Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 16 – 23 i 24.

Odc. 16: Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Iwan Iwanowicz zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Cmentarz nadziei”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej wszystkich ludzi bez wyjątku: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy.

Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się podróżnik.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go ono zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej, w zależności od czegoś tam.

Chodzili po mieście przyglądając się ludziom, budynkom i zwierzętom. Wszędzie widzieli figury, figurki, świątynie duże i małe, podręczne. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Z tych wykonanych w Varanasi Iwanowi Iwanowiczowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia; kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego. 

W Varanasi duch kraju setkami Hindusów przemieszczał się po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W etnicznej i religijnej różnorodności prawda mieszała się z fałszem do nieprzyzwoitości. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, ci autentyczni i ci pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, szukającymi wewnętrznej doskonałości, pełni jedności z duchem wszechświata, mistykami karmiącymi się energią wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj eksponatów wystawowych wyciągających ręce po datki, męskie podróbki świętych odziane w kolorowe szaty i sprzedające swój wizerunek turystom za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetnym pragnieniem zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka było ono święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pospiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie; byli symbolami z tryptyku małpek, co to mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji, a co najmniej zaniedbaniu.

Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za praw do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury zwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja przeszłości zabijała przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Iwan Iwanowicz w swoim zarozumialstwie obcokrajowca widział to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem kloacznym. Co było do zniesienia kilkaset lat wcześniej, teraz było już hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcowi, akceptowała u tubylców, nie powodując szkody.

– Chyba jestem zboczeńcem – pomyślał Iwan Iwanowicz. – Nie dostrzegam szlachetności płonącego stosu, lecz widzę rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Iwan Iwanowicz źle to odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się widokami, dziwnymi zapachami, a nawet popadającymi w ruinę pałacami, symbolami dawnej świetności, wieczornymi pokazami religijnych ceremoniałów religijności z udziałem kilkunastu braminów, wąskich uliczek, ludzi siedzących w kucki na progu domu lub na stopniu niekończących się schodów nadrzecznych, leniwie przesuwających się tłumów.

Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 17: Bankomat, małpy i elephantiasis

Iwan Iwanowicz zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł go do bankomatu. Sam stanął w oddaleniu i czekał; Iwan Iwanowicz prosił go o to. W kolejce do bankomatu były dwie osoby. Pierwsza właśnie podeszła do bankomatu. Iwan Iwanowicz stanął za czekającym już Hindusem przed budyneczkiem przypominającym kiosk. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, Hindus ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany, dlaczego tego nie robi, wskazał ręką małpy siedzące nad wejściem do kiosku i bankomatem zainstalowanym w ścianie. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż postali członkowie stada, groźnie wyglądający; on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Iwana Iwanowicza obracając do tyłu górną część tułowia i głowę.

Iwan Iwanowicz patrzył na przewodnika stada, przyglądającemu mu się przenikliwie zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo odmiennego kształtu, stała się twarzą człowieka. Mistrz poczuł się nieswojo, przestraszył się. Zobaczył przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć gniewnie wzburzonego. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. Była w tym groźba i tajemnica.

Podróżnik przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o Hanumanie, Bogu-Małpie, zrodzonym przez hinduizm. Był to chyba pierwszy przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Patrząc na małpy na dachu kiosku, podróżnik zauważył zmianę. Samiec uspokoił się, znowu przybrał postać zwykłej małpy, nie tak odległej w zachowaniu od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny a nawet głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

*****

Jeszcze tego samego dnia Iwan Iwanowicz wraz z całą grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli razem na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Byli wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Iwan Iwanowicz i przyjaciele stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na całym obszarze.

Iwan Iwanowicz zastosował wypróbowaną już technikę: wyłączył się, nie reagował na propozycje, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego młody Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał półzgiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Iwan Iwanowicz odwrócił wzrok. To był prawdziwy szok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet coś takiego na zdjęciu, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Mistrz dyskretnie obserwował go i zastanawiał się. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak można sobie to tylko wyobrazić, prawie filmowa, była symbolem ludzkiego losu na kontynencie.

Pragnąc zapomnieć się, wyłączyć choćby na chwilę, Mistrz zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. Jego wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach; zobaczył w niej piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole piramidy stała jedna osoba, nad nią, już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział ich napięcie na twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy, parodię wolności, bo jaka jest jej wartość, jeśli nie ma środków na utrzymanie się, nie mówiąc o wyrwaniu się z kręgu choroby.

Wyobraźnia Mistrza rozpędziła się, produkowała nowe obrazy. Za chwilę pojawiła się wieża: przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, podniszczona ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy ulicy, brudna ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, nad nią – gęsta i zadymiona atmosfera zapomnienia o bliźnich. Cała machina demokratycznego społeczeństwa Indii niby była w ruchu, tak naprawdę, to stała w miejscu zablokowana niewzruszoną tradycją i bezsilnością.

Wielość nieszczęść była nie do wytrzymania; ludzka piramida zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli kukiełkowatość swojej kondycji. Najpierw wyszczerzyli zęby w szyderczym uśmiechu, ukazując pasmo szczerb, kłów, plomb, luk między zębami i protez, na końcu rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed leczeniem i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną, skoki do wody i inne rozrywki. Niektórzy z nich wtykali między słoniowate palce nóg łodygi kwiatów, kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Iwan Iwanowicz. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

–  Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał Mistrz, starając się oderwać od przykrego myślenia. Zanim obudził się z szalonych myśli, kilka razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 18: Fort Amber

W Fort Amber koło Jaipuru Iwan Iwanowicz zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów, dzieł sztuki i innych precjozów.

Jeden z ostatnich cesarzy, Iwan Iwanowicz nie pamiętał jego imienia i nazwiska, ten, który zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy, był przedstawiony jak dziwadło, osobnik ni w pięć ni w dziesięć, czyli nieumiejący czytać analfabeta. Prawda była taka, że cesarz był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie pięciu do dwunastu procentom dzieci, która dziś daje się leczyć.

Stojąc w pustej sali, bez okien, drzwi, półek i dywanów, Mistrz wyobraził sobie bibliotekę z trzema tysiącami tomów. Był to widok imponujący. Okna były zasłonięte jakąś półprzezroczystą materią, na podłodze leżały wspaniałe dywany, wokół sali stały półki, stoły i skrzynie z książkami. Sam cesarz, uwidoczniony na rycinie, szczupły, czarny z ostrymi rysami twarzy, wyglądał na władcę surowego, może nawet okrutnego, a równocześnie pełnego wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. O cesarzu wiadome było, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji bezwzględność władzy wyraża się w prawie i postanowieniach regulujących najdrobniejsze szczegóły życia, poruszania się, jedzenia, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także swoje zwyczajne, ludzkie słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Dobrym przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń rozdeptywał głowę skazańca nie tyle po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Iwan Iwanowicz zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by to porównać – pochylając się nad kamieniem, Iwan Iwanowicz pozwolił sobie na swobodną spekulację – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Iwan Iwanowicz rozglądał się po pustym pomieszczeniu cesarskiej biblioteki szukając sprzętów, mebli i zwyczajowego wyposażenia, które nadawały sens istnieniu tego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli i wyposażenia, strojów, biżuterii, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Iwan Iwanowicz nienawistnie definiował pozostawione przez nich dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Tego samego dnia, podróżnik zwiedzał jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy.

Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był również kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Iwan Iwanowicz, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, przechodząc z jednego pustego pomieszczenia do drugiego.

Odc. 19 Hierarchia wiary i religii

Na zakończenie dnia grupa udała się do kawiarni Psycho, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk Luri. Wiedzieli, że jest mocny, ale nie zabójczy. Przed niebezpieczeństwem ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu Cal Moria, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na długich metalowych rurach, obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia, obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia.  

Iwan Iwanowicz czuł się całkiem dobrze, ale tylko do czasu, kiedy wrócił do swego pokoju. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Mistrz zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe od padłego bawoła. Przygniotła go niewidzialna ściana wprowadzając go w trans; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił wieloma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie, był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, gdzie pulsowały chemiczno-fizyczne nici myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund.

Iwan Iwanowicz zobaczył Boga, który poruszał się, pojawiał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Mistrz nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Bóg ma brwi gęste jak krzaki, lecz od razu zreflektował się, że był to podszept szatana i natychmiast porzucił niedorzeczną myśl. 

Budząc się, Iwan Iwanowicz czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki potrząsanego kalejdoskopu. Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jednym z głównych wyznań kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szedł hinduizm z imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął Iwan Iwanowicz. Buddyzm, jego ukochana religia, pojawił się wśród wyznań zagubionych, o których słyszeli tylko ludzie czytający ćwierć książki rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 20 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Ciąg zdarzeń związanych z pijakiem Kantyną przyniósł skutki, jakich Iwan Iwanowicz się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że przebudziłem się. Było to bolesne, ale chyba bardzo mi potrzebne – skomentował to później w gronie współpasażerów. 

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Iwan Iwanowicz patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet i poważnie wyglądający brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Iwan Iwanowicz.

Nagle, z naprzeciwka, nadjechał wielki autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Iwan Iwanowicz. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Mistrz poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie.

Iwan Iwanowicz wyciągnął natychmiastowe wnioski. Zrozumiał swój błąd: zamiast zwiedzać zabytki poznawać i przeżywać ducha miejsc i czasu Indii i Nepalu, on koncentrował się na fizycznym przemieszczaniu się, na sobie i na swoich towarzyszach, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Wiedział, że pobłądził, że jego umysł uległ zaciemnieniu. Nie podobało mu się to. Narosła w nim taka fala protestu, że krzyknął, budząc Kindżała śpiącego wygodnie w fotelu tuż za nim.

Osaczyły go i szarpały zajadle ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że nieświadomie lecz z własnej woli stał się bezwolnym turystą, zwykłym żywym obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym ważnych zdarzeń. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze i czas na alkohol, i sprawiający wszystkim problemy. Iwan Iwanowicz zadał sobie gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, martwić się o to, że gdzieś polazł i może cóż sobie zrobić!? To on blokuje nasze poczynania, kradnie nasz czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z nędzarzami na ulicach, czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc?

Chyba to powiedział na głos, bo odezwał się Kindżał:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie, choć to naturalne. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Wielkie życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 21 Kawa i konkurs

Wieczorem siedli przy stoliku na zewnątrz hotelu i pili kawę. Inżynier Uniwersalny chwalił się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Powiedział Darczyńca, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Przestrzeń wokół zamykała się w ciszy i oddechy stawały się wolniejsze. Iwan Iwanowicz poczuł się nieswojo. Nastąpiło to w obecności Inżyniera Uniwersalnego, który wyzwalał w nim niedobre uczucia. Po wpływem inżyniera Iwan Iwanowicz okazywał swoją próżność. Miał sobie za złe, że nie potrafił tego w sobie wykorzenić, powstrzymać się od mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad sobą. Był ciekawskim człowiekiem, chciwym wiedzy i wiadomości, ciągle doskonalącym się.

Postanowił to zmienić, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Uznał to za najlepszy moment, ponieważ przenoszenie się z miejsca na miejsce stanowiło ważną część wyprawy.

*****

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najwygodniej byłoby zasnąć. Mieli przed sobą długą trasę. Po trzech godzinach podróży wszyscy mieli już dosyć snu. Kiedy obudzili się na dobre, zorganizowali konkurs z nagrodami za wybitne osiągnięcia podróżnicze.

Pierwsze miejsce i złoty medal uzyskał Darczyńca, niski, tęgawy osobnik, w zbyt obszernych spodenkach, z których sterczały z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch. Darczyńca otrzymał najwięcej braw i okrzyków poparcia. Zasłużył na to wyróżnienie. Nie obyło się oczywiście bez alkoholu, który sam roznosił w małych kieliszeczkach. Kindżał wygłosił okolicznościowe przemówienie. Było tego tyle, co kot napłakał. Opisał zwycięzcę:

– Bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc sprawczą. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje mi się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był jeszcze dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają one w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata – zawyrokowała Wysoka z Kokiem. Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dalszą argumentację za jałową wobec braku bliższych danych.

Sam zainteresowany milczał, wyglądało na to, że nie cieszyła go rozmowa na jego temat.

Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepadał, że przywiózł im ze sobą dziesięć kilogramów cukierków, potem dokupywał jeszcze na miejscu. Gdziekolwiek wycieczka zatrzymywała się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać słodycze.

Po Kindżale zabierali glos inni. Podkreślano, że Darczyńca miał największą siłę przekonywania, największą ilość cukierków, robił najwięcej zakupów. Była w nim obfitość, czułość i rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju. Opowiadał o sobie niechętnie, dopiero jak wypił, lub był w szczególnie dobrym nastroju. Wyróżniony złotym medalem, autentycznie się wzruszył. Wydobył z siebie tylko krótkie oświadczenie:

– W dzieciństwie miałem wokół siebie siły narodowo-patriotyczne, ludzi życzliwych dla maluczkich, lecz gotowych do uśmiercenia przeciwników tradycji i patriotyzmu. Rodzice moi byli homoseksualistami.

Nikt w to oczywiście nie uwierzył, ale zmienili zdanie, kiedy Darczyńca opowiedział o swoich nietypowych rodzicach. Podobała im się jego historia miłości rodzicielskiej, szokująca a zarazem pełna poezji.

W autobusie ogłoszono go już wcześniej Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

Po toastach na cześć złotego medalisty towarzystwo rozruszało się, zadawano sobie mądre i głupie pytania, mieszano powagę i prawdziwe zainteresowania z żartami i wygłupem. Bawiono się, aby zabić nudę, upał, zmęczenie i nieuniknione niezręczne sytuacje. Do takich należał okrzyk „ Chyba zbyt często się wypróżniasz”, kiedy ktoś wcześniej niż po dwóch godzinach wyrażał chęć zatrzymania autobusu, aby skorzystać z ubikacji w przydrożnej restauracji.

Odc. 22 Kindżał

W konkursie autobusowym drugie miejsce i srebrny medal zdobył Kindżał, głównie za pomysły rozrywkowe oraz umiłowanie piękna. Chodziło o białą broń – noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W życiu prywatnym Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. Prowadził kilka przedsiębiorstw; bez wahania zmieniał je na inne, jak tylko odkrył jakąś ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi.

Kiedy nadano mu przydomek Kindżał, nikt nie wiedział, dlaczego tak barbarzyńsko go potraktowano. Na wycieczce pierwszy dowiedział się o tym Iwan Iwanowicz, ponieważ od jej rozpoczęcia zawsze w hotelu dzielił pokój z Kindżałem.

Zdobywca drugiego miejsca i srebrnego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem, że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrze, nie trójkątne, kształt którego nie tolerował.

W Indiach sprzedawcy, domokrążcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni już na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że cała grupa handlarzy czekała na autobus, w którym znajdował się Kindżał. Zanim jeszcze autobus zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały ich tłum. Przybiegli do niego z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilka kroków dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakich noży i sztyletu poszukuje tego dnia, i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajny kindżał, jakiego jeszcze na oczy nie widział” lub coś podobnego.

Kiedy przemysłowca ogarniał amok kupowania był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia i trzydzieści dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego niezwykle nachalni. Usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nachalności, nieprzerwanej aktywności, natarczywości, podejmowania prób. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu!

Chyba znali jego nastawienie i odporność na agresywność handlową, bo zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty .

– O, ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu bardziej niż inne, jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten nawet ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat – podpowiadał z boku z przekonaniem jakiś cichy wspólnik sprzedającego.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum, Kindżał uzasadniał zawsze w podobny sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam mordować. 

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej tam nie było. Iwan Iwanowicz spekulował po cichu, że przyjaciel po prostu prowadzi albo zamierza założyć sklep z orientalną białą bronią.

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Nawet celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci ilością jego upominków a jeszcze bardziej ich zdobieniami. W głowach krążyły im myśli o możliwościach przemytu kamieni szlachetnych i złota. Wszystko to były tylko sztuczne zdobienia, ale trzeba było znać się na nich, aby umieć odróżnić je od naturalnych, tak doskonałe były to imitacje. Dopiero po powrocie z Indii Kindżał przyznał telefonicznie Iwanowi Iwanowiczowi, a właściwe tylko napomknął żartem, co go naprawdę pasjonowało. Iwan Iwanowicz słyszał o nim, że był bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Mówiono, że miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. W miejscowości, gdzie Kindżał miał letnią rezydencje, nazywano go Krezusem.

Tego dnia, kiedy Iwan Iwanowicz dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się co, w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Mistrz był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za przejściowy stan upośledzenia umysłowego. Rano czuł się już doskonale.

*****

W konkursie była jeszcze trzecia nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów.

Przewo był jedyną osobą, nie przywiązującą do konkursu większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się mniej rozwinięci turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursu, uznając, że kosztem rozrywki trywializują sprawy naprawdę poważne. Pod koniec wycieczki Przewo odstał nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać. Starał się, pomagał jak mógł, objaśniając i uświadamiając im, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Iwan Iwanowicz nagrywał fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem wykasowywał, aby zdobyć miejsce na wartościowszy materiał. Pamiętał ostatnie zdanie Przewo zarejestrowane na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, jak ludzie tutaj żyją i jak umierają, jak są traktowani przez życie a także przez obywateli innych państw, obcokrajowców takich jak my.

Odc. 23 Ostatni przejazd do Jaipuru

Wszystko zaczęło się w momencie wejścia do autobusu mającego ich zawieźć do Jaipuru. To był początek długich dni. Iwan Iwanowicz zniknął ze swojego życia. Sam mało co z tego pamiętał, wszystko opowiedzieli mu towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo. Całe trzy dni.

Ile było osób w autobusie, tyle było różnych opinii. Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego mętne oczy, najlepszy świadek bezmiaru zagubienia. Iwan Iwanowicz przez długi czas potem rekonstruował historię trzech dni. Był to niezrozumiały epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni.

*****

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiedli do niego późnym popołudniem, na zewnątrz wciąż było gorąco, wewnątrz panował przyjemny chłód. Wnętrze autobusu wyglądało jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie; mieli chęć spać. Darczyńca zaproponował napić się najpierw alkoholu.

– Dla zrelaksowania się i wzniesienia toastu za szczęśliwe zakończenie podróży w Jaipur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy. To było za dużo. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Serwował alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butli. Robił to szczerze i z entuzjazmem. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolać. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się nad tym. Wkrótce wszyscy posnęli. Dziwnym trafem tylko Iwan Iwanowicz miał problemy ze snem. Czuwał. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Kiedy to nastąpiło, wszystkie okna miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Zapaliły się lampki u góry i w autobusie zapanowała dziwna atmosfera. Działo się coś niezrozumiałego i tajemniczego. Iwan Iwanowicz czuł to przez skórę. Skoncentrował się i obserwował, co się stanie. Patrzył na śpiących. Spali przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrze swych gardeł jak u lekarza. Ich twarze pozostały uśmiechnięte, w odróżnieniu od dolnych partii ciała, zachowujących powagę dojrzałości i znojnej przeszłości. W pewnym momencie Iwan Iwanowicz uruchomił wyobraźnię, jakby to, co widział było mu za mało.

Głowy śpiących sprawiały wrażenie przyklejonych do oparcia fotela. Nie wyglądało to najgorzej, gdyż ożywiało atmosferę panującą w autobusie. Iwan Iwanowicz określił ją w myśli jako zawadiacką i ciekawą świata, mimo dojrzałości cielesnej podróżnych. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Spojrzenia i uśmiechy przebijały się przez zasłonięte okna na zewnątrz, gdzie świat przesuwał się z szybkością pięćdziesięciu lub więcej kilometrów na godzinę w zależności od ruchu ulicznego. Za oknem prześlizgiwały się po drobnych postaciach zwykłych rikszarzy, pedałujących w pośpiechu dla szybszego zarobienia na placki naan, oraz rikszarzy motorowych, wiozących góry paczek i pakunków, tak wielkich, że można by ich używać dla wyjaśniania, skąd się wzięły i jak rosły Himalaje.

*****

Około północy w autobusie pojawiła się ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami, bez tułowia, zawieszona nad przejściem na wysokości ramion mężczyzny przeciętnego wzrostu. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – pomyślał bezwiednie Iwan Iwanowicz; po chwili zastanawiał się, kto mógł ją stracić. Przyglądał się jej. Nikt inny jej nie zauważył; wszyscy chyba nadal spali, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Powoli zniżyła się, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć niezwykły taniec, taczając się do przodu i do tylu w zależności od tego czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się w tajemniczy sposób i zawisła nieruchomo na wysokości górnych półek autobusu.

*****

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co się dzieje w autobusie. Iwan Iwanowicz nie wyprowadzał ich ze zdumienia, obserwując ich reakcje. Wisząca w powietrzu głowa szokowała, wywołując różne uczucia i reakcje. Jej widok przestraszył kobiety, mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Iwan Iwanowicz nie dziwił się temu; ludzie mogli być wciąż pod wpływem alkoholu.

W pewnym momencie głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła intensywnie mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panowie. Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z nagłego przypomnienia sobie, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Wysoki. Dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Odc. 24 Nocne zabawy z Głową

Głowa przez dłuższy czas pozostawała nieruchoma, wisząc w powietrzu na wysokości środkowych drzwi autobusu. Jej smutek i samotność przyciągały uwagę pasażerów i wywoływały coraz większe współczucie. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Dobroczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Dobroczyńca opowiedział.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku; z jej brunatnych ust wysunął się siny język. Zdezorientowany sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem słodycze dla dzieci, i dałem jej lizaka. Głowa złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania.

Ta nieprawdopodobna historia dała początek świadomości wycieczkowiczów, że zarówno on jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistym, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie odmawiali, nie mogli i nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem wszystkich Hindusów.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – wszyscy starali się okazać Głowie dowody życzliwości i wsparcia. Wysoki wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę, szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła cisza.

Sytuację usiłował ratować Rasputin; stanął obok Głowy, aby zrobić wspólne zdjęcie i odwrócić uwagę od powstałej sytuacji. Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe. Pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły połowę Głowy w cieniu. Padła propozycja, aby unieść Głowę do góry i zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Dobroczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Wszystkie okazały się tak udane, że uczestnicy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na kilkadziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawmy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo. Był to głos Dobroczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w pasażerów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów. – tłumaczyli wycieczkowicze.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Panował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie natychmiast o romans z Głową. Właśnie dlatego piję.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złocistym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Ożywiał ich jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat urojeń, marzeń i fantazji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, maj 2020

0Shares

Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie.

Odc. 1

Naród pokochał prezydenta Aleksandra Cumagina Sake już w dniu jego nominacji. Był inny niż jego poprzednicy, był najlepszym prezydentem, jakiego mogli sobie wyobrazić, krwią z jego krwi i kością z jego kości. Kiedy Aleksander Cumagin udowodnił, że potrafi sprawować urząd z godnością, obywatele co pięć lat zgodnie przedłużali mu mandat. Prezydent doceniał dobrodziejstwa tytułu i urzędu i szczerze odpłacał narodowi gorącym uczuciem wdzięczności.

Aleksander Cumagin Sake miał marzenia. Po nocach śnił mu się tytuł imperatora. Brzmiał on znacznie poważniej i dumniej niż arcyksiążę, król, cesarz, sułtan a nawet car, władca wszechmocny.

– Car to przeszłość, przeżytek, można by powiedzieć rupieć historyczny, nieładna część światowej tradycji. Dla przykładu, car Iwan Zagwozdny chodził z laską zakończoną ostrym kolcem i żgał w stopę jaśniepanów wyprężonych przed nim w szeregu, aby sprawdzić ich odporność na ból i oddanie najwyższej władzy. Ten tytuł już się przeżył. Niesie złe skojarzenia – prezydent wyjaśnił kiedyś przy piwie „Imperial” siedząc na tarasie swojej daczy w otoczeniu najbliższych przyjaciół.

W nocy – trzeba to podkreślić, gdyż Aleksander Cumagin Sake śnił także w dzień – naszło go marzenie, rodzaj widziadła, niespokojne i intrygujące. Prezydent siedział wtedy w fotelu, lekko spocony, w piżamie, przykryty puchową kołdrą krytą jedwabiem. W ręku trzymał wieczne pióro; poruszając nim lekko czekał na ważne dokumenty do podpisu. Myślał o koronie. Podszedł do niego osobisty adiutant, Siewierij Niania, w randze generała lejtnanta, aby go utulić. Aleksandrowi Cumaginowi wydał się kobietą, serdeczną i opiekuńczą.

– Czy ja już jestem imperatorem, Nianiu?

– Nie, jeszcze nie, kochanie. Ale już niedługo – uspokoił prezydenta Niania i poprawił kołdrę.

Rano Aleksander Cumagin Sake czuł się nie najlepiej. Chodził po wysokich schodach w górę i w dół, w górę i w dół, aby sprawdzić, czy ogromne drzwi jego pałacu otwierają się i zamykają równie łatwo i bezszmerowo jak poprzedniego dnia. Martwił się. Miał ku temu powody. Poprzedniego dnia ktoś strzelał za oknem pałacu. Chwilę potem prezydent usłyszał głuchy odgłos padającego na ziemię ciała. Potem nastąpiło coś, o czym nigdy nie słyszał. To znaczy słyszał, ale nie miał pojęcia, że mogło to być tak wielkie i w dodatku tak milczące.

Z centrum miasta, w kierunku jego pałacu, pełznął wielki wąż, potwornie długi i rozlewał się po ulicach. Na grzbiecie niósł czerwone transparenty i potwornie milczał. To milczenie było najstraszniejsze, ponieważ milczał o ludziach zmarłych i zabitych potajemnie, i chociaż milczał, to żyjący wiedzieli, o kogo chodzi. Chodziło o tych, co nie potrafili trzymać języka za zębami, określali się jako konkurencja legalnej władzy i mówili o nieuczciwym bogaceniu się, despotyzmie i bezprawiu.

Niektórzy obywatele uważali takie zachowania za antypaństwowe i godne potępienia, ponieważ wąż podawał w wątpliwość i kwestionował to, co oni uważali za prawdę. Byli to ludzie, którzy wierzyli Aleksandrowi Cumaginowi bez granic; był dla nich wielkim człowiekiem, niezwykłym przywódcą, wspaniałym wodzem.

Na wiadomość o pełznącym monstrualnym wężu i jego podstępnym milczeniu Aleksander Sake zareagował spokojnie i rozważnie. Wiedział, co zrobić. Polecił rozesłać kondolencje, szczere, najszczersze, rodzinom tych obywateli, którzy tajemniczo zginęli, co uczyniono bezzwłocznie. Wtedy uspokoił się.

W pałacowym gabinecie, gdzie prezydent miał swoje biurko, stała w rogu bardzo stara, prawie antyczna, bogato rzeźbiona szafa. Prezydent nigdy jej się bliżej nie przyglądał.

– Stoi sobie, to stoi – myślał, nie angażując się w rozważania, jakie to ma znaczenie dla kraju lub choćby tylko dla niego.

Tym razem spojrzał na nią uważniej, miał akurat chwilę wolnego czasu, i dostrzegł na jej szczycie – ku swemu zdumieniu – błyszczącą klejnotami koronę. Taką, jaką noszą tylko najwięksi władcy. Prezydent wstał zza biurka i zadał sobie trud, aby podejść do szafy. Nie musiał tego robić, bo przecież mogłaby przynieść mu ją służba pałacowa, ale zrobił. Stojąc przy szafie wspiął się na palce i usiłował dosięgnąć korony. Była zbyt daleko; gabinet był większy niż największy salon pałacowy, a szafa odpowiadała mu wielkością i splendorem.

W końcu prezydentowi udało się zdjąć koronę z szafy korzystając ze stojącego niedaleko krzesła. Przymierzył ją. Pasowała jak ulał. Idealnie odpowiadała jego marzeniom bycia imperatorem, któremu taka korona przysługuje z urzędu. Aleksander Cumagin Sake zdjął ją z głowy i ostrożnie umieścił z powrotem na szafie, po czym obrócił się na pięcie dookoła własnej osi. Zrobił to trzy razy, bo był przesądny. Chwilę później znowu przymierzał koronę. Nie pasowała!

Próbę z przymiarką korony powtórzył kilka razy, osiągając te same wyniki. Raz pasowała, raz nie pasowała. To go rozeźliło. Aby uspokoić się wrócił do biurka, gdzie leżała kulka z napisem “Demokracja”. Była spora, plamiasta. Lubił używać ją do zabawy jako prestidigitator. Był to jego drugi zawód, o którym nikt nie wiedział. Pierwszy znali wszyscy, nie tylko w kraju, ale i na świecie. To, że o drugim nikt nie wiedział, utrzymywało prezydenta w pogodnym nastroju niewinności.

Sztuczka, jaką ćwiczył, polegała na tym, że kiedy otwierał dłoń z kulką, raz pokazywała się ona z napisem „Demokracja jest!”, a drugi raz z napisem,” Demokracji nie ma!”. Lubił to ćwiczyć, bo zmiany napisów go bawiły.

– Kiedyś pokażę ją tym amerykańskim i europejskim zarozumialcom, którzy dybią na mój kraj i majątek. – Pomyślał sobie. – Ech, co to za majątek! Takiego majątku nie ma nikt na świecie! – Westchnął z radością, która wypełniła go po brzegi jak szampan wypełnia kielich.

Po nacieszeniu się myślą o ogromie władzy i nieprzebranym majątku, Aleksander Cumagin Sake usiadł w swoim fotelu za wielkim hebanowym biurkiem i zaplanował nowy dzień. Myślał o nowych wyborach, choć nie musiał, bo popierały go rzesze obywateli, którzy go uwielbiali.

– Nie wszyscy, ale solidne osiemdziesiąt pięć procent. To mi wystarcza. Nie jestem chciwy. Wszyscy to wiedzą. A jak nie wiedzą, to tylko dlatego, że są głupi – tak sobie tłumaczył swoje myśli.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wąż, który powrócił tydzień później i wszedł na Plac Prezydencki, aby pozostać tam na stałe i strasznie milczeć. Co gorsze, wąż powiedział mu we śnie:

– Będę tu czekać aż do skutku.

Prezydent wiedział od doradców, że gada podesłała mu opozycja, wrogowie państwa. Regularnie potępiał ich publicznie, aby naród wiedział, kto dobrze a kto źle mu życzy. Obywatele cenili otwarte i rzeczowe wystąpienia prezydenta. Były dla nich ważne, bo w czasach opozycji nie powodziło im się najlepiej.

Wroga choć niezdarna krytyka opozycji nie zniechęcała Aleksandra Cumagina Sake do otwartości w polityce krajowej i zagranicznej. Prezydent cenił dyplomację oraz uzbrojoną po zęby armię. Używał jej w celach obronnych, aby zniechęcić wrogów swojej ojczyzny, zwłaszcza tych najbogatszych, do myślenia o inwazji. To było ważne, ponieważ nie zamierzał dopuścić do sprowadzenia swego kraju do roli podnóżka, chłopca do bicia. Obywatele cenili go za wyjście naprzeciw wrogom z otwartą przyłbicą.

Prezydent lubił także podróżować. Celem jego podróży nie był wypoczynek, jak robi to zwykły człowiek pracy, ale pokazanie, jak piękny i bogaty jest jego kraj oraz jak silny i zwarty jest jego naród. Prezydent cenił sobie najbardziej oficjalne wizyty zagraniczne, różne grupy oznaczane symbolami cyfrowymi, A3, G8 czy nawet ZTP12, ponieważ jego udział w ich spotkaniach przynosił krajowi same korzyści. Pisała o tym obszernie prasa rządowa. Były to tak ważne wydarzenia, że w małych miasteczkach i na wsiach samoistnie organizowały się publiczne dyskusje na ich temat, aby wszyscy obywatele zrozumieli ich doniosłość.

Odc. 2

Aleksander Cumagin Sake dbał także o tradycję. Była dla niego święta. Najważniejsze były w niej wygrane wojny i ich bohaterowie, ci zabici na polu walki i ci zmarli z głodu lub choroby. Kiedy o nich myślał, wzdychał:

– To były ciężkie a zarazem heroiczne czasy. Taka jest nasza historia.

Z okazji rocznicy ostatniej zwycięskiej wojny obronnej organizował co roku wielką defiladę wojskową. Nikt inny na świecie nie był w stanie zorganizować takiej defilady; wywoływała ona w obywatelach głębokie i szlachetne wspomnienia. Było to wspólne święto całego narodu.

Defilada stanowiła wielkie przeżycie dla wszystkich. Zachwyt budziły nogi, ręce i korpusy żołnierzy poruszające się z dokładnością zegarka i ostrością bagnetu, raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa, i ich podkute buty trzaskające o asfalt, aż sypały się iskry. Każdy obywatel przeżywał defiladę tak, jakby była ona zorganizowana na jego cześć. Zabierał jej cząstkę do domu. Dzięki prezydentowi Sake pamięć o wojnie i jej bohaterach pozostawała wciąż żywa, mimo że sama wojna skończyła się osiemdziesiąt lat wcześniej.

Obywatele byli tak zakochani w defiladzie i innych wielkich uroczystościach państwowych, że nawet biurokracja, przekupstwo czy bylejakość codziennego życia wydawały im się bardziej naturalne i do zniesienia. Byli za to wdzięczni prezydentowi Sake, bo to on wszystko sponsorował, organizował i opłacał.

Niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany, Aleksander Cumagin Sake reprezentował także walory osobiste, dając innym przykłady odwagi, mądrości i dobroci. Był wzorem, żaden mężczyzna nie był w stanie mu dorównać. Pokazywała to telewizja; jak walczył z niedźwiedziem, latał motolotnią ze stadem dzikich łabędzi oraz nurkował w lodowatej wodzie na głębokość dziesięciu metrów, aby bratać się z morsami i fokami. Obywatele szanowali go także za to, że w najcięższych chwilach był poważny i opanowany. Dawało im to siłę do zmagania się z trudnościami codziennego życia.

Kiedy Aleksander Cumagin Sake przyleciał z oficjalną wizytą do Republiki Elamu, na lotnisku przy powitaniu zagrano hymn narodowy Bizantu. Prezydent słuchał i uszom nie wierzył. Był to hymn zupełnie innego kraju. To, co się stało, reporter dziennika stołecznego opisał dwoma zdaniami.

– Aleksander Cumagin Sake zdrętwiał, zastygł, w końcu zamarł z wrażenia. Jego twarz stała się kamienna i taka już pozostała.

Lekarze osobisty prezydenta stwierdził, że był to uraz psychiczny, który należy leczyć.

– To było nie do zniesienia. Nikt nie był w stanie przeżyć takiego szoku bez urazu – podsumował lekarz w wywiadzie telewizyjnym.

Po zakończeniu rozmów z przywódcą Elamu, generałem Sufraginem, Aleksander Cumagin odleciał wieczorem do kraju. Lot trwał nie dłużej niż półtorej godziny. Po przylocie prezydent miał od razu udać się na wypoczynek do pałacu prezydenckiego. Pracownicy i służba zawsze byli uprzedzeni, kiedy prezydent był już w drodze do domu.

Dwie godziny później adiutant Niania wybiegł pełen niepokoju ze swojego pokoju i pobiegł do sekretariatu prezydenta. Był zdenerwowany brakiem wiadomości, gdzie jest i co robi prezydent.

– Gdzie on jest? – adiutant rzucił pytanie sekretarce. Spodziewał się natychmiastowej i uspokajającej odpowiedzi.

– Aleksander Cumagin Sake … jest już w stolicy.

– Ale gdzie w stolicy? – wrzasnął Niania do sekretarki. Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Miejsce pobytu prezydenta skojarzyło się Niani zupełnie bezsensownie z więzieniem Varlam. Dziwił się sam sobie. Było to głupie i niepotrzebne skojarzenie.

– To ta cholerna opozycja. Sukinsyny – zawołał z wściekłością i wyszedł z sekretariatu trzaskając drzwiami. – Zawiadom mnie jak tylko będziesz wiedziała – rzucił sekretarce przez ramię.

Po powrocie z Elamu mimo interwencji lekarskiej twarz prezydenta pozostała kamienna. Widać to było wyraźnie kiedy występował w telewizji. Nie był to widok przyjemny ani obojętny dla obywateli Bizantu. Oczekiwali, że lekarze coś zrobią i prezydent wróci do swej poprzedniej formy. Minęło kilkanaście dni i nic takiego nie nastąpiło. Ludzi spekulowali na temat umiejętności lekarzy prezydenta w najbardziej nieodpowiedzialny sposób. Ktoś powiedział z przekonaniem, że drętwota zniknie z twarzy prezydenta wraz z nadejściem wiosny.

Sam prezydent, choć czuł się niezręcznie, zachował spokój i powagę. Zapytany w wywiadzie, dlaczego nie uśmiecha się, Aleksander Cumagin Sake odpowiedział:

– Nie mam teraz ku temu powodów. Mam dużo pilnych i ważnych spraw na głowie. Muszę się bardzo koncentrować, aby sobie z nimi poradzić, mimo że do pomocy rąk mi nie brakuje. Usilnie staram się doprowadzić do zakończenia konfliktów zbrojnych w kilku częściach świata. Moje wysiłki są jednak torpedowane przez duży kraj, w którego interesie leży, aby ludzie nadal umierali. To okrutne – mimo wzruszenia prezydent zachował kamienny wyraz twarzy.

Dziennikarze rządowych mediów stwierdzili, że Aleksander Cumagin Sake wykazuje nadzwyczajne poczucie rozwagi i zaangażowania. Ludzie niechętni prezydentowi byli jak zwykle innego zdania. Prasa zagraniczna z jakichś względów nawet nie wspomniała o jego wypowiedzi.

Odc. 3

Po dziesięciu latach rozwoju kraju i wzrostu jego pozycji międzynarodowej społeczeństwo doceniło zasługi prezydenta nadając mu tytuł i order Aleksander Cumagin Sake – Słońce Narodu. W stolicy zorganizowano wielką fetę i bawiono się do rana. Było to coś w rodzaju balu maskowego w najlepszym stylu, bez wygłupów czy ekstrawagancji. W zabawie uczestniczył także sam prezydent. Miał na sobie strój Pater Patriae, Ojca Ojczyzny, wzorowany na ubiorze Marka Furiusza Kamillusa, dowódcy rzymskiego, sześciokrotnego trybuna wojskowego, autora wielkich zwycięstw. Główną część stroju stanowiła zbroja, zdobna u dołu krótką suknią, oraz nakolanniki. W historycznym stroju prezydent wyglądał imponująco. 

Dla urzędnika Igora Carpatiu z Ministerstwa Aprowizacji, Aleksander Cumagin Sake był nie tylko wielkim przywódcą, ale także bohaterem i gwiazdą. Sam Carpatiu wyglądał raczej skromnie. Niezbyt wysoki, przygarbiony, przyzwoicie choć niewyszukanie ubrany, zawsze w garniturze, był urzędnikiem średniego szczebla w Ministerstwie Aprowizacji. Żonaty, z dwójką dzieci, uważał się za zwyczajnego, nieco wyżej niż przeciętnego obywatela, pragnącego normalności w życiu, rozsądnego dobrobytu i dobrego samopoczucia dla siebie i innych.

W pracy Igor Carpatiu nosił ksywę Szarak. Tak go nazwano, ponieważ lubił określać siebie jako „zwyczajny szary obywatel”. Koledzy i koleżanki w pracy byli ostrożni wobec niego, ponieważ był niezwykle gorącym zwolennikiem silnej władzy, w szczególności Aleksandra Cumagina, który kiedyś przyznał i wręczył mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego za zasługi dla kraju.

Szarak źle znosił krytyków władzy. Nie mieli w sobie umiaru. Czasem żona go pytała, jak zmienia się służba zdrowia, emerytury, zatrudnienie czy dochody przeciętnego obywatela. O szkolnictwo nie pytała, bo była nauczycielką. Cierpiała na uczucie niezaspokojonej ciekawości, co dzieje się w kraju. Zawsze chciała z kimś porozmawiać a on akurat najczęściej był pod ręką.

– Co o tym sądzisz? – pytała. – Pracujesz w ważnym ministerstwie i z pewnością masz lepsze rozeznanie niż ja.

Na zaczepki żony Igor nie odpowiadał, zbywał je jakąś wymówką, najczęściej, że jest akurat bardzo zajęty. Potem mruczał tylko do siebie:

– Głupia baba! Szuka dziury w całym.

W sobotę rano Igor Carpatiu wybrał się na spacer. Myślał o wielkiej polityce, o sprawiedliwości i dobrobycie. Szedł wzdłuż muru okalającego pałac prezydencki kiedy z bocznej bramy wyszedł Aleksander Cumagin Sake w asyście ochroniarzy i sekretarza. Szedł w jego kierunku.

– Prezydent wychodzi na spacer podobnie jak ja. Co za wspaniały człowiek! – pomyślał Carpatiu i poczuł nagły przypływ radości i energii, i ciepło słońca choć dzień być chmurny. Zwolnił kroku i obserwując prezydenta wyobrażał sobie, jak kroczy w jego kierunku po czerwonym dywanie spokojnie, równo, z prawą ręka lekko usztywnioną, uśmiechając się po ojcowsku. Naszły go wspomnienia ostatniej parady wojskowej, niezwykle bogatej: czołgi, działa, rakiety, samochody opancerzone, nad głową warkotliwe helikoptery i huczące samoloty. I żołnierze, tysiące żołnierzy, a po bokach trasy przemarszu wojsk i na sąsiednich ulicach setki policjantów dla zapewnienia bezpieczeństwa i porządku.

Myśli Carpatiu, zwykłego urzędnika, Szaraka, jak mówił sam o sobie, poszybowały w górę. Przypomniał sobie ostatnie osiągnięcia i zdobycze kraju:

– Zachara jest już nasza. Wkrótce zdobędziemy jeszcze więcej. Będziemy bogatsi i potężniejsi. – Przypomniał sobie wrogów Bizantu, o których często mówił Aleksander Cumagin Sake. Pod wpływem wspomnień Igor Carpatiu zaczął się zastanawiać:

– Co dał nam Zachód? Patelnię teflonową? Komputer? Internet? MacDonalda? Był patriotą. Nie pytał w swoim imieniu, ale całego narodu. 

Zaśmiał się szyderczo w duchu. – To my im dajemy ropę i gaz. Bez nas nie przeżyliby nawet tygodnia.

A co dał nam i światu Aleksander Cumagin Sake? Wszystko! Poczucie bezpieczeństwa, siły, szacunek u innych. Radość rozlała się w Szaraku jak wódka. – O właśnie! – przypomniał sobie. – On nawet obniżył cenę wódki! Żaden z jego poprzedników tego nie zrobił. A przecież wódka jest ważna. Bez niej nie byłoby żadnego wesela, imienin czy chrzcin dziecka. Szarak wzruszył się wspomnieniami z przyjęcia z okazji chrztu swojej najmłodszej córeczki, ukochanej Oli.

Naładowany pozytywną energią szedł w kierunku prezydenta, aby go pozdrowić i uścisnąć mu prawicę, jeśli tylko byłoby to możliwe. Wierzył, że to możliwe, liczył na to. Szedł i cieszył się. Nagle wyrosło przed nim trzech mężczyzn. Usiłował coś im powiedzieć, kiedy rozległy się strzały. Carpatiu poczuł penetrujący ból w klatce piersiowej a sekundę później eksplozję w głowie.

Aleksander Cumagin Sake podszedł bliżej i spojrzał w gasnącą twarz mężczyzny. Przyglądał mu się, jakby chciał sobie coś przypomnieć. Obrócił się w kierunku swoich ludzi. 

– Pamiętam go. Rok temu wręczałem mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego. Za wieloletnią, oddaną służbę ojczyźnie. To prawdziwy patriota. Jego nazwisko … Tak, tak! Przypominam sobie: Igor Carpatiu. Spokojny obywatel, pracowity urzędnik i dobry ojciec. Zapiszcie! Zorganizujemy mu pogrzeb na koszt państwa i damy piękny nagrobek. Musimy wyróżniać naszych najlepszych obywateli.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 24.03.2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 1: Podróż do Indii.

Podróż do Indii zawsze była dla Iwana Iwanowicza potrzebą ducha, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową, świątynię historycznej, społecznej i duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mieszanka religijna mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, po chrześcijaństwo. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Iwan Iwanowicz śnił o tym i marzył. Indie układały mu się w korowód osobliwości: guru, fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, monstrualne bogactwo i niewiarygodna nędza. W jego pamięci wyróżniał się bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego.

Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska. Iwan Iwanowicz pamiętał niektóre atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Było tego znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem, Iwan Iwanowicz znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, pracowite i spokojne słonie, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii, pogodzenie się z samym sobą, pomoc innym. Sathyę Sai Babę Iwan Iwanowicz pamiętał z jego zdolności materializowania z niczego, w pustej dłoni, jasnego świętego popiołu, którym posypywał głowy wiernych, poza tym joga i inne praktyki duchowo-fizyczne. Był jeszcze zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na stosie suchego drewna i zrzucanie ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której dla zdrowia regularnie zanurzały się rzesze wiernych. Także Mahatma Gandhi, który milczącym biernym oporem pokonał potężne imperium brytyjskie niosąc wyzwolenie swojemu narodowi.

Najbardziej jednak wyobraźnię Iwana Iwanowicza rozpalił Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o niespotykanej wprost wierze i wytrwałości. Iwan Iwanowicz oglądał film o nim kilkakrotnie z trudem wierząc, że jest to możliwe. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka jego wyznawców przygrywając dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka wytrwałość i odporność imponowały Iwanowi Iwanowiczowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie dotrzymał.

Wyjazd do Indii stał się życiową koniecznością, którą Iwan Iwanowicz musiał w końcu zrealizować. W biurze podróży wykupił wycieczkę, w której programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, odczuwał dreszcz podniecenia. Starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc, ale niewiele mu to dało. Doszedł do wniosku, że aby coś zapamiętać, trzeba wszystko zobaczyć na własne oczy, doznać i przeżyć. Zanotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki, aby nic nie stracić.

Podróż rozpoczynała się w stolicy na lotnisku międzynarodowym. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury, dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

*****

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspres miał do zabrać do stolica, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

****

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Będąc już na peronie, nie słuchał zapowiedzi, gdzie znajdują się poszczególne wagony. Wydało mu się logiczne, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że wagon numer sześć, siedem i osiem były na początku pociągu, a wagon jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć nie było w ogóle. Kolej odwróciła porządek. Przeklinając, Iwan Iwanowicz pokonał dystans prawie biegiem w zdenerwowaniu i zażenowaniu, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie z nim dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił. Iwan Iwanowicz dowiedział się, że w kolejce dojazdowej nie można kupić biletu. W pośpiechu odszukał automat biletowy. Kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który prosił go o pomoc. Był zmęczony, nieogolony, mówił z nieznacznym obcym akcentem.

– Nie mam pieniędzy, nie wiem co zrobić. Muszę być na lotnisku. Mam się tam spotkać z przyjacielem. Przyjechałem tutaj do pracy, ale właśnie ją straciłem

Iwan Iwanowicz kupił mu bilet kierując się współczuciem. Nie wahał się, choć nie miał pewności, czy mówi on prawdę. Wydatek uznał za dobry uczynek. Chwilę potem, kiedy pomyślał o Indiach, za jałmużnę. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób razem z nimi dwoma. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się w myślach na celu wycieczki. Przed oczami stanął mu toczący się święty, prosty, brodaty, skąpo ubrany mężczyzna o niezwykłej sile ducha. To mobilizowało podróżnika do wytrwałości, nie tylko w drodze do Indii.

Lotan Baba, the Rolling Saint, video 9 minut https://www.youtube.com/watch?v=QaCItcf2iSA

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź! Myślisz tylko o sobie. Nie ty jeden masz problemy.

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 3: Niespokojny sen kronikarza Taranty

Drodzy Czytelnicy!

Dzięki za zainteresowanie nową powieścią. Nie zdążyłem z wpisem w dni dzisiejszym. Przepraszam. Podejrzewam, że będę mógł publikować kolejne odcinki nie częściej niż co drugi dzień, może nawet raz na trzy dni. Mam dużo obowiązków.
Po głowie chodzą mi tak dzikie myśli, że nie wiem, czy powinienem je przedstawiać. Może o to właśnie to chodzi?
Zobaczymy.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Michael Tequila

Wirgil Taranta był w rozterce. Przypomniał sobie w szczegółach dzień szesnastego kwietnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Zarejestrował go w kronice w formie liczbowej 2019 04 16 dla ułatwienia sobie odszukiwania dat i zdarzeń kronikalnych. Rzeczonego dnia obudził się ze snu, który napełnił go niepokojem. Pomieszały mu się pojęcia, nie rozpoznawał dat ani nawet pór roku. Nie wiedział, czy jest już wiosna, czy też zbliża się ku zimie. To go zabolało, bo kronikarz bez pamięci jest w gorszej sytuacji niż świstak na autostradzie.

Nie mogąc zrozumieć, co się stało, dokonał analizy snu rozkładając go na elementy. Przypomniał sobie, że nazywa się to rozkładem na czynniki pierwsze. To drgnięcie pamięci pocieszyło go. Nadal jednak nie był pewny, czy to, co analizował, to był sen, czy też rzeczywistość przypominająca go swoją niezwykłością.

Odważnie wznowił konfrontację ze snem i urojeniami. Będąc skromnym kronikarzem poczuł się Don Kichotem stającym odważnie przed wiatrakami, istniejącymi nie tylko w jego umyśle, ale i w rzeczywistości, ponieważ ludzie zawsze potrzebowali urządzeń do przemiału ziarna na mąkę. Kiedy sobie uświadomił, jak logicznie myśli, wróciła do niego pamięć.

W dniu szesnastego kwietnia, w przeddzień Świąt Wielkanocnych, żyjących w pamięci Wirgila pod znakiem niewinnego jaja, kolorowej pisanki, żółtego kurczaka, kudłatego baranka oraz święconej kiełbasy, przyśniła mu się szopka bożonarodzeniowa.

Rzeczywistość Cezarei od jakiegoś czasu jawiła mu się w postaci szopki ze stajenką, przy której stali Trzej Królowie, orientalnie ubrani i pachnący dobrą wodą kolońską. Towarzyszyła im pewna ilość zwierząt i cudów.

Przeżycie było tak wyraziste, że kronikarz nabrał przekonania, że prawdopodobnie upił się w nocy. Usiadł na krawędzi łóżka i rozejrzał się po pokoju. Nie dostrzegając żadnej butelki, szklanki, kieliszka czy choćby śladu libacji uznał, że pomylił się w ocenie rzeczywistości. W tej sytuacji nie zostało mu nic innego jak wstać i przejść się kilka kroków w kierunku okna, co uczynił. Starał się utrzymać równowagę. Był to test trzeźwości. Wszystko było w porządku. Ciało trzymało pion i poziom równie pewnie jak murarz na budowie. To go skłoniło do pogodzenia się z rzeczywistością, mieszającą zdarzenia fizyczne z metafizycznymi, prawdę z omamami. Uznał, że trudność rozpoznania snu była efektem wiosny, pory roku budzącej soki w drzewach jak i urojenia, podobnie jak schizofrenia. Nie była to cała prawda.

Wirgil Taranta czuł, że coś jest nie tak. Zapragnął wyjść na zewnątrz, nabrać w płuca świeżego powietrza i wchłonąć trochę słońca, aby pobudzić się do dalszego działania. Naszła go młodzieńcza lekkość. Nie czekał na windę, lecz zbiegł na dół po schodach. Stanął na chodniku i patrzył w niebo. Niespodziewanie ściemniało i zaczął padać drobny śnieg zmieszany z kolorowymi płatkami wiosennych kwiatów. Wirgil zauważył to dopiero po chwili, kiedy jego dłoń pokryły kolorowe plamki. Wpadł w dziwny nastrój i zaczął nucić melodię, którą słyszał tylko raz w życiu „Se kofi, se kofi” powtarzając refren „Se lavi, se lavi”. Motyw muzyczny wpadł mu w ucho poprzedniego dnia, kiedy słuchał kościelnej stacji radiowej Musica Religiosa.

Wszystko to nastroiło go refleksyjnie. Zastanawiał się nad porywającą naturą śpiewu, melodii i muzyki, kiedy zbliżył się do niego masywnie zbudowany mężczyzna w turbanie. Zjawił się tak nagle, jakby wyszedł z głębokiego cienia. Trzymając lewą rękę uniesioną lekko w górę, wyciągnął prawą na powitanie i przedstawił się:

– Nazywam się Abdullah. To mój pseudonim. Rządzę Cezareą, jestem jej namiestnikiem i poczytuję to sobie za zaszczyt. Nieoficjalnie jestem jednym z trzech biblijnych królów. Przyprowadziło mnie tutaj światło gwiazdy przewodniej. To, co teraz panu powiem, proszę traktować jako objawienie.

Wirgil popatrzył na nieznajomego z niedowierzaniem. Król zauważył to i pośpieszył z wyjaśnieniem:

– Z trzech biblijnych królów ja jestem tym z czarnymi wijącymi się włosami. Po tylu latach nie wiją się one oczywiście, w dodatku posiwiały. Wiek robi swoje. Kiedyś byłem też wyższy, teraz skurczyłem się nieco.

Kiedy skończył, bolesny skurcz – przypominający cień jaskółki śmigającej za muchą – przebiegł po jego twarzy. Wirgil domyślił się, że wzrost jest dla niego źródłem frustracji. Król odezwał się.

– Rozumiem, Wirgilu Taranto, że nie domyślił się pan jeszcze, którym z trzech bożonarodzeniowych królów jestem. Aby ułatwić panu zadanie powiem, że występuję czasem w telewizji i stoję na czele bardzo poważnego ugrupowania polityczno-społecznego, jakie osobiście założyłem, aby nieść chwałę Cezarei. Chętnie to wszystko wyjaśnię w detalach.

Twarz dostojnika oblekła powaga. Wirgil zwrócił uwagę na bajecznie bogaty strój monarchy. Nie miał ze sobą mirry ani kadzidła. Kronikarz domyślił się, że ma tylko słowa radości i pocieszenia.

– Jest biegły w gębie. Widać, że umie i lubi przemawiać. – Pomyślał. Nie był zbyt przychylnie nastawiony do Namiestnika.

Coś go zastanowiło. Głos przybysza nic mu nie powiedział, twarz wydała się jednak znajoma. Nie bez trudu rozpoznał Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukułę. Zdziwił się, że chodzi w przebraniu obcokrajowca, udaje króla-dobroczyńcę, występującego w chrześcijańskiej szopce bożonarodzeniowo-wielkanocnej. Domyślił się, że Namiestnik nie czyni tego bez przyczyny, że stoi za tym jakaś myśl przewodnia i być może jakiś zbożny cel. Pragnąc dowiedzieć się o co chodzi, Wirgil postanowił wysłuchać wyjaśnień, jakie Namiestnik miał do zaoferowania.

Wokół mężczyzn zebrał się już krąg ciekawskich. Namiestnik był osobistością powszechnie znaną w Cezarei. Był celebrytą. Wkrótce dołączyli do nich dwaj pozostali królowie. Sytuacja powtórzyła się. Oni także grali podwójną rolę. Taranta zidentyfikował ich po ubiorze, akcencie, treści przekazów słownych oraz gestów. Byli to Dua, Plenipotent Namiestnika, znany powszechniej pod pseudonimem Prezydent, oraz Jeremi Chudy, premier.

Kronikarz znał ich tylko z telewizji. Pierwszy raz obcował z nimi bezpośrednio. Postanowił to wykorzystać.  

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 88: Marynarz imieniem Napoleon

Szczęście nie opuszczało Sefardiego. Prowadząc samochód, zdał sobie sprawę, że coś stuka w silniku. Na początku nie było to oczywiste, ponieważ stukanie tonęło w rytmie żywej muzyki z radia, potem ignorował je w przekonaniu, że to wyboista droga wywołuje taki efekt. Kiedy zaczął wolno hamować z obawy, że gwałtowne przyciśnięcie hamulca doprowadzi do rozpadu silnika, po prawej stronie pojawił się zajazd z nazwą. Nie zdążył jej odczytać koncentrując się na prowadzeniu i rozglądaniu się za parkingiem gdzieś przy budynku.

Był to mały motel z knajpką, z niewielką ilością stolików, za to mnóstwem ludzi i szarą atmosferą dymu papierosowego zmieszanego z kuchennym, o specyficznym zapachu smażonego mięsa, miejsce, w którym nigdy nie powinien się znaleźć. Kilka minut później siedział samotnie przy stoliku zastanawiając się, co robić dalej. Zamówił kawę i sernik, po czym zadzwonił po pomoc drogową; jej numer telefoniczny znalazł na wydruku polisy ubezpieczenia pojazdu.

– Będzie pan musiał długo poczekać, bo to odludzie. – Poinformował go zaspanym głosem pracownik pogotowia drogowego.

Czekanie nie okazało się nudne. Po kilku minutach do stolika Sefardiego przysiadł się mężczyzna w podobnym jak on wieku; czerstwym wyglądem i zachowaniem przypominał farmera nadużywającego trunków. Od słowa do słowa wywiązała się konwersacja. Przybysz okazał się poczciwcem i gadułą chętnym opowiadać swoje przeżycia. W przeszłości był marynarzem, dużo pływał, a teraz zamierzał osiąść w tej części kraju.

– Nuda tu jak flaki z olejem. Na szczęście miewam sny erotyczne i nie nudzę się długo. Puszczam sobie we snie film o tematyce seksualnej i oglądam go dla zabicia czasu, a jeśli mi się uda to i dla przyjemności. Wie pan, większość filmów erotycznych, jakie mam w głowie już widziałem, teraz cieszę się, kiedy zobaczę coś nowego.

Sefardi uznał, że wyglądający na wieśniaka marynarz baja od rzeczy. – Od czego to zależy, jeśli mogę spytać? – Zadał pytanie bardziej dla podtrzymania rozmowy niż z ciekawości. Oczekiwał jakiegoś pokrętnego tłumaczenia.

– Od wielu czynników. Przede wszystkim od jedzenia, także od tego, co się czyta, w jakim towarzystwie przebywało się ostatnio, jak długo to trwało, jak długo nie byłem się z kobietą, jak bardzo jestem znużony…. – Zmęczyłbym pana, gdybym wymienił do końca listę spraw decydujących o treści snu erotycznego.

Mężczyźni rozgadali się. Jedli niewiele, obydwaj nie czuli się głodni, pili tylko alkohol. W miarę zapadania ciemności i pogłębiania się nocy gości ubywało, narastało jedynie zmęczenie. Słowa zaczęły im się coraz bardziej kleić. W końcu Sefardi zapadł w stan półdrzemki, w którym słowa i myśli mieszają się z marzeniami i snem. W korowodzie konwersacji z Napoleonem, jak nazywał się marynarz, Sefardi zasypiał, budził się, coś mówił i znowu zasypiał.

Trzy godziny po wezwaniu pomocy drogowej, zadzwonił kierowca z firmy.

– Jestem już w drodze do pana, ale złapałem gumę. Ktoś usunął zapasową oponę z samochodu, sam więc jestem w tarapatach. Wezwałem nasze drugie pogotowie, jego przyjazd zajmie jednak sporo czasu. Może przyjadę około północy, może nad ranem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiem. Musi pan czekać. Przepraszam za niedogodność, ale nic nie mogę poradzić.

Wynajmowanie pokoju nie miało już sensu, mężczyźni przy stoliku w kącie tuż przy wielkiej paproci kontynuowali więc swoją konwersację.

– Tak naprawdę – ciągnął Napoleon, który okazał się mistrzem opowieści lepkich jak zmaza nocna – moje sny są żywe niczym jaszczurka na pustyni Gobba Gobba ślizgająca się po piaszczystych wydmach w poszukiwaniu wody albo jak ryba poszukująca planktonu w burzliwych prądach Morza Cyklicznego.

W ocenie Mistrza błądziły one po bezdrożach erotyki, intymności, przygodnych relacji damsko-męskich, wyuzdania, indyjskiej sztuki erotycznej i tajemnic królewskiej alkowy. Oprócz wyobraźni nie mógł odmówić rozmówcy poetyki niektórych sformułowań, przypominających zapiski podróżnika po egzotycznych lądach i oceanach.

*****

Była to długa, dziwna noc zbudowana na opowiadaniach Napoleona. Wskutek zmęczenia i alkoholu, pomieszały się one w końcu z marzeniami Sefardiego tak zawile, że przestał odróżniać, co jest jego własnym przeżyciem, a co zapożyczeniem. Po raz pierwszy w życiu uwikłał się we wspólnotę przeżyć erotycznych z mężczyzną i kobietą.

Opowiadanie Napoleona, milczenie jego nieobecnej towarzyszki i odkrywcze interwencje erotyczne Mistrza stopiły się w trójkondygnacyjną konstrukcję snu, marzeń i rzeczywistości, przelewającą się falami z jednego boku na drugi, z pozycji leżącej do pozycji siedzącej, spacerowej a nawet lewitującej, zawieszonej w przestrzeni skromnego pokoju hotelowego. Towarzystwo przeżywało zbiorczą i indywidualną ekscytację, głęboką satysfakcję z tytułu pokonanego wstydu oraz radość szczerego obnażenia się, wszystko to wymieszane ze sobą jak cukier, imbir i cynamon w gorącej kawie.

*****

Oglądanie we śnie aktu miłosnego w mieszanym towarzystwie przypominało seks grupowy, w którym jest mało artyzmu, za to dużo naturalnej, zwierzęco-ludzkiej chuci. Sefardi obserwował uczestników igraszek miłosnych, ni to aktorów, ni to widzów, włącznie z samym sobą, najpierw z rozbawieniem, potem z ciekawością, a w końcu z zaangażowaniem. Zauważył, że przeżywali miłość w sposób naturalny, podobnie jak pobyt na plaży nudystów, gdzie ludzie są nadzy jak ich Bóg stworzył i nikogo to nie dziwi. Nikogo nie szokowała nagość ani zachowanie innej osoby, kiedy wszyscy byli obnażeni i bezwstydnie oglądali się nawzajem. Czując zbliżający się orgazm, chwytali się za ręce i przeżywali go wspólnie wstrząsani drgawkami rozkoszy i momentami utraty świadomości. Kiedy do towarzystwa przy stoliku przyłączyło się dwóch mężczyzn i trzy kobiety, zaczęła się orgia, w której wspólnie wędrowali po piętrach marzeń sennych i erotyki, unoszeni falami przeżyć przeszłych i świeżo wyśnionych.

2Shares