Kronika czasów zarazy. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-36/50.

Odc. 1 Salomon Ircha

Od kwietnia zaraza wycofywała się opornie i powoli, pozostawiając po sobie coraz mniej symbolicznych szubienic oznaczających liczbę zgonów osób porażonych wirusem. Wszyscy cieszyli się z tych ustępstw, z wyjątkiem ludzi źle życzących narodowi. Salomon Ircha miał zbyt wiele własnych zmartwień, aby poświęcać tym zdarzeniom tyle uwagi, na ile zasługiwały.

Dziewiętnastego dnia drugiego epidemicznego roku Salomon dokonał podsumowania własnego czasu. Miał go tak mało, że zdecydował się na krok drastyczny: podzielenia czasu na kawałki i przydzielania ich osobom, z którymi utrzymywał kontakty. W pierwszej kolejności przyznał je rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Były to przeważnie kawałki piętnastominutowe, łatwe do podziału i rozliczenia. Pod koniec każdego dnia Salomon wykonywał – wczuwając się w rolę skrupulatnego buchaltera – podsumowania sprawdzającego, jak skutecznie zarządza czasem.

Czas i energię Salomon uznawał za jedyne prawdziwe wartości, jakie człowiek otrzymał w darze od Wieczności do wykorzystania między chwilą narodzin a chwilą odejścia w zaświaty. Wieczność była dlań pojęciem bardziej zrozumiałym niż Bóg, z którym nigdy nie udało mu się pokonwersować czy choćby powiedzieć „Dzień dobry, Panie Boże!”.

Na utrzymanie kondycji i zdrowia Salomon poświęcał godzinę dziennie. Wychodził z domu, aby intensywnie spacerować po lesie, pustych drogach i nieużytkach. Wybierał trasy, gdzie jest mało albo w ogóle nie ma ludzi. Wykorzystywał ten czas, rozmawiając przez telefon komórkowy zgodnie z planem podziału czasu. Na otwartej przestrzeni ożywiały go wiatr, świeże powietrze i rozmowy. 

– Kocham otwartą przestrzeń, świeże powietrze, las i rozmowy z przyjaciółmi. Pokochałbym nawet głębię oceanu, gdybym tylko poznał ją bliżej – mruczał do siebie. Najczęściej myślał o Rowie Mariańskim, na dnie którego żyją istoty odporne na niewyobrażalne ciśnienie.

Od pewnego czasu używał kijki nordic walking, aby wzmocnić ramiona słabnące wskutek braku wysiłku. Lubił filozofować na ten temat. Miał także sporo innych tematów do snucia rozważań. Prowadził je z przyjacielem z lat młodzieńczych, Erazmem, rozwagą i mądrością kojarzącym mu się z Erazmem z Rotterdamu, który głosił, że człowiek z natury jest dobry, zło zaś pochodzi z niewiedzy.

– Czasy cywilizacji, Erazmie, nie sprzyjają górnym kończynom człowieka. Co mi po ramionach, rękach i dłoniach, które wskutek nieużywania stają się cherlawe i nie imponują nikomu, ani kobietom, ani mężczyznom. Może tylko osoby słabowidzące dostrzegają coś, co uzasadnia ich istnienie. Ale kto zrozumie słabowidzącego, jeśli zwykłego, dobrze widzącego, człowieka trudno jest zrozumieć?

Odc. 2. Władza i edukacja

Jadąc samochodem, Salomon słuchał radia. Wybierał stacje prezentujące dyskusje na ciekawe tematy, prowadzone w sposób nie uwłaczający ludzkiej inteligencji. Interesowało go wszystko, co pachniało szerokim światem: psy myśliwskie puszczone samopas przez pijanego właściciela, biedacy w trzecim i czwartym świecie, pozostawieni bez szczepionki na pastwę pandemii, ochrona mórz i oceanów traktowanych jako zbiornik odpadów plastikowych, także wpływ wirusa na seksualność i intelekt człowieka. Tematów dotyczących władzy i polityki nie znosił tylko dlatego, że niosły ze sobą zapach nawozu świeżo wyrzuconego z obory. Swoją organiczną niechęć do rządzących tłumaczył na różne sposoby. Raz nawet powiedział sobie dobitnie:

– Chłopie! Ta niechęć wynika z twego własnego niedorozwoju emocjonalno-intelektualnego. Innym ludziom rządzący nie przeszkadzają,  jakoś nie czują smrodu siarkowodoru. Czy ty nie przesadzasz?

Nie mogąc pogodzić się z samym sobą, Salomon uciekał od polityki, aby nie dopuścić do powstania w sercu ładunku nienawiści grożącego eksplozją.

W miarę upływu lat rzeczywistość uwierała Salomona coraz mocniej: duże litery stawały się zbyt małe, myliły się kody i symbole, drażniło postępowanie sąsiadów, gubił klucze i dokumenty, męczyły doniesienia o brutalnej przemocy w rodzinie. Mimo zmartwień i zarazy czającej się za rogiem każdego budynku Salomonowi nie brakowało też rozrywki. Szczególnie polubił ubranego na czarno, brodatego ministra szkolnictwa, niejakiego Kopera, wynalazcy karkołomnych kombinacji lektur, przedmiotów i metod nauczania. Ich karkołomność miała dostarczyć uczniom głębszych przemyśleń jak i fascynacji, słabo obecnych w tradycyjnym nauczaniu. Koper planował ciekawy eksperyment: znające już alfabet małpy miały uczyć się przyrody razem z młodzieżą. Celem eksperymentu było umacnianie jedności człowieka i zwierząt w walce o ochronę środowiska naturalnego. Minister przedstawił dwa postulaty w tej sprawie:

– Uczestnicy eksperymentu będą musieli nosić maseczki i rękawiczki oraz regularnie myć ręce w ciepłej wodzie z dużą ilością piany. Po drugie, małpy muszą się zobowiązać, że nie wezmą brzytwy do ręki, ponieważ historia notowała opłakane skutki takich zdarzeń.

Na pytanie, czy świadomość zwierząt genetycznie bliskich człowiekowi jest dostatecznie wysoka, aby powstrzymać się od brania do ręki niebezpiecznych narzędzi, minister odpowiadał ze spokojem:

– Tak, jeśli wierzymy w porządek świata stworzonego przez Boga. My w ministerstwie jesteśmy osobami głęboko wierzącymi i to daje nam spokój ducha. Osoby niewierzące, ateiści, masoni i komuniści mogą mieć z tym problemy. Na szczęście są oni nieliczni i zawsze możemy ich trzymać pod nadzorem. Myślimy o programie reedukacji nieprawomyślnych grup społecznych, podobnym do stosowanego w Chinach przez dobrze mi znanego ministra edukacji powszechnej, Li-Tona.

Odc. 3 Zuzanna, miłość i rozmowy

Najwięcej czasu przydzielił Salomon Zuzannie. Kochał ją najbardziej ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Lubił o niej myśleć, pieszcząc ją zmysłowo. Była to osoba trzydziestoośmioletnia, może nieco starsza, a jeśli tak, to niewiele, najwyżej kilkanaście lat. Jej kształty można było określić jako matriarchalne; piersi miała pełne powagi, w razie macierzyństwa także pełne mleka. Kiedy ją poznał była kobietą niezamężną, matką dwojga dorodnych dzieci, które były już na swoim.

Salomon przepadał obcować z Zuzanną w przestrzeni fizycznej. Ostatnio była to tylko przestrzeń wirtualna. Nie mogło być inaczej, dopóki nad ludzkim życiem dominował wirus i i jego matka epidemia.

Zuzanna odwzajemniała uczucia Salomona. Nie wahała się mówić o tym.

– Lubię kiedy jesteś zabawny i perwersyjny, kiedy używasz określeń bułeczka i rogalik, których znaczenie tylko my znamy.

– A ja lubię twój śmiech, perlisty, jedwabny, rozjaśniający przestrzeń, zwłaszcza nocą, kiedy robi się chłodniej.

W obojgu żyła dorosłość i infantylność w proporcjach oferujących szanse zachowania harmonii relacji damsko-męskich, nie zawsze łatwych do pogodzenia.

– O czym my naprawdę rozmawiamy? – zadał jej kiedyś pytanie i uśmiechnął się, ponieważ odpowiedź była łatwiejsza niż przewrócenie jednym palcem pudełka zapałek czy zjedzenie świeżej bułeczki fitness. Pytanie nie było potrzebne ponieważ oboje wiedzieli doskonale, o czym rozmawiają i o czym myślą.

Rozmawiali o książkach, o wydarzeniach, przyszłości i teraźniejszości, rzadziej o nowych decyzjach rządu. Ten ostatni temat nie był możliwy do uniknięcia, można go było tylko zminimalizować. Był to drażliwy obszar rozważań, wypełzający spod gęstego dywanu różnych rozmów niby para upartych ślimaków. Oboje go unikali, szczególnie ona, jako osoba rozważniejsza, matka dzieciom, kobieta wyzwolona.

Odc. 4 Erotyka w czasach epidemii

Lubili także erotykę i seks. W czasach wielkiej separacji epidemicznej uprawiali go wirtualnie, ale jak najbardziej poważnie, z zaangażowaniem, posiłkując się słowami, wyobraźnią i fantazjami.

– Seks uprawia się podobnie jak rzodkiewkę, marchewkę i szparagi, warzywa bliskie sercu ogrodnika rozkochanego w wiosennej pogodzie.

Warzywnicza opinia Salomona nie zachwyciła Zuzanny. Powstrzymała się jednak od komentarza mając na sercu dobro wzajemnych relacji. Jej przedłużające się milczenie Salomon uznał za znak rozwagi i mądrości kobiecej. Kiedyś nawet myślał, że dobrze byłoby być kobietą, było to jednak niemożliwe bez zmiany płci.

Oboje lubili szparagi zwłaszcza te większe, białe, bo im się dobrze kojarzyły z dzieciństwem, kiedy podglądali dorosłe pary bawiące się nago na łące. Rozmawiali o tym najczęściej – nie wiadomo dlaczego – w niedziele. 

– Trawa była wtedy niewiele niższa niż struś afrykański. Czy wiesz, że ten ptak sięga dwóch metrów wysokości – zapytała Zuzanna chichocąc.

Porównania tego rodzaju przychodziły jej łatwo, ponieważ mieszkała niegdyś z rodzicami w Republice Południowej Afryki. Z tego czasu pozostało jej zainteresowanie dalekimi wyprawami i literaturą podróżniczą.

– A czy ty wiesz, że struś dysponuje kopytem jak u konia? Kopnięciem może przetrącić kręgosłup niejednego napastnika – uzupełnił Salomon, kojarząc sobie sytuację z brutalniejszą częścią natury – męskim czynnikiem Yang, znanym obojgu z taoizmu, starego systemu filozofii chińskiej.

Taoizm w części dotyczącej życia seksualnego pozostawał dla nich źródłem przemyśleń i ciekawych skojarzeń. Oboje czytali o nim i dyskutowali między sobą. Najbardziej podobała im się idea, że wszystko, cały świat, każde zjawisko, materialne i niematerialne, ma dwie strony, kobiecą Yin i męską Yang. Dopiero połączenie tych dwóch dawało pełnię przeżyć.

– Czy nie jest to urocze? – pytała Zuzanna i wybuchała śmiechem. – Kiedy o tym myślę, czuję to wewnątrz siebie, zwłaszcza w dole brzucha.

– Ten śmiech i te myśli to twój największy wkład w naturę Yin w dobie epidemii, kiedy mężczyzna i kobieta nie mogą spotykać się bezpośrednio, aby doświadczać przepływu energii męskiej i żeńskiej – odpowiedział Salomon.

Czasem zdarzało się, że wchodzili w konflikt, zupełnie nieoczekiwanie, nie mogąc się porozumieć. Pewnego razu Salomon opanowany gniewem chlapnął niepotrzebnie:

– Mężczyzna i kobieta nie są w stanie zrozumieć się nawzajem, ponieważ pochodzą od zupełnie innej małpy.

O ile ta obserwacja wydawała się mu całkiem naturalna, ponieważ lubił mocne skojarzenia i słowa, o tyle Zuzanna mogła zareagować zupełnie odmiennie i obrazić się. Była bardzo religijna i sprawa pochodzenia człowieka nie była jej obojętna. Uświadomił to sobie po niewczasie, kiedy słowo się rzekło i przysłowiowa kobyłka stała już u płota.

Zuzanna najpierw zawahała się, a potem powiedziała coś zaskakującego. 

– Masz rację. Dlatego nie będziemy się kłócić. Po prostu jesteśmy różni. Ty masz ogon a ja, będąc innego pochodzenia, nie mam. Ty jesteś samcem, a ja samicą. I nie ma znaczenia czy pochodzimy od małpy, czy nie. Po prostu pochodzimy skądś, najpewniej z Afryki.

To stwierdzenie rozbroiło Salomona. Od tej pory, kiedykolwiek poróżnili się, przypomniał sobie pochodzenie mężczyzny i kobiety i różnice z niego wynikające. To mu ułatwiało życie.

Odc. 5 Leon Bury

Temat wrogów narodu wracał często na wokandę spraw obywatelskich, prowadzoną przez telewizję, portale informacyjne, dzienniki prasowe i inne media włącznie z sieciami przekazu plotek i donosów.

– Nigdy nie brakowało nam wrogów – podsumował na wieczornej uroczystości żałobnej prowadzący ją Leon Bury – a dzisiaj w dobie pandemii, mamy ich jeszcze więcej. Stwierdzając fakt, Leon Bury najczęściej nie określał, kogo konkretnie ma na myśli. Było to prawdopodobnie niepotrzebne, ponieważ ludzie go słuchający wiedzieli lub domyślali się o kogo chodzi.

Leona Burego znali wszyscy, był osobą publiczną, opiniotwórczą, słyszały o nim nawet dzieci. Co do wieku i wyglądu, był to mężczyzna w sile wieku, korpulentny i stateczny.

– W sprawach obyczajowości i moralności jest on zręczniejszy niż małpa – mówili o nim złośliwcy, dodając niekiedy, że jest człowiekiem niedouczonym, ponieważ nie umie jeździć samochodem i nigdy nie był w banku. Co do samochodu, to zapewne nie potrzebował mieć prawa jazdy ani umieć jeździć, ponieważ przez całe życie otaczali go ludzie uczynni   chętnie wożący go własnym autem. Sprawa rachunku bankowego była nie do zweryfikowania.

Oskarżany o nietypowe skłonności, nawyki i przywary Bury zachowywał się spokojnie, nie zaprzeczał ani nie potwierdzał. Raz tylko się uniósł podnosząc głos, kiedy ktoś wyraził się niechętnie o tradycji narodowej:

– Za mojego dzieciństwa w powszechnym użytku były drabiniaste wozy konne i tak było dobrze. Nie lubię, jak ktoś to krytykuje. Niech lepiej ci osobnicy, co nie znają tradycji, zamkną swoje kanciaste mordy. Wszystko, co jest częścią naszej tradycji jest godne zapamiętania, kultywowania i upowszechniania.

Spora część społeczeństwa uważała go za dziwaka a nawet odmieńca. Nie ulega wątpliwości, że był kontrowersyjną postacią. Było to dziwne, ponieważ był także człowiekiem lubianym, wpływowym, obracającym się w najlepszym towarzystwie. Miał wielu zwolenników. Żartowano, że szli oni za nim krok w krok niezależnie od tego czy udawał do kościoła, do toalety publicznej, na wystawę jachtów pełnomorskich czy na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie nieznanych bohaterów zasłużonych dla historii i tradycji. Najbardziej oddani mu byli członkowie Stowarzyszenia Pobożni i Wierni, łączącego wspólnotą poglądów chrześcijan zrzeszonych w Kościele Boga Wyrazistego. Kościół ten nie pozostawiał cienia wątpliwości, co jest słuszne a co niesłuszne, co jest dobre a co złe w ludzkim postępowaniu. W tym tkwiła jego siła. 

W sumie Bury był osobnikiem o serdecznym (aczkolwiek dla części społeczeństwa niezrozumiałym) stosunku do rzeczywistości. Według osób dobrze go znających starał się czynić dobro, godzić ludzi w ich namiętnościach i oczekiwaniach, inaczej mówiąc szukać porozumienia.

Odc. 6 Profesor Zybe

Prądy dobra, zła i niepewności od dłuższego czasu krążyły nad krajem, pogłębiając zamieszanie wynikające z epidemii wirusa Dracula. Objawiały się nie tylko chmurami zarazy wiszącej w powietrzu, ale także osobowo, w konkretnych ludziach, deformując ich charaktery. Społeczeństwo dzieliło się na części, części na frakcje, frakcje na grupy i podgrupy. Nikt nie mógł się w tym połapać, nawet socjologowie i psycholodzy społeczni. Jedynie profesor Zybe był zorientowany w tym galimatiasie.

– To człowiek, który się kulom nie kłania – powiedział kiedyś o profesorze prezydent Lambreki i zaraz uzupełnił: – Mam na myśli zabójcze pytania zadawane mu przez niechętnych mi dziennikarzy.

Obydwu mężczyzn łączyły więzy bliskości intelektualnej, towarzyskiej oraz zainteresowań.

– Jesteśmy z tej samej gliny. Wiem co mówię, bo znam się na tym.

W trakcie wywiadu prezydent przebywał w swoim warsztacie, gdzie oddawał się projektowaniu i wytwarzaniu ceramiki artystycznej. Było to jego ulubione hobby. W jego gabinecie w pałacu wisiało na ścianach kilka dużych zdjęć pokazujących jak wręcza wykonany własnoręcznie ozdobny talerz lub wazę jakiemuś dygnitarzowi zagranicznemu. Byli wśród nich królowie, prezydenci państw i premierzy.

Na temat podziałów społecznych zabrał głos w telewizji profesor Zybe, doradca prezydenta. Był to ekspert, którego lubiano zapraszać do udziału w programach telewizyjnych, szczególnie serwisów wiadomości i programów edukacyjnych. Profesora wyróżniała siwa czupryna przetykana szlachetną rudością oraz dwudniowy zarost na szczupłej twarzy, który pieszczotliwe nazywał szczeciną. Zawsze był w dobrym nastroju, uśmiechał się, cokolwiek nie mówił. Nawet kiedy wspomniał osiemdziesiąt tysięcy osób zmarłych wskutek zakażenia wirusem, łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Widzowie uważali takie zachowanie za budujące w czasach powszechnego przygnębienia, czerpali z niego pocieszenie. Nie wszyscy oczywiście podzielali ten pogląd.

– Temat podziałów społecznych nie jest niczym wdzięcznym do dyskusji – podjął profesor. Sprawy są skomplikowane. Rozmawiamy o nich bardzo często z panem prezydentem, ale jeszcze nie wypracowaliśmy właściwego stanowiska. Nie jest to łatwe, ponieważ pan prezydent jest niezwykle zajęty. Jest w rozjazdach. Budujemy nową rzeczywistość i musimy ją ustawicznie rozwijać i doskonalić.

O złożoności sytuacji widzianej przez pana prezydenta i jego doradców, profesor Zybe wypowiadał się wstrzemięźliwie i dopiero po dłuższym zastanowieniu się.

– Są wśród nas ludzie jątrzący atmosferę dobrych relacji społeczeństwa z władzą w bolesnym dla wszystkich okresie walki z wirusem Dracula. Chodzi mi o grupę o wyraźnie dywersyjnym charakterze, której większość stanowi opozycja. Jest też inna grupa usiłująca przekształcić społeczeństwo w “perpetuum mobile”, maszynkę przerabiającą gospodarkę na kawałki. Starają się zniszczyć nasz przemysł posługując się szlachetnymi hasłami walki o czyste środowisko naturalne. W istocie rzeczy mają na uwadze tylko swoje interesy i nic więcej. Każdy z tych ludzi ciągnie w swoją stronę, każdy jest w coś zaangażowany. Tylko pan prezydent pozostaje bezstronny i stoi na straży praworządności, porządku i ładu. On broni twardo naszych interesów, kopalń, fabryk, hut, tego co konkretne, co tworzy dochód narodowy.

– Czy w tej sytuacji jest ktoś neutralny?

– Ludzi neutralnych światopoglądowo prawie w ogóle nie ma. Wygląda na to, że nie przeżyli lub kryją się po domach, zagrodach, lasach, a nawet ośrodkach wypoczynkowych. Jest to możliwe dzięki zielonym certyfikatom stwierdzającym, że jego właściciel jest zaszczepiony przeciwko wirusowi lub przeszedł zakażenie wirusem. To nowa rzeczywistość.

– Czy pan sądzi, panie profesorze, że to się szybko zmieni?

– Nie widzę takiej możliwości. Czekają nas raczej niezbyt pomyślne niespodzianki, o których wolę nie mówić na razie. Są to elementy obecne w każdym z trzech scenariuszy przyszłości, pozytywnym, realistycznym i negatywnym, opracowywanych przez zespół doradców pod przewodnictwem pana prezydenta. Wkrótce państwo o nich usłyszycie. Przedstawi je prezydent Lambreki w swoim orędziu o stanie państwa.

Odc. 7 Początki wielkości.

Sosnowy las podziałał na Salomona orzeźwiająco. Krople wilgoci wisiały na igłach i gałęziach drzew tworząc girlandy bajecznej przezroczystości. Było chłodniej niż poprzedniego dnia. W rozmowie z Zuzanną zapomniał o niefrasobliwych aluzjach erotycznych i żartach. Jak zwykle w czasach epidemii rozmawiali ze sobą telefonicznie.

Kilkanaście minut wcześniej, jadąc samochodem w kierunku lasu, słuchał radia.

– Nad krajem wisi wielka chmura epidemiczna i nie zamierza odejść. Ludzi przytłacza ciężar wielkiej niepewności, zginając ich ku ziemi. Po raz kolejny spadł na nas blady strach.

Słowa kobiety czytającej dziennik nie były dokładnie takie, jak to zapamiętał Salomon. W głowie pozostały mu słowa: epidemia, chmura, ciężar, strach.

Rodzący się porządek w kraju wiązał ze sobą losy Salomona Irchy, Zuzanny, Leona Burego, Erazma i co najmniej setki innych osób. W tle tych powiązań istniały kolejne setki, tysiące i miliony osób. W opinii artystów, ludzi o szczególnej wrażliwości, dodawało to odrobinę kolorystyki społeczeństwu poszarzałemu przez epidemię.

W trudnych czasach ostoją normalności i stabilizacji kraju stawał się Leon Bury. Coraz więcej osób nazywało go człowiekiem-opoką, mężem-okolicznościowym, dobroczyńcą narodu. Przyjmował to z satysfakcją, nieświadomie wrastając w te role. Po pewnym czasie sam siebie już tak określał. Raz lub dwa razy przypomniało mu się powiedzenie, że wielkie czasy tworzą wielkich ludzi. Nie było w tym skromności, ale też nie uważał, że powinien być skromny. Czuł, że on jeden rozumie zachodzące zmiany i jest w stanie zapobiec wielkim kłopotom grożącym społeczeństwu, a nawet katastrofie.

Rozmawiał o tym z przyjaciółmi, coraz liczniej skupiającymi się wokół niego.

– Czasy wymagają od nas śmielszego myślenia, bardziej abstrakcyjnego, nawet absurdalnego, nieuniknionego w post-wirusowym społeczeństwie przyszłości.

Przyjaciele umacniali go w przekonaniu, że powinien energicznie włączyć się w nurt troski o kraj i naród.

– Nie wahaj się, Leonie. Jesteś osobą majętną, posiadasz wielkie środki materialne, masz pomysły i co najważniejsze masz w sobie determinację.

To go dodatkowo nakręcało. Dzieląc się swoimi przemyśleniami, zaskakiwał przyjaciół niezwykłością poglądów. Mówił prosto i przekonywująco, czasem tajemniczo.

– Musimy utrzymać kierunek zmian ku lepszemu, porządek na ulicach, w domach i w głowach. Nie możemy się poddać wirusowi. Musimy stać się bardziej elastyczni, więcej rozumieć, szybciej reagować, nie dać się niczym zaskoczyć. Zastój jest najgorszy. Jest jak cholesterol blokujący przepływ krwi w żyłach. Moja w tym głowa, aby kraj szedł we właściwym kierunku – Bury mówił to otwarcie i ludzie mu wierzyli. Rzadko występował publicznie, ale zawsze wyzwalał w słuchaczach aplauz, pochwałę dla swoich myśli i przekonań.

Erazm i Salomon zachowywali wstrzemięźliwość w ocenie jego postępowania. Byli sceptykami.

– Oczywiście nie wszyscy są mu życzliwi – zauważył Salomon. – Nie wszyscy podzielają jego poglądy.

– Tak to bywa w społeczeństwach aktywnie poszukujących drogi zbawienia w okresie wielkich kłopotów i wyzwań – dodał Erazm.

Jak zwykle zgadzali się ze sobą, lecz nie wyzwalało to w nich żadnego sygnału ostrzegawczego.

Odc. 8 Ciężka noc

Po pracowitym dniu, Leon Bury układał do snu, marząc o spokojnej nocy. Przypomniały mu się wydarzenia dnia, spotkania i rozmowy. Nie mógł zasnąć. Jego wyobraźnia falowała, miał wrażenie, że jest w nieprzerwanym ruchu. Na ścianie wisiały oprawione w ramy portrety jego ojca i dziadka; widział jak falują ich wąsy i włosy; twarz ojca powiększała się a dziadka zmniejszała, że aż się zdziwił.

Aby oderwać się od niespokojnych wrażeń, oddał się marzeniom. Marzył o społeczeństwie miłości i dobrobytu, w którym ludzie kochają się wzajemnie i żyją w dostatku, gdzie sprawiedliwość jest nie tylko w sądach ale także w biurach, domach, na ulicach i placach zabaw. Przypomniał sobie kioskarza zwracającego mu dwadzieścia groszy jakie nadpłacił poprzedniego dnia kupując gazetę. Niewiele to pomogło. Przypomniało mu się muzeum sztuki dawnej; sumienia postaci malowanych przez średniowiecznych mistrzów pulsowały na tle nieba spadając w głąb czerwonoczarnych czeluści piekła.

Mężczyzna skoncentrował się nad tym, co zachodzi w jego głowie. Nie udało mu się jednak zapanować nad przywidzeniami, pojawiły się tylko nowe obrazy; Bury oglądał szlachetne czyny i dobroć ludzi. Świat zmieniał się; ludzie byli coraz lepsi, owoce coraz słodsze i każdy obywatel miał pieniądze pozwalające mu na godne życie.

Następnego dnia w rozmowie z gospodynią prawda wyszła na jaw. Pod jej nieobecność Leon naparzył sobie nie te zioła co należało i niepotrzebnie wypił podwójną dawkę. Leokadia, kobieta o marsowym wyglądzie doświadczonego w bojach morsa, popatrzyła na niego z dezaprobatą. Leon przyjął to z godnością. Tylko jej jednej uchodziło na sucho cenzurowanie jego słów i postępowania. Znała go od urodzenia; najpierw go niańczyła, potem była jego opiekunką. Pozostało w nim wiele dobrych wspomnień z tych czasów; brała go w obronę przed starszym rodzeństwem, kuzynami oraz silniejszymi kolegami.

W towarzystwie dobroczynnym „Hosanna”, którego był fundatorem, Bury przedstawił swoją wizję przyszłości. Czuł, że musi podzielić się optymizmem, aby przynieść ludziom ulgę w warunkach epidemii.

– Wierzę, że idą czasy spokoju, kiedy nie będziemy już się bać wirusa. Miałem widzenie, że ulegnie on degradacji i skurczy się tak bardzo, że nie będą mogli go dostrzec nawet naukowcy dysponujący mikroskopami elektronicznymi, ani wyobrazić go sobie nanotechnolodzy i matematycy wierzący w nieskończoność małości.

W tylnym szeregu słuchaczy ktoś mruknął:

– Ani specjaliści od dzielenia włosa na czworo.

Uszczypliwości i niemiłe komentarze nie szkodziły Leonowi Buremu; ufała mu coraz większa liczba mieszkańców kraju.

Odc. 9 Kraj w ampułce

W dniu trzydziestego pierwszego maja drugiego roku epidemicznego w kraju pogłębiło się rozdwojenie jaźni. Fachowcy z branży psychologii nazwali to fachowo rozszczepieniem.

– To nic innego jak widzenie innych ludzi, świata, organizacji, siebie a nawet zwierzęcia w barwach całkowicie czarnych lub całkowicie białych. Nic nie jest częściowo dobre i częściowo złe, tylko jest albo zupełnie dobre albo zupełnie złe, bezbrzeżnie mądre albo nieskończenie głupie. Dokładnie tak jak szczepionka przeciwwirusowa – dla jednych ratunek, dla drugich potępienie.

Do słów brzmiących jak zapowiedź gołoledzi latem posypały się komentarze, opinie i oceny.

– Starzy ludzie zajmują się swoimi sprawami, ogródkami i narzekaniem, podczas gdy młodzi żwawo przebierają nogami, zdejmują maseczki, pracują i żyją myślami o zupełnie czym innym. Pierwszym chodzi o przetrwanie w spokoju, drugim o pieniądze, sukcesy, czasem o seks, dzieci i nowy samochód. Władza rozeszła się z narodem, bogacze z biednymi, naiwni i ignoranci odłączyli od grona ludzi myślących i refleksyjnych. Jednym słowem powstał niesamowity galimatias, zachowujący pozory porządku i ładu. Najgorsze jest to, że wszyscy wdają się w dyskusje z wszystkimi, przez co nie ma czasu na myślenie i miłość bliźniego.

– Dzisiaj nikt się nad niczym nie zastanawia, tylko od razu mówi. Ostatnio modne stało się powiedzenie:

– Potrzeba nam ładu i porządku.

– Z ładem nie jest może źle, bo on już jest i w dodatku jest całkiem nowy, ale mało kto w niego wierzy. Wygląda to w sumie jak kwaśna cytryna i słodki szczypior na zdechłym śledziu – podsumował Walter Korona, naoczny świadek i obserwator zdarzeń bieżących.  

Jeszcze tego samego dnia uwagę zdezorientowanego wirusem społeczeństwa skupiło kilka niezwykłych wydarzeń. Ich akcja rozwijała się stopniowo, punkt po punkcie, jak w dobrym scenariuszu ambitnego kina, gdzie jest dużo ruchu i przekleństw a mało treści i rozumu.

Marian B, do niedawna arystokrata pomocny władzy, mający w herbie zapiekłą dumę i sylwetę nieugiętego tura, wyszedł przed budynek swego urzędu i grzbietem dłoni na odlew wymierzył na odległość siarczysty policzek wysokiemu urzędnikowi państwowemu.

– Nie będę kalać moich spierzchłych warg imieniem i nazwiskiem tego przestępcy, bo wszyscy je znacie. To on wydał zupełnie niepotrzebnie wory pieniędzy na wasz koszt a teraz to jeszcze śmieje się wam w oczy.  

Odc. 10 Obrona

Kilka godzin później wypowiedź oskarżycielskiego Mario dotarła do adresata. Wysoki urzędnik nie pokazał po sobie, że czuje się poszkodowany; szybko i sprawnie strząsnął z gładko wygolonej twarzy bolesny skurcz. Zadrżały mu tylko dwie drobne żyłki koło nosa, dowód irytacji na bezprecedensowy atak na jego ludzką godność. Mówił bez emocji dobierając słowa.

– To tylko spadł mały deszcz. Nie mam pojęcia dlaczego, bo zapowiadano ładną pogodę – wyjaśniał powoli swoje racje na zwołanej ad hoc konferencji prasowej. – Od jednego uderzenia w twarz nie rozchoruje się, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mogę powiedzieć wszystkiego, ponieważ mamy epidemie i muszę przestygać zasad kodowania, zaciemnienia i godziny policyjnej. Powiem tylko dobitnie, że zrobiłem co powinienem zrobić, zleciłem co trzeba i komu trzeba na poczcie, ponieważ sprawa związana była z obszerną korespondencją. Co więcej, nie boję się krzykaczy. Mam język zdolny obronić mnie przed niesłusznymi oskarżeniami stosując zaprzeczenia i inne triki logiki przemówień. Jestem też pewny niewzruszonej obiektywności, a nawet serdeczności obywatelskiej,  w urzędach, gdzie zapadają decyzje o winie lub niewinności.

Spokojne słowa wysokiego funkcjonariusza wywołały wrzenie w obozie opozycji. Postać mówcy zidentyfikowano jako premiera. Przywódca opozycji, znany pod pseudonimem Wróbel z racji drobnej postaci, komentował w gronie otaczających go sojuszników:

– Ten typ zapomniał jeszcze dodać, że w urzędach, gdzie sprawiedliwość rzekomo stoi na piedestale obiektywności, ma jeszcze sojusznika, który niekoniecznie jest mu przyjacielem – niech mu ziemia lekką będzie – ale i tak zrobi co trzeba dla dobra ich wspólnej sprawy, jaką stanowią pieniądze państwowe.  

Tego samego dnia ukazała się w mediach się informacja, że w kraju zwolniono z obowiązków kilku sędziów. Głos w sprawie zabrał minister Resortu Rozstrzygania Sporów:

– Ci ludzie byli zbyteczni. Brak im było taktu, delikatności, nawet zwykłej kindersztuby. Byli nierozważni, chlapiąc na prawo i na lewo, co sądzą o rzeczywistości. Nie myśleli o niej najlepiej, oceniali ją nieobiektywnie. Cytuję ich słowa:

– Rzeczywistość jest koślawa i wypaczona, nie taka jak w konstytucji i Piśmie Świętym. Prawda jest inna niż głosi to nasz naczelny treser i trener, który z nas – obywateli – chce uczynić posłuszne zwierzęta.  

Ich wypowiedzi były zakamuflowanych przekazem, a to jest niespuszczalne, ponieważ od sędziów oczekujemy jasności wypowiedzi. Prawda, jaką głosili i nadal głoszą, nie jest nam potrzebna, bo jest bałamutna. Mówi się, że prawda jest naga. Nie jestem purytaninem i osobiście nie mam nic przeciwko nagości. Co do samej prawdy, to nie jest ona dzisiaj w cenie, po co nam ona, nie potrzebujemy jej, nikt jej nie potrzebuje, tylko zasłania nam szersze pole widzenia – komentował różanolicy przedstawiciel Resortu Rozstrzygania Sporów.

– Ci sędziowie to sami się zwolnili. Sami się prosili, aby skierować ich na zsyłkę, do pracy przy pługu i roli, odebrać im prawo wykonywania zawodu, zakazać wstępu do budynków publicznych, a nawet oskarżyć o kradzież cyrkli i kanapek ze zjełczałą kiełbasą. Niech nie kradną! Po co komu taka kiełbasa? Mój pies by nawet jej nie ruszył.

Odc. 11 Dziwny poranek Salomona Irchy

Obudziwszy się po nocy cięższej niż wór gnijących zimniaków, Salomon miał chęć skryć się choćby nawet do mysiej dziury. Dręczył go wstyd, że boryka się z czymś tak prostym jak sen, z którym radzi sobie nawet śliniący się osesek. Pierwszą myślą było określić się hasłem „Co z tobą, człowieku?” i szukać odpowiedzi na to pytanie. Była to myśl na tyle dziwaczna i zagmatwana, że szybko z niej zrezygnował na korzyść podejścia do okna i spojrzenia na świat.

Nie oczekiwał tam niespodzianek. A jednak! Była godzina szósta rano. Budynki osiedla Oaza skupiły się w sobie niby grupa szarych słoni. Słońce pogrubiło ich ściany, przekształcając budynki w słoneczne warownie ciszy i spokoju. Salomon rokoszował się widokiem. Odświętny nastrój przerwał mu łomot worka butelek zrzucanych do pojemnika w zsypie na śmieci, oraz dudnienie niekształtnej ciężarówki z napisem „Segregujemy odpady” nadjeżdżającej z lewej strony.

– Parszywy świat! Parszywy los! – warknął Salomon ni to do siebie, ni to do sprawców zakłóceń. Oto huczące metalowe pudło pojawia się w czasie, kiedy ludzie śpią jeszcze słodkim snem osnutym marzeniami o ciepłych pierożkach z jagodami i śmietaną słodzoną leśnym miodem.

– Co za czasy! Epidemia, wór łomocących butek i ciężarówka! – westchnął Salomon. – Tyle przeszkód na drodze do pogodnego nastroju po źle przespanej nocy. 

Dalsza część dnia nie zapowiadała się najlepiej. Dysponując czasem, Salomon czuł w sobie niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy twórczej. Z braku innej rozsądnej opcji zdecydował się poświęcić czas na obserwowanie w telewizji wydarzeń krajowych, ich porządkowanie i wyciąganie wniosków.

W Pokucie, państwie porównywalnym wielkością z puszką fasoli w wielkim światowym magazynie warzyw i owoców, najwyżsi przedstawiciele władz wychodzili ze swoich pałaców, gabinetów i urzędów, aby we zgodnym wysiłku rozrzucać obficie świeży nawóz kłamstw przed społeczeństwem. Salomon słyszał komentarze, jakie wymieniali między sobą:

– Kłamstwo władzy jest podstawą odżywiania się współczesnego społeczeństwa, jest zdrowe i potrzebne, jest gwarancją poczucia dobrobytu i spokoju.

Kiedy odchodzili, odwracali się tyłem do ekranu, objawiając prawdę nagich pośladków wypiętych na widzów i słuchaczy. Telewizja państwowa sprawnie powielała te obrazy, ugruntowując opinię, że jest to jedyna rozumna i radosna wizja świata.

Na rynku, w parkach i na placach zabaw dla dzieci, gdzie dorośli zabawiali się rozmowami o polityce, pojawiały się grupki osób oskarżających opozycję, że nie robi niczego, aby ratować państwo przed deprawacją i grabieżą.

– A co my możemy uczynić? – odpowiadali nieporadnie opozycjoniści. Nie mamy prerogatyw, telewizji państwowej, pieniędzy, nie możemy rozdawać miliardów ani karmić obywateli obietnicami z dwudziestocentowym pokryciem finansowym. Nie mamy nawet prawa głosu w parlamencie.

– Jak to? Macie przecież prawo do jednominutowych wypowiedzi oraz możliwość zgłaszania poprawek! – rozkrzyczeli się przeciwnicy opozycji.

– To tylko tak się wydaje! Te poprawki są wiązane w pęczki sznurkiem dźwięcznych słów marszałkini i następnie przegłosowywane hurtowo, trafiając ostatecznie do kosza historii pokracznych opowieści o parlamencie.

Odc. 12 Dzień Dziecka

Mimo słonecznej pogody coś niezdrowego wisiało w powietrzu, wyprowadzając ludzi z równowagi. Wirus niby ustępował, w istocie jednak kluczył i zwodził ludzi, tworząc wciąż nowe mutacje. Był w tym niepowstrzymany zupełnie jak szalona ćma pędząca do światła. Naukowcy z drżeniem serca myśleli o możliwości pojawienia się mutacji odpornej na istniejące szczepionki. Ich przygnębienie udzielało się społeczeństwu. Pocieszając się, mieszkańcy Pokuty zalecali sobie nawzajem spokój ducha i wytrwałość.

W dniu dziecka wszyscy zapomnieli o wirusie, nieszczęściach, jakie sprowadził na ludzkość i spekulacjach co do przyszłości. Nastał czas radości; składania życzeń maluchom i dorastającej młodzieży. Składano je najchętniej na placach zabaw, w parkach i ogródkach jordanowskich, gdzie panowały przestrzeń i słońce. Ludzie czynu prześcigali się w życzeniach.

Na zielonym skwerze otoczonym kwietnymi rabatami w centrum miasta dziennikarka i kamerzysta stacji telewizyjnej Rubach i Spółka rejestrowali wywiad z Marszałkinią. Nie wszyscy widzowie i słuchacze poznali ją od razu. Była ubrana nietypowo. Zamiast oficjalnej urzędowej garsonki i broszki z czarną różą elegancko przypiętej nad lewą piersią miała na sobie kwiecistą bluzkę i stonowaną kolorystycznie spódnicę we wzory zieleni i błękitu, a na nogach letnie pantofelki. Z jej ust płynęły słowa ciepłe, serdeczne, pełne troski o dzieci i młodzież. Mówiła w pośpiechu, jakby bała się, że dziennikarka zabierze jej mikrofon sprzed ust i nie pozwoli dokończyć życzeń.

– Z Okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka życzę wszystkim maluchom dużo zdrowia, szczęścia, radości, dobrej pogody i wspaniałych zabawek, oraz miłości, na którą każdy zasługuje. Mymi życzeniami obejmuję również Mario B.

– Dlaczego składa pani życzenia Mario B? Przecież to dorosły mężczyzna, w dodatku zajmujący poważne stanowisko – pytanie dziennikarki nie zaskoczyło Marszałkini. Wydawało się, że wręcz czekała na nie, że sama je sprowokowała, gdyż odpowiedziała na nie z szybkością automatu.

– Mario zachowuje się jak chłopiec w krótkich spodenkach, dlatego należą mu się życzenia z okazji dnia dziecka. Oskarża poważnych ludzi o czyny niegodne, malwersacje, przeinaczanie faktów i zaprzeczanie prawdzie. Dlatego traktuję go jak dziecko; nie zasługuje na inne traktowanie.

Czując się w centrum zainteresowania, Marszałkini nabrała energii.

– Nie mogę zamykać oczu ani ust na niezwykłe zachowania Mario, jego ataki na osoby powszechnie znane i szanowane. Szczególnie bolesne są jego oskarżenia pod adresem ciężko pracujących urzędników państwowych dotyczące zupełnie drobnych niedociągnięć, niedopatrzeń i uchybień. Jakieś nieopłacone faktury i niedostarczone w terminie urządzania medyczne; to nie jest poważna sprawa. Mario zapomniał całkowicie, że zdobywali oni te urządzania dla nas wszystkich, u szczytu nasilenia epidemii, kiedy każdy drobiazg, maseczka czy rękawiczki, były na wagę złota. To nieuczciwe postępowanie – wytykać komuś źdźbła w oku, kiedy samemu nie widzi się belki we własnym. Razi mnie jego fałszywa bezkompromisowość, bo przecież sam nie jest bez winy: te jego niby niewinne przekazy serwowane szczodrze jak młóto browarniane kurom-nioskom dla podniesienia ich wydajności, te jego rozliczne konferencje prasowe, spotkania i przemówienia. On gotów byłby nawet pokazać się nago, aby tylko mu uwierzono. To obrzydliwe! – usta Marszałkini wygięły się w wyrazie niesmaku, odsłaniając dwa rzędy drobnych, białych zębów.

– Przecież to jest ten sam Mario B, którego kiedyś chwaliła pani jako wzór godny naśladowania? Mówiła pani o nim, że jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, bardziej przejrzysty niż woda ze źródła Świętego Gerwazego.

Odc. 13 Rozmowa o Mario

– Ten Mario – kontynuowała Marszałkini – którego znałam osobiście, był przyzwoitym człowiekiem. My wszyscy, członkowie Partii Dobrobytu Społecznego, kochaliśmy go i szanowali za jego niezłomność i ludzką życzliwość. Życzyliśmy mu wszystkiego najlepszego. Sama wręczałam mu bukiet kwiatów i gratulowałam awansu. Dzisiaj jest to ktoś inny: człowiek rozgoryczony, nieszczęśliwy, biegający po telewizjach i radiostacjach, spotykający się z byle dziennikarzyną z tandetnym chińskim mikrofonem w ręce lub wydawcą gazety niegodnej nawet podeptania. Po co on spotyka się z nimi? Tylko po to, aby się skarżyć, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jak bardzo jest dręczony przez władze.

– Co takiego się stało, że tak się zmienił? Kiedy to nastąpiło?

Marszałkini popatrzyła na dziennikarkę z niechęcią. Przyglądała jej się przez chwilę oceniając twarz i ubiór. Wydała jej się mało ciekawa, była niska i niezbyt szczupła.

– Wolałabym, aby pani zadawała mi poważniejsze pytania. Otóż Mario zmienił się w dniu objęcia stanowiska prezesa Centrum Kontroli Urzędników. Od tego czasu cierpi na manię prześladowczą. Martwię się o niego. Mówił w telewizji, że ktoś go inwigiluje, nachodzą go jacyś tajemniczy ludzie, aby przeszukiwać mu dom w związku ze zgłoszeniami możliwości przecieków gazu oraz spięć w sieci elektrycznej. A przecież to jest normalne, że tacy ludzie przychodzą do człowieka ze względów bezpieczeństwa. Taka niespodziewana wizyta to bułka z masłem dla obywatela bez obciążeń psychicznych. Ale Mario jest inny. Widzi w tym jakieś zagrożenia. Nie rozumiem, co mu się stało.

– Pan Mario mówił też, że coś innego go jeszcze niepokoi. Martwił się, że Leon Bury, człowiek powszechnie szanowany, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie. Cytuję jego słowa:

– Leon nazwał mnie palantem. Powiedział, abym uważał, aby się nie złamać, bo wyglądam krucho i mogę boleśnie się potłuc.

– Tak! To jeszcze jeden przykład mani prześladowczej Mario, bo pan Leon Bury to człowiek gołębiego serca, dobroczyńca narodu. Nie nazwał go palantem tylko powiedział:

– Mario, wyglądasz jak palant. – To jest różnica. – Potem dodał jeszcze: – Przypominasz mi palanta.

– To nie są powody, aby wszczynać burdy. – Marszałkini była szczerze oburzona zachowaniem Mario. – To jeszcze nie wszystko. Mario mówił także, że codziennie rano sprawdza w swoim samochodzie opony, przewody i klocki hamulcowe, a nawet to, czy nie czuć w nim zapachu środka wybuchowego. Czy tak postępuje ktoś normalny? Czego on się boi? Ja tego nie rozumiem.

Odc. 14 Wirus, redaktor i dobroczyńca

Z krajów Dalekiego Wschodu dochodziły wieści, że afrykańska, europejska i południowoamerykańska odmiana wirusa Dracula łączą się między sobą w aktach kazirodztwa zupełnie jak ludzie produkując bękarty zjadliwsze niż kwas pruski. W laboratoriach farmaceutycznych naukowcy w białych kitlach eksperymentowali z nimi: pakowali je do probówek, oznaczali symbolami i datami, barwili, w końcu traktowali różnymi odczynnikami i temperaturami. Powstałe produkty brali pod mikroskop i rozkładali ich genotypy na czynniki pierwsze, aby wydobyć tajemnice pozwalające tworzyć nowe skuteczniejsze szczepionki. Prezes zarządu renomowanego amerykańskiego laboratorium Zera Codix podsumował wyścig firm o palmę pierwszeństwa. Mówił to w gronie bliskich współpracowników.

– Po opatentowaniu udana szczepionka będzie miała wartość grubych miliardów dolarów. Patent to najprostsza droga do dobrobytu dla ludzi takich jak my, umiejących zorganizować się w think-tanki zasobne w pieniądze i pomysły. Powiem z pewną emfazą, ale bardzo szczerze: Pieniądz to pan, król i cesarz w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Biedacy w krajach trzeciego i czwartego świata nie są w stanie tego zrozumieć, a tym bardziej docenić, ponieważ nie mają pojęcia o prawdziwych pieniądzach. To, co otrzymują w udziale, to ochłapy zrzucane ze stołu zamożnych warstw własnego społeczeństwa oraz całego bogatego świata.

Czy było to prawdą, nie wiadomo. Były to już czasy wielkiej manipulacji, kiedy prawda i fałsz mieszały się ze sobą łatwiej niż wirusy w powietrzu. Tak czy inaczej, słowa prezesa przeciekły na zewnątrz i fala oburzenia zalała media.

– Jak on może tak mówić!? – krzyczały tytuły na pierwszy stronach gazet i portali newsowych.

Burza nie trwała długo; wiele osób doszło do wniosku, że prezes firmy Zera Codix jest cynikiem, co nie znaczy, że nie powiedział prawdy.

– Prawda kłuje w oczy – tym tytułem opatrzył swój artykuł na temat postępowania firm farmaceutycznych Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, organu życzliwego poglądom i poczynaniom władzy w kraju.

Isik siedział w swoim gabinecie z dwoma zastępcami. Pracował nad zabójczym artykułem na temat boga, wiary i nowej krucjaty chrześcijańskiej, chciał zasięgnąć ich rady.

– To będzie coś uderzeniowego, co wstrząśnie fundamentami społeczeństwa Pokuty – wyjaśnił kolegom.

Lubił takie tematy; były kontrowersyjne i mobilizowały osoby mocno wierzące w Boga przeciw elementom obcym, przede wszystkim imigrantom oraz tradycyjnym wrogom wewnętrznym, zwolennikom swobód seksualnych, lewakom, masonom, krytykom tradycji i patriotyzmu i ludziom o wybujałej indywidualności.

Dzięki swojej orientacji Isik miał zapewnione ogłoszenia instytucji rządowych oraz wpływy w kołach zbliżonych do władzy. Nie przyznawał się do tego nikomu, ale utrzymywał kontakty z Leonem Burym, znanym Dobroczyńcą, wyrastającym na potentata wielkiej polityki, człowiekiem coraz mocniej pociągającym za sznurki. Dobroczyńca dysponował dużymi pieniędzmi, miał dobre kontakty, talent do sterowania ludźmi i zapędy autorytarne. Sam Leon Bury wyznał mu kiedyś:

– To, że jestem znanym dobroczyńcą, zawdzięczam w znacznej mierze tobie. Twoja gazeta wybrała mnie kiedyś Człowiekiem Roku i od tego czasu trwa moja dobra passa. Dobrze nam się współpracuje. Oby tak dalej. 

Odc. 15 Przecieki przyszłości

Salomon kończył dzień myślą, że nie był on zbyt udany.

– Mógł być gorszy – mruknął do siebie. Było w tym jakieś pocieszenie. – Tfu! – Dla wyrażenia dezaprobaty i rozczarowania splunął symbolicznie, na świat i na siebie, zły, że takie myśli przychodzą mu do głowy.

Od pewnego czasu czuł się nieszczęśliwy. Bronił się przed tym uczuciem. Było coraz więcej dowodów na to, że epidemia pozbawia ludzi bardziej niż sądzono naturalnych zasobów optymizmu i energii. Myślał o tym; było to myślenie jałowe, ale nie bezzasadne. Nienormalność wkradała się w życie coraz wyraźniej. Udzielało się to nawet dzieciom; stały się bardziej agresywne.

Wieczorem rozmawiał o tym z Erazmem w ramach przedzielonej sobie półgodzinnej działki czasu. Traktował tę rozmowę jak seans terapeutyczny. Nadawali na tej samej fali. Zgodzili się chętnie, że ludziom nie pozostaje nic innego jak czekać na zmianę na lepsze. Salomon nie tracił nadziei, że w końcu nadejdą lepsze a przynajmniej ciekawsze czasy. Przypisywał sobie pewne zdolności przewidywania przyszłości.

– Aby to osiągnąć, trzeba umieć czytać między wierszami – wyjaśnił Erazmowi.

– Mówisz o wyższej umiejętności. Ja patrzę bardziej przyziemnie. Trzeba w ogóle umieć i chcieć czytać. Analfabetyzm wraca do nas wielkimi krokami. Coraz więcej osób nie rozumie prostego gazetowego tekstu. To wtórny analfabetyzm. Mogę ci podać dane liczbowe. Nie oszukujmy się. 

– Nie kracz, człowieku! – nie było w tym zarzutu, tylko zachęta do większej miary optymizmu.

– Nie kraczę. Sam widzisz, co się dzieje. Ludziom wydaje, że epidemia trzyma nas w miejscu. To nieprawda. Społeczeństwo wciąż pęka jak pajda wyschłego chleba na części, które coraz bardziej odsuwają się od siebie. Rozpadamy się na kawałki, powstają różne frakcje i orientacje, z których każda przesuwa się w inną stronę. Nie wiem, czym się to zakończy. Mam nadzieję, że nie całkowitym rozpadem więzi społecznych. To byłaby tragedia. Wyobraź sobie, że wychodzisz z mieszkania i nie poznajesz sąsiadów. Rozmawiasz z nimi  i zdajesz sobie sprawę, że ich nie rozumiesz, a oni nie rozumieją ciebie. Zupełnie co innego ich interesuje, mają inne pojęcia i miary prawdy i kłamstwa, niezależności, Boga i sprawiedliwości. Nic ciebie z nimi nie łączy. Są jakby z innej planety. 

Wzorce zachowań przyszłości przenikały do codziennego życia obywateli Pokuty bardzo powoli, z ociąganiem. Pierwszymi jaskółkami zmian były przypadki zwiększonej agresji u dzieci, depresja, niedopasowanie i wyobcowanie wrażliwszych jednostek. Salomon dopisał do tej listy dalsze pozycje: niezwykłe technologie w rodzaju deep fake’ów, sztuczne organy i redukcja autonomii ciała, sztuczna inteligencja, inwigilacja, oszustwa elektroniczne, cyberwojna, człowiekopodbne roboty, samosterowalne drony, nowe sposoby komunikacji, leki genetyczne. Lista wydłużała się każdego miesiąca. 

Podzielił się tym z Zuzanną, kiedy wreszcie spotkali się po długim czasie niewidzenia. 

-To interesujące, ale straszne – Tylko tyle z siebie wydobyła.

Była to kobieta ulotna, nielubiąca zanurzać się głębiej w otaczającą ją rzeczywistość. Lubiła natomiast słuchać, kiedy opowiadano o niej, jaka jest i jak się zmienia. Rzeczywistość opowiadana była jej bliższa i bardziej zrozumiała, niż tak, którą musiałaby sama zdefiniować i zrozumieć.

Odc. 16 Spotkanie na molo

Lato nadeszło w ciągu dwóch dni. Pierwszy był ciepły; drugi już gorący, dając początek tygodniowym upałom.

– To anomalie pogodowe. Tak już zawsze będzie. To, co nienormalne, staje się normalnością – komentowano prognozy klimatologów. – Dobrą stroną upału jest to, że wytłucze wirusa, a przynajmniej solidnie go ograniczy.

Nadejście gorącego lata zmieniło społeczeństwo; przewidywano szybki odwrót epidemii. Ludzie odrzucili maseczki i rękawiczki ochronne i tłumnie ruszyli na plaże, na place zabaw, do kawiarni i pasaży handlowych, na szlaki rowerowe i do parków.

Salomon i Erazm spotkali się na molo nadmorskim, szumnym i cieplejszym niż westchnienie kochanki. Przyjechali razem z żonami, które od razu zdecydowały się na wspólny spacer aleją ciągnącą się wzdłuż morza między lasem a wydmami. Mężczyźni pozostali w bocznej odnodze molo, gdzie prawie nie było ludzi. Stali przy metalowej barierze i rozmawiali. Po kilku minutach podszedł do nich nieznany mężczyzna. Na czarnej koszulce z krótkimi rękawami widniał napis „NeuroB”. Był sporo młodszy od nich. Jego wysportowana sylwetka i okrągła twarz z ciemnym niegolonym od kilku dni zarostem nie wzbudziły w nich zaufania. Koszulkę uzupełniały spodenki sportowe, pantofle do biegania Adidas, letnia czapka z daszkiem tej samej marki oraz okulary przeciwsłoneczne.

– Przepraszam panów. Stojąc obok słyszałem, o czym rozmawiacie. Poruszacie ciekawe tematy. Rozmawialiście o wirusie, epidemii i jej skutkach. Znam się trochę na tym. Co najważniejsze, jestem pasjonatem zmian, podobnie jak panowie. Chyba nie pomyliłem się? Moje zainteresowania są tak szerokie i rozstrzelone, że na tle nieba wyglądają jak wielki rój much potraktowanych pociskiem armatnim. Czy mógłbym włączyć się do rozmowy?

Nieznajomy wydał im się dziwakiem.

– Turystyczny przybłęda – mrugnęli do siebie porozumiewawczo.

Nie całkiem zdecydowani zgodzili się na jego propozycję.

– Kim pan jest z zawodu? – zapytał Erazm; myśl ta męczyła go od początku przygodnej znajomości. Usiłował to zgadnąć choćby w przybliżeniu. Często mu się to udawało, tym razem poczuł się zagubiony.

– Jestem lekarzem, z wykształcenia także neurobiologiem – wyjaśnił z uśmiechem, dodając: – Jestem także królem.

– Król ubrany na sportowo? – usiłowali żartować. – Czyli taki bardziej letni, bez korony i berła, niezbyt poważny i urzędowy?

– Król to moje nazwisko. Też lubię żartować. Nazywam się Martin Król. Nie Marcin, tylko Martin. Takie imię nadali mi rodzice dla uczczenia pamięci Martina Luthera Kinga, tego czarnego aktywisty amerykańskiego.

Dobrze im się rozmawiało we trójkę. Lekarz był rozsądnie aktywny w dyskusji, nie narzucał się ze swoimi poglądami. Okazał się cierpliwy i tolerancyjny dla poglądów swoich rozmówców. Zastanawiał się nad tym, co mówili. To im się podobało.

Salomon i Erazm kończyli długą rozmowę z przekonaniem, że lepiej rozumieją sprawy medycyny, wirusa, epidemii i obrony przed nimi oraz nadchodzącą przyszłość. Rozchodzili się już, kiedy Martin rzucił niespodzianie:

– Oprócz tradycyjnej epidemii czy też pandemii w postaci wirusa Draculi mamy też sekretną, drugą zarazę.

Zamienili się w słuch.

– Reprezentuje ją pewien wpływowy facet i jego wspólnicy, zręcznie usiłujący podporządkować sobie społeczeństwo drogą przekupstwa, propagandy, manipulacji i dyskretnego zastraszania. Ludzie tego jeszcze nie dostrzegają, a jeśli tak, to ignorują i banalizują, ale to już początek prawdziwej dyktatury – szeptem zakończył Marcin. – Bądźmy czujni!

Przyjaciele popatrzyli na niego z uwagą. Mówił poważnie. Dobrze wiedzieli, o co chodzi, Martin tylko to potwierdzał.

Salomon poczuł zimny powiew, dreszcz przebiegł mu po plecach. Strach przycisnął go do niewidocznego muru. Znał to uczucie z przeszłości. Pozostały w nim złe wspomnienia, które na moment powróciły.

Odc. 17 Sen z prorokiem

W środę wieczorem, zanim poszedł spać, Salomon zjadł obfitą kolację. Stanowiła ją solidna porcja sałatki warzywnej, ćwiartka pięknie przyrumienionej, gorącej kaczki z jabłkami, prosto z piekarnika, a potem jeszcze smażone ziemniaczki. Przejadł się, był zły na siebie tym bardziej, że środa była dniem umiaru w jedzeniu. W nocy miał sen, cięższy niż zawsze. 

Śnił mu się brodaty mężczyzna o twarzy i powadze proroka. Ubrany był w  białą szatę przypominającą luźny płaszcz sięgający aż po kostki. Pod szyją wyglądała spod niej szara koszula z odpiętym górnym guzikiem. Mężczyzna trzymał w ręce oskubaną gęś. Żyła i energicznie trzepotała skrzydłami, usiłując wyrwać się na wolność. Prorok bił nią po twarzach tłum siedzących przed nim ludzi.

Salomon przyjrzał mu się uważnie. Brodaty dostojnik miał rozwichrzone włosy zaczesane do tyłu, poszarpaną kozią bródkę i niedbale utrzymane wąsy. Całe to siwawe uwłosienie przypominało czarną kawę wymieszaną z puszystym kremem do golenia.

– Ten rozwichrzony zarost nie może być naturalny. Chyba koń go długo lizał – pomyślał.

Prosty rzymski nos, poziome zmarszczki pod oczami i przesłodzony głos wpadający w dyszkant chłopca przed mutacją nie pozostawiały wątpliwości. Salomon rozpoznał w proroku profesora Zybego; samą scenę uznał za parodystyczny protest przeciwko reklamom w telewizji.

Prorok Zybe krzyczał „Tylko gęsina jest zdrowa! Jeśliś otyły lub otyła, jedz gęsinę”. Głos lektora wyjaśnił, że sponsorem ogłoszenia były Zakłady Drobiarskie w Zaszłości Górnej.

Gęś była dokładnie oskubana i jakby przyczerniona nad ogniem. Tylko na końcówkach skrzydeł miała pióra. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ptak nie wydawał z siebie głosu. Salomonowi wydało się to dziwne, bo pamiętał gęsi z dzieciństwa jak syczały wyciągając szyje do przodu.

Salomon rozumiał profesora, że jest wściekły. Solidaryzował się z nim, ponieważ też nie znosił reklam w telewizji. Jego wystąpienie było głęboko symboliczne – pokazać szaleństwo reklam, aby uświadomić ludziom ich bezsens. Na koniec ukazała się plansza ze szczegółowym wyjaśnieniem: 

„Szanowni widzowie! To jest antyreklama. Protestujemy wobec nadmiaru reklam produktów rzekomo promujących zdrowie. Proponujemy w zamian zdrowy tryb życia, opierający się na zasadach aktualnych od wieków. 

– Jedz mniej ale zdrowo. Mniej siedź, więcej biegaj. Ogranicz zakupy lekarstw do minimum. Nie kupuj suplementów ani innych produktów służących zwalczaniu biegunki, zaparcia, świądu, alergii, drżączki i podobnych dolegliwości, ponieważ służą one tylko wyciśnięciu z ciebie pieniędzy.

Pod koniec reklamy za plecami profesora Zybego ukazał się prezydent Albert Dyga, jego zwierzchnik, zwany powszechnie Lambrekinem. Stał sztywny jak kołek. Prezydent zaskoczył Salomona. W okresie pandemii w telewizji występował bardzo rzadko, głównie z okazji świąt i uroczystości, kiedy wygłaszał pełne ekspresji orędzie do narodu. Tym razem prezydent zachowywał się niemrawo, niepewnie rozglądał na boki i sprawiał wrażenie rekonwalescenta szpitalnego zagubionego w ciemnym parku. Miał na sobie przylegający do ciała granatowy garnitur w podłużne paski; na szczycie jego głowy sterczały nierówno zaczesane włosy. Wyglądało na to, że prezydent wygłasza przemówienie, ponieważ poruszał ustami, nie wydawał jednak z siebie głosu. Salomon pomyślał, że prezydent musi być zarażony wirusem, jest chory i nie powinien występować w telewizji.

– Wygląda jak jeździec bez głowy, którego koń przyniósł z bezkresnych równin, aby go w końcu gdzieś zrzucić jak worek ze śmieciami – przyszło mu na myśl.

Nie przepadał za Lambrekinem, ponieważ wyrażał się lekceważąco o wirusie i epidemii, a w debatach publicznych rzadko miał własne zdanie.  Żal mu się jednak go zrobiło, kiedy przypomniał sobie, że prezydent był sierotą i wychował się w domu dziecka, gdzie rzadko gości miłość.

Był to najdziwniejszy sen w życiu Salomona. Nie omieszkał podzielić się jego wspomnieniami z Erazmem. Ten wcale się nie zdziwił. 

– Minionej nocy wiele osób miało dziwaczne sny. Nie jesteś wyjątkiem. Naukowcy podejrzewają, że to efekt epidemii i burzowej pogody z silnymi zmianami temperatur i ciśnienia, jaka przeszła nad nami. Minionej nocy zmarło wskutek epidemii znacznie więcej osob niż zawsze. To coś znaczy. Nic nie wskazuje, że zamierza ona szybko nas opuścić. Pamiętaj też, co mówił na molo doktor Martin Król; ta epidemia niesie ze sobą ogromny stres, a z nim nasilenie depresji i zaburzeń psychicznych. Pomyśl o sobie, czy nie jest to początek jakichś problemów.

Odc. 18 Niepowodzenia 

Lato kończyło się fiaskiem opieki zdrowotnej. Państwowy program szczepień uległ spowolnieniu. Szwankowała koordynacja; w niektórych punktach medycznych notowano nadwyżki szczepionek; w innych ich brakowało i ludzie odchodzili rozczarowani. Niepokojący przebieg epidemii pogłębiał bałagan. Wydawało się, że epidemia już się kończy, kiedy ze zwiększoną siłą nadchodziła nowa fala.

W służbie zdrowia zapanował bałagan. Zapisów dokonywano etapowo: najpierw zgłoszenie osoby do szczepienia, potem jej rejestracja, następnie ustalenie punktu szczepień oraz dnia i godziny szczepienia, w końcu udzielenie formalnej zgody na szczepienie i dostarczenie szczepionki. Niektóre punkty szczepień tworzyły własne listy osób według własnych kryteriów. Wpisywano na nie znajomych, członków rodzin i celebrytów określając ich jako pracowników sektora medycznego. Czasami zapisywano zupełnie przypadkowych ludzi.

W najbardziej krytycznym momencie duża część szczepionek straciła ważność. Wszczęto dochodzenie. Przyczyna okazała się druzgocąco prozaiczna: pracownik Magazynu Rezerw Strategicznych, gdzie je przechowywano, nie zauważył daty ważności, ponieważ ktoś odłożył partię szczepionek na boczną półkę.

W pewnym momencie rząd zdecydował się szczepić pracowników służb mundurowych. Ogłosił to sam premier.

– Kto tak mówi? Tylko pijak może powiedzieć coś tak bezsensownego. Premier to lewak. Jeśli taką podjął decyzję, to równocześnie powinien szczepić więźniów, w przeciwnym wypadku nie ma to sensu, bo jedni będą zarażać drugich – Walter Korona, obserwator życia codziennego, aktywnie udzielający się na forach internetowych, nie szczędził rządowi krytyki. Jego opinie kursowały coraz szerzej po Internecie.

Wlecząca się w nieskończoność epidemia rozstroiła kraj. Akcja szczepień rozwijała się coraz wolniej, w końcu prawie ustała. Brakowało szczepionek, a w miejscach, gdzie były one dostępne, brakowało osób chętnych do szczepienia się. Lobby antyszczepionkowe umacniało swoje wpływy i nie było siły zdolnej mu się przeciwstawić.

Ludzie żyli w stresie niepewności, oczekiwań i problemów ekonomicznych. Pojawiły się zachowania irracjonalne. Poziom napięcia osiągał szczyty. W autobusach i tramwajach wybuchały awantury z byle powodu, kierowcy pojazdów odmawiali interwencji.

– Żaden kierowca nie zniesie nieprzerwanej agresji pasażerów. Albo da mi pan gumową pałkę, gaz pieprzowy i rewolwer, albo niech pan sam prowadzi tramwaj – słyszeli szefowie miejskich firm transportowych od swoich podwładnych.

Ludzie poruszający się po ulicach przypominali bardziej duchy niż żywe osoby: opuszczone ramiona, wzrok wlepiony z ziemię, wyraz zagubienia na twarzy zdradzał głęboki stand depresji.

– Ci nieszczęśnicy widzą świat wyłącznie w barwach czerni lub bieli. To nie wada wzroku, wywołana przez wirusa Draculę, ale głęboka depresja – profesor Zybe, wyrażał kilkakrotnie zaniepokojenie stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. W telewizji doradca prezydenta wystąpił nieogolony i w rozciągniętym szarym swetrze. Sam prezydent od pewnego czasu nie pojawiał się publicznie. Krążyły pogłoski, ze zaraził się wirusem i leży w szpitalu.

Odc. 19 Deprawacja

Szybko podupadające ekonomicznie społeczeństwo domagało się pomocy państwa. Mnożyły się demonstracje, oskarżenia i żądania pod adresem rządu, w końcu pojawiły się groźby. Rząd i opozycja okopali się na swoich przyczółkach przyjmując wobec siebie jednoznacznie wrogą postawę. W obydwu obozach obwiązywało hasło „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Premier Chudy czuł się bezsilny. Kilkakrotnie publicznie obrzucono go obelgami. Ze względu na bezpieczeństwo ukazywał się w miejscach publicznych za pancernym szkłem.

– To szkło jest nie tylko pancerne, ale również powiększające. Bez powiększenia nikt by go nie zauważył – szydził przywódca opozycji, pseudonim Wróbel. Szyderstwa z obydwu stron stały się niewybredne. Przeciwnicy wyśmiewali go, że porusza rękami jak ptak z przetrąconymi skrzydłami. Mimo tego, niepozornej sylwetki i niezbyt mocnego głosu, jego popularność w społeczeństwie rosła.

Niepowodzenie szczepień spowodowało demoralizację. Niewielu obywateli uważało, że coś może się poprawić. Większość z niepokojem myślała o przyszłości. Ludzie stali się cyniczni. Kwitł nepotyzm. Kierownicy wyższych szczebli w aparacie państwowym zatrudniali w swoich obszarach wpływów ludzi bliskich. Przeważnie byli to członkowie rodziny, żony, mężowie, dzieci, a nawet dziadkowie. Wykształcenie i doświadczenie przestało mieć znaczenie. Upowszechniły się hasła: „nie święci garnki lepią”, „lepiej, czy gorzej, aby do przodu”, „nikt mi łaski nie robi, że pracuję”.

Sytuacja epidemiologiczna i społeczna wymykała się z rąk władzy. Opozycja twierdziła, że rząd jest zdezorientowany, zbyt rozlazły, aby widzieć co się dzieje, i bez pomysłu, aby wziąć ster w mocne ręce i zrobić coś pozytywnego. Wkrótce w kraju pojawiły się pierwsze grupy przestępcze, łączące ludzi różnych profesji, urzędników administracji państwowej, pracowników uczelni, kierowców ciężarówek, nauczycieli, policjantów i przedszkolanki. Ich przywódcy twierdzili, że rząd wprawdzie istnieje, ale nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja i co powinien zrobić. Dla osób przedsiębiorczych rząd przestał cokolwiek znaczyć.

– Każdy musi radzić sobie sam – stało się dewizą. – Inaczej poumieramy z głodu.

– Jesteśmy na prostej drodze do bezhołowia i anarchii – diagnozowali ludzie na placach targowych, w marketach i na przystankach autobusowych. Kiedy w sposób niezrozumiały dla otoczenia zaczęli znikać ludzie głośno komentujący zdarzenia polityczne, zaczęto rozmawiać szeptem.

Odc. 20 Awaria w składnicy

U szczytu niepowodzeń rząd potykał się o własne nogi, zaliczając po kolei wpadki. Największą okazała się awaria systemu utrzymywania szczepionek w niskiej temperaturze. W Składnicy Materiałów Strategicznych, zarządzanej i pilnowanej przez wojsko, warownej jak forteca, gdzie przechowywano szczepionki dla całego kraju, nastąpiła awaria elektryczna. Dowództwo składnicy było przygotowane na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut uruchomione zostały rezerwowe generatory prądu opalane gazem płynnym.

– Padł system zasilania. Podjęliśmy natychmiastowe działania naprawcze. Panujemy nad sytuacją – meldunek dowódcy składnicy, generała Rosko, brzmiał w uszach premiera jak szczeknięcia psa ostrzegającego jeża przed wchodzeniem mu w drogę.

Po upływie godziny wysiadły generatory rezerwowe. Wybuchła panika; zgasła jak tylko personel przypomniał sobie, że są placówką wojskową, od której oczekuje się zimnej krwi i determinacji w pokonywaniu przeciwności. Natychmiast wezwana pomoc techniczna nic nie dała. Ekipa naprawcza z nowymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Zanim je podłączono i uruchomiono, dwa miliony szczepionek uległo zepsuciu. Dowództwo składnicy podjęto natychmiastową decyzję ich utylizacji; spalono je w tym samym piecu, gdzie palono kontrabandę marihuany i innych narkotyków. Sporządzono protokół zniszczenia bezużytecznego materiału.  

– Sprawa nie mogła czekać; zepsute szczepionki stanowiły zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grupy utylizacyjnej.

Opozycja i niezależne media podniosły wielkie larum. Był to czarny dzień dla dowództwa wojskowego i rządu. Premier obiecał natychmiastowe śledztwo:

– Zrobimy to rzetelnie i szybko, powołamy nawet komisję śledczą jeśli trzeba.

Już następnego dnia okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

– Byłoby to powielanie normalnego śledztwa prowadzonego przez prokuraturę, a przecież nie ma lepszych fachowcy niż nasi prokuratorzy – podsumował minister zdrowia.

– Oczywiście prokuratorzy przypną się do dyszla szybciej niż koń dorożkarski i pociągną bryczkę ze śledztwem do przodu, pod górę, gdzie tylko trzeba – szydził Wróbel, przywódca opozycji, usiłujący wysforować się na czoło polityków walczących o uwagę społeczną.

Prokuratorka, młoda, ambitna nowicjuszka, której przydzielono śledztwo przez omyłkę, ponieważ nosiła takie samo nazwisko jak doświadczona prokuratorka, bardzo szybko ujawniła, że większość szczepionek nie została zniszczenia.

– Wiemy na pewno to, że zostały one wywiezione potajemnie poza teren składnicy i rozpłynęły się jak smutna melodia w gęstej mgle. Przepraszam za to poetyckie porównanie. Ważne jest to, że śledztwo jest kontynuowane, wszystko zostanie ujawnione, sprawcy odnalezieni, postawieni w stan oskarżenia i skazani. To, co jest możliwe do odzyskania, odzyskamy. Jestem optymistką.

Odc. 21 Śledztwo

Pojawiła się pogłoska, że większość szczepionek skradziono kilka godzin przed awarią i wywieziono za granicę, aby je sprzedać za duże pieniądze.

– Prawdopodobnie do Arabii Saudyjskiej, bo to najbogatszy kraj i tam znajdują się główne ośrodki decyzji politycznych i gospodarczych – pisał Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, redaktor działu „Nowiny” „Gazety Porannej”.

Wbrew zapowiedziom młodej prokuratorki śledztwo wstrzymano, a ją samą zwolniono z obowiązku jego prowadzenia. Rzecznik premiera wyjaśnił na konferencji prasowej:

 – Potrzebujemy więcej czasu na zebranie dowodów. Oskarżenia są poważne a sprawa jest skomplikowana także politycznie. Jest tak wiele wątków, że wymienię tylko ważniejsze: prawny, wojskowy, organizacyjny, polityczny, społeczny i państwowy. Śledztwo jest rozwojowe, wymaga kontynuacji, która doprowadzi nas po nitce do kłębka tajemnicy. Prokurator Magdalena Siwa okazała się zbyt młoda i bez dostatecznego doświadczenia, aby skutecznie poprowadzić śledztwo. To się zmieniło.

Kilka dni po awarii prądu w składnicy wybuchł pożar. Jak to się stało nie wiadomo, ponieważ system ostrzegania przeciwpożarowego był pomyślnie przetestowany miesiąc wcześniej.

– To prawdopodobnie wina czujników elektronicznych, ale to musimy dopiero sprawdzić we współpracy z fachowcami pożarnictwa. Nie wykluczamy też sabotażu, błędu w sztuce instalacji czujników, nawet interwencji agentów obcych państw. Niczego nie wykluczamy, nawet najczarniejszych scenariuszy – poinformowała przywrócona do prowadzenia śledztwa  doświadczona prokuratorka. 

Pod koniec roku córka ministra zdrowia kupiła dwie rezydencje, jedną we Francji na Lazurowym Wybrzeżu a drugą na portugalskiej Maderze. Fakty te ujawnił publicznie Wróbel, przywódca opozycji. Szef resortu zdrowia natychmiast zaprzeczył informacjom, nazywając je wyssanymi z palca insynuacjami.

– To co mówi przywódca opozycji jest podłe. To szyta grubymi nićmi afera, obliczona na to, aby pogrążyć mnie i rząd.

Kiedy rewelacje opozycji okazały się prawdziwe i pojawiły się dowody, wywiady, zdjęcia i dokumenty, minister zmienił front: tłumaczył, że córka miała pieniądze, ponieważ trzy miesiące wcześniej wyszła za mąż za barona Tuxedo de Nascimiento, niezwykle bogatego Hiszpana.

– Jest to osoba bardzo zamożna, szanowana, magnat przemysłowy. Baron cieszy się szacunkiem w Hiszpanii, jest spokrewniony z rodziną królewską. Mogę być tylko dumny, że moja córka tak dobrze wyszła za mąż. To zaszczyt dla mnie i mojej rodziny. Także dla naszego kraju, jeśli ktoś wierzy w honor, patriotyzm i dobro wspólne.

Odc. 22 Tajemnice i afery

Sprawa ślubu córki ministra zdrowia i barona oraz zakupu dwóch uroczych nieruchomości okazała się skomplikowana, pojawiły się dwuznaczności a nawet wątpliwości, czy przedstawione czarno na białym dowody nie zostały sprokurowane. Niejasne były okoliczności zawarcia ślubu oraz pozycja społeczna i majątkowa pana młodego. Liczne zdjęcia dokumentowały ślub, nie widomo było jednak, gdzie i dokładnie kiedy został on zawarty. Baron Tuxedo de Nascimiento odmówił udzielenia informacji w tej sprawie. Musiał mieć swoich wrogów, ponieważ pojawiły się pogłoski, że nie dysponował nawet śmierdzącym groszem, był zubożałym arystokratą-hulaką, a jedyne, co naprawdę posiadał to była to długa lista tytułów arystokratycznych oraz ogromny apetyt na bogaty ożenek. Zawsze o nim mówiono, że jeśli ktoś chce się wżenić w starą arystokrację hiszpańską, to baron stanowi doskonałą partię. Jeden z dziennikarzy badających sprawę na miejscu w Hiszpanii, kiedy rozluźnił się po kilku drinkach siedząc przy stoliku w pubie „Oksana”,  powiedział:

– Ten Tuxedo jest takim baronem jak ja dyrygentem orkiestry dętej w krainie różowych dębów.

Jego wypowiedź wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, nic jednak do śledztwa nie wniosła. Sprawa małżeństwa córki ministra zdrowia i nabycia dwóch nieruchomości za granicą pozostała tajemnicą.

Wraz z aferą szczepionkową premier Chudy przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu. Wcześniej skarżył się w miarę często, więc nagła zmiana zachowania trochę zaskoczyła obywateli słuchających jego wystąpień. Na początku panowało przekonanie, że w jego życiu nic się nie zmieniło. Potem zauważono, że zaczął dużo podróżować po świecie do najlepszych kurortów. Zapytany o to, powtarzał niezmiennie:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że należy z niego korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Po upływie niecałych dwunastu miesięcy od pierwszych szczepień okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Już po czterech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zaczęli chorować na wirusa. Szczepionki okazały się nieskuteczne. Jaka była skala zjawiska, nikt tego nie wiedział. Pod adresem rządu kierowane były liczne pytania. Niepokoili się obywatele i lekarze.

– Prowadzimy intensywne śledztwo. Sprawa jest ważna i rozwojowa.

Niezależni dziennikarze i opozycja od pewnego czasu zwracali uwagę, że ilekroć jakaś sprawa była zabagniona i wynikła z niej afera, rząd używał określeń „prowadzimy intensywne śledztwo, uważamy je za ważne i rozwojowe”.

Afera z nieskutecznymi szczepionkami ciągnęła się i nigdy nie została wyjaśniona do końca. Ktokolwiek interweniował, zgłaszał poważną wątpliwość czy groził ujawnieniem jakiejś prawdy, napotykał przykrości: ktoś przebił mu opony, porysował lakier nowego samochodu, ktoś dzwonił z pogróżkami albo dla żartu informował go, że podłożono bombę w biurze, gdzie pracował lub straszył nieokreślonym nieszczęściem. Był to nowy wymiar rzeczywistości; społeczeństwo nie od przyjęło go do świadomości.

Stopniowo kłopoty osób i redakcji prowadzących dochodzenia nasilały się. Na początku zniknęli w nieznanych okolicznościach dwaj dziennikarze śledczy. Co się dokładnie stało, nie wiadomo.

– Wyjechali na narty w góry i nie powrócili – tłumaczyły zaniepokojone rodziny.

Odc. 23 Przypowieść

Niektórych dziennikarzy wzywano na policję lub do prokuratury seryjnie, co kilka dni. Czuli się zagubieni, ponieważ policja i prokuratorzy zadawali im wciąż pytania, na które odpowiadali już wcześniej.

– Za wielkimi pieniędzmi i wielką odpowiedzialnością stoją wielkie zbrodnie. One nie znoszą dziennego światła, chcą pozostawać zawsze w ukryciu. Jedno wielkie przestępstwo generuje szereg dalszych, często boleśniejszych – tak w gronie przyjaciół miał powiedzieć generał Rosko, dowódca Składnicy Materiałów Strategicznych, niegdyś wojskowy oficer śledczy zwany przez kolegów Cynikiem. Generał był też namiętnym czytelnikiem kryminałów, o czym wiedziała tylko jego rodzina i osobisty adiutant.

Położenie rządu tłumaczył Grzegorz Koło, kierownik działu „Nowiny” „Gazety Porannej” tytułując swoją alegoryczną przypowieść „Władza i zaufanie”.

Kiedy wybucha afera, o której mówi się w toalecie publicznej, na salonie, na ulicy, w spokojnym parku z aleją rododendronów i na wybiegu dla koni, zaufanie do rządu staje się sprawą krytyczną. Zaufanie to ma wiele wymiarów podobnie jak klocki przedstawiające różne obrazy. Wymiary tego zaufania to prawdomówność, szczerość, zdolność obiektywnej oceny zdarzeń, konsekwencja postępowania, doświadczenie w rządzeniu oraz umiejętność wychodzenia z sytuacji kryzysowych.

Sytuację, z jaką mamy obecnie do czynienia w kraju, można prześledzić na podstawie zapisu lądowania samolotu pasażerskiego na lotnisku na Hawajach, w warunkach idealnej pogody i milczącego od kilku lat wulkanu Kilauea. Lądowanie przypomina czystą idyllę. Stewardessy mają na ustach świeżą szminkę i dumnie podają piersi do przodu, kapitan przekazuje dłonią symboliczne całusy pasażerom, drugi pilot i nawigator z girlandami świeżych kwiatów na szyi czują w sercach odpowiedzialność za losy pasażerów. Lądowanie w takich warunkach zawsze dostarcza wspaniałych przeżyć podróżnym.

Nagle okazuje się, że coś się zmieniło. Nie wiadomo, czy chodzi o silny boczny wiatr, jakiego w tych okolicach nigdy nie było, czy o kable na wieży kontrolnej przegryzione przez wygłodniałe szczury, czy o nieoczekiwane pojawienie się wielkiego stada ptaków nad lotniskiem. Kapitan i drugi pilot błądzą wtedy, nie wiedzą co robić. Szyby w kabinie pocą się jak szalone, pot zalewa pilotom oczy i lądowanie nie dochodzi do skutku, choć dotychczas udawało się bez najmniejszego problemu.

Nie jest to miłe uczucie, gdy spokojnym dotąd jak łagodny baranek samolotem zaczyna miotać jakaś bycza namiętność w prawo i w lewo, w dół i do góry. Po kilku nieudanych podejściach do lądowania samolot wzbija się chmury z kapitanem zdecydowanym na mur beton, że tym razem wyląduje płynnie na płycie lotniska. Pasażerowie są podzieleni. Ci siedzący po lewej stronie samolotu, skąd roztacza się widok na spokojny ocean, podjadają czekoladki i piją szampana. Z drugiej strony samolotu, tej z widokiem na przepaść biegnącą wzdłuż pasu lądowania, pasażerowie drętwieją z przerażenia. Kapitan milczy jak skała, zachowuje się jakby włożył sobie w usta knebel. Tak to jest z rządem stojącym przed aferą przerastającą wyobraźnię, jak wybrnąć ze śmierdzącego szamba. 

Odc. 24 Cywanie

– Społeczeństwo dobiły teorie spiskowe i antyszczepionkowcy – zanotował w swoich prywatnych medycznych notatkach Martin Król.Zdekoncentrowały one uwagę rządu i odebrały ludziom chęć szczepienia się i energię do życia. Społeczeństwo uznało w większości, że stoi na przegranej pozycji. Liczba osób chętnych do szczepienia się spadała na łeb i szyję. Boleję nad tym jako przedstawiciel służby zdrowia. Sami też nie jesteśmy bez winy. Za mało przekonywaliśmy ludzi do szczepienia się. Dla dobra sprawy trzeba było przekazać im więcej prawdy, jak cierpią i umierają ludzie zarażeni wirusem.

Dwunasty miesiąc od wybuchu epidemii skończył się fatalnie. Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Ostatecznie w pełni zaszczepiło się tylko pięćdziesiąt cztery procent ludzi; zdecydowanie za mało, aby społeczeństwo nabyło odporności stadnej. Rząd poddał się i skapitulował. Jedyne na co było go stać to wprowadzenie godziny policyjnej i zakazu poruszania się po ulicach z wyjątkiem określonych sytuacji. Na ulicach pojawiły się policja i wojsko. Kraj wszedł w stan cywania. Tak to określa prasa.

– Jak to jest z tym cywaniem? Nie rozumiem tego określenia – Salomon zapytał mieszkającego na wsi kuzyna.

– Wyjaśnię ci to. Znam dobrze tę przypadłość. To stan wegetacji na granicy życia i śmierci, inaczej mówiąc dogorywania. Typowo występuje u kur. W ich przypadku oznacza śmiertelnie niebezpieczne ponieważ prowadzi do pomoru. Nie wiem, jak jest z cywaniem u ludzi.

– Skąd ty to wiesz?

– Hodowałem kury. Kura przestaje się ruszać, siedzi osowiała. Wygląda tak jakby zasypiała, na zmianę zamyka i otwiera oczy. Jest bez czucia, nie pije ani nie je. Możesz ja potrącić nogą, ale nie reaguje na to. Czasem opada jej na ziemię jedno skrzydło, jakby chciała się nim podeprzeć. Po kilku lub kilkunastu godzinach przewraca się martwa na bok.

Nowe szczepionki zamiast hamować, przyśpieszały mutację wirusa. Miały jedną wadę; zwalczając wirusa wyzwalały w nim reakcję obronną. Wirus mutował dalej, wydając z siebie potomstwo w tempie szybszym niż można było sobie wyobrazić. Im bardziej atakowano go szczepionkami, tym bardziej stawał się zjadliwy.

Dostosowywanie się wirusa do szczepionek okazało się zabójcze dla ludzi. Wirus zmieniał właściwości; w pewnym memencie osiągnął zdolność przylegania do mikrocząsteczek. Był to przełom w jego aktywności; najpierw przylepiał się a potem łączył z mikrocząstkami zanieczyszczeń powietrza. Siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż ludzka inwencja i działania służby zdrowia. Ludzie umierali tysiącami. Wirus stał się czymś w rodzaju perpetuum mobile.

Jedynym skutecznym lekarstwem była izolacja. Korzystano z wszystkich możliwych form izolacji wykorzystując piwnice, samotnie stojące budynki, tunele podziemne, stare bunkry, a nawet okopy, które przykrywano deskami, gałęziami i darnią. W lasach budowano ziemianki. Każdy ratował się jak umiał. 

Rozdz. 25 Nowe niebezpieczeństwa

Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej” umiał pisać. Jego artykuł zatytułowany „Silne koncentracje wirusa – prawda czy fikcja?” rozpalił wyobraźnię jak i wywołał uczucia wrogości wobec – jak to określano – wyssanej z palca sensacji. 

– Wewnątrz budynków, w dużych pomieszczeniach, w salach bankowych, na siłowniach, korytarzach i sklepach ośrodków handlowych pojawiły się jasnoszare chmury wirusów. Unoszą się one na wysokości ludzkich głów i są wyjątkowo zaraźliwe. To nowa generacja wirusa Dracula. Upowszechniają ją osoby nie noszące maseczek na twarzy. To czysta bezmyślność. Zabójcy są wśród nas. 

Kilka dni później eksperci rządowi potwierdzili te doniesienia. Zabrał głos minister zdrowia:

– Musimy znowu myśleć o lokautach, jeśli nie chcemy doprowadzić społeczeństwa do masowego grobu.

Wkrótce większe koncentracje wirusa pojawiły się nad ulicami. Były prawdziwie zabójcze, kiedy nie było wiatru. Kiedy to ustalono, alarmy pogodowe ogłaszano przy każdej większej zmianie siły i kierunku wiatru. Po kilku dniach nikt nie wątpił, nawet przeciwnicy szczepionek, że epidemia przybrała nową niebezpieczną postać.

Rząd wyjątkowo szybko zareagował. Na ulicach miast pojawiły się wielkie dmuchawy, tworzące tunele powietrzne bez wirusa lub ze zniżoną jego koncentracją. Stało się to tak szubko, że wzbudziło podejrzenia. Opozycja i zwolennicy teorii spiskowych wytoczyli armaty sprzeciwu.

– Oni to wiedzieli, tylko taili tak długo, dopóki nie znaleźli rozwiązania. Pozwalać ludziom umierać, dopóki nie zainstaluje się dmuchaw na ulicach! To podłe!

Zmieniło się także osobiste wyposażenie ludzi w środki ochronne. Na ulicach pojawili się ludzie w hełmach na głowie i kombinezonach ochronnych. Sprzęt ochrony osobistej był zróżnicowany. Hełmy z filtrami oczyszczającymi pobierającymi powietrze z zewnątrz, jak i bardziej zaawanasowane, z wewnętrznymi, zasilanymi bateriami, oczyszczaczami powierza.

– Skąd wziął się nagle tak nowoczesny sprzęt na rynku? – zapytał Erazma Salomon Ircha, podejrzewając jakąś nową aferę z udziałem członków władz.

– Podobno Leon Bury, ten multimilioner, kupił sieć nowoczesnych sklepów razem z towarem i zaopatrzeniem. Ten to zawsze spada na cztery łapy – Erazm, zazwyczaj rozważny w ocenach, źle sobie kojarzył tę postać.  

W laboratoriach badawczych podjęto próby wyhodowania pasożyta, który żerowałby na organizmie wirusa lub traktował go jako pożywienie. W laboratorium jednego z państw azjatyckich pasożyt wydostał się na wolność i spowodował pomór bydła domowego. 

– To niebezpieczna technika. Ale obawiam się, że nie da się uciec od takiego ryzyka. Takie dzisiaj mamy czasy. Wóz albo przewóz – od czasu afery zakupu kosztownych rezydencji przez córkę, minister mówił szybciej i skrótami, jakby bał się, że powie coś nieodpowiedniego.

Odc. 26 Wirus i fortuny

Pojawienie się koncentracji wirusa wywołało nieoczekiwane efekty społeczne: niepewności, przerażenia, niewiary i rezygnacji. Ludzie dostrzegali w chmurach wirusa zapowiedź zbliżającego się końca świata, a co najmniej kataklizmu. Niektórzy widzieli wirusy jako poświatę w odcieniu szarobłękitnym, inni czuli nieprzyjemny zapach, jeszcze inni słyszeli szum miliardów delikatnych skrzydełek.

Salomon Ircha, uważający siebie za przytomnego człowieka, przeżył poważny moment zwątpienia w siebie samego. Zdarzyło mu się coś tak dziwnego, że nawet nie przyznał się Zuzannie ani Erazmowi, ludziom, którym ufał. Bał się, że uznają go za niespełna rozumu.

W środku nocy zbudził się w poczuciu niepewności graniczącej z lękiem przed czymś nieokreślonym. Starał się przypomnieć sobie, czy coś mu się śniło, co mogłoby wywołać niepokój. Siedział na łóżku z nogami opuszczonymi na podłogę, kiedy dotarł do niego nieprzyjemny zapach. Pomyślał, że pochodzi z zewnątrz, spoza domu. Wstał z łóżka i boso ruszył w kierunku salonu, gdzie było wyjście na balkon. W korytarzu ogarnął go smród rybich wnętrzności zawiniętych razem z łuskami i odciętym łbem ryby w papier gazetowy. Pamiętał ten zapach z czasów, kiedy wędkował i sam oprawiał ryby przed usmażeniem. Ciepły i lepki odór gnijących wnętrzności narastał w miarę zbliżania się do drzwi balkonowych. Salomon otworzył je, aby sprawdzić jakość powietrza na zewnątrz. Prawie nie czuł wiatru, noc była spokojna; oprócz naturalnej wilgoci płynącej z ziemi i drzew nie czuło się niczego innego. Mężczyzna skojarzył sobie zapach ryby z informacjami przekazywanymi przez media na temat wirusa.

Pierwszą reakcją rządu na nową formę wirusa było ograniczenie kontaktów międzyludzkich i kolejne zamykanie branż gospodarki. Epidemia była zdolna zniszczyć każdy biznes. Najbardziej poszkodowane były firmy usługowe: padały jedna po drugiej, zwalniając pracowników. Państwo było coraz mniej skłonne pomagać finansowo wskutek szybko rosnącego zadłużenia.

Grzegorz Koło, obserwator bieżących zdarzeń, pasjonat tematów wiary, religii i katastrof, kierownik Działu „Nowiny” Gazety Porannej ,opatrzył swój artykuł lakonicznym tytułem: „Nie kijem go to pałką”. Była to zapowiedź wywodu, że gospodarkę położy na łopatki albo wirus albo rząd.

Tylko jedna dziedzina biznesu doskonale prosperowała w dobie wirusa i epidemii – firmy pogrzebowe i ich dostawcy. Fortuny ich właścicieli rosły w zdumiewającym tempie, budząc zawiść. Obok produkcji szczepionek był to jedyny sektor gospodarki przeżywający prosperitę.

Szybkie bogacenie się właścicieli firm pogrzebowych stało się tematem drażliwym, wręcz wybuchowym. Pojawiły się sugestie i oskarżenia, że cały ten sektor ma wyraźny interes w rozpowszechnianiu się wirusa. Mniejsze firmy pogrzebowe łączyły się tworząc kombinaty produkcyjno-usługowe, zdolne dominować na rynku. Pojawiała się też nowa konkurencja, a z nią bezpardonowa walka o udziały w lukratywnym biznesie. Nie przebierano w środkach, posuwając się nawet do zbrodni.

Odc. 27 Branża pogrzebowa

Właściciele największej firmy pogrzebowej kraju „Klepsydra” zginęli w wypadku drogowym. Nie był to zwykły przypadek. Od kilku miesięcy otrzymywali pogróżki i ostrzeżenia. Okazało się, że samochód, którym jechali, miał uszkodzone przewody hamulcowe, wypadł z zakrętu i wyłamując metalową barierę ochronną stoczył się w przepaść. Rozpoczęcie śledztwa przez policję wywołało demonstracje i protesty. Pod domem ofiar pojawili się zamaskowani osobnicy z transparentami: Sprawiedliwości stało się zadość! Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka! Kto wirusem wojuje, ten w przepaści ginie! 

Branża pogrzebowa stała się najbardziej dynamicznym obszarem gospodarki. Kwitł handel, wkrótce pojawiła się spekulacja nagrobkami, miejscami na cmentarzach i usługami pogrzebowymi. Popyt przerastał podaż. Za wszystko trzeba było płacić i na wszystkim można było zarobić. Szybko rosły inwestycje w produkcję trumien, budowę i rozbudowę krematoriów, kostnic i chłodni, transport osób zmarłych; budowano nawet muzea pogrzebowe. Osoby filmujące do niedawna śluby i wesela filmowały teraz pogrzeby i udostępniały je rodzinom w Internecie poprzez streaming.

– „Kto ma owce i pszczoły, ten gospodarz wesoły”. To przysłowie straciło aktualność, ponieważ spadł popyt na miód, mięso i wełnę. Dzisiaj obowiązuje porzekadło: “Działasz w branży pogrzebowej, jesteś panem swego losu, rozwijasz się i prosperujesz” – Grzegorz Koło, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej”, redefiniował zmiany na rynku.

W miarę ekspansji wirusa do spraw pogrzebów wkradała się niepewność i bałagan. Powstawały wąskie gardła; niektóre firmy pogrzebowe paraliżował nadmiar zleceń i niedobór środków transportu i pracowników. Regulacji i aktualizacji wymagały dziesiątki spraw: przepisy dotyczące rejestracji zgonów i wystawiania certyfikatów, zasiłków pogrzebowych, krajowego i międzynarodowego transportu ciał zmarłych na wirusa Dracula, tworzenia nowych cmentarzy i budowy krematoriów, nadawania uprawnień profesjonalistom.

W ciągu jednego roku pojawiły się nowe specjalności w rodzaju nowoczesny organizator i celebrant pogrzebowy, a w ślad za nimi nowe szkolenia i kierunki studiów. Obejmowały one przedsiębiorczość i marketing pogrzebowy, produkcję innowacyjnych trumien z okienkiem z uwagi na zakaz otwierania zwykłych trumien dla identyfikacji zwłok lub pożegnania się ze zmarłym, tańszych nagrobków cmentarnych z wykorzystaniem materiałów ekologicznych. Dla rodzin dotkniętych śmiercią z powodu wirusa Dracula były to sprawy poważne; nie brakowało jednak i cyników szydzących z eksplozji nowych specjalności i kwalifikacji.

W okresie narastającego zagrożenia wirusowego w telewizji często występował minister szkolnictwa Koper. Łatwo go rozpoznawano; z wyglądu przypominał barczystego zapaśnika o kwadratowych szczękach, lekko nalanej twarzy i mięsistym nosie. Minister był do szaleństwa owładnięty pasją edukacji religijnej i patriotycznej. Krążyły o nim nawet pogłoski, że ma poprzestawiane w głowie. Gęste czarne wąsy i zuchwałe oczy kruka ocalałego z pożogi lasu nadawały mu wygląd osobnika zdolnego realizować wielkie cele edukacyjne. Zuzanna, przyjaciółka Salomona, powiedziała któregoś dnia:

– To prawie niemożliwe, aby Koper był naturalny w stu procentach. Na pewno jest w części sztuczny. Jeśli nie fizycznie, to umysłowo; chodzi mi o sztuczną inteligencję. To człowiek utalentowany i w dodatku nieugięty jak skała, jest przewidujący i ma wizję przyszłości.  Dlatego cieszy się poważaniem i wsparciem Leona Burego. On bardzo go popiera.

Na rynku głównym stolicy spotykały się niewiasty z Fundacji Dobroczynności Hosanna. Wspierały ją, oddając część swoich emerytur i uczestnicząc w zbiórkach pieniędzy. Koper był ulubionym tematem ich rozmów.

– On i pan Bury, ten milioner dobroczyńca … niech Bóg ma go w swojej opiece … utrzymują bliską łączność duchową z panem Bogiem. Na pewno rozmawiają z Nim nocą bardzo szczerze i serdecznie. To z tych rozmów minister Koper czerpie wiarę i pewność, że proponowane przez niego zmiany w edukacji są zgodne z wolą pana Boga i dobrze służą wychowaniu dzieci i młodzieży.  

Minister miał swoje uzasadnienia.

– Człowiek zmarły po zakażeniu się wirusem żyje także po śmierci, ale w innej formie. Młodzież powinna rozumieć i umieć przeżywać tę wzniosłość w sferze pogłębionej psychiki i kultury. Dlatego będę zachęcać dyrektorów szkół i nauczycieli do wprowadzania takich elementów do programu edukacji, literatury obowiązkowej, warsztatów twórczych, nabywania umiejętności godnego uczestnictwa w uroczystościach pogrzebowych.

Ministra popierały aktywnie Towarzystwo Dobroczynne „Hosanna”, którego założycielem był milioner Leon Bury, powszechnie zwany Dobroczyńcą, Stowarzyszenie „Pobożni i Wierni” oraz sprzyjająca rządowi stacja telewizyjna „Rubach i Spółka”.

Odc. 28 Ekscesy pandemiczne

Grzegorz Koło pracował szesnaście godzin na dobę. Stał się pracoholikiem. Wkrótce uznano go publicznie za najlepszego dziennikarza, umiejącego dostrzec ważne sprawy tam, gdzie inni widzieli tylko nieszczęście lub bałagan. To dzięki niemu sprzedaż „Gazety Porannej” wzrosła tak bardzo, że redakcja trzykrotnie czuła się zmuszona podwyższać mu uposażenie.

W rzadkich momentach powrotu do domu Grzegorz dzielił się z rodziną swoimi przeżyciami.

– Wirus Dracula i epidemia to okres rozkwitu mojej kariery dziennikarskiej. Stałem się wyrocznią, autorytetem i celebrytą w tych sprawach. Ludzie chętnie czytają moje artykuły, zaczepiają mnie na ulicy, chwalą i mówią mi, o czym powinienem jeszcze pisać. Brzmi to zbyt pięknie jak na dzisiejsze czasy, ale taka jest prawda. Obywatele lubią czytać o tym, co dzieje się w mieście i w kraju, i ja im to oferuję. Jestem mistrzem serwowania informacji odrywających czytelnika od szarej codzienności. 

Następnego dnia kierownik Działu Nowiny pisał:

– Dynamika zdarzeń jest ogromna. Przemysł pogrzebowy oferuje możliwości tak fantastycznych dochodów, że do gry włączają się po cichu różni oficjele i wysocy funkcjonariusze policji, wojska i administracji państwowej, a nawet gangsterzy. Trwa walka o wpływy, zamówienia i pieniądze.

W ciągu tygodnia Gazeta Poranna zanotowała strzelaninę na cmentarzu, przerzucanie ciał przez ogrodzenie cmentarne i inne sensacyjne wydarzenia.

– Po co ktoś miałby przerzucać ciała zmarłych przez mur cmentarny? Przecież to barbarzyństwo! – doktor Król był zbyt zajęty pracą w szpitalu, aby mieć rozeznanie co dzieje się poza tą instytucją.

– Chodzi o to, drogi Marcinie – cierpliwie tłumaczył Erazm – że strażnicy z braku miejsca na pochówek nie wpuszczali na cmentarz więcej ofiar wirusa Dracula do pochówku. Ludzie potrzebują pochować swoich zmarłych i nie ma takich przeszkód, których by nie przeskoczyli.

Kiedy na cmentarzu Różnogórskim odkryto świeży grób masowy, właściciel cmentarza był tylko zaskoczony. Samobójstwo popełnił dopiero wtedy, kiedy do jego biura zgłosił się prokurator z nakazem przeprowadzenia rewizji.

W środku epidemii dokonano zabójstw dwóch pracowników prosektoriów i chłodni, jednego prawnika reprezentującego firmy pogrzebowe, dyrektora Wydziału Licencji w Ministerstwie Zdrowia oraz właściciela starego cmentarza.

Ilość i ranga spraw w okresie szalejącej pandemii skłonił rząd do powołania Ministerstwa Pochówków i Spraw Pogrzebowych. Celem było uproszczenie procedur komplikujących życie obywatelom. Pracownicy ministerstwa otrzymali do ręki poważne uprawnienia i natychmiast dostrzegli możliwości dodatkowych dochodów wydając zmieniając i cofając zezwolenia, licencje, uprawnienia, zakazy i nakazy. Kluczową postacią stał się inspektor sanitarny. Wybuch korupcji i nepotyzmu był nieunikniony. W otoczenie premiera i nowego ministra wkradły się chciwość, reklama, promocja i lans.

Odc. 29 Degradacja

Niekończąca się epidemia, niski poziom szczepień, blokada gospodarki, niekontrolowany rozwój nowych technologii prowadziły społeczeństwo Pokuty w jednym kierunku: degradacji psychicznej. Opozycja widziała w tym wspólny mianownik: nieudolność rządu.

– To jest najgorsze: trudna do zauważenia, stopniowa ale regularna degradacja społeczeństwa. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie w jakimś zakresie: życiu osobistym, rodzinnym, w pracy, w kontaktach towarzyskich – Salomon Ircha dzielił się swoimi obserwacjami z przyjaciółmi Erazmem i Marcinem Królem.

O zmianach społecznych niechętnie rozmawiał z Zuzanną, skłonną bagatelizować jego niepokoje. Uważała je za przesadne.

– Chcę cię chronić przed tobą samym. Masz skłonność widzenia świata bardziej w mroku niż w słońcu, co jest zdrowsze i co by mi mówiąc szczerze bardziej odpowiadało.

Najostrzej widział zmiany Grzegorz Koło. W przekonaniu, że jest głównym kronikarzem miasta, z poświęceniem oddawał się obserwacji zdarzeń. Mimo życzliwego stosunku do władzy i autorytetów moralnych nie wahał się przedstawiać swoich najgorszych obaw. Pisał bardzo osobiście, rzeczowo i zwięźle. Ten styl komunikacji najbardziej przemawiał do czytelników. Wierzono mu. Dla wielu stał się guru wiedzy o tym, co dzieje się, a nawet co się wkrótce wydarzy w kraju. 

– Narasta marazm, coraz powszechniejszy jest strach i niepokój. Depresja obejmuje już dwadzieścia procent społeczeństwa Pokuty, wkrótce będzie to trzydzieści procent i więcej. Szpitale psychiatryczne pękają w szwach. W gronie mojej rodziny, przyjaciół i znajomych zaobserwowałem ostatnio dwa załamania: mój kuzyn wpadł w alkoholizm, wskutek czego wyrzucono go z pracy, żona przyjaciela usiłowała popełnić samobójstwo. Czytelnicy dzwonią do mnie i mówią mi, że w mieście czai się obłęd lub oni mają takie przywidzenia. Co na jedno wychodzi. Na rogu ulicy Długiej i Kamiennej widziano na ślepej ścianie budynku obraz w stylu Edwarda Munka „Strach o rozwartych ustach ociekających krwią i wykoślawionych zębach”.

Epidemia była tak monstrualna, tak bardzo zdeformowała świadomość społeczną, że zaczęto ją personalizować, dostrzegać w niej i nadawać jej cechy ludzkie. Stała się realną postacią, którą widziano, z którą rozmawiano i którą opisywano. Modlono się do prosząc o ułaskawienie dla bliskich porażonych wirusem.

– Co to oznacza? – Zapytał dziennikarz Gazety Porannej i od razu odpowiedział: – To oznacza głębsze zaburzenia psychiki, narastanie uprzedzeń i postaw irracjonalnych.

Poczucie bezsilności i zagubienia było tak wielkie, że wszyscy marzyli o zbawcy, kimś, kto nie tyle wskaże światełko w tunelu, ile rozświetli cały kraj swoim entuzjazmem oraz zagwarantuje zwycięstwo.

– To zrozumiałe, ale naiwne oczekiwanie, że jak na zamówienie pojawi się przywódca, człowiek z charyzmą i szczęśliwą ręką. Tego się nie da tak prosto załatwić. Jesteśmy trudnym narodem, nieużytecznym, często wrednym. Dziś byłem w przychodni lekarskiej. Miałem umówioną wizytę u lekarza. Zapytałem panią w rejestracji, ile osob jest przede mną do tego specjalisty. Odpowiedziała mi:

Proszę nie pytać, tylko siadać przed gabinetem numer dwa i czekać.

– To przykład, jacy jesteśmy. Bezinteresownie wredni. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu – Erazm jak zwykle oceniał sprawy chłodnym, prawie naukowym okiem.

Pierwszy zauważył niebezpieczeństwo premier i zaniepokoił się. Udał się na poufne konsultacje z Leonem Burym, którego niezmierzone zasoby finansowe, inwencja, wpływy i poparcie stanowiły jego zaplecze polityczne.

– Ludzie stracili chęć posiadania dzieci. Mnie, ojca czwórki dzieci, marzyciela o szóstce potomstwa, niepokoi to w szczególności. To pierwszy tak wyraźny symptom załamywania się psychiki w naszym ukochanym kraju. Normalnie w warunkach zagrożeń ludzie pragną płodzić i mieć potomstwo. To nasza jedyna szansa przetrwania jako społeczeństwo.

Odc. 30 Oczekiwanie

Leon Bury podzielał niepokoje premiera i niezwłocznie podjął działania. Jako człowiek pobożny, członek kilku stowarzyszeń religijnych i dobroczynnych, założyciel Fundacji Dobroczynności Hosanna, miał poważne wpływy w Kościele Boga Wyrazistego, największej organizacji kościelnej w kraju. Wkrótce rząd otrzymał moralne wsparcie ze strony kościoła i związanych z nim organizacji oraz wiernych.

Premier zaprzągł do pracy swoich doradców. Pomocy udzielał im profesor Zube, doradca osobisty prezydent Jonasza Dygi. Osiągnięcia zespołu relacjonował Grzegorz Koło. Jego sprawozdanie było entuzjastyczne. Wróbel, przywódca opozycji parlamentarnej, twierdził otwarcie, że Gazeta Poranna otrzymała zlecenia reklamowe od rządu. Artykuł zamieszczony na pierwszej stronie ozdobiony był laurką z czerwonych róż.

– Jest to zapewne skuteczne, choć dziecinne i nieco głupawe. Róża jest wprawdzie królową kwiatów, ale nie jest bez kolców. To tak jakby prasować bieliznę rozgrzanym żelazkiem i przypalać sobie przy okazji skórę – Salomon i Erazm nie żałowali drobnych uszczypliwości pod adresem ludzi i mediów z deficytem dobrego gustu lub zbyt zbliżonymi do władzy.

– Zespół doradców premiera wykonał kawał solidnej roboty. Przeprowadził analizę epidemii, jakie miały miejsce od dziesiątego wieku, aby zgłębić ich naturę, przebieg i skutki. Wyciągnięto wnioski. Stało się jasne, że los społeczeństwa nie chronionego powszechnymi szczepieniami, całkowicie zależy od epidemii. Kiedy ona się nasyci swoimi ofiarami, społeczeństwo odzyska naturalny wigor.

Nie była to sytuacja najwygodniejsza dla władz kraju, odpowiedzialnych za zdrowie obywateli, ale nie było innego wyjścia. Rząd uzbroił się w cierpliwość i nastawił na przetrwanie. Premier Chudy, zrelaksowany po dobrze przespanej nocy, przetarł szmatką swoje eleganckie okulary i skwitował cynicznie:

– Odporność społeczna nie przychodzi za darmo. Ktoś musi za to zapłacić. To normalne, że koszt nieudanych przedsięwzięć ponosi społeczeństwo. Zupełnie jak w przysłowiu: Kowal zawinił, Cygana powiesili.

Członkowie gabinetu pokiwali zgodnie głowami tłumiąc resztki niepokoju myślą, że zarabiają zbyt duże pieniądze i mają wielkie wpływy nie po to, aby mieć wyrzuty sumienia. W grupie było łatwiej o jednoznaczność.

– Przegrana rządu w walce z wirusem to dzień pogrzebu resztek przyzwoitości rządzących wobec rządzonych – mruknął pod nosem rzecznik prasowy rządu. Swoje stanowisko objął kilka dni wcześniej i nie zdążył jeszcze w pełni przyzwyczaić się do sprawowania władzy.

Odc. 31 Aberracja

Wczesną wiosną pogoda załamała się, nastąpiły burze, powietrze nasyciła ogromna ilość ozonu. Jego działanie wirusobójcze było tak silne, że w ciągu kilku godzin znikły wielkie koncentracje wirusa obserwowane w sześciu punktach stolicy. Wieść o błogosławionym wpływie zmiany pogody na wirusa pierwsi ogłosili meteorolodzy. Natychmiast zelektryzowała ona mieszkańców stolicy, potem dużych miast, w końcu cały kraj.

– Mnie to poruszyło i uruchomiło zupełnie jak silnik spalinowy, który zaskoczył z opóźnieniem i od razu wszedł na wysokie obroty – powtarzał swoim kolegom mechanik samochodowy w warsztacie Otto Kamienny i Spółka.

Był to początek budzenia się Pokuty z letargu epidemiologicznego.

– W społeczeństwie drgnęła nić życia, jego serce zaczęło bić szybciej i żywiej rozprowadzać krew po organizmie. W końcu pojawiła się głowa i zaczęła myśleć. Tak zaczął się nowy etap naszego życia – napisał Grzegorz Koło.

Dobre wieści powtarzała co pół godziny w specjalnym komunikacie stacja telewizyjna Rubach i Spółka wspierana dotacjami rządowymi.

Wyzwolenie od wirusa nie oznaczało całkowitego powrotu do normalności. Kraj zmienił się duchowo i psychicznie. Pół zabrała ze sobą epidemia; ludzie, którzy szczęśliwie przeżyli, w większości borykali się z rzeczywistością. Szukano diagnoz, potwierdzających lub zaprzeczających ponurym ocenom sytuacji.

Na ulicach miast pojawiało się coraz więcej ludzi zagubionych. Zachowywali się dziwacznie, czasem nienormalnie. Niektórzy mieli na sobie piżamy, jakby dopiero co wstali z łóżka. Coraz wyraźniej ujawniały się postawy ekscentryczne i dziwactwa. Po trzech latach więzienia epidemiologicznego, dominacji wirusa i epidemii, niektóre osoby przeżywały zupełnie nieznane problemy i wyzwania. Wielu nie czuło, że nastała nowa epoka i gubili się w swoich zachowaniach i otoczeniu. Ludzie patrzyli w lustra i widzieli upiory. Wychudli, wycieńczeni, oczy bez blasku, zapadnięte policzki. Ich włosy były rzadsze i matowe.

– Nie poznaję samego siebie. Z trudem zdaję sobie sprawę z wolności od wirusa i epidemii, nie chce mi się wierzyć, że to prawda – Marcin Król skarżył się Erazmowi i Salomonowi na tradycyjnym już spotkaniu na molo. – Kraj zanurzył się w opary absurdu. Jako neurobiolog i lekarz widzę, że problemem jest przymglenie świadomości; ludzie zachowują się jakby poruszali się w gęstej mgle. Obserwuję to w szpitalu. Kontakt z pacjentami jest trudny; moje słowa docierają do nich z trudem, muszę je powtarzać, czasem pacjent w ogóle mi nie odpowiada. W zachowaniu, ruchach i wypowiedziach jest spowolniały jak pijany lemur.

Zuzanna miała własne obserwacje i chętnie dzieliła się nimi z Salomonem. 

– Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką. Powiedziała mi wprost, jakby nie rozumiała, że to coś nienormalnego:

– Musiałam ugotować wodę po raz drugi i trzeci, bo piszą, że woda gotowana jeden raz to trucizna. Po pierwszym gotowaniu trzeba gotować od nowa. Pokłóciłam się o to z mężem bo naskoczył na mnie.

– Opowiadasz bzdury – powiedział. – Zajmuj się czym poważniejszym, kobieto, niż słuchaniem kretynów w programach o gotowaniu i praniu na sucho. Świat nam się wali na łeb, bo zużywamy za wiele energii, a ty wodę gotujesz kilka razy! Zdajesz sobie sprawę, ile ty marnujesz energii elektrycznej?

Odc. 32 Nawyki

Zmiany zachowań ludzi wywołane przez wirusa nurtowały Erazma. Miał dużo czasu, aby o tym myśleć i zastanawiać się, dokąd to wszystko zmierza. Swoimi obserwacjami dzielił się chętnie z Salomonem.

– Ludzie się pogubili. Wiele czynności wykonują w sposób przesadny, czasem zupełnie niepotrzebnie. Widzę to każdego dnia na własne oczy. Siostra mego ojca, Nadia, uważnie śledzi zachowanie członków rodziny i wypatruje ich niewłaściwych zachowań. Widzi je wszędzie. Mam wrażenie, że prześladują ją jakieś złe wspomnienia. Wczoraj zdenerwowała się i powiedziała ojcu:

– Popatrz jak nabrudziłeś na podłodze.

Ojciec patrzył ale niczego nie dostrzegł. Dopiero jak się schylił, zauważył ledwo widoczny ślad obuwia i kilka ciemnych okruchów obok. Nie ulegało wątpliwości, że to on był sprawcą, bo wchodząc do mieszkania od razu nie zdjął butów, w których był na dworze. Nie chcąc denerwować siostry ani siebie takimi drobiazgami, wziął do ręki wilgotną szmatkę, aby przetrzeć podłogę w miejscu, gdzie pozostał ślad obuwia. Nadia nie pozwoliła mu na to.

– Tylko jeszcze rozmażesz! – ostrzegła rozeźlonym głosem. – Sama to zrobię, bo ja to zrobię dobrze. Ojciec poczuł, że znowu zawinił.

Wiem, że w innych domach dzieje się podobnie. Ludzie szukają czegokolwiek, czego można by się trzymać, jakichś dawnych nawyków, dobrych czy złych, to nie ma znaczenia.

Erazm obserwował, jak bardzo ludzie się zmienili. Zastanawiał się nad przyczynami i wymyślił sobie teorię. Wyjaśnił ją Salomonowi.

– Ludzie zdziwaczeli, zamknęli się w sobie. Nie zdają sobie sprawy, że nastała nowa epoka, która się rozwija. Tkwią w przeszłości w postawach, nie pasujących do nowej rzeczywistości.

Podjął obserwacje, rozmawiał i czytał doniesienia medyczne i naukowe. Po kilku dniach uznał, że nie były to całkiem nowe zjawiska. Do starych problemów dołączyły nowe.

Odc. 33 Prezydent i premier

Społeczeństwo oczekiwało wystąpienia kogoś ważnego, kto przemówiłby, przedstawił sytuację, wyjaśnił, co się stało i wlał trochę otuchy w serce narodu. Z urzędu wystąpił prezydent Jonasz Dyga zwany powszechnie Lambrekinem, wcześniej mało angażujący się w sprawy państwowe inne niż polityka zagraniczna i sport, jego ulubione hobby, które nazywał konikami. Prezydent przemawiał na Placu Defilad. Hasłem jego przemówienia było „Totalne odrodzenie”. Lubił używać mocnych słów.  Na trybunie obok prezydenta po prawej stronie stał Leon Bury, po lewej premier Chudy i kilku jego ministrów.

– Największy cios zadany nam przez wirusa Dracula i kolejne fale epidemii, to unicestwienie połowy naszego społeczeństwa i zdewastowanie psychiki drugiej jego połowy, której udało się przeżyć. Powiem wam szczerze, najszczerzej jak umiem, nazwę to po imieniu: klęska demograficzna i deformacja psychiczna to prawdziwa masakra. Ja sam czasem czuję się nieswojo, jakbym był w cudzej skórze, a przecież jestem tym samym prezydentem, co poprzednio.

Zaraz po prezydencie zabrał głos profesor Zybe, doradca i rzecznik prezydenta. Prezydent wypchnął go, aby wzmocnił jego słowa.

– Nie ma wśród nas już ludzi normalnych, każdy nosi w sobie jakąś aberrację. My, obecni tutaj na sali, naukowcy, mamy szczęście, że zachowaliśmy samoświadomość i potrafimy to nazwać.

Nie umiejąc odnaleźć się w pełni w nowej rzeczywistości rząd zajął się badaniami, sondażami, ocenami i dyskusjami. Podjęto je na wielką skalę. Najpierw prowadzono sondaże dla ustalenia, jaka jest skala deformacji społeczeństwa, potem określano ich zakres i obszary występowania.

W gabinecie premiera odbyła się narada z rządowym zespołem doradców potocznie zwanym Think-Tankiem Chudego. Rozmawiano w warunkach prawie polowych, ponieważ gabinet premiera był w przebudowie. Brak było mebli, stół był podparty krzesłem z oparciem przyciętym do wysokości blatu.

– To nie tylko wygląda nienormalnie. To jest nienormalne – pomyślał premier, odchrząknął i od razu przemówił, aby nie dać się sprowadzić na manowce złym myślom.

 – Przejrzałem wasz raport wstępny. Jest trochę przydługi i nużący. Ważne jest, jakie wnioski z niego wynikają. Nie mamy czasu, aby dyskutować szczegóły, proszę więc o streszczenie wniosków. Bardzo się spieszę – premier nie ukrywał zdenerwowania. Przypomniał sobie, że jego prywatna psycholożka doradzała mu, aby wyrzucał z siebie wszystkie złe uczucia.

Odc. 34 Think Tank 

Denerwowanie się stało się modne w sferach władzy. Pokazać, że pracuje się pod presją i ma się ambitne cele, było w dobrym stylu.

– Takie zachowanie jest „en vogue” – twierdziła wizażystka, zajmująca się wizerunkiem publicznym premiera. – Proszę koncentrować się na sobie, panie premierze, nie na otoczeniu. Ci, którzy pana otaczają to tylko statyści. Mówiąc prosto z mostu, bez zahamowań, pokazując swoje uczucia, tworzy pan wizerunek człowieka silnego i zdeterminowanego. Nie jest ważne, co pan mówi, ale jak to pan mówi. W czasach, kiedy umysły ludzi błądzą we mgle, społeczeństwo „en masse” ceni wyrazistych przywódców. Najważniejsza jest twarz, żelazna maska, ostry wzrok, sięgający w dal i w przyszłość, ton głosu silny jak dzwon. To co mówię, brzmi niezwykle, ale jest skuteczne w czasach aberracji, kiedy ludzie oczekują i potrzebują silnego przywódcy. Władcy, który nimi wstrząśnie i poprowadzi do szczytnych celów.

Premierowi odpowiedział przewodniczący think-tanku, starszy, nieco zgarbiony mężczyzna, wyglądem i zachowaniem przypominający zmęczoną kobietę z nierównymi brwiami. Miał opadające ramiona i skórę na rękach białą jak śnieg.

– Wygląda jakby je trzymał kilka lat w mydlinach. Przypomina praczkę na przymusowym urlopie po śmierci męża – pomyślał premier z niechęcią. Nie lubił takich postaci.

– Najpierw skala zmian, panie premierze. Według sondaży około połowy naszego społeczeństwa to ludzie z zaburzeniami psychicznymi.

– Powszechnie nazywają ich czubkami lub psycholami – odezwał się spokojny głos z głębi sali.

– Ma pan bogatą wiedzę. Może i ma pan rację, ale to nie są przyzwoite określenia, zwłaszcza w ustach naukowca – żachnął się premier. – Nie ma potrzeby szydzić z ludzkiego nieszczęścia.  

Przewodniczący think-tanku kontynuował.

– Mamy pogłębioną analizę sytuacji. Lista problemów i wyzwań jest długa. Dużo dłuższa niż można by pomyśleć. Na pierwszy plan wysuwają się depresja, nietypowe zachowania, białe plamy pamięci o tym, co zaszło, cukrzyca. Poza tym notuje się, na szczęście rzadziej, różnego rodzaju uczulenia i alergie, zachwiania równowagi. Wysoka jest liczba samobójstw. Seks i erotyka uległy daleko idącej degradacji; prawdopodobnie jest to sprawa osłabienia systemu hormonalnego. Powszechna jest nieruchawość i otyłość. Wynikają one z braku ruchu na świeżym powietrzu oraz objadania się.

– Co pan sugeruje, panie profesorze? Od czego zaczniemy? Pilnie potrzebujemy osiągnięć. Cywilizacja nas zawiodła, nie spełniła się. Musimy się ratować.

– Opracowaliśmy propozycje wstępne, ale nie jestem przygotowany do ich przedstawienia. Sądziłem, chyba słusznie – przewodniczącemu lekko zadrżały ręce i twarz się zaczerwieniała – że zechce pan wraz ze swoimi ministrami zagłębić się w szczegóły raportu, aby w pełni zrozumieć, w jakim miejscu znajdujemy się jako społeczeństwo. To bardzo ważne.

Odc. 35 Odprawa

Premier wydawał się niewzruszony w swoim zamiarze zachowania spokoju. Postanowił zignorować słowa mówiącego, uznając je za nieudany test jego cierpliwości.

– Pozostanę spokojny jak płyta nagrobna wobec pańskiej propozycji – jego własne słowa go zaskoczyły. – Przepraszam, że tak mówię, ale wciąż myślę o milionach ofiar epidemii. Musimy wszyscy wyrwać się z tego nastroju. Obrócił głowę w okienku przewodniczącego Think Tanku:

– Na kiedy będzie pan ostatecznie gotowy z propozycjami? Proszę sformułować je jak najzwięźlej, bardzo krótko. Zdaję sobie sprawę z tego, że macie państwo do wykonania jeszcze masę roboty, ale my, klasa polityczna, ludzie czynu, nie mamy tego luksusu, aby zastanawiać się zbyt długo. Musimy szybko podejmować decyzje. Energiczne działanie to nasz priorytet – premier myślał jeszcze chwilę, szukając w głowie jakiegoś zręcznego sloganu dla podsumowania, nic zgrabnego nie przyszło mu jednak na myśl.

– Będziemy gotowi za trzy dni, w piątek – w głosie profesora słychać było ton obrażonego człowieka. – Na którą godzinę zadysponuje pan spotkanie? I gdzie ono się odbędzie?

Za plecami premiera ukazała się głowa jego sekretarza. Przylizane włosy nadawały mu służalczy wygląd a wąska twarz upodobniała do lisa. Nie był lubiany przez otoczenie; premier Chudy cenił go za jego lojalność, pracowitość i pomysłowość.

– Umówmy się, panie profesorze, Tutaj, w tym samym miejscu, o tej samej godzinie jak dzisiaj, tylko nie za trzy dni, ale jutro. Pański zespół musi pracować przez całą noc, nic na to nie poradzimy.

Sylwetka zmęczonej praczki jeszcze bardziej uwidoczniła się w przewodniczącym think-tanku. Profesor popatrzył niepewnie na swoich współpracowników. Ich twarze pozostały obojętne.

– Czyli jutro, o godzinie dziesiątej rano. Tutaj, w tym samym pokoju? – upewnił się przewodniczący.

– Dziesiąta zero-zero. Punktualnie. Jak nożem uciął – ironicznie dodała kobieta o bujnych włosach i lekko zaczerwienionej twarzy. Była wiceprzewodniczącą zespołu, osobą ustosunkowaną, pozwalającą sobie na drobne szyderstwa wobec premiera i jego współpracowników.

– Punktualnie jak w garnku szwajcarskim. Przepraszam, jak w zegarku szwajcarskim – dodał ktoś jeszcze.

Nikt się nie zaśmiał. Premier uznał zachowanie członków rządowego think-tanku za potwierdzenie prawdziwości teorii o zmianach psychicznych społeczeństwa. Wszyscy naukowcy wydali mu się nagle jednakowi.

– Jajogłowi sceptycy. Błyszczące oczy, przygarbione sylwetki i głowy nabite wiedzą w takiej ilości, że sami się w nich gubią – pomyślał z niechęcią.

Premier powstrzymał ręką swoich ludzi, aby goście mogli wyjść pierwsi. Opuszczając gabinet gęsiego, żegnali się kiwnięciami głowy.

– Musimy dawać innym przykład, jak się zachowywać w nowych warunkach – wyjaśnił współpracownikom, kiedy już goście wyszli. – Myślę o zorganizowaniu szkoleń w zakresie nowego savoir-vivre. Nie mam jeszcze tylko nazwy.

-Savoir-vivre nowych czasów. To tytuł uniwersalny, każdy go zrozumie – zaproponował sekretarz, usłużnie otwierając drzwi przed zwierzchnikiem.

Odc. 36 Szkoła i dzieci

Wiktor Cichy wznowił zarzuconą w okresie letargu praktykę spotkań dyskusyjnych przy krawężniku na osiedlu Aura. Osiedle traktował jak miniaturę kraju. Od północy znajdował się zbiornik wodny, od południa pagórek z ogródkiem zabaw dla dzieci, od wschodu płaskie, porośnięte chaszczami nieużytki, od zachodu uporządkowany i zabudowany teren. Swoją działalność uznawał za powołanie społeczne; mógł je pełnić z powodzeniem będąc na emeryturze i dysponując dużą ilością czasu.

– Trzeba rozruszać społeczność osiedlową. To obowiązek obywatelski, konieczność – mawiał, motywując tym przypomnieniem przede wszystkim siebie.

Na osiedlu Aura nazywano go także Ekscentrykiem i Odmieńcem. Reagował na to spokojnie:

– Nie przeszkadza mi to, bo takie mamy czasy: dywersji słownej, pomylonych pojęć, oszołomienia intelektualnego, zdeformowanej etyki. Wirus i kolejne fale epidemii potężnie namieszały ludziom w głowach. Trzeba ich ratować przed nimi samymi. Niektórzy osobnicy posuwają się tak daleko w swoim zachowaniu fanaberycznym, że oskarżają siebie samych o niegodne postępowanie, zbrodnię czy szaleństwo. Znam takie przypadki.

Kiedy sąsiad go poprosił, aby pokazał choćby jeden przykład, Wiktor powołał się na Józefa N. Nie chciał podać jego nazwiska, co poważnie osłabiło wiarygodność jego argumentu.

Wiktor rozlepił afisze zarządzając pierwsze spotkanie na godzinę jedenastą następnego dnia. Pięć minut przed czasem był już na miejscu. Poczekał do jedenastej pięć.  

– Dziś będziemy dyskutować o dezorientacji współczesnego człowieka. Dokładny temat to: „Czy jesteśmy zagubieni psychicznie w czasie i w przestrzeni?”. Ostatnio słyszę, jak ludzie powtarzają te same słowa:

– „Jesteśmy na samym krańcu przylądka wieków. Wczoraj umarły czas i przestrzeń”. Jest to jawne nadużycie, ponieważ to hasło pochodzi z Manifestu Futuryzmu ogłoszonego w 1909 roku, mającego rozpocząć rewolucję kulturalną. Wierzą w nie tylko ci, co nie znają historii myśli społecznej oraz ci, którym kilka fal epidemii tak utłukło rozum w głowach, że już nie potrafią myśleć inaczej, bardziej twórczo, znaleźć w swojej wyobraźni ziemi uprawnej, bogatej, na której mogliby wyhodować nową rzeczywistość. Ci z ubitymi myślami pozostali zamknięci w ciasnocie swoich kościołów, skostniałej wiary w Boga, pokoju partyjnego czy wypowiedziach ulubionych aktywistów, łżących w telewizji, w gazetach, na portalach internetowych oraz na wiecach partyjnych. Wszystkie te sytuacje przypominają mi zatęchłe klatki schodowe ponurej przeszłości.

– Mówi o ludziach, którzy dali się zaszufladkować – komentowali sąsiedzi z osiedla Aura, otwarci na rzeczywistość. – Niech Bóg będzie z nimi. Oni są już straceni. Musimy poczekać, aż ich czas przeminie.

Wiktor nie komentował tych wypowiedzi, tylko rwał naprzód ze swoim przekazem.  

– Poczucie zagrożenia i obcości pcha się do miast i wsi wszystkimi bramami, furtkami i dziurami w płotach. Widzę je wszędzie. Często zaczyna się ono całkiem niewinnie – podjął Wiktor, korzystając nadal z notatek. Widząc zainteresowanie tematem, po chwili mówił już z głowy.

– Najbardziej zagrożeni aberracją są najmłodsi. Ostatnio przypadkiem widziałem film dla młodzieży. Miał prostą fabułę. Chodziło o wiejską szkołę, w której dzieci ćwiczą i rozwijają wyobraźnię przypominając sobie przysłowia i tworząc własne. Przysłowia są wypisane wszędzie, na ścianach, na tablicach, są także ich ilustracje graficzne. Obejrzałem ten film do końca. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że został on zaakceptowany przez ministra szkolnictwa. Domyślam się, że w grę wchodziły znajomości lub łapówka, lub jedno i drugie. Producent filmu, reżyser, scenarzysta i ci, którzy go dopuścili do powszechnej dystrybucji, chyba upadli na głowę.

C.d. wkrótce.

0Shares

Walec drogowy. Opowiadanie.

Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy budowy dróg i mostów Technobud, nie trafił na parking maszyn budowlanych przypadkiem. Zachodził tam regularnie, ilekroć znalazł się w pobliżu. Lubił to miejsce, odosobnione, w pobliżu lasu. Najbardziej oczywiście lubił maszyny, był ich pasjonatem.

Z daleka zauważył drobną postać, stojącą przy walcu drogowym „Niezwyciężony”. Odwrócona była tyłem do bramy. Pomyślał, że to któryś z robotników skrócił sobie drogę na teren budowy znajdujący się tuż za lasem, aby przy okazji popatrzeć na imponujące cuda techniki budowlanej.

Była to młoda kobieta, ubrana w strój roboczy okryty kamizelką ostrzegawczą w kolorze żółtym, podobną do używanych przez pracowników firmy. Kiedy się odwróciła, przypomniała mu siostrzenicę: szczupła sylwetka, miła buzia, łagodnie uśmiechnięte, melancholijnie ciemne oczy. Godzina była wczesna i chłód dawał się jeszcze we znaki. Lubił tę porę dnia i taką pogodę.

Przedstawił się.

– Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy Technobud.

Nie czekając na odpowiedź, zapytał:

– Co pani tu robi? Młoda, ładna kobieta w stroju robociarza w miejscu gdzie panuje hałas, brud i kurz?

– Nazywam się Agnieszka Zena i jestem specjalistką do spraw relacji międzyludzkich. Pracuję w tej samej firmie, co pan. Zatrudniono mnie, że tak powiem, aby łagodzić obyczaje.

Dyrektor był przekonany, że kobieta żartuje. Pomyślał, że została zatrudniona przez dział personalny na polecenie dyrekcji, nie powiadamiając go o tym. Jeszcze raz przyjrzał się nieznajomej: kurtka robocza, kamizelka w żółte pasy, drelichowe spodnie, buty, które można by nazwać buciorami, roboczy hełm na głowie. Męski, roboczy strój nie tylko nie raził, ale nadawał jej jeszcze uroku, podkreślając delikatne rysy twarzy i drobną sylwetkę. Pasował na zasadzie kontrastu. Kiedy szedł w jej kierunku, przyglądała się z uwagą walcowi drogowemu. Wśród maszyn stojących na placu był to prawdziwy olbrzym, wyglądający jakby służył w filmie do rozjeżdżania transporterów opancerzonych.

Preminger doskonale znał tę maszynę. Używano ją do utwardzania dużych powierzchni podlegających znacznym obciążeniom. Z boku maszyny widniała marka „Sanetra” oraz nazwa „Invincible”, „Niezwyciężony”. Nieco niżej umieszczone były numer inwentaryzacyjny i tabliczka znamionowa. Oglądał maszynę zawsze z przyjemnością i tak często, że mógł ją opisać w szczegółach z pamięci. Stała teraz ustawiona bokiem do krawędzi placu parkingowego czekając na wyjazd na miejsce budowy. 

– Co pani tu robi? Nie ma tutaj nikogo, z kim można by rozmawiać o relacjach międzyludzkich!

– Wpadłam tu przekonana, że znajdę kogoś, aby porozmawiać. Zajmuję się usprawnieniami komunikacji i współpracy między pracownikami, dbam o to, aby ludzie byli bardziej zadowoleni i szczęśliwsi. Ponieważ nikogo nie zastałam, przyglądałam się walcowi drogowemu „Invincible”. Wspaniała maszyna.

Po krótkiej rozmowie okazało się, że łączy ich zainteresowanie maszynami budowlanymi.

– Mój ojciec prowadził firmę wynajmu takich maszyn. To on mnie zaraził miłością do tych kolosów. Pokazywał mi je, opowiadał, a nawet woził po placu parkingowym walcem podobnym do „Niezwyciężonego”, tylko trochę mniejszym. Sprawiało mi to wielką frajdę.

Kobieta zdawała się wiedzieć wszystko o walcach, wierzyła w ich niezwykłe możliwości. Jej wiedza zaimponowała dyrektorowi. Po kilku minutach popatrzył na zegarek i z żalem wyznał:

– Muszę panią przeprosić, ale się śpieszę. Z przyjemnością kontynuowałbym rozmowę. Może jeszcze kiedyś się spotkamy?

Nie myślał o tym poważnie. To było zupełnie przypadkowe spotkanie. Agnieszka też wiedziała, że to niemożliwe. Za kilka tygodni kończyła pracę w firmie i wyjeżdżała na drugi koniec kraju, aby rozpocząć studia na Wydziale Automatyki Politechniki Śląskiej. Ich przedmiotem była sztuczna inteligencja i jej zastosowania w maszynach i urządzeniach technicznych. 

Nauka szła jej dobrze. Po ojcu odziedziczyła miłość do maszyn i maszynerii. To ją motywowało. Była właściwie samoukiem łatwo wchłaniającym wiedzę. Aktywnie uczestniczyła w obowiązkowych zajęciach, przede wszystkim w ćwiczeniach laboratoryjnych, rzadko chodziła jednak na wykłady.

– Ty się w chyba w ogóle nie musisz uczyć? Wiedza sama pcha ci się do głowy. Nie to co ja – skarżyła się przyjaciółka.

Przez okres studiów mieszkały razem w jednym pokoju w akademiku. Nawet się nie spostrzegły, kiedy minęły cztery lata. Po studiach Agnieszka została na uczelni. Zaproponowano jej pracę naukową. Pięć lat później była już doktorem nauk technicznych, zdecydowana kontynuować karierę naukową.

– Jesteś taka młoda, Agnieszko, że kiedy zostaniesz profesorką, nikt w to nie uwierzy. Będziesz musiała pokazywać postanowienie prezydenta w sprawie nadania tytułu profesora – żartował promotor na seminarium doktorskim.

Jadąc pociągiem do rodzinnego domu Agnieszka wróciła wspomnieniami do ojca. Pamiętała początki jego biznesu, kiedy kupił pierwszy, używany walec drogowy, założył firmę i zaczął go wynajmować. Z czasem przybywało maszyn. Nadawał im ciepłe, kobiece imiona, a swoim dzieciom opowiadał niesamowite historie. Wierzyły mu. Czasem zabierał ją na plac parkingowy, sadzał w kabinie walca drogowego i wiózł sto metrów do końca placu i z powrotem. Opowiadał wiele historii prawdziwych, niektóre zmyślał. Dobrze pamiętała jedną z nich.

– Ta maszyna to najlepszy walec drogowy. Może wyrównać wszystko. Jest tak precyzyjna, że rozprostuje tonę zmiętego papieru i to tak dokładnie, że stanie się on idealnie płaski. Wymaga to tylko umiejętności kierowania maszyną.

Córka testowała go:

– Ziemia nie jest płaska. Czy rozwalcowałbyś na płasko wszystkie nierówności, pagórki i wzniesienia, gdyby ktoś cię poprosił?

– Zgadza się. Uparłbym się, pracowałbym nieprzerwanie dwa a nawet trzy tygodnie, dopóki nie wyrównałbym wszystkiego aż po horyzont.

Kiedy Agnieszka podjęła studia, Zena myślał, że w przyszłości poprowadzi jego biznes. Chciał, aby przejęła jego dorobek i rozwinęła firmę w coś naprawdę wielkiego. Miał marzenia. Ją interesowała jednak sztuczna inteligencja i jej zastosowania. Także w maszynach drogowych. To łączyło ich światy wspomnień, marzeń i przyszłości.

Z dyplomem doktorskim w kieszeni, Agnieszka odwiedziła rodziców. Musiała się pochwalić. Przyjechała w środę wieczorem. Następnego dnia rano wyszła na spacer w znane jej okolice. Wróciła dopiero po południu, kiedy popsuła się pogoda. Padał deszcz i wiał silny wiatr. Czuła się nieswojo, bolała ją głowa, nie miała chęci rozmawiać nawet z rodzicami.

– Może dam ci coś na ból głowy? – zaproponowała matka.

Agnieszka przyjęła tabletki przeciwbólowe i o nieprzyzwoicie wczesnej porze położyła się spać.

Tego samego dnia, był to czwartek, zaginął dyrektor Otto Preminger. Po prostu zniknął bez śladu, jakby nigdy nie było go na świecie. Kiedy nie wrócił z pracy i nie można było do niego się dodzwonić, jego żona, Józefa Preminger obdzwoniła znajomych i wszystkie miejsca, gdzie bywał, pytając, czy nie ma go tam przypadkiem. Potem zadzwoniła do dwóch najbliższych szpitali i na policję, aby dowiedzieć się czy nie zdarzył się jakiś wypadek drogowy z udziałem starszego mężczyzny. Zadzwoniła do jego firmy, ale było już za późno. Odpowiedział strażnik, wyjaśniając niezbyt uprzejmie, że on jest tylko od pilnowania. Potem zadzwoniła jeszcze raz na policję, aby zgłosić zaginięcie męża, nic jednak nie załatwiła.

– Przyjmujemy takie zgłoszenia dopiero po upływie dwudziestu czterech godzin. Najczęściej ludzie odnajdują się w ciągu tego czasu. Rozumiemy pani sytuację, ale bardzo prosimy o cierpliwość. Dopiero jak osoba zaginiona nie znajdzie się w ciągu dwudziestu czterech godzin, możemy przyjąć zgłoszenie.

Sprawa tajemniczego zniknięcia Otto Premingera nabrała rozgłosu dwa dni później, kiedy policja podjęła śledztwo. O wydarzeniu pisała lokalna prasa i bębniono w telewizji. Pojawiły się podejrzenia i plotki, gdyż był to okres, kiedy w północnej części kraju grasował mężczyzna mordujący samotne osoby. To, że jego ofiarami były kobiety, jakoś nikogo nie powstrzymywało od spekulacji.

Policja zbadała okoliczności związane z zaginięciem dyrektora Premingera, szczegół po szczególe, począwszy od momentu, kiedy wyjechał rano do pracy. Odtworzono bieg zdarzeń. Ostatnia widziała dyrektora jego sekretarka, Julia. Było to w biurze, w budynku dyrekcyjnym.

– Pojechał stąd na budowę. Nie wiem dokładnie na którą, bo mamy trzy place budów – poinformowała sekretarka. – Powiedział mi tylko, że jedzie na budowę. Było to około godziny dziewiątej dwadzieścia. Dyrektor najczęściej odwiedzał za jednym zamachem wszystkie trzy budowy. Czasem jeździł lub chodził, bo to niedaleko stąd, na plac parkingowy maszyn budowlanych. Robił tam ich przegląd lub rozmawiał z operatorem, który wyjeżdżał maszyną do pracy lub właśnie wrócił z roboty. Może pan dyrektor zajechał gdzieś po drodze? Czasem miał różne sprawy do załatwienia.

Wkrótce okazało się, że samochód dyrektora Premingera stał zaparkowany pod drzewami z tyłu budynku dyrekcji. Konkluzja policjanta prowadzącego śledztwo była prosta.

– Coś się z nim stało tutaj, ale nie wiemy co i gdzie. Mógł też wyjść z biura i udać się gdzieś pieszo, na przykład na przystanek autobusowy, albo ktoś go zabrał stąd swoim samochodem.

Policjant zmienił zdanie, kiedy okazało się, że stojący z tyłu budynku pojazd to samochód służbowy dyrektora, który przywieziono z warsztatu po przeglądzie technicznym. Żona dyrektora potwierdziła, że krytycznego dnia mąż pojechał do pracy samochodem prywatnym.

Inspekcja trzech miejsc budowy nic nie przyniosła. Dyrektor Preminger w ogóle nie pojawił się tego dnia w żadnym z nich. Nikt z pracowników go nie widział. Nie kontaktował się też z nikim telefonicznie od czasu rozmowy z sekretarką Julią w budynku dyrekcji, co miało miejsce około godziny dziesiątej piętnaście. Później nie był już osiągalny telefonicznie, bo jego komórka nie odpowiadał. Kiedy ktoś dzwonił do jego biura, sekretarka informowała, że przekaże dyrektorowi wiadomość jak tylko zjawi się on w firmie.

W dalszej kolejności policja przeprowadziła inspekcję placu parkowania maszyn drogowych. Detektyw Marian Cichy sporządził szkic terenu i zrobił notatki. Miejsce było raczej odludne; z trzech stron las i wjazd z mało uczęszczanej ulicy. Każdy mógł wejść na parking, jeśli tylko chciał. Brama była wprawdzie zamknięta i na skoblu wisiała kłódka, ale nie zamknięto jej na klucz. Policja klucza nie znalazła. Na placu odkryto prywatny samochód dyrektora. Stał spokojnie na uboczu. Poza tym nic nie wskazywało, że dyrektor Preminger był tam krytycznego dnia. Nie było żadnych innych śladów. Nie było też kamery przemysłowej zainstalowanej na maszcie przy wejściu na plac. Kamera zniknęła. To sugerowało, że ktoś mógł usiłować coś ukryć.

W ciągu następnych dwóch dni policja prowadziła wywiady z osobami przechodzącymi lub przejeżdżającymi samochodem, motocyklem lub rowerem ulicą, skąd odchodziła droga dojazdowa na parking. Jedynym znaczącym świadkiem był mężczyzna uprawiający jogging. Krytycznego dnia około południa widział kobietę w pobliżu placu maszyn budowlanych. Przepytywany przez detektywa usiłował przypomnieć sobie wszystko, co mogło mieć znaczenie. Było tego niewiele.

– Kobieta wyglądała zwyczajnie. Niczym się nie wyróżniała; średniego wzrostu, szczupła, młoda. Była ubrana w jakąś lekką kurtkę i chyba spódnicę. Co miała na nogach, nie widziałem. Tylko tyle pamiętam.

Policja dała ogłoszenia w prasie i w lokalnej telewizji. Pokazano zdjęcia dyrektora Premingera. Przeprowadzono też wywiady z rodziną, sąsiadami, pracownikami firmy i znajomymi. Mimo starań śledztwo nie posunęło się naprzód.

– Człowiek przepadł jak kamień w wodzie – detektyw odpowiadał lakonicznie. Był zły, kiedy pytano go o postępy. – Nie mamy żadnego punktu zaczepienia.

Nie usprawiedliwiało to policji. Dziennikarze oczekiwali konkretów.

Nagłe zaginięcie dyrektora znanej firmy budowlanej na obrzeżu dużego miasta nie dawała nikomu spokoju. Przypominały o tym media i komentowali zwykli obywatele.

– Ni z tego, ni z owego, w biały dzień w mieście znika bez śladu człowiek. Tak jakby wyparował. Dorosły mężczyzna to nie piesek, który komuś tak się podoba, że zabiera go do torby, wkłada do samochodu i wywozi w nieznane – z oburzeniem żaliła sie sąsiadka Premingerów. Dobrze znała dyrektora, dlatego chętnie udzielała wywiadów.

Łukasz Nikanor od pięciu miesięcy pracował w charakterze wolontariusza. Sam już niemłody, zgłosił się do pomocy osobom starszym. Do pani Preminger trafił, ponieważ potrzebowała pomocy przy domu. Znał jej sytuację z telewizji i gazet, bo sprawa była głośna.

Przyjechał z samego rana, tak jak go umówiono. Pani Preminger zaprosiła go do salonu i zaproponowała coś do picia. Wahał się.

– Napijmy się czegoś. Może kawy lub herbaty. Łatwiej będzie rozmawiać. Tak czy inaczej ja o tej porze robię sobie herbatę lub kawę.

Oboje wybrali kawę.

Ściany salonu zawieszone były zdjęciami, obrazami, na półkach stały miniaturowe figurki maszyn budowlanych. Pani Preminger opowiedziała Nikanorowi historię zaginięcia męża. Mimo upływu kilku tygodni, wciąż była przygnębiona.

– Nie znaleziono żadnych śladów. Nie mogę pogodzić się z tym. Nic. Kompletna tajemnica. – W głosie kobiety dawało się wyczuć rozgoryczenie.

Łukasz Nikanor zainteresował się jej relacją. Nie śpieszyli się. Poprosił gospodynię, aby opowiedziała mu więcej. Chętnie zgodziła się, mówienie przynosiło jej ulgę. Gość zadawał pytania. Dużo już wiedział z mediów. W rozmowie najbardziej zapadło mu w pamięć to, że Otto Preminger był nie tylko miłośnikiem maszyn budowlanych, ale wręcz ich pasjonatem, a parking, gdzie one stały, był ulubionym miejscem jego odwiedzin.

– Ta pasja cię zgubi. – Gospodyni przeżywała słowa, jakby rozmawiała z mężem.

– Mówiłam mu to wiele razy ale do niego to nie docierało. Nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia. Nie miał wrogów. Ja przynajmniej nie przypominam sobie nikogo takiego. Wiem, że miały miejsce jakieś nieprozumienia w pracy, kiedy zbeształ pracownika, ale to rzadko się zdarzało. Policja zresztą wyjaśniła to wszystko. Dla mnie najgorsze było jego zacietrzewienie, jeśli chodzi o maszyny budowalne, kiedy o nich dyskutował. Miałam wrażenie, że ta jego pasja go ogłupia jakby był dzieckiem.

Józefę Preminger zmęczyły wspomnienia i mówienie. Łukasz skorzystał z okazji.

– Czy moglibyśmy odwiedzić to miejsce?

Gospodyni odpowiedziała na pytanie niemym spojrzeniem.

– Mam na myśli ten parking, gdzie pani mąż lubił oglądać swoje maszyny.

Pani Preminger po raz pierwszy od złożenia zeznań wyraziła gotowość obejrzenia miejsca źle jej się kojarzącego. Pojechali razem samochodem Łukasza Nikanora. Po drodze zajechali do dyrekcji Technobudu, aby wypożyczyć klucz do bramy. Pani Preminger dzwoniła wcześniej w tej sprawie. Sekretarce wytłumaczyła, że coś sobie przypomniała, co mogło mieć znaczenie dla policji. Kiedy sekretarka zapytała, o co dokładnie chodzi i czy potrzebuje pomocy, aby tam dojechać, zbyła ją.

– To tylko intuicja, wspomnienie. Co do pomocy, to pomaga mi pan przysłany przez Ośrodek Pomocy Społecznej.

Klucz okazał się niepotrzebny, wymagany był kod dostępu do bramy wejściowej. Po krótkiej konsultacji z kimś w dziale administracji sekretarka podała kod dostępu.

– Zmienimy go, jak tylko pani opuści parking. Takie mamy zasady. Proszę mnie tylko powiadomić, kiedy już wyjedziecie stamtąd.

Wjazd na parking ciężkich maszyn zmienił się nie do poznania. Po uzyskaniu protokołu policji, w którym ujawniono słabości organizacji i funkcjonowaniu parkingu oraz kradzież kamery przemysłowej, Technobud zainstalował nową rozsuwaną bramę.

Kiedy podeszli do rzędu maszyn, pani Preminger zatrzymała się przed walcem z rzucającym się w oczy napisem „Invincible”.

– Ten napis znaczy „Niezwyciężony”. To była jego najukochańsza maszyna. Powiedziano mi w dyrekcji, że od czasu zaginięcia męża nie była używana. Podobno nie było takiej potrzeby. Mnie się wydaje, że to ze względu na pamięć mego męża.

Łukasz Nikanor oglądał maszyny z wielkim zainteresowaniem. Wyobraził sobie szalone upodobanie dyrektora do wielkiego walca drogowego. Intensywność jego zainteresowania wydała mu się dziwaczna. Na wielkim kole przednim „Niezwyciężonego” zauważył skrawek materiału żółtego koloru. Był to drobny fragment plastiku lub płótna, prawie niezauważalny.

– Jak był ubrany pani mąż? Mam na myśli jego ubranie robocze.

– Chodził ubrany jak robotnik, w drelichu. Nie chciał się wyróżniać. Na wierzchu, bez względu na pogodę, latem i zimą, podobnie jak inni pracownicy nosił kamizelkę ostrzegawczą koloru żółtego, tak jak inni pracownicy na budowie. Dzięki temu lepiej jest ich widać.

Iwan Iwanowicz pokazał pani Preminger kawałek żółtej materii.

– To może nic nie oznaczać, ale warto spróbować. To może być jakiś ślad. Zabierzemy to i przekażemy policji. Nie wolno tylko dotykać tego rękami. Zrobię to ostrożnie. Czy może pani poczekać tutaj na mnie? Podjadę samochodem do najbliższego supermarketu, aby kupić plastikową torebkę. W pobliżu widziałem jakiś ośrodek handlowy. Chyba wiem, jak dojechać.

– Pojadę z panem, pokażę panu drogę. Nie chcę pozostawać tutaj ze swoimi wspomnieniami.

W sklepie były tylko duże opakowania torebek plastikowych.

– Nie kupię całego opakowania. Po co marnować taką ilość? Wezmę po prostu plastikową torebkę do pakowania warzyw i owoców. Nawet dwie na wszelki wypadek. To nie jest kradzież – usprawiedliwiał się niepotrzebnie.

Po powrocie na plac parkingowy Nikanor wyjął z plecaka, służącego za podręczną torbę, scyzoryk i końcem ostrza zebrał do torebki plastikowej fragment żółtego materiału z powierzchni walca. Razem z panią Preminger zawiózł próbkę na posterunek policji. Dyżurnej policjantce wytłumaczyli, o co chodzi. Zadzwoniła do detektywa Cichego, który polecił przyjąć materiał.

– Zaraz przyjadę do was, sam go opiszę i oddam do badania laboratoryjnego. Proszę tylko zanotować numery telefonów pani Preminger i tego mężczyzny, który zebrał próbkę.

Policjantce nie podobał się sposób pobrania materiału.

– Lepiej byłoby, aby zrobił to fachowiec. Próbki pobiera się w sterylnych rękawiczkach do sterylnego pojemnika – mruknęła niechętnie pod nosem, dostatecznie głośno, aby ją słyszano.

Pani Preminger poruszyła się niecierpliwie i podniosła głowę.

– Mogliście to sami zrobić, ale na to nie wpadliście.

Detektyw zadzwonił do Józefy Preminger po dziesięciu dniach.

– Mamy potwierdzenie, że materiał pobrany z walca zawiera mikroślady DNA pani męża. Przepraszam, że ustalenie tego zajęło tak dużo czasu. Wznawiamy śledztwo.

Policja jeszcze raz przeszukała plac parkingowy, walec drogowy „Niezwyciężony” oraz teren wokół niego. Tym razem zrobiono to z całą drobiazgowością, dokumentując wszystko, co na to zasługiwało. Szczególnie gruntownie sprawdzono maszynę i wnętrze kabiny. Wewnątrz znaleziono dwa włosy, fragment niedopałka papierosa oraz włókna nieznanego pochodzenia. Przeprowadzono analizę włosów i ustalono DNA. Nie wiadomo do kogo one należały, bo takiego zapisu DNA nie było w policyjnej bazie danych. Poza tym w kabinie ani na poręczach wejściowych nic nie znaleziono, oprócz licznych rysów i zadrapań wynikających z normalnej eksploatacji. Nie było żadnych śladów linii papilarnych, ponieważ zostały usunięte przy użyciu rozpuszczalnika.

Jedyny ślad prowadził do kobiety opisanej przez mężczyznę uprawiającego jogging. Policja podjęła poszukiwania.

– Zakładamy, że była to osoba dorosła w jakiś sposób związana lub kojarząca się z maszynami budowlanymi, operator, ktoś zajmujący się ich handlem, wynajmem lub naprawą, osoba zainteresowana kupnem takiej maszyny, fotografik, ktoś zatrudniony w firmie Technobud, gdzie pracował dyrektor Preminger, osoba ciekawska, w końcu, ktoś zupełnie przypadkowy.

Ponownie przeprowadzono wywiady z pracownikami firmy, którzy dobrze znali ofiarę.

– Czy dyrektor Preminger kiedykolwiek wspomniał kogoś interesującego się maszynami budowlanymi, w szczególności walcem drogowym „Niezwyciężony”? Mogła to być kobieta lub mężczyzna.

Julia, sekretarka dyrektora Premingera, przypomniała sobie dawne zdarzenie.

– Kilka lat temu szef powiedział mi, że spotkał jakąś kobietę, naszą pracownicę, na parkingu maszyn budowlanych. Przeprowadził z nią bardzo ciekawą rozmowę na ich temat. Jej ojciec podobno zajmował się wynajmem takich maszyn. Dyrektor zachwycał się tą kobietą, jej zainteresowaniami i wiedzą techniczną. Pomyślałam sobie wtedy, że dał się oczarować jakieś dziewczynie tylko dlatego, że powiedziała mu, że ją również pasjonują maszyny drogowe. Starszy mężczyzna i młoda kobieta – temat stary jak świat.

Był to interesujący wątek śledczy. Detektyw poszedł jego śladem, choć bez przekonania.

Badając walec maszyny i podłoże policja znalazła więcej śladów tkanki organicznej, zwłaszcza na podłożu. Rozkuto zbitą powierzchniową warstwę szutru i na jaw wyszła potworna prawda. Laboratoryjne badanie próbek nie pozostawiało wątpliwości: szczątki wprasowane w asfalt to było ciało dyrektora Premingera.

Dla śledztwa były to przełomowe odkrycia. Były one tylko z pozoru proste i oczywiste. Wszystkim, czym dysponowała policja, to było ciało ofiary jako dowód makabrycznej zbrodni oraz sporo mniej konkretnych dowodów przestępstwa. Nie było niczego, co mogłoby sugerować, kto mógł być sprawcą zabójstwa oraz jakie motywy nim kierowały.

W międzyczasie zbadano dokumenty archiwalne firmy dotyczące pracowników zatrudnionych w okresie, kiedy dyrektor Preminger wspomniał sekretarce o kobiecie interesującej się maszynami budowlanymi. W końcu trafiono do dokumentacji Agnieszki Zena. Wywiad środowiskowy potwierdził, że jej ojciec rzeczywiście prowadził firmę wynajmu maszyn drogowych.

Agnieszkę Zena przesłuchiwano kilkakrotnie. Psycholożka policyjna obserwowała podejrzaną uważnie przez lustro weneckie w czasie zeznań, które nagrywano także kamerą. Podejrzana nie wydała jej się specjalnie zaskoczona przesłuchiwaniami, ale za to niezwykle ostrożna w tym, co mówiła i jak reagowała w śledztwie. W czasie pierwszego przesłuchania przyznała, że była w okolicy parkingu tego dnia.

– Wybrałam się na spacer i przechodziłam obok placu parkingowego. To najprostsza droga prowadząca do lasu i nad jezioro. Wielokrotnie tamtędy chodziłam. To moje ulubione miejsce spacerów.

Wszystkie wskazywało na to, że jej obecność w okolicy parkingu była zupełnie przypadkowa.

Kiedy zapytano ją, czy może udostępnić policji fragment włosa lub paznokcia do analizy, zaniemówiła na chwilę. Cień niepokoju przemknął przez jej twarz. Zgodziła się z pewnym wahaniem.

Analiza porównawcza DNA włosa znalezionego w kabinie i uzyskanego od podejrzanej potwierdziły przypuszczenia policji; obydwa włosy pochodziły od tej samej osoby. Pod presją pytań i faktów Zena przyznała się, że nie powiedziała od razu całej prawdy. Tłumaczyła się, że bała się powiązania jej z potworną zbrodnią, o której dowiedziała się potem z telewizji.

– Byłam wtedy na parkingu maszyn budowlanych i rozmawiałam z dyrektorem Premingerem. Poznałam go kilka lat wcześniej, w tym samym miejscu. Pracowałam wtedy w Technobudzie.

– To już przeszłość. Proszę opowiedzieć o pani ostatnim spotkaniu z dyrektorem – szorstko przerwał detektyw Cichy. Nie silił się nawet na uprzejmość od chwili, kiedy nabrał przekonania, że to Zena uśmierciła dyrektora. To, że policja nie miała przekonujących dowodów, aby ją oficjalnie oskarżyć, tylko pogłębiło jego niechęć do oskarżonej.

– To była bardzo konkretna i miła rozmowa. Dyrektor pokazał mi maszynę także wewnątrz, jak wygląda w kabinie. Nawet ją uruchomił, aby zademonstrować pracę silnika. Opowiadał mi, jak doskonałe jest to urządzenie. Nie byłam za bardzo ciekawa, ale nie wypadało mi przerywać. Zbierało się na deszcz, a ja chciałam jeszcze przejść się po lesie więc go przeprosiłam, podziękowałam za ciekawą rozmowę i demonstrację maszyny i wyszłam z parkingu. Dyrektor Preminger został przy walcu. To było wszystko.

Proces sądowy odbył się osiem miesięcy później. Prasa pisała o nim, że jest mocno poszlakowy. Obrońcą Agnieszki był znany adwokat, mecenas Tadeusz Karpiński, doświadczony w prowadzeniu spraw kryminalnych.

– Moja klientka w zeznaniach niczego nie ukrywała, nie kluczyła. Pierwszy raz nie ujawniła wszystkiego, bo bała się publicznego skojarzenia jej z tą ohydną zbrodnią. To byłoby fatalnym obciążeniem dla każdego. Na całe życie. Prokurator nie udowodnił jednego, najważniejszego. Tego mianowicie, że nie ma żadnego związku między pobytem mojej klientki na miejscu zbrodni a popełnieniem tej zbrodni. Tego nie można udowodnić, bo to nie jest możliwe, ponieważ moja klientka zostawiła dyrektora Premingera w doskonałym zdrowiu. Morderstwa dokonał ktoś inny. I tego winnego policja musi znaleźć. Moja klientka jest niewinna. – podsumował adwokat w mowie obrończej.

Sąd debatował wiele godzin. To była trudna sprawa. Wyrok okazał się uniewinniający.

– Oprócz udowodnienia, że oskarżona była na miejscu zbrodni, prokurator nie przedstawił żadnych dowodów, że to ona zabiła dyrektora Premingera i ukryła ciało – sędzia wolno i jakby z niechęcią kończyła odczytywanie wyroku.

Przez rodzinę i przyjaciół Agnieszka została powitana jak bohaterka, osoba niesłusznie oskarżona o potworną zbrodnię. Nie wszyscy obserwatorzy procesu wierzyli jednak w jej niewinność. Sprawa była bardzo głośna, opinie były podzielone.

Agnieszka wyjechała z miasta z postanowieniem nigdy do niego nie wracać. Proces był dla niej nad wyraz bolesnym przeżyciem. Rodzina zgodziła się z jej decyzją bez zastrzeżeń, choć nie bez żalu.

– Podjęłam decyzję wyjazdu nie tylko z miasta, ale i z kraju, za granicę. Z moimi kwalifikacjami znajdę tam pracę, jestem o tym przekonana. Już wcześniej otrzymałam jedną propozycję, ale nie byłam nią zainteresowana. Teraz patrzę na to inaczej.  

– Nigdy nie zaznałabyś tutaj spokoju. My jakoś sobie poradzimy. Nie mamy wyboru. Starych drzew się nie przesadza – pani Zena ze łzami w oczach objęła córkę, tak jakby miała ją stracić na zawsze.

W samolocie Agnieszka Zena usiłowała zabić czas czymkolwiek, aby tylko nie wracać myślą do procesu sądowego. Nie udało jej się to. Przypominała sobie wszystko, krok po kroku.

Na spacer wyszła przed południem. Piękna pogoda zaczynała się powoli psuć. Jeszcze nie padało, lecz słońce zachodziło już za chmury. Szła zamyślona. Kiedy trafiła na parking maszyn budowlanych przy lesie, przypomniała sobie wszystko.

– Niewiele się tutaj zmieniło – pomyślała, zatrzymując się, aby przyjrzeć się stojącym za metalową siatką maszynom. Część stanowiły te same maszyny, które widziała cztery lata wcześniej, kiedy wybierała się na studia. Było też kilka nowych, wszystkie potężne i imponujące. Podeszła bliżej bramy, była uchylona. Nie zastanawiając się weszła do środka i dopiero wtedy zauważyła mężczyznę. Poznała go z daleka. Pamiętała nawet jego nazwisko, Preminger, nietypowe, bo obco brzmiące. Nie wypadał się już wycofać. Podeszła bliżej.

– Dzień dobry, panie dyrektorze. Znowu się spotykamy i to w tym samym miejscu.

Otto Preminger nie poznał Agnieszki. Przypomniała mu się wspominając poprzednie spotkanie i rozmowę. Kiedy ją sobie skojarzył, ucieszył się, uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął:

– Co za spotkanie! Co u pani słychać?

Wyjaśniła, że skończyła studia i jest inżynierem magistrem ze specjalnością zastosowań sztucznej inteligencji w automatach, robotach i maszynach.

To mu zaimponowało. Powiedział jej to. Zaczęli rozmawiać o maszynach drogowych, jak przed kilku laty. Był szczęśliwy, że znowu ją spotkał, osobę nietuzinkową, mającą te same zainteresowania.

Rozmowa zeszła na walec „Invincible”. Preminger szczycił się nowym nabytkiem.

– To lepsza wersja tego, co pani widziała kilka lat temu. Nie jest ona najnowsza, ale zmodernizowana. Ma usprawniony, rewelacyjny system sterowania. Maszyna jest wyposażona z tyłu i z przodu w czujniki bezpieczeństwa oparte na module sztucznej inteligencji. To coś z pani działki.

– Na czym ta rewelacja polega? – Agnieszka była autentycznie ciekawa, o jakie rozwiązanie chodzi.

– To nowa generacja czujników bezpieczeństwa maszyn budowlanych. Dzięki sztucznej inteligencji walec jest pod pewnym względem inteligentniejszy niż kierujący nią człowiek. „Invincible” rozpoznaje istoty żywe: człowieka, dziecko, psa a nawet ptaka, i w razie zbytniego zbliżenia się podejmuje decyzję zatrzymania się. Nawet operator nie jest w stanie zmienić tej decyzji i uruchomić maszyny dopóki nie zniknie przeszkoda. Martwy przedmiot, pudełko kartonowe czy kamień nie zatrzymają walca drogowego automatycznie.

– To niemożliwe. Mam na myśli zdolność reakcji maszyny wyposażonej w sztuczną inteligencję na ludzki czy zwierzęcy organizm – zaoponował Agnieszka. Była pewna swej wiedzy; pod koniec studiów na seminarium analizowali możliwości i ograniczenia sztucznej inteligencji. Także temat, co wyposażona w nią maszyna może a czego nie może zrobić.

Otto Preminger upierał się przy swoim.

– W tym walcu jest inaczej. Jego moduł sterowania wspomagany sztuczną inteligencją działa tak, jak powiedziałem; jest niezawodny. Sprawdzaliśmy to nie jeden raz, ale wiele razy. Maszyna zatrzymuje się samoczynnie najpóźniej na metr przed przeszkodą, którą stanowi żywa istota. Może zatrzymać się wcześniej, ale nie później. Sprawdzałem to sam co najmniej dwa razy stając przed jadącym w moim kierunku walcem. Zawsze zatrzymywał się samoczynnie.

Po wyrażeniu zdecydowanej opinii, dyrektor zaśmiał się serdecznie. Był w tym wyraz triumfu, przewagi, że powiedział coś, czego nie wiedziała rozmówczyni.

Agnieszka Zena nie przyjęła dyrektorskich rewelacji do wiadomości. Wiedziała, że elementy sterowania oparte na sztucznej inteligencji nie są niezawodne. Starała się przekazać to dyrektorowi jak najbardziej spokojnie i rzeczowo, aby nie poczuł się urażony.  

– To czysty rachunek prawdopodobieństwa. System sztucznej inteligencji zainstalowany w dowolnym urządzeniu mechanicznym, elektrycznym czy hydraulicznym nie jest niezawodny, podobnie jak nawet najlepszy komputer. Przyczyny mogą być różne. Zastanawiała się chwilę marszcząc czoło. – Na przykład brak prądu, awaria jakiejś części, nieuwaga człowieka, błąd w sztuce, zakłócenie magnetyczne. Cokolwiek.

Preminger nie ustępował.

– Awaria jakiegokolwiek podzespołu wyłącza silnik napędowy walca. Maszyna jest tak ciężka i jedzie tak wolno, że zatrzymuje się prawie w miejscu.

– Zawsze istnieje jakieś choćby mikroskopijne prawdopodobieństwo, że system zawiedzie nawet jeśli jest nafaszerowany najlepszą technologią. Sztuczna inteligencja nie stanowi panaceum na wszystko – upierała się przy swoim, wiedząc, że jest to prawda naukowa, a nie przekonanie człowieka oparte głównie na własnym doświadczeniu i obserwacji. 

Oboje odczuwali rosnącą niechęć do siebie, nie okazując jej. Preminger uznał Agnieszkę Zena za zarozumiałą. Myślał o niej z rosnącą irytacją i niechęcią. – Mówi z taką swadą, jakby wszystkie rozumy zjadła.

Szukając porozumienia powiedział:

– Nie w tej maszynie. Nie jest trudno to sprawdzić. Oto kluczyki. Proszę usiąść za kierownicą i ruszyć do przodu. Ja stanę na drodze. Niech pani jedzie prosto na mnie. Nie ryzykowałbym, gdybym nie był w stu procentach pewny. Maszyna reaguje na człowieka. Na każdy żywy organizm, nawet na ptaka.

– Jak pan to rozumie: „nawet na ptaka”?

– Kiedyś przed walcem znalazł się gołąb. Był chyba ranny albo chory, bo nie był w stanie uciekać. I maszyna się zatrzymała, bo to był żywy organizm. Na martwy obiekt tej wielkości nie zareagowałaby. Gdyby tak się działo, to zatrzymywałaby się co kilkanaście sekund przy każdym krawężniku czy studzience ulicznej.

Agnieszka wahała się, czy zgodzić się na jego propozycję. Sprawa musiała być rozstrzygnięta. Zdecydowała się, kiedy dyrektor zdenerwował ją obcesowym pytaniem.

– O co pani chodzi? W ostateczności po prostu zatrzyma pani ten walec. Jedzie strasznie wolno. Albo ja wcześniej uskoczę. Tu nie ma żadnego ryzyka. Mogę założyć się z panią o każde pieniądze!

Przyjęła zakład, ale nie o pieniądze. To była sprawa honoru. Jej wiedza i jego wiedza. Wzięła klucze z jego ręki, weszła do kabiny, siadła za kierownicą, uruchomiła walec i ruszyła. Jechała prosto na dyrektora. Stał jak żywa tarcza, spokojny i pewny siebie. Miał to już przetestowane. Widziała jego nadętą, zarozumiałą twarz jak stoi przed maszyną. Nagle usłyszała jakiś stuk w silniku, kierownica zaczęła drżeć.

– Jakaś awaria – pomyślała natychmiast. W jednej chwili ręce jej zwilgotniały ze strachu. Opuściła wzrok i wyciągnęła lewą rękę w kierunku wyłącznika, aby natychmiast zatrzymać walec. Siedziała trochę za daleko. Spocona dłoń przesunęła się po metalu i ześliznęła z obudowy panelu sterującego. W tym momencie usłyszała krzyk, który przeszedł w krótki przerażający charkot. Kiedy walec się zatrzymał, nie widziała już nikogo. Natychmiast wyskoczyła z kabiny i pobiegła do przodu maszyny. Preminger leżał martwy na ziemi z nogami i częścią bioder pod ciężkim kołem walca. Przeraziła ją twarz zdeformowana bólem, sinopurpurowa, z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami. Przed oczami Agnieszki pojawił się obraz osoby zmasakrowanej przez potwora z filmu science-fiction, który niedawno oglądała.

Myśli kotłowały jej się w głowie.

– Przerażający wypadek, a ja jestem jego sprawcą. Ale jak do tego doszło!? Ten stary głupiec przecież mógł uskoczyć, tak jak mówił! – Była wściekła na Premingera.

Rozejrzała się wokół. Zadziałała adrenalina, myślała szybko i sprawnie. Miejsce było odludne. Kamera! Na placu przy maszynach nie było widać żadnej kamery. Zobaczyła ją w oddali przy wejściu na parking, była skierowana na bramę wjazdową. Poczuła ulgę. 

Uspokajała się powoli, wciąż analizując sytuację. Instynkt samozachowawczy kazał jej skoncentrować się. Musiała ukryć wszystkie ślady obecności. To była jej jedyna szansa. Jeszcze raz rozejrzała się wokół, tym razem wolniej i uważniej. Przede wszystkim trzeba było ukryć trupa. Kilkanaście metrów od walca zauważyła rozrzucone deski a obok górkę szutru używanego do utwardzania jezdni przed położeniem asfaltu. Materiał leżał usypany w stożek na złożonej w czworo starej plandece. Przypomniała sobie, że w kabinie „Niezwyciężonego” widziała w bocznej wnęce grube skórzane rękawice robocze.

– Najważniejsze, nie zostawić żadnych śladów po sobie. – Głośno myślała. – Zajmę się tym później, najpierw muszę usunąć nieboszczyka.

Wróciła do maszyny i uruchomiła silnik. Przejechała tam i z powrotem kilka razy słysząc tylko zgrzyt ciężkiego walca. Na ziemi została mokra plama z fragmentami ubrania wprasowanymi w podłoże, jawny dowód zbrodni. Rękami uzbrojonymi w rękawice zsunęła większą część szutru leżącego na plandece, pozostawiając tylko tyle, ile mogła przeciągnąć w kierunku walca. Ładunek rozsypała po mokrej plamie i przejechała walcem. Zrobiła to jeszcze kilka razy, każdorazowo posypując miejsce szutrem przed każdym przejazdem. Miejsce tragicznego wypadku przybrało w końcu naturalny wygląd. Ciało zniknęło bez najmniejszego śladu na ubitej walcem powierzchni. Na zakończenie operacji ustawiła walec w takim położeniu, aby zakrywał miejsce, gdzie w ziemi ukryte były szczątki człowieka.

Wróciła do kabiny. Potrzebny był jakiś płyn zmywający brud lub dezynfekujący. Przy wjeździe na parking znalazła butelkę z fioletowym płynem oraz pusty litrowy pojemnik po środku czyszczącym. Stały w drewnianym skrzynce po bananach pozostawionej przy ścianie prowizorycznej stróżówki. Otworzyła butelkę i powąchała. Był to rozpuszczalnik. Miała szczęście, obok leżało jeszcze kilka szmat. Skropiła je obficie i starannie wytarła wszystkie powierzchnie, jakich dotykała gołymi rękami. Nie było tego wiele: uchwyty wejściowe do kabiny, sama kabina, a właściwie tylko siedzenie z oparciem, kierownica i przyciski.

Rozejrzała się wokoło zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniała. Wszystko wydawało się być w porządku. Przy wjeździe na parking stała prymitywna drabina oparta o dach prowizorycznej stróżówki. Weszła na nią i usunęła kamerę, brutalnie wykręcając ją z podstawy. Cały czas miała na rękach rękawice. Modliła się, aby nagranie nie zostało zarejestrowane gdzieś w biurze głównym firmy.

Skierowała się do bramy, aby jak najszybciej opuścić tragiczne miejsce, pamiętając o kamerze, rękawicach, butelce plastikowej z niewielką ilością rozpuszczalnika oraz szmatach. Zmoczyła je rozpuszczalnikiem i przetarła nimi bramę w miejscach, których dotykała ręką. Resztę płynu rozlała na ziemi na wypadek, gdyby policja chciała użyć psa do tropienia śladów. Wszystko włożyła do torby plastikowej, którą na wszelki wypadek zawsze nosiła ze sobą, ponieważ prawie nie zajmowała miejsca.

Parking przypominał miejsce opuszczone, jakby nikt się nim nie interesował. Pomyślała o walcu.

– Kto będzie kradł wielką maszynę budowlaną? Zresztą jest ona ubezpieczona – przypomniała sobie słowa ojca, który nigdy nie zainstalował żadnej kamery na otwartym placu za domem, gdzie trzymał cały swój dorobek.

Agnieszka Zena nie pojawiła się więcej w rodzinnym mieście. Pozostało dla niej miejscem na zawsze przeklętym. Nie czuła, że to ona była winna śmierci człowieka. To Preminger ją sprowokował, a potem nastąpiła awaria, Czysty przypadek losu.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 października 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 1: Podróż do Indii.

Podróż do Indii zawsze była dla Iwana Iwanowicza potrzebą ducha, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową, świątynię historycznej, społecznej i duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mieszanka religijna mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, po chrześcijaństwo. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Iwan Iwanowicz śnił o tym i marzył. Indie układały mu się w korowód osobliwości: guru, fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, monstrualne bogactwo i niewiarygodna nędza. W jego pamięci wyróżniał się bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego.

Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska. Iwan Iwanowicz pamiętał niektóre atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Było tego znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem, Iwan Iwanowicz znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, pracowite i spokojne słonie, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii, pogodzenie się z samym sobą, pomoc innym. Sathyę Sai Babę Iwan Iwanowicz pamiętał z jego zdolności materializowania z niczego, w pustej dłoni, jasnego świętego popiołu, którym posypywał głowy wiernych, poza tym joga i inne praktyki duchowo-fizyczne. Był jeszcze zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na stosie suchego drewna i zrzucanie ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której dla zdrowia regularnie zanurzały się rzesze wiernych. Także Mahatma Gandhi, który milczącym biernym oporem pokonał potężne imperium brytyjskie niosąc wyzwolenie swojemu narodowi.

Najbardziej jednak wyobraźnię Iwana Iwanowicza rozpalił Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o niespotykanej wprost wierze i wytrwałości. Iwan Iwanowicz oglądał film o nim kilkakrotnie z trudem wierząc, że jest to możliwe. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka jego wyznawców przygrywając dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka wytrwałość i odporność imponowały Iwanowi Iwanowiczowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie dotrzymał.

Wyjazd do Indii stał się życiową koniecznością, którą Iwan Iwanowicz musiał w końcu zrealizować. W biurze podróży wykupił wycieczkę, w której programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, odczuwał dreszcz podniecenia. Starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc, ale niewiele mu to dało. Doszedł do wniosku, że aby coś zapamiętać, trzeba wszystko zobaczyć na własne oczy, doznać i przeżyć. Zanotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki, aby nic nie stracić.

Podróż rozpoczynała się w stolicy na lotnisku międzynarodowym. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury, dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

*****

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspres miał do zabrać do stolica, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

****

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Będąc już na peronie, nie słuchał zapowiedzi, gdzie znajdują się poszczególne wagony. Wydało mu się logiczne, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że wagon numer sześć, siedem i osiem były na początku pociągu, a wagon jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć nie było w ogóle. Kolej odwróciła porządek. Przeklinając, Iwan Iwanowicz pokonał dystans prawie biegiem w zdenerwowaniu i zażenowaniu, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie z nim dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił. Iwan Iwanowicz dowiedział się, że w kolejce dojazdowej nie można kupić biletu. W pośpiechu odszukał automat biletowy. Kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który prosił go o pomoc. Był zmęczony, nieogolony, mówił z nieznacznym obcym akcentem.

– Nie mam pieniędzy, nie wiem co zrobić. Muszę być na lotnisku. Mam się tam spotkać z przyjacielem. Przyjechałem tutaj do pracy, ale właśnie ją straciłem

Iwan Iwanowicz kupił mu bilet kierując się współczuciem. Nie wahał się, choć nie miał pewności, czy mówi on prawdę. Wydatek uznał za dobry uczynek. Chwilę potem, kiedy pomyślał o Indiach, za jałmużnę. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób razem z nimi dwoma. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się w myślach na celu wycieczki. Przed oczami stanął mu toczący się święty, prosty, brodaty, skąpo ubrany mężczyzna o niezwykłej sile ducha. To mobilizowało podróżnika do wytrwałości, nie tylko w drodze do Indii.

Lotan Baba, the Rolling Saint, video 9 minut https://www.youtube.com/watch?v=QaCItcf2iSA

0Shares

Stoję w miejscu. Myślę. Więc jestem. Niech to i dla Was będzie pocieszeniem.

Drodzy Czytelnicy!

Jest godzina 9.25. Piszę w telegraficznym skrócie, bo czas nagli. Skończyłem powieść w odcinkach. Stoję w miejscu. Przebieram nerwowo nogami. Zastanawiam się, co dalej. Mam plany. Dokonuję weryfikacji. Myślę o rozpoczęciu nowej powieści. Coś w rodzaju wariacji na temat otaczającej rzeczywistości. Sam jeszcze nie wiem. Może potrzebuję odpoczynku? Dziś jest niedziela, dzień święty. Nic jeszcze nie jadłem. Czuję do siebie niechęć.

Szczerze Wam oddany,

Michael Tequila

PS 1: Jest już godzina 10.04. Już zjadłem. Bułeczka z masłem i bananami. Plus jedna pigułka na wzmocnienie. Co to za jedzenie!? Wiadomości TV: wymierają pszczoły i bieg Wings for Life. W samochodzie Kapitan Wąs czyli Adam Małysz. Będzie pędzić. Wciąż myślę. Pozdrawiam.

Wasz MT

PS2. To niebywałe! Jest już godzina 10.33. Na szczęście wciąż rano. Włos mi się jeży na głowie, kiedy pomyślę, że nadejdzie noc z tą samą godziną. Będę starszy o 12 godzin. Może to coś mi da. Z wiekiem człowiek mądrzeje. Liczę na to. W międzyczasie będę myśleć. Może kupię sobie hulajnogę elektryczną. Zawsze to szybciej. Czy bezpieczniej? Nie wiem. To mnie martwi.

Jestem z Wami, nawet gdy mnie tam nie ma.

Pozdrawiam wszystkich, także zboczonych kochanków i radosnych rozwodników. Gardzę pedofilami i tym garbusem, który wietrzy zęby w telewizji. Co on mówi!?

Wasz na zawsze,

M Tequ

0Shares

Nie samym alkoholem człowiek żyje.

Dziś, zamiast regularnego blogu, dla odświeżenia pamięci, serca i ducha, o strajku, nauczycielach, rządzie i podobnych zjawiskach. Wyciąłem tylko niektóre fragmenty, aby skrócić i uprościć tekst, i pogrubiłem tematy spraw. Trzewia pozostały te same. Pozostawiłem też linki do artykułów, o których mowa w tekście.

Źródło: Wyborcza.pl newsletter_wyborcza@wyborcza.pl  Wydarzenia dnia, 24 kwietnia 2019.

 Rostam killing the White Demon

Cytuję:

17-y dzień strajku nauczycieli. Rząd zamierza w ekspresowym tempie zmienić prawo i “doprowadzić do przeprowadzenia matur”. Mimo że nauczyciele zapowiedzieli, iż nie zamierzają utrudniać życia swoim wychowankom. Premier Morawiecki wyjaśnił obywatelom, że teraz dyrektorzy będą mogli klasyfikować uczniów.

Ciekawy komentarz o strajku, który przeradza się w bunt, publikuje dziś w “Wyborczej” znawczyni putinowskiej Rosji Krystyna Kurczab-Redlich. Pisze między innymi: “Nauczyciel przystępujący do strajku na dalekiej prowincji nie przypuszczał, że perfidia, z jaką przedstawiciele władz dobiorą mu się do duszy, zrani połowę społeczeństwa. Nie przypuszczał też, że zajadła wściekłość pozostałej połowy zepchnie go w samotność. Nie przyszło mu także do głowy, że legalny, pokojowy protest pokaźnej warstwy polskiej inteligencji, do której należą nauczyciele, urośnie na drożdżach propagandy do dramatu narodowego”. Trudno się nie zgodzić.

Błyskotliwy jak zawsze Jacek Dehnel wyruszył dziś na poszukiwania tuzinów naszych “kuzynek, które zapłakane wróciły ze szkoły”. Pisarz w trudnym do podrobienia stylu rozjeżdża – jak mówi młodzież – zastępy trolli na usługach walczących ze strajkiem.

Stołeczny ratusz wydał decyzję, na mocy której spółka Srebrna związana z Prawem i Sprawiedliwością może zbudować na działce położonej w centrum Warszawy budynek o wysokości zaledwie 30 metrów. A nie 190 metrów. To znacząca różnica. Iwona Szpala i Wojciech Czuchnowski przypominają, czego państwo i instytucje podległe ministrowi sprawiedliwości w sprawie wież przy Srebrnej nadal nie robią.

Rzecznik dyscyplinarny bada, czy dwoje nowych sędziów SN naruszyło prawo. Aleksander Stępkowski miał wydać orzeczenie bez akt sprawy, a Małgorzata Manowska – zignorować sprzeciw pierwszej prezes SN. Oboje nie zgadzają się z zarzutami. Cały świat może nam pozazdrościć tak wyjątkowego oblicza parlamentaryzmu.

A na koniec informacja mrożąca krew w żyłach. Pył z Sahary, który właśnie dociera nad nasz kraj, to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Z powodu globalnego ocieplenia zimy robią się w Polsce mniej śnieżne, a lata bardziej suche. Z kolei opady stają się coraz bardziej gwałtowne. Taka “pogoda na sterydach” jest jednym z najpoważniejszych efektów zmian klimatu. Ale z węgla nie zrezygnujemy!. Zatem: po nas choćby potop!

Koniec cytatu

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 201: Fenomen czasu

Niezwykłość rzeki Mondegi przebił fenomen czasu. Z czasem w Nomadii działo się coś dziwnego. Był nadal obecny; słońce wschodziło i zachodziło jak zawsze, zegary tykały jak zwykle, niektóre głośniej, jak zegar na ratuszu, huczący dzwonami rankiem, w południe i wieczorem, kiedy inne pracowały w coraz większym milczeniu, jakby gasły. Tak czy inaczej, wszystko, co dotyczyło czasu, było jakoś pokręcone.

Ludzie pogubili się doszczętnie, stracili rachubę minut i godzin, i nieprzerwanie spoglądali na zegarki. Mówili, że stracili czas, tak jakby stracili rękę lub nogę, bezpowrotnie i jednoznacznie. Nawet najbogatsi, których dotychczas stać było na kupienie wszystkiego, łącznie z miłością, zdrowiem i pogodą, nie byli w stanie uzyskać czasu. Nie znikł on całkowicie, ale potwornie się skurczył, wyglądało to, jakby zjadał sam siebie.

Obywatele różnie to sobie tłumaczyli, każdy z innej perspektywy. W sumie tłumaczenia powinny dać pełen obraz czasu i społeczeństwa, ale nie dały. Sefardi, powszechnie uznany mistrz czasu i zegara, śledził dziwny fenomen, lecz nie potrafił go wytłumaczyć. Uważany za geniusza, czuł się teraz szczególnie niezręcznie. Któregoś dnia zatrzymano go na ulicy, myślał, że chodzi o autograf, i zapytano go:

– Mistrzu! Co jest z tym czasem? Mam go coraz mniej, a nie wiem, dlaczego. Czy to jakaś nowa Apokalipsa?

Widząc wyraz głębokiego zaniepokojenia na twarzy pytającego, może nawet przerażenia, Sefardi poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany, nie umiejąc powiedzieć coś sensownego nawet na pocieszenie. Czuł się tak głupio, że pomyślał, że Bóg – zmieniając naturę czasu – wystawił go na ciężką próbę a może nawet zrobił z niego idiotę. Aby zyskać uspokojenie, tworzył na potęgę hipotezy i teorie, szukając wytłumaczenia znikającego czasu. Chciał zmierzyć szybkość tego zanikania, upewnić się, że czas nie zniknie całkowicie, nie skurczy się do zera, a jeśli tak, to kiedy. Nic mu jednak nie wychodziło. Nie rozmawiał na ten temat z nikim, nawet z Isabelą. Wiedział, jaka byłaby jej reakcja.

Wobec kurczącego się czasu obywatele Nomadii zapomnieli o prokreacji. Jej przeciwnicy wręcz ją przeklęli i zamknęli gęby na kłódkę, aby na próżno nie strzępić języka. Wydawało się, że pamięć o niej zanikła. Gubernator wciąż jednak pamiętał o problemie i usiłował coś naprawić, wkrótce jednak i on zagubił się w zapomnieniu jak w letargu. Niby żył, ale częściej był bardziej nieprzytomny niż przytomny. Krążyły pogłoski, że z rozpaczy popadł w pijaństwo i nie potrafi bądź nie chce go porzucić. Były to początki śpiączki.

*****

Tej nocy, kiedy Barras pogrążył się w marzeniu o własnym królestwie, czas zniknął całkowicie. Ludzie patrzyli na zegary i nie wiedzieli, która jest godzina. Cyferblaty były puste i bezbarwne. Wywołało to panikę. Wkrótce ustąpiła ona uczuciu wielkiej ulgi, kiedy zauważono, jak na twarzach wygładzają się zmarszczki, a ludzie czując się bardziej zrelaksowani, młodnieją, a przynajmniej mają takie uczucie. Każdy łapał za telefon i dzwonił do najbliższych, aby podzielić się sensacyjną wiadomością, cieszyć się wspólnie lub po prostu porozmawiać. Nikt nie przyjmował za złe nawet budzenia go w nocy wściekłym brzęczeniem dzwonka. Panowało przekonanie, że zniknięcie czasu jest przejawem nieokreślonego dobra.

Na przedraniu gubernatora obudził telefon z centrum kryzysowego. Dzwonił sam dyrektor, którego zaalarmował dyżurny krajowej służby meteorologicznej. W rozmowie nie udało się gubernatorowi ustalić niczego z wyjątkiem uzyskania przyrzeczenia, że rozmówca będzie informować go o rozwoju wydarzeń i ostatecznym powrocie czasu.

– Jeśli to w ogóle nastąpi – dodał gubernator takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że go to smuci i cieszy zarazem.

Zaraz po zniknięciu czasu Penelopa poprosiła męża do siebie. Był tym całkowicie zaskoczony, od lat nie był w jej pokoju. Nie miał pojęcia, że w ogóle jest w domu. Leżała w łóżku.

– Isabeli nie ma u siebie, a ja czuję się nieco osłabiona – wyjaśniła na wstępie i poprosiła Sefardiego o przekręcenie jej tułowia lekko w prawo sygnalizując to mruganiem oka. Nic z tego nie zrozumiał, poprosił więc o słowne wyjaśnienie. W czasie udzielania pomocy dała mu znać, że czas nie jest dla niej ważny. Była wiecznie młoda i wygładzanie się zmarszczek pod nieobecność czasu, co tak zachwyciło masę kobiet, nie miało dla niej znaczenia. Jej twarz pozostawała gładka jakby stale miała dwadzieścia lat. Zachwyt kobiet nad jej niezwykłą urodą przyjmowała ze spokojną godnością. Miała ją zapisaną w genach podobnie jak gładkość cery.

*****

Po telefonicznej wymianie informacji ze swoim zastępcą i dwoma członkami gabinetu, Blawatsky dał się przekonać, aby nawiązać kontakt z Sefardim.

– To najwybitniejszy specjalista od czasu i zegarów w całym kraju, a może nawet i na świecie – przekonywał go minister spraw wewnętrznych. – Powinien pan z nim porozmawiać, gubernatorze. To zbyt ważne, aby nie odłożyć na bok nawet najgłębszej nienawiści. Nie wyobrażam sobie życia bez czasu. Wszystko się nam zawali.

Kiedy zadzwonił gubernator, Sefardi wrócił właśnie od żony. Rozmowa przebiegała spokojnie i poważnie. Sefardi nie był w stanie niczego wyjaśnić ani doradzić gubernatorowi, zobowiązał się jednak pomóc, jak tylko zorientuje się co do natury zniknięcia czasu. Też był zaniepokojony tym zjawiskiem. Myślał o nim intensywnie.

Rano już nikt o niczym nie pamiętał. Czas wrócił, jakby nigdy nic, jakby wyszedł na spacer, tylko zapomniał o tym powiadomić osoby zainteresowane jego obecnością. Fakt zniknięcia czasu pozostał jednak niezbity. Ludzie musieli na nowo regulować zegary, ponieważ wskazywały różne godziny. Zastanawiano się potem wielokrotnie, jak to się stało, lecz nikt nie umiał wyjaśnić fenomenu. Meteorolodzy sugerowali, że mogło to być wynikiem rozmagnesowywania się ziemi, inni specjaliści, że był to efekt woli Boga, który pragnął o czymś ludziom przypomnieć. Gubernator przyjął ostatnie wyjaśnienie za pewnik i oficjalnie zadekretował, że zniknięciem czasu opatrzność przypomniała mieszkańcom Nomadii o obowiązku prokreacji, gdyż nic tak nie uprzytamnia upływu czasu jak pojawienie się dziecka i obserwowanie, jak szybko kończy pierwszy tydzień, miesiąc, rok i lata następne. Czas wracał do normy stopniowo, aż wskazania zegarków wyrównały się w całym kraju.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 186: Czarna Eminencja i gubernator rozwijają współpracę

W końcu korytarza pojawiła się postać Czarnej Eminencji. Dziennikarz czekający w okrągłym saloniku Pałacu Biskupiego inaczej go sobie wyobrażał. Mężczyzna w habicie był pulchny, wyglądał na zniewieściałego. Zmienił opinię, kiedy duchowny energicznie uścisnął mu rękę i zaprosił do swojego gabinetu. Tematem wywiadu była prokreacja.

Eminencja był osobą wyjątkową, kaznodzieją niezmordowanym w głoszeniu chwały bożej i czynieniu dobra. W życiu i pracy kierował się Biblią, stanowiącą dlań najwyższe źródło prawdy. Był bezpośredni w kontaktach, miał ciepły głos i łatwo trafiał do serc. Uwielbiano go powszechnie, zwłaszcza ludzie starsi, którym okazywał najwięcej zrozumienia i pomocy. Lubili go słuchać nawet wtedy, kiedy ich opuszczał słuch i zawodziła pamięć, ponieważ docierało do nich wszystko, co mówił, zwłaszcza kiedy obiecywał im królestwo boże, a nawet jak go nie obiecywał, to przybliżał. Bardzo im to odpowiadało, jakby rozumieli, że żadne królestwo nie jest pojęciem jednoznacznym. Mówiono o nim nawet, że pewnego razu usłyszeli go i zrozumieli głuchoniemi, co zakrawało na cud. Z wdzięczności, że dotarł do nich z wzruszającą homilią, wpłacili poważną kwotę pieniędzy na odbudowę kolegiaty, gdzie głosił kazania. 

Eminencja był obecny wszędzie i zawsze, kiedy go potrzebowano.

– Zupełnie jak Bóg – mówili wierni, wpatrzeni w niego, kiedy łagodnie uśmiechając się opowiadał o życiu, śmierci i wieczności. Słuchali go tym chętniej, że potrafił skutecznie zwalczać diabły i demony, te z Biblii jak i żyjące na ziemi, czyniące największe zło.

Życzliwy dla wszystkich, Eminencja nie przepadał jedynie za poprzednim rządem, składającym się z głównie osób niewierzących. Rzadko ich widywał na niedzielnej mszy, klęczących, modlących się, pozdrawiających księży, wszystkich świętych i pana Boga. Oni też się Eminencją nie zachwycali. Wyrażali się o nim niepochlebnie, czasem nazywali go jakby przez roztargnienie Czarnym Upiorem zamiast Czarną Eminencją. Uznawał to za przesadę, ale wybaczał im to zachowanie.

– Nie każdy musi mnie lubić – mawiał. Tę niezrozumiałą pobłażliwość mieli mu za złe podwładni lepiej znający się na ludzkich charakterach.

Wierni uwielbiali go i gotowi byli rzucić się za niego w ogień. Porównywali go ze świętym Prokopem z Ustiuga, jurodiwym, szaleńcem bożym. Nie było to całkiem trafne porównanie, gdyż w odróżnieniu od Prokopa Eminencja nie jadł kiełbasy w post i nie tańczył z prostytutkami. Mówiono o nim jednak, że wzorował się na Prokopie, który „przez ascezę jurodstwa osiągnął głębię mądrości i na lekkich skrzydłach odleciał od burzliwego świata”.

 

*****

Po zakończeniu wywiadu Czarna Eminencja udał się do swego gabinetu, aby zrelaksować się chwilę w swoim ulubionym skórzanym fotelu. Czując, że może zasnąć, wstał i podszedł do podręcznego barku, gdzie stało wino mszalne i kilka butelek najlepszych alkoholi przeznaczonych dla gości. Nalał sobie kieliszek wina i wrócił do fotela, aby porozmyślać. Pozostawał chyba w telepatycznej łączności z gubernatorem, gdyż zobaczył jego twarz przed sobą. Wpatrywali się wzajemnie w siebie w milczeniu. Co najmniej w jednym byli podobni do siebie; obydwaj byli ambitnymi przywódcami.

Wieczorem rozmawiali ze sobą telefonicznie, a dwa dni później spotkali się, aby w cztery oczy dokończyć rozmowę. Obydwaj czuli, że połączenie sił umocniłoby ich pozycje, zwiększając równocześnie możliwości kształtowania rzeczywistości. Czarnej Eminencji marzyło się państwo hierarchiczne, którego rząd kieruje się naukami kościoła.

Spotkali się w domu parafialnym w cichej, leżącej na uboczu miejscowości, przytulonej do krawędzi mieszanego lasu, gdzie rzadko kto zaglądał. Gubernator dotarł na miejsce służbowym samochodem, wysiadł, wyprostował się i rozejrzał. Wielki stary kościół, budynek parafialny nieproporcjonalnie duży jak na skromną parafię, z boku ściana lasu. Wokół pustka, tylko wiatr szumiał w drzewach. Było cicho i tajemniczo, jakby z gęstwiny drzew i krzewów miały wyjść duchy i zacząć tańce.

Przywódcy zgodnie doszli do wniosku, że zbliżenie państwa i kościoła przyniesie krajowi niezaprzeczalne korzyści. Postanowili kontynuować prace nad szczegółami porozumienia. Na pożegnanie podali sobie ręce. Gubernator poczuł ciepłą, lecz mocną w uścisku dłoń. Zdziwił się, gdyż obydwaj poświęcali czas i energię sprawom służbowym, nie mieli więc czasu na pielęgnowanie kondycji fizycznej.

Zanim gubernator ostatecznie zaproponował Czarnej Eminencji stworzenie wspólnego rządu, myślał o współpracy na zasadzie eksperymentalnej „A nuż się uda! Zobaczymy ja to się ułoży!”. Rozmowy przebiegały tak pomyślnie, że pierwszy wyraził chęć puszczenia w niepamięć przeszłych nieprozumień.

– Jest to nasz wspólny interes, ponieważ mamy do czynienia z tymi samymi ludźmi: dla kościoła są to wierni, dla rządu są to obywatele.

Propozycja rządu została życzliwie przyjęta przez kościół.

– Ustalmy na zakończenie pewne zasady. – Zaproponował gubernator, starając się przewodzić od początku. – Spotykajmy się regularnie co najmniej raz na kwartał dla oceny sytuacji w kraju i uzgodnienia stanowisk wobec wyzwań. Niech to będzie nasze minimum.

Arcybiskup zgodził się. Był zadowolony z negocjacji i ustaleń. Uznał spotkanie za osiągnięcie.

1Shares

W piątek jak zwykle trochę poezji

Przedstawiam kolejne wiersze z mojego zbioru „Klęczy cisza niezmącona” (w sprzedaży w księgarniach za niewielkie pieniądze, bodaj że od trzynastu złotych wzwyż). To moja dawna twórczość, ale jej treść stała się chyba jeszcze bardziej aktualna niż w czasie, kiedy zajmowałem się poezją.

Jezioro w kraterze

Mocarz nieznany, w którego wierzę,
oko jeziora zatopił w kraterze
wśród brzóz i sosen; w płycizn szpary
tajemnym szeptom utkał szuwary.

Brzegi usypał strome jak granie,
by jak najpóźniej w chciwe władanie
człowiek wziął wodę, przeciął pomostem
i łódką zdeptał niewinności kosztem.

Czemuż ja milczę, pusty i święty,
niwecząc prawdę czystego sumienia,
czemuż bezwolny i obojętny
nie bronię piękna boskiego tchnienia?

Sopot, 3 maja 1998

Kalgoorlie

(Jest to miasto gorączki złota lat 1890-ych,
które umiejscowiło Australię Zachodnią
na mapie świata).

Miasto wyrosłe ze szlachetnej rudy
karmi przechodnia resztkami ułudy,
relikwiami budynków o szlachetnym kształcie;
przeszłość dogorywa przy szarym asfalcie.

Oczy wykłuwają rdzewiejące trupy,
szczątki postępu zwalone na kupy,
szare i nijakie, kryte warstwą pyłu:
technika – naprzód, krajobraz – do tyłu.

Górnik-dynamitard, rywal sił natury,
złotonośną ziemię odziera ze skóry,
wnętrze wyszarpują koparki czerpaki,
rozdrabniają walce i sieją przetaki.

Gdzie ręka kilofem podziobała wzgórza,
potężnych maszyn postępuje burza
i pejzaż bezbronny w pustynię hałd zmienia,
by gram złota wypłukać z pół tony kamienia.

Kalgoorlie, Australia, 22 października 1996

Kim jesteś Panie?

Nieskończonością jesteś niepojętą,
wszechświat jednoczysz wolą rozpiętą,
życie obdarzasz czarowną urodą,
losy naznaczasz kochania przygodą.

Tyś tym, co burze przetacza z łoskotem,
wiedzą, co było i co będzie potem,
Ty jesteś ciszą, co tworzy przestrzenie,
w Tobie myśl żyje, pulsowanie drzemie.

Choćbym się oddał na stos całopalny
Ciebie nie pojmę, boś niepoznawalny.
W sercu zachwycam się Tobą, o Panie,
bo Tyś jest prawdą, jam jest zakłamaniem.

Morphett Vale, Australia, 30 września 1996

1Shares

Ogłoszenie dla Czytelników blogu

Drodzy Czytelnicy!

Od jutra do dnia 4 lutego 2019 jestem na wakacjach za granicą (w Tajlandii) i z tego względu nie będę mógł publikować kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Publikację podejmę zaraz po powrocie.

W zamian na blogu ukazywać się będą odcinki mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, które stanowi część zbioru opowiadań Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Odcinki tego opowiadania będą ukazywać się co trzy dni. Mam nadzieję, że się Państwu spodobają. Sama książka „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” jest w powszechnej sprzedaży w księgarniach.

Moje najbliższe plany to publikacja w formie książkowej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” oraz drugiego zbioru poezji zatytułowanego „Oniemiałość”. W sprawie publikacji tych utworów zwróciłem się już do kilku wydawców.

Pracuję teraz nad zbiorem opowiadań kryminalnych. Akcja jednego z nich dzieje się nie gdzie indziej tylko właśnie w Tajlandii. Będzie to zapewne moja kolejna książka.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michał Tequila

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami “Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

4Shares

Ku pamięci Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza

Zamieszczam wiersz z mojego niepublikowanego jeszcze zbioru „Oniemiałość”. Dedykuję go pamięci Prezydenta Miasta Gdańska, Pawła Adamowicza, zamordowanego przez szaleńca ukształtowanego – nie mam wątpliwości, że co najmniej w jakiejś mierze – przez mowę bezmyślności, głupoty i nienawiści intensywnie kwitnącą u nas od trzech lat. Nie jest to dobry czas; życzyłbym sobie, aby zmiana na lepsze nastąpiła jak najszybciej. Wiersz jest tylko przybliżeniem tego, co odczuwam.

Do wiersza dołączam link do artykułu “Prof. Janusz Czapiński o ataku na prezydenta Adamowicza: To była rozmyślna, intencjonalna napaść”. Warto przeczytać, nawet ktoś się nie zgadza z wszystkimi opiniami profesora.

http://wyborcza.pl/7,75398,24362309,prof-janusz-czapinski-o-ataku-na-prezydenta-adamowicza-to.html#a=190&c=8000

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Australia, Morphett Vale, 18 marca 1996

9Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 175: Kościół przedstawia swoje stanowisko wobec Internetu

W celu sprostania wyzwaniu powołano kościelno-uczelniany zespół, o którym media sceptycznie pisały, że nigdy nie skończy swojej pracy.

– Paraliż przez niekończącą się analizę. – Taka była konkluzja liberalnego dziennika, ostro krytykującego poglądy głoszone przez kościół.

Dwa miesiące później arcybiskup Czarna Eminencja wygłosił słynną homilię, w której przedstawił pogląd Kościoła Hierarchicznego.

– U źródeł fatalnej pogody, owych tragicznych pięciu dni, tkwi Internet, w którym komputery i sieć połączeń elektronicznych oferują niewyobrażalną łatwość komunikacji międzyludzkiej. Ludzie przestali porozumiewać się ze sobą w sposób bezpośredni, naturalny. Nastąpiło wykoślawienie i deformacja komunikacji, wskutek czego zmieniły się także postawy i charaktery. Tydzień niszczycielskiej pogody był karą boską za odwrócenie się od Boga w kierunku ciemnych mocy Internetu, który okazał się technologią grzechu, choć to nie on stworzył zło i grzech. On tylko podniósł do dziesiątej potęgi możliwości grzeszenia oślepiając przeciętnego człowieka. Jedynie ludzie najgłębiej wierzący w Boga zachowali umiar w korzystaniu z Internetu.

Czarna Eminencja wskazał także na zjawiska wirtualne wypierające świat naturalny: gry internetowe, społeczności internetowe, zamykanie się ludzi młodych w skorupie własnych myśli, upadek autorytetów, możliwość powielania kłamliwych opinii na serwisach społecznościowych, oderwanie się młodzieży od rzeczywistości i rodziców, zachłyśnięcie się bogactwem oraz spędzanie nieskończonych godzin na rozmowach bez sensu i znaczenia.

– A co dzieje się w Japonii? – Tym pytaniem Eminencja zaskoczył wszystkich, ludzi wierzących i niewierzących. Było to pytanie retoryczne, ponieważ hierarcha sam udzielił odpowiedzi.

– Mężczyźni zapominają o tym, że są mężczyznami, stronią od kobiet i posiadania rodziny, istnieje dla nich tylko praca i gry komputerowe, prawdziwe hieny pożerające czas, uczucia i rozum. Arcybiskup dodał na zakończenie, że Internet jest bez wątpliwości wynalazkiem szatana.

– Choć ma też i pewne zalety – uzupełnił – niedostatecznie głośno, aby go słyszano.

O sytuacji w Japonii rozpisała się prasa. Dla potwierdzenia poglądu arcybiskupa poproszono o wypowiedź ambasadora Japonii, Nubuku Kirudze, który stwierdził, że nie może ani potwierdzić, ani zaprzeczyć zanim nie skonsultuje się ze swoim rządem. Zainteresowanie Japonią wzrosło w takim stopniu, że przez kilka dni łącza telefoniczne i internetowe ambasady pozostawały zablokowane.

Wypowiedź Czarnej Eminencji stała się wykładnią dla całego Kościoła Hierarchicznego i większej części społeczeństwa. Internet był tematem posiedzenia rządu już następnego dnia. Ministrowie byli wyjątkowo zgodni, że arcybiskup ma rację co do zgubnego wpływu Internetu. Gubernatora utrwaliło to w przekonaniu, że jedynie bliższa współpraca władz cywilnych i kościelnych rokuje nadzieję pomyślnego rozwoju społeczeństwa, ponieważ kościół był w stanie wyjaśnić problemy, w których gubiła się nauka. Swoje przekonanie zachował dla siebie nie tylko dlatego, że był człowiekiem skrytym. Miał dalekosiężne plany.

Kilka dni później Kościół Hierarchiczny opublikował listę siedmiu nowych grzechów głównych, związanych z komputerem i Internetem: miłość do zwierząt większa niż do człowieka, czego przykładem były ubranka dla psów i kotów, kosztowne jedzenie i kolorowe manicure, cudzołóstwo praktykowane za pośrednictwem serwisów towarzyskich, zaniedbywanie współmałżonka i dzieci na rzecz komputera, dorabianie się online na nieszczęściu innych, sprzedawanie podróbek firmowych w Internecie, unikanie formalnego małżeństwa z wygody oraz życie na Facebooku. Do ogłoszonej publicznie listy niektórzy dodawali jeszcze niechęć kobiet do rodzenia dzieci, nieszanowanie natury, niesegregowanie śmieci, obżeranie się niezdrowym jedzeniem, niepłacenie podatków należnych państwu oraz szaloną pogoń za pieniądzem.

Wkrótce arcybiskup wygłosił homilię, wzywającą społeczeństwo do głębokiego i powszechnego nawrócenia, wrażliwości na drugiego człowieka oraz pełnego poszanowania innych form życia.

*****

Wobec ogromu potrzeb rząd zmuszony był podnieść podatki. Jak można było się spodziewać, społeczeństwo nie odniosło się do tego entuzjastycznie. Po wielu naradach gabinetowych Gubernator zdecydował się uczynić to po cichu, ukrywając podatki pod zmienionymi lub nowymi nazwami. Przy okazji zmieniono sposób obliczania podatków, zwiększano odsetki karne za opóźnienia w ich płaceniu oraz wprowadzono opłaty za czynności urzędowe. Rząd się wycwanił i zaczął nazywać obywateli konsumentami, licząc na to, że w społeczeństwie, uznającym siebie za obywatelskie, zmiany i podwyżki będą przez to mniej dostrzegalne.

– Konsument to nie to samo, co obywatel. To jakby gorsza kategoria. Ludzie odczuwają więcej niechęci do konsumenta niż do obywatela. – Przekonywał swoich ministrów.

Wybieg nie podobał się, ale tylko tym obywatelom, którzy go zauważyli. Podatek paliwowy przemianowano na opłatę zapasową. Wprowadzono podwójną opłatę za blokadę kół większych samochodów, argumentując, że jeżdżą nimi majętne osoby. Zaraz potem pojawił się podatek od transakcji bankowych: był tak nieznaczny, że praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, dzięki czemu setki milionów transakcji przynosiły rządowi poważne dochody. Podatek węglowy zmieniono na denudacyjny, przywrócono bykowe zwane także podatkiem starokawalerskim oraz opłaty za energię niewykorzystaną i zmarnotrawioną.

Część społeczeństwa mocno odczuwała te zmiany i głośno o nich mówiła. Krytykujących było jednak zbyt mało, aby osiągnąć pozytywny skutek. Udało im się tylko zorganizować tysiąc komitetów oporu obywatelskiego przeciw zmianom w systemie podatkowym. Skarżący się słali obszerne petycje do opozycji parlamentarnej, organizacji pozarządowych oraz do sądów.

0Shares

Poezja na niedziele i święta. Wiersze: “Ja tylko pragnę” i “Jadzi P.”

Muza Poezji by Konstantin Makovsky.

Jak zwykle, w niedzielę, oprócz modlitwy o chleb powszedni i karę piekielną dla pedofilów i podobnych oszustów w ludzkiej skórze, trochę poezji. Pierwszy wiersz dedykuję osobom poszukującym zrozumienia w miłości, która niestety różnie się spełnia, sukcesem całkowitym, połowicznym, czasem także niepowodzeniem.

Obydwa wiersze, podobnie jak i poprzednie, pochodzą z tomiku Michael Tequila: “Klęczy cisza niezmącona”, dostępnego za kilkanaście złotych we wszystkich księgarniach. 

Ja tylko pragnę

Tak bardzo chciałbym wziąć cię w ramiona,
gdybyś nie była tak roztargniona,
po prostu przyszła tu, gdzie jestem
bukietem kwiatów, oczekiwań dreszczem.

Kiedy już przyjdziesz, spójrz mi w oczy,
może nieśmiałość cię zauroczy
i pozwól wejrzeć w swoich oczu głębie,
bezwstydnie ciepłe, lśniące, gołębie.

Weź mnie za rękę i mów coś do mnie
powoli, rozważnie, posłucham przytomnie
i choć mam tyle do powiedzenia
ja tylko pragnę twego zrozumienia.

Gdynia, 12 kwietnia 1999

Drugi wiersz, jak można domyśleć się z tytułu, był dedykowany konkretnej osobie, pani Jadzi P. W zależności od pory roku wciąż widzę ją ze skrzydłami anioła powiewającymi dla schłodzenia powietrza, kiedy jest gorąco i ogrzania go, kiedy jest zimno. Ideałów jest tak mało, że warto pamiętać, aby przekazać im (co najmniej raz w roku, na urodziny lub imieniny) jak najwięcej serdeczności w podzięce za ich dobroć, a nawet samą obecność.

Jadzi P.

Wpośród jarzębin czerwonych kiści
wiatr zmywa ślady babiego lata,
życie odmierza jej barwą liści,
nastrojem duszy, owadem w kwiatach,
…wierszem istnienia.

W katedrze lasu ona myśli zbiera,
a tam, u góry, nad koron powałą
Najwyższy czuwa, widzi ją całą
w ciszy zapachów i wiatru szumie,
…on ją rozumie.

Lato już przeszło i jesień dojrzewa,
ptaki ucichły i złocą się drzewa;
wśród runa leśnego i traw poszycia
ona coś szuka. Okruchów życia
…czy pocieszenia?

Wędruje stepem zagubiona dusza,
drogami wspomnień, smuci się, wzrusza,
cieszy i trafia wciąż na rozstaje,
miłość garściami owoców rozdaje,
…istota ciepła.

Sopot, 4 października 1997

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 173: Apokalipsa nazw

Kiedy zamarł ostatni podmuch potwornej wichury, zgasły zgliszcza ostatniego spalonego domu, tsunami schowało w oceanie swoje brudne łapska i przeschła ziemia po potopie, społeczeństwo nie stanęło wobec wyzwań, co robić, od czego zacząć, ale jak rozmawiać ze sobą. Kraj okazał się wieżą Babel, gdzie nie sposób było porozumieć się wskutek natłoku nazw nieszczęść i ich przyczyn.

Nazwy, a konkretnie ich wielość i niejednoznaczność, okazały się labiryntem, w którym wszyscy się gubili. Wiatr, wydawałoby się najprostsze z określeń, ujawnił się pod dziesięcioma imionami, wyrażającymi jego różne postacie i objawienia. Kiedy imiona te spisano i uporządkowano alfabetycznie, aby od czegoś zacząć, ukazała się pełna lista: bryza, cyklon, huragan, nawałnica, orkan, szkwał, tajfun, tornado, wichura, zawieja, zawierucha, zefir. Dopiero stworzenie definicji, co każda z tych nazw oznacza, pozwoliły ludziom mówić językiem, który wszyscy rozumieli. Był to początek porządkowania postapokaliptycznej rzeczywistości.

Najpierw uporano się z językiem klęski przyjmując oficjalnie termin „Apokalipsa klimatyczna” jako najlepiej określający skalę i naturę doznanych nieszczęść.

Był to początek narodowej debaty nad ich przyczynami. Metodą kolejnych przybliżeń, nazywaną także metodą prób i błędów, wytypowano trzy czynniki leżące u podstaw Apokalipsy: ludzki, boski i naturalny, czyli przyrodniczy. Każdy z nich miał swoich zwolenników.

Mocą swej wiary i autorytetu moralnego kościół opowiedział się za czynnikiem boskim, twierdząc, że Apokalipsa była karą za grzechy.

Swoją argumentację wspomagał cytatami z biblii i ewangelii, nie tylko własnej, ale i innych wyznań.

Rząd, reprezentujący majestat państwa, wskazał czynnik naturalny jako przyczynę kataklizmu. Opozycjoniści twierdzili, że uczynił to wyłącznie po to, aby zwolnić siebie i instytucje państwowe od winy w postaci niekończących się błędów w maszynerii państwa, która fatalnie zawiodła w czasie Apokalipsy.

Trzecia grupa, społeczeństwo, okazała się najmniej zgodna co do przyczyn tragedii, optując głównie za czynnikiem ludzkim, najbardziej dla niej zrozumiałym. Inaczej myślący obywatele popierali poglądy rządu lub kościoła, albo wymyślali jakieś inne przyczyny, tak jakby trzy wcześniej ustalone nie wystarczały dla podjęcia poważnej debaty.

Na początku używano określenia „debata”, traktując tę nazwę jako naukową i najbardziej poważną. Później, kiedy okazało się, że przynosi ona mierne skutki, zaczęto używać pospolitego terminu „dyskusja”. Pierwszą konkluzją dyskusji narodowej, jaka wypłynęła na wierzch i była kontestowana tylko przez szaleńców, było konieczność nauczenia społeczeństwa samodzielnego rozpoznawania zmian pogody, aby poprawić szanse obrony przed niewykluczoną następną Apokalipsą. Społeczeństwo uznało, że samowiedza meteorologiczna ma znaczenie nie do przecenienia, zwłaszcza w przypadku załamania się systemu ostrzeżeń kryzysowych.

– Kiedy wszystko się wali jak domek z kart, hasło „ratuj się sam” jest imperatywem. – Tak to podsumowano.

Rozpoznawanie nadchodzących zmian pogody dyskutowano najgoręcej na spotkaniach rodzinnych i sąsiedzkich. Na osiedlu Aura, pierwsze po Apokalipsie zebranie przy krawężniku wniosło swój wkład do debaty odświeżając społeczną pamięć kilkoma użytecznymi, bo niezawodnymi, metodami prognozowania pogody. Przypomniano, że nisko lecąca jaskółka zwiastuje deszcz, kurzoślep, kiedy zamyka kwiaty, też zapowiada opady. Było tego więcej. Szybkie cykanie świerszczy obwieszcza upalny dzień; kiedy świerszcze cykają wolniej, zapowiada to ochłodzenie. Kot liżący futerko gwarantuje spokojną i pogodną aurę, pies zaś, szukający kryjówki, aby pospać, niechybnie zapowiada słoneczny dzień. Jeśli jest przeciwnie, należy spodziewać się deszczu. Wiele osób dziwiło się, że najlepszy przyjaciel człowieka może zachowywać się tak odmiennie niż jego właściciel.

Ważny wkład wniosła służba meteorologiczna, przypominając znaczenie kolorów nieba i słońca. Czerwony wschód prognozował gwałtowne załamanie się pogody, silny wiatr i burze, natomiast złote słońce o zachodzie gwarantowało dobrą pogodę, zaś pomarańczowo-czerwone – jej pogorszenie się. Ławica białych postrzępionych chmur zwanych cirrusami przepowiadała opady, chmury kłębiaste altocumulus w kształcie wieżyczek zapowiadały burzę, a pionowa chmura o kształcie kalafiora zwana cumulonimbusem oznaczała ulewę lub śnieżyce i wyładowania elektryczne.

2Shares

Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny. Część druga i ostatnia.

Drodzy Czytelnicy,

Kilka miesięcy temu zamieściłem na blogu pierwszą część mojej gwarancji oraz przykłady reklamacji i przeprosin. Teraz powtórzę tylko gwarancję oraz podam dalsze, nowe przykłady.

Gwarancja

Ja, Michael Tequila, gwarantuję, że moje utwory literackie są przyzwoicie skomponowane i napisane. Jeśli Czytelnik nie jest zadowolony z książki, ma prawo złożyć reklamację i uzyskać przeprosiny autora. Czytelnik ma też prawo wyboru formuły reklamacji i przeprosin. Może też ustalić sobie własną formę reklamacji, o ile nie jest to dla niego zbyt męczące.  

W razie potrzeby propozycje celniejszych określeń pod adresem autora Czytelnik znajdzie na forach dyskusyjnych. Pod uwagę warto wziąć określenia takie jak: miernota, nędznik, nieuk, patałach, kreatura pisarska, pisarz od siedmiu boleści, skryba spod budki z piwem, partacz literacki, fuszer, antytalent, nowicjusz, amator, dyletant.  

Gdyby Czytelnikowi przyszło do głowy wyróżnić autora pochwałą, powinien zastanowić się nad tym co najmniej dwa razy, czy nie popełnia życiowego błędu, którego rodzina, przyjaciele i partia rządząca nigdy mu nie wybaczą.

Przykłady reklamacji i przeprosin:

Reklamacja – Formuła 2

Pańska książka jest tak nędzna, że zaraz po jej skończeniu wyrzucę ją do kosza. Albo nie. Przeczytam ją jeszcze raz, bo nie wszystko dobrze zrozumiałam w Pańskim mętnym tekście i szemranej fabule. Życzę Panu wszystkiego najgorszego, kiepskiego zdrowia, nieudanych wakacji, złego samopoczucia oraz niespełnienia skrytych marzeń. W ogóle nie pozdrawiam Pana.

Przeprosiny autora – Formuła 2

Serdecznie przepraszam za zawód, jaki sprawiłem Pani powieścią/tomikiem poezji/zbiorem opowiadań (niepotrzebne skreślić). Rozumiem Pani rozczarowanie moim zdjęciem na okładce. Dzięki Pani wiem, że z taką facjatą nic sensownego nie można napisać. Proszę wejść na mój blog autorski www.MichaelTequila.com i wpisać tam komentarz ostrzegający przed czytaniem czegokolwiek mojego autorstwa. Z wyrazami szacunku, Michael Tequila.

Przeprosiny autora – Formuła 3

Przepraszam Panią serdecznie za moją powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić). Pani krytyka treści i ocena wartości książki jest tak przekonywująca, że postanowiłem więcej już nie pisać. Dzięki Pani zrozumiałem swój wielki błąd. Życzę Pani wszystkiego najlepszego. Cieszę się, że już się nie spotkamy. Z szacunkiem, Michael Tequila, pisarz, który dzięki Pani naprawił swoje życie.

Przeprosiny autora – Formuła 4

Serdecznie Panią przepraszam za powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić), który zabrał Pani czas, napełnił odrazą do autora i zniechęcił do czytania czegokolwiek. Będę wdzięczny za publiczne nazwanie mnie miernotą pisarską. Z poważaniem, Michael Tequila.

Przeprosiny autora – Formuła 5

Przepraszam serdecznie za powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić). Ma Pani święte prawo uważać mnie za łajdaka. Pani argumentacja jest bezwzględnie przekonywująca. Bardzo proszę wyrzucić książkę na śmietnik, podeptać lub podarować osobie, która Pani zdaniem zasłużyła sobie na szczególną przykrość. Proszę jednak nie wyrzucać jej na makulaturę, gdyż ktoś mógłby ją znaleźć, przeczytać i boleśnie zwymiotować. Serdecznie pozdrawiam życząc Pani więcej czasu przed telewizorem. Z poważaniem, Michael Tequila.  P.S. Pieniędzy niestety zwróć nie mogę, ponieważ wydałem je na adwokata, który broni mnie w sądzie przed pozwem zbiorowym czytelników o pozbawienie mnie praw pisarskich.

0Shares

Prezydent Duda i konsensusy

Prezydent Duda powiedział ostatnio:

„Ja nie wiem, na ile w rzeczywistości człowiek przyczynia się do zmian klimatycznych. Głosy naukowców są bardzo różne, mamy do czynienia też ze skrajnościami. Zmiany klimatu były w historii świata i przyczyny były naturalne – nie było wtedy na świecie człowieka i ta emisja musiała następować w inny sposób”.

Oto komentarz Microsoft News – Wiadomości:

Każdy naukowiec to indywidualna osoba i zawsze znajdą się tacy, którzy mają opinię różniącą się od innych. Istnieje jednak zasada naukowego konsensusu – czyli takiego poglądu, który wyznaje większość świata nauki, i który jest poparty odpowiednimi badaniami oraz wyjaśniającymi wyniki tych badań teoriami (nie mylić z hipotezami). Przykłady takich consensusów w świecie nauki:

Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Zmiany organizmów w dużej skali na Ziemi wyjaśnia mechanizm doboru naturalnego.
  • Powstanie wszechświata w wyniku Wielkiego Wybuchu.
  • Bakteryjne i wirusowe pochodzenie chorób.
  • Organizmy dziedziczą swoje cechy po przodkach dzięki mechanizmowi genetycznemu.

Kolejnym z takich powszechnych consensusów jest właśnie powszechna zgoda na temat tego, że obserwowaną zmianę klimatu spowodowała działalność człowieka. Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Ziemski klimat uległ znaczącemu ociepleniu od końca 19. wieku
  • Główną przyczyną są gazy cieplarniane, z dwutlenkiem węgla na czele, pochodzące z działalności człowieka
  • Dalsza emisja na tym poziomie może mieć katastrofalne skutki dla naszej planety

Możemy zapobiec tym skutkom poprzez zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Iwan Iwanowicz, nasz ekspert osiedlowy uważnie śledzący wielką politykę światową, przytoczył słowa publicznej spowiedzi prezydenta, jaką odbył on wkrótce po wypowiedzi o zmianach klimatycznych:

„Tak bardzo się zmieniłem, że kiedy stanąłem przed lustrem, to zobaczyłem innego człowieka.

Zacząłem z nim konwersację, jak to ja, niezwykle rozważną i uczciwą. Zapytałem go o datę urodzenia oraz imiona rodziców. Kiedy podał mi te dane, zorientowałem się, że to przecież jestem ja. Wtedy zrozumiałem, że jestem rozdwojony. Nie wiem tylko jeszcze, co to za rozdwojenie. Czasem coś słyszę, ale jakbym nie słyszał. Wiem, że gdzieś dzwonią, ale nie wiem w jakim kościele”.

2Shares

Przeprosiny i pośpieszne życzenia noworoczne

Przepraszam Państwa. Nie zdążyłem z opowiadaniem. Mam pierwszy fragment ale to za mało. Za dużo czasu ukradło mi spotkanie z Iwanem Iwanowiczem.

Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo w momencie pojawienia się na niebie pierwszej gwiazdki starorocznej. Wykorzystaliśmy ten moment do podzielenia się opłatkiem noworocznym. Wybaczyliśmy sobie urazy, prosiliśmy o wybaczenie i udzieliliśmy sobie wybaczenia. Opracowaliśmy też króciutką laurkę okraszoną życzeniami z związku z ostatnimi informacjami przekazywanymi przez TVP.

Życzymy obecnym Władzom Państwa i Prawa wszystkiego najlepszego, przede wszystkim szczęśliwego przywrócenia amputowanej pamięci oraz przyzwoitości jak również skutecznej pomocy psychologicznej w powrocie do zdrowia. Także otrząśnięcia się z wrażenia, że jesteśmy potrzebni w Unii Europejskiej, że Polexit jest nieszczęściem oraz że konstytucja nie jest przeżytkiem i że w ogóle naród potrzebuje jakiejkolwiek ceny za energię elektryczną.

Przy okazji wznieśliśmy toast za zdrowie Ministra Sprawiedliwości jako męża opatrznościowego, który doprowadzi nas do ziemi obiecanej, gdzie czekać będzie na najbardziej zasłużonych obywateli Trybunał Stanu oprawiony w pozłacane ramy oraz – w charakterze upominku – zgrabna gilotynka do przycinania paznokci u rąk i nóg.

Życzymy Sobie i Wszystkim, obyśmy w Nowym Roku 2019 zdrowi byli na ciele i umyśle!

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Hipologia

Hipologia stała się autentyczną pasją Josefa. Zapisał sobie i zapamiętał jej fachową definicję „nauka traktująca o koniu, jego budowie, fizjologii, filogenezie, hodowli i chowie”, aby nie stracić z pola widzenia nawet najmniejszej cząstki wiedzy także o sobie samym. Dzięki studiom poznał słynne konie starożytności, Bucefała, Incitatusa, współczesności, czempionkę Pianissimę, umiejącego porozumieć się z ludźmi Mądrego Hansa, długowiecznego Old Billy, w końcu konie przerastające literacką sławą wszelką wyobraźnię: mówiącego Bri, Jolly Jumpera zwanego Wesołkiem, Rosynanta sprawnego w walce z wiatrakami, ośmionogiego Sleipnira oraz szybkiego i mądrego Swadelfari’ego.

Josef sporządził sobie krótką listę zwycięzców najsłynniejszych zawodów rydwanów w starożytności oraz zwycięzców późniejszych zawodów hippicznych, notując, któremu ze słynnych koni postawiono pomniki. Co do Cefali, to sam wymyślił taką nazwę dla konia, którego cesarz Neron uczynił senatorem.

Studiowanie obrazów, opisów, historii i pomników koni pozwoliły Josefowi docenić ten niezwykły gatunek. Poznanie genetyki doprowadziło go z kolei do głębokiego przekonania, że koń i człowiek nie są sobie tak bardzo odlegli, jak myślą ludzie, ponieważ są one związane ze sobą nićmi ewolucji niby dwa pasma włosów w warkoczu. To mu ogromnie odpowiadało, gdyż zrozumiał, że nie powinien doszukiwać się wyższości konia nad człowiekiem lub odwrotnie. Nie potrzebował już tłumaczenia, który gatunek jest lepszy czy gorszy i dlaczego.

Tej nocy śniło mu się królestwo niebieskie, po którym biegali w jednym zaprzęgu człowiek i koń, obydwaj wspaniale umięśnieni. Potem między nimi pojawił się trzeci osobnik, Centaur, i tak już zostało do końca snu. Po przebudzeniu Josef żałował, że snów nie można nagrywać na taśmie filmowej lub zapisywać w jakikolwiek inny sposób.

Zbieranie i opracowywanie przysłów o koniach okazało się nowym, pasjonującym zajęciem, choć wcale nie łatwym. Josef spisał wszystkie przysłowia w jednym miejscu, wykonując iście encyklopedyczną pracę. W odróżnieniu od innych zajęć traktował tę pracę – nie wiadomo dlaczego – z lekkim przymrużeniem oka. Od razu pozwolił sobie na pewną manipulację. Przysłowie „Zrobić kogoś w konia” wykluczył, uznając, że niesłusznie degraduje ono konia do małości ludzkiego myślenia o innych istotach. Podobne zdanie miał o przysłowiu „Ma łeb wielki jak koń”. Łeb zaakceptował, ponieważ był to termin naukowy stosowany w weterynarii, ale samo porównanie uznał za niezgodne z zasadami poprawności politycznej.

Historia konia trojańskiego zaskoczyła Josefa nieporadnością interpretacji. W jego ocenie koń trojański nie był żadnym podstępem, ale pozytywnym aktem wyzwolenia Troi spod jarzma satrapy Priama. Sam koń był istotą wolną, bez krępującej ciało uprzęży, masywnie zbudowaną. W swoim wnętrzu miał dostatecznie dużo miejsca, aby wojownicy mogli czuć się wygodnie i nieskrępowanie, bawić się mieczami, być może nawet cicho grać na organkach taniec z mieczami.

*****

W miarę nabywania wiedzy Josef coraz mocniej odczuwał potrzebę dzielenia się z ludźmi i końmi swoją wiedzą i przemyśleniami. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że były też inne przyczyny, mianowicie obecność zgrabnych klaczy, które ludzie nazywali oni kobyłami, co wydało mu się niestosowne. Wyobraził sobie, że jego nazywają wałachem i zimno mu się zrobiło. Wolał widzieć siebie pod postacią wysportowanego ogiera, sprawnego i imponującego samemu sobie, nie mówiąc o klaczach.

Bur Bury i Ifigenia, kiedy usłyszeli o jego przystąpieniu do Klubu Aktywistów Końskich i jego aktywności w Internecie, szczerze mu pogratulowali. W związku z nominacją na członka klubu Josef przeszedł chrzest bojowy; musiał przebiec półmaraton, w trakcie którego jurorzy oceniali jego sprawność, sylwetkę i maniery. Na szczęście nie patrzyli mu zęby, co go ucieszyło, bo nie znosił tego rodzaju inwazji w swoją prywatność. Członkostwo w klubie dało mu uprawnienie umieszczania flagi Republiki Koni na kantarze lub innej część ubioru końskiego. Od tej pory zawsze pamiętał, zwłaszcza w Dzień Ogiera i Wałacha, Dzień Klaczy i Kobyły, Światowy Dzień Konia i podobne święta, o fladze ze złotym wizerunkiem Centaura.

Angażując się społecznie, Josef mimo woli zaniedbał się osobiście; mniej ćwiczył, lecz dobrze się odżywiał, w związku z czym utył. W przeddzień jego urodzin Ifigenia i Bur Bury pamiętali, aby kupić mu w upominku figurę Centaura, porcelanową, z jego pyskiem. Był tym zachwycony, dawno już nie przeżywał takiej ekstazy, tym bardziej, że podejrzewał, że wciąż dawano mu środek uspokajający, co go wyciszało. W dzień urodzin chyba nic mu nie dodano do jedzenia, ponieważ był wesoły jak rozbiegany źrebak.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 155: Dziwne zachowania Josefa

Josef mówił lekko chrapliwym głosem jakby coś tkwiło mu w gardle. Po kilku wypowiedziach laboranci przestali w ogóle zwracać uwagę na chropawość jego głosu. Poza tym Josef zachowywał się jak każdy z nich, mniej się tylko uśmiechał. Nina wyjaśniła, że jego mimika jest skromniejsza niż ludzka, ponieważ ma mniej mięśni twarzy. Powołanie do życia Josefa wymagało kompromisów między cechami ludzkimi a końskimi.

– Przyzwyczaicie się do tego. – Zapewniła Nina, przerywając prezentację, aby napić się wody.

Od człowieka Josef, nazywano go też Josefem Drugim, różnił się organami wewnętrznymi, układem pokarmowym, płucami, sercem, żołądkiem, wątrobą, jelitem cienkim i grubym, pochodzącymi od konia. Dzięki innej konstrukcji serca i płuc Josefa stać było na bardziej intensywny wysiłek w krótkim okresie czasu. Josef przyjmował jedynie pokarmy roślinne.

– Nie proponujcie mu kiełbasy, wędlin czy w ogóle mięsa. Żadnych też używek czy alkoholu. Josef jest wegetarianinem, a właściwie weganem – stwierdziła Nina uśmiechając się po raz pierwszy od dłuższego czasu.

– Czy w tej sytuacji Josef będzie mógł cieszyć się życiem tak jak my? – zapytał ktoś poważnie, wywołując tylko gromki śmiech.

Na twarzy Josefa ukazał się skąpy, jakby niekompletny uśmiech, do którego laboranci zaczęli się już przyzwyczajać. Wszyscy patrzyli na niego czekając, jak zareaguje na pytanie. Josef zdawał sobie z tego sprawę. Spojrzał najpierw w sufit, jakby szukał tam natchnienia, po czym spokojnie wyjaśnił, że nie ma to dla niego najmniejszego znaczenia, ponieważ nie zna tych smaków, ani nie odczuwa ich potrzeby.

– To tak, jakby chcieć żuć substancję, której nigdy nie miało się w ustach. Dla mnie pokarmy nieroślinne po prostu nie istnieją, nawet w mojej świadomości. Mój organizm ich nie toleruje, wydają mi się wstrętne, a z całą pewnością niesmaczne i obce. Próbowałem niektóre, aby mieć pojęcie, jaki mają smak. Gdybym zjadł mięso lub napił się wódki, rozchorowałbym się. Pocieszę was, że z natury jestem w dobrym nastroju, jestem radosny i optymistyczny, i nie potrzebuję alkoholu, aby poprawić swoje samopoczucie, ani mięsa, aby czuć się bardziej bojowo. Rozmawiałem o tym z Niną i z kucharzami, którzy układają moje menu.

Jak tylko Josef skończył swoją prezentację, otoczyło go grono laborantów. Zaczęli rozmawiać o wysiłku fizycznym i sporcie. Ktoś zaproponował wyjście na zewnątrz, na otwartą przestrzeń albo do sali gimnastycznej. Wszyscy zapalili się do tego pomysłu; mężczyźni, aby wypróbować swoje siły, porównać się z Josefem, kobiety raczej z ciekawości, chęci dokładniejszego przyjrzenia się niezwykłemu gościowi.

Z bliskiej odległości widać było wyraźniej różnice w wyglądzie, kolorze i fakturze skóry, w szczegółach twarzy i mimice.

Będąc taki sam jak pozostałe osoby, Josef był równocześnie inny. Nina patrząc z boku na niego, martwiła się o to.

*****

Po kilku tygodniach Josef zaczął dziwnie się zachowywać. Nie nastąpiło to od razu. Najpierw pojawiły się drobne odstępstwa od normalnych zachowań, jakieś niezrozumiałe dąsy, mniej chętnie kontaktował się z Laboratorium. Skarżył się też na kłopoty z żołądkiem; wynikały one prawdopodobnie z trybu życia, niedojadania lub przejadania się. Sofia, filozofka Laboratorium, wielka zwolenniczka Josefa, zawsze występująca w jego obronie, kiedy go krytykowano, powiedziała któregoś dnia, że go nie rozumie, bo zachowuje się jakby był pępkiem świata. Nikt tematu nie kontynuował, nie dowiedziano się więc, co miała na myśli mówiąc o „pępku świata”. Potem uzupełniła, że zgodnie z teorią analizy transakcyjnej każdy zachowuje się czasem jak rodzic, czasem jak dziecko, a czasem jak osoba dorosła.

– Josef przeżywa jakiś trudny okres w swoim życiu, bo pokazuje w sobie więcej dziecka, niż odpowiedzialnej osoby dorosłej czy doświadczonego rodzica. – Nadal broniła Josefa, była jednak bardziej otwarta na opinie osób mających mniej uznania dla chluby Laboratorium, za jaką uważano człowiekonia.

Profesor Kary, szef najważniejszego zespołu Laboratorium, wspólnie z zarządem zaczęli poważnie zastanawiać się nad źródłami nietypowych zachowań. Podjęto decyzję uważniejszej obserwacji Josefa, choć było to coraz trudniejsze, ponieważ był niezwykle ruchliwy i coraz bardziej niezależny. Nie sposób było go upilnować.

Ważnym wydarzeniem było wynajęcie dla Josefa – na jego żądanie – mieszkania w miasteczku Yoko oraz przyznanie mu stałego zasiłku na utrzymanie do czasu podjęcia przez niego pracy. Uzgodnienia były oparte na niepisanej umowie, że Josef otrzymuje mieszkanie, zasiłek i pełną niezależność w zamian za regularny kontakt i spotkania z zarządem, Zespołem Bezpieczeństwa oraz Zespołem Inż-Gen co najmniej raz w tygodniu. Spotkania miały mieć charakter konsultacji. Laboratorium zadeklarowało się pomagać Josefowi w problemach, jakie mógł napotkać, on z kolei miał pomagać Laboratorium dzieląc się swoimi doświadczeniami i obserwacjami na temat życia człowiekonia, jego otoczenia i środowiska naturalnego.

2Shares