzeniami, aby zrobić książce i autorowi niesamowitą promocję. Nie na darmo wytypowano twoją powieść do udziału w międzynarodowym konkursie Debiut Literacki Roku. Udane połączenie dobrego dzieła literackiego z promocją autora to prawdziwa katapulta w sławę pisarską bez wcześniejszego dorobku. Zostałeś celebrytą w ciągu jednego dnia. O twoim pogrzebie i zmartwychwstaniu mówiło całe społeczeństwo. Oczywiście nie wszyscy byli zachwyceni. Mimo bezsensownych plotek i insynuacji oraz dziwacznych śledztw twój honor pozostał nienaruszony. Ludzi trzeźwo myślących napawają smutkiem postawy niechęci wobec nowości. Wszystko przecież nieprzerwanie się zmienia.

Popijając kawę spokojnie rozmawiali, na luzie i bez pośpiechu. Nad jeziorem pojawiła się chmura o pierzastych krawędziach. Chwilę wisiała w przestrzeni jakby zastanawiając się, co zrobić, po czym ruszyła ku brzegowi. Przesuwała się powoli nad powierzchnią wody, potem przyśpieszyła rosnąc w oczach. Zbliżając się do brzegu uformowała się w wielki, niemy lej tornado.

Eminencja obserwował niezwykłe zjawisko. Dziwnie się zachowywał. Jego wzrok stał się szklisty, pod lewym okiem pojawił się nerwowy trick; drobniutki nerw poruszał wewnętrzny kącik oka. Sefardi i Barras spojrzeli w kierunku wody zaintrygowani, co mogło go tak zahipnotyzować. Nad jeziorem panował spokój. Powietrze stało w miejscu, na powierzchni wody unosiło się tylko kilka żaglówek jakby malowanych delikatną kreską Alfreda Sissley’a. Biały kolor żagli odbijał się od granatowej powierzchni wody.

Wielki lej zbliżył się do brzegu i wciągnął w siebie Eminencję. Duchowny przypomniał sobie wszystko. Był znowu małym Zemanem, oglądał obrazy z dzieciństwa, snuł wspomnienia, słyszał dawno przebrzmiałe rozmowy. Rozciągnęła się przed nim wstęga życia, przywracając wyblakłe i zapomniane już obrazy, najbardziej skondensowaną formę pamięci. Przed jego oczami pojawili się ojciec i matka, pozdrawiali go, po chwili znikli w cieniu z podniesionymi do góry dłońmi. Potem zjawiali się ludzie, których znał i których nie znał, cały tłum, konie, przyroda, zamach na parlament, Świątynia Wiary i Prokreacji, palec boży, dwaj cudem odnalezieni bracia, kobiety niezależne oraz Babochłop, już świętej pamięci. W końcu Eminencja zobaczył Boga w postaci wielkiej ryby wyskakującej nad powierzchnię jeziora. Zawisła na kilkanaście sekund w niebieskawym powietrzu rozedrganym w słońcu. Duchowny zaniepokoił się; po chwili spłynęła na niego ulga jak błogosławieństwo.

– Przecież to symbol pierwszych chrześcijan – pomyślał.

Usiłował powiedzieć to na głos, lecz ten ugrzązł mu w gardle, patrzył więc tylko znieruchomiały, bojąc się zniszczyć to, co widzi. Bracia obserwowali go z niepokojem. Sprawiał wrażenie osoby oderwanej od rzeczywistości. Działo się z nim coś niedobrego. Na jego twarzy pojawiło się napięcie, wyraz niepewności i zaskoczenia. Po chwili niepokój zniknął i twarz opromienił uśmiech. Nie mieli pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Opowiedział im swoje przeżycie, cieszył się.

– Wyzwoliłem się z niepokojów przeszłości. Otrzymałem przebaczenie.

Wszyscy trzej poczuli się nagle głodni jak ludzie powracający do zdrowia po długiej rekonwalescencji. Uznali, że muszą zjeść coś solidnego. Mieli przed sobą długi dzień. Eminencja wstał, skoncentrował się, widać było, że ma coś ważnego do przekazania.

– Moi drodzy! Powiem wam, co myślę o naszym życiu i społeczeństwie. Co je trapi, na co cierpimy wszyscy. Otóż jest to strach przed zmianami, brak empatii dla zwierząt i przyrody, nietolerancja inności bliźniego oraz neurotyczne dociekanie prawdy o życiu i śmierci. Wielka szkoda, bo bez tych samoograniczeń życie byłoby o niebo lepsze i piękniejsze.

Koniec powieści

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 222: Upadek świata gubernatora Blawatsky’ego

Partia Konserwatywna uznała, że gubernator powinien jak najszybciej wystąpić publicznie z orędziem, aby poinformować naród o cudownym powrocie do władzy i przedstawić wielkie osiągnięcie rządu – powrót do prokreacji jako siły napędowej społeczeństwa. Ustalono, że gubernator uczyni to stojąc jak zwykle na podwyższeniu. W tej pozycji najpełniej wyrażała się jego niezwykła osobowość, zdolność ogarnięcia wzrokiem szerokiego świata oraz wrodzona siła przekonywania. Naród to cenił, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego najgorętsi zwolennicy nazywali to charyzmą.

Ważniejsze wystąpienia gubernatora konserwatyści określali mianem orędzia. Najlepsze z nich, zdolne wstrząsnąć społeczeństwem, uznawano za wydarzenia równie znaczące jak wybuch mniejszego wulkanu. Wielu obywatelom wydawało się to przesadą; współpracownicy Blawatsky’ego uważali to za normę.

Na wystąpienie wybrano Plac Dziękczynienia, miejsce najpełniej wyrażające wiarę narodu w Boga. Plac był rozległy jak słynne Pole Marsowe z czasów Republiki Rzymskiej, gdzie organizowano imprezy masowe, zaciągi do wojska, zebrania wyborcze oraz komicja centurialne, które wybierały wyższych urzędników, konsulów, pretorów i cenzorów oraz decydowały o wojnie i pokoju. Były to fakty potwierdzone przez historyków. Szukanie precedensów współczesności w historii, zwłaszcza starożytnej, stało się tradycją Partii Konserwatywnej.

Mównicę ustawiono wyżej niż zazwyczaj, aby orator był dobrze słyszany przez wszystkich uczestników zgromadzenia. Gubernator wstępował na mównicę dwa razy, gdyż nie sposób było wygłosić tak ważnego przemówienia za jednym zamachem. Wchodząc na podwyższenie za drugim razem Blawatsky zachwiał się. Opozycja natychmiast uznała, że jest chory. Zwolennicy Konserwy przekonani, że nawet najbardziej sprawnemu człowiekowi zdarza się potknąć, zachwycili się, jak łatwo ich przywódca powrócił do stanu równowagi. Natychmiast ujawnili się klakierzy, bijąc brawa i wznosząc okrzyki:

– Patrzcie! Niemłody już mężczyzna, a jaki sprawny mimo ciężkich przepraw ze zdrowiem!

Dla wzmocnienia przekazu na telebimie pokazano fragment przemówienia gubernatora z wcześniejszych lat; jego wigor i sprężystość rzucały się w oczy. Barras uspokoił nadgorliwych klakierów dyskretnym ruchem ręki. Znali ten znak; na placu zaległa cisza jakby spadła nań platforma wypełniona piaskiem milczenia.

Pod koniec przemówienia uczestników wiecu dobiegł niepojęty szum. Twarze wiecujących zwróciły się na zewnątrz w kierunku terenów parkowych obrzeżających Plac Dziękczynienia. Wydając przenikliwe dźwięki zza drzew i krzewów wybiegły setki młodziutkich istot, pełnych wigoru i radości.

*****

Słysząc tysięczne uderzenia drobnych stóp o ziemię, dzwoneczki o wymyślnych dźwiękach oraz głosy ni to ludzkie, ni zwierzęce, pomieszane i trudne do zrozumienia, gubernator przerwał przemówienie. Wraz ze świtą udał się na punkt widokowy znajdujący się na krawędzi Placu Dziękczynienia, aby ogarnąć wzrokiem teren i zorientować się dokładnie, co się dzieje. Obraz, jaki ujrzał, poraził go paraliżując kończyny, wywołując ucisk w piersiach oraz szum w głowie. Przed nim, jak okiem sięgnąć, mieszały się ze sobą hałaśliwe, kolorowo ubrane stworzenia przypominające dzieci. Były młode, w wieku od jednego roku do dwóch lat. Zachowywały się swobodnie, figlując ze sobą i poruszając się głównie skokami jak niezdarne żabki. Kiedy podbiegły bliżej okazały się zdumiewająco podobne do siebie; różniły się tylko wzrostem, fryzurą i ubiorem. Były ubrane w zgrabne uniformy lub dresy. Przeważały kolory ochronne, szaroniebieski i zielony. Wyglądały jak armia urwisów zmierzających na plac zabaw.

Towarzystwo na punkcie widokowym zastygło ze zdumienia. Z tłumu na dole dobiegały niezrozumiałe zawołania: „Jedynki w dwuszeregu! „Dwojaczki, nie ociągajcie się, formułujcie kolumnę! Gubernator i jego świta zachodzili w głowę, co to mogło znaczyć.

– To klony! – wykrzyknął nagle asystent gubernatora. – To są klony człowiekonia i to dwóch generacji! – zawyrokował podnieconym głosem. Jego ciemna, równo przycięta broda poruszała się miarowo, kiedy przenosił wzrok z jednej grupki ludziokoni na drugą. – To fascynujące! – Wykrzyknął, dodając prawie natychmiast głosem pełnym niedowierzania: – To przerażające!

Nastrój asystenta udzielił się pozostałym osobom. Uważnie obserwowali rozbiegane klony. Człowiekoniki poruszały się niby żywe srebro; zdawało się, że są wszechobecne. Ich głód ruchu i wrażeń był widoczny gołym okiem; drobne postacie wyskakiwały zza każdego pnia drzewa i kryły się za każdym krzewem. Niektóre poruszały się tak energicznie, że po kilku minutach zmęczone kładły się na ziemię i zapadały w sen.

Ktoś zauważył dwa opancerzone samochody stojące na dwóch krańcach równiny. Zwrócono na to uwagę gubernatorowi i podano mu lornetkę. Gubernator szybko skojarzył, o co chodzi. Wszystko stało się jasne. Na równinie rozciągającej się przed jego oczami hałasowały dwa pokolenia człowiekoni, żołnierzy przyszłości, jednolitych i sprawnych.

– Tu leży pies pogrzebany. – Mruknął Barras do stojącego obok ministra. Zdał sobie nagle sprawę, że stracił kontrolę nad krajem. Obejrzał się wokół siebie. Nikt już nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy patrzyli na równinę.

Gubernator zamyślił się. Patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża Babel, wieża jego marzeń.

Pieter Bruegel the Elder: The Tower of Babel

Znał ją na pamięć, bo śniła mu się wielokrotnie, czasem nawet ukazywała się na jawie na tle kolorowej tęczy, wielopiętrowa, obudowana brunatną i czerwoną cegłą, cudowna jak na obrazku. Patrzył z przerażeniem, jak ukochana wieża wali się z wielkim hukiem, nierówno, fragmentami. Najpierw runął mur z lewej strony, potem koliście opadł wielki wewnętrzy krąg przypominający cembrowinę studni, obnażając rozległe przejścia i luki między piętrami.

Gubernator poczuł duszący swąd pożaru. Patrzył jak płomienie sycząc konają, każdy z osobna. Wraz z wieżą waliło się w gruzy jego pracowite życie. Zrozumiał, że było to piekło, jakie sam stworzył swoimi błędnymi decyzjami i zaniechaniami. Na jego oczach gasło zgodne i szczęśliwe społeczeństwo, rozmnażające się w poczuciu patriotycznej prokreacji.

Widok i łoskot upadającej wieży był tak przerażający, że nogi ugięły się pod nim i stracił przytomność. Jego ochrona osobista, ludzie przysięgający mu wierność aż po grób, pozostawili go samemu sobie. Zafascynowani upadającą wieżą obserwowali, jak wyrzuca z siebie krótkie zygzaki niebieskich spięć i długie warkocze białych wyładowań elektrycznych, na tle których rozpadały się w powietrzu wykoślawione żarem wielkie drabiny starożytności.

– Czegoś tak monstrualnego i przepięknego nie widziałem w całym moim życiu! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Blawatsky zapadając się w czarną czeluść nieświadomości

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 204: Wzrost roli jednostki i ruch celebrytek

Rząd przyglądał się z dystansu klubom wyrastającym z nurtu biblijnego chamstwa. Prowadziły one aktywną działalność, organizowały zawody sportowe i imprezy kulturalne, dyskusje i demonstracje. Zmieniały oblicze prostych rozrywek i sportu, zastępując rzutki, warcaby, szachy, cymbergaja i kręgle, uznawane za przeżytki, na bardziej nowoczesne gry i zabawy. Pierwsze zawody sportowe Klubu Chama polegały na opowiadaniu furmańskich kawałów, opluwaniu przeciwników w trakcie dyskusji, przeklinaniu na czas oraz pokazach wulgarności z wykorzystaniem różnych części i funkcji ciała. Były to prymitywne rozrywki. Męska część klubów dostrzegała to, krytykowała i starała się je udoskonalać. Ich celem było nie tyle zapewnienie rozrywki, ale wzmocnienie pozycji mężczyzn w społeczeństwie. W chamstwie widzieli oni przeciwwagę do ruchu wyzwolonych kobiet. Kluby były ostatnią ostoją męskości wobec narastającej dominacji kobiet.

*****

Ciąg fenomenów rozwijał się nieprzerwanie jak zwój wstęgi zrzuconej ze stołu. Nigdzie indziej ani nigdy wcześniej nie słyszano w Nomadii o tak szybkim rozwoju zdarzeń. Wydawało się, że mieszkańcy kraju dokonują nieprzerwanie przewartościowań. Jesienią zaobserwowano spadające znaczenie społeczeństwa i rosnące znaczenie jednostki; zapowiadało to nowy ład społeczny. Jeden z dziennikarzy opisał to poetyckim zdaniem, zrozumiałym dla zwolenników starego i nowego porządku.

– Społeczeństwo schodzi z pomnika w cień i kurczy się, indywidualizm wstępuje na oświetlony słońcem piedestał i rośnie w oczach.

Zjawisko wiązano z nowoczesnością, dającą szansę wszystkim obywatelom bez wyjątku piąć się w górę i osiągać szczyty. Ten rodzaj postępu nie był obcy aspiracjom rządzącej Partii Konserwatywnej. Partie opozycyjne odgrażały się, że przyspieszą jeszcze awans jednostki, kiedy tylko dojdą do władzy. Kościół milczał na ten temat, zasłaniając się Biblią i Trójcą Świętą, uniwersalnymi źródłami motywacji ludzkiej. Kiedy na Dalekim Wschodzie wciąż dominowało przekonanie o ważności społeczeństwa, w Nomadii wiodącą rolę odgrywała już jednostka.

Kolejnym fenomenem okazał się Ruch Celebrytek. Jego inicjatorką była Maria, czołowa aktywistka ruchu kobiet wyzwolonych, zasłużona w przekształcaniu kobiet zależnych na niezależne, wolne od popędów prokreacji. Uczestniczkami Ruchu Celebrytek były kobiety o najwyższych aspiracjach: ekscentryczki, milionerki, słynne artystki, kobiety-naukowcy, prezeski wielkich firm, wybitne sportsmenki, inaczej mówiąc jednostki obdarzone nadzwyczajnymi cechami. Niejedna z nich była notowana w Księdze Rekordów Guinessa.

Od kandydatek nie oczekiwano, że staną się celebrytkami już w momencie wstąpienia do klubu, ale że będą miały ambicje i potencjał zostania celebrytkami. Siła ruchu celebrytek tkwiła w ich niezależności od męża, dzieci i rodziców, finansowej i intelektualnej.

Podstawową komórką organizacyjną Ruchu Celebrytek był klub. Każdy departament Nomadii miał własny klub; każdy z nich dysponował własną siedzibą, najczęściej niezwykle okazałą, własnymi pojazdami, personelem pomocniczym oraz służbą. W miarę umacniania się klubów, ich wpływy rosły. Celebrytki wykorzystywały swoją pozycję przenikając hierarchię władzy administracyjnej, biznesu, szkolnictwa, nawet armii – wszystkich dziedzin z wyjątkiem aparatu politycznego oraz policji. Uważały się za awangardę kobiecości. Aby nie kojarzono je ze zwykłą awangardą w sztuce, posługiwały się francuskim terminem „Avant-garde”, mającym mocny wydźwięk międzynarodowy.

Zapisanie się do klubu celebrytek nie było łatwe, ponieważ kryteria naboru były niezwykle ostre. Wymagane były poświadczenia osiągnięć osobistych oraz rekomendacja przewodniczącej klubu lub dwóch członkiń zwykłych. Władze klubu skrupulatnie sprawdzały przeszłość i oceniały niezależność postaw i poglądów kandydatek. Wkrótce wprowadzono także testy twardości charakteru. Były to testy psychofizyczne. Kandydatki musiały być w sposób oczywisty predestynowane do życia na piedestale.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 184: Statystyka prokreacji, ocena strat, niepokój gubernatora i homilia Czarnej Eminencji

Pod naciskiem gubernatora naukowcy wznowili poszukiwania statystycznych wyjaśnień zaniku prokreacji. Gubernator był przychylny tym wysiłkom w przekonaniu, że nic nie daje głębszego zrozumienia postępowania społeczeństwa niż liczby. Pierwsze odkrycie okazało się żenująco proste: im wyższe ktoś miał wykształcenie, tym łatwiej i chętniej rezygnował z potomstwa. Było to zaskoczeniem, gdyż ujawniło postawy, których nikt się nie spodziewał. Po Apokalipsie ludzie chcieli żyć inaczej, uważając, że życie ich nauczyło, że są dostatecznie już mądrzy, aby nie dać się ogłupiać dzieciom i niezliczonym obowiązkom z nimi związanym. Czasem dodawali – jakby usprawiedliwiając samych siebie – że dzieci można mieć, ale niekoniecznie od razu, tylko później.

– To bardzo racjonalna postawa. Po co nam teraz dzieci, jeśli otacza nas ocean innych możliwości ciekawego i dobrego życia. Odłożyć dzieci w czasie, a może i w ogóle z nich zrezygnować. Dobre stanowisko, duże pieniądze, władza, towarzystwo, podróże są bardziej atrakcyjne i ważniejsze. – takie były postulaty wykształconego społeczeństwa. Podobnie argumentowali ludzie zamożni, ceniący sobie wygodne życie i chętnie oddający się rozrywkom. Dzieci stanowiły dla nich obciążenie, ponieważ uniemożliwiały lub co najmniej utrudniały oddawanie się bibkom, hazardowi, flirtowaniu, grillowaniu i oglądaniu telewizji nie wspominając egzotycznych podróży.

Mniej wykształceni rodzice okazali się statystycznie najlepszymi gwarantami rodzicielstwa. Potwierdzały to liczby: im niższy był poziom wykształcenia, tym więcej ludzie mieli dzieci. Wynikał z tego wniosek, aby przynajmniej czasowo nie zachęcać ludzi do nauki, zwłaszcza na wyższym poziomie, bo to zmanieruje ich odczucia rodzicielskie. Rząd czerpał z tego pewną otuchę; oszczędności w szkolnictwie ułatwiłyby finansowanie programów rozwoju prokreacji.

*****

Z inicjatywy gubernatora opracowano statystykę strat w ludziach i majątku. Najwięcej ludzkich ofiar, ponad czterdzieści procent, pochłonęły powodzie. W drugiej kolejności, było to prawie trzydzieści procent, zabrała susza i związana z nią klęska głodu, kolejne dwadzieścia procent zgonów spowodowały epidemie. Pozostałe dwadzieścia procent miało inne przyczyny: pożary domów i upraw, osunięcia ziemi, także samobójstwa i zabójstwa. Ludzie wpadali w amok i zabijali siebie lub innych. Wiele osób zaginęło; ich liczbę szacowano na dziesiątki tysięcy. Straty materialne szły w miliardy dolarów. Dane były tak przygnębiające, że gubernator, po naradzie ze swoim gabinetem, zdecydował się ich nie ujawniać.

– Nie możemy dobijać społeczeństwa – stwierdził, zdając sobie sprawę, że nie ominie go wściekła krytyka ze wielu stron, posądzenia o ukrywanie prawdy i chęć fałszowania danych.

Po dwóch dniach, po przemyśleniu sprawy, zmienił opinię. Zdecydował się sztucznie powiększyć rozmiary Apokalipsy. Miał w tym interes: wyolbrzymić skalę nieszczęść do tego stopnia, aby całkowicie porazić ludzi i łatwiej zyskać akceptację zastosowania środków nadzwyczajnych. Wyobraził sobie, że kiedy będzie podejmować trudne decyzje, wykazując niezłomność charakteru, zasłuży na powszechne uznanie jako zbawca narodu. Nadludzki wysiłek, jaki podejmował i ogrom wyzwań, doprowadziły go do tego, że coraz częściej na jawie śnił o królestwie. Jego marzenia miały aż nadto uzasadnień w historii, do której sięgał jako źródła wiedzy i doświadczeń. Widział w niej wielkie postacie faraonów, wodzów i kapłanów, którzy zasłużyli sobie na wielkość właśnie w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. 

*****

Barras po raz drugi i trzeci wysłuchał arcybiskupiej homilii. Jego pracownicy regularnie nagrywali wypowiedzi Czarnej Eminencji i innych osób o największym autorytecie i wpływach. Ucieszył się, że on i arcybiskup światopoglądowo coraz bardziej zbliżają się do siebie. W homilii głowy kościoła dostrzegł możliwość ściślejszej współpracy.

Akceptując poglądy Czarnej Eminencji, gubernator zachował jednak rezerwę; był powściągliwy i ostrożny. Po cichu zlecił sondaż dla sprawdzenia, jaki jest społeczny odbiór homilii. Zamierzał wykorzystać wystąpienie arcybiskupa, obrócić je na własną korzyść. Dwa dni później wyniki sondażu leżały już na jego biurku. Pokazywały wyraźny wzrost poparcia dla wartości tradycyjnych. Gubernator postanowił spotkać się z arcybiskupem. Miało to być spotkanie nieoficjalne.

*****

Zastanawiając nad wciąż pogarszającą się sytuacją demograficzną, Blawatsky doszedł do wniosku, że sam nie jest bez winy. Najpierw, w czasie tragicznych powodzi, zawiodło państwowe centrum kryzysowe. Tysiące osób potonęło, bo nikt nie ostrzegł mieszkańców miast, miasteczek i wsi przed falą powodziową i to tylko dlatego, że nie chciano wywoływać paniki. Decyzja ta prześladowała go najbardziej, ponieważ to była jego decyzja. Miał szczęście, że nikt nie myślał o oskarżaniu jego ani jego rządu o niedociągnięcia lub zaniedbania. Ludzie byli przekonani, że rząd czynił wszystko, co było w jego mocy.

Druga kwestia miała zupełnie inny charakter. Nurtowała go i niepokoiła tym bardziej, że z pozoru wyglądała absurdalnie. Błędem było pozostawienie prokreacji bez regulacji prawnych. Państwo nie wymagało od obywateli żadnych kwalifikacji, wiedzy czy umiejętności, czy choćby poczucia odpowiedzialności za prokreację. Wymagało to korekty.  W swoim notatniku gubernator zapisał: „Płodzenie potomstwa, które niespodziewanie stało się sprawą państwową i to najwyższej rangi, przypomina prymitywną działalność chałupniczą, którą obywatel może podjąć lub porzucić w dowolnej chwili, jakby to była decyzja oglądania lub nieoglądania spektaklu telewizyjnego”.

Nurtowało go to tak bardzo, że od razu zadzwonił do Eminencji, aby wysondować, co sądzi o odpowiedzialności obywatelskiej za prokreację. Uczynił to jak mógł najdelikatniej, niepewny reakcji duchownego. Eminencja zaskoczył go. Zachował się tak, jakby miał podobne odczucia; o nic nie pytał, niczemu nie zaprzeczał, nie krytykował, tylko słuchał, aby w końcu zgodzić się z rozmówcą.

Wychodząc poza sprawy prokreacji, niezwykle ważne, ale i prozaiczne, rozmawiali także o filozofii, sztuce rządzenia państwem i kościołem, duchowości, a nawet o Bogu, który tak skonstruował mężczyznę i kobietę, aby się spotykali i rozmnażali kierując się wrodzonym popędem. Gubernator i Eminencja byli zgodni, że stwórca obdarzył ludzi poczuciem estetyki i wrażliwości, aby czynili to w sposób przewyższający zachowanie się zwierząt w czasie rui. Obydwaj byli zgodni, że zwierzęca natura człowieka może być przeszkodą jak i pomocą w przywróceniu prokreacji i oni, szef rządu i głowa kościoła, muszą to w pełni zrozumieć, aby móc uratować kraj przed zagładą demograficzną. Atmosfera rozmowy była tak dobra, że mężczyźni doszli do wniosku, że jeśli podejmą współpracę, to będą kierować się zasadą, że kościół nie będzie wkraczać w sferę polityki, a rząd w sferę religii i wiary.

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: https://michaeltequila.com/?page_id=39

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 183: Przerażenie i apel gubernatora

Dwa dni później odbyła się narada w gabinecie gubernatora.

– Mamy dodatkową diagnozę przyczyn zaniku prokreacji – oświadczył u progu gabinetu minister zdrowia. Był blady i zmęczony, oczy miał podkrążone z niewyspania, chwiał się na nogach. Opozycja sugerowała potem, nie wiadomo czy słusznie, że czuć było od niego alkoholem. Diagnoza ministra była sucha i lakoniczna, prawie zdawkowa. Nikt nie kwestionował jej treści, proszono tylko o wyjaśnienie niuansów.

– Trauma doprowadziła społeczeństwo Nomadii do głębokiej i powszechnej depresji. To właśnie ta depresja jest odpowiedzialna za zanik popędu seksualnego, tej naturalnej gorliwości mężczyzn i kobiet do rozmnażania się. – Podkreślił z emfazą minister.

W jego wyjaśnieniach pojawił się też inny znaczący wątek. Zanikowi prokreacji towarzyszył niezwykle silny wzrost konsumpcji, co minister uznał za wyraz egoizmu, równoznaczny z zanikiem uczuć patriotycznych.

– Społeczeństwo przyjęło, że powrót do dobrobytu i egoistycznie rozumiane szczęście osobiste są najważniejsze. Kariera zawodowa, dom, samochód, modne meble, eleganckie ubiory i wycieczki zagraniczne – oto ideały ważniejsze niż potomstwo. Minister powtórzył to dwa razy, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ gubernator kupił jego wyjaśnienie na pniu. W trakcie dyskusji ukuto hasło „Rekreacja ważniejsza niż prokreacja”, choć nikomu nie było do śmiechu.

– Zanik prokreacji jest niezaprzeczalny. Jest to nasza druga Apokalipsa, jeszcze bardziej podstępna i niezrozumiała. – Formułując tę bolesną myśl gubernator nie doświadczał negatywnych emocji. Było to proste stwierdzenie faktu.

*****

Od zakończenia Apokalipsy gubernator regularnie znajdował na biurku nowe statystyki. Były one coraz bardziej ponure. Nie dość, że kraj w krótkim czasie stracił miliony mieszkańców, to ich liczba nadal kurczyła się tragicznie. Dane analizowano niezwykle sumiennie i wyliczano na ich podstawie wskaźniki. Spadała liczba narzeczeństw, małżeństw, ciąż i urodzeń. Statystyki potwierdzały bolesną prawdę; naturalny popęd seksualny zanikł nawet wśród ludzi młodych, do niedawna gotowych rozmnażać jak króliki. Rokowało to tragicznie dla przyszłości narodu. Kiedy gubernator zażądał codziennych raportów, wytłumaczono mu, że nie ma to sensu, bo sytuacja nie zmienia się z dnia na dzień i niepotrzebnie będzie tracić czas i wzrok.

Dla wyjaśnienia tajemnicy specjalna komisja podjęła analizę zachowań seksualnych społeczeństwa, nawet tych najbardziej wstydliwych, podejrzewając, że tam kryje się źródło zła. Było to konieczne, gdyż demografowie prześcigali się w ostrzeżeniach przed konsekwencjami rozwoju sytuacji. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, podsumował ją lapidarnie:

– Społeczeństwo straciło żywość seksualną równie łatwo i szybko jak pijak treść żołądka pod wpływem denaturatu, do którego przez omyłkę zamiast soku malinowego dolano kalium hipermanganicum.

Spadek liczby ludności wywołał spiralę niechęci, a wkrótce wrogości, do osób w wieku reprodukcyjnym niepoczuwających się do obowiązków macierzyństwa i ojcostwa.

*****

Od pewnego czasu posiedzenia rządu odbywały się prawie bez przerwy. Nie dyskutowano niczego innego jak prokreacja. Na spotkaniach publicznych gubernator straszył i przekonywał.

– Brak prokreacji to także, a może nawet przede wszystkim, upadek obywatelskiego patriotyzmu. Dziś ludzie interesują się tylko konsumpcją, wszyscy chcą wypasionego dobrobytu, worów pieniędzy, a nie dzieci, bez których żaden kraj nie ma przyszłości. Załamanie demograficzne to śmierć społeczeństwa, również zgon partii i rządu.

Wypowiadając te słowa Blawatsky miał sine usta; zachowywał się tak, jakby coś w nim umierało. Jego nogi ogarnęło dziwne drżenie. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, chciał rzucić się na pomoc, ale jakaś niezwykła siła przykuła go do fotela.

*****

Po zapoznaniu się z kolejnym tragicznym raportem demograficznym gubernator wygłosił orędzie telewizyjne. Transmitowały je wszystkie kanały telewizji. Partia rządząca nazwała jego wystąpienie „porywającym wezwaniem do bohaterskiego zrywu”, opozycja – „jałowym, beznadziejnie spóźnionym przemówieniem”. Mówca odwołał się do patriotyzmu obywateli i przeciwstawienia się opresji.

Gubernator zaczął od słów „Nasz ukochany kraj wyludnia się”. W dalszej części przemówienia stwierdził, że „nie może być gorzej” oraz „to jest głęboki dół, a nie dołek wygrzebany w piasku przez niewinne dziecko”. Potem gorąco apelował „o powszechną mobilizację seksualną” oraz „pozostanie w gotowości, a nie na konsumpcyjnym wypasie”. Przemówienie zakończył wezwaniem do „sprężenia się seksualnego”. Po drodze nawiązał do świętego aktu prokreacji, który „zawierał w sobie niezwykły ładunek miłości jak i patriotyzmu”.

Orędzia słuchał wielki tłum zgromadzony na Plaza Central. Kiedy Barras nazwał stosunek małżeński aktem patriotycznego uniesienia, wywołało to oklaski osób prawomyślnych oraz buczenie zwolenników nieokiełznanego konsumpcjonizmu. Rozpaczliwy apel gubernatora okazał się głosem wołającym w górach do niemego i ślepego starca, który potrafi tylko wzruszyć ramionami. Orędzie nikogo nie przekonało; co gorsze, wywołało odwrotny skutek. W ciągu następnego tygodnia wzrosła dwukrotnie sprzedaż nieruchomości, luksusowych artykułów konsumpcyjnych oraz rezerwacje wycieczek zagranicznych. Winą za to rząd obarczył opozycję oraz agentów obcych mocarstw dążących do rychłego upadku Nomadii.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 17: Ekoanarchiści oskarżają premiera

Ukrywana wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o szkodliwych działaniach władz uznano za wątpliwe i budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak kontynuować informowanie społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie traw, co doprowadziło do kilkuset niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że niektóre stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Rzeźników, którzy ubiegali się o licencję na otwarcie biznesu, administracja przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to mięso niezwykle zdrowe. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa prorządowa w czasie, kiedy ich eksporterzy ograniczali swoją działalność z braku surowca do przerobu.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, dogorywając potem w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność agresywnych gryzoni nigdy nie wykryto.

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Słusznie, czy niesłusznie, ekoanarchiści odpowiedzialnością za nie obarczali rząd i premiera.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany premier Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien być premierem – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki władzy.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Matteo Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Premier miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu premier był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy znalazł się pierwszy raz na wsi, miał już wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Podobało mu się to tak bardzo, że sam spróbował ją doić, co go wręcz zachwyciło. Szybko mu to przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy premiera mieli o nim zupełnie odmienną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i organizacje z nim współpracujące. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie dotyczącej rządu i partii. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

*****

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania premiera do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk. Jego świat to technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie, wolności i zwierzętach. Nie mówiąc o gnoju, równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę zrównoważonego rozwoju. Jego rząd przypomina mi obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaki widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo otacza się tylko tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania i nosi tylko sztuczne garnitury, bo lżejsze i niemnące się.

Nie wszystko co mówiła, było prawdą, gdyż na obronę Csudo można było powiedzieć, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który wprawdzie zdechł z przejedzenia, ale pozostawił premierowi ciepłe wspomnienia.

Po nieudanych negocjacjach z premierem, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Akt oskarżenia przedstawiał w skrócie to, co w sprawie koni i przyrody rząd Matteo Csudo zrobił, czego nie zrobił i nie robi, co pozoruje, oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli podejrzewać ukrytą partyjną i rządową dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. To tragedia wołająca o pomstę do nieba – Niotse podsumowała akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu Wyzwolenia w społeczeństwie powoli rodził się opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz bardziej zdecydowanie wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na szkolenia ochrony przyrody. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji: kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda były wyraźnie na kursie kolizyjnym. Potrzebne było jakieś radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

2Shares

Szczęśliwy kraj, szczęśliwi obywatele

Po dwóch wetach prezydenta kraj wypełniły postacie i zdarzenia. Każdy miał coś ciekawego do powiedzenia, jedni wzniośle, inni bardziej przyziemnie. Pani premier też przemówiła, była jakby większa i pełniejsza, bardziej uroczysta. Do „Radia Wiara” zadzwonił pan Józef z Lublina, wyraził troskę o wydarzenia i zaproponował demonstrację 500.000 osób, nazywając ją małymi Węgrami. Ministra obrony określił mianem największego patrioty i najprzedniejszego stratega w historii kraju. O godzinie szóstej rano następnego dnia biły dzwony, miarowo, potężnie, wzywając wierzących i niewierzących do wiary w przyszłość. Jedni uwierzyli, inni nie, trzeci tylko połowicznie.

Wydarzenia w kraju okazały się tak niezwykłe, że zainteresowały się nimi wszystkie media, nawet król Butanu, jedynego państwa na świecie, gdzie mierzy się poziom szczęścia obywatelskiego. Dziennikarze pisali tam, że ludzie w dalekim orientalnym kraju tak bardzo kochają swoją partię rządzącą i prezydenta, że chodzą wiecować pod wysokie budynki, zapalają świece i czyniąc wspomnienia śpiewają pieśni dziękczynne i wznoszą okrzyki.

Wielki nastrój panuje też w budynkach. Prezes partii rządzącej często się modli i radość czerpaną z modlitwy przenosi do Sejmu. Kiedy opozycja w swoim zagubieniu atakuje go, albo protestuje, że marszałek zbyt wolno prowadzi obrady, prezes odpowiada jej słowami otuchy i miłości: „Moje wy mordki łagodne, krzywe pyszczki, łajdaczki najukochańsze. Zamknijcie drzwi, bo straszny przeciąg się tu robi”. Potem ich przytula do serca i pieści słowami do tego stopnia, że robi im się przykro, że nie mogą mu się odwdzięczyć.

Całkiem ostatnio prezydent i prezes popatrzyli w odwrotne strony świata i ten niewinny z pozoru incydent tak zdezorientował społeczeństwo, że zamarło ono w oczekiwaniu. Na wszelki wypadek naród nabrał otuchy w piersi i słodyczy na usta i czeka, co będzie dalej.

2Shares

Idealne państwo, idealne społeczeństwo. Opowiadanie. Część 2, ostatnia.

– Dlaczego ludzie nabierają wody w usta, choć nikt ich do tego nie zmusza? – Nie było to pytanie szekspirowskie, mógł je zadać każdy przeciętny polityk, umiejący myśleć i powiedzieć coś sensownego. Różne były mniemania i teorie. Niektórzy obywatele bali się o pracę, szczególnie w urzędach państwowych, policji, szkołach, tam gdzie zwierzchnik miał nad sobą drabinę dalszych zwierzchników sięgającą szczytów władzy, czyli rządu. Inni milczeli z wygody lub zobojętnienia. Jeszcze inni, aby zapomnieć co im dolega, wpadali w szpony seksu, narkotyków, papierosów lub alkoholu. Ci, którzy nie lubili wody, wyjeżdżali za granicę do pracy lub na długie wakacje, jeśli mieli kogoś, kto chciał ich sponsorować.

Skutki milczenia społeczeństwa odbijały się coraz bardziej na gospodarce. Drastycznie spadło zapotrzebowanie na kawę i herbatę. Zaoszczędzone w ten sposób dewizy rząd przeznaczył na potrzeby armii. Po dwóch latach kraj był potężnie uzbrojony, a jego armia budziła szacunek u wrogów, zwłaszcza kiedy rozwinęła amatorską partyzantkę, zakwaterowaną w ziemiankach po lasach i kiedy trzeba przerzucaną na miejsce akcji. Była to formacja cichociemna, cicha jak milczenie i ciemna jak noc bez księżyca. Dzięki wzrostowi siły militarnej państwa wzrosło poczucie bezpieczeństwa obywateli, z czego się wszyscy cieszyli. Mając wodę w ustach wyrażali to błyszczącymi z radości oczami i radosnym bulgotaniem w gardle. Określenie „nabrać wody w ustach” upowszechniło się, natomiast określenia „suche usta” i „spieczone usta” przeszły do archiwum, w końcu do historii.

*****

Członkowie PD i przedstawiciele rządu mieli zapewnione zaopatrzenie w wodę z zasobów strategicznych kraju, w związku z czym nie musieli nabierać jej w usta. Prywatnie wyrażali pogląd, że jest to nieestetyczne i niesmaczne. Mając usta wolne do gadania, zachowywali powagę i nie poświęcali czasu na płoche rozmowy z opozycją, organizacjami społecznymi i obywatelami.

– Byłoby to niepoważne. My jesteśmy po to, aby kierować społeczeństwem, a nie rozmawiać z nim, bo jest to czas obustronnie zmarnowany. – Wyjaśniał rzecznik rządu na konferencjach prasowych. Dwóch dyżurnych naukowców i dyrektor rządowego ośrodka badania opinii publicznej poważnym potakiwaniem potwierdzali tę prawdę. Dziennikarzom nie pozwalano zadawać pytań; były one z zasady beznadziejne i rządowi szkoda było na nie czasu.

Zamiast prowadzenia czczych rozmów z dziennikarzami, rząd koncentrował się na krytyce wrogów narodu oraz udzielaniu instrukcji obywatelom, jak żyć i postępować. Niezależnie od okoliczności, rząd regularnie weryfikował listy indywiduów zanotowanych w Rejestrze Specjalnym.

*****

Rejestr Specjalny stworzył fantastyczne możliwości doskonalenia państwa, którego celem nadrzędnym było zapewnienie szczęścia obywatelom. Nie chodziło o szczęście w ogóle, byłoby to zbyt prozaiczne, ale o szczęście totalne. Ilość totalnego szczęścia należnego każdemu obywatelowi określały wskaźniki wyliczane przez Ministerstwo Informacji Publicznej. Prawo do totalnego szczęścia określał z kolei Regulamin Rządu, naczelny akt normatywny państwa. Szczęścia nauczano w szkołach na lekcjach wychowania patriotycznego pod hasłem: „Każdy obywatel ma prawo do totalnego szczęścia”. W nauczaniu szczęścia rząd kierował się doświadczeniami historycznymi i tradycją, jak również instrukcjami zawartymi w podręczniku „Proces” autorstwa Franza Kafki.

Wyraz „totalny” nabrał pozytywnego znaczenia i upowszechnił się w różnych formach i ujęciach: totalne szczęście, totalna władza, w końcu totalitaryzm rozumiany jako najwyższa forma szczęścia indywidualnego obywatela i całego społeczeństwa. Totalitaryzm stał się hasłem naczelnym Partii Dobroczynności i rządu.

*****

Mimo ogromnego postępu w kierunku totalitaryzmu, najwyższej formy szczęścia obywatelskiego, w kraju zaczęło panoszyć się kłamstwo i chamstwo, spokrewnione ze sobą pojęcia zezwierzęcenia wywodzące się z jednego pnia ewolucji społecznej. Indywidua wrogie i niechętne władzy sugerowały, że dwaj bracia pojęciowi są sponsorowani przez partię i rząd, lubiące wyprzeć się prawdy, kiedy była ona zbyt bolesna lub prawdziwa. Wedle indywiduów regularne używanie terminu „prawdziwa” było nadużyciem, gdyż nie każda prawda przedstawiana przez władzę nosiła takie znamię.

W ramach totalitaryzmu mnożyły się doniesienia na indywidua, gdyż wielu obywateli pragnęło dołożyć swoją cegiełkę do eliminacji osób wrogich władzy. Powody doniesień, przybierających często formę anonimów, były bardzo różne: ludzie wyciągali prywatne żale, ktoś komuś nadepnął na piętę lub spojrzał krzywo, albo nazwał świńskim ryjem, albo powiedział coś za plecami, albo skrytykował choćby nawet nieśmiało jakiś organ władzy państwowej. W ślad za doniesieniami szły dochodzenia, różnego rodzaju komisje śledcze, procesy sądowe oraz wezwania do składania zeznań, wręczane o godzinie szóstej rano lub dwudziestej trzeciej w nocy. Były to oficjalne godziny wręczania wezwań sądowych.

Na pytania indywiduów otrzymujących wezwania, dlaczego dostarczano je bardzo wcześnie rano lub nocą, przedstawiciele służb doręczeniowych, ubrani w czarne dresy i kominiarki odsłaniające tylko orli nos i penetrujące oczy, mocniej ujmowali broń z obawy, że pytający zechce ją wyrwać w celu siania terroru, przed którym przestrzegał rząd. Z reguły też wyjaśniali uprzejmie: „Taką mamy pracę”, albo, „Chcieliśmy mieć pewność, że jest pan w domu”, albo „Proszę o to pytać mojego szefa”, albo „Lubimy sprawiać obywatelom niespodzianki”.

*****

Wraz z upowszechnianiem się praktyki nabierania wody w usta w kraju robiło się coraz ciszej. Narastało milczenie. Przyszedł taki czas, kiedy zaległo ono parki i ulice, urzędy i place targowe, ośrodki handlowe i media. Było to milczenie poważne. Coraz rzadziej ludzie ważyli się rozmawiać w miejscach publicznych. Praworządni właściciele telefonów komórkowych sami prosili Ministerstwo Służb Specjalnych o nagywanie i odsłuchiwanie ich rozmów. Nie prowadzono już rozmów o sprawach banalnych, dzięki czemu ludzie mogli bardziej koncentrować się na pracy i poświęcać więcej czasu na naukę i czytanie. Zyskała na tym ogromnie kultura narodowa, wzrósł znacznie poziom czytelnictwa; co najmniej czterdzieści pięć procent społeczeństwa czytało już jedną książkę w ciągu roku. Często był to zbiór wierszy o wodzu narodu, ulubiona lektura obowiązkowa wszystkich uczniów.

*****

Pod koniec okresu rządów Partii Dobroczynności w kraju zapanowała prawie kompletna cisza. Nabieranie wody w usta przez obywateli stało prawie obowiązkiem, opisywanym słowami "very trendy". Partia i rząd podejrzewali, że była to zmowa milczenia wymyślona przez opozycję parlamentarną oraz indywidua wrogie i niechętne władzy. Społeczeństwo milczące stało się ponure, choć na zewnątrz wszystko wydawało się normalne: otwarte były sklepy, urzędy, żłobki i przedszkola, stacje kolejowe i autobusowe, stadiony, lotniska, a nawet wychodki, w dużych miastach zwane szaletami.

Komunikacja ustna tak skarlała, że w końcu całkowicie zanikła. Wywołało to niekończącą się lawinę nieszczęść. Firmy przestały produkować, sklepy sprzedawać, warsztaty reparować, szkoły uczyć, szpitale leczyć. Towary i usługi były powszechnie dostępne, ale były to tylko pozory. Skoro nikt nie otwierał ust i nie udzielał informacji, nie można było porozumieć się, nawet w prostych sprawach, kupna pieczywa, cukru, alkoholu (obojętnie etylowego czy metylowego), pasty do obuwia, nie wspominając o samochodzie czy nieruchomości. Zamknięte wodą usta blokowały wszystko. Sprzedawcy pytani o produkt lub cenę pokazywali palcem na wypełnione policzki. Firmy zagraniczne przestały przysyłać swoich przedstawicieli, aby importować towary, bo nikt z nimi nie rozmawiał. W drogę nie wyruszały ciężarówki ani pociągi, gdyż kierowcy i maszyniści nie mogli porozumieć się ze zleceniodawcami. Wyglądało to jak strajk generalny.

Nawet w parlamencie, gdzie zawsze miały miejsce kłótnie między rządzącymi a opozycją, zanikły debaty, gdyż opozycji oprócz problemu wody wypełniającej usta załamały się także ręce. Partia i rząd nie musieli rozmawiać między sobą. Dla nich wszystko było jasne, gdyż łączył je prezes pełniący rolę dawnego uniwersalnego sekretarza partii.

*****

Przyszedł czas, kiedy partia i rząd uznali, że mur obywatelskiego milczenia stał się przeszkodą nie do pokonania. Po plecach zaczęły im chodzić ciarki niepokoju i strachu, pogubili się. Kiedy przyszły Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku postanowili wypocząć, nabrać więcej tlenu w płuca i odnaleźć się. W tym celu zaczęli rozjeżdżać się na narty, do kurortów, do dacz w leśnych ostępach, na wycieczki do ciepłych krajów, gdzie kto mógł. Czynili to w milczeniu, aby nie zakłócać pozytywnego nastawienia umysłu.

Takie były przynajmniej spekulacje, bo ludzie wciąż nabierali wody w usta i coraz mniej wiadomości docierało do kogokolwiek. Zastój w kraju zbliżał się do dna, życie objawiało się wyraźniej już tylko tam, gdzie sprawy kręciły się w sposób naturalny z rozpędu jak koło zamachowe.

*****

Pełna prawda o stanie narodu wyszła na jaw wiosną. Kiedy śniegi stopniały i dłuższe dni przynosiły więcej światła, społeczeństwo zaczęło dostrzegać wychudłe postacie dziarskich do niedawna działaczy partyjnych i rządowych. Ich przerzedzone szeregi sugerowały, że wielu z nich odeszło na zawsze w różnych okolicznościach, między innymi popełniając samobójstwa lub udając się na banicję. Fakty te potwierdziła policja. Obudzona wiosennymi powiewami wiatru, z własnej inicjatywy zdecydowała się podjąć śledztwo w sprawie tych, którzy dotychczas im śledztwa zlecali.

Metody samobójstw działaczy były różne. Bardziej oczytani w literaturze, zwłaszcza orientalnej, odbierali sobie życie stosując seppuku lub harakiri, inni – z niechęcią, gdyż byli ludzmi religijnymi – wybierali eutanazję. Młodsi działacze lubiący skoki bungee na długiej linie, wybierali skok na druty wysokiego napięcia. Było też sporo takich, którzy pogubili się po lasach lub postrzelali na polowaniach. Niemało też zginęło w wypadkach drogowych lub zapiło się na śmierć. Przypadki zgonu z głodu oraz zamarznięcia we własnym domu wskutek braku dostaw energii cieplnej były rzadsze.

Historycy nazwali ten okres zimowiosną ludów, wyjaśniając, że rządzący potknęli się o własne nogi nie doceniając roli obywateli, którzy protestując przeciwko władzy z jakiegokolwiek względu nabierają wody w usta i popadają w całkowite milczenie.

W tragicznym okresie czasu jedynie papierosy i alkohol zyskały na znaczeniu. Niektórzy obywatele nie będąc w stanie wytrzymać bólu milczenia popadali w nałogi. – Dym tytoniowy skutecznie zastępuje opary otaczającego nas absurdu. – Twierdzili, zaciągając się dymem. Inni pili umór alkoholizowane środki kąpielowe, kierując się modą przybyłą ze wschodu podobnie jak koncepcja partii – jedynej przywódczej siły narodu.

Jeśli chodzi o prezesa Partii Dobroczynności, to zniknął on całkowicie z pola widzenia. Po pewnym czasie odnalazł się i to w kilku miejscach na raz. Mówiono, że zapuścił czarną brodę i zajął się nauczaniem początkowym patriotyzmu, ale kiedy okazało się, że nie ma papierów ani kwalifikacji, zwolniono go. Próbował pracy misyjnej w różnych miejscach, ale bezskutecznie. Kiedy mówił o winie drugiego człowieka, wymieniając czasem jakieś nazwisko, cytowano mu Pismo Święte: "A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? ". Kiedy mówił o wierze w człowieka i potrzebie sprawiedliwości na ziemi, przypominano mu Boga i życie wieczne.

Pewien poważny zakonnik zaklinał się, że prezes zjawił się któregoś wieczoru w jego zakonie w kapturze na głowie i z małym stołeczkiem w ręku, wyrażając gotowość nawracania braci na prawdziwą wiarę. Nie uwierzono mu jednak i przepędzono go. Nigdy później już go nie widziano.

– Nie miał łatwego życia, dlatego zniknął. Wszędzie mu się sprzeciwiano, był z tego powodu nieszczęśliwy. Minęły już czasy, kiedy jego słowa przyjmowano bezkrytycznie. – Podsumował ze smutkiem zakonnik, po czym przeżegnał się.

0Shares

Credo. Powaga, satyra i groteska. Pytam i odpowiadam.

Cossack Mamay, author unknown, public domain

Mogę odmówić sobie wszystkiego, ale nie odmówię sobie przekonania, że umiem krytycznie analizować i dokonywać syntezy, że stać mnie na refleksję i na własne poglądy niezależnie od tego, co myślą inni ludzie. Jestem wolnym człowiekiem.

Wzorem pewnego dyrektora jeszcze z czasów PRL sam zadaję sobie pytania i sam na nie odpowiadam.

Pytam: Dlaczego uprawiam satyrę i groteskę jako formę dziennikarstwa społecznego?

Odpowiadam: Ponieważ są to formy literackie najlepiej nadające się do opisywania dzisiejszej ojczyźnianej rzeczywistości, która jest zarazem tragiczna i śmieszna, głupia i poważna, mająca jakiś sens i bezsensowna. Jak niegdyś dzikie króliki w Australii, objawy rodzimej paranoi uparcie i masowo wybiegają na jezdnię politycznego i społecznego szaleństwa. To mnie bulwersuje i męczy.

PiS mając pełnię władzy, przewagę głosów w Sejmie i w Senacie, co zdarzyło się po raz pierwszy od 1989 roku, i bezwarunkowe poparcie prezydenta, nie mogąc zmienić konstytucji, albo Bóg wie z jakich innych względów, dokonuje zamachów na trybunał konstytucyjny, służbę cywilną, tworząc dwuznaczne związki sądownictwa i prokuratury, opanowując w pełni tajne służby, itp.

Jarosław Kaczyński, Prezes PIS, przywódca zwycięskiej partii politycznej, odmawia objęcia stanowiska Premiera, co jest powszechnym zwyczajem w krajach demokratycznych, lecz steruje wszystkimi sprawami państwowymi, nie ponosząc z tego tytułu żadnej odpowiedzialności prawnej.

Pan Prezes, spiritus movens wszystkiego, co się rusza i stoi, co mówi i milczy, nasila konfrontacje między popierającą go częścią społeczeństwa, a tą, która coraz żywiej mu się sprzeciwia, broniąc swojej wolności. Prezes wydaje się zapominać o prawdziwości przysłowia “Qui seme le vent, recolte la tempete”, “Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Każde wielkie napięcie społeczne kończy się z zasady burzliwym przesileniem. Rewolucje biorą się z poczucia krzywdy, sprzeciwu, odrzucając na bok uległość i poczucie przyzwoitości.

Pan Prezes usiłuje uszczęśliwić społeczeństwo swoimi wizjami tego, co słuszne i niesłuszne, mądre i głupie, patriotyczne i niepatriotyczne, potrzebne i niepotrzebne, zapominając, że większość ludzi ma już głęboko przemyślany i utrwalony światopogląd i będzie opierać się rękami i nogami, kiedy ktoś usiłuje go zmienić.

Minister Spraw Zagranicznych w imieniu rządu występuje o opinię Komisji Weneckiej, ważnego organu opiniodawczego w sprawach konstytucji i praworządności Unii Europejskiej, której zasad zobowiązaliśmy się przestrzegać, aby wkrótce głosić, że to „tylko opinia”, „opinia jednostronna”, „nie musimy do niej się stosować”, „jesteśmy państwem całkowicie niezależnym” itp.

Dziesiątki i setki członków PiS, ludzi poniekąd myślących, głosi, pisze i powiela dokładnie to, co wymyślił sobie Prezes Kaczyński w pasji tworzenia społeczeństwa na wzór i podobieństwo swoje.

Prawnik Andrzej Duda, który po zaskakujących wyborach został nieoczekiwanie dla siebie i dla społeczeństwa Prezydentem RP, posłusznie wykonuje to, o co go prosi lub czego żąda Prezes PiS, podpisując w ciemno, często po nocy, tak jakby dzień był niestosowną porą, przedstawione mu ustawy, mimo iż wokół wszystkie instytucje prawne, organizacje społeczne, uczelnie i autorytety wytykają niezgodność takiego postępowania z zasadami prawa i demokracji.

Prezydent jeździ nocą do prezesa partii na konsultacje, kiedy w całym świecie demokratycznym to przywódcy partii politycznych jeżdżą do prezydentów, aby rozmawiać o sprawach państwowych lub choćby pokonwersować o tym, co warto, a czego nie warto jeść, pić, czytać lub słuchać.

Prezydent i Premier wykonując polecenia Prezesa Kaczyńskiego ponoszą ryzyko, że kiedyś odpowiedzą za nie wobec Trybunału Stanu i poniosą konsekwencje swoich obecnych działań, jakby żyli ułudą, że aktualna władza jest nienaruszalna i wieczna.

Kościół Katolicki, w czasach PRL-u ostoja praw człowieka i obywatela, wielki i poważny rozjemca, dzisiaj udostępnia partii rządzącej swoje ambony na głoszenie prawd zupełnie niezwiązanych z wiarą w Boga. Kościół milczy nie dostrzegając, że coraz więcej ludzi wierzących odsuwa się od niego, i wręcz staje się jego krytykami. Mówiła o tym (na manifestacji KOD-u w Gdańsku) żona Lecha Wałęsy, człowieka, którego Kościół bezwarunkowo wspierał w nieodległej przeszłości.

Przykłady sytuacji niezrozumiałych i nonsensownych, niepotrzebnych i bulwersujących, dają się mnożyć prawie w nieskończoność, lecz nie widzę potrzeby, abym ja to czynił. Moja odpowiedzią jest satyra i groteska, formy literackiego sprzeciwu wobec bezsensu, okrucieństwa i głuchoty władz.

Uprawiając satyrę i groteskę nawiązuję do teorii ewolucji Darwina w przekonaniu, że podobnie jak buntująca się część społeczeństwa pochodzę od zupełnie innej małpy niż samouwielbiająca się władza.

0Shares

O prawdach i łgarstwach noworocznych. Bez polityki i na trzeźwo.

W południe przespałem się. Sjesta. Obudziłem się jak osesek po kieliszku ciepłego mleka prosto od piersi. Byłem twórczy. Wymyśliłem powiedzenie: „Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów”. Przyszło mi to z łatwością.Nie męczyłem się jak inni po nocach. Wymysł jednak średnio oryginalny, bo kobieta, którą dobrze znam, nie zachwyciła się.

Kobietom ogrody i kwiaty kojarzą się chyba głównie z kobietami. W każdej grupie społecznej są zboczeńcy. O niektórych ostatnio pisałem, ale zaniechałem. Porzuciłem tę uprawę, bo ziemia jest twarda i trudno pracować. Motyczka się łamie, chyba na kłamstwach.

Nie tylko dzieci lubią piersi. Jest w tym niesprawiedliwość zabawowa. „Pan Bóg stworzył piersi kobiece dla dzieci, ale bawią się nimi dorośli”. To nie moje powiedzenie, ale też ładne. Lubię piękno.

Czasem mówię kobietom: „Proszę nie wierzyć mężczyznom, bo kłamią. Nawet jak mówią prawdę”. To moje. Mało rodzę, ale to akurat urodziłem. Bez pieszczot i interwencji. I bez dotacji NFZ, na zasadzie: „Radź sobie sam”.

Po wypowiedzeniu powyższej sentencji obserwuję kobietę. Jedna uśmiecha się, inna chwilę zastanawia się, jeszcze inna entuzjazmuje, jakie to niezwykle trafne. Wtedy dodaję:, „Ale kobiety robią to lepiej!”. Reakcje bywają różne, przeważnie pozytywne.

Z poczuciem humoru niektórzy mają więcej szczęścia, inni mniej. Najgorsze, że nie jest ono zaraźliwe. Epidemia bardzo by się nam przydała. Choć prawdopodobnie ktoś szybko wymyśliłby szczepionkę i reklamy w telewizji.

Reklamy leków to u nas normalność. Chorobliwa, ponieważ reklama sugeruje, że coś ci dolega. Ludzi robią sobie różne uzurpacje. Przypomina mi się napis na grobie hipochondryka. „A nie mówiłem, że jestem chory”.

W Australii reklamy leków są zakazane. Mądre społeczeństwo, nie tylko pod tym względem. Wymyślili i z powodzeniem praktykują uprzejmość. Bezinteresowną, spontaniczną, naturalną. I uproszczone procedury urzędnicze. Bez pieczątek, wystarczy podpis. My też do tego dojdziemy, choć nie jest to łatwe, bo klimat jest u nas surowszy. Wciąż ciągnie zimno z lat 1945 – 1989.
Nawet młodzi ludzie bywają wyziębieni grzecznościowo, mimo, że urodzili się i wychowali już w nowym czasie. Psują ich dziadkowie i rodzice. Tych najstraszniejszych pokazują w telewizji. Pracują nocami, choć nie muszą. Coś szybko uchwalą, a potem długo chwalą. To nowi stachanowcy. Cytuję Wikipedię: „Stachanow w nocy z 30/31 sierpnia 1935 r., podczas jednej zmiany w kopalni Centralnaja-Irmino, wykonał 1475% normy (tj. wydobył 102 tony węgla)”. To bogata i w istocie niesamowita idea. Patrz Wikipedia.

Biegałem dzisiaj pół godziny. Nie jest to prawdą, bo tylko piętnaście minut. Drugie piętnaście to szybki spacer. Łatwo jest mówić prawdę, kiedy nie boli. Z bieganiem nie przesadzam, chcę jeszcze trochę pożyć. Z kłamstwem jest inaczej, noworoczne nie noworoczne. Nie skraca życia. A szkoda.

Na drogach i ścieżkach w pobliżu osiedla mnóstwo wypalonych petard. Całe puszki i pojedyncze sztuki. Jesteśmy ludźmi, bo nawet świnia nie świni. Dlatego lubię zwierzęta.

Na zakończenie, tysięczne życzenia szczęścia i pomyślności w 2016. Obyśmy zdrowi byli i dostatecznie przytomni, aby nie oglądać za dużo telewizji i nie siedzieć w Internecie. Mówię to do siebie. Niemyślenie dobrze mi robi. Innym chyba też.

0Shares

Reguły gry. Opowiadanie “political fiction”. Odcinek 5: Narada

Zaproszeni nie mieli pojęcia, czego naprawdę dotyczyć będzie narada u prezydenta ani jak długo będzie trwać. Wezwano ich w trybie pilnym bez bliższych wyjaśnień.

Dowiecie się państwo na miejscu. Mogę tylko powiedzieć, że to bardzo ważne i poufne spotkanie. Nie mogę nic więcej ujawnić – sekretarka prezydenta mówiła przytłumionym głosem jakby bała się, aby jej nie podsłuchano. Na spotkanie oprócz Premiera zaproszeni zostali marszałkowie Sejmu i Senatu, minister spraw wewnętrznych oraz minister spraw zagranicznych. Obecny miał być także doradca polityczny prezydenta.

Prezydent spóźnił się czternaście minut. Nie było to do niego podobne, gdyż zawsze był bardzo punktualny. Cenił sobie punktualność. Kiedy wchodził do gabinetu, wszyscy siedzieli już jak na rozgrzanych węglach. Premier był zdecydowany opuścić Pałac Prezydencki nie czekając ani chwili dłużej.

Wydatny brzuch i krótkie nogi głowy państwa nie tworzyły najlepszego wrażenia. Nie miało to jednak większego znaczenia. Był popularny. Inne, pozytywne cechy zadecydowały, że człowiek o tak nieatrakcyjnej posturze i wyglądzie wybrany został na najwyższy urząd w państwie. Prezydent był doskonałym mówcą i wytrawnym graczem politycznym. Znany też był ze stanowczego charakteru. Niektórzy nazywali to uporem. Nikt jednak nie kwestionował jego oddania dla społeczeństwa i kraju. Wielu uważało go za prawdziwego patriotę.

Prezydent przywitał się, przeprosił za spóźnienie i zaprosił obecnych do Małego Gabinetu. Gestem ręki wskazał miejsca w niezbyt wygodnych fotelach. Przedstawiciel sił zbrojnych nie jest nam potrzebny. Ja jestem wodzem naczelnym – wyjaśnił prezydent lakonicznie. Uśmiechnął się przy tym dziwnie jakby chciał zdezorientować obecnych, czy żartuje czy mówi poważnie.

Przepraszam, że zaprosiłem państwa w nagłym trybie. Sytuacja kraju to dyktuje. Dzisiaj otrzymałem kolejny raport wskazujący na znaczne pogorszenie się atmosfery politycznej. Walka polityczna prowadzi nasz kraj na manowce. Powiedzmy sobie szczerze: nikt nad tym nie panuje. Ani ja, ani parlament, ani pan, panie premierze. Słabosilny nie oponował, nie było sensu zaprzeczać prawdzie. W Małym Gabinecie czuło się napięcie.

Coraz gorzej jest też z nadzieją na poprawę sytuacji – kontynuował prezydent. Społeczeństwo nie ufa politykom. Nie znosi ich. Nie wezwałem jednak państwa po to, aby przelewać z pustego w próżne i mówić to, co wszyscy i tak już wiemy – prezydent przebiegł wzrokiem po obecnych. Wyczuł raczej niż zauważył natężoną uwagę i pewien niepokój. Postanowił nie przeciągać spotkania.

Za kilka dni odbędą się ostatnie przed wyborami parlamentarnymi rozgrywki sportowe partii i organizacji politycznych. Sportowe Igrzyska Polityczne to nasza tradycja. Każdy lubi komuś dokopać – zażartował. Zniechęcony brakiem pozytywnej reakcji audytorium, szybko wymazał uśmiech z twarzy.

Po cichu organizuje się ogromną demonstrację w dniu otwarcia igrzysk – Prezydent podniósł nieco głos, aby podkreślić rangę wypowiadanych słów. Nie wiemy, kto to wymyślił ani kto za tym stoi. Mogę jedynie domyślać się. Wygląda mi to na ryzykowny a może i niebezpieczny eksperyment społeczny. Niektórzy przywódcy partii politycznych pod pozorem rozgrywek sportowych chętnie rozprawiliby się z przeciwnikami politycznymi. Byłaby to wielka kompromitacja dla politycznego establishmentu jak i dla całego kraju. Może nawet coś bardziej niebezpiecznego niż kompromitacja. Rozgrywek nie można zakazać, ponieważ nie ma takiego prawa. Organizatorzy uzyskali już formalną zgodę władz lokalnych. Teren rozgrywek znajduje się kilkanaście kilometrów poza granicami administracyjnymi stolicy, gdzie wśród terenów leśnych jest w budowie wielki kompleks sportowy.

Nastała chwila milczenia. W pobliżu stołu konferencyjnego zaczęła krążyć mucha. Jej uparte brzęczenie kojarzyło się z przysłowiową ciszą przed burzą.

Życzyłbym sobie, aby sportowe rozgrywki partii politycznych przyniosły korzyść całemu społeczeństwu, a nie tylko zwycięskim zespołom i entuzjastom sportu. Przesilenie społeczne jest nieuniknione. Może objawi się ono właśnie w rywalizacji sportowej, która jest wyrazem rywalizacji politycznej? Partie polityczne traktują wygraną swojej drużyny jak zwycięstwo polityczne. Nie jest to tak bardzo niezrozumiałe i nielogiczne. Cieszyłbym się, gdyby rozgrywki sportowe pokazały społeczeństwu, które siły polityczne najbardziej zasługują na jego zaufanie swą grą i zachowaniem swoich kibiców, a które są najsłabsze sportowo i najbliższe zachowaniom antyspołecznym i anarchii.

Panie prezydencie! Czy ten eksperyment społeczny, jak pan to nazwał, nie jest zbyt niebezpieczny i czy w związku z tym nie powinien go pan zakazać? Konstytucja daje panu stosowne uprawnienia. Impreza jest pod pańskim patronatem, co nie jest bez znaczenia – sugerował premier, który pierwszy zabrał głos po zakończeniu wystąpienia głowy państwa.

Prezydentowi nie podobała się sugestia premiera.

Chce, abym za niego i innych wybierał gorące kasztany z ognia. Cholerny Leon. Wydaje mu się, że jak jego imię oznacza lwa, to jest naprawdę lwem. Obydwa Leony zalazły mi już za skórę: ten drugi, bo jest nieprzytomnie agresywny i ten tutaj, ponieważ nie umie go poskromić. Zachowuje się wobec niego jak stara panna na wydaniu wobec spóźnionego fatyganta do ręki. Po wyładowaniu w myślach negatywnych uczuć wobec szefa rządu i jego głównego przeciwnika, prezydent udzielił odpowiedzi.

Myślałem o tym i powiedziałem sobie: nie! Są to największe na kontynencie rozgrywki sportowe partii i organizacji politycznych, gdzie wszyscy spotkają się z wszystkimi, aby się skonfrontować. W naszym kraju sport ma niezwykle wysoką rangę, pełni role symboliczną i przewodnią. Powiedziałem sobie: wóz albo przewóz. Albo wygrają siły porządku i spokoju, albo wichrzyciele i anarchiści. Proszę nie cytować mojego ostatniego zdania, gdyż nigdy go nie wypowiedziałem. Mam nadzieje, że wygrają ci, którzy są lepiej przygotowani, bardziej zdyscyplinowani, przekonywujący i godni uznania społecznego. Mam już dosyć dwuznaczności, która formacja polityczna najbardziej nadaje się do rządzenia krajem w imieniu społeczeństwa. Niechby to się rozstrzygnęło choćby i na stadionie! – kilka sekund później prezydent zacisnął zęby na dolnej wardze z uczuciem niezadowolenia z niefortunnie sformułowanej wypowiedzi. Schylił się do swojego doradcy do spraw politycznych i podzielił swoją obawą. Moje ostatnie zdanie wypadło co najmniej niezręcznie. Nie sądzisz? Rozstrzyganie sporów politycznych na stadionie! Co za fatalne sformułowanie!

Nie uważam, że było tam cos niestosownego. Proszę się nie martwić, nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy są przyzwyczajeni do takiego myślenia. Polityka i rywalizacja idą razem ręka w rękę. Czy to rywalizacja sportowa czy inna, to jest bez znaczenia.

Prezydent odetchnął z ulgą tym bardziej, że nikt nie zamierzał zadawać dalszych pytań. Odebrano jego komunikaty jako zupełnie zrozumiale.

Rozgrywki sportowe partii i organizacji politycznych miały wymiar znacznie szerszy niż sport. Były równoległe i związane z rozstrzygnięciami natury politycznej. Kto wygra na stadionie, wygra prawdopodobnie w wyborach! – Premier Słabosilny nie musiał przekonywać siebie do tego hasła. On w nie wierzył. Wiedział, że musi przywalić Kaczanowi w rozgrywkach, jeśli chce ostatecznie i zdecydowanie przekonać społeczeństwo do siebie i swojej partii. Jego rozmyślania przerwał Prezydent, aby dokończyć przesłanie wciąż błąkające się w jego głowie.

Nie jestem jedyny, który przywiązuje wielką wagę do rozgrywek i ich wyników. Działam w porozumieniu ze środowiskami społecznymi, które podobnie jak ja przejmują się losem kraju. One będą organizatorami igrzysk, które odbędą się dokładnie od dziś za dwa tygodnie. Dodam, że sugerowano mi, że sędzią głównym igrzysk będzie ktoś, kto umie radzić sobie z kłopotliwymi sytuacjami na największych imprezach sportowych. Komitet organizacyjny Sportowych Igrzysk Politycznych powiadomi państwa o bliższych szczegółach imprezy. Sam nie mam nic więcej do powiedzenia. Sugeruję przygotować się do tych rozgrywek szczególnie starannie. Strzeżonego pan Bóg strzeże!

Wychodząc z Pałacu Prezydenckiego Premier Słabosilny podzielił się swoimi odczuciami i wątpliwościami z towarzyszącymi mu ministrami. Miał do nich pełne zaufanie.

Nie sądzicie, że ostatni fragment wypowiedzi Prezydenta zabrzmiał ostrzegawczo?. Co ten szczwany lis z wydatnym brzuchem miał na myśli? W ogóle to całe spotkanie było dla mnie niejasne. On gra jakąś dwuznaczną rolę. Mówił tak, jakby chciał, aby nasza partia i rząd na imprezie sportowej dokonali konfrontacji z Kaczanem i opozycją w celu pokazania społeczeństwu, kogo należy obdarzyć zaufaniem i władzą w najbliższych wyborach parlamentarnych. Prezydent zachował się jak Piłat, który umywa ręce i obarcza nas odpowiedzialnością za to, co stanie się w trakcie Igrzysk.

Wiesz co, Leon? To brzmi może i nonsensownie na pierwszy rzut oka, ale nie jest takie głupie. Musimy się nad tym porządnie zastanowić w wąskim gronie i stworzyć plan gry. Nie pod orkiestrę prezydenta ani Kaczana, ale naszą własną. Z muzyką skomponowaną przez rząd i odtańczoną przez nasz zespół. Mam nadzieję, że to, co powiedziałem nie zabrzmiało zbyt po indiańsku – Minister Spraw Wewnętrznych zatrzymał się po zakończeniu wypowiedzi. Wraz z nim zatrzymali się jego towarzysze. Trzej prominentni przedstawiciele Partii Ewolucjonistów popatrzyli po sobie ze zrozumieniem, skinęli głowami na znak aprobaty i podali sobie ręce na krzyż. Sześć dłoni splotło się w uścisku przymierza, którego celem było zwycięstwo.

3Shares

Reguły gry. Opowiadanie “political fiction”. Odcinek 4: Powrót

Na wysprzątanej klatce schodowej Rokpol poczuł nagle, że tam, w parku, stał się nieczysty. Wzburzone niedawnymi wydarzeniami myśli kotłowały się w jego głowie. Poczuł się głupi i nędzny.

Jestem Hindusem z najniższej kasty społecznej – mamrotał do siebie niezrozumiale. Jestem nikim. Ty też możesz mnie kopnąć. Ni z tego ni z owego zaczął machać rękami jakby opędzając się od niewidocznych ludzi lub duchów.

Z trudem dotarł na drugie piętro. Dłonie i kolana miał podrapane do krwi i obolałe.

Jezus Maria! Jak ty wyglądasz, synu? – matka była przerażona i wzburzona. Kto ciebie tak urządził? Znowu zadajesz się ze swoimi koleżkami, tymi pijakami! Skąd oni biorą pieniądze na alkohol? Teraz już cię nie wypuszczę z domu, abyś spotykał się z nimi!

Niełatwo przyszło mu wytłumaczyć, że tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Kiedy zrozumiała, co się stało, umocniła się jeszcze bardziej w przekonaniu, że musi pilnować syna i męża. Nie wiedziała tylko jak to zrobić. Kiedy myślała o tym, czuła się zaniepokojona i przygnębiona.

Rokpol wiedział, że matka miała własne poglądy. Nie dzieliła się nimi z nim i z ojcem. Trudno było jej porozumieć się z nimi. Syn i mąż krytykowali ją, uważali za osobę strachliwą, przesadną w niepokojach i obawach. Jak na jej gust oni z kolei myśleli za bardzo optymistycznie i bezkrytycznie. W tej sytuacji najchętniej rozmawiała z własną siostrą, z którą rozumiała się bardzo dobrze. Obydwie obserwowały zmiany zachowań osób w środowiskach, w którym się obracały. Miały złe przeczucia.

Od kilkunastu miesięcy niepokój udzielał się coraz częściej wkradając się jak złodziej w serca i umysły. Stopniowo przeradzał się w strach. Sparaliżowani strachem i egoizmem niegdyś uczciwi ludzie kryli się w cień udawania, że ich to nie dotyczy i coraz łatwiej akceptowali bezprawie. Początkowo przeważała przemoc słowa, insynuacji i oskarżeń, potem pojawiły się groźby personalne i polityczne. W obliczu zasypiającej czujności społeczeństwa i krycia się we własnych czterech ścianach pogłębiała się przemoc mniejszości nad większością. Napastliwi znęcali się nad spokojnymi i miłującymi pokój, grupy nad jednostkami, ideologie partyjne spychały na bok wiarę w Boga i dobre wychowanie. Mieszkańcy kraju woleli nie dostrzegać i nazywać rodzącego się terroru po imieniu.

 

0Shares