Recydywa. Opowiadanie.

Odc. 1

Na imię miał Elbi. Było to niewydarzone imię. Nawet to mu się nie udało, Wszyscy śmieli się z niego. Chyba nie umieli inaczej albo było to zaraźliwe. Z nazwiskiem Sokora było lepiej. Było przyzwoite, nikogo nie raziło.

Wieś była mała, w dodatku staromodna, uparcie tkwiąca w przeszłości, nawet w czasach biblijnych. Mieszkańcy żyli zapatrzeni w swoje sprawy, nikt im nie mówił o empatii. Życie było surowe. Tak samo jak ludzi traktowali zwierzęta. Jak krowa sąsiada weszła w szkodę, to nie było co iść do niego, bo był kłótliwy, tylko przywalić jej kijem, aby zapamiętała, że nie jest to jej miejsce.

– I tak głupie bydle nie nabierze rozumu – mówili między sobą. – Także wtedy, gdyby je bić do upadłego, a nawet zatłuc. Ale co z tego, że się je zatłucze, jeśli ono jest bezrozumne.

Elbi też przesiąkł surowością do zwierząt i ludzi, jak tylko zaczął cokolwiek rozumieć. Nie miał łatwego życia. Miał wadę anatomiczną: węższą niż zazwyczaj u chłopca klatkę piersiową, wąską talię, szeroką miednicę i chude nogi. Nie była to konstrukcja ani mocna, ani słaba, po prostu nijaka. Sam o tym wiedział bez przypominania. Kiedy szedł latem po płaskim kawałku piachu nad rzeką i mijał jakąś dziewczynę, widać to było wyraźnie; była węższa w biodrach niż on. Przypominał wazę wykonaną przez początkującego rzemieślnika: górna część ścieśniona, środek pękaty, spód umieszczony na zbyt wątłej podstawie. Jako chłopiec był także blady, potem twarz mu trochę ogorzała. Lekko utykał na lewą nogę. Czasem ją nawet pociągał za sobą, kiedy był zmęczony. Kiedy indziej było to mało widoczne. Poza tym miał głowę większą niż trzeba. Powiedział mu to Szalbierz, przybłęda prowadzący warsztat remontowo-malarski, gdzie na szerokiej desce namalował postać Elbiego. Nie musiał portretu podpisywać, wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Na twarzy Elbi był zwyczajny; nierzucająca się w oczy fizjonomia,  zapominało się ją po dziesięciu sekundach, jakby w ogóle nie istniała.

– Jeździec bez głowy – mówiła kobieta, mieszkająca dwa domy dalej. – Można by pomyśleć, że ten człowiek jest szerszy niż dłuższy.

Podejrzewała Elbiego, że kradnie jej jabłka i gruszki z ogrodu. Nie lubiła go za to, choć wszyscy wiedzieli, że jej gruszki i jabłka są mało warte.

– Małe i kwaskowate. Kto by się na nie łasił. To na pewno nie Elbi – tłumaczył jej ksiądz, ale chyba go nie rozumiała.

Nad Elbim znęcali się najpierw bracia, potem koledzy. Na początku się buntował, w końcu zrozumiał, a właściwie to pogodził się z losem, uznając, że tak musi być, bo świat jest urządzony niesprawiedliwe. Jego rodzice nie wiedzieli, że rodzeństwo znęca się nad nim, a jeśli nawet wiedzieli, to byli tak zapracowani lub zmęczeni, że nie mieli czasu, aby to zmieniać. Ziemia wymagała obróbki, zwierzęta w gospodarstwie także, to myśleli, że tak jest zawsze, że dzieci biją się między sobą.

– Daj spokój. Nic na to nie poradzimy. Tak było zawsze od początku świata – ojciec Elbiego tłumaczył żonie, kiedy słysząc krzyki dochodzące z domu chciała oderwać się od pracy, aby interweniować.

Elbi nie skarżył się na rodzeństwo, bo wiedział, że następnym razem dostanie jeszcze mocniej. W końcu przyzwyczaił się. Musiał się przyzwyczaić, aby nie zwariować. Myślał o ucieczce, ale nie miał dokąd uciec. Wszystko było za dalekie i za drogie, a on nie miał pieniędzy.

Przez całe życie marzył, aby się odegrać. Kiedy był już starszy i więcej rozumiał, ksiądz go zapytał, czy słyszał o wiktymologii, i wtedy Elbi wyrozumował sobie, że to on jest winien, bo pozwala robić z siebie ofiarę. Zrozumiał, że jest coś z nim nie tak, jak trzeba, że jego niepowodzenia tkwią w nim samym. Niewiele mu to pomogło.

Kiedy się ożenił, znęcała się nad nim żona, Estera, mimo że dobrze ją traktował, a na początku nawet lubił. O miłości do kogokolwiek nie miał pojęcia, bo nikt go tego nie nauczył. .

– Wyczuła mnie. Jestem zbyt dobrotliwy i dlatego jestem ofiarą – myślał o sobie.

– Ależ ten Elbi to nieporadna dupa – myślała Estera. Podpowiadali jej to ludzie, także jej rodzice. Nie potrafiła już myśleć inaczej, mimo że Elbi starał się, aby było jej z nim dobrze.

Odc 2

Dużo pracował dla kościoła. Tam czuł się najlepiej. Ksiądz i kościelny dobrze go traktowali, a nawet cenili jego usługi, bo był pracowity i staranny. Roznosił ulotki i gazetkę parafialną, sprzątał pomieszczenia kościelne, naprawił płot uszkodzony przez samochód, wykonywał różne drobne remonty i prace porządkowe. Spowiadał się raz na rok, ale nikt o tym nie wiedział oprócz księdza proboszcza, nawet wikary.

Widzieli też jego pobożność. Często klęczał na środku kościoła, kiedy nikogo nie było wewnątrz, i modlił się z zamkniętymi oczami. Modlił się o drugie życie. Myślał o wypadku, takim, w którym zginąłby od razu i bez bólu.

No i doigrał się. Zginął w wypadku samochodowym w najmniej spodziewanym miejscu, przed ostrym zakrętem, gdzie wszyscy kierowcy musieli hamować. Ten, który go zabił był młody i trochę pijany.

W pogrzebie uczestniczyło niewiele osób, mimo że była piękna pogoda. Najbliższa rodzina, dwie czy trzy osoby uważające się za jego przyjaciół, oraz ci, którzy rozumieli, jaką gehennę przeżywał przez całe życie. Ksiądz wygłosił mowę pożegnalną nad otwartym grobem. Zakończył słowami:

– Elbi był dobrym człowiekiem. Żył krótko. Módlmy się, aby Bóg dał mu drugie, lepsze życie.

Nie mógł go zapomnieć. Elbi zjawiał się przed jego oczami, nawet kiedy je zamykał, aby się skoncentrować lub coś głęboko przemyśleć. Modlił się za Elbiego w samotności i raz na kwartał odprawiał za niego mszę wspomnieniową.

Rodzina Walendziaków była księdzu dobrze znana. Byli to biedacy; głowa rodziny, Tobiasz Walendziak, był alkoholikiem. To było największe nieszczęście. Był raz na leczeniu odwykowym, ale nie powiodło mu się. Pił nadal. Kiedy urodziło mu się czwarte z kolei dziecko, chłopiec, którego nie chciał, ochrzcił go imieniem Eliezer, aby zniechęcić się do niego jeszcze bardziej.

Na dzieciaka nikt nie zwracał uwagi. Był podobnie zdeformowany jak niegdyś Elbi. Też miał nieudane życie. Bili go starsi bracia, potem także młodszy brat Eneasz, urodzony dwa lata później. Nazywali go Cipą i podobnie.

Mogło to wynikać z miękkości jego charakteru. Wolał szydełkować. Robił to sam lub z siostrą, która jedyna okazywała mu serdeczność. Wolał to niż grać w piłkę z chłopcami, którzy złośliwie podkładali mu nogi. Na początku nie bał się i angażował się w grę jak każdy inny dzieciak w jego wieku. Pewnego razu piłka uderzyła go w głowę tak mocno, że nie mógł się podnieść. Wtedy dał sobie spokój. Bał się bólu i kontuzji. Unikał starcia z przeciwnikiem, ktokolwiek by to nie był. Nie brał nawet udziału w zapasach na niby jak inni chłopcy. Tłumaczył się:

– Mnie to nie wychodzi. Jakoś nie umiem zwyciężać. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.

Kiedy miał dziesięć lat Elbi poczuł, że żyje w nim drugi człowiek. Nikomu o tym nie mówił, bo jeszcze bardziej by z niego szydzono. Kilka miesięcy umacniał w sobie to przekonanie, że jest w nim ktoś inny.  Potem zmiarkował, że nie jest to możliwe i wtedy znalazł sobie inne wytłumaczenie, że przeżył już jedno życie. . To myślenie utrwaliło się w nim, kiedy usłyszał w telewizji, że jest to możliwe.

Był ponad przeciętność rozwinięty umysłowo. Nie było to widoczne, bo był nieśmiały i zdeformowany. Te dwie cechy trzymały go w cieniu rówieśników i spychały z pola widzenia osób dorosłych. Nie zauważali go, pomijali, albo krępowali się go zauważyć, zagadać do niego, pochwalić czy nawet czymś poczęstować.

Kiedy przypominał sobie, że żył już raz w ciele innego człowieka, życie uwierało go jeszcze bardziej.

Latem do wsi zawitali spirytyści. Na słupach i na płotach pojawiły się afisze, że odtwarzają ludziom życie w poprzednim wcieleniu. Nazywali to seansem spirytystycznym. Aby w nim uczestniczyć trzeba było się zapisać i wykupić bilet. Koszt nie był mały. Niewielu się zdecydowało. Pierwszy był nauczyciel, drugi właściciel największego gospodarstwa we wsi. Kiedy z braku chętnych spirytyści obniżyli cenę udziału w seansie, Elbi zdecydował się. Miał akurat tyle pieniędzy, aby odtworzyć sobie swoją przeszłość. Mocno to przeżył. Było to jak błysk ognia w oczy, strach i przerażenie, a potem świadomość przeszłości. Zmienił się. Sam tego nie zauważył, bo po kilku tygodniach pamięć o zdarzeniu zatarła się w nim prawie całkowicie.

Odc. 3  (ostatni)

Kiedy Elbi się żenił, pamiętał tylko niejasno, jak to jest być krzywym drzewem, na które każda koza skacze. Był już inny, odmieniony. Potrafił się postawić. Nie znosił teściów, bo go źle go traktowali. Wydali za niego starszą córkę, Sarę; nie była urodziwa a bardzo chciała wyjść za mąż.

– Lepiej, że wyjdzie za kalekę, niż żeby miała zostać starą panną – zdecydował ojciec dziewczyny. Razem z żoną przeżegnali się tylko, aby nic złego jej się nie stało.

Pierwszego dnia małżeństwa, po weselu, Sara nie mogła dobudzić się Elbiego. Miała do niego żal, że zawiódł ją już na samym początku wspólnego życia, bo w nocy zwymiotował w salonie teściów na podłogę. On sam tego nie pamiętał, czuł się wyjątkowo podle. Stanęło to w nim okoniem, kiedy przypomniał sobie, jak mało pił i że to jego drużba, jego własny brat to spowodował. Pamiętał jego słowa, powtarzane kilka razy.

– Na własnym ślubie nie wypijesz? Powinieneś się wstydzić. Jeśli nie wypijesz za zdrowie swojej żony, teściów i rodziny, nic nie będzie ci się układać.

Tego, że brat dolewał mu po cichu czystej wódki do szklanki z sokiem pomarańczowym, który Elbi najbardziej lubił, nawet nie widział. Inni to widzieli i mówili, że to starszy brat upił Elbiego i dlatego sam powinien posprzątać zarzyganą podłogę. Teściowie nie przyjęli tych tłumaczeń.

– Jest kaleką, ale ma rozum, to powinien pilnować się. Taki wstyd wobec całej wsi!

Elbi nie poddawał się. Za drugim razem, kiedy się zatruł kiełbasą i dla ratowania się wypił trochę czystej wódki, bo tak mu wszyscy radzili, też zwymiotował. Sara robiła mu wymówki, przypominając przy okazji, że już ją raz skompromitował. Odwinął się wtedy i trzasnął ją w twarz. Nie bił jej długo, tylko dwa razy, ale mocno. Powiedział jej:

– Teraz będziesz pamiętać, kto rządzi w tym domu.

Nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Przypomniał sobie upokorzenia poprzedniego życia, widział je jak na dłoni. Wracały do niego rzadko ale wyraźnie, zawsze w chwilach nieporozumień rodzinnych.

Na braciach, którzy znęcali się nad nim, bezpośrednio nie usiłował dokonać zemsty. Swojego jednak nie darował. Robił im świństwa. A to nasikał im do kawy, a to wsypał spalonego korka do zupy, aby dostali rozwolnienia, po którym śmierdziało na całą wieś bo nie zdążyli nawet dobiec do wychodka za domem. Zawsze coś wynalazł, aby im się odwdzięczyć.

Kiedy opuściła go Sara, namawiana do tego przez rodziców, Elbi ożenił się po raz drugi i to bardzo szybko. Niewiele to zmieniło. Nową żonę, Marię, też źle traktował. Tłumaczył sobie, że odreagowuje poprzednie życie. Kobieta cierpiała, tym bardziej, że przynosił jej kwiaty i składał obietnice, że się zmieni. Już po roku czasu przyjaciółki zachęcały ją, aby go opuściła, tym bardziej, że nie mieli dzieci.

– Albo zapłać mu pięknym za nadobne i przy okazji oddaj mu tak serdecznie, aby się przestraszył.

Nie skorzystała z ich rady. Nie umiała.

Ostatnim razem, kiedy pobił ją po raz co najmniej dziesiąty, upadła i uderzyła się boleśnie. Męczyło ją to, bo upadek wyzwolił w niej niedobre wspomnienia zakopane głęboko w pamięci. 

Latem spirytyści po raz drugi przyjechali na wieś. Maria, w tajemnicy przed wszystkimi, poszła na popołudniowy seans i wtedy wszystko sobie przypomniała. W nocy nie mogła spać. Nie pozwalały jej na to wspomnienia, przewalające się falami w głowie. Widziała nawet upiora. O godzinie pierwszej w nocy wstała i poszła do komórki za domem, gdzie trzymali różne narzędzia. Chciała posprzątać dom, cichutko, aby nie zbudzić męża. Lubiła sprzątać, lecz Elbi zabraniał jej robić to częściej niż raz na tydzień.

– Więcej zakurzysz, niż posprzątasz – powtarzał regularnie, aby nie zapomniała.

Kiedy wróciła do domu, coś niosła pod dużą płachtą, którą nie wiadomo po co zabrała. Światła nie zapalała. Podeszła do szerokiego łóżka, gdzie spała razem z mężem i przyjrzała mu się z uwagą. Leżał dziwnie ułożony na lewym boku, wyglądał jak skrzywiona brzoza. To skrzywienie przypomniało jej, że ona też była takim drzewem w poprzednim życiu, a to był on, jej mąż z tamtego czasu. Ta sama, identycznie wykrzywiona twarz, to samo niekształtne ciało. Wspomnienia wróciły do niej z bolesną wyrazistością, całe poprzednie życie.

Postąpiła tak, jak sobie wówczas obiecała. Zadała mu w szyję tylko jeden cios siekierą. To wystarczyło. Nie miała żadnych innych pragnień. Przeszła jej nawet chęć posprzątania mieszkania.

Kiedy rano się obudziła, mąż jeszcze spał, spokojnie chrapiąc. Patrzyła na niego z zimną obojętnością. Wiedziała, że coś musi zrobić ze swoim życiem. Od czasu seansu spirytystycznego dręczyło ją to nieprzerwanie.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 1: Wspomnienia dnia

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Indywidualizm-Narziss_Benczur-narcissus_II-pub-dom.jpg

Drodzy Czytelnicy,

W zamierzeniu jest to powieść fantasy o człowieku żyjącym między normalnością i nienormalnością, szukającym własnej drogi, usiłującym dostosować się do zmieniających się warunków otoczenia. Faktem jest, że jako społeczeństwo mamy coraz większą ilość osób w depresji, przeżywających stres, zagubionych, nie radzących sobie; to wszystko stanowi dla mnie pożywkę w pisaniu tej powieści. Tematów mi nie brakuje; problemem jest ułożenie ich w jakąś spójną, logiczną całość.

Nie mam planu powieści, fabuły czy określonych bohaterów, mam tylko pewne założenia i wyobrażenie o czym chcę pisać. Będę poruszać się trochę po omacku i jest prawdopodobne, że będę wracać do niektórych wpisów i je modyfikować. Jeśli będą to większe zmiany, zawiadomię.

Będzie mi miło, jeśli zechcecie mi towarzyszyć w tej podróży literackiej wracając tutaj i czytając kolejne blogi, a także przedstawiając komentarze, które zawsze czytam z uwagą. Bardzo chętnie poznałbym także wasze sugestie wątków i postaci, które widzielibyście w tej powieści.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Odcinek 1:

Późnym wieczorem, leżąc wygodnie w łóżku, patrzę w sufit. Jest nierówny, pofałdowany. Usiłuję to zrozumieć, ponieważ mam precyzyjny umysł, ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to znaczy, że mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? – zadaję mu pytanie.

Odpowiada mi po chwili, że dobrze.

– No bo o czym miałbyś pisać, gdybyś miał równo pod sufitem? Sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite. To twój świat.

Zgadzam się bez kłótni. Bo i po co się kłócić, jak można żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Uspokoiwszy się, przypominam sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widzę, że są podobne.

Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię przez chwilę, że nie widzę sufitu, tam, wysoko w górze, i tego, że jest on nierówny. Trwa to chwilę. Uspokoiwszy się, wracam do początku mojej opowieści.

Myślę, że tytuł „Piszę pamiętnik” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który zawsze wygrywa. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja, po czym zapadam w sen. W nocy śni mi się, że chodzę do toalety. I to kilka razy. Dziwne, ale wcale mnie to nie dziwi.

Rano idę do piekarni. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwę kolejeczką, przypatruję się sprzedawczyni. Jest to ta sama osoba, co poprzedniego dnia: blondynka, nieco umączona, średniego wzrostu, budowa cielesna w sam raz. Pozdrawiamy się, po czym kupuję bułeczkę. Płacę, ale nie wychodzę. Kobieta patrzy na mnie pytająco. Widzę, że ciężko oddycha. Daję jej czas na domysł. Nie udaje jej się jednak zrealizować postawionego przeze mnie celu. Chyba się zagubiła, bo pyta:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że weszła na właściwy tor, proszę o błogosławieństwo na drogę. Nieco zdziwiona, nie wiem dlaczego, bo prosiłem ją o to wcześniej już kilka razy, udziela mi go. Uspokojony wychodzę. Na odchodnym, rzucam swobodnie słowami, które rozsypują się przed piekareczką niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym nawet za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka tych słów kiwa mi głową ze zrozumieniem, ja jej odkiwuję, i wychodzę.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Czas i ludzie. Opowiadanie.

Nikt nie miał czasu. Było to widoczne jak na dłoni, nawet tej porośniętej kaktusem. Zegarki były coraz większe, żeby łatwiej było obserwować godziny i minuty. Biedniejsi musieli oszczędzać czas, aby starczyło go na wszystko. W niezamożnych rodzinach kobiety udzielały mężom prostych zleceń.

– Idź do supermarketu, kup sobie dobre piwo, mnie tusz do rzęs, ten najczarniejszy, marki Sigmund VII, a Zuzi ciasto marcepanowe.

Mąż wracał i mówił:

– Nie wystarczyło mi czasu. Spiesząc się kupiłem sobie pierwsze z brzegu tanie piwo, tobie tusz do rzęs marki Specific, a Zuzi słodką bułeczkę.

Bogaci mieli lepiej, stać ich było, aby nabywać tony czasu. Gromadzili go gdzie się dało, w piwnicach, hangarach i szopach, aby tylko był pod dachem. Wtedy mniej korodował, dłużej można było go użytkować.

Był też czas sztuczny, najmniej wartościowy, ponieważ zaśmiecał pamięć i rozum. Produkowano go z niezliczonych momentów bezmyślności powstałych, kiedy użytkownicy smartfonów czytali dyrdymały lub prowadzili drętwe rozmowy. Niektórzy z nich oglądali w dodatku w telewizji cudne romanse o tym, jak to dojrzałe małżeństwa nagle odkrywają, że mają dzieci, o których nigdy nie słyszały, staruszkowie wskutek upadku odzyskują dawno utraconą pamięć, a pewna matrona odkrywa w lesie książkę z instrukcjami, jak przeprowadzić dietę odchudzającą „Pogrom cellulitu”.

Jedna z teorii mówiła, że najbardziej kradły ludziom czas pustosłowie i przekleństwa. Mało kto w to wierzył. Mało kto wierzył w cokolwiek.

Doba się skurczyła. Nominalnie wciąż miała dwadzieścia cztery godziny, w rzeczywistości zaś … Otóż to. Rzeczywistość też się zmieniła, zindywidualizowała się. Dla jednej osoby doba miała dwadzieścia cztery godziny, dla innej dwadzieścia trzy godziny i trzydzieści minut, jeszcze dla kogoś innego tylko szesnaście godzin. Poniżej szesnastu godzin nikt nie schodził, to było minimum. Związki zawodowe stanęły okoniem i zażądały nie więcej niż osiem godzin na pracę i nie mniej niż osiem godzin na sen. To minimum/maksimum gwarantowała także konstytucja, gwarancja była jednak coraz mniej pewna.

– Dawniej była ona żelazna, potem brązowa, teraz chyba nawet robią ją ze słomy. – Powiedział mi sąsiad w zaufaniu.

– Tej, co im z butów wyszła? Zapytałem, bo nie byłem pewny.

– O to, to. Lecę. Nie mam czasu. Muszę być w domu, zanim zapadnie zmrok. -Wyjaśnił mi kierując się do drzwi.

– Gdzie pan się tak śpieszy? Przecież to w drugiej klatce piersiowej.

Sąsiad popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Natychmiast zreflektowałem się. Omyliłem się. Miałem na myśli klatkę schodową. Nie miałem już czasu mu wyjaśnić, bo wyszedł.

– Szczęściarz. – Pomyślałem. – Ma tak gęste włosy. Nie miał czasu, aby wyłysieć, bo jest zajęty przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak to jest możliwe, Bóg raczy wiedzieć.

Na śmietnikach pojawiało się coraz więcej odpadów czasu, mimo że ludziom go brakowało. Odpady te włączono do recyklingu poszerzając segregację śmieci: szkło, metal i plastik, odpady zielone do przemiału na nawóz, pozostałe resztki, na końcu czas. Pojemnik na czas zamknięty był na kłódkę, aby ludzie nie kradli zawartości. Niepotrzebny i zużyty czas darto na mniejsze kawałki, maksimum był to kwadrans, i wrzucano przez otwór do pojemnika. Pojemnik na odpady czasu wydzielał niemiły zapach, przypominający tęsknotę za czymś minionym, poprzednim ustrojem, może nawet za aktualną władzą.

Wszyscy za czymś tęsknili, a czas kurczył się lub uciekał. Taka to była ludzka tęsknota i filozofia czasu. Jedno zazębiało się z drugim, tworząc chmury na horyzoncie. Te zmiany nic dobrego nie wróżyły.

– Jestem pesymistą. – Pomyślałem i zamilkłem, bo czas na dzisiaj mi się skończył.

0Shares

Niezwykły sen Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz Iwanczyn miał tak niesamowity sen, że żadną miarą nie mógł się powstrzymać od podzielenia się nim z mieszkańcami osiedla.

– Rzecz się działa na folwarku zwierzęcym im. George’a Orwella. Śniło mi stado baranów, niezwykle mądrych i poważnych. Na jego czele stał przywódca, osobnik z podwójnie zakręconymi rogami. Jego marzeniem było doprowadzenie baranów i wszystkich innych zwierząt do stanu nieskończonej szczęśliwości. Cieszył się on tak ogromnym mirem, że kiedy mówił, wszystkie barany opuszczały łby i wsłuchiwały się nie tylko w jego słowa, ale także w to, co wokół niego w trawie piszczy. Ich miłość do przywódcy była tak wielka, że zapominali o jedzeniu, piciu a nawet o zwierzęcej godności granej przez dzwoneczki zawieszone na szyi.

Nocą, kiedy wszyscy spali, stado wydało dekret tak niezwykle udany i rozumny, że od samego rana ze wszystkich stron świata zaczęły napływać gratulacje. Był to dekret zaporowy, uniemożliwiający wyrządzenie jakiejkolwiek krzywdy – poprzez obmowę, pomówienie lub insynuację – zwierzętom żyjącym na całym folwarku.

– Będziemy ścigać oszczerców z całą bezwzględnością po całym świecie jak długi i szeroki – oświadczył rzecznik stada.

– W życiu baranów – promienne światło rozbłysło w oczach Iwana Iwanowicza, kiedy to wyjaśniał – nie jest ważna zielona trwa, świeża woda, wygodna podściółka w oborze, to owszem też, ale jakby na trzecim planie, ale właśnie sprawy ulotne, pełne delikatności i zadumy, których nikt inny nie dostrzega, jedynie oni poprzez swoją nadzwyczajną intuicję i wyczucie.

Iwan Iwanowicz chciał jeszcze opowiadać więcej o śnie, ale mu przerwano, uznając, że dekret wydany przez stado, jakie mu się śniło, jest jak najbardziej słuszny, taki, o jakim marzyły wszystkie barany, ich rodzice, dziadowie i pradziadowie, a nawet przodkowie, którzy w zamierzchłych wiekach schodzili z rajskich drzew, aby wspólnie śpiewać alleluja z tęsknoty za dobrym uczuciem i rozumem.

Twórczość literacka Michaela Tequili w księgarniach: powieść, poezja, opowiadania, najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

0Shares