Zrzutka

Drodzy Czytelnicy,

Zbieram pieniądze na wydanie tomiku moich poezji “Oniemiałość”. Planuje dodać do nich także moje “Aforyzmy i myśli”.

Link: poezje do publikacji: https://michaeltequila.com/?m=20200520 

Link: aforyzmy i myśli: https://michaeltequila.com/?m=20200604 

Wydałem już na własny koszt 3 książki, czwartą współfinansowałem. Publikacja książki przez wydawnictwo to koszt około 10.000 zł, we własnym zakresie mogę to zrobić za 2 800 zł, trzy razy taniej. Nie jestem w stanie dalej inwestować w publikację moich książek. Taka inwestycja zwraca się niezwykle powoli, praktycznie nigdy się nie zwraca, chyba że jest się powszechnie znanym autorem. Dlatego też szukam pomocy w formie coraz popularniejszej publicznej zbiórki funduszy, inaczej mówiąc – zrzutki).

Będę wdzięczny za każdą pomoc: wpłatę, promocję zrzutki, umieszczenie linku na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Linkedin, przesłanie linku emailem innym osobom.

Osoby, które wpłacą 25 zł lub więcej, otrzymają ode mnie egzemplarz zbioru poezji “Oniemiałość”  lub, jeśli sobie tego zażyczą, jedną z następujących pozycji:  “Klęczy cisza niezmącona” (poezje), “Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” (opowiadania), “Cztery portrety cudze i jeden własny” (powieść). Proszę tylko o podanie adresu email  w momencie wpłaty, lub imienia i nazwiska, jeśli znam daną osobę. 

Adres zbiórki: https://zrzutka.pl/e64bet

Zrzutka kończy się 12.07.2020

Z góry dziękuję za pomoc,
Michael Tequila

0Shares

Poezje refleksyjne. Zbiór “Oniemiałość”.

Drodzy Czytelnicy,

Poniżej przedstawiam wiersze powstałe w Australii lub inspirowane moimi przeżyciami w tym kraju. Zdecydowałem się je opublikować. Zbieram w tym celu fundusze. 

Wydałem już na własny koszt 3 książki, czwartą współfinansowałem. Publikacja książki przez oficjalne wydawnictwo to koszt około 10.000 zł, we własnym zakresie mogę to zrobić za 2 800 zł, trzy razy taniej.

Nie jestem w stanie dalej inwestować w publikację moich książek. Taka inwestycja praktycznie się nie zwraca, chyba że jest się powszechnie znanym autorem, dlatego też szukam pomocy w formie coraz bardziej popularnego crowdfundingu (publiczna zbiórka funduszy, potocznie –  zrzutka).

Będę wdzięczny za każdą pomoc: wpłatę, promocję zrzutki, umieszczenie linku na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Linkedin, przesłanie linku emailem innym osobom.

Szczegóły zbiórki: https://zrzutka.pl/e64bet
Zrzutka kończy się 12 07 2020

Z góry dziękuję za pomoc,
Michael Tequila

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Anioł miłości

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.]

 

 

 

 

 

 

 

Białe motyle

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Burza 

Gdy wiatr na suszę się rozgniewa
burzę przyciąga i już ulewa
powietrze siecze w wodniste strugi,
chłoszcze biczami ciekłej szarugi.

Niebo lekkość w ciężarność zwiewa,
traci nagle, ziemię wodami zlewa.
Drzewo się miota w bezsilnym oporze,
gdy je przytłacza żywiołów morze.

Wiatr kubły wody w powietrzu niesie,
ciska na ziemię; ta jęczy, gnie się,
rącze strumienie tną ją żlebami,
ciało jej szarpią wód pazurami.

Wśród mokrych błysków widowiska
wicher rozgrywa gwałtów igrzyska,
a gdy się zdaje, że oszaleje,
nagle przycicha i pokornieje.

Busz australijski

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

Chuć

W chłopie dusza żyje zwierza,
stąd mu baba nie dowierza.
Choć sama jej nie możesz czuć,
to wiedz, że to po prostu chuć.

Chuci chłopu nie narzucisz,
chuć to aż w trzewiach musisz czuć.
Bez chuci baby się nie zbałamuci,
choćby cię nawet psem miał kto szczuć.

Owa tajemna chucia to jest coś do odczucia,
coś głębokiego, aż do serca kłucia.
Gdyś sam i czujesz chuć, to lepiej idź i młóć,
bo lepiej jest już młócić niż sam się bałamucić.

A jeśli nadal dręczy cię chuć,
to weź i z siebie ubranie zrzuć,
i zdrowo po łbie się pięścią młóć,
aż zaprzestaniesz cokolwiek czuć.

A teraz, kobieto, zbudź się, zbudź
nie pytaj tylko czy to chuć!

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

To poezja protestu, także rozpaczy. W mojej twórczości jest jej więcej. Wiersz był pisany dwadzieścia cztery lata temu, w 1996 roku. Był on prawdziwy już wtedy; dzisiaj jest wielokrotnie prawdziwszy, jeśli można stopniować prawdę.

Wychowałem się na Roztoczu Lubelskim, w Zwierzyńcu, gdzie obecnie mieści się dyrekcja Roztoczańskiego Parku Narodowego. Moje doświadczenia z dzieciństwa to zbieranie grzybów, poziomek, malin, jagód, jeżyn, borówek, orzechów laskowych, kąpiele w rzece i w stawie kąpielowym, gra w piłkę nożną na łące i wielkiej polanie leśnej między sosnami, zimą jazda na nartach, sankach, także na łyżwach. W moim otoczeniu wszędzie była przyroda: wielki park, lasy, łąki, pola, rzeka Wieprz, w której górnym biegu żyły raki (i to jakie!), stawy otoczone drzewami, w tym staw kąpielowy z piaszczystą plażą, oraz zamieszkujące je zwierzęta, ptaki i owady. Doświadczałem przyrody na każdym kroku. Była i jest ona dla mnie czymś żywym, bogatym i znaczącym.

Jestem świadkiem, jak na przestrzeni lat człowiek ogranicza, niszczy i zabija przyrodę. Dzieje się to konsekwentnie od pokoleń, w ostatnich kilkudziesięciu latach uległo fatalnemu przyśpieszeniu.

Moim ideałem jest przyroda, nie człowiek. To tylko jeden z gatunków istot żywych, który przyzwyczailiśmy się uważać na najważniejszy, porównując się nawet z Bogiem (stworzeni na wzór i podobieństwo boże). Nie uważam gatunku ludzkiego, do którego sam należę, za wyjątkowy. Jako jednostki potrafimy być wspaniali i twórczy, jako zbiorowość jesteśmy bezmyślnymi chciwcami, grabieżcami i głupcami o skłonnościach samobójczych. Nadal nie rozumiemy, że przyroda (natura) jest czymś świętym, jest wspólnym domem wszystkich żywych istot na naszej planecie.

Człowiek i ptak

Upał. Ziemia płonie.
Popalone twarze, poparzone dłonie.
Uderzenia słońca. Kosmiczny wybuch gazu.
Puls żyły rozrywa. To z ognia nakazu.

Drzewo. Ptak zastygły. Dziób szeroko otwarty
żarem oddycha. Wzrok mgłą niezatarty.
Żyje. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!

Plaża. Pełnia wolności. Nikt tu nie zapędza.
Przyjdziesz, twoja decyzja. Ignorancji nędza.
Być piękniejszym. Skóra koloru spragniona.
Plamki. Potem melanoma.

Znowu upał. Ziemia płonie i powietrze płonie.
Krew. Popalone twarze, poparzone dłonie.
Jakaś zabójcza zmiana. Jakaś przyczyna nowa.
To przestrzeni nowotwór – dziura ozonowa.

Klimat coraz gorętszy.
Czy to przeciw życiu słońce się sprzysięga?
To człowiek. Jego arogancja.
Atmosferyczny śmietnik. Pociągi dwutlenku węgla.

Ptak. Trwa. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!
Człowiek. Ozonu destrukcja, słońca eksplozja
i rozpaczy rzeka. O, szaleństwo człowieka!

Droga do Europy

Rodacy!
Rozejrzyjmy się wokół przytomnie,
zapytajmy: Co nas tam ciągnie?
Europa jest za daleko!
Tam nie płyną razem i wóda i mleko!

Czy nam jest źle tu, w tym kraju?
Czy my naprawdę musimy do raju?
Czy musimy bić komuś pokłony?
Nasz prezydent da nam miliony!

Rozejrzyjmy się najpierw, gdzie schludniej!
Może lepiej na Wschód lub Południe?
Zapytajmy, gdzie blisko nam duchem?
Tam, gdzie dobrobyt tworzy się obuchem!

Bracia!
Nie dajmy się zbałamucić!
My ze złej drogi musimy zawrócić!

Droga przez wydmy

Biegnie przez wydmy. Ciągle w górę,
wyprzedza myśli, dogania chmurę,
słońce mu liże twarz promieniami,
dyszy zmęczone jak pies zziajany.

Przysiadł znużony na gorącym piasku,
ziemia paruje plamami blasków,
kobieta żywa, choć urojona,
wyciąga smagłe, tęskne ramiona.

W sercu jej przyniósł trzy tulipany,
skrył je głęboko, zakłopotany.
Dostojnie kroczą wzgórz wielbłądy;
miłość to radość – on jest przesądny.

Dzień zmarłych 

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Francisco Goya

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Fraszki

Ukochałem szczerze fraszki,
umysłu figlarne igraszki,
śpiewne jak kanaryjskie ptaszki,
wiotkie przezroczystością ważki.

Fraszka zwana figielkiem,
stworzonko żeńskie, niewielkie,
zabawne jak młoda kotka,
rodzimej mowy to trzpiotka.

Fraszki przedziwna władza
drętwotę języka rozsadza,
szorstkość ukwieca w aksamit,
trafność przemienia w dynamit.

Pozornie niewinna fraszka
to tylko aktorska maska,
co prawdę za słów poradą
za żartu ukrywa fasadą.

Gdy piękno cichnie

Istnieć przestańcie, marzycie zbyt skromnie!
Gdy piękno wokół cichnie bezpotomnie
a kruche ślady wątleją w złudzenie,
wy oczu tajemnic gasicie pragnienie.

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co tylko rodzi tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Koniec świata

Góry się rozwierają, powietrze się burzy
i płonie czerwienią – barwą krwawej róży.
Słup ognia wystrzela, płomień się rozrasta
i w nicość obraca lasy, domy, miasta.

Los koniec odmienił w prapoczątek ziemi,
skały płyną stopione śród żółtych płomieni,
gaz zwęgla powietrze i pyły rozwleka,
życie kona rozdarte, duch z niego wycieka.

Rzeka unosi się w górę, obłokiem się wzbija,
przestwór ognia ją chłonie i chciwie wypija.
Niedostrzegalny atom w proch też się rozpada
czarny – światła wygasiła kosmiczna zagłada.

Z krańców galaktyki tajnej mocy ręka
zgniata kulę ziemską, która z hukiem pęka,
jej szczątki ulatują w Gwiazdozbiór Kangura
i nikną powoli – wsysa je czarna dziura.

Z odrobin i pyłów nowy byt się tworzy,
miliardy lat kołuje w pierścieniach przestworzy,
nim znów duch go scali – pan wszechświata,
co kryje się w kosmosu bezgranicznych latach.

Korzenie niepokoju

Ból jak drzewo korzeniami wrasta,
wiatru niespełnień rozsypała się struga,
łzy kochanka gubi milcząca niewiasta,
w inną przeistacza; odchodzi i druga.

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Milczę

Milczę. I ocean milczy, ponury, bez blasków,
bez pasm kolorowych w promieni potrzasku.
Wiatr fal rozmowy przemienił w westchnienia;
pragnę spełnienia marzeń, lecz nie ma spełnienia.

Przestwór zobojętniał, snuje się nijaki,
mewy lotność zgubiły, błądzą jak majaki,
plaża poszarzała, posmutniały piaski,
w rozpaczy umysł tonie, świat marnieje płaski.

Miłość utulona

Modry czas mija słońca spotkaniami,
śniegiem w górach i popiołem nocy,
czekam, aż się objawisz pieśnią nad pieśniami,
niewinnością, co nigdy nie znała przemocy.

Czuję i widzę, wciąż biegniesz przede mną,
obraz ciepły, tak bliski a taki daleki,
serce się buntuje skołtunioną wełną,
niepokornie wsiąka w dno zdradliwej rzeki.

Stąpasz wystrojona w kwiatów szaty wdzięczne,
to bzem pachniesz, to mamisz uśmiechem,
twe postacie tańczą ulotne, tysięczne
i błądzą zwiedzione pomylenia grzechem.

Czasem przychodzisz nagle, w usta mnie całujesz,
gubię się we wzruszeniu, tulę cię w ramionach,
wiem, że choć cię nie ma, to jednak mnie czujesz,
tyś miłość niedoznana, chociaż utulona.

Mosty z Awignonu

Mosty z Awignonu wychodzą z historii,
na skrzydłach melodii ożywa sukni czerń,
pod przęsłami wiosny płyną w euforii,
po gwiazdach nadchodzi rozpalony dzień.

Winnica, w której dłonie zanurzał Zbawiciel,
nie pachnie, z winogron kiści uleciało słońce
i z zieleni zdjęło rozblasków poszycie;
symboli czasu pilnują niewinne zaskrońce.

Zwykłe życie wzbiera falami pragnienia,
w ciszy się zamknęły sen i urojenia.
Serce szuka miłości, lecz znajduje słowa,
świat osacza mowa, niepojęta mowa.

Byłem w Awinionie w trakcie trzytygodniowej samochodowej wycieczki na południe Francji, przedłużonej do pięciu tygodni, w okresie maja i czerwca. Z Awinionem łączą mnie różne skojarzenia. Pierwsze, to pałac papieski, który wówczas zwiedzałem, ogromne zimne zamczysko, prawie puste, pozbawione wyposażenia, mebli, jakiegokolwiek ciepła. Drugie, to żebrak, z którym rozmawialiśmy na placu w pobliżu siedziby papieży. Jedyny żebrak, jakiego spotkałem we Francji, okazał się Polakiem. Przykro mi się wówczas zrobiło. Trzecie, to oczywiście most w Awinionie na Rodanie, z urwanymi przęsłami. Most wybudowano w 12-tym wieku łącząc miasta Avignon i Villeneuve-lès-Avignon.

Ciekawe wspomnienie związane z Awinionem to wspaniała piosenkarka Ewa Demarczyk, w czarnej sukni, śpiewająca piosenkę „Sur le pont d’Avignon”. Oglądałem ją i słuchałem w sali Olimpii w Paryżu, jedynej takiej imprezie w okresie mojej pracy w czasach PRL-u, kiedy pracując w handlu zagranicznym wyjeżdżałem służbowo za granicę. Piosenka opowiada o ludziach tańczących na moście. Oto link do jej wykonania pani Ewy https://www.youtube.com/watch?v=R76eQYTInA4

Na dworcu kolejowym

Kochajmy perony. Źdźbła w betonowiskach,
zagony kończyn ćwiczą biegów igrzyska,
oczy czarne nad ostrym obcasem
kołyszą biodrami podążając nóg lasem.

Tutaj samoistne dyżurują byty,
brzuchy roztyłe, papieros rozpity,
wąsy nad białych kart postumentem,
koczują w przestrzeń torów wciśnięte.

Czas w pudłach wjeżdża na perony,
wbiegają młodzieńcy, zstępują matrony,
graffiti za szybą obelgą ocieka,
mury zalewa bezsensu rzeka.

Noc na kempingu w Busselton

Lampa nocą – słońca ubogie złudzenie,
dziwak, co w niebo układa drzew cienie,
mroków gęste szaty mierzy promieniami,
biedak, co światła żyje mikrookruchami.

Opos krótkonosy, mały oprych nocy,
wyłazi ogłupiały i przeciera oczy;
nie widzi, co ukochał, czyli wora ciemni,
brzydzi go jasność, mało w niej tajemnic.

Białe płatki kwiatu pieprzowego drzewa,
noc im równie miła jak świateł ulewa,
spadają zapomniane miniaturki słońca,
bawią się wędrując, wirują bez końca.

Na niektórych duchownych

Kapłan, płatny urzędnik, obrzędy odprawia,
papierowym słowem z grzechem się rozprawia.
Apostolską pasją nie splami swej wargi,
milczy duch kaznodziei, płomiennego Skargi.
Pieśń intonuje żałosną plebejskiego tonu,
co skona nim dosięgnie Najwyższego tronu.

Na promenadzie

Na promenadzie wózek z lodami
bakaliowymi kroczy kołami,
korce słodyczy toczą się echem,
w oczach maluśkich lśnią uśmiechem.

Codzienność zdarzeń świeża i czerstwa,
w morzu topi codzienne oszczerstwa,
albo się wyrwie jak Filip z konopi,
by w gorzkiej wódce niepokój topić.

Na ławce urojeń samotnik się sądzi,
tłum przed nim w rozmowach brodzi,
on w zamyśleniu własnym zabłądzi,
z utartych ścieżek nad krawędzie schodzi.

W aureoli tęsknota skrzydlata
żyje i na spełnienie czeka,
ku Bogu rwie się zagubiona dusza,
prostaczych pragnień uwznioślona rzeka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że jest to jeden z moich najulubieńszych wierszy, niezwykle nastrojowych. 

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

Nagrzane cienie

Na plażę strojne wbiegają blaski,
słońc zachodzących zapomnienie,
w wodzie spalają się iskier trzaski,
w morze nagrzane schodzą cienie.

Stąpam po grani kruchej ciszy,
zanurzam w falę odurzenia;
wzgórz cisza serca bicie słyszy,
serce słyszy wzgórz westchnienia.

W ręce chwytam naręcza promieni
– drgające, żywe, złotem tkane nici –
i na ołtarzu składam kamieni,
niech kamień życiem też się nasyci.

Chłodu arbuza smak słodko-winny
pełza po dłoni i do ust się lepi,
dotyk kropli odrywa się zwinny
i w piasek wsiąka nastrojem sepii.

Zapach kobiety płynie ponętny,
roznamiętnione budzi wejrzenie,
nastrojem ramion pełnych i chętnych
na ciepłym piasku splata dwa cienie.

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Od dzisiaj żłopię

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Oli P.

Widzę Cię, Panno Młoda,
w białych muślinów powiewach,
ciesz się, Twoją dziewczęcość
sen o miłości rozwiewa.

Lecz nie zapomnij o sobie
oddając się uczuć niewoli,
bo rozpacz gorzką odkryjesz,
która Cię bardzo zaboli.

Życzę Ci pełni szczęścia
oraz miłości spełnienia,
a gdyby troski nadeszły,
daru ich zapomnienia.

Życzę powiewów wiosny,
słońca promiennych nastrojów
i dzieci, co szczęściem Ci będą
i źródłem niepokojów.

A jeśli smutek w Twym sercu
nie daj, Boże, zagości,
pociechą służyć Ci pragnę
mojej nieśmiałej miłości.

Panna młoda, Ahmedabad, Gujarat, Indie

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Podróż w zapomnienie

Żegnajcie myśli doszczętnie przeżute,
dni przeżywane pod rozkazów nutę,
czasie mierzony zegarka godziną;
wasze obrazy w zapomnieniu giną.

Witajcie równiny, przestrzenie otwarte,
gwiazd księgi w nocy granacie otwarte,
witaj czasie bezkresny swobody podnietą,
pełnio obcowania z cielesną kobietą.

Duchu, co żyjesz w wielkomiejskim tłumie,
wolność uwięziłeś w bezwolnym rozumie,
odchodzę w nieznane, uciekam przed tobą,
by znów stać się sobą, po prostu sobą.

Rezerwat Onkaparinga

Busz, co okrutne słońca przemienia
w krwi pulsowanie żywego stworzenia,
kontynentowi pustyń i mitów
zielonych przydaje aksamitów.

Na lustrze rzeki wiatrów wachlarze
tchnieniami budzą faliste miraże,
albo jak ryba płetwą je mącą,
gdy zimnym skrzydłem mocniej potrącą.

Czerwonogrzbiete, rosłe kangury
skokami tłoczą śladów sznury.
Żwawo pną się dwunogi samcze
na wichrowatych wzgórz podzamcze.

Suche szpikulce, igły i drzazgi
rwą się do ciała żywej miazgi.
Tubylcy ostre mijają progi,
obcy boleśnie rani nogi.

Martwy pasożyt – czarna jemioła,
kształtami zwierząt i ptaków woła.
Życie fałszywe w konar tłoczy,
gdy go ozdabia w sękate oczy.
Żyje ptak buszu w konar zaklęty,
milczy, zdrewniałym snem śnięty.

Wdzięk ptasiej szyi oraz głowy,
tkwiący wśród sęków splątanej mowy,
wicher odrywa od tła błękitów,
na ziemię zwala z szumiących szczytów.

Garbatą krechą ścieżkę przeszywa
korzeń – żywej gałęzi alternatywa,
co ze współbraćmi w głąb się rozwiewa
w drugą, stężałą koronę drzewa.

Zaciąga nad nią barwną zasłonę
mikroskopijny, milczący dzwonek;
nadziały na się kolczaste krzaczki
zwielokrotnione, krwiste kubraczki,

W królestwie buszu poszumnej cisz
wrzask zgrzytliwością nagłą dyszy;
to ludzki wtargnął barbarzyńca,
by burzyć spokój duchów zwierzyńca.

Przyroda Australii, zwłaszcza jej roślinność, to temat szczególny, także mojej poezji. Cytuję Wikipedię: „Australia stanowi osobne państwo roślinne (Australis) o swoistej florze, z dużą liczbą endemitów (np. 750 gatunków eukaliptusów i 450 gatunków akacji)”. Endemit to gatunek rzadko spotykany, unikatowy dla danego miejsca, występujący na ograniczonym obszarze.

W Australii przeważa roślinność typowa dla klimatów suchych i gorących. Wnętrze kontynentu zajmują pustynie piaszczyste (bez roślinności) oraz półpustynie ze słonoroślami i kolczastymi krzewami (karłowate akacje, eukaliptusy, kazuaryny i inne) tworzące tzw. skrub.

Moje wspomnienia z Adelajdy i dużej południowej części Stanu Południowej Australii to upalne lata, przeważnie bez deszczu, pożółkła i zbrązowiała roślinność, dużo usychających drzew, ostre kolczaste krzewy, rośliny solniskowe (odporne na zasolenie), oczywiście także lasy eukaliptusowe. Mój dom stal przy parku, za którym był strumień Dry Creek wypełniony wodą po brzegi po intensywnym deszczu w okresie zimy, i kompletnie suchy latem, z brudnymi kałużami lub plamami wilgoci, z których sterczały poskręcane korzenie drzew.

Przypominam sobie też las w Second Valley, ponad sto km na południe od na południe od Adelajdy. Poczułem się tam jak na Roztoczu Lubelskim: wysokie sosny (gatunek kanadyjski) bardzo podobne do polskich, paprocie no i grzyby, rydze i maślaki. Pochodzę z rodziny grzybiarzy. Takich rydzów jak w Second Valley w życiu nie widziałem. Pierwszy raz to był szok: rosnące obok siebie rydze wielkości talerzyka deserowego, każdy z nich zdrowy, nienaruszony przez robaki lub ślimaki. W ogólne ich nie braliśmy, ponieważ było mnóstwo mniejszych. Podobnie z maślakami, tych było jeszcze więcej.

Australijczycy grzybów nie zbierali. Jeśli ktoś wychodził z lasu z wiaderkiem lub dużym koszem, było prawie pewne, że to Polak lub Czech. Mam też przed oczami scenę: las, głównie sosnowy, jak w Polsce, rydze, paprocie. Mógłbym spodziewać się zobaczyć sarnę lub zająca, a tu niespodzianka: dwa młode kangurki kicające bez pośpiechu po otwartej przestrzeni wyciętego fragmentu lasu.

Rozpacz

Troskę w niepokój przetwarza,
cierpienie cierpieniem pomnaża,
serce bólem rozdziera,
myśl o szaleństwo ociera,
udręką spływa i szarpie;
rozpacz – zmasowane harpie.

To obraz Vincenta van Gogha, który sam chorował na depresję..  

Ten wiersz to poetycka forma wyrazu uczuć depresyjnych. Depresja oznacza niemoc, sytuację, w której człowiek pragnie i chce coś zrobić, a równocześnie nie starcza mu woli i sił na wykonanie. Efektem jest frustracja. Cytuję fragmenty Wikipedii „ Frustracja to zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu… Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk i inne formy dyskomfortu… Frustracja prowadzi do próby pokonania przeszkody, jeśli się one nie powiodą pojawia się agresja, regresja lub apatia”.

Zachęcam do zapoznania się z teorią depresji-agresji, ponieważ jako społeczeństwo jesteśmy na drodze szybkiego rozwoju zaburzeń depresyjnych. To cena, jaką płacimy za dobrodziejstwa postępu cywilizacyjnego: szybciej, łatwiej, więcej. Epidemia koronawirusa tylko temu sprzyja.

Rozstrzelanie

Z deszczem i słońcem przyszło rozstanie,
Bóg drzewo skazał na rozstrzelanie
Piorun je ogniem z nieba poraża,
okrywa czarnym kirem cmentarza.

Nie całe życie ogień spopielił,
z korzenia młody pęd się oddzielił
i przyszła drzewa reinkarnacja,
ziemi nad niebem zwycięska racja.

Pożary lasów i buszu to stała cecha Australii. Przed kolonizacją kraju przez Brytyjczyków powodowane one były przez wyładowania elektryczne w czasie burzy, a także przez Aborygenów dla odnowienia życia biologicznego. Dzisiaj częściej wywoływane są przez człowieka, przypadkowo lub celowo. Piromaniaków nigdy nie brakowało.

W czasie podróży po Australii wielokrotnie widziałem spalone, nadpalone i osmalone drzewa. To niezwykły obraz: z czarnego spalonego pnia wyrastają młode, zielone pędy. Żywotność roślin w Australii jest nadzwyczajna. Nie jest to jednak cała prawda. Tylko nielicznym udaje się przeżyć. Jeśli dobrze sobie przypominam, na sto tysięcy nasion eukaliptusa, tylko z jednego wyrośnie dorosłe drzewo. Nasienie to zarodek życia. To przypomnienie dla tych, którzy myślą o zarodku jako świętości. Natura tego nie potwierdza.

Równina Nullarbor

Pora upalnej sjesty, milczenie zieleni,
na suchym pniu drzewa jasny pęd się pleni.
Cisza zastygła w bezruchu, głęboka zaduma,
odchodzenie z życiem pogodnie się kuma.

Drzemiącą równinę nagły krzyk ożywia
papug skrzekliwych; linia ich łamliwa
błękit oprawia w drżące ruchu ramki
i ubiera w skrzydeł kolorowe plamki.

Asfalt skwarem paruje i pnie się do góry,
z wyżyn zstępują pobielane chmury
i łączą się z drogą w tajemne istnienie;
ta przestrzeń nieznana … to me przeznaczenie.

Ten widok mam stale przed oczami. Jechałem samochodem po Eyre Highway w kierunku Australii Zachodniej. Powietrze intensywnie falowało nad rozgrzanym asfaltem. Widać to szczególnie wyraźnie, kiedy droga idzie nieco pod górę. Jezdnia w perspektywie jest wtedy na wysokości oczu. Moim domem był samochód i przyczepa kempingowa. Szeroka, pusta droga ciągnąca się w błękitną przestrzeń, upał, niebo, parujący asfalt i przypadkowe stadko papug to był cały świat. PS. Na trasie Adelajda – Perth jest najdłuższy w Australii prosty odcinek drogi, 280 km. bez najmniejszego zakrętu.

Siebie wykrzyczeć

Złote jaszczurki pełzają po krawędziach snu,
usta powieki budzą pieszczotami tchu;
miłość noc uwięziła za drzwi fortecami,
pytania odeszły oddechów krokami.

Pragnę siebie wykrzyczeć,
ból, nagość, tęsknienia,
odwołać prawdę, że nie ma
miłości spełnienia.

Skarżyła się

Skarżyła się pani Hania,
że tyle ma rozbierania:
pantofelki, rajstopki, bluzeczki,
koszulka, biustonosz, majteczki.

W końcu na pomysł wpadła,
fachową pomoc znalazła.
Dziś ją rozbiera pomocnik nowy,
od stóp aż do samej głowy.

Wielce szanowne panie,
nie męczcie się rozbieraniem,
nie błądźcie po ciała manowcach,
angażujcie zręcznego fachowca!

Stąpasz w nastroju

Stąpasz w nastroju śpiewnym, radosnym,
okruchy słońca depczesz stopami,
kasztan przytula ciepły cień wiosny,
a ja – w rozterce, potargany.

Miłość uniesień, czuwanie w ciszy,
świat obcy umilkł za oknami,
ja do cię mówię – ty nic nie słyszysz,
krzyczę – głos grzęźnie za kratami.

Tyle obietnic mi składałaś
czułością pieszczot i słów szeptanych,
lecz w sercu cicho gdzieś kłamałaś,
żyję tuż obok, zapomniany.

Szukanie myśli złotej

Przy lampie ściemnionej zsiadły się anioły,
toast wzniosły pogodny, życzliwie wesoły;
istoty zapomniane pogubiły zmysły,
w czarne symbole uciekły i jak bańka prysły.

Patrzysz na ręce, słońca odrobinki
wywabiły plamki, wybroczyły krwinki,
piękne palce zgubiły powaby smukłości;
byle co już nie cieszy, lecz byle co złości.

W uporze skrytości wciąż szukasz konkluzji,
myśli złotej, jedynej. Zamknięta w iluzji
prawd nieprostych mieni się barwami,
kot nieuchwytny, co chodzi własnymi drogami.

Talent

Mąż poślubiony czy wolny kochanek,
co blizny zostawia na ciele i duszy,
nim nowych zniewag nadejdzie poranek,
kwiatem obietnic łzy bólu osuszy.

Bodźcem do napisania tego wiersza była sytuacja kobiet w Australii, źle traktowanych przez mężów lub partnerów, które nie były zdolne od nich odejść wierząc w nadejście poprawy. Przeprosiny, kwiaty, upominki, zaproszenie na kolację do restauracji, obietnice “zmienię się”, “znowu będzie dobrze”, powodowały spadek determinacji wyrwania się z niedobrego, czasem wręcz fatalnego związku.  

Ty mi dzień dajesz 

Ty mi dzień dajesz, ja wybieram noce,
gdy serce z wyżyn schodzi i mniej już łomocze,
ty mi nadzieję dajesz, lecz ja pragnę ciebie,
w soli, w winie i w powszednim chlebie.

Ty pragniesz ciepła, ja ci daję słowa,
ciebie blask oczu cieszy, mnie cieszy twa mowa,
ty chcesz niewinność zachować, ja chcę cię dotykać;
tańczyć nie potrafię – dziwna ta muzyka.

Tyś mą miłością

Tyś mą miłością. Tylko ciebie widzę,
krucha jak promień biegniesz przez łąki,
fortuna z uczuć wzniosłych szydzi
i naigrawa z tęsknej rozłąki.

W górach nie musisz

W górach nie musisz siać piękna ni grozy,
one tam rosną od zarania,
ani skał rzeźbić w przepastne wąwozy
bo te się rodzą z dzikich wód szemrania.

Nikt nie jest w stanie wywyższyć kwiatów,
bo je maluje ktoś ponad nami,
ni słowem zgłębić ludzkiego dramatu,
bo ten się spełnia własnymi znakami.

Ja tutaj jestem nie wiadomo czemu;
taki miał kaprys Pan Opatrzności,
by dać mi szansę oddać się zdumieniu,
nastrojom smutku i chwilom wzniosłości.

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

W rozmowie z guru

W rozmowie z guru doznaję olśnienia,
ile we mnie miłości, a ile pragnienia,
ile we mnie wolności, a ile niewoli,
co przed okiem skryte, a tak bardzo boli.

Przed samym sobą otwieram wnętrze,
a tam zeskorupiałe zjawy nieporęczne,
oczy przerażenia i maski chciwości,
kajdany urojeń miast blasków wolności.

Lecz oto olśnienie: zwierają się wrota,
w zapomnieniu płonie przeszłości martwota,
niepewna przyszłość uchodzi w nieznane,
ciepło miłości wraca rozśpiewane.

We dwoje czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera,
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.


Obraz “Ostatni”. Autor: Ernest Możdżeń

Wiatraki czasu

Srebrnego wiatraka migają cienie,
gdy wiatr bezdźwięk poruszy,
by wodą zrosić ziemi cierpienie
wyrosłe na skrzydłach suszy.

W zapomnieniu rdzewieją żelaza
kół wozów ciąganych przez woły,
co dawno już padły z wycieńczenia,
ich śladem traktów wądoły.

Czas przyśpieszony losy odmienia
czarnym mieszkańcom lądu,
w dwa stulecia z epoki kamienia
w wiek kosmicznych spycha przesądów.

Wieczór nad równinami

Kołyszą się traw przestrzenie,
rozgrzana ziemia drzemie,
ta sama, a jednak wciąż inna;
deszczem ciężarna, wiatrem zwinna.

Skruszonych błękitów drobiny
w trawiaste spadły równiny.
Kwiaty w nastrojach milczące
budzi i spać kładzie słońce.

Wieczór wydłuża cienie,
wzmacnia pagórków zielenie
i skrywa je do połowy
w welon błękitnomatowy.

Wiersz jest efektem kilkudniowego pobytu na kempingu w okolicach miejscowości Hawker (ok. 230 mieszkańców) w Górach Flindersa na terenie Australii Południowej. Ten łańcuch górski ma długość prawie 500 km i jest zbudowany głównie ze skał osadowych, bogatych w skamieliny. Góry porasta skrub i eukaliptusy, wczesną wiosną teren pokryty jest wielokolorowym dywanem kwiatów. Pamiętam oswojonego strusia stukającego dziobem w okno naszej przyczepy kempingowej, aby dać mu coś do zjedzenia. Mój przyjaciel z banku, gdzie pracowałem, uważał Góry Flindersa za ósmy cud świata. Jeździł tam corocznie na wypoczynek w okresie wiosennym.

Wyciągam ręce

Dzieci, gdzie są moje dzieci?
Milczą uwikłane w serca gęstej sieci;
rozrzucone loki, duże, czarne oczy,
odchodzą samotne w krainę niemocy.

Oczy spragnione, niewidzące, próżne,
błagają w milczeniu o życia jałmużnę,
pogubione błądzą po wyśnionej łące
tkliwe pocałunki i szepty gorące.

Wyciągam ręce, łza uwiera w krtani,
nikt mnie nie słucha, wszyscy rozbiegani
szukają uciech; ja – zasług u Boga,
On milczy – mnie ogarnia trwoga.

Zanurzam w sobie poranne jezioro

Zanurzam w sobie poranne jezioro,
oczy oddaję rozpylonej mgle,
niechaj połyski diamentów zbiorą,
do przejrzystości powrócić chcę.

Sznur drzew przesuwa żywe szeregi,
biegnie tuż obok uszczęśliwiony
i mnie wypełnia sobą po brzegi,
tak los się spełnia niedopełniony.

Wszystko ucieka w tył i na boki,
żwawo uchodzi poza krawędzie,
siedząc w miejscu też stawiam kroki,
nie będąc nigdzie jestem wszędzie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, czerwiec 2020

W księgarniach jest pierwszy zbiór poezji Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona, wydanie książkowe i e-book – patrz  Empik https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Spóźnione poezje wtorkowe

Dziś niewiele z siebie wykrzesałem. Nic nie napisałem, nic nie stworzyłem. Przeczytałem tylko duży fragment książki „Nie ma” autorstwa Mariusza Szczygła. Polecam.

W poczuciu winy przedstawiam dwa wiersze z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”. Pozdrawiam.

Michael T.

Obraz z górami Grampians

Za powiek zamkniętych gęstą zasłoną
słońca Australii wspomnieniami płoną,
ożywają równiny, przemawiają drzewa,
słyszę i czuję, jak magpie śpiewa.

 

 

 

 

 

 

 

W ściany zamknięty żyję po kryjomu,
wybiegam z chłodu ciasnoty domu,
przestrzeni szukam, wolności bez granic,
światła i ciszy….

Wszystko to na nic, bo ja tu jestem.
Lotem gołębia
myśl w pejzaż daleki rączą duszę wprzęga,
ręce unoszę i z serca krzyczę
… i znów przeżywam przestrzeń i ciszę.

Sopot, 3 października 1997

 

 

 

 

 

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Australia, Morphett Vale, 1996

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Dzień Wszystkich Świętych 2019

Każdego roku publikuję kilka wierszy odpowiadających nastrojowi tego wyjątkowego dnia. O ile narodziny człowieka wydają się logiczne, jasne i proste, o tyle śmierć jest totalną zagadką, podobnie jak Bóg, kosmos, czas czy nieskończoność.

Dzisiaj dwa wiersze z mojego niepublikowanego zbioru „Modlitwy do Anioła”

Cmentarz nadziei

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

W snach przyjdzie

Bezdrożami chodzi ten, co mnoży kwiaty,
wolność hoduje, z oczu zdejmuje kraty.
On czas zatrzyma, łez rozmrozi krople,
da przemówić drzewom, co szumią wyniośle.

Kiedy już cię spotka, obejmie serdecznie,
brodaty, stęskniony, bo sam żyje wiecznie,
oczy ma poważne, rozumne, śmiejąc
spyta, czy widziałeś, jak ptak budzi słońce.

Nie planuj na próżno, by wymawiać słowa,
Jemu niepotrzebna pusta, ludzka mowa,
On cię bez prośby obdarzy wytchnieniem.
Ciesz się: oczy rozumne niosą zapomnienie.

Gdynia, 8 stycznia 2000

Śmierć jest dla mnie czymś nieskończenie absurdalnym, ponieważ całe ludzkie życie, ten ciąg starań, trosk, przeżyć, radości i cierpienia, nade wszystko miłości kończy bezsensem, zanikiem świadomości, zapomnieniem wszystkiego, zerwaniem wszystkich więzi. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć chyba tylko to, że jest aktem ostatecznej sprawiedliwości, zrównując wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, dorobek, pozycję społeczną, stan zdrowia, wiedzę czy poglądy. Nie darmo przeszłe cywilizacje wyniosły ją do rangi boskiej. Oto przykłady:

  • Anubis – mitologia egipska, później zastąpiony przez Ozyrysa
  • Azrael – islam
  • Balor – mitologia celtycka
  • Hades – mitologia grecka
  • Mictlantecuhtli – mitologia aztecka
  • Jama – hinduistyczny bóg śmierci i zmarłych
  • Mot – mitologia bliskowschodnia
  • Ozyrys – mitologia egipska
  • Tanatos (mitologia) – mitologia grecka, uosobienie śmierci
  • Weles – mitologia słowiańska

Michael Tequila, poezja i proza, w księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Poezja australijska

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi. 

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Południowa Australia, Półwysep Fleurieu, 3 sierpnia 1996

To jeden z moich ulubionych wierszy, fragment opublikowanego zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Pamiętam tę podróż. Towarzyszyła nam niezwykła ulewa, jechaliśmy prawdziwym tunelem deszczu. Wracaliśmy z samego koniuszka Półwyspu Fleurieu, najbardziej południowego krańca Australii kontynentalnej; bardziej na południe jest tylko Wyspa Kangurów (Kangaroo Island). Mieszkałem w Australii dwadzieścia lat, ale nigdy jej nie odwiedziłem. Jest tam niewiele do oglądania z wyjątkiem wielkiej kolonii fok. Droga biegła między wzgórzami a brzegiem morza. Przed nami dosłownie wyrosła tęcza, jakiej nigdzie indziej ani nigdy później nie oglądałem. Była ogromna i niezwykle wyrazista. Zatrzymaliśmy się, aby ją podziwiać. Miałem wrażenie, że wyrasta z jednego krańca ziemi i wrasta w drugi. Zapamiętałem też las i wielkie pniaki dawno wykarczowanych eukaliptusów. Nie mogłem tego nie opisać.

To marina w miejscowości Wirrina po drodze.

0Shares

Prowadzę się niezwykle intensywnie. Proza i poezja.

Noc. W nocy chodzę po domu i myślę czasem tylko wpadając na ścianę lub drzwi. Robię to podświadomie, aby wrócić do rozpoczętej wcześniej myśl, która mi ucieka.

Blog. Nie piszę już o sprawach politycznych, bo idą w dobrym kierunku. Konkretnie, w kierunku Ziemi Obiecanej. Jeśli to proroctwo się nie spełni, to chyba tylko dlatego, że nie jesteśmy narodem wybranym.

Zakupy. Zawsze kupuję więcej niż trzeba. Kupiłem śliwki węgierki, moje ulubione. Lubię Orbana, ale jeszcze bardziej lubię ich śliwki. Autor książki o Węgrzech określił Orbana krótko: To cynik, który eksploatuje państwo w celach nabicia sobie i przyjaciołom kabzy.

Kultura: Wczoraj byłem na prezentacji podróży po Sycylii oraz kuchni sycylijskiej. Potem pół godziny słuchałem pani harfiarki z Poznania.

– Jestem harfiarką, nie harfistką – przedstawiła się. Nie gram zawodowo w orkiestrze.

Kultura spowalnia chamienie, stanowiące dziś ważny trend społeczny. Łatwej staczać się w dół, niż iść do góry, choć niektórym z nas wydaje się, że jest odwrotnie. Życie jest dla mnie tajemnicą.

Poezja. Skoro nie proza życia, to może poezja? Przedstawiam dwa kolejne wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”. Po lajkach widzę, że poezja jest dobrze odbierana.

Na zdjęciu: Valley of Tasman River na Tasmanii. Zwiedzałem Tasmanię. Niesamowite, przemawiające do serca pustkowia.

Leśne przywidzenia

W półcieniu pagórka niby stara dama
skryła się jeziora zapieczona plama.
Płachty szarej soli i rdzawego piasku
krzewy uwięziły w pustynnym potrzasku.

W ukwieconym gąszczu kształt ukrzyżowany
dziwnie przypomina Chrystusowe rany.
W zdrewniałej szarości nie widać rozpaczy,
w kwietnym raju zasnął – los mu tak naznaczył.

Z jednego korzenia kilka pni wyrasta,
każdy gładki i czysty – brązowość trawiasta.
Obok sąsiad samotny, brodaty i stary
płatami korę zrzuca – smutek jasnoszary.

Australia, Freemantle, 31 października 1996

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

„Klęczy cisza niezmącona”, ebook, Empik https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-tequila-michael,p1234860172,ebooki-i-mp3-p

0Shares

Niedziela. Wciąż obowiązuje cisza wyborcza. Proponuję poezję.

Kolejne dwa wiersze z niepublikowanego zbioru “Oniemiałość”.

Białe motyle 

Nie pamiętam, kiedy i gdzie pisałem ten wiersz. Mogę się tylko domyślać, że było to na Kamiennej Górze w Gdyni, przy ulicy Korzeniowskiego, gdzie mieszkałem przez kilka lat. Wiersz pisałem oczywiście zimą. Dziś Kamienna Góra jest jedną z najlepszych dzielnic Gdyni; wspaniale miejsce, z uroczym, mało uczęszczanym parkiem na samym szczycie wzgórza dominującego nad portem. W czasie II Wojny Światowej, niedaleko mego domu, chyba nawet tuż obok, właśnie przy ulicy Korzeniowskiego (zwanej wówczas Prinz Eugenstrasse) znajdowała się placówka gdańskiego oddziału Gestapo, miejsce kaźni.

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

To wiersz bardzo filozoficzny, a zarazem bardzo prawdziwy, oddający naturę człowieczeństwa, które nie zna granic. Wiersz powstał co najmniej kilkanaście lat temu; życie ciągle aktualizuje prawdziwość zawartego w nim przesłania. Nie uważam się za moralistę, ani pesymistę, tym niemniej jestem głęboko przekonany, że oprócz najwyższego dobra, jakie człowiek nosi w sobie, nosi w sobie także największe zło. Nie ma takiej podłości, której człowiek nie dokonałby, ani takich granic szaleństwa, których nie przekroczyłby. Przypomnijmy sobie Pol Pota, Stalina, Hitlera, Envera Hodżę i innych satrapów, nie licząc tysięcy mniej znanych okrutników, którzy przewinęli się przez historię. To smutne proroctwo. Wolałbym, aby się nie spełniło.

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Poezje, Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, księgarnia Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

   
0Shares

Poezja na czas ciszy wyborczej

Dziś wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, wybrane bez namysłu, dwa prawie kolejne utwory.

Pierwszy jest trudny do określenia, to gra wyobraźni o istnieniu i nieistnieniu, czyli o tym, co znamy tylko w części pierwszej, ulotnej, przemijającej, i drugiej, o której nikt nie ma najmniejszego pojęcia. Czysta refleksja.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi,
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Wiersz „Bałkany” pisałem w czasie, kiedy na terenie dawnej Jugosławii panowała wojna dwóch religii, dwóch nienawiści. Historia określiła ją później jako najkrwawsze wydarzenia wojenne na terenie Europy od zakończenia II Wojny Światowej.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.

Poezje, Michael Tequila: “Klęczy cisza niezmącona”, księgarnia Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Nocna dawka poezji

Dla złagodzenia złych snów i wyprostowania pleców dwa wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Australia, Pemberton, Karri Valley Resort, 30 listopada 1996

Modlitwa lasu

Wiatr uczucia zamknął w liści zapomnieniu,
szmery poukrywał w omszałym kamieniu;
z kryjówek wyszły leśnych duchów zwidy
zdziwione ustaniem powiewów corridy.

Przyjdź, Zbawco, i rozwiąż przestrzenie,
wypuść na wolność liściastych harf drżenie,
niebo ustrój w wieczorne szkarłaty,
krzykiem burzy obudź pogubione kwiaty.

Przyjdź, Zbawco, przez deszczu kałuże,
rozrzuć jagody błękitem na wzgórze,
rozsyp promienie kroplami po trawie,
ukaż, co skryte, ukryj, co na jawie.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” w księgarni Empik w formie drukowanej i ebooka: https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-wybor-poezji-tequila-michael,p1137202017,ksiazka-p

0Shares

Niedzielna dawka poezji

W niedzielę każdemu w duszy gra. Ludziom zwykłym – zwykła muzyka, miłośnikom tańca – taneczna, dyrygentom i kompozytorom – orkiestralna. Księżom z zasady grają organy, niektórym to i piękna kuchareczka zagra na organkach, lub choćby na grzebieniu, jeśli jest w dobrym nastroju, na stole palą się świece i stoi zmrożony szampan, a obok rozkosznie pachnie rumiana kaczuszka po pekińsku.

O takim to nastroju rozmawiam z Iwanem Iwanowiczem. Ze względów piękno-muzycznych obydwaj chcielibyśmy być duchownymi i mieć swój udział w raju na ziemi.

Oprócz słuchania słodkiej muzyki płynącej z ust i serca pięknej kuchareczki spowiadalibyśmy grzeszników. Iwan Iwanowicz mówi, że obok konfesjonału postawiłby małą gilotynę do karania osobników z grzechem ciężkim na sumieniu. Ustalamy prawdopodobną kolejność. Na pierwszy ogień poszliby rządzący politycy, potem ci, którzy dali sobie żłób odebrać, następnie jawnogrzesznicy, potem jednostki na wysokich stanowiskach prowadzący domy publiczne, następnie ludzie nietolerancyjni, w końcu (last but not least) nadęci prezydenci trzech państw, których od dawna mamy na oku.

Cytowane poniżej wiersze pochodzą ze zbioru Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”.

Król drzew

Zmierzch zapada w dolinie drzew karri,
pnie-olbrzymy czernieją jak mary.
Głowy starców czułością natchniona
mgła oplata w błękitnawe ramiona.

Król drzew bajecznie wręcz stary
wznosi w górę mocarne konary,
zgrubiałe, zwęźlone jak sznury;
on z burzami staje w konkury.

Kookaburra szczerze czymś rozbawiona
w mroczną dal się śmieje szalona;
może myśl jej przychodzi do głowy,
że królową jest puszczy ptak płowy?

Australia Zachodnia, Pemberton, 27 listopada 1996

Chwytanie piękna

Spadochron marzeń dostojnie spływ
pawimi piórami, łagodnością puchu,
serce pragnieniem się wyrywa,
biegniesz…ciało tkwi w bezruchu.

Wzrok jednoczy się z pejzażem,
mrokiem strzelają drzew wodotryski,
rzęsy w cień kryją zmysłowe twarze,
drażnią uśpionej żądzy zmysły.

Biegniesz naprzeciw smukle radosny
i chwytasz piękno w ramion objęcia
…a ono znika jak podmuch wiosny,
zwodzi jak puchu nieme zaklęcia.

Sopot, 3 stycznia 1998

Księgarnia Empik: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

“Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść “Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Poezje własne ze zbioru do publikacji “Oniemiałość”

Anioł miłości 

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Ten wiersz to klasyk mojej twórczości, wyraz czystej poezji. Bardzo go lubię. Łączy wiarę w Boga z młodością, namiętnością i miłością. Nawiązuje do zjawisk i miejsc trwale zadomowionych w mojej pamięci – nasturcji nad Suchym Potokiem (Dry Creek) w Adelajdzie i zakrętu kamienistej drogi prowadzącej do Parque Arqueológico de San Agustín w Departamencie Huila (wedle Wikipedii „uno de los más importantes espacios arqueológicos de Colombia”).

Nasturcje posadziłem sobie w ogrodzie za domem. Podlewane, wspaniale się rozrosły, sięgając szczytu płotu. Miały liście wielkości dwóch dużych męskich dłoni i kwiaty w kolorach żółci, pomarańczy i czerwieni.

Bałkany 

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.

Wiersz powstał w okresie wojny domowej w Bośni i Hercegowinie toczącej się w latach 1991–1995. Opisy jej okrucieństw mnie prześladowały. Był to najbardziej krwawy konflikt w Europie od zakończenia II wojny światowej. Niezależni obserwatorzy podają od 97 000 do nawet 200 000. ofiar śmiertelnych, z czego 65% stanowili Bośniacy, 25% Serbowie, 8% Chorwaci, a 2% inni. W samym Sarajewie zginęło 10 000 ludzi, a 35 000 zostało rannych. Liczbę osób, które opuściły swoje domy w wyniku obu tych wojen, szacuje się na 3,5 miliona osób. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy kobiet zostało zgwałconych. Wszystkie strony konfliktu prowadziły politykę tzw. „czystek etnicznych”, które sprowadzały się do wysiedleń lub masowych morderstw przedstawicieli przeciwnych nacji. Za czystki etniczne powszechnie oskarża się Serbów. Zgodnie z raportem CIA, są oni odpowiedzialni za 90% zbrodni wojennych podczas wojny w Bośni. Źr: Wikipedia.

Poezje opublikowane M Tequila: Klęczy cisza niezmącona https://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Poezja na niedziele i święta. Wiersze: “Ja tylko pragnę” i “Jadzi P.”

Muza Poezji by Konstantin Makovsky.

Jak zwykle, w niedzielę, oprócz modlitwy o chleb powszedni i karę piekielną dla pedofilów i podobnych oszustów w ludzkiej skórze, trochę poezji. Pierwszy wiersz dedykuję osobom poszukującym zrozumienia w miłości, która niestety różnie się spełnia, sukcesem całkowitym, połowicznym, czasem także niepowodzeniem.

Obydwa wiersze, podobnie jak i poprzednie, pochodzą z tomiku Michael Tequila: “Klęczy cisza niezmącona”, dostępnego za kilkanaście złotych we wszystkich księgarniach. 

Ja tylko pragnę

Tak bardzo chciałbym wziąć cię w ramiona,
gdybyś nie była tak roztargniona,
po prostu przyszła tu, gdzie jestem
bukietem kwiatów, oczekiwań dreszczem.

Kiedy już przyjdziesz, spójrz mi w oczy,
może nieśmiałość cię zauroczy
i pozwól wejrzeć w swoich oczu głębie,
bezwstydnie ciepłe, lśniące, gołębie.

Weź mnie za rękę i mów coś do mnie
powoli, rozważnie, posłucham przytomnie
i choć mam tyle do powiedzenia
ja tylko pragnę twego zrozumienia.

Gdynia, 12 kwietnia 1999

Drugi wiersz, jak można domyśleć się z tytułu, był dedykowany konkretnej osobie, pani Jadzi P. W zależności od pory roku wciąż widzę ją ze skrzydłami anioła powiewającymi dla schłodzenia powietrza, kiedy jest gorąco i ogrzania go, kiedy jest zimno. Ideałów jest tak mało, że warto pamiętać, aby przekazać im (co najmniej raz w roku, na urodziny lub imieniny) jak najwięcej serdeczności w podzięce za ich dobroć, a nawet samą obecność.

Jadzi P.

Wpośród jarzębin czerwonych kiści
wiatr zmywa ślady babiego lata,
życie odmierza jej barwą liści,
nastrojem duszy, owadem w kwiatach,
…wierszem istnienia.

W katedrze lasu ona myśli zbiera,
a tam, u góry, nad koron powałą
Najwyższy czuwa, widzi ją całą
w ciszy zapachów i wiatru szumie,
…on ją rozumie.

Lato już przeszło i jesień dojrzewa,
ptaki ucichły i złocą się drzewa;
wśród runa leśnego i traw poszycia
ona coś szuka. Okruchów życia
…czy pocieszenia?

Wędruje stepem zagubiona dusza,
drogami wspomnień, smuci się, wzrusza,
cieszy i trafia wciąż na rozstaje,
miłość garściami owoców rozdaje,
…istota ciepła.

Sopot, 4 października 1997

2Shares

Dzisiaj jeszcze poezja jutro powieść plus opowiadanie kryminalne

 Uluru Wieka rafa koralowa 

Dwa światy

W eukalipta plamistym cieniu
ulegam dawnych dni wspomnieniu,
dąb pomnę, myślę, jak w mą dolę
wrosły dwa drzewa, dwa symbole.

Głęboko w sercu się rozrosły,
każdy z osobna potężny, wzniosły,
oba gościnne, bo w nich drzemie
starganej duszy tęskne pragnienie.

Przede mną płaszcz pól sfalowany,
te same kłosy, te same łany,
inna wszelako jest wiatru mowa,
nie taka swojska, nie te słowa.

Gdy tkwię tak w próżni, przepołowiony,
wielkiego świata nęcą dwie strony,
myśl uparta zakreśla koła,
duch Czarnolasu do mnie woła.

Australia, Merredin, 24 października 1996

Gdzie Gondwany

Gdzie Gondwany sprzed wieków
południowe ostały się zręby,
wnętrzności głębin rodzą
bezwolnej pary kłęby.

Nad lądem zapomnienia
wieczności słychać westchnienia,
gdy zjawy ogromne, krzywe,
wypełniają się białym tworzywem.

W objęcia się biorą i tańczą
w rozpierzchłym majestacie,
uchodzą w zakamarki pustyni,
kryją w bezcielesnej jej szacie.

Wiatr dziwami oniemiały,
obrazy ich klei do skały,
wlecze oddech wieloryba;
mitologiczna ożyła ryba.

Zamknięci w sobie patrzymy,
jak mnożą się wód symbole,
oceanu brzuchate olbrzymy
piętrzą się i pienią w dole.

Sopot, 27 września 1997

3Shares

Przedświąteczna niedzielna dawka poezji

Kolejne dwa wiersze ze zbioru Michael Tequila: “Klęczy cisza niezmącona” (w księgarniach). Przy okazji wspomnę, że planuję w pierwszej połowie 2019 wydać drugi tom wierszy o tytule „Oniemiałość”. Noszę się z tym zamiarem już od kilkunastu lat. 

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Gdynia, 16 października 1998

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu,
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

PS. Wczoraj zauważyłem, że  w niektórych księgarniach są niedostępne dwie moje książki: Klęczy cisza niezmącona (poezje) i Niezwykła decyzja abuelo Caduco (opowiadania). Kontaktuję się z dystrybutorem tych pozycji, aby jak najszybciej uzupełnił niedobory.   

3Shares

Poezja niedzielna po raz trzeci

Dzisiaj to i ja mam szczęście, ponieważ przedstawiam Państwu dwa wiersze szczególnie przeze mnie ulubione. Ten drugi, „Chwytanie piękna” uważam za szczególnie „poetycki”.

Są to wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, drugie wydanie (własne), z nieporównywalnie piękniejszą okładką niż wydanie pierwsze (Bernardinum). Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem już kilka lat temu, że ten tomik (pierwsze wydanie) znalazł się w zbiorach ośmiu bibliotek uniwersyteckich w Polsce. Uważam to za nobilitację, niezależnie od faktu, że do dwóch trafił za moim pośrednictwem.

W przyszłym roku planuję wydać drugi (i ostatni) zbiór moich wierszy zatytułowany „Oniemiałość”. Wysłałem go na konkurs literacki, który zostanie rozstrzygnięty pod koniec marca 2019. Jeśli mi się tam nie powiedzie, będę szukać innego wydawcy.

Chciałbym miłość spotkać

Chciałbym miłość spotkać i wziąć ją w ramiona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
śmiać się serdecznie i płakać do woli,
spazm szczęścia przeżyć, kiedy nic nie boli.

Chciałbym wybiec na łąkę, gdzie trawa zielona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
krzyczeć w słońce i pędzić przed siebie,
tylko na chwilę znaleźć się w niebie.

Albo odejść od zmysłów, gdzie jaźń pomylona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
wejrzeć w głąb duszy i odnaleźć Boga,
pojąć, jaka najprostsza do szczęścia jest droga.

Sopot, 18 stycznia 1998

Chwytanie piękna

Spadochron marzeń dostojnie spływa
pawimi piórami, łagodnością puchu,
serce pragnieniem się wyrywa,
biegniesz…lecz ciało tkwi w bezruchu.

Wzrok jednoczy się z pejzażem,
mrokiem strzelają drzew wodotryski,
rzęsy w cień kryją zmysłowe twarze,
drażnią uśpionej żądzy zmysły.

Biegniesz naprzeciw smukle radosny
i chwytasz piękno w ramion objęcia
…a ono znika jak podmuch wiosny,
zwodzi jak puchu nieme zaklęcia.

Sopot, 3 stycznia 1998

4Shares

Poezja autorska, pierwsza dawka niedzielna, późnolistopadowa

Obiecałem sobie publikować w niedzielę dla przyjemności Czytelników, jak i promocji własnej twórczości, moje wiersze opatrując wpisy krótkimi komentarzami od serca i duszy (która podobno jest nieśmiertelna). Dzisiejszą dawkę poezji nazwijmy śmiało polsko-australijską, depresyjno-przyrodniczą.

Jeśli komuś z Państwa zdarzy się spotkać wiersz o podobnym nastroju jak ten pierwszy, to wiedzcie, że jest wysoce prawdopodobne, że autor pisał go w nastoju depresji. Nie jest to jakiś szczególny przypadek twórczości poetyckiej.

Kiedyś uznałem, że terapia przez sztukę, jeden z rodzajów współczesnej psychoterapii, mogłaby być wykorzystana do diagnozowania tej coraz bardziej upowszechniającej się przypadłości, prawdziwej choroby cywilizacyjnej. Pięć lat temu prognozowano w Australii, że najbliższej przyszłości 25 procent mieszkańców tego kraju doświadczy depresji. Jest to w pewnym sensie choroba zabójcza, potrafi stłamsić (czytaj: zgnoić) człowieka do dna, wydusić z niego energetyczne bebechy i rozpłaszczyć jak walec drogowy szczura-samobójcę na twardej drodze zwierzęcego istnienia.

Wśród ludzi cierpiących na depresję notuje się szlachetne wyjątki. Przykładem jest Winston Churchill. Cierpiał na depresję, nazywał ją black dog. Mimo wielkiej przypadłości prowadził wyjątkowo aktywne życie. Wikipedia pisze o nim: „brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, pisarz i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych. W 2002 w plebiscycie organizowanym przez BBC został uznany najwybitniejszym Brytyjczykiem wszechczasów”.

„Balladę o bohaterze” napisałem w Polsce, podobnie jak i sporo innych wierszy. Prawda jest jednak taka, że cała moja poezja bez wyjątku była inspirowana Australią.

 Vincent van Gogh: Stary człowiek w rozpaczy

Ballada o bohaterze

Niby spokojny…on drży cały,
lęk pierś przeszywa i sercem targa,
w otchłań się zwala spopielały,
ciszę rozrywa krzyku skarga.

Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu,
cień się otula czarniejszym cieniem
i w dół go spycha z potwornego dachu,
dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Jakżeż on chciałby być bohaterem,
trzepot przemienić w serce lwa
i stanąć śmiało nad kraterem,
i runąć w przepaść, sięgając dna!

Michael Tequila, Sopot, 24 października 1997
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Bunyeroo Gorge

Bloki kamienia pną się ostrym skosem,
wulkaniczny powalił je cios;
nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem,
co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Drąży materię duch nieokiełznany,
krople skalne rozkruszają ściany,
rzeki korytarz odlewają z głazów,
cierpliwością epok, czasem bez wyrazu.

Eukaliptus, heros wspaniały,
soki życia czerpie z bezlitosnej skały;
natura drzewa martwotę wypiera,
uporem łamie, korzeniem rozdziera.

Nad grań wyniosłą jak dzika kozica
akacja się wspięła; jej liściaste lica
żółtością barwione podmuch wiatru mieni;
kwiat symbolem słońca palących promieni.

Hawker, Australia, 7 października 1996
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

3Shares

Dzień Wszystkich Świętych. Poezje i obrazy.

Dzień zmarłych

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Michael Tequila
Gdynia, 1 listopada 2000
(niepublikowane)

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Michael Tequila
Gdynia, 16 października 1998
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Michael Tequila
Morphett Vale, 19 sierpnia 1996
(niepublikowane)

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybieram wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie pozwolę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Michael Tequila
Zwierzyniec, 20 lipca 1997
(niepublikowane)

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

Michael Tequila
Gdynia, 8 marca 2000
(niepublikowane)

Poezje, Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” https://michaeltequila.com/?page_id=47

4Shares

Michael Tequila, próbki poezji, zbiór: „Klęczy cisza niezmącona”

Wiersz „Bunyeroo Gorge”: Bloki kamienia pną się ostrym skosem, wulkaniczny powalił je cios; nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem, co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Wiersz „Ballada o bohaterze”: Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu, cień się otula czarniejszym cieniem i w dół go spycha z potwornego dachu, dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Wiersz tytułowy „Klęczy cisza niezmącona”: Klęczy cisza niezmącona, czerwonych wzgórz cierpliwa żona, pełna pokory, lecz bez lęku, karmi się każdą kroplą dźwięku./Klęczy samotna i bez końca, wzrusza cieniami wstającego słońca, czasem zapomni się w przestworzu i pieści wiatrem wydartym morzu.

Dziś najtaniej w:  www.znak.com.pl 

 

0Shares