Buntownik. Opowiadanie.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski,  buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

W poczekalni przychodni protetyki dentystycznej Iwan Iwanowicz znalazł się nieprzypadkowo. Kiedy poruszał szczęką, u podstawy lewego ucha skrzypiało mu wiązadło. Trwało to już dostatecznie długo, aby zwrócić uwagę na jawną nieprawidłowość funkcjonalną i estetyczną ciała. On jednak tego jakby nie zauważał. Skrzypienie stawało się coraz wyraźniejsze. Tak wyraźne, że interweniowała żona.

– W końcu musisz coś zrobić w tej sprawie. Nie możesz skrzypieć przy każdym posiłku jak nienaoliwiony rower.  

Na jego wymowne spojrzenie, czy aż tak bardzo jej przeszkadza cichy dźwięk trących nieprawidłowo wiązadeł, odrzekła bez wahania.

– Tu nie chodzi o skrzypienie, tylko o twoje własne zdrowie. I nikt inny nie może o nie zadbać tylko ty.

Iwan Iwanowicz poczuł się zobowiązany do działania: umówienia wizyty u stomatologa w specjalistycznym ośrodku medycznym,

*****

Recepcja znajdowała się dokładnie na wprost drzwi wejściowych do budynku. W prawo szło się do szatni, gdzie królowała gadatliwa i wszechwiedząca kobieta z uszkodzonym lewym okiem, skośnym i zabielonym. Z boku recepcji, naprzeciw szatni, znajdowała się mała poczekalnia. Jedna długa ława do siedzenia wytyczała brzeg korytarza ciągnącego się w głąb budynku, gdzie mieściły się gabinety dentystyczne z aparaturą. Nad wejściem do korytarza widniała tablica „Pracownia protetyki stomatologicznej”, a pod spodem „Przychodnia Implantologii”.

Na szarokremowych ścianach poczekalni rzucały się w oczy wielkie czarne tablice ze zdjęciami absolwentów Academia Medica Geparda, Subfacultas Stomatologica. Pierwsza z nich poświęcona była Absolventes A.D. 1989/1990. Łącznie były to cztery identyczne tablice, każda poświęcona innemu rocznikowi absolwentów wydziału stomatologii. Iwan Iwanowicz zamyślił się patrząc na tablice. Przerwał mu chrypiący głos mężczyzny w ciemnym garniturze o aksamitnym połysku:

– Te tablice na pewno przywieziono je z mauzoleum. Wiem coś o tym, bo zwiedzałem niejeden taki zabytek. To znaczy, przy okazji, bo normalnie to pracuję w mauzoleum. Pozwoli pan, że się przedstawię:  Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Mógł pan o mnie słyszeć, bo to ja przywracałem do pełnej formy dwóch zabalsamowanych przywódców Alberii skradzionych dwa lata temu z mauzoleum w Androtil. Musi pan wiedzieć, że każda mumia, zwłaszcza znanego człowieka, na przykład bohatera narodowego, ma swoją godność jak każdy inny osobnik ludzkiego gatunku, żywy lub martwy. O zwierzętach nie będę mówić, ale im się też należy szacunek. Najciekawsze w tym wszystkim są zęby, bo to one stanowią dowód osobisty każdego umrzyka.   

Zapowiadało się na dłuższy wywód. Iwan Iwanowicz gotów był słuchać, dopóki nie wezwą go do sali zabiegowej. Relację mężczyzny w aksamitnym garniturze przerwała młoda kobieta w białym fartuchu wywołując jego nazwisko.

– Nie zdążę panu powiedzieć więcej, bo mnie wołają. Proszę zapamiętać: Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Może pan o mnie poczytać. 

Iwan Iwanowicz wrócił do studiowania tablic. Szukał w głowie skojarzeń. Przyszły mu do głowy: parzystość, łacińskie napisy oraz czerń. Na każdej tablicy, nad sześćdziesięcioma ośmioma małymi prostokątnymi zdjęciami absolwentów, uwidoczniono pięćdziesiąt dwie postacie profesorów ubranych po cywilnemu, w tym czworo w togach akademickich. Było to staromodne towarzystwo: korpulentne sylwetki, rozdęte twarze, zaciśnięte usta. Wśród mężczyzn dominowali osobnicy z przyzwoitymi czuprynami i wąsami tęgimi jak u zbójców .

– Wyglądają jak wczesna rekompensata za coraz skromniejsze uwłosienie późniejszych pokoleń ciała profesorskiego – bez cienia złośliwości skonkludował Iwan Iwanowicz.

Zdjęcia absolwentów umieszczone u dołu tablicy były mniejsze, choć to zasadniczo im była poświęcona tablica, mająca upamiętnić ich szczęśliwe zakończenie studiów. Iwan Iwanowicz uznał to za pijany przekaz dawniejszych czasów: „to my, ciało profesorskie, jesteśmy ważniejsi, niż cztery roczniki absolwentów studiów medycznych”.

Absolwentami byli staromodnie ubrani, wystraszeni młodzi ludzie; niektórzy z pewnością nie przekroczyli dwudziestu trzech lat życia, choć wyglądali na osiemnaście. Mieli wytrzeszczone oczy.

– To może być efekt błysku silnych fleszy, jakich wówczas używano. Ciekawe, że tylko jedna osoba, mężczyzna, jest w okularach – Iwan Iwanowicz zanotował sobie w myślach obydwie obserwacje. 

Odc. 2

Przy szatni stały trzy kobiety i głośno rozmawiały. Pierwsza z nich to starsza szatniarka z bielmem na oku, druga to kobieta w futrze i wysokich czarnych botach. Trzecia, najmłodsza, o wyglądzie produktu nijakiego czasu, trzymała za rękę potulną dziewczynkę, drobną istotę, cierpliwą, milczącą, zatopionią w sobie. Czekając na wezwanie i dawkę należnego mu cierpienia, Iwan Iwanowicz przysłuchiwał się rozmowie. Kobietę w futrze własnie zawiadomiono, że przyjechał po nią Mercedes.

– Zaraz, zaraz! Tylko wyślę SMS, że kupiłam nowe buty!

Po wysłaniu SMS-u kobieta kontynuowała swoją opowieść. Wyraźnie nie zamierzała iść do samochodu.

Iwan Iwanowicz słuchał nieprzerwanie. Nie krępował się, że podsłuchuje prywatną rozmowę. Miał uzasadnienie. Kobiety rozmawiały otwarcie, głośno, jakby życzyły sobie, aby je słyszano. Przypominały sobie fragmenty minionych dni, spotkania, czynności i rozmowy. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że jest to rozmowa o wszystkim i o niczym, właściwie wymiana skojarzeń.

– Jakby ktoś wypowiadał dowolne słowa: piłka, lokomotywa, podróżować, buchalter, choinka, czarny. To współczesność, czas pomieszania – pomyślał. – Czy ja jestem inny? – naszła go refleksja. Był przyzwyczajony do wewnętrznych dialogów tego rodzaju. 

Jego rozmyślania przerwała dentystka, która założy mu mechanizm korygujący ruchy w osi szczęka – żuchwa. W trakcie zabiegu Iwan Iwanowicz przypomniał sobie niezliczone wizyty, rozmowy i interwencje dentystyczne; uznając z niechęcią, że stomatologia jest przedłużeniem ewolucji uzębienia.

Iwan Iwanowicz wracał do domu tramwajem, obserwując pasażerów. Siedząca po drugiej stronie matka patrzyła nieprzerwanie w smartfon. Dziecko zadało jej po kolei trzy pytania, lecz ona nie słyszała tego lub słysząc po prostu nie odpowiadała. Interweniowała sąsiadka.

– Przecież dziecko zadało pani trzy pytania!

Potem opowiedziała swojej towarzyszce historię syna.

– Nie pracuje. Ma trzydzieści dziewięć lat i siedzi osiem godzin dziennie w laptopie.

Czego nie wspomniała, to to, że sama jest też fanką smartfonu. Kiedy gotowała obiad, przerwała dwa razy, aby zrobić zdjęcie zupy. Wysłała te zdjęcia przyjaciółkom z odpowiednim komentarzem.

*****

Późnym popołudniem Iwan Iwanowicz udał się do neurologa. W przychodni przy ulicy Equilibrium (cóż to za nazwa!) o tej porze było już prawie pusto. Pacjent był spokojny, była to okresowa wizyta sprawdzająca. Przed gabinetem urologa czekało trzech mężczyzn, wszyscy w zawansowanym wieku. Dwaj z nich prowadzili cichą wymianę zdań. Z jej urywków wynikało, że rozmawiali o złożonościach własnych losów związanych z prostatą.

Z gabinetu wyszedł pacjent i jeden z mężczyzn wszedł do środka. Przy półotwartych drzwiach słychać było jak tłumaczy coś lekarzowi długo i nieskładnie. Drzwi nie były zamknięte ponieważ zainteresowany wszedł tam „tylko na chwilę, aby uzyskać informację”. Po długiej wymianie zdań, w trakcie której lekarz wychowawczo go beształ, kiedy ten usiłował mu przedstawić opinię swojego lekarza domowego.

Przebijając się przez słowa rozmowy można było nabrać wrażenia, że sytuacja była zawiła, termin przybycia pacjenta nie ten co trzeba, a sam lekarz nerwowy jak panna na wydaniu. Chyba nic z tego nie wyszło, ponieważ pacjent opuścił gabinet i mruknął do siebie:

– To kompletny baran!

Miał zaczerwienioną twarz i był przygnębiony, kiedy to mówił. Był ubrany na czarno, jakby udawał się na pogrzeb.

W recepcji przychodni panowała zgoła odmienna atmosfera. Obok siebie siedziały dwie starsze dziewczyny, symbolizujące różne postawy. Jedna z nich, wyższa, rosła blondyna, z zachęcającym dekoltem, rozsiadła się na krześle w pozie podpitej królowej w koronie. Patrząc wyzywająco w sufit śmiała się nieprzerwanie. Druga zawzięcie pisała coś na komputerze lewą ręką, trzymając w prawej smartfon, do którego mówiła, coś dyktując lub komentując pisany tekst. Była to scena leworęcznego realizmu społecznego.

Odc. 3

Dwie męczące wizyty u lekarzy dały się Iwanowi Iwanowiczowi we znaki. Prowadząc życie samotnicze, nie miał wiele rozrywki, za to sporo obowiązków. Tego wieczoru postanowił zrelaksować się, najpierw obejrzeć dziennik telewizyjny a potem jakiś ciekawy program publicystyczny, ewentualnie film. Z wygodnej perspektywy ulubionego fotela zobaczył inny świat, świat telewizji, i poczuł się jak widz na honorowej trybunie najsłynniejszego cyrku na świecie Shanghai Circus World. Był przekonany, że nie ma lepszego cyrku niż chiński.

Nie to było jednak najważniejsze, ponieważ inne ciekawsze myśli pchały mu się do głowy niby samobójcze ćmy do ognia. Słyszał nawet cichy szum skrzydlatych myśli. Iwan Iwanowicz oderwał się od ekranu, od dwóch dni pokazującego ginące w męczarniach zwierzęta, walące się domy i monstrualne pożary na kilku kontynentach. Jego własny świat w tym momencie był nie mniej, ale bardziej okrutny, z tym, że w innej perspektywie. Był bogatszy i bardziej zawikłany. Iwan Iwanowicz myślał o mężczyźnie, produkcie biologicznej ewolucji ulegającym teraz przyśpieszonej degradacji. Wniosek był tylko jeden i nie budzący wątpliwości: osobnicy reprezentujący męski nurt ludzkości kurczyli się i stopniowo zanikali. W długim tunelu swojej mrocznej wizji Iwan Iwanowicz dostrzegł nawet ostateczny zanik mężczyzny. Drugą wersją tego scenariusza, jego szlachetniejszą a przynajmniej łagodniejszą odmianą, był mężczyzna poddany recyklingowi. Brzmiało to okropnie, Iwan Iwanowicz postanowił jednak postawić prawdę na najwyższym piedestale, bez względu na konsekwencje.

– Mężczyzna degraduje się, starzejąc się oraz gatunkowo – zdecydował w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Jego myśli układały się składniej niż świeże deski sosnowe sztaplowane w tartaku w latach młodości.

Swoją opinią podzielił się z mężczyzną w telewizorze. Wyobraził sobie, że go wysłucha i zechce podjąć z nim dyskusję.

– Bardzo mi się to podoba, co pan mówi – odpowiedział bez wahania prezenter wiadomości wieczornych, poruszając ustami bez wydawania głosu. Wyglądało to bardziej naturalnie niż kiedy mówił. Wstał zza stolika, obszedł go i zniknął za kulisami.

Iwan Iwanowicz wykorzystał ten moment, aby przynieść sobie z kuchni gorącej kawy. Miał kawę w kubku na stoliku przed sobą, ale już wystygła. Postanowił ją podgrzać w metalowym rondelku. Często to robił, lepiej mu wtedy smakowała. Kawy mógł pić do woli; jego organizm był stworzony do przetwarzania kofeiny w celu podniesienia się na duchu. Do kawy dolał sobie trochę brandy. To jeszcze bardziej go przywróciło go do życia.

Kiedy wrócił do salonu, w pobliżu kanapy stał już prezenter dziennika TV. Iwan Iwanowicz domyślił się, że dostał się tam przez ekran. Mężczyzna nonszalancko otrzepał spodnie z niewidocznego zabrudzenia i rozejrzał się po pokoju.

– Wygodnie tu u pana. Ta kanapa szczególnie mi się podoba. Jest naprawdę wygodna. Pozwoli pan, drogi Iwanie Iwanowiczu, że przysiądę sobie na niej i wypiję z panem mojego ulubionego drinka Gin and Tonic, w którym szalenie gustuję – zaczął, rozglądając się z ciekawością po pokoju. – Proszę mi nie pomagać, sam się obsłużę. Sprawdziłem już barek, jest gin, tonic a lód jest zapewne w zamrażalniku w kuchni. Znajdę bez problemu.

Gospodarzowi podobały się światowe maniery gościa. Uznał go za najmilszego prezentera wiadomości, jakiegokolwiek widział na oczy.

Kilka minut później Iwan Iwanowicz przedstawił rozmówcy swoją najnowszą teorię gasnącego mężczyzny.

– Rozumiem mężczyznę jako przedstawiciela męskiej linii gatunku ludzkiego – zaczął. Już od pierwszego zdania czuł, że idzie mu wyjątkowo dobrze.

Wiedzę do swoich teorii Iwan Iwanowicz czerpał głównie z doświadczeń. Był empirykiem. To określenie sprawiało mu przyjemność, dobrze mu się kojarzyło. Wywoływało niezwykle delikatny masaż serca zmęczonego długą drogą życia. W określeniu „empiryk” było coś starogreckiego; to go tym bardziej poruszało, że w jego żyłach płynęła krew wywodząca się z tamtych obszarów geografii i kultury. W morzu słowiańszczyzny Iwan Iwanowicz czuł się mieszańcem, czasami nawet prawie kundlem, tak niezwykle bogaty był zestaw cech dziedziczonych po przodkach z innych krajów i kultur. Płynęła w nim krew grecka, cygańska, rosyjska i polska. Przy swoich religijnych usposobieniach i skłonnościach podejrzewał nawet Żydów i Arabów, że stanęli twórczo na drodze przodków wytyczających jego linię rozwoju ewolucyjnego. Stanowiło to zachętę do empatii i bycia otwartym wobec bliźnich.

*****

Zasilony świeżymi doświadczeniami, teorię zanikania mężczyzny Iwan Iwanowicz oparł mocno na dwóch specjalistycznych nurtach ewolucji człowieka: ewolucji uzębienia oraz ewolucji prostaty.

– Pokarm, napoje i wydalanie to podstawa metabolizmu. Ewolucja długo nad tym pracowała. Bez pokarmu nie ma życia. To środek energetyczny. A ten nie jest możliwy do przyjęcia, jeśli człowiek nie jest w stanie go pogryźć i rozdrobić. Stad niesamowita ranga zębów.

Są one – Iwan Iwanowicz zawahał się – może i najważniejszym organem człowieka. A jeśli nie najważniejszym, to jednym z najważniejszych – zastrzegł się. Mówiąc gestykulował prawą ręką, w lewej trzymając szklankę z ginem i tonikiem. Jego twarz zarumieniła się.

Odc. 4

Po uważnym wysłuchaniu Iwana Iwanowicza prezenter nie tylko zgodził się z nim, ale przedstawił dodatkowy argument.

– Dużo podróżowałem, jak pan wie lub nie, Iwanie Iwanowiczu. Otóż widziałem na własne oczy szkielet ryby amazońskiej, wielkiej piranii, z zębami przerastającymi ludzkie wyobrażenie. Na samym początku pyska, z dolnej szczęki wyrastały dwa kły. Były tak wielkie, że przebijały górną szczękę i sterczały ponad nią. Cokolwiek żywego nadziało się na nie, kiedy ryba rozwarła pysk, było z gruntu przegrane. Co najciekawsze, tuż przy podstawie każdego kła, znajdował się kieł zastępczy; po prostu czekał sobie spokojnie ułożony poziomo wzdłuż dolnej szczęki. W przypadku, gdyby ryba straciła kieł, ten zastępczy natychmiast podnosił się gotów do działania. To najlepsza ilustracja pańskiej tezy o roli ewolucji w uzębieniu.

– No właśnie – podjął Iwan Iwanowicz. – Jeśli chodzi o zęby, w przypadku człowieka rola ewolucji niestety zakończyła się definitywnie Nie potrzebujemy już jej. Dziś uzębienie reperują nam, udoskonalają i rozwijają stomatolodzy. To oni przejęli pałeczkę od ewolucji. Jest ich cała armia. Wdziałem dwa długie szeregi foteli dentystycznych w przychodni protetyki. Może pan w ogóle nie mieć zębów, protetyka natychmiast zapewni panu kompletny zestaw. Nowiutkie protezy na implantach wmontowanych nawet w skromniutką kość, wyjałowioną jak sucha gleba, z której normalnie wyrastają zęby. Nawet jak straci pan szczękę lub żuchwę, to oni ją panu zrekonstruują. Tak, drogi panie! Stomatologia w pełni przejęła rolę ewolucji.

Iwan Iwanowicz popadł w uniesienie. Przemawiało przez niego natchnienie. Jego oczy promieniały entuzjazmem dla ludzkich osiągnięć. Prezenter dziennika nie myślał nawet o włączeniu się do dyskusji, było to niemożliwe.

– Podobnie jest, kiedy zepsuje się panu prostata, pęcherz lub przewód moczowy. Dostanie pan najpierw cewnik i torbę na mocz, a potem chirurg operacyjnie przywróci panu zdolności sikania jak młody Bóg. I tak to wygląda nasze ludzkie post-ewolucyjne życie. Sztuczna ręka, i noga, proteza oka, ucha, zębów, sztuczna skóra, sztuczne nerka, trzustka i serce, różnego rodzaju implanty, proteza penisa, sztuczny pęcherz moczowy, w końcu nawet sztuczna inteligencja. Dawna lewatywa, leczenie ziołami, zamawianie choroby i szamaństwo to już tylko skansen na drodze postępu. Wystarczy drukarka 3D. Czasem słyszę ją jak pracuje gdzieś za drzwiami sali nowoczesnego szpitala. To tylko, drogi panie, kwestia kosztów i modelu urządzenia, bo technologia już jest! Stoimy wobec ciągłej wymiany fragmentów i organów organizmu, uzdatniania go do dalszej pracy. Kiedyś, w nie tak odległej przyszłości, nigdy się pan nie skończy, bo to, co się zepsuje, zostanie wymienione na nowe, a pan zostanie podniesiony do najnowszej wersji sprzętu i oprogramowania.

Rozmowa o przyszłości nastroiła ich tak pozytywnie, że wznosili  toasty. Iwan Iwanowicz pilnował się, aby nie wypić za dużo. Miał ze sobą alkomat. O gasnącej roli ewolucji oraz kondycji człowieka w recyklingu rozmawiali aż do rana.

*****

Diana Carlos, zamężna córka Iwana Iwanowicza, zastała go rankiem następnego dnia w stanie głębszego niż zazwyczaj zatrucia alkoholowego, mimo to niezwykle pozytywnie nastawionego do życia. Dobry nastrój ojca nie udzielił jej się, mimo iż starała się być pozytywna. Zastąpiła go kobieca opiekuńczość.

– Jak możesz być tak nieodpowiedzialny w swoim wieku i kondycji? – zapytała, nie mogąc mieć niczego więcej na uwadze jak kumulację lat i oraz konieczność przyjmowania lekarstw. Iwan Iwanowicz szczycił się, że był w dobrej kondycji, choć życie czasem zaprzeczało jego życzliwej opinii na temat swego zdrowia i samopoczucia.

Kiedy zaczęła porządkować mieszkanie, Iwan Iwanowicz przedstawił jej historię minionej doby. Nie uważał, że popełnił jakieś bezeceństwo, wręcz przeciwnie. Chodziło o ważne fragmenty życia dojrzałego mężczyzny – spotkania ze stomatologiem i urologiem, kontynuatorami ewolucyjnego procesu uzdatniania męskiego gatunku w dwóch ważnych kwestiach.

O rozmowie z prezenterem z telewizji nie wspomniał. Wiedział, że córka oceniłaby go surowo. Znał słowa, jakie padłyby.

– To zwyczajne pijaństwo i czcza gadanina na temat ewolucji czy przyszłości człowieka jej nie usprawiedliwia. Powinieneś się wstydzić!

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19.01.2020

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź! Myślisz tylko o sobie. Nie ty jeden masz problemy.

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 3: Hasła, matematyka i pęd do wiedzy.

Wczoraj wieczorem obmyślałem sobie hasła, zawołania i tajemne znaki. Na początku przyszły mi do głowy hasła. Pierwsze, co nasunęło mi się to „Rozum z głowy, koniom lżej”, drugie to „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie to absolutna prawda. Sam to sprawdziłem, ale nikomu o tym nie mówię. Złożyłem tam krótką wizytę. Sam byłem ciekaw wyników obserwacji. Nie było specjalnych rewelacji, niczego takiego zresztą nie oczekiwałem. Poznałem wtedy kilka ciekawych osób, jak najbardziej pozytywnych, i dwie, jedna to pacjent, druga to pracownik, które należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jestem szczery. Mogę sobie na to pozwolić, bo to mój prywatny pamiętnik; wątpię, aby go ktoś kiedykolwiek czytał. Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego. Mogę pisać, co tylko przyjdzie mi do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Uważam, że hasła, zawołania i tajemne znaki powinienem mieć pod ręką, do wypowiadania zaklęć, przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz tylko dla osób wtajemniczonych. Jeśli będę się ogłaszać, to umiarkowanie, bo nie lubię przesady, i tylko na miarę potrzeby. Ostatecznie jestem matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów i odkrywanie prawdy.

Matematyki uczyłem do czasu, kiedy zrozumiałem co znaczy nieskończoność; wtedy właśnie zrezygnowałem z pracy, choć byli tacy, co twierdzili, ze mnie wyrzucono. Właściwie to zrozumiałem, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Tak rozumując uświadomiłem sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

Moją rezygnację z nauczania matematyki nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor chyba mniej. Rozmawiałem z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Kiedy w końcu wydusił z siebie „Koniec z pańskim nauczaniem matematyki” zauważyłem, że klatka piersiowa mu się powiększyła i podniosła, jakby nabrał wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie skurczyła się i opadła. Wtedy na jego tłustej twarzy rozlały się liczne promienie szczęścia. Chciałem napisać „gębie”, ale zaniechałem tego, ponieważ uważam się za człowieka umiarkowanego i wyważonego. Ostatecznie nazywają mnie pozytywnym świrusem. Dyrektora, wysokiego osiłka, ćwiczącego całą harmonię rozciągnięć ciała na siłowni, nigdy nie lubiłem, bo mówił, że stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupiam dzieci.

Same dzieci nigdy mi czegoś takiego nie powiedziały. Teraz to sobie myślę, że może bały się mnie. Chyba jednak nie? Kiedy mi mówiły, że jestem inny niż inni nauczyciele, pytałem, co znaczy „inny”. Nie potrafiły tego jednak wyjaśnić. Dopiero któryś z chłopców, zdaje się, że był to Adaś z Siódmej B wyjaśnił to tak:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach, bagnach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się pan z tym dobrze.

Podobała mi się jego wypowiedź. Miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dałem mu za nią szóstki. Po prostu nie mogłem, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosiłem polonistkę, aby podwyższyła mu ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo już miał szóstkę. Podziękowałem jej, że dostrzegła jego talent do głębokich przemyśleń. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie. Nie zraziło mnie to, ponieważ jestem przyzwyczajony do takich spojrzeń. Raz wszedłem pod most w wielkim mieście, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej, i tam zobaczyłem dziką świnię, dzika znaczy się. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, bo każdy musi się wysikać kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Tak, jak w toaletach publicznych, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmują i chowają sąsiedzi, ale tylko wtedy, kiedy chce to zobaczyć. Robi się to odruchowo, najczęściej z ciekawości. Podobno chłopcy nie znający jeszcze życia ani dojrzałego męskiego organizmu oraz początkujący lekarze robią to najczęściej. Jest to naturalny pęd do wiedzy.

0Shares

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 5, jeszcze nie ostatnia. Może i szkoda?

Nie widziałem się z Wiktorem dłuższy czas. Trochę mi go brakowało. Jego relacji o tym, jak radzić sobie z własnym organizmem i cieszyć się dobrym zdrowiem, kondycją i wyglądem fizycznym.

Spotkaliśmy się późnym popołudniem w parku, gdzie Wiktor ćwiczył szybki spacer i jogging na zasadzie własnej formuły 50/50. Ja wybrałem się na przejażdżkę rowerową. Przyświecał nam obydwu ten sam szlachetny cel dbałości o ciało i zdrowie. To nas łączyło. Przywitaliśmy się. Zagadałem pierwszy.

Pamiętam, co mi mówiłeś ostatnio. Była to mowa o jedzeniu. Byłeś natchniony, jakbyś dopiero co wrócił z Bangladeszu głodującego po wielkich powodziach lub ze Stanów Zjednoczonych po dewastujących pożarach i tornadach. A co z innymi rzeczami: sportem, snem, dobrą lekturą?

Co do sportu, sam widzisz. Sportuję się. Praktykuję to, co widzisz. Staram się to robić pięć dni w tygodniu, co najmniej pół godziny każdorazowo. Gdzieś trzeba ćwiczyć serce, płuca, mięśnie, poprawiać metabolizm i chudnąć. Wysiłek musi być dostatecznie intensywny i dostatecznie długi. Chodzenie spacerkiem dwie godziny dziennie po świeżym powietrzu to tylko zabawa. Nabierasz wtedy lepszego apetytu i jeszcze bardziej przybierasz na wadze. Nie oszukujmy się, spacery są dobre dla karmiących matek i śpiących osesków.

W ogóle, utrzymanie dobrej wagi i kondycji to sprawa niezmiernie złożona. Współczesna cywilizacja dała i wciąż nam daje mnóstwo dóbr, pozbawia nas jednak innych, przed wszystkich konieczności częstego chodzenia pieszo. Drugą kwestią jest czas: współczesność pozbawiła nas czasu. Wszystkim wciąż brakuje czasu. Ostatnia, mocno niedoceniana, to współczesność dała nam wielki garb na grzbiecie w postaci stresu. To wszystko działa przeciwko tobie.

Statystka podaje, że nasi dziadkowie i babki przeciętnie chodzili 10 razy więcej. Patrzymy na chodzenie jak na marnotrawstwo czasu, podczas gdy jest to dobrodziejstwo podobnie jak sen. Chodzenie, a szerzej mówiąc ruch, utrzymuje i regeneruje organizm: mięśnie, kości, stawy, płuca, serce, nawet system trawienia i wydalania. Podobnie działa sen, regenerując system nerwowy i organy wewnętrzne, które odpoczywają.

Zdałem sobie sprawę, że będąc indywidualnie i zbiorowo mądrzejsi, jesteśmy większymi głupcami niż nam się wydaje. To arogancja przez nas przemawia, a oprócz niej potężny strumień nieprzerwanej reklamy promującej kupowanie, jedzenie, używanie, konsumowanie, bawienie się, leczenie się i poznawanie wszystkiego, co inni mają ci do zaoferowania. Zatraciliśmy miarę, co jest a co nie jest pożyteczne i mądre z punktu widzenia dobrego życia: radosnego, szczęśliwego, zrównoważonego. Staliśmy się nieszczerzy i kłamliwi przed wszystkim wobec siebie, udając, że to, co ludzie robią powszechnie jest sensowne, ponieważ jest powszechne.

Wiktorze, chyba dużo naczytałeś się o filozofii życia. Mówisz jak z podręcznika. Problem w tym, jak to przetworzyć na codzienność własnego życia – wskoczyłem w nurt monologu w momencie milczenia, które przyjaciel zafundował sobie dla zebrania myśli. O tym zaraz będę mówił. Przećwiczyłem i sprawdziłem to na sobie.

0Shares