Pogoda. Opowiadanie. Odc. 1-6/6.

Odc. 1 Teresa

Teresa Lamer cieszyła się życiem. Mówiono o niej, że urodziła się w czepku. Miała trzydzieści dwa lata, dobry zawód i idealny stan zdrowia. Nikogo to nie dziwiło, ponieważ dobrze się odżywiała i prowadziła aktywny tryb życia. Latem namiętnie oddawała się pływaniu, zimą jeździła na nartach.

– Czuję się fantastycznie. Regularnie ćwiczę i jestem w takiej formie, że mogłabym ścigać się z koniem – żartując, uśmiechała się figlarnie, po czym dodawała: – No! Może nie z koniem, ale z kucykiem.

Teresa pracowała w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego na stanowisku kontrolerki budowy. To zapewniało jej regularny dochód i stabilizację. Życie prywatne miała też uporządkowane. Nie była to jakaś szalona namiętność, ale prawdziwa miłość. Z Marcinem chodziła już ponad rok. Spotykali się regularnie co najmniej kilka razy w tygodniu.

Nie byli małżeństwem, ale żyli ze sobą przykładniej niż niejedna para małżeńska. Mieszkali osobno; ona we własnym mieszkaniu, on jeszcze z rodzicami. Właściwie to nie było nawet jasne dlaczego nie zamieszkali razem. Tak zaczęli i tak było im dobrze. W ich uczuciach była przyjaźń i miłość. Oboje mieli swoje przywary i słabości, ale tego nie dostrzegali, nie było to dla nich ważne. Co do małżeństwa, to uważali je za ceremoniał, tradycję ważną dla osób wierzących w sakrament święty.

– Żyć nie umierać, choć wolałabym, abyśmy częściej byli razem – mawiała Teresa, uśmiechając się tajemniczo.

Po ukończeniu trzydziestego drugiego roku życia jej stan zdrowia pogorszył się. Coś zepsuło się w jej organizmie. Kojarzyła to sobie z koszmarnym doświadczeniem w czasie rejsu statkiem wycieczkowym „Caribbean Aristocracy” płynącym wzdłuż wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych w kierunku Kuby.

Podróż przebiegała spokojnie przy dobrej pogodzie aż do chwili, kiedy u wybrzeży kontynentu pojawił się huragan Wilma niosący ze sobą rekordowo niskie ciśnienie. Osiemnastego września huragan nasilił się i po prostu oszalał na wysokości Florydy. W ciągu dwudziestu godzin ciśnienie atmosferyczne w oku huraganu spadło z 982 do 882 hektopaskali. Dzień dziewiętnastego września okazał się dniem klęski nie tylko dla Teresy. Wycieczkowiec znalazł się niebezpiecznie blisko oka cyklonu. Mimo wcześniejszych ostrzeżeń meteorologicznych dowództwu jednostki nie udało się tego uniknąć.

Teresa nigdy wcześniej nie przeżywała takiej pogody, podobnie jak większość pasażerów na pokładzie. Była sama w kabinie. Miała uczucie, że świat się zawalił; doznała potwornego bólu głowy i zaburzeń widzenia, obrazy rozmazywały jej się przed oczami. Czuła pustkę w głowie, nudności i niezdolność koncentracji uwagi. W kabinie mimo włączonej klimatyzacji zrobiło się duszno. Chciało jej się strasznie spać, miała wrażenie, że zasypia na stojąco. Położyła się na łóżko, ale niewiele to pomogło. Pociła się i a nawet dusiła się. Kilkakrotnie naciskała dzwonek wzywając pomocy, nikt się jednak nie zjawił. Najbardziej dolegało jej serce, biło jak oszalałe; drżały też ręce. W pewnej chwili wydało jej się, że ktoś jest w kabinie. Usiłowała coś powiedzieć, wydobyła z siebie tylko nieskładne słowa.

– W środku czułam wielkie roztelepanie. Chyba chciałam już umrzeć – tak to potem określała.

W końcu straciła przytomność. Obudziła się wyciągnięta wygodnie na łóżku. Stała nad nią kobieta w białym kitlu.

– Jestem ratowniczką medyczną. Zrobiłam pani zastrzyk. Na stoliku zostawiam lekarstwa i butelkę zimnej wody mineralnej. Więcej nie mogę nic zrobić. Wszyscy biegamy jak szaleni po statku starając się pomóc ludziom w cierpieniu.

Wkrótce kapitanowi udało się zawinąć do bezpiecznego portu na wybrzeżu, aby przeczekać pozostały czas sztormu.

Z dni tragicznych wydarzeń Teresa zapamiętała niewiele szczegółów. O niektórych czytała później. Huragan dotknął kilka krajów, szczególnie Kubę. Na wyspie zamknięto czterdzieści hoteli, wiele firm, banków i instytucji rządowych. Z wybrzeża usunięto w głąb lądu ponad pięćset łodzi. Z obawy przed gwałtownymi wezbraniami wody przewieziono w bezpieczne miejsca ćwierć miliona zwierząt gospodarskich. Zatrzymane zostały wszystkie pociągi pasażerskie, także połączenia promowe między lądem a Wyspą Juventud. Zamknięto lotniska międzynarodowe w Hawanie, Varadero oraz Cayo Coco.

Odc. 2 Uzależnienie

Od czasu powrotu do kraju Teresa nie była już tą samą osobą. Jej nastrój pogarszał się. Jak tylko następowała większa zmiana ciśnienia atmosferycznego dopadał ją ostry ból głowy, była poirytowana, zła na siebie i na świat.

W trakcie okresowego badania lekarskiego Teresa opowiedziała swoje przejścia na statku lekarzowi rodzinnemu. Zbadał ją bardzo starannie ale nie zauważył żadnych zmian.

– Proszę przez rok czasu mierzyć i rejestrować ciśnienie krwi, tętno oraz zapisywać, jak się pani czuje. Porównamy te zapisy z wykresem ciśnienia atmosferycznego w miejscach, gdzie pani w tym czasie przebywała. To też proszę notować. Zobaczymy, jak bardzo jest pani uzależniona od zmian pogody.  

Pacjentka wzięła sobie polecenia lekarza do serca i skrupulatnie zapisywała wszystkie przypadki bólu głowy. Porównując je widziała wyraźną zbieżność między gorszym samopoczuciem a zmianą pogody, zwłaszcza ciśnienia atmosferycznego. Po roku czasu zgłosiła się do lekarza z notatkami.

– Pani organizm wyjątkowo silnie reaguje na zmiany atmosferyczne. Stała się pani prawdziwą meteopatką. W miarę upływu lat będzie to coraz bardziej odczuwalne. Proszę się pilnować.

Tydzień późnień Teresa odwiedziła rodzinę w Hasali. Właściwie byli to tylko jej kuzyni, ponieważ jej rodzice nie żyli a rodzeństwa nie miała. Spotkała się z Albertem, ciotecznym bratem. Bardzo się lubili. Powiedziała kiedyś koleżance w pracy:

– Albert to inteligentny i interesujący człowiek. To jedyny mężczyzna w mojej rodzinie, z którym łączy mnie nić porozumienia. Reszta to … eh … lepiej nie wspominać.

O spotkaniu z Albertem nie wspomniała nawet słowem Marcinowi, swojemu partnerowi. Miała powody; był chorobliwie zazdrosny. Dobrze pamiętała awanturę jaką jej zrobił, kiedy mu pokazała zdjęcie, na którym Albert obejmował ją ramieniem. Marcin wybuchł jak petarda.

– Dosyć mam tych twoich miłostek na boku! – wrzasnął i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.

Teresa poczuła się upokorzona podejrzeniami. Przestała rozmawiać z Marcinem. Po tygodniu przyjechał z kwiatami i przeprosił ją za wybuch gniewu, ale nie za podejrzenia o romans.

Koleżanki w pracy pocieszały ją:

– W sumie nie jest to zły znak. Kocha cię i jest zazdrosny. To jest w miarę normalne.

– Czy normalne jest traktowanie mnie jak puszczalskiej, wybuch wściekłości i trzaskanie drzwiami? – dla niej nie było to dobre wytłumaczenie.

Teresa kładła się spać, kiedy zadzwonił telefon. Było to pod koniec lata. Aż podskoczyła, bo nikt nie dzwonił do niej o tak późnej porze. Jej niepokój był uzasadniony. Dzwoniła matka Alberta, płakała, była zrozpaczona.

 – Albert został rażony piorunem. Jego stan jest bardzo ciężki. Lekarze nie chcą powiedzieć jakie są rokowania. Mówią, że każda prognoza byłaby przedwczesna, że trzeba poczekać.

– Ale co konkretnie powiedzieli?! Coś musieli powiedzieć?

– Że był to tragiczny i niezwykle rzadki przypadek. Na plecach Alberta widoczna jest okropna czerwona pręga z kilkoma odgałęzieniami. Wygląda jak wielki liść z milionami rozognionych żyłek. Ta pręga ciągnie się od szczytu lewej łopatki w dół do prawej strony ciała.

– Jak to się stało? Jak mógł uderzyć go piorun?

– Poszedł z psami na spacer do lasu. Zbliżała się burza. Nawałnica złapała go w drodze powrotnej na otwartej przestrzeni. Wszystko to obserwowali turyści przez okno werandy domu wypoczynkowego. Rozmawiali nawet między sobą o przedziwnej brunatnej chmurze w kształcie świni. Jeden z nich podobno powiedział:

– Chmura wygląda jak ogromna, rozwalona na ściółce maciora. Te charakterystyczne szpiczaste uszy i wielki zad. – Tak pisała prasa. – Wtedy zobaczyli samotnego mężczyznę z psami. Zatrzymał się na skraju lasu, popatrzył w górę a potem ruszył w pośpiechu w kierunku domów. To był Albert. Widzieli jak biegł w deszczu, kiedy z ogromnym hukiem uderzył w niego piorun. Opowiedzieli tę historię dziennikarzowi.

– Zobaczyliśmy błyskawicę lecącą z góry w jego kierunku. Człowiek padł na ziemię i już się nie podniósł.

Ofierze pioruna pośpieszyły z pomocą dwie osoby. Pierwszą był kierownik wycieczki. Zapytał głośno, czy ktoś mu pomoże ratować człowieka rażonego piorunem. Od stolika wstała kobieta, powiedziała, że jest lekarką. Pobiegła do swojego pokoju po kurtkę przeciwdeszczową. Kiedy mężczyzna czekał na nią, recepcjonistka dzwoniła już po pogotowie ratunkowe.

– Biegliśmy we dwójkę w kierunku mężczyzny. Po drodze lekarka wyjaśniła mi, że bezpośrednią przyczyną zgonu od pioruna jest zatrzymanie krążenia, dlatego konieczna jest natychmiastowa resuscytacja.

– Bez tego nie przeżyje – wyjaśniła i przyśpieszyła kroku.

Odc. 3 Spotkanie

Albert obudził się dopiero w karetce pogotowia. Przyjechała bardzo szybko. Od ratownika pogotowia dowiedział się, że został rażony piorunem. Zapytał, co z psami.

– Cudem pan przeżył – to były słowa, jakie usłyszał. – A psy uciekły.

W szpitalu natychmiast zajęto się ofiarą wyładowania elektrycznego. Lekarz dokonał oględzin i wykonał prześwietlenie. Piorun na szczęście nie uderzył bezpośrednio w Alberta. Było to wyładowanie iskrowe, prąd przeleciał po powierzchni ciała powodując ciężkie poparzenia. Oprócz nich na szczęście nie było innych obrażeń: złamań kości, uszkodzenia układu nerwowego powodującego paraliż kończyn czy zaburzenie widzenia. Czy słuch został uszkodzony, można było ustalić dopiero po kilku dniach.

Teresa głęboko przeżyła nagły i szokujący wypadek kuzyna. W pracy chodziła przygnębiona, będąc sama w domu czuła się przybita. Marcin nie okazywał jej prawdziwego współczucia. Pocieszał ją, ale miała wrażenie, że czyni to tylko z przyzwoitości. W pracy było lepiej. Szef zatrzymał ją na korytarzu, kiedy nie odpowiedziała na jego pozdrowienie.

– Teresko, co z tobą? Wyglądasz jak ukrzyżowana. Ty, osoba pogodna i towarzyska, w takim stanie!?

Inni pracownicy też ją pytali, dlaczego chodzi przygnębiona. Przedstawiała wtedy tragiczną historię kuzyna kończąc słowami:

 – Jest człowiek, nie ma człowieka – nie zdawała sobie nawet sprawy, że się powtarza.

Po dwóch dniach nadeszła dobra wiadomość: Albert przeżył fatalne uderzenie pioruna, jego stan się poprawiał. Po trzech dniach było już pewne, że jest na drodze do wyzdrowienia. To były bardzo pomyślne wieści. Wkrótce Teresa sama mogła zadzwonić do niego i porozmawiać. Zapamiętała jego słowa.

– Zmiana pogody omalże mnie nie wykończyła. Śmieszne. Nigdy nie myślałem o pogodzie w taki sposób.

Kilka miesięcy później Teresa otrzymała zaproszenie do Hasali na spotkanie rodzinne z okazji szczęśliwego powrotu Alberta do zdrowia. Nie mogła opuścić takiej okazji mimo, że nie był to dla niej dogodny czas. Był to okres intensywnej pracy, firma nadzorowała kilka oddawanych do użytku budów domów jednorodzinnych i duże przedszkole .

Zamiast samochodem pojechała pociągiem. Było to kilkaset kilometrów. Podróż była spokojna. Na przystanku kolejowym spotkała ją niespodzianka. W poczekalni kolejowej powitał ją sam Albert. Widać było po nim, że przeszedł coś bardzo bolesnego, był blady i szczuplejszy. Otworzył szeroko ramiona, promieniał radością.

– Nie wiesz nawet, Teresko, kto cię wita. Niedoszły nieboszczyk! Ale miałem szczęście! Mam teraz o czym opowiadać.

Zaśmiali się w jednym momencie jak na zawołanie. To ich tak rozbawiło, że znowu wybuchnęli śmiechem, zwracając na siebie uwagę osób obecnych w poczekalni. Nie przejmowali się tym.

Po przyjedzie do domu matki Alberta, gdzie odbywało się spotkanie, Teresa przywitała się z pozostałym gośćmi. Kuzyn towarzyszył jej przez cały czas. Po kilku minutach przeprosił ją.

– Wybacz mi, Teresko. Nie mogę towarzyszyć ci cały czas, mam jeszcze kilka innych osób. Muszę się nimi zająć. – Rozłożył ręce. – Taka jest rola gospodarza, któremu się poszczęściło. Trzeba dzielić się radością z bliźnimi.

Teresa chodziła od jednej grupki gości do drugiej z nadzieją na włączenie się do jakieś rozmowy. Nie znała nikogo oprócz Alberta. Po kilkunastu minutach uznała spotkanie za nudne. Rozmowy i wspomnienia ludzi wydały jej się mało ciekawe. Ktoś wspominał, że na pogrzebie jego ojca ksiądz mógłby powiedzieć coś pozytywnego o zmarłym zamiast powtarzać w kółko, jak krótkie jest ludzkie życie.

W grupie, do której w końcu dołączyła, rozmowa zeszła na temat wypadku Alberta, a następnie wpływu pogody i zjawisk atmosferycznych na człowieka.

– Ten wpływ jest znacznie silniejszy niż myślimy – podjął z przekonaniem siwy mężczyzna, mało atrakcyjny pięćdziesięciolatek z kępką rzadkich włosów na środku głowy.

Teresa słuchała go razem z dwiema innymi kobietami. Czuła do niego niechęć. Był tęgi, głośny i gadatliwy. Robił przerwy tylko po to, aby wziąć do ust kanapkę lub napić się alkoholu. Przyglądała mu się, zastanawiając się, co konkretnie ją razi w nim. Mężczyzna miał czoło poorane zmarszczkami przypominającymi bruzdy i lekko obwisłe policzki. Ubrany był w marynarkę; pod nią miał dwie koszule, tak to przynajmniej wyglądało, i niedbale zawiązany krawat. Mówił jednak intersująco. Kiedy odszedł na chwilę, aby przynieść sobie coś więcej do zjedzenia, Teresa zapytała stojącą obok blondynkę o wyraźnie umalowanych ustach:

– Kto to taki?

Odc. 4 Rozmowa

– To Józef Barski, meteorolog. Zna dobrze Alberta, kiedyś pracowali w jednej firmie. Ostatnio przekwalifikował się, jest teraz klimatologiem. Podobno dobry fachowiec. Klimatologia to jego ulubiony temat, zresztą bardzo modny. Pisze sporo do prasy, różne artykuły, ma wkrótce opublikować książkę na temat wpływu pogody na człowieka.

Po powrocie Barskiego z trzema kanapkami kobiety odeszły. Wyglądały na znudzone jego monologiem. Teresa przełamała niechęć do klimatologa i opowiedziała mu swoje przeżycia na statku w czasie huraganu Wilma. Barski wysłuchał jej z uwagą. Wiedział dużo o Wilmie, znał wiele szczegółów. Rozmawiali jeszcze co najmniej pół godziny; zdziwiła się, jak szybko przeleciał jej ten czas. Klimatologia nabrała dla niej nowego znaczenia.

Po powrocie do domu zaczęła uczęszczać na spotkania, odczyty, prelekcje i dyskusje o klimacie, szczególnie o wpływie pogody na samopoczucie człowieka.

Nadeszła wiosna, a wraz nią częstsze zmiany pogody, potem maj i czerwiec, okres burzowy. Siódmego maja Teresa przypomniała sobie, że nazajutrz są urodziny koleżanki z pracy, otrzymała na nie zaproszenie. Wyjątkowo nie miała chęci jechać na drugi koniec miasta więc postanowiła, że zamiast obchodzić urodziny, pójdzie na odczyt Zjawiska atmosferyczne w historii ludzkości”.

Spotkanie skończyło się około piątej po południu. Do domu wracała pieszo. Było to udane spotkanie, miała o czym myśleć. Prelegent był historykiem. Przypominała sobie fragmenty jego prezentacji.

Już w starożytności mieszkańcy Mezopotamii uważali, że zmiany pogody mogą przynieść ból i cierpienie. Na tabliczkach klinowych poświęconych bogini mądrości Nisabal zamieszczono zapis o wietrze „nadlatującym z dalekiego nieba i rozpalającym w oku człowieka chorobę”. W eposie o Gilgameszu siedem wiatrów przedstawiono jako siedem demonów powodujących gorączkę i różne schorzenia. Reprezentowali oni siedmiu synów jednej matki. Byli to: huragan, wicher północny, trąba powietrzna, burza piaskowa, wiatr mroźny, nawałnica oraz piekący wicher. Uważany za ojca medycyny Hipokrates z Kos mówił o tym, że “…należy rozważyć skutki, które może wywierać każda z pór roku. Różnią się one znacznie między sobą jak i w swych przemianach, bowiem z porami roku zmieniają się choroby ludzi. Hipokrates napisał traktat „O powietrzu, wodach i klimatach”, gdzie podkreślał znaczenie tych czynników dla zdrowia ludzkiego.

Teresa była nie dalej niż kilometr od domu, kiedy niebo zaczęło posępnieć. Tumany chmur jak na filmie schodziły w dół i wałęsały przy ziemi, rozkołtunione, nieprzyjazne, przytłaczające. To przypomniało Teresie prognozę pogody z poprzedniego dnia, kiedy dyżurny meteorolog zapowiedział zderzenie trzech frontów atmosferycznych.

– To się zdarza niezwykle rzadko i nic dobrego nie rokuje – Teresa przypomniała sobie jego głos, jakby zapowiadał pogrzeb mający się odbyć w słoneczne popołudnie, kiedy ludzie nastawieni są na radość i wesele.

Kobieta skoncentrowała się i zaczęła uważnie obserwować, co dzieje się wokół. Deszcz padał coraz bardziej intensywnie, zmieniał się kierunek i prędkość wiatru, zrobiło się chłodno. Czuła obniżające się ciśnienie. Nagłe uderzenie wiatru zmieszało powietrze jak w piekielnym kotle, łącząc ze sobą wszystko co najgorsze: spaliny, zanieczyszczenia, aerozole, pyły, fruwające kartki papieru i torebki plastikowe, jakieś drobne odpadki wysysane przez wiatr z koszy na śmieci z zakamarków ulic i placów. Znalazła się w centrum burzy i się przeraziła.

Potężny grzmot spowodował, że coś się w niej zapadło; nieznana siła zdusiła ją ku ziemi. Poczuła łamanie w prawym stawie kolanowym i napięte mięśnie pleców, zaraz potem pojawił się okropny ból głowy. Serce waliło jej jak młotem. Czuła, że umiera, zupełnie jak na statku wycieczkowym u wybrzeży Florydy. Ruszyła szybciej do przodu jakby chciała podbiec do odjeżdżającego autobusu, lecz nogi ją zawiodły i upadła. Leżąc na chodniku widziała przechodniów gromadzących się wokół niej, słyszała ich głosy. Ktoś wzywał pogotowie ratunkowe i policję. Przez głowę przewalały jej się pogmatwane myśli i obrazy.

Odc. 5 Upadek

Pierwszy na miejscu zdarzenia pojawił się sierżant policji. Szybko wysiadł z samochodu i podbiegł do leżącej kobiety otoczonej już większą grupką osób. Jego pierwszym odruchem było udzielić pomocy. Nachylając się nad nią usłyszał syrenę i kątem oka zauważył zbliżającą się kartkę pogotowia. To zmieniło jego plan. Poprosił przechodniów o odsunięcie się od kobiety i szybko wykonał smartfonem jej zdjęcie, po czym przystąpił do przesłuchania świadków. Pierwszym był mężczyzna w staromodnym kapeluszu i szerokim płaszczu.

– Szła dwadzieścia metrów przede mną. Widziałem wszystko wyraźnie. Upadła na ziemię, kiedy uderzył piorun. Wydawało mi się, że się potknęła.

Sierżant popatrzył na chodnik i na stopy kobiety. W miejscu, gdzie leżała na boku z lewą ręką wyciągniętą do przodu i głową lekko uniesioną do góry, chodnik był równy a jej obuwie miało płaskie obcasy. Zeznanie mężczyzny wydało mu się mało prawdopodobne.

– Zabił ją piorun – głośno odezwała się niewiasta w ciemnej kurtce z lamówką na kołnierzu. Nad głową trzymała parasolkę. – Jak upadła, dostała drgawek, poruszyła nogami trzy razy i to było wszystko. Na pewno nie żyje. To ofiara szatana! Niech pan popatrzy na jej twarz. Ma na ustach ten … ten … dziwny, wyzywający i drwiący uśmiech. Wygląda, jakby cieszyła się, że to ona uśmierciła piorun, a nie piorun ją!

Słowa kobiety zabrzmiały groteskowo i nie na miejscu. Popatrzył na mówiącą z niechęcią i poprosił o podanie adresu i telefonu. Wahała się. Wtedy zażądał dowodu osobistego, aby spisać z niego dane osobowe.

Teresa słyszała głosy nad sobą, nie była jednak w stanie reagować. Czuła się podle, wyczerpana do cna, jakby przebiegła maraton. Postacie otaczających ją ludzi rozmazywały jej się przed oczami i znikały, po chwili znowu się pojawiały. Widziała wyraźniej ich obuwie, dolne części kończyn i nachylające się nad nią twarze z szeroko otwartymi oczami. Pomyślała, że są to przebierańcy prosto z maskarady lub istoty nie z tej ziemi.

– Niby jest ubrana normalnie, ale naprawdę to wygląda jak rozmamłana pijaczka w stroju skradzionym z bogatej rezydencji albo pałacu – odezwała się przyjaciółka kobiety w ciemnej kurtce. – W tej dzielnicy mieszka wielu bogatych ludzi. Ja też myślę, że ona nie jest normalna. Te jej usta tak dziwnie wygięte. To kobieta upadła, ofiara zepsucia moralnego.

Teresa słyszała szepczące między sobą kobiety. Stały w odległości nie większej niż dwa metry od niej i przyglądały jej się rozmawiając.

– Usta im się nie zamykają – pomyślała. Zapamiętała je obydwie. Jedna, młodsza, ubrana na ciemno, miała na sobie szeroką spódnicę i bluzkę, przykryte ciemną kurtką z podniesionym kołnierzem. Druga była starsza i ubrana w niepasujący jej wiekowi kolorowy strój nastolatki. Na nogach miała jasne getry tak obcisłe, że znikały pod nimi kształty jej nóg.

W stanie półprzytomności Teresa czuła, że jest ofiarą burzy i będzie tak leżeć do końca świata. Przypomniały jej się przeżycia na statku wycieczkowym, najgorsze zdarzenia, jakie spotkały ją w życiu. Wylewały się z jej pamięci jak deszcz z urwanej rynny, wszystkie na raz, mieszając przeszłość z teraźniejszością.

Kiedy podeszli ratownicy z noszami, sierżant poinformował ich, że został wezwany telefonicznie i wie tylko tyle, że kobieta upadła i straciła przytomność w momencie uderzenia pioruna.

– Prawdopodobnie przestraszyła się i zasłabła – zasugerował ratownik. – To się zdarza.

Odc. 6 Ratunek

Ratownicy nie ociągając się zajęli się ofiarą fatalnej pogody. Ułożyli kobietę w wygodniejszej pozycji, podkładając płaską poduszkę pod głowę, sprawdzili puls i oddech. Widząc, że staje się coraz słabszy, przystąpili do reanimacji, masażu serca i sztucznego oddychania. Poprawa nie nastąpiła od razu. Kiedy Teresa zaczęła powracać do przytomności, jeden z ratowników podniósł jej głowę, drugi podał jej do ust jakieś lekarstwo. Jego twarz ją wystraszyła; mężczyzna miał długie, białe włosy i kobiece rysy twarzy. Widziała w niej surowość i niepokój.

Teresa przypomniała sobie swoją chorą psychicznie matkę. Miała trzy lata, kiedy matka oddała ją pod opiekę swojej siostry zanim odwieziono ją do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Wszystko było otoczone tajemnicą. Ona sama o tym nikomu nigdy nic nie mówiła. Matka była głęboko religijna, miała widzenia, słyszała głosy dochodzące z nieba. Teresa przeraziła się; panicznie bała się matki. Pamiętała jej wychudłą twarz i rozbiegane oczy w dniu, kiedy widziała ją po raz ostatni. Pamiętała też jej niespokojne krzyki nocne. Teraz poczuła jej obecność obok; stała obok i patrzyła na nią z napięciem.

Kiedy ratownik wlał jej do ust środek wzmacniający, była przekonana, że to matka z litości dzieli się z nią swoją ulubioną whisky, wlewając jej do ust kilka naparstków alkoholu, aby ją ratować. Usłyszała słowa modlitwy spływające z jej ust wysuszonych wieloletnim nadużywaniem alkoholu. Potem usłyszała, jak matka mówi do niej:

– Życzyłabym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę leżeć na ziemi konając z pragnienia.

Chwilę później doszedł Teresę męski gardłowy głos:

– Masz to jak w banku!

Dobiegał od strony budynku z czerwonej cegły stojącego po drugiej stronie ulicy. Z trudem obróciła głowę w tamtym kierunku. Był to hotel Marago. Przypomniała sobie informację podaną w radio, że zarząd miasta zakwaterował tam grupę członków sekty religijnej „Bezgrzeszni Samarytanie”. Zobaczyła ich. Patrzyli na nią z dwóch otwartych okien trzeciego piętra, machali bukietami kwiatów i pozdrawiali ją radosnymi okrzykami.

Leżała na noszach wewnątrz karetki, kiedy się przebudziła. Nachylała się nad nią młoda kobieta w białym fartuchu.

– Otrzymała pani zastrzyk z adrenaliny. Zaraz dojdzie pani do siebie. Ma pani zdrowy organizm, ale silnie reaguje pani zmianę pogody. Nie pani jedna poczuła się dzisiaj gorzej. Nieliczni pacjenci doświadczyli jednak tego, co zdarzyło się pani, czyli utraty przytomności.

Zastrzyk z adrenaliny, pocieszające słowa ratującej ją lekarki, jej uśmiech i ciepłe gesty ratowników poprawiły samopoczucie Teresy. Pomyślała, że świat jest piękny mimo zabójczej pogody, wirusa, przerażających wspomnień o chorej psychicznie matce, zazdrosnego kochanka oraz przywidzeń i majaków.

Michael Tequila
Gdańsk, 6 maja 2021

0Shares

Zabójstwo. Opowiadanie surrealistyczne.

– Zabiła go pogoda – orzekł młodszy posterunkowy Zupak, wyjmując ołówek, kalkę i notatnik.

Pogoda nie mogła być nędzniejsza. Od trzech dni tumany chmur wałęsały się przy ziemi, rozkołtunione, wredne, duszące za szyję samym swym widokiem. W końcu dopadła Szaleńca walczącego z wiatrakami uprzedzeń rasowych, seksualnych i medycznych, kiedy szedł do sklepu z psem, schwyciła za gardło i zdusiła ku ziemi. Nawet się nie bronił. Kilka razy poruszył nerwowo nogami jakby chciał podbiec do odjeżdżającego autobusu i to było wszystko.

– Świadkowie twierdzą, że poruszył nogami pięć razy, inni, że trzy – zapisał w notatniku posterunkowy Zupak. – Tak czy inaczej po zakończeniu tego dziwnego spektaklu denat znieruchomiał na dobre. Tak to sobie wydedukowałem.

Wierny pies Szaleńca uciekł, aby zanieść wiadomość rodzinie, że czas już dzielić spadek. Sam miał nadzieję na stosik świeżych kości oraz większą sztukę wołową, jakie właściciel obiecał mu zapisać w swojej ostatniej woli. Domownicy ucieszeni wiadomością się rzucili do szafki, gdzie Szaleniec trzymał dokumenty, była jednak zamknięta na kłódkę i dodatkowo zakratowana.

Upadły leżał przy chodniku w kałuży błota. Obchodzono go z daleka, bo przedstawiał niemiły a może nawet i odrażający widok, zachowując na ustach wyzywający, sardoniczny uśmiech jakby to on uśmiercił pogodę, a nie ona jego.

– Niby to człowiek, ale bardziej przypomina rozmamłany wór starych ubrań dla bezdomnych ofiar wielkiego dobrobytu. – Szeptały między sobą dwie niewiasty. Stały naprzeciwko siebie i konwersowały; jedna młoda ubrana na czarno, w szerokiej spódnicy i druga starsza, w kolorowym stroju dzierlatki i getrach tak obcisłych, że momentami znikał pod nimi kształt jej nóg.

I leżałby tak człowiek szalony, ofiara pogody, do końca świata, gdyby nie słoneczko, które pojawiło się dwie godziny później oraz sześć naparstków whisky, jakie litościwy pijak wlał mu do ust. Ratując człowieka, słowa modlitwy spływały z jego własnych ust wysuszonych wieloletnim obcowaniem z napojami wyskokowymi.

– Życzyłbym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę na ziemi na klęczkach głodu i pragnienia.

– Masz to jak w banku – odezwał się głos od strony wysokiego budynku, gdzie zakwaterowano wielką gromadę nowoczesnych Samarytan od Świętego Grzechu. Patrzyli w dół z dziesiątego piętra pozdrawiając go rękami pełnymi obietnic.

Ich ciepłe gesty dotarły do Pijaka i Szaleńca przekonując ich ostatecznie, że świat jest piękny mimo nędznej pogody, okrutnego wirusa,  zazdrosnych kochanek, zaplutych polityków i wszystkich innych nieszczęść cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 4 marca 2021

0Shares

Powieść “Cezarea”. Odc. 1: Kronikarz Taranta pisze kronikę

Joseph Noel Paton: The Reconciliation of Titania and Oberon

Wirgil Taranta obudził się po nocy snów płochych jak myśl rozbawionej kotki, dzielących czas na dłuższe chwile czuwania i krótsze chwile marzeń. W chmurze odchodzącej senności zauważył kolorową bańkę podobną do mydlanej, wypełnioną po brzegi dziwnymi napisami. Przyjrzał im się bliżej. Wydały mu się świeże i naturalne niczym mleko prosto od krowy. Chwytał je po kolei delikatnie w palce i odczytywał. Udało mu się odczytać co najmniej pięć. Zachęcały go, aby pisał kronikę towarzyską rodzimej Cezarei, obiecując niezwykłą fabułę, żywe wątki, nagłe zwroty akcji oraz bohaterów osadzonych mocniej w rzeczywistości niż kamienie młyńskie.

Napisy były tak przekonywujące, że Wirgil Taranta wziął je za boskie polecenie.

Kiedy jednak przyjrzał się im bliżej, zauważył coś czarnego i kosmatego, jakby gruby potargany sznur. Domyślił się, był prawie pewien, że był to diabeł. To go zdezorientowało. Poczuł się zagubiony. Czerń myliła mu się z bielą a kosmatość z atłasem. Tak go to poruszyło, że skomponował poemat, rodzaj refleksji na temat dobrych i złych obszarów mocy.

Po śniadaniu, smakującym jak jaja w miodzie zaprawione cytryną, zadzwonił do Edwarda Teu, swego przyjaciela i sąsiada z osiedla, aby opowiedzieć mu o niezwykłych przeżyciach.

– Ucieszyłem się, że w końcu się obudziłem z tego snu. Zmartwiłbym się, gdybym tego nie zrobił. Męczyłoby mnie poczucie straconego czasu, a potem poczucie winy. Wolałem o tym nie myśleć, bo negatywne myślenie to najkrótsza droga do depresji. Teraz pozostaje mi tylko zająć się objawieniem. Po tej deklaracji Wirgil wyrecytował swój poemat bez tytułu:

W przepastnej nocy rozpadlinie
sen majakami opornie płynie,
przez skały myśli się przeciska
i świadomością co raz błyska.

Wspomnienie zdarzeń sen wypłasza,
śle od Annasza do Kajfasza,
od pragnień tego, co niespełnione
do żalu po tym, co poronione.

W tumanach cieni jaźni bryzgi
do bogów nocy ślą umizgi
prosząc o senne pokrzepienie;
o nocy, dnia bądź przebaczeniem!

Teu chętnie wysłuchał jego recytacji; była nadawana na jego ulubionej fali. Noc niejednokrotnie również zaskakiwała go swoimi dwuznacznymi zagrywkami.

*****

Kolorowa bańka z przesłaniem przesądziła sprawę. Wirgil Taranta postanowił pisać kronikę Cezarei, reprezentującej wzór idealnego społeczeństwa, nie tylko w Europie. Dzieląc się swym planem, Wirgil poprosił przyjaciela o opinię i wsparcie.

– Chodzi przede wszystkim o to, aby ujawnić wszem i wobec, jacy jesteśmy, co myślimy i dokąd zmierzamy. Pokazać kontrasty: lśniące morze i szorstkie sztolnie kopalniane, ludzi łysych i kosmatych, rudych i prawdomównych. Naczelnika Kukułę jak i prostego wyrobnika obsługującego taśmę produkującą samochody przyszłości z napędem elektrycznym. Mądry rząd i zagubioną w polu opozycję. Zdrowo myślące krowy i psa goniącego własny ogon. Premiera z różańcem w ręku i jego seksualną sekretarkę.

Edward Teu pomyślał, że przyjaciel zapędził się w ślepy zaułek chorobliwego entuzjazmu. Zadał sobie pytanie, dlaczego zwrócił się z tym do niego. Odpowiedź pojawiła się prawie automatycznie. – Byłem na podorędziu, na wyciągnięcie ramion. Gdybym był nieślubnym dzieckiem lub podłym złoczyńcą, też zapewne chciałby wyjawić mi swoją tajemnicę.

Zagubiony w myślach Teu nie zwrócił uwagi, że przyjaciel kontynuuje wywody.

– Cezarea i my, jej mieszkańcy, naprawdę jesteśmy pępkiem świata, a nie jakąś kropką na afrykańskim odludziu, gdzie biały diabeł mówi dobranoc czarnym mieszkańcom. Wiarę w centralne położenie i znaczenie Cezarei trzeba utrwalić i upowszechnić. To będzie moja rola.

Wiedziałem o co mu chodzi z tym pępkiem świata. O wiarę, że to co dzieje się u nas jest znaczące i ważne także dla innych krajów, może nawet i kontynentów.

*****

Decyzja Wirgila nie zaskoczyła Edwarda Teu. Pomysł prowadzenia kroniki od dawna dojrzewał w siwej głowie Wirgila. Była jak rozgrzany tygiel, w którym obserwacje i wyobrażenia właściciela przetapiały się w litery, słowa i zdania.

Wirgil Taranta rozmarzył się.

– Kronika Cezarei! Jej treść i piękno wstrząsną każdym wrażliwym czytelnikiem jak widok osiki siekanej tasakami deszczu przez wiosenny wiatr.

W tych słowach było natchnienie i poezja. Teu uznał, że przyjaciel posiada talent, który pod żadnym warunkiem nie może się zmarnować. Udzielił mu błogosławieństwa. Przyjaciel przyjął je z godnością.

Obydwaj nie zdawali sobie sprawy, jaki krzyż biorą na ramiona.

0Shares

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 181: Gniew gubernatora i debata publiczna nad Apokalipsą

Przyczyny destrukcyjnej pogody długo pozostawały niewyjaśnione. Meteorolodzy sprawdzili historyczne zapisy pogody i nie znaleźli w nich niczego podobnego. Wyjaśnienie anomalii pogodowych stało się koniecznością, wręcz imperatywem, dla meteorologii, zarządzania antykryzysowego, nauki, a także dla zwykłych ludzi pragnących lepiej rozumieć los i przeznaczenie. Było to oczywiste dla wszystkich bez wyjątku.

Na pierwszym posiedzeniu rządu w sprawie Apokalipsy Barras zażądał wyjaśnień.

– Przedstawcie mi choćby najprostsze wyjaśnienie przyczyn. Tyle negatywnych zjawisk w jednym czasie! Musi być jakieś rozsądne wytłumaczenie.

Dyskusja przebiegała rachitycznie. Ministrowie koncentrowali się, starali się znaleźć wyjaśnienie, widać było wysiłek na ich twarzach. Gubernator siedział z boku, patrzył i przysłuchiwał się. Argumenty wydawały mu się naciągane, zbyt proste albo zbyt skomplikowane. W miarę dyskusji jego twarz coraz bardziej czerwieniała, oczy ciemniały, usta zaciskały się w gniewny paseczek. Siedzący obok minister zdrowia przestraszył się, że premier dostanie apopleksji i zapytał go, jak się czuje i czy nie potrzebuje pomocy. Gubernator wybuchł jak petarda.

– Milcz, cholerny konowale! – uciął brutalnie. Kiedy wszyscy zamilkli wpatrując się w niego z niepokojem, wstał i wyrzucił z siebie stek przekleństw.

– Wasze nieporadne wyjaśnienia można o kant dupy rozbić. Nie po to was tutaj zebrałem, abyście pieprzyli trzy po trzy i robili sobie żarty z najpoważniejszej sprawy, z jaką mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

Nie krył się ze słowami ani emocjami. Poniosło go całkowicie. Mimo, że zachował się podlej niż pijany furman, któremu zdechł koń wskutek nadmiernego wysiłku, rozumieli go, mieli poczucie, że go zawiedli i że jest to najbardziej kryzysowa sytuacja, w jakiej kiedykolwiek znalazł się kraj. 

– Czy wy zdajecie sobie sprawę, gnojki, że los nas wszystkich zależy od tego, czy w pełni zrozumiemy, co się stało, dlaczego to się stało i czy na tej podstawie podejmiemy odpowiednie środki? Sytuacja jest gorsza niż wojna. Prosiłem was, abyście zastanowili się nad przyczynami i przedstawili jakieś wyjaśnienia. A wy co? – Kiedy mówił dyszał ciężko, twarz miał purpurowo-czerwoną. Siedzący przy stole ministrowie zbledli i skurczyli się. Gubernator patrzył na nich z pogardą. Zawiódł się na nich całkowicie. Było mu wszystko jedno, jak go odbierają. Zwrócił się do nich głosem cichym ze zmęczenia:

– Wynoście się z mojego gabinetu. Wszyscy bez wyjątku. Nie chcę was dzisiaj widzieć na oczy.

Po odejściu ministrów Blawatsky wezwał kierowcę i kazał wieźć się do domu. Zazwyczaj chętny do rozmowy nie odezwał się ani słowem. Kierowca wyczuł jego nastrój i nie otwierał ust. Prawda okazała się dla gubernatora bardziej bolesna i ponura niż myślał. Apokalipsa była karą także za fatalne decyzje gospodarcze i społeczne jego rządu. Rząd i społeczeństwo dopuścili się okropnych czynów i zaniedbań. Kościół nazywał je grzechami. Gubernatorowi wydało się, że nie ma skrawka ziemi, gdzie nie pleniłyby się chwasty błędów i wypaczeń, które wywołały Apokalipsę.

Następnego dnia gubernator wystąpił z propozycją szerokiej debaty publicznej pod egidą rządu. Sprawy potoczyły się szybko, jak tylko wyjaśniono, że „egida” nie oznacza bynajmniej tajnej inicjatywy rządu pod adresem opozycji lub społeczeństwa. Z inicjatywy urzędników państwowych, którzy w zwiększonej aktywności dostrzegli szansę poprawienia swego wizerunku, powołano komitet koordynacyjny. W jego skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Porządku Publicznego, Krajowego Sztabu Antykryzysowego, Głównego Instytutu Meteorologicznego, wojska, uczelni wyższych, związków pracodawców i pracobiorców, Kościoła Hierarchicznego, organizacji pozarządowych oraz Zrzeszenia Meteopatów.

Debata narodowa skończyła się na wielu mniejszych debatach, najpierw regionalnych, następnie okręgowych, miejskich i wiejskich, w końcu lokalnych prowadzonych w domach kultury i remizach strażackich. Dyskutowano również po domach. Skutkiem były najczęściej kłótnie rodzinne, pijaństwo oraz godzenie się małżonków w łóżku.

Niezwykle poważnie sprawę potraktowało Kolegium Naszej Pani Różańcowej, autonomiczna uczelnia wyższa, specjalizująca się w zagadnieniach rozwoju społecznego, religii oraz meteorologii. Uczelnia od lat głosiła pogląd, że klimat ma podstawowe znaczenie dla rozwoju społeczności ludzkich. Inicjatorem dyskusji był rektor, któremu trąba powietrzna zniszczyła dom na wsi oraz rozpędziła na cztery wiatry duże stado owiec.

– Poniesione przez społeczeństwo straty materialne stanowią potężną motywację do odkryć naukowych. – Słowa rektora miały być zachętą dla naukowców do rzetelnej pracy nad zagadnieniem.

Na spotkanie w Kolegium zaproszono przedstawicieli środowisk akademickich, rządu, instytucji kościelnych oraz instytutów meteorologicznych. Po kilku rundach wymiany poglądów, wedle prasy nieco chaotycznej, wykrystalizowało się przekonanie, że u podstaw Apokalipsy musiała leżeć jakaś głębsza przyczyna.

– Zjawiska atmosferyczne o takiej intensywności i różnorodności trwające kilka dni z rzędu to zbyt skomplikowany układ, aby był dziełem przypadku – podsumował matematyk, profesor Tatsche, nawiązując do pojęcia „zwykłej złożoności obliczeniowej”, zależnej od rozmiaru wejścia oraz „pamięciowej złożoności obliczeniowej”, która jest miarą wykorzystanej pamięci maszyny abstrakcyjnej.

Nikt obecny na sali nie zrozumiał jego wywodu, poza samym wnioskiem, że Apokalipsa nie mogła być dziełem przypadku, tylko że ktoś lub coś było jej powodem. Ponieważ mądrość przyrody, jaką częściowo reprezentuje mózg ludzki, nie znosi próżni, intepretowano to jako Bóg lub człowiek. Umysły prostsze nie zadały sobie nawet takiego wysiłku, upraszczając wypowiedź naukowca do stwierdzenia w rodzaju: „Stoi, bo stoi.” Z wystąpienia profesora Tatsche zapamiętano najbardziej jego dużą głowę ozdobioną bujną czupryną oraz chropawy akcent, o tyle niezrozumiały, że był to potomek niemieckich imigrantów, ale już w trzecim pokoleniu. Kraj pochodzenia profesora nie budził wątpliwości; nazwisko było aż nadto wymowne.

Intensywne debaty trwały kilka tygodni, lecz nie przyniosły nowych wyjaśnień. Oprócz mediów, rządu i społeczeństwa rozczarowani byli także sami ich uczestnicy. Dalsze działania mające na celu rozwikłanie zagadki Apokalipsy nie nazywano już debatami, tylko dyskusjami. Pojawiały się one i zanikały podobnie żywiołowo jak pogoda, nad którą dyskutowano. Brało w nich udział całe społeczeństwo, ponieważ skutki klimatycznych zdarzeń dotknęły bezpośrednio lub pośrednio wszystkich obywateli.

Wkrótce gubernator zlecił opracowanie nowego raportu na temat przebiegu zdarzeń i diagnozy przyczyn. Sam wytypował grono naukowców i powierzył im to zadanie.

Michael Tequila w księgarni internetowej: https://tinyurl.com/y7cza5ncKliknij i kup!

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 169: Tsunami

Potworna siła żywiołu doprowadzała ludzi do szaleństwa, kiedy tracili rozum i opowiadali potem niestworzone historie. Mówili między innymi, że widząc własne domy rozpadające się w jedną sekundę pod uderzeniem tornada ludzie tak mocno załamywali ręce, że odpadały od ciała. Nie były to przypadki częste, ostatecznie jednak prawdziwe, skoro potem pokazywano w muzeum fragmenty rąk w charakterze eksponatów. Przerażające dowody tej tragedii budziły sprzeciw lekarzy argumentujących, że ludzie załamują ręce nie ze względów klimatycznych, ale z innych przyczyn, głównie osobistych. Ostatecznie budzące kontrowersję eksponaty wycofano z muzeum i zrobiono im chrześcijański pochówek we wspólnym grobie, na co nalegał kościół dostrzegający w nich dowody kary boskiej za ludzkie grzechy. Nocą w mieście panowały takie ciemności, że ludzie rozjaśniali mieszkania świeczkami, wyciągniętymi z lamusa lampami naftowymi, latarkami elektrycznymi, czym kto mógł. Niektórzy instalowali prowizoryczne oświetlenie podłączając się do akumulatorów samochodowych. 

Szalony żywioł pozostawił kraj w rozsypce, przedmioty porozrzucane po kątach, poukrywane przed ludzkim okiem. Odejście tornado mieszkańcy uznali za znak przesilenia, koniec nieszczęść i zaczęli gromadzić się w ocalałych kaplicach, kościołach i świątyniach, aby wspólnie dziękować Bogu za ocalenie.

Stan Sefardiego nie pogorszył się, ale i nie polepszył. Był przytomny, nie był jednak w stanie ruszyć nawet ręką, prawie zapadając w letarg. Czuwała przy nim rodzina i przyjaciele, pocieszając go i zachęcając do wytrwania.

Trzeciego dnia, o świcie rozjaśnionym pierwszymi promieniami słońca, nadeszło tsunami, jakiego nikt nie był w stanie sobie wyobrazić. W ciągu kilku godzin spustoszyło ono całe wybrzeże i przyległe tereny.

Śladem tsunami poszła przyroda, dokonując aktów szaleństwa na własną modłę. Ptaki pozbawione gniazd i piskląt, oszalałe z przerażenia, zwijały się w powietrzu w samobójczych lotach, cudem tylko unikając zderzenia i niechybnej śmierci. Dzikie kaczki, gęsi i łabędzie łączyły się razem w niezliczone stada, aby odlecieć do ciepłych krajów, choć pora była całkowicie przedwczesna, marzenia nowożeńców o szczęściu umierały na progu ich nowych wyśnionych domów, stopy zdrowych ludzi wyginały się na zewnątrz jakby porażone jakąś okropną chorobą, piasek rozgrzany w południe przez słońce nie parzył, ale chłodził, dziwaczne przywidzenia okazywały się rzeczywistością już kilka godzin później. Lekarze-psychiatrzy i seksuologowie notowali przypadki wysokich kobiet ubierających się na czarno, aby oddawać się miłośnie niskim mężczyznom oraz młodych mężczyzn tracących wigor wobec żon i kochanek patrzących im prosto w oczy. Wieczorem tego samego dnia psy wyły do księżyca skrytego po drugiej stronie kuli ziemskiej, a spokojne dotychczas koty napadały na groźne buldogi, omijając z daleka łagodne labradory. Nawet jeśli nie wszystkie z opisywanych zjawisk były prawdą, to zatrważające było to, że ludzie je wymyślali i powtarzali z takim przekonaniem, jakby sami tego doświadczyli.

Pod wpływem fali oceanicznej drzewa łamały się łatwiej niż zapałki lub gięły się do ziemi bijąc pokłony srożącemu się żywiołowi. Domy rozpadały się i znikały pod powierzchnią wody, ich szczątki ocean rozrzucał wokół jak prochy pozostałe po kremacji zmarłego. Około południa fala odeszła z sykiem piany, podobna do węża cofającego się do kryjówki po uśmierceniu ofiary. Dzień ten przeszedł do historii jako „Czarna Sobota” lub „Dzień Tsunami”.

Tsunami nie wyczerpało listy niespodzianek. Wkrótce po tym, jak ostatni fragment zmechaconej piany wtopił się w piasek plaży, a słońce oderwało się od południa i rozpoczęło drogę ku zachodowi, powietrze zaczęło odkupywać swoje grzechy. Złagodniało ono tak balsamicznie, że młodzi ludzie, mężczyźni i kobiety, zaniedbując swoje obowiązki porzucali stanowiska pracy, aby przechadzać się po parkach, nad strumieniami i stawami, zapominając o bożym świecie i otaczających ich zniszczeniach. Doprowadzało to do rozpaczy ludzi, widzących ogrom zadań do wykonania, nieczułych na cudowną pogodę oraz dezorientowało rodziców, którym bliższy był smutek i żal za grzechy niż uściski i miłosne objęcia.

2Shares

Wakacyjna poezja ratunkowa

Podróżnym, pięknym kobietom i bogatym mężczyznom, wysokim czynnikom połączonym chomątem pożądania władzy, biedakom oczekującym cudu, bezdomnym lunatykom pracującym pod mostem nad pomysłem lepszego życia oraz wszystkim Czytelnikom zagubionym w upale lub w deszczu oferuję nastrojowy wiersz ze słonecznej Australii, latem wściekle gorącej, zimą chłodnej i wietrznej, a zawsze przestrzennej. Czy wiesz, że najniższa temperatura zanotowana w Australii to – 22 stopnie C, a najwyższa to + 55 stopni C. 

Od dzisiaj żłopię

Tekst napisany w nastroju kempingowym w spokojnej, nadmorskiej miejscowości Streaky Bay na półwyspie Eyre.

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Streaky Bay, 14 października 1997

Link do opinii o zbiorze poezji Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” https://michaeltequila.com/?page_id=47 

2Shares

O pogodzie i pisarstwie

Siedzę przed ekranem komputera i czekam na przypływ inwencji twórczej i energii. Zastanawiam się, jak bardzo jestem związany z naturą, czyli ze środowiskiem naturalnym, pogodą, pożywieniem, powietrzem, wodą, tym wszystkim, co mnie otacza i co konsumuję. Kiedy piszę ten tekst, dzień jest szczególnie zimny i niezwykle wietrzny. Ciśnienie zmienia się nieprzerwanie zważywszy na gwałtowne porywy wiatru. Wiatr jest ruchem masy powietrza wywołanym zmianą ciśnienia atmosferycznego; powietrze przepływa z miejsca wysokiego ciśnienia do miejsca niższego ciśnienia. Silny wiatr i skoki ciśnienia fatalnie wpływają na moje samopoczucie, energię, zdolność koncentracji. W „złe” dni nie pomaga nawet kawa konsumowana w dużych ilościach, i to nie byle jaka, ale solidna, mocna.

Pracuję nad opowiadaniem pierwotnie pomyślanym jako humoreska kosmiczna. Pierwsza wersja nie wypadła dobrze. Gorzej, wypadła miernie. Pisałem ją spontanicznie, w dobrym czasie, kiedy to idee z łatwością przekształcają się w tekst opowiadania. Szybkie i łatwe pisanie niekoniecznie gwarantuje wysoką jakość. Przerabiam więc pierwotną wersję opowiadania. Najpierw przestudiowałem opinię, którą otrzymałem od pani Ewy, mojej recenzentki, wspaniałej osoby, która rzeczy traktuje fachowo, rzetelnie i bezpośrednio, i wynotowałem sobie wszystkie ważne uwagi, komentarze, zalecenia i sugestie. Jeśli piszesz tekst literacki i masz możliwość uzyskania kwalifikowanej opinii na jego temat, skorzystaj! Nie ma lepszej formy pomocy.

Na liście zadań do wykonania znalazły się: określenie celu opowiadania, stworzenie fabuły, określenie punktu wyjściowego i zakończenia opowiadania. Dodałem do tego listę opisów postaci wyróżniając głównego bohatera (postaci pierwszoplanowej), który będzie miał największy udział w rozwoju wydarzeń. Niby to proste i oczywiste, w rzeczywistości trzeba zdrowo nagłowić się, aby wszystkie elementy opowiadania wiązały się w jedną, klarowną, przekonywującą i interesującą całość.

Każdy ma swój styl pracy. Ja najpierw wyobrażam sobie fabułę, następnie piszę fragmenty opowiadania, które pokazują rozwój wydarzeń. Możnaby nazwać je epizodami lub scenami. Najchętniej przedstawiam je w postaci dialogów oraz akcji podejmowanych przez bohaterów. Narracja jest trudniejsza; często wydaje mi się, że jest mniej ciekawa i mniej dynamiczna, a niekiedy zbyt nudna. W oparciu o nowy plan omalże tworzę opowiadanie od nowa starając się wykorzystać fragmenty pierwotnego opowiadania. Czasem łączenie nowego ze starym jest niemożliwe, zapominam więc o starej treści i tworzę odmienną. Nie jest to najprzyjemniejsze zajęcie, ale ma sens, jeśli tylko uda się stworzyć nową, ciekawszą i lepszą stylistycznie wersję.

Zanim ktoś uwierzy w autora, on sam musi wykazać ogromne zasoby cierpliwości, wytrwałości i wiary w swój talent i sukces. Los pomaga tym, którzy pomagają sobie. Brzmi to jak cytat z biblii, dodam więc tylko: Amen.

 

0Shares