Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

Odc. 16 Dzieci i statystyka

Po odejściu ze szkoły Alfred wracał często myślą do dzieci, że traktował je jak dorosłych, co nie podobało się dyrektorowi szkoły. Nazywał matematyka świrusem, nie zdając sobie sprawy, że było to określenie pozytywne. To, że dodawał do tego wyrazu przymiotnik „zmyślny”, Alfred uznawał za pochlebstwo.

Świrowanie było dla niego ratunkiem, ponieważ czuł się często jak szczur w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia na zewnątrz. Aby wydobyć się z pułapki Alfred balansował między normalnością a nienormalnością. W społeczeństwie kłopotliwych dwuznaczności bycie świrusem dawało mu poczucie luzu.

O pracy w szkole rozmawiał z bratem Zenonem, który również był nauczycielem.

– Może i ogłupiałem dzieci ucząc matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć. Nauczyłem je jednak rozumowania zgodnego z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, humanistycznych i technice. Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna wszędzie: w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce i filozofii. Moi uczniowie stali się pasjonatami matematyki.

Najbardziej interesowały ich pojęcia matematyczne takie jak antynomia, łamacz kodów, szyfr, klucz, kryptologia, teoria gier, teoria decyzji, teoria automatów. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, algebra, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich za proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytał dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się najodważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Wypowiedź zaskoczył Alfreda. Był pewien, że chłopiec nie powiedział tego, aby sprawić mu przykrość, ośmieszyć czy obniżyć pozycję matematyki. Zapytał, dlaczego tak sądzi. Adaś odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie potrzebują umieć dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi, po czym dodał:

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – Alfred pociągnął temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest bardzo użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala dokładnie mierzyć i opisywać rzeczywistość.

Dzieciak był tak bystry, że Alfred czasem nie nadążał za nim, zwłaszcza kiedy chłopiec używał skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytał Alfred z ciekawości. Lubił go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż nauczycielem, który w ich oczach był stary.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce lecz wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Świrus zgodził się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom.

Odc. 17 Rehab i Cadillac

Alfred robił w pośpiechu notatki, bo czas naglił. Śpieszył się na rehab. Zauważył, że używa skrótów. Potrzebował wyluzować się. Były to tylko trzy krótkie zabiegi. Uważał je za konieczne, aby także w plecach, nie tylko w sercu mu grało. Tak to określał. Przez głowę przebiegały mu ekspresowe myśli. Był to znak czasów; myśleć i mówić szybko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio. Skoncentrował się na swoich przeżyciach.

– Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy mają coś do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie:

– Nie ze mną takie sztuczki, człowieku!

Było to proste zawołanie zapożyczone z przeszłości, wciąż skuteczne.

– Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku.

Alfred skończył notatki i wyłączył komputer. Śpieszył się. Przygotowując się do opuszczenia domu, nie przestawał myśleć. Do głowy przyplątała mu się polityka. Starał się jej unikać, była jednak zaciekła w swojej wytrwałości. Musiał ustąpić.  

– Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustrował to przykładem. Tam, gdzie jest wolność, ludzie bardziej energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już nastąpi, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Któregoś dnia, idąc z parkingu szpitalnego do gabinetu zabiegowego, minęła Świrusa limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami. Bok samochodu zdobiła postać mrocznego anioła. Limuzyna jechała dostojnie, zwalniając na nierównościach. Alfred widział ją, ale nie reagował. Jakby go to nie dotyczyło, jakby nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Powiedział sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostał jednak całkiem obojętny. Jego intel pracował. Alfred zaczął spekulować, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snuły mu się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, łomoczącym na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, otrzymuje sygnały uznania. Ludzie widzą takie limo i wpadają w zachwyt.

Idąc dalej, Alfred zauważył, jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – pomyślał. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Jego myśl przeniosła się z limuzyny na szacunek, jaki należy się każdemu człowiekowi. Pomyślał, że czarna limuzyna również, choćby raz na dziesięć lat. Rozmawiał o tym później z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niego w przedziale kolejki miejskiej. Tłumaczył nieznajomemu:

– Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą w nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Takie samochody są im obojętne. Nie dlatego, że mają demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach luksusowa limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.

Odc. 18 Oddział Psychiatrii 

Siedząc nad pamiętnikiem Świrus przypomniał sobie hasło, że tylko w domu wariatów można być całkowicie sobą. Także swoją wizytę w takim miejscu. Był tam bardzo krótko, lecz pamiętał wszystkie szczegóły. Powtórzył sobie hasło dwa razy, nie wiedząc dlaczego.

Myśl o szpitalu psychiatrycznym chodziła mu po głowie tak uparcie, że postanowił odwiedzić oddział psychiatrii szpitala, gdzie miał ćwiczenia rehabilitacyjne. Mógł zrobić to już następnego dnia przy okazji wyjazdu do szpitala.

Na miejsce dotarł bez problemów. Oddział psychiatrii znajdował się w niewielkim oddaleniu od innych budynków szpitalnych, w pobliżu parkingu zwanego zielonym, na który skierował go pracownik ochrony. Alfred zdziwił się, bo parking wcale nie był zielony; myślał o sztucznej murawie lub zielonym płocie. Był to zwyczajny plac wysypany żwirem. Nazwa nie pasowała mu do parkingu. To go trochę zgniewało.

Podszedł do budynku, gdzie na ścianie widniała duża tablica „Oddział Psychiatrii”, a tuż obok dwie mniejsze: „Rzecznik praw pacjenta Oddziału Psychiatrii” oraz „Biuro Rzecznika Praw Pacjenta Oddziału Psychiatrii”. Stał przed nimi i zastanawiał się, po co umieszczać na ścianie aż trzy tablice, skoro wystarczyłaby jedna i dlaczego napisano „pacjenta” a nie „pacjentów”. Męczyło go to; jako matematyk zawsze kierował się logiką. Szukając odpowiedzi pomyślał, że musi to być ważny pacjent, skoro ma własnego rzecznika. Po chwili machnął ręką, ponieważ widział nie takie wyjątki od reguł. Przenosząc wzrok obok zauważył uchylone okno. Zastanawiał się dlaczego, bo było jeszcze chłodno. Spekulował, że człowiek, jak ma aak szału, to się poci, a pot ma zapach i dlatego okno jest uchylone.

Wracając z rehabilitacji, Świrus znowu przechodził koło Oddziału Psychiatrii. Okna wydały mu się większe, na parapecie stały doniczki z kwiatami intensywniejszymi w kolorze niż rano. Był to znak, że coś się zmieniło. Miał już odejść kiedy zza uchylonego okna dobiegły krzyki. Właściwie nie krzyki, tylko wrzask. Cały wór wrzasków.

– Uspokój się, kretynie! – zabrzmiał wyrazisty i mocny głos kobiecy. Za chwilę usłyszał świst bata. Zapadła cisza. Świrus wsłuchiwał się, czekając, co będzie dalej. Znowu usłyszał krzyk.

– Coś okropnego – pomyślał. – Jakiś człowiek cierpi.

Znowu usłyszał głos kobiety, tej samej, co poprzednio, i towarzyszący mu świst bata. Jęków, wycia, płaczu czy zawodzenia nie słyszał. To go trochę uspokoiło. Odczuł ulgę.

– Przynajmniej ten człowiek ma opiekę. Lepszą czy gorszą, ale ma.

W szpitalu zapadła cisza.

– Zupełnie jak przed burzą – pomyślał Świrus i popatrzył w niebo. Rzeczywiście chmurzyło się. Miał wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy z okna budynku. Rozejrzał się po ziemi. Zobaczył kamień, podszedł, nachylił się i wziął go do ręki na wszelki wypadek.

– Ludzie cierpiący, krzyczący z bólu, bywają niebezpieczni – pomyślał. – Jak ten ktoś wyskoczy z budynku, będę przygotowany. Najpierw wrzeszczy jak opętany, potem milczy jak głaz na rozdrożu. Może być niebezpieczny.

Dla pewności, aby nie powiększać w sobie niepokoju, Alfred postanowił wyłączyć się, ogłuchnąć jak borowik w ciemnym borze.

Odc. 19 Kobieta w kitlu

Stojąc przed budynkiem z napisem „Oddział Psychiatrii”, Świrus myślał o kobiecie z nahajką. Był pewien, że posługuje się tym narzędziem lub czymś podobnym. Nazwa nie miała znaczenia.

– Czy słusznie postępuje? – zadał sobie pytanie. – Chyba tak – odpowiedział. Jak trzeba komuś przylać, aby się uspokoił, bo cierpi, to trzeba. Na to nie ma rady. Sam Salomon by to zrobił.

– Jaki Salomon?

Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, o jakiego Salomona chodzi. Szukał w pamięci, ale nic nie odnalazł.

– To ten król od dzbana do nalewania – przypomina sobie w końcu i uspokoił się.

Patrzył w okno i starał się wyobrazić sobie tę kobietę na podstawie jej głosu.

– Wyraźny i donośny – szepnął do siebie, nie odrywając wzroku od okna. – To pewne. – Potem przyszło mu do głowy, zupełnie bez sensu, że patologie się kumulują.

Oddalił się od budynku, jak tylko popatrzył na zegarek. Przypomniał sobie o ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Był już prawie spóźniony.

Kiedy wracał dwie godziny później, z budynku Oddziału Psychiatrii wyszła kobieta w białym kitlu. Nie miał wątpliwości, że była to lekarka. Wyszła, rozejrzała się i przeciągnęła się jakoś tak dziwnie. Potem popatrzyła w niebo i zeszła powolnym krokiem ze schodków na wysypany żwirem placyk przed budynkiem. Świrus postanowił ją pozdrowić.

– Dzień dobry, pani doktor. Piękną mamy pogodę.

Chciał być uprzejmy i był. Czuł się z tym dobrze.

Kobieta w białym kitlu odpowiedziała „Dzień dobry”, ledwie muskając go oczami. Alfred pomyślał, że lekarka właściwie to warczy tym swoim wysokim, wyrazistym głosem.

Patrzył na nią z uwagą. Postanowił ją obserwować. Założyła ręce jedną na drugą i zaplotła je wokół swego ciała. Rękawy miała nieco za długie. Wyglądały, jakby fartuch był uszyty na większą osobę. Stała tak i patrzyła nieporadnie w niebo. Świrus domyślił się o co jej chodzi; że znowu będzie musiała użyć swojej nahajki. Postanowił działać. Uznał to za konieczne. Postawił swoją torbę na ziemi, podszedł do kobiety z tyłu i schwycił ją za rękawy. Nie było przy nich tasiemek, ale miał przygotowaną linkę. Wyciągnął ją z kieszeni i związał jej dłonie na plecach. Nie było jej wygodnie. Chyba dlatego zaczęła krzyczeć. To go zdenerwowało, Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zgniótł ją w kłębek, po czym wcisnął jej w usta. Chusteczka była świeżo uprasowana i czysta. Pamiętał o tym, to była kwestia przyzwoitości.

Odc. 20 Spowiedź

Do spowiedzi Alfred chodził rzadko. Spowiadał się kiedyś w dzieciństwie, co najmniej kilka razy. Potem w ogóle już nie chodził. Nie za bardzo wierzył w spowiedź. Ktoś mu powiedział:

– Zachowujesz się tak nienormalnie, że powinieneś się z tego wyspowiadać.

Alfred wahał się. Porozmawiał z przyjaciółmi, aby zorientować się w sytuacji.

– Ludzie wierzący w Boga chodzą do spowiedzi. Dlaczego ty nie miałbyś pójść? To nic nie kosztuje – podpowiedział mu Erazm, jego najlepszy przyjaciel.

To Alfreda zachęciło, jeśli nie przekonało. W końcu zdecydował się pójść. Raczej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Także po to, aby porozmawiać z księdzem.

Przed udaniem się do kościoła poczytał trochę na temat spowiedzi. W sumie dowiedział się tak wiele, że umocnił się w pragnieniu wyspowiadania się. Konfesjonał przestał kojarzyć mu się z pożarem; skojarzył się z ulgą. Przy konfesjonale był penitentem. To był nowy wyraz.

Konfesjonał, przy którym się spowiadał kiedyś jako chłopiec, wyglądał w jego wspomnieniu ja pudełko zapałek. Ten, który zobaczył, przypominał masywną trzydrzwiową szafę gdańską wbudowaną między dwa wystające fragmenty ściany bocznej kościoła. Czarny kolor drewna rozjaśniały u góry złocenia przypominające kute, metalowe klamki i klamry. Na samym szczycie konfesjonału stały dwie figury. Alfred dostrzegł w nich duże ciemne ślimaki trzymające w podniesionych otworach gębowych coś w rodzaju wybrzuszonego rogala. Zanim podszedł do konfesjonału obserwował kto do niego wejdzie. Chciał wiedzieć, u kogo będzie się spowiadać.

Ksiądz zwrócił się do niego szeptem. Alfred zastanawiał się, dlaczego mówi tak cicho.

– Prawie księdza nie rozumiem.

Po uzyskaniu wyjaśnienia, że chodzi o tajemnicę spowiedzi, żeby nikt nie podsłuchał, Alfred upewnił się, że spowiednik nikomu nie powie, o czym rozmawiają.

– To dla mnie ważne. Jestem człowiekiem wrażliwym i nie zniósłbym, gdyby ktoś mi potem powtarzał, co mówiłem księdzu.

Uzyskał zapewnienie, że nikt oprócz pana Boga nie dowie się, o czym rozmawiali. To go uspokoiło. Wyrwał się jednak z komentarzem, uznając, że będzie on w dobrym tonie.

– Bóg jest tak daleko, że na pewno nie usłyszy. Chyba, że podsłuchuje.

Ksiądz milczał chwilę, zanim odpowiedział. Jego głos był silniejszy, brzmiał sucho i uroczyście.

– Przystąpmy do spowiedzi. Słucham cię, synu.

W pierwszym momencie Alfred chciał zaprotestować i zapytać, dlaczego ksiądz zwraca się do niego przez „synu”, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że była to standardowa formuła w ustach księży. Podobnie jak „Dzień dobry” czy „Do widzenia”.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Pomyślał, że to wspaniała okazja, aby przedstawić księdzu teorię świrowania i wyjaśnić dlaczego jest ono ważne.

– To mechanizm dostosowawczy – zaczął od deklaracji. – Najważniejsza w życiu, proszę księdza, jest zdolność radzenia sobie. Czy ksiądz zgodzi się ze mną?

– Nie wiem, co mam odpowiedzieć, ponieważ nie rozumiem, o co ci chodzi, synu. Proszę wyłożyć mi swój pogląd na ten temat, oby tylko krótko.

– U mnie dostosowanie się poszło drogą świrowania. Świrusem zostałem z własnego wyboru. Chodzi o to, że dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości sukcesy będą osiągać tylko ci, co umieją rozumieć innych ludzi, a także pozorować, kamuflować się i udawać, a nawet wyrzec się swoich ideałów, kiedy pojawi się zagrożenie.

– Jakie ideały masz na myśli, synu? – przerwał duchowny. Ton jego głosu wskazywał na zainteresowanie.

– Prawda, rzetelność, spolegliwość. Pytania o te wartości powtarzałem sobie tyle razy obserwując ludzi sukcesu, że w końcu znalazłem odpowiedź. Chodzi o świrowanie, nie jakieś tam chamskie, ale inteligentne zachowanie się. Znaczy się, udawanie, że jest się mądrzejszym niż sądzi nasze otoczenie, że lubi się i szanuje ludzi, kiedy w istocie ich się nie toleruje, udawanie, że jest się uczciwym, kiedy po cichu, przemyślnie i często nieuczciwie zdobywa się intratne stanowisko, aby zarabiać duże pieniądze.

Odc. 21 Papiery

Spowiedź umocniła Alfreda w przekonaniu, że kroczy słuszną i niezawodną drogą. Swoje wrażenia zapisał wieczorem w prywatnej kronice zdarzeń.

– Świrowanie to droga ku szczęściu. Jestem o tym przekonany. Wszystko idzie mi bardzo dobrze. Do czego się nie zabiorę, udaje mi się. Spowiedź mnie w tym umocniła. Ponieważ mam trzydzieści osiem lat, mam prawo nazywać siebie dojrzałym świrusem. To określenie dobrze mi się kojarzy. Jest w nim coś wdzięcznego i stymulującego. Mój spowiednik powiedział mi, że to niedobry wyraz. Że jeśli muszę już go używać, to powinienem zastąpić go innym określeniem. Zapytałem jakim? Odpowiedział, że może to być cudak, ekscentryk lub dziwak. Zastanawiam się nad tym. Może to zrobię?

Kiedy Alfred myślał o tym, przypomniały mu się liście wielkiego jesionu rosnącego koło domu, w którym mieszkało sześć rodzin. Będąc jeszcze dzieckiem, grabił te liście, przy okazji wybierał ciekawsze do swojej kolekcji. Były zmiętoszone i zbrązowiale. Niektóre jakby pogryzione szybko pękały i rozpadały się.

Wrócił pamięcią do rzeczywistości. W ciągu dnia zachowywał czujność. Wokół siebie widział dużo ludzi, wyglądali normalnie. Obserwował ich. Krzątali się, dzień i noc mieli zajęte aż po brzegi. Kiedy ich pytał, odpowiadali mu, że dobrze się z tym czują. Nie wierzył im; dla niego nie byli normalni.

Wieczorem notował sobie ważniejsze wydarzenia w pamiętniku.

– Sąsiedzi to co innego. Mam miłych sąsiadów. On jest wysoki, ona niska. Kiedy ich zobaczyłem pierwszy raz, wydawało mi się, że jest odwrotnie, bo ona miała pantofle na wysokich obcasach. Później takich już nie nosiła. Jestem pewien, że mąż zwrócił jej na to uwagę, bo była od niego wyższa. Który mężczyzna to lubi? Ja na przykład nie.

Sąsiedzi mieli dwie córki, obydwie bardzo zgrabne. Alfred myślał o nich często. Chętnie by je podpatrywał przez lornetkę, jeśli tylko byłoby to możliwe, ale nie miał gdzie i kiedy. Dziewczyny miały żywe usposobienia. Alfred myślał, że mogłoby to im się podobać. Spotykał je przy windzie. Jedna przyszła kiedyś sama prowadząc na smyczy ratlerka. Miał srebrną obróżkę i był maciupci jak naparstek w rozmiarze XXL. Zamienił z nią wtedy kilka słów. Chciał jej powiedzieć o świrowaniu i korzyściach radzenia sobie w życiu. Byli już w windzie, kiedy zrozumiał, że ona już to wie. Powiedziały mu to jej oczy, pewne siebie, zdecydowane, lustrujące. Czuł, że powinien się zmieszać, ale postanowił nie ulegać słabości, nie poddawać się. Nie zmieszał się i nie ukorzył. Było to możliwe tylko dlatego, że był świrusem.

Przypomniał sobie lekarkę z Oddziału Psychiatrii. Zmarła, zwyczajnie udusiła się. Nie zamierzał tego zrobić, tak po prostu wyszło. Od tego czasu nawiedzała go myśl o żółtych papierach. Na początku traktował to jak rozrywkę. Bawiło go to. Potem zaczął myśleć o znaczeniu i symbolice koloru żółtego. Kojarzył mu się ze słońcem przesuwającym się regularnie po niebie, jego stanowczością i niezawodnością. Wieczorem znowu myślał o żółtych papierach. Dawałyby one pewne przywileje. Nie było to bez znaczenia, jak sobie spekulował.

Włączył komputer i zapisał w pamiętniku tylko trzy krótkie zdania.

– Jestem nastawiony pozytywnie. Jak tylko otrzymam certyfikat, od razu sobie wydrukuję. W domu mam żółty papier.

Zatrzymał się nad tym zdaniem; ogarnęły go wątpliwości. Posiadanie takiego certyfikatu byłoby nienormalne. Nie był przecież wariatem i żadnych papierów nie potrzebował. Przypomniał sobie, że kiedyś sam wystawiał certyfikat. Było to dawno. Jego żona zatrudniła wtedy kucharkę, na próbę. Tak bardzo ją polubiła, że poprosiła Alfreda, aby wystawił jej certyfikat. Napisał w nim, że ma ona najwyższe kwalifikacje kucharskie, ponieważ skończyła zaawansowany kurs gotowania i uzyskała kwalifikacje „chef de cuisine”. Miał ten dokument w komputerze.

Pisanie na komputerze szło mu całkiem dobrze. Robiłby to częściej, ale bał się, że zgarbacieje. Tak mu powiedział doktor rehabilitant. Alfred jechał właśnie do jego gabinetu na zabiegi, kiedy zobaczył tablice z napisem Oddział Psychiatrii. Zastanowił się, czy zapisał to w pamiętniku. Kontynuował notowanie.

Jeśli pisałem, że było inaczej, to się omyliłem. Czasem o tym zapominam. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak łatwo zapominam niektóre rzeczy. Nie rozumiem sam siebie. Jeśli nie mogę zrozumieć samego siebie, to kto mnie rozumie? Nawet mój własny brat mówi, że często mnie nie rozumie. Nie tylko on zresztą. Mnie samemu wydaje się niekiedy, że jestem dziwny. Patrzę wtedy w lustro. Coś mnie nachodzi i rozbieram się. Najpierw zdejmuję czapkę, potem rękawiczki, potem szalik, potem stopniowo całą górę, w końcu cały dół. Wyliczam to bardzo dokładnie dlatego, że posługuję się językiem matematyki. Ktoś mógłby zapytać, skąd go znam. Jestem matematykiem i jestem z tego dumny. Nie zrobiłem od razu całych studiów, tylko połowę, dochodząc do licencjatu. Przerwałem, bo zainteresowała mnie astronomia. Ale tylko na dwa semestry. Wróciłem do matematyki i uzyskałem tytuł magistra. Świrus to moje ulubione powiedzenie. Piszę je na kartce i przyczepiam je do … Chciałem powiedzieć do stanika. To przejęzyczenie. Takie rzeczy zdarzają się chyba każdemu. Najgorsze jest to, że ja wpadam wtedy we wściekłość. Wybucham jak nienormalny. Potem się uspokajam. Taki już jestem. Spokojny i burzliwy, radosny i smutny. Ktoś mi mówił, że jestem binarny. Albo zero, albo jedynka. Potem przeczytałem, że nie binarny tylko bipolarny. Lubię obydwa słowa.

Odc. 22 Apteka

W miarę rozszerzania się epidemii życie społeczne komplikowało się. Dla niektórych grup obywateli stawało się wprost nie do zniesienia. Ludzie zachowywali się w sposób coraz trudniejszy do przewidzenia, częściej popełniając też samobójstwa. Pojawiły się różne teorie wyjaśniające ten stan rzeczy. Alfred przestał mieć wątpliwości, że sprawa epidemii jest czystym przypadkiem działania natury. Teorie konspiracyjne wyrastały jak grzyby po deszczu, każda następna coraz solidniej uzasadniona. Sam też opracował teorię, do której stworzył wielowariantowy model matematyczny. To dawało mu przewagę nad konkurentami. Pracował nad nią nieprzerwanie, doceniając konieczność skuteczniejszego przewidywania przyszłości.

Już pierwsze próby modelowania przyszłości wskazywały, że pogłębiająca się epidemia będzie przynosić coraz tragiczniejsze skutki. Wniosek mógł być tylko jeden; apteka stała się instytucją społeczną, bez której społeczeństwo nie będzie w stanie przetrwać. Piekarnia i wędliniarnia siłą rzeczy zeszły na plan dalszy. Ich rola społeczna zmalała w jego ocenie.

Alfred skoncentrował się na aptece, z której usług korzystał najczęściej. Była to Apteka Panorama, jego ulubione miejsce zaopatrzenia w leki. O nowej roli apteki, wynikającej przede wszystkim z jego modelowania matematycznego, poinformował od razu kierowniczkę i personel. Uważał, że cała załoga bez wyjątku powinna być świadoma, że reprezentuje coś znacznie więcej niż tylko punkt dystrybucji leków.

– Apteka stała się w dobie gwałtownych zmian i zagrożeń życia centralną instytucją społeczną. Jest rodzajem Sevres pod Paryżem, gdzie znajduje się wzorcowa miara systemu metrycznego, wzór wszystkich miar długości, bez względu na szerokość geograficzną i ustrój polityczny. W najbliższej przyszłości apteka będzie łączyć skład i punkt dystrybucji leków z kulturą i edukacją. Ostatecznie stanie się oazą postępu i ostoją równowagi psychicznej i moralności społecznej. Będę z paniami współpracować, aby rola tej apteki rosła i nikt nie miał wątpliwości, że to tutaj decydować się będą losy lokalnej społeczności i obywateli.

Wyobraźnię Alfreda, oprócz wyników modelowania matematycznego, rozpaliło drobne z pozoru wydarzenie. Kilka dni wcześniej, było bardzo gorąco, Alfred poczuł się tak słabo, ze farmaceutka wydająca mu przepisane lekarstwo, wydała mu przez omyłkę opakowanie z trucizną, którą przyjął w przekonaniu, że bierze właściwy lek. Natychmiast poczuł, że zapada się w ciemność jakby zjeżdżał szybkobieżną windą w kopalni węgla kamiennego. Nic się oczywiście nie stało, ponieważ kobiety zauważyły jego stan i od razu podjęły akcję ratunkową podając mu odtrutkę. Obudził się na krześle na środku apteki z buteleczką „Carbo medicinalis” w ręce.

To niezwykłe przeżycie rozpaliło jego wyobraźnię. Od tej pory, ilekroć przychodził do apteki, doznawał niezwykłych przeżyć. Cieszył się nimi. Były mu one potrzebne, gdyż od czasu odejścia ze szkoły jego życie marniało szybciej niż niepodlewana róża. Podkreślił to przy kolejnej wizycie, aby ostatecznie rozwiać niepokój farmaceutek co do minionego zdarzenia.

– Apteka pań stała się dla mnie równie ważna jak zielona oaza dla arabskiego nomady i jego wielbłąda, spragnionych wody, pożywienia, chłodu i wypoczynku. Potrzebuję więcej przestrzeni i szerszego oddechu i to właśnie tutaj znajduję.

Piekarnię i wędliniarnię uznał Alfred za miejsca ważne i niezbędne, aby nie doznać głodu i odprężyć się erotycznie, a nawet przetestować granice wyuzdania w egzotycznych warunkach. Nie sprzyjały one jednak rozwojowi intelektualnemu, duchowemu i moralnemu w warunkach zagrożenia epidemiologicznego.

Następnym razem, kiedy zjawił się w aptece, wydała mu się ona świątynią zadumy i poważnych rozważań. Panowała w niej atmosfera wieczornego słońca. Skąpana w jasności apteka wyglądała tak rewelacyjnie, że nazwał ją filmowym imieniem „Bulwaru Zachodzącego Słońca”. Kiedy zaproponował paniom zmianę jej nazwy na bardziej ambitną i wymowną reklamowo, nic nie odpowiedziały. Zrozumiał, że zaskoczył je swoją propozycją i muszą ją przemyśleć zanim wyrażą opinię. Zgodziły się natomiast bez zastrzeżeń, że apteka jest miejscem powagi, gdzie rozstrzygają się sprawy życia i śmierci.

Alfred dodał do tego: „ a w przyszłości będą także decydować się sprawy rozwoju intelektualnego i duchowego”. Jego słowa nie wywołały pozytywnej reakcji, tak jak oczekiwał.

W piątek, przed długim weekendem wolnym od pracy, pod koniec godzin urzędowania apteki, Alfred przyniósł kilka ciastek z pobliskiej cukierni.

– Proszę się częstować. Ciastka są wyśmienite, szczególnie te tortowe. Wiem to z własnego doświadczenia i opinii znajomych.

Kobiety wahały się. Alfred postanowił przełamać ich niezdecydowanie, przemawiając z ostrożną zachętą, aby nie przesadzić.

– Proszę tylko spróbować. Choćby jeden gryz. To naprawdę niewiele.

Dobierając dalsze słowa zachęty Alfred użył zdrobnień, które zbyt późno uznał za przesadne. Zaproszenie zabrzmiało jak rozmowa z małymi dziećmi. Było w nim pragnienie sprawienia przyjemności także sobie. Chciał ujrzeć uśmiech na twarzach osób obdarowanych wyraz zadowolenia i wdzięczności. Od dłuższego już czasu myślał o aptekarkach z troską i niepokojem.

Odc. 23 Stres

Od kilku miesięcy wirus ulegał niebezpiecznym mutacjom. Towarzyszyły mu pozornie niezbyt groźne przypadłości i choroby, grypa azjatycka, przeziębienia, zapalenia płuc, także dziwne zatrucia pokarmowe. Ograniczenia poruszania się w miejscach publicznych zwiększały ryzyko cukrzycy i otyłości. Szpitale zakaźne wypełniały się pacjentami. W niejednym brakowało maseczek, przyłbic na twarz lub rękawiczek ochronnych.

Alfred uznał, że jego świętym obowiązkiem w tym trudnym czasie jest pomagać personelowi apteki redukować stres. Pomysł jaki przyszedł mu do głowy, to słodycze, poprawiające nastrój. Kiedy zaproponował, że przyniesie ciastka zauważył niepewność oczach kierowniczki apteki, lecz nie rozumiał dlaczego.

– Nikt nam nie oferuje ciastek. To mogłoby wyglądać jak przekupstwo – wyjaśniła, poważnie patrząc mu w oczy.

– Proszę nie żartować! – zaoponował. – Nie można nikogo przekupić ciastkiem. To nierealne, przynajmniej u nas. Może jakiegoś biedaka, który nie jadł od trzech dni. Ale musielibyśmy żyć w Indiach, a nie w … Przecież panie mnie znają i wiedzą, że kieruję się sercem a nie podstępną chęcią zdobycia zaufania w niejasnych celach

Postanowił pracować nad złagodzeniem stosunku personelu apteki do niewinnych propozycji klientów. Zrozumiał, że musi zreformować uczucia i poglądy wszystkich pań pracujących w aptece. Zamierzał w tym celu oferować drobne, gustowne lecz niekosztowne upominki. Mógłby to być pojedynczy kwiat lub bukiecik niezapominajek, które sam uwielbiał, ewentualnie drobny kosmetyk. Wymagało to zbadania gruntu, zrozumienia pragnień i wrażliwości kobiet.

Starał się być uczynny w sposób naturalny, nie narzucający się, gdyż sam nie znosił zachowań, kiedy pod pozorem uprzejmości mężczyzna ukrywa skryte intencje. Mimo ograniczonego doświadczenia z kobietami – był żonaty tylko dwa razy, w dodatku niezbyt udanie – rozumiał znaczenie prostych i szczerych propozycji. Przy pierwszej okazji złożył ofertę:

– Idę zrobić zakupy. Może panie czegoś potrzebują?

Mimo jego starań, aptekarki odmawiały przyjęcia nawet skromnej pomocy, pod jakimkolwiek wymyślonym pozorem. Raz jednak, kiedy ponowił propozycję, starając się zachować takt i umiar, Zuzanna, drobna czarnula z włosami upiętymi w zgrabny kok, zgodziła się. Chodziło o drobiazg, serek homogenizowany „Wiosenny” oraz butelkę wody mineralnej „Duszna Góra”. Alfred uznał to za pierwszy przyczółek do nawiązania bardziej intymnej współpracy.

Odc. 24 Kultura

Nadeszła pełnia lata, gorąca i sucha. Trudno było oddychać. Ludzie przestali poruszać się po mieście. Na wszystkich padł blady strach. Wirus przeszedł kolejną mutację, nabył dodatkowe bardzo przyczepne czułki,  zwane organellami, i stał się naprawdę zjadliwy. Nastąpiły masowe zachorowania, szpitale nie były w stanie przyjmować więcej pacjentów. Alfred, a także nauczyciele – wiedział to, ponieważ często rozmawiał telefonicznie z nauczycielką filozofii i logiki – jeśli gdzieś wychodzili to do najbliższego sklepu oraz do apteki. On sam chodził tam częściej niż zawsze, czasem nawet dwukrotnie w ciągu dnia, aby odebrać zamówione leki. Mało rozmawiał z ludźmi, ale wszyscy mieli te same obawy. Zamykali się w domach jak w warowniach. Świat się skurczył, przede wszystkim rozrywki. 

Dojazdy do pracy traktowano jak rosyjską ruletkę.

– Nigdy nie wiesz, czy nie zarazisz się wirusem. W autobusach i tramwajach aż ciemno jest od niego, tyle ludzi jeździ środkami masowej komunikacji. Wskutek redukcji uposażeń, mało kto ma dziś pieniądze na benzynę – Alfred podsłuchał tn fragment rozmowy stojąc w kolejce przed apteką.

Znikły imprezy kulturalne. Koncerty muzyczne i wokalne, opera, spektakle teatralne, śpiewy chóralne i wystawy przeniosły się do radia, telewizji i Internetu. Elektroniczne media stały się schronieniem dla kultury. Czasem jakiś zespół wystąpił gdzieś na podwórku lub placu, ale i to się skończyło, bo okazało się zbyt niebezpieczne. Alfredowi najbardziej brakowało galerii malarskich. Cierpiał z tego powodu; był fanem malarstwa.

Wracając wieczorem z apteki, Alfred wspominał, jak przyjemne jest to miejsce: klimatyzacja, spokój, dużo przestrzeni, ludzi jak na lekarstwo, uprzejma obsługa. Idealizował aptekę. Oddychał w niej pełną piersią, czując zapach ziół i niezwykłą woń różnych mikstur medycznych. Patrząc na ściany ozdobione wywieszkami i plakatami, wyobraził sobie obrazy olejne w drewnianych ramach przedstawiające trzy farmaceutki pracujące za ladą. 

To nasunęło mu myśl stworzenia w aptece galerii malarstwa. Myślał o Luwrze, jako o wzorze. Luwr zwiedzał dwa razy, kilkanaście lat wcześniej. Zamarzył, aby apteka stała się kultowym miejscem kultury, na co w pełni zasługiwała. W domu Alfred odświeżył sobie pamięć odbywając po Luwrze zdalną wycieczkę z przewodnikiem. To go umocniło w przekonaniu, że idea jest jak najbardziej słuszna. Zapalił się do niej.

Odc. 25 Galeria sztuki 

W domu Alfred stworzył plan kulturowego rozwoju apteki. Przy najbliższej okazji przedstawił go Zuzannie, kierowniczce apteki. Od pierwszego spotkania wiązał z nią poważne nadzieje. Były one tak intymne, że krępował się myśleć o nich z obawy, aby czegoś nie zepsuć. Miał w pamięci dwa nieudane małżeństwa i to rujnowało mu radość myślenia o kobiecie.

Zuzanna obiecała przedstawić plan z personelowi. Następnego dnia zadzwoniła, że plan został przyjęty.

– Koleżanki powiedziały mi, że od dawna o czymś takim myślały. W warunkach poważnych zagrożeń zdrowia publicznego potrzebne jest szersze widzenie zadań apteki. To znaczy, musimy zajmować się nie tylko zdrowiem w sensie fizycznym, ale i rozwijać kondycję intelektualną i psychiczną społeczeństwa. Z tą kondycją jest niestety coraz gorzej. Ludzie cofają się w rozwoju. Rozpaczliwie potrzebują stymulacji duchowej. To ważne pole naszego działania.

Alfred zachwycił się podejściem Zuzanny. Jej rzeczowość i bezpośredniość uprościły sprawę. Od razu podjął odpowiednie kroki. Przy każdej wizycie omawiał z paniami z apteki działania niezbędne dla realizacji planu. Wymieniali się wtedy pomysłami i wzajemnie przekonywali. Sztuka malarska, a w szerszym sensie kultura, stały się jego namiętnością. Tak bardzo go to wciągnęło, że zastanawiał się nawet, czy nie zrodzi to zagrożeń dla zespołu. Bał się zbudować piramidę oczekiwań, która pod wpływem trudniejszych wydarzeń mogłaby rozsypać się, grzebiąc w gruzach nadzieje coraz bardziej zwartego zespołu.

Czekając w aptece na podejście do okienka, Alfred obserwował farmaceutki. Lubił je wszystkie, wpadły mu w oko już przy pierwszej wizycie. Zachwycała go ich świeżość i naturalność zachowań, cechy, które cenił u kobiet oraz łagodność, którą cenił najwyżej. Aptekarki uporządkował sobie według wzrostu. Był to najprostszy zabieg matematyczny, nawyk wynikający z nauczania matematyki.

Z lewej strony stanęła Zuzanna, kierowniczka apteki, najbardziej postawna z całej trójki. Nadał jej ksywę „Zuzi”; w nowym imieniu słyszał dźwięk harfy i czuł dawkę egzotyki. Druga wedle wzrostu była Aldona. Po namyśle nadał jej ksywę Smukła. Przypadło jej miejsce środkowe. Trzecia była Alti, istota o dużych ciemnych oczach. Nazwał ją Drobną Czarnulą. Co do tej ksywy miał najmniej wątpliwości. Była jej przeznaczona. Stojąc na końcu szeregu Alti nie wydała mu się niższa od koleżanek.

Ogarnął je wszystkie wzrokiem i zawstydził się. Było to właściwie zażenowanie, że wcześniej nie nazwał je Aptekareczkami. Poczuł się niezręcznie. Ekspedientki w piekarni nazwał Piekareczkami, a personelowi apteki, osobom o nieprzeciętnej wiedzy o człowieku i zdrowiu, od razu nie przyznał należnego im ciepłego imienia. Była to jego ulubiona forma zdrobnienia.

Kobiety przypominały modelki pozujące artyście-malarzowi. Alfred poczuł szybsze bicie serca i pomyślał, że powinny się rozebrać do naga jak przysłowiowa kura do rosołu. Myśl wydała mu się bezwstydna, szybko ją odrzucił. Nie była też do przyjęcia z uwagi na konserwatyzm klientów apteki. Formułował swoje myśli.

– Niektórzy klienci straciliby chęć przychodzenia tutaj, uznając to za miejsce stworzone na ich utracenie. Tak z pewnością myślałyby kobiety wysyłające do apteki swoich mężów.

Nie przeszkodziło to mimowolnemu, nie wiedział nawet kiedy to nastąpiło, rozebraniu Aptekareczek. Ich nagość zachwyciła jego artystyczną duszę. Wszystkie miały karnację o różnych odcieniach słonecznego aksamitu. Najciemniejszą miała Drobna Czarnula. Przypominała Hiszpankę z południa kraju, gdzie najsilniej operuje słońce. Alfred poczuł się jak rozpieszczany przez los młody malarz portrecista.

Odc. 26 Kompozycje

Wracając do rzeczywistości, Alfred wzrokowo ustawił aptekarki na tle ściany apteki. Za kontuarem widoczne były tylko ich ramiona, piersi i głowy. Wyobrażał sobie różne ich konfiguracje. Poszukiwał najbardziej wymownej, uwzględniając kolor, tło, oświetlenie, zróżnicowanie postaci oraz perspektywę klienta. Postanowił kontynuować te testy przy kolejnych wizytach w aptece.

Zamierzał przekonać Aptekareczki, aby przychodziły do pracy w bardziej atrakcyjnych ubiorach, podkreślających ich niepoślednią urodę.

– Chciałbym, abyście pozowały w nich artyście, który namaluje obrazy olejne dla naszej galerii aptecznej.  

Sugestię tę skierował do Zuzi, kiedy znalazł się naprzeciw niej przy okienku.

– Dlaczego olejnych? – zapytała, unosząc w górę twarz osłoniętą przyłbicą.

Alfred poczuł zapach perfum zmieszany z wonią alkoholu salicylowego, którym odkażała ręce.

– To utrwalona wieloletnią tradycją technika malarska, pozwalająca na wydobycie i utrwalenie całego piękna postaci.

Apteka Panorama w roli promotora kultury w okresie epidemii stała się dla Alfreda wyzwaniem.

– Placówki kultury nie da się zbudować od ręki. To nie jest żadne hula hop ani hip-hop -tłumaczył Erazmowi, z którym konsultował ważniejsze pomysły i przedsięwzięcia. 

Działał systematycznie i konsekwentnie. Galerię można było stworzyć tylko drogą stopniowych zmian w rozumieniu roli apteki w okresie zagrożenia wirusem. Częstsze wizyty Alfreda w aptece stały się koniecznością. Aby wypadło to naturalnie, Alfred wymyślał nowe uzasadnienia swoich wizyt. Na początku przyjął zasadę kupować mało i często. Środki dezynfekujące, maseczki i rękawiczki ochronne kupował nie więcej niż dwie sztuki jednorazowo. Wymawiał się, że nie może kupić więcej, ponieważ zapomina zabierać kartę bankową, a nie nosi przy sobie większej ilości gotówki. Były też inne uzasadnienia. A to zapomniał kupić tabletki na ból głowy, a to przyjaciel skaleczył się i pilnie potrzebował środka dezynfekującego, a to sąsiadka prosiła go o zasypkę dla wnuczka.

Przed każdą wizytą w aptece, robił sobie notatki. Studiował je w drodze do apteki przygotowując się do rozmów z Aptekareczkami. Stało się to jego pasją do tego stopnia, że zastanawiał się, czy przypadkiem swoją gorliwością nie wywoła nadmiernego niepokoju u pań z apteki. Bał się stworzenia piramidy oczekiwań, która pod wpływem jakiegoś niekorzystnego obrotu spraw mogłaby rozsypać się grzebiąc w gruzach jego wielkie nadzieje.

Na jego oczach rodził się zespół osób darzących się zaufaniem. Miało to kapitalne znaczenie dla pracy w warunkach konspiracji, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiele wskazywało, że jest to możliwe. Telewizja od pewnego czasu informowała, że zagrożenie wirusem nie zmalało lecz urosło a kraj ogarnęła pandemia. Rząd stosował coraz silniejsze środki kontroli epidemiologicznej. Media wciąż tworzyły nowe scenariusze rozwoju wydarzeń. Jednym z nich było pojawienie się władzy autorytarnej.

– Dla kontroli zachowań społecznych w warunkach zagrożenia każda władza wykazuje skłonność do autorytaryzmu. Inaczej mówiąc, bierze społeczeństwo za mordę, aby się nie się rozbrykało w niewłaściwym kierunku. Właśnie tak. I to nie jest żart – tę prowokacyjną myśl podsunął Alfredowi kolega dziennikarz.

Alfred liczył się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a nawet przejęcia władzy przez wojsko. Budując zaufanie, zmierzał podświadomie w kierunku konspiracji, gdyby ten scenariusz okazał się prawdziwy. Zdolność konspiracji zamierzał osiągnąć zacieśniając więzy osobiste z Aptekareczkami. Myślał politycznie; od czegoś trzeba było zacząć.

Odc. 27 Ksywa 

Szczepienia ochronne stały się przedmiotem teorii konspiracji. Przypisywano im diaboliczne role. Pojawiły się opinie, że prowadzą do autyzmu, zmniejszają odporność na antybiotyki, powiększają obciążenia genetyczne i wpływ zanieczyszczeń powietrza na organizm. Alfred postanowił to wykorzystać. Zapytał dyżurną farmaceutkę, Serenę, o szczepienia przeciwko grypie i pneumokokom.

– Nie są one obowiązkowe, ale pożądane. Lekarze uważają je wręcz za konieczne.

Farmaceutka, umiarkowana brzydula, czasowo zastępująca Drobną Czarnulę, była krytyczna na temat rodziców, odmawiających szczepienia swoich dzieci.

– Takich ludzi należałoby wytruć. Sama bym to zrobiła, gdybym nie była aptekarką. Moją misją niestety jest nieść pomoc, a nie zabijać.

Alfred nie zareagował na jej nietypowy pogląd. Miał w tym cel; chciał przekonać aptekarkę do swoich planów.

Konspirację budował spokojnie, systematycznie i tak umiejętnie, że pewnego dnia farmaceutki uznały, że to one wystąpiły z tym pomysłem. Było mu to na rękę. Cieszył się, że znalazły się po jego stronie.

Plan rozwoju konspiracji wyłożył, jak zwykle, najpierw Erazmowi, a następnie przedstawił Zuzi.

– W razie zagrożenia kontaktujemy się potajemnie. Wrażliwe informacje i materiały przekazujemy sobie w opakowaniach leków. Wyglądałoby to tak: Przychodzę i coś kupuję, i jeśli panie w aptece mają mi do przekazania jakieś poufne informacje umieszczają je w opakowaniu leku. Z drugiej strony, jeśli to ja miałbym coś do przekazania, wkładam to do opakowania przeterminowanego leku i wrzucam do pojemnika z lekami do utylizacji. Przesyłka byłaby oznaczona. Nie musi to być nic skomplikowanego, na przykład znak „x” w lewym górnym rogu strony głównej opakowania. Nawet w pełnym świetle dnia z kilkoma klientami w aptece, nikt nie będzie w stanie niczego zauważyć. Sygnał, że mam coś do przekazania dawałbym wkładając okulary w złotej oprawce zawieszone na bordowym rzemyku.

Informacje o rozwoju kultury malarskiej w aptece i inne posunięcia powoli tworzyły wokół Alfreda atmosferę niezwykłości, a nawet tajemniczości. Widział siebie coraz wyraźniej w roli celebryty. Wyobrażał sobie, jak różne osoby i instytucje zwracają się do niego z prośbą, aby wypowiedział się publicznie w ważnej sprawie, udzielił wywiadu lub sponsorował akcję dobroczynną. Czuł, jak przechodzi z bezimiennej masy obywateli do kręgu łatwo rozpoznawanych i szanowanych.

W związku z postępującym awansem społecznym, Alfred zdecydował się porzucić pseudonim Świrus. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, skonsultował plan z Erazmem. Czuł się z nim bezpiecznie, był gotów powierzyć mu najskrytszą tajemnicę. Przyjaciel był przewidywalny. Alfred mógł się spodziewać od niego tylko pochwały, jeśli plan był dobry, lub wyrozumiałości i pomocy, jeśli był wadliwy.

– Ksywa Świrus przylgnęła do mnie jak pijawka. Teraz, kiedy sięgam wyższych kręgów społecznych, budzi coraz więcej niedobrych skojarzeń. Zebrałem opinie czterech znanych osobistości: intelektualisty, lekarza, wyższego urzędnika państwowego oraz pewnego arystokraty. Ufam tym ludziom, wiem też, że świat ceni ich opinie. I co się okazało? Świrus kojarzy im się głównie z chorobą psychiczną, przytułkiem dla obłąkanych, szaleństwem, a nawet zboczeniami!

Alfred rozważał jeszcze ksywę Szajbus, bliską Świrusowi. Erazm odrzucił ją bez wahania, rozpoznając w niej przezwisko.

– Ta ksywa brzmi zbyt ciężko. Kojarzy się z żelazną sztabą, jaką rzucają między sobą napakowane sterydami osiłki, w celu jednoczesnego ćwiczenia siły i refleksu. Ta niby zabawka jest niezwykle niebezpieczna. Gdyby upadła takiemu kulturyście na głowę, nawet chronioną kaskiem, natychmiast zrobiłaby z niego kalekę. W przypadku uderzenia w głowę nieuzbrojoną w kask ochronny, zaprowadziłaby nieszczęśnika prosto na cmentarz.

Sytuacja Alfreda była oczywista: potrzebował pseudonimu odpowiadającego jego rosnącej pozycji społecznej. Nowy pseudonim powinien budzić podziw i respekt. Myślał nad tym w nocy. Ksywa „Ekscentryk” przyszła mu do głowy dopiero nad ranem. Od razu mu się spodobała. Alfred od razu usiadł do biurka z czystą kartką w ręku. Spisał na niej, nie bez wahania, czym będzie się kierować będąc już uznanym ekscentrykiem: być w ofensywie, zaskakiwać ludzi, nie bać się ośmieszenia, zachowywać się dojrzale a równocześnie spontanicznie, być człowiekiem niezależnym, kierować się w wyższym stopniu intuicją, w ekstremalnych sytuacjach być nieobliczalnym człowiekiem. Dla nadania pełnej powagi postanowieniu, przypieczętował je krwią. Nakłuł sobie palec i wycisnął z niego kroplę krwi. Zanurzywszy w niej końcówkę naostrzonego ołówka, podpisał się pod dokumentem. Poczuł wzniosłość chwili. Chciał podzielić się tym uczuciem z Erazmem, nie była to jednak stosowna pora. Zbliżała się godzina czwarta rano.

Odc. 28 Przemiany

Buszując po Internecie, Alfred natknął się na nowelę „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Stevensona. Słyszał o niej wcześniej, była przełomem w literaturze kryminalnej. Zafascynowała go niezwykła osobowość głównego bohatera; odpowiadał Alfredowi duchowo. Stał się dla niego symbolem i wzorcem. Myślał o nim przez pół nocy. Była to bardzo pozytywna rozrywka umysłowa. Bardzo mu jej brakowało od czasu, jak przestał uczyć w szkole. Czuł, że ta podwójna osobowość, zachowująca się inaczej w dzień i inaczej w nocy, będzie dobrze służyć jego celom.

Po obiedzie Alfreda męczył niezwykły ból głowy. Jego przyczyną mógł być posiłek zamówiony w pobliskiej restauracji. Było to właściwie jedno danie z dużą ilością duszonych grzybów. Alfred przyjął podwójną dawkę środka przeciwbólowego, potem co cztery godziny brał już normalną, rekomendowana ilość. Niewiele mu to pomogło. Kiedy kładł się spać dwie godziny przed północą, czuł się nadal źle. Była to niespokojna noc; mimo złego samopoczucie nic mu się nie śniło. Trochę tego żałował, ponieważ nie jeden raz czerpał ze snu dobre pomysły.

Rano zadzwonił do Erazma.

– A może po prostu nie zapamiętałeś snu? – Erazm usiłował oderwać przyjaciela od złych myśli.

– Stara się mnie pocieszyć. To jedyny człowiek życzliwie myślący o mnie – skwitował Alfred.

Rozmowa dobrze na niego podziałała, wkrótce uspokoił się. Siedział w fotelu, ciesząc się, że odzyskuje równowagę i dobre samopoczucie.

Październik przyniósł dwa tygodnie dni mrocznych i wilgotnych, bez odrobimy słońca, tych najobrzydliwszych, kiedy wszyscy marzą o mrozie zabijającym zarazę i smutek wiszący w powietrzu. Alfred obudził się rano z wielkim trudem, skołowany i niechętny do jakiegokolwiek działania. Zdjął nogi z łóżka na podłogę, po ciemku wciągnął kapcie na nogi, i poszedł, a raczej powlekł się do kuchni, aby napić się wody. Idąc czuł wyraźnie, że obok idzie ktoś drugi, stawiając kroki tej samej długości, w tym samym co on tempie. Pomyślał, że są tego samego wzrostu, i skojarzył to sobie ze sceną z noweli „Dr Jekyll i pan Hyde”. Po powrocie do sypialni, aby nie zapomnieć dziwnego przeżycia, od razu zapisał w kronice osobistej:

– Odkryłem w sobie drugą osobę. Zachowuje się identycznie jak ja, wygląda jak ja, ale wiem, że jest to ktoś inny. Odezwałem się do niego i ku menu zdumieniu, on mi odpowiedział. Nie musiałem nawet się przedstawiać, znał mnie już. Nazywa się Sobo. Poczułem się raźniej. Jest nas teraz dwóch w świecie rzeczywistym.

Rano sprawy nie ułożyły się dobrze. W kuchni doszło do drugiej rozmowy. Alfred i Sobo poróżnili się. Alfred uznał, że nie było to miłe przeżycie, ale też i nie tragiczne. Zaliczył to do nieporozumień, jakie zdarzają się każdemu i zanotował w pamiętniku.

– W rozmowie z Sobo poprosiłem, aby używał wobec mnie imienia Ekscentryk, ewentualnie Alfred. On jednakże uparł się, aby nazywać mnie Świrusem.

– Przywykłem do tego – odpowiedział – i nie widzę powodu, abym miał to zmieniać. Będę nazywać cię Świrusem.

Alfred przekonywał Sobo, ale odmówił. W końcu musiał zaakceptować jego dziwactwo.

W ciągu dnia z nudów lub z potrzeby chwili prowadzili konwersacje. Dla Alfreda było to dziwne uczucie, rozmawiać z samym sobą. Zastanawiał się, czy jest jakieś pojęcie matematyczne na określenie takiej sytuacji. Byłoby mu wtedy lżej na duchu. W nocy Sobo zaczepiał go kilka razy, zadając mu pytania.

– Jak się czujesz? Chyba nie śpisz. Co robisz, jak nie śpisz?

Alfred odpowiedział:

– Robię to samo co ty, czyli nie śpię. Przecież ja to ty, a ty to ja.

Następnego dnia przyszła burza, wiatr wiał szalenie. Sobo – podobnie jak Alfred – był w zmiennym nastroju. W pewnym momencie nieoczekiwanie burknął: – Odczep się. Innym razem rzucił Alfredowi jak ochłap: – Odwal się kretynie.

To go wzburzyło. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Odpowiedział Sobo:

– Nie przesadzaj! Nie udawaj pacyfisty. Nazwałeś mnie kretynem, a to znaczy, że ty też jesteś kretynem, co wynika z definicji, skoro jesteś mną, choć w innym wydaniu.

Zaczęli się kłócić. Alfred czuł, że nie chodzi o to, kto jest pierwszy a kto drugi, kto dominuje, a kto podporządkowuje się, ale o to, kto ma ostatnie słowo.

– Zupełnie jak w małżeństwie – przypomniał sobie swoje relacje z jedną i drugą żoną.

Częściej jednak Sobo reagował w sposób cywilizowany, po ludzku.

Odc. 29 Galeria 

Alfred czekał przed apteką już kilka minut. Wszedł do środka, jak tylko opuścił ją ostatni klient. Aptekareczki patrzyły się w niego z intensywnością, która na moment go onieśmieliła. Zapadło nieręczne milczenie. Przerwała je kierowniczka apteki, Zizi.

– Przestudiowaliśmy pańskie propozycje pozowania do portretów dla naszej Galerii Aptecznej. Proponujemy nazwę Galeria Tajemniczych Kobiet. Uznałyśmy, że tytuł musi zwracać uwagę. Oczywiście zgadzamy się, aby nas malowano nago ale pod jednym warunkiem. Podczas malowania będziemy miały twarze zakryte woalkami, jakie same sobie wybierzemy. Również na obrazach twarze postaci muszą być zawoalowane. Albo zmienione. My dwie jesteśmy mężatkami, natomiast Drobna Czarnula ma narzeczonego. Nie chcemy, aby mężczyźni rozpoznali nas na obrazach, bo by się wściekli. Stawiamy więc warunek, że to pan będzie nas malować. Nie chcemy innego malarza. Do pana mamy zaufanie.

Alfred nie spodziewał się tak pozytywnej reakcji. Wspomniał kiedyś, że zamierzał zostać malarzem i jeden rok studiował na wydziale malarstwa akademii stuk pięknych. Kobiety musiały to zapamiętać. Poczuł gorąco w piersi a chwilę potem w całym ciele. Starał się opanować wewnętrzne drżenie. Przez jego mózg przebiegały obrazy atelier malarskiego, nagości i pożądania.

– To podnosi na wyższy poziom intymność naszej współpracy – to była jedyna myśl, jak przyszła mu do głowy. Był tak zaskoczony, że zdołał tylko wydusić z siebie:

– Czuję się zaszczycony tą propozycją.

W domu dokładnie przemyślał słowa Zizi. Aptekareczki dawały mu wyraźny sygnał, aby kontynuował plany malarsko-wystawiennicze uzupełniając je o podtekst erotyczny. To było zachwycające. Przed jego oczami pojawiła się naga kobieta siedząca w swobodnej pozie na podwyższeniu, z udami lekko rozchylonymi i obróconymi w kierunku światła padającego z okna. Jej oczy przesłaniała przezroczysta, błękitna woalka z drobniutkimi węzełkami. Patrzyła w jego kierunku. Było to uczucie ekscytujące, a równocześnie tak pełne napięcia, że musiał natychmiast pójść do łazienki. Szybko rozebrał się, namydlił się, zmył ciało ciepłą wodą, po czym polał się szokująco zimną, aby ochłonąć.

Zapragnął porozmawiać z kimś, podzielić się ciekawymi wiadomościami i rozładować napięcie. Jedyną osobą, której mógł zaufać, był jak zwykle Erazm. Alfred zadzwonił do niego i czekał niecierpliwie dłuższą chwilę, aby usłyszeć komunikat:

– Zostaw wiadomość. Oddzwonię, jak tylko będę mógł najszybciej.

Miał chęć rzucić smartfonem o podłogę. Nagrał się, wyjaśniając jedynie, że chciałby porozmawiać na temat erotyki i perwersji seksualnych.

Telefon odezwał się blisko północy. Alfred czekał i natychmiast odebrał. Erazm bez żadnych wstępów pochwalił się, że przeszedł inicjację seksualną w czternastym roku życia.

– Od tego czasu zebrałem bogate doświadczenia. Chętnie podzielę się nimi z tobą. Perwersja jest dla mnie czymś równie powszednim jak bułka z masłem dla piekarza. Taka duża, pęknięta, o której kiedyś wspominałeś, że to twój ulubiony rodzaj pieczywa, zwłaszcza kiedy pijesz gorące kakao.

Alfred nie czekał dłużej. Nieuprzejmie przerwał przyjacielowi, aby podzielić się niezwykłą wiadomością i zadać kilka pytań.

Rozmawiając, nabrał przekonania, że Erazm jest pijany albo pod wpływem narkotyków. Nastąpiło to wtedy, kiedy Erazm powiedział coś ciepłego o uczuciach wobec mężczyzn, co zdezorientowało Alfreda. Aby nie pozostawiać wątpliwości, wyjaśnił niecierpliwie:

– Perwersja czy nie perwersja, mnie interesują tylko kobiety.

Erazm odpowiedział pytaniem:

– Czy ty wiesz, że dwadzieścia sześć procent mężczyzn i taki sam odsetek kobiet odczuwa pociąg do obydwu płci?

Po zakończonej rozmowie Alfred zrobił zapis w kronice osobistej. Opatrzył go hasłem „Poufne”. Lubił tajemnice.

Perwersję, jej naturę i uroki, odkrywał dalej, głównie rozmawiając z Erazmem. Przyjaciel miał niesamowicie bogate przeżycia erotyczne. Alfred nie od razu zorientował się, że jego wiedza pochodziła z filmów i literatury erotycznej i pornograficznej. Erazm krył się z tym. Alfred swoim zainteresowaniem otworzył rezerwuar jego wspomnień, wiedzy i wyobrażeń. Pod koniec długiej rozmowy Erazm naprowadził go na nowy trop.

– Zainteresuj się ludźmi władzy. Ci są najbardziej wyuzdani. Ich obserwacja to najłatwiejszy sposób uczenia się o zboczeniach i perwersjach.

– To dlaczego nikt o tym nie mówi?

– Bo to ryzykowna sprawa. Ci ludzie mogą sobie na to pozwolić, bo nikt im nie może podskoczyć. Mają do dyspozycji ludzi i aparat, pozwalające ukrywać największe przewinienia. Także karać a nawet niszczyć tych, którzy poznali ich tajemnice i byliby skłonni ujawnić je publicznie.

Alfred był zadowolony z rozmowy. Otrzeźwiła go. Niejedno z dotychczas niezrozumiałych zachowań ludzi na piedestale mógł teraz łatwiej sobie wytłumaczyć. Nie miał im specjalnie za złe ich seksualnych zachowań , ponieważ sam miał podobne pragnienia.

Odc. 30 Szalony dzień

W poniedziałek Alfred zastał Panoramę zamkniętą. Na drzwiach była wywieszka „Zamknięte z powodu kwarantanny”. Poczuł się nieszczęśliwy. Od czasu zakończenia pracy w szkole to było jedyne miejsce kontaktów społecznych, rozrywki i rozwoju kulturalnego. Miał żal do Aptekareczek, że go nie uprzedziły o kwarantannie lub choćby o takiej możliwości. Poczuł się zdradzony i samotny. Stracił chęć na cokolwiek, czuł się jak człowiek bezdomny, bez przyjaciół, ciepłej wody, własnego pokoju. Poprzedniego dnia słyszał, że policja zrobiła obławę na bezdomnych. To go umocniło w przekonaniu, że świat staje się nienormalny.

W drodze do domu Alfred postanowił nie poddawać się. Skoncentrował się, aby ze zdwojoną uwagą obserwować otoczenie.

– Zamknięcie apteki nie mogło być było przypadkowe – był o tym przekonany. – To tylko zwiastun głębszych zmian.

Naszły go wątpliwości, czy władze nie oszukują społeczeństwa, czy informacja o kwarantannie w aptece była prawdziwa. Martwił się o Aptekareczki.

Mijając ludzi idących chodnikiem zauważył, że są inni. Inaczej się zachowują. Niby tacy sami, a jednak odmienni. Niektórzy szli powoli głęboko zamyśleni, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami, inni byli nadmiernie ożywieni. Nikt już nie miał na sobie maseczki ani rękawiczek ochronnych. Wiele osób jadło lody.

– To chyba jakaś nowa epidemia. Jakby nie mieli niczego innego do jedzenia. Zachowują się jak na pikniku.

Ekscentryk starał się zapamiętać obserwacje, aby je zapisać w notatniku. Zrobił to natychmiast, jak tylko znalazł się w domu.

– Społeczeństwo wyraźnie odchodzi od normalności. Prawda coraz częściej miesza się z kłamstwem. To niedobrze, bo jest to także mój świat. Przypomina mi to równania liniowe z jedną, dwiema i trzema niewiadomymi.

Myśląc o zmianach, Ekscentryk zastanawiał się, jak daleko mogą one pójść. To go natchnęło, aby przyjrzeć się przypadkowym największych szaleństw w historii świata. Intrygowali go jej bohaterowie. Nazywał ich Szajbusami. Najbardziej niesamowity był cesarz rzymski Kaligula. Był okrutnym, kapryśnym i niepohamowanym władcą; zabijał dla rozrywki. Był seksualnym dewiantem. Upojony władzą, skazywał ludzi na tortury i śmierć. Lubił przyglądać się egzekucjom i torturom podczas posiłków. Otaczał się też szalonym przepychem. Pił ocet z rozpuszczonymi perłami a swoim gościom podawał przysmaki ze złota i zatrute smakołyki, uprawiał miłość kazirodczą z własnymi siostrami; dwie z nich skazał potem na wygnanie. Obwołał siebie żywym bogiem, budował świątynie i ołtarze, gdzie kazał składać sobie wymyślne ofiary. W końcu go zamordowano. Niektórzy historycy tłumaczyli, że postępował niestandardowo, bo takie było jego otoczenie: zagrażające, niespokojne, nienormalne.

– Szaleństwo to czysto ludzka cecha – Ekscentryk przestał mieć co do tego wątpliwości.

Zadzwonił do Erazma. Nawet się nad tym nie zastanawiał, że w jego życiu nie działo się nic ważnego bez udziału Erazma.

– Przestudiował kilka przypadków szaleństwa w historii cywilizacji. Zawsze było obecne. Najbardziej zaimponował mi cesarz rzymski Kaligula, szaleniec i morderca.

Opowiadając o Kaliguli Alfred nie mógł pozbyć się poczucia, że było w nim coś fascynującego, szczególnie w jego niepohamowanym wyrażaniu własnych pragnień i uczuć. Poczuł żądło zazdrości.

Kiedy nadeszła pora obiadu, Ekscentryk nie czuł się na tyle głodny, aby przygotować sobie posiłek. Postanowił poświęcić czas rozważaniom nad upadkiem społeczeństwa. Jedna przyczyna wydała mu się szczególnie ważna: upadek zainteresowania czytaniem książek i czasopism, dyskusją and tym, co się przeczytało, i jakaś ogólna refleksja.

Musiał o tym porozmawiać. Erazm nie odpowiadał na telefon. Nie pozostało mu nic innego, jak podjąć monolog z samym sobą.

– To przyczyna degradacji duchowej i intelektualnej ludzi. Bo co my mamy dzisiaj? Czytelnictwo na poziomie trzydziestu siedmiu procent. Trzydzieści siedem procent czystego alkoholu w wódce to dobry poziom, ale nie w aktywności intelektualnej? I to przy założeniu, że te trzydzieści siedem procent to ludzie, który w ciągu roku przeczytali co najmniej jedną książkę. Co to jest książka każdy rozumie. To może być nawet broszurka słynnego Jonny Krowina „Jak nie płacić podatków i co z tego wyniknie?” Nie wiem, jak sklasyfikować poziom tego autora, bo nie ma takiego szpitala psychiatrycznego, gdzie mógłby bezkarnie głosić swoje tezy, hipotezy i antytezy. On przerasta wszystko, należy mu się w związku z tym osobna salka. Chyba będę musiał napisać w tej sprawie do ministra zdrowia.

Zgłodniawszy, Alfred udał się do kuchni. Przypomniał sobie swoich uczniów, całą klasę, której był wychowawcą. Na koniec roku dostawał od nich kwiaty. Nadal pamiętał ich upojny zapach. Był to pachnący groszek ułożony w wielki bukiet. Potem otrzymał jeszcze jeden bukiet. I jeszcze jeden. Coś mu się nie zgadzało. Wielkie bukiety pachnącego groszku pachnącego? Zaniepokoił się, nie wiedział, co o tym myśleć.

– Z groszku pachnącego nie robi się bukietów, bo to drobna i wiotka roślina – przekonywał siebie.

Coraz częściej zdarzało mu się, że w drodze do któregoś pokoju zapominał, po co tam idzie i co zamierza tam robić.

– Moja myśl skacze jak wyposzczony królik po zagonie kapusty albo małpa po gałęziach drzewa. Muszę o tym napisać w pamiętniku – postanowił i od razu zapomniał. Był świadomy, że ciągle o czymś zapomina ale nie umiał temu zaradzić.

Odc. 31 Wspomnienia

Alfred otrzymał pozew sądowy w sprawie alimentów. Wystąpiły o nie równocześnie jego dwie byłe żony. Nigdy czegoś takiego nie spodziewałby się, ponieważ kobiety nie znosiły się nawzajem. Natychmiast stracił grunt pod nogami. Przez dwa dni nie mógł oderwać się od myślenia o tym, jak źle ułożyło mu się życie z nimi. Teraz domagały się alimentów.

Na początku obydwu małżeństw nic nie zapowiadało niepowodzenia. Z pierwszą żoną, Penelopą, sprawy układały się znakomicie. Lubił rozmawiać i dyskutować na każdy temat; była oczytana i umiała słuchać. Trwało to do czasu podjęcia decyzji zakupu nowego mieszkania. To był punkt przełomowy. Zapadła mu w pamięć rozmowa na ten temat. Było to przed obiadem. Siedzieli przy stole kuchennym i pili kawę, aby rozpędzić senność chmurnego dnia. Dyskutowali sprawy wykończenia nowego mieszkania, jakie kupili zaciągając kredyt w banku, oraz datę wprowadzenia się. Poszło o rzecz nonsensowną: w jakim stopniu mieszkanie było już wykończone. Penelopa uważała, że zostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia, on natomiast, że większość prac wykończeniowych mieli już za sobą. Miało to znaczenie dla określenia daty wprowadzenia się do mieszkania.

W pewnym momencie Penelopa stwierdziła:

– Ty, Alfredzie, masz w głowie galimatias. W ogóle nie widzisz tego mieszkania, co zostało zrobione, a co nie. Nie ogarniasz proporcji. Nie mogę mieć ci tego za złe, bo wy, mężczyźni jesteście właśnie tacy; gubicie się w szczegółach. Kobietom przychodzi łatwiej zorientowanie się w takich sprawach.

Alfred odebrał to jako oskarżenie o nienormalność. Penelopa dodała jeszcze coś, co go ostatecznie dobiło.

– Kłócisz się ze mną, bo masz słabą pamięć. Nie pamiętasz nazw ani kolorów farb do malowania ścian, ani ustawienia mebli, nie mówiąc o kolorystyce obrazów, jakie będą wisiały na tych ścianach między tymi meblami. Ja to wszystko mam w głowie, tak że lepiej nie kłóć się ze mną, bo nie wygrasz.

Alfred pomyślał wtedy, że sama jest nie bez wad lecz tego nie widzi. Rzadko kiedy miała dla niego czas. Była ciągle czymś zajęta, w firmie, gdzie była księgową, lub w domu. Czasem przypominała mu pracowitą mrówkę targającą nieprzerwanie jakiś wielki liść. Kiedy skończyli rozmawiać, Alfred wolałby, aby rozmowa z Penelopą nigdy nie miała miejsca. Przyszło mu także do głowy, że byłoby lepiej, aby nie był żonaty, bo małżeństwo nie jest instytucją stosowną dla niego, osoby niezależnej w myśleniu i działaniu. Wyznał to kiedyś Erazmowi:

– Nie jestem i nigdy nie byłem odpowiednią partią małżeńską. Kto by ze mną wytrzymał?

Myśl ta przychodziła mu nieprzypadkowo do głowy, ponieważ stały za nią pytania o to, czy w ogóle powinien się żenić. Zadawało mu je wiele osób, jego rodzice, nauczyciele w szkole, z wyjątkiem przyjaciół no i narzeczonych, późniejszych żon, Penelopy i Anabelli.

Trudności porozumienia się z żoną wychodziły na jaw także w trakcie spotkań towarzyskich. Kiedyś wyrwało mu się w rozmowie z koleżanką Penelopy, opowiadającą o obiedzie przygotowywanym na jakieś święto rodzinne:

– Mówi pani jak moja żona. Czy pani też tak rozmawia ze swoim mężem?

Kobieta udzieliła odpowiedzi bez namysłu. Alfred był przekonany, że było to przemyślane i przećwiczone.

– Ja w takich momentach odpowiadam mężowi „wrrrrr” i on przestaje mówić.

Alfred zareagował nietypowo; roześmiał się. Rzadko zdarzało mu się śmiać tak spontanicznie. Nie podobało mu się to, ponieważ nie było mu wcale do śmiechu. Śmiejąc się, zachował się jak mężczyźni nie przywiązujący wagi do tego, co ktoś mówi poważnie. Nie chciał, aby widziano go i oceniano tak samo jak innych mężczyzn uznawanych powszechnie za „normalnych”.

Żeniąc się z Anabellą miał już za sobą doświadczenia jednego małżeństwa. Był ostrożniejszy, wahał się przez pewien czas. W decyzji pewną rolę odegrała historia imienia Anabella. Według niej była to kobieta pełna uroku osobistego, pozytywnie nastawiona do życia, tolerancyjna i romantyczna. Romantyczność wiązała się możliwością niezwykłych pomysłów, wynikających z jej artystycznej duszy. Anabella miała być też uparta, niechętna do zmiany zdania.

Alfred nie brał poważnie historii imienia, dopóki nie odnalazł w niej swoich własnych obserwacji dotyczących rzeczywistej Anabelli. „Anabella sprawdza się w zawodach związanych ze sztuką i jako nauczycielka”. To ostatecznie przeważyło szalę. Sam był nauczycielem i cenił ten zawód. Pod koniec małżeństwa z Anabellą wiedział już, że druga część historii imienia była znacznie bliższa prawdy niż pierwsza.

Porzuciwszy wspomnienia przedślubne, Alfred przypomniał sobie pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem. Był to żart, który można było opowiedzieć każdej osobie dorosłej. Zastanawiał się nad tym chwilę.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Dziś dzieci w szkole podstawowej mają więcej doświadczeń seksualnych niż dawniej niejeden dorosły. Piętnastoletnie dziewczynki zachodzą w ciążę.

Odpowiedź na pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem była prosta: stosunkowo żadna. Alfred uznał żart za banalny i niegodny uwagi. Był zły na siebie, że zajmuje się głupotami.

Odc. 32 (ostatni) Skok

Od kilku dni Alfred przeczuwał, że zdarzy się coś niezwykłego. Zadzwoniła do niego nauczycielka filozofii i etyki ze szkoły i poinformowała, że w nocy będzie widoczny na niebie superksiężyc.

– To pełnia księżyca, kiedy jest on najbliżej ziemi. Znajduje się w punkcie zwanym perigeum. Jest wtedy czternaście procent większy i trzydzieści procent jaśniejszy. Oglądaj, jeśli masz taką możliwość, bo nigdy więcej takiego księżyca nie zobaczysz. To jedyna szansa w życiu, które przecież nie trwa wiecznie.

Najdogodniejszym miejscem obserwacji superksiężyca był hotel Athabaska, mieszczący się w najwyższym budynku w mieście. Alfred pojechał tam swoim samochodem, zaparkował go na podziemnym parkingu i od razu udał się na taras na szczycie budynku. Przyjazd w to miejsce planował już od kilku tygodni. Miał wcześniej ustalony cel niezależny od oglądania superksiężyca.

Na tarasie zebrał się już niemały tłum, wszyscy czekali na niezwykły widok. Kiedy księżyc ukazał się, Alfred skierował się bezpośrednio do barierki ochronnej. Stało przy niej kilkanaście osób. Przeprosił je, aby znaleźć się na samym przodzie.

Był przygotowany. Miał na sobie odpowiednie wyposażenie. Jego zdobycie nie było proste. Takich urządzeń nie było w oficjalnej sprzedaży. Sama informacja, że coś takiego istnieje, była już cenna. Ucieszył się, kiedy na nią trafił. Zdążył jeszcze kupić specjalny spadochron. Miał szczęście, bo stronę wkrótce zlikwidowano. Kilka razy przeczytał instrukcje i sprawdził wszystkie szczegóły i mechanizmy spadochronu.

Po pokonaniu barierki rozłożył ręce, tak jak sobie wyobrażał, że skacze się do wody z wysokiej sterczącej nad oceanem skały. Był szczęśliwy, kiedy leciał w dół. Zanim skoczył, pomyślał, że są to najcenniejsze chwile jego życia. Nie był pewien, czy będzie mógł opowiedzieć tę niesamowitą historię, stanowiącą ukoronowanie wszystkich jego przeżyć, nauczycielce filozofii i logiki.

– Na pewno by się ucieszyła. Zawsze lubiła mnie słuchać.

Przed jego oczami pojawiła się na sekundę jej twarz, poważne siwe oczy i łagodny uśmiech.

– Ten skok to moje największe osiągnięcie – powiedział jej.

Skinęła tylko głową na znak zrozumienia. Tak się zapamiętał w nadzwyczajnym locie, że przestał cokolwiek czuć poza samym faktem istnienia.

Otwieranie spadochronu ustawione było na trzysta metrów nad ziemią, pełne rozwarcie czaszy nastąpiło sto metrów niżej. Alfred ustawił prawdopodobieństwo otwarcia spadochronu w położeniu 50 – 50, dając równą szansę jego otwarcia jak i nieotwarcia. Był to skomplikowany mechanizm losowy pozwalający na różne stopnie prawdopodobieństwa w zależności od ustawienia. Alfred mógł zwiększyć szansę otwarcia spadochronu zaczynając od skali 51 do 49. Nie zrobił tego.

Spadochron otworzył się mocnym szarpnięciem. Pod nim był plac z ławkami i wielkimi donicami z kwiatami. Istniała jeszcze szansa, że wyląduje na jednej z tych przeszkód. W najgorszym wypadku ryzykował złamanie nóg. Nic takiego nie nastąpiło. Odczuł tylko wstrząs lądowania na betonowej powierzchni. Złagodziło go amortyzujące obuwie. W tym momencie Alfred uznał, że wybrał słuszną drogę, ekscentryczności w najwyższym stopniu, jedynej postawy w szalonych czasach, które pierwszy przeczuł i przepowiedział.

Wstał z ziemi, pozbierał się i rozejrzał. Wokół poruszali się ludzie. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł na ławce i podjął decyzję. Postanowił postawić pomnik sobie, ekscentryczności i szaleństwu. Musiał być czarny i oryginalny w formie.

– Będzie to rzeźba symboliczna: upiorne oczy, zdeformowany człowiek żyjący pełnią życia, dominująca nad nim despotyczna władza oraz niosący zagładę wirus – zdecydował.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, wrzesień 2020

0Shares

Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal w końcu zdecydował się zapuścić brodę. Od dawna o niej marzył. Jego ideałem była broda gęsta, czarna jak smoła, imponująca wielkością. Miał ku temu stosowne warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku był niepewny, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co odróżniłoby go od innych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem kultury i podróżnikiem i widział wielu brodatych mężczyzn. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta czasem sprowadzała go na manowce. Wypominano mu to, lecz nic konkretnego z tych sugestii nigdy nie wynikło, oprócz przejściowego zachwiania jego samopoczucia i wiary w rozum bez granic.

Co do własnej brody miał na początku chyba niezbyt jasne oczekiwania.

– Jakkolwiek by ona nie wyglądała, ważne jest to, abym oglądając siebie w lustrze odczuwał radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Erazm był kimś wyjątkowym w jego życiu. Był wieloletnim przyjacielem, zaufanym i niezawodnym. Admireusz mógł z nim rozmawiać na dowolny temat, bez obawy, że Erazm będzie starać się narzucić mu własny punkt widzenia, lub sugerować coś, co nie leżało w interesie Admireusza. Zawsze dobrze im się rozmawiało, ponieważ reprezentowali podobny system wartości i sposób widzenia świata. Byli uczciwi wobec siebie, starali się też być obiektywni w ocenie zdarzeń, ludzi i rzeczywistości. Co najważniejsze, Erazm od lat nosił brodę, był więc nieocenionym źródłem wiedzy i refleksji nad tym, co znaczy być brodaczem.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z jego poczucia bycia niekochanym. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując brodę pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano.

Życie bez miłości i uwielbienia było dlań nieprzyjemnie odmienne w porównaniu z wczesnym dzieciństwem. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu miłość, oferując pieszczoty, ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Wspomnieniami z okresu wczesnego dzieciństwa okresu nie dzielił się z nikim, nawet z Erazmem, tak bardzo były intymne.

W dorosłym wieku Admireusz nie doznał szczęścia w miłości. Dwie próby wspólnego życia z kobietą były nieudane, skończyły się tylko na przyjaźni. Nie rozwinęły się w prawdziwą miłość, jak oczekiwał. Od tej pory Admireusz pozostawał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która obdarzyłaby go prawdziwym uczuciem. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez najbliższą rodzinę, szczególnie matkę.

Kobietę uważał za istotę nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych.

Adorację ze strony kobiety wyobrażał sobie w różnych formach: podziwu, respektu, nawet fascynacji. Często zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne. Lubił o tym myśleć; sprawiało mu to przyjemność. Pilnował się jednak, aby nie pójść za daleko, nie przesadzić, nie stać się narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Admireusz był wykładowcą na Uniwersytecie Humboldta, na Wydziale Antropologii Kultury, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego. Z niepokojem myślał o tym, że proporcja osób adorujących go na uczelni mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na wydziale studiowali głównie mężczyźni myślący o karierze dyplomatycznej, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się kiedyś z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Gdyby tak się stało, ludzie mogliby utożsamiać mnie z osobami o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę. Nie powiedział tego głośno, ale miał na myśli LGBT.

Admireuszowe pragnienie posiadania brody wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Było to w okresie, kiedy pomysł brody dopiero raczkował w jego głowie. Chodziło o Igora Kardanowa, który – wykorzystując słabości demokracji – podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł do zaufanych ludzi Kardanowa, w najlepszym przypadku Admireusz byłby oskarżony o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii i relegowany z uczelni jako persona non grata.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Kardanowa, rażącego go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez punktu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności czy choćby przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Podobnie odrażający byli dlań ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o identycznie gładkich i obleśnych obliczach jak ich pryncypał. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o twardą powierzchnię, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Brodaty Admireusz nie miał łatwego życia. Jego obfity zarost nie przypadł do gustu rodzinie; w sposób bardziej lub mniej bolesny usiłowano mu ją obrzydzić. Broda Admireusza wydała się im czystym wymysłem, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując zdeformowaną rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca. Nie szczędzono mu uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz zdecydowanie gorzej niż poprzednio, jak człowiek zaniedbany”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie. Mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”

Matka Admireusza, osoba, która z miłości nadała mu to niezwykłe imię, rozpaczała najbardziej, nie szczędząc mu bezlitosnych porównań.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub pijany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywe argumenty.

– Golenie drażni mu skórę.  Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

W chwilach nasilenia presji rodzinnej odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego. Tym niemniej nie ustąpił.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza czas pozostawał jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm; lizał ją przy okazji każdego zbliżenia się do twarzy swojego pana. Admireusz cieszył się tą zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi przeżyciami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszę się publicznie. Pies jest jedyną istotą kochającą człowieka bez względu na to, jak się prezentuje. Myślę o moim jamniku Sabirze, jedynym bezwarunkowym miłośniku mojej brody. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany pocałunkami.

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo zapętlę się w emocjach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć oczom, ustom, nosowi i uszom, atrybutom twarzy, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby zgłębiać kulturę kraju i doskonalić język. Wyprawiał się zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Dziekan Wydziału Antropologii Kultury udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, wydatnie podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni publicznie w mundurach koloru zielonej oliwki bez medali i odznaczeń. Otaczała ich aura odmienności, powagi i romantyczności. Byli nietypowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, ale mimo znojnego życia i nieprzerwanej konfrontacji ze śmiercią nie pili, nie rabowali, zachowywali się wyjątkowo przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn przystojnych i nowoczesnych. Pod koniec pobytu myślenie Admireusza zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycjach i zwyczajach noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Studenci poprosili go o pozostawienie im inicjatywy rozwinięcia tematu. Odpowiadało to Admireuszowi jak i władzom wydziału.

Grupa studencka podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie spektaklu dydaktycznego, korzystając z sali i instalacji teatralnych uczelnianego Wydziału Animacji Kultury.

Temat „Broda w historii i kulturze narodów” został ogłoszony jako wydarzenie teatralne, na które zaproszono całą społeczność uczelnianą, naukowców, pracowników administracyjnych oraz studentów. Audytorium wypełniło się po brzegi.

Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, aby dokonać krótkiego wprowadzenia do aktu, jaki miał się rozegrać. Chwilę po tym na scenie ukazywał się student ucharakteryzowany na historyczną postać.

Pierwsza prezentacja dotyczyła Babilonu, najstarszej cywilizacji, znanej ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Przed widownią stawił się jak żywy nie kto inny jak sam Hammurabi, król I dynastii Babilonu, autor słynnego Kodeksu Praw, kojarzonego ze słowami „oko za oko, ząb za ząb”. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna. Pojawienie się Hammurabiego na scenie wywołało nieoczekiwaną reakcję. Koleżanki i koledzy z Wydziału Antropologii Kultury głośno zgadywali, kim jest aktor, wymieniając jego imię. Kiedy wybór okazał się trafny, student ukłonił się wyrażając pochwałę pod adresem zgadującego i zszedł ze sceny.

W starożytnym Egipcie noszenie brody było przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla wysokich rangą funkcjonariuszy państwa. Brodę zazwyczaj barwiono henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka; była to oznaka najwyższej władzy w państwie. Nikt oprócz faraona nie miał prawa nosić takiej brody.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Zwyczaj jej noszenia przetrwał dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych. Sadhu, jaki pojawił się na scenie, zdobiła niezwykle obfita, czarna broda, ze śladami siwizny na krawędziach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry. Brodę świętego męża dopełniały gęste włosy splecione w dredy oraz szerokie pasma kolorowej farby na czole.

W starożytnej Grecji broda była świadectwem męskości i siły. Mężczyzna bez brody oznaczał młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem tego okresu okazał się Sokrates. Szczyt głowy filozofa pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę ufryzowaną w loki, okalającą pełną twarz z masywnym nosem.

W średniowieczu broda była oznaką męstwa i honoru. Okres ten reprezentował Karol IV Luksemburski, ubrany w niezwykły biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych, zielono upierzonych ptaków. Władca wyglądał jakby wyjęto go z ram świętego obrazu: złota korona, wyrazisty nos, czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Inscenizacja, charakteryzacja, ubiory i prezentacje teatralne okazały się tak udane, że wkrótce na Wydziale Antropologii Kultury powstał Klub Młodych Brodaczy, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja noszenia brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Szczęście studentów nie trwało jednak długo. Po okresie rosnącej popularności, kiedy brody członków klubu nie rzucały się jeszcze nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się niechęć, a wkrótce za nią wrogość wobec członków Klubu Młodych Brodaczy. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, narzeczonych a nawet koleżanek studentów starających się wybić na samodzielność osiągnęła taki poziom, że stanęli oni przed zabójczym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym lub miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie pójdzie całkiem w zapomnienie dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom.

Dla Admireusza było to marne pocieszenie. Dociekając źródeł nienawiści do brody i jej wyznawców, doszedł do wniosku, że zainicjowały ją zrzeszenia i związki zawodowe fryzjerów oraz dystrybutorów sprzętu i akcesoriów do golenia. Nie sposób było jednak udowodnić komukolwiek podstępnych intencji.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię zatrudnioną na Wydziale Animacji Kultury. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cyntia, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie.

W oczach Admireusza była kobietą niezwykle urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Z czasem nachodziła go okropna myśl, że bez tej ozdoby Cyntia nie byłaby w stanie wzbudzić w nim gorącego uczucia, jakim do niej zapałał. Było to już w okresie wielkiej intymności, kiedy leżąc przed nim z rozłożonymi zapraszająco udami wydawała mu się niekompletna i jakby mniej podniecająca bez rozsypanej na poduszce cudownej czupryny.

Koledzy wykładowcy widzieli w Cyntii raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował kiedyś sceptyczne uwagi Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cyntia nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby ona stać się przeszkodą w ich coraz namiętniejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cyntię, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cyntię wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cyntię z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cyntia zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Wsteczna ewolucja. Opowiadanie fantastyczne.

 

Euzebiusz Kasyda od pewnego czasu prowadził monologi wewnętrzne. Rozmawiając ze sobą, rozmawiał z wszystkimi ludźmi. Wierzył w siłę i znaczenie takiego postępowania. Latem zaczynał wcześniej, zimą później. Zapisywał to, co mówił, aby mieć dowód, że mówił prawdę.

– Nie uwierzycie w to, co powiem. Jest godzina 4.50. Budzę się. O tej porze budzę się regularnie od miesięcy. Patrzę na budzik. Po co mi on, skoro sam się budzę z wielką punktualnością? Wyrzucam go do kosza na śmieci. Dzwoni w proteście więc go wyjmuję z kosza i przydeptuję nogą. Milknie.

Na zewnątrz kwilą ptaki. Że też nie jest im zimno! Ja w takiej sytuacji nie kwiliłbym. Dobrze, myślę. W szybie drzwi balkonowych większych niż dźwig budowlany widzę siebie. Jestem zgarbiony, ręce długie opuszczone wzdłuż boków ciała. Jest dosyć szczupłe, można by powiedzieć skąpe, nie całkiem jednak. Myślę, że człowiek jest bardziej małpopodobny niż że małpa jest człekokształtna, jak to utrzymują mieszkańcy naszego globu. Czuję coraz mocniej, że chcę być małpą. Pragnę tego, mam poważne powody.

Wczuwam się w jej postać i rolę. Myślenie idzie mi nieco wolniej. Teraz rozumiem, dlaczego małpa mówi krótko, a człowiek długo, w dodatku często łże. W miarę przeobrażania się myślę, że nie będzie źle. Myślenie we mnie nie zanika, tylko zmienia się. Jest spokojniejsze, bardziej pozytywne. Postanawiam odczłowieczyć się do końca. 

Wychodzę na środek pokoju, aby mieć więcej powietrza. Przekształcam się, ewoluuję wstecz. Bardziej się już garbię, ręce się wydłużają lecz brzuch wciąż wystaje jak piłka.

– Idzie opornie, ale dam radę. Małpa potrafi, myślę, wspominając rudych i siwych osobników rządzących wielkimi narodowymi stadami. Nie znoszę ich. Choć w części chciałbym być kimś takim. Myślę o majątku, jaki zbijają przy okazji rządzenia. Taka góra szmalu! I to wszystko dla siebie. No i ta niezwykła lojalność ludzi otaczających rządzących. Wierność aż do grobowej deski! I za co? Za poczucie siły i bezkarności, przywileje i szmal. 

– Dlaczego chcesz całkowicie zmałpieć, pytam sam siebie dla uzyskania całkowitej pewności, że nie błądzę. Źle jest ci być człowiekiem? Ostatecznie, za kilka milionów lat będziesz musiał zejść z drzewa i ucywilizować się.

– Drzew już wtedy nie będzie, odpowiadam sobie. Nie będzie zwykłej wody i zwykłego powietrza, będą tylko wielkie miasta i dwadzieścia miliardów ludzi. Będą jedli wszystko, co zielone lub się rusza. Zostaną tylko wirusy. Będzie beznadziejnie. Bez wody, lodowców, powietrza będzie susza, tajfuny, potopy, pożary i tsunami. Taki tajfun to tak ci we łbie namiesza, że hej! Trzeba będzie mieszkać na księżycu lub Marsie.

Wracam do pytania, dlaczego chcę się całkowicie odcywilizować.

– Bo człowiek to bezrozumna istota. Niszczy przyrodę i tworzy potencjał unicestwienia siebie samego.   

– Dlaczego tak sądzisz, pytam.

– Popatrz na dowolnego wielkiego przywódcę, na jego zbrodnie. Jest ich wielu. Nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego. Łgarz, złodziej, krzywoprzysięzca, często morderca. Taki to wymyśla sobie nawet Boga, którego kreuje na podobieństwo ludzkie, twierdząc, że jest na odwrót. Wysługuje się nim, upierając się, że on, człowiek, robi tylko to, co Bóg chce. Na szczęście Bóg jest oporny i broni się jak może. Przeważnie milczy, a niekiedy przypomina, że przyroda to nie jest wymysł, że ma swoje środki rażenia, różne choroby, epidemie, pandemie, cholery, dżumy – wyliczam i chcę uporządkować ich listę alfabetycznie. Nie! – postanawiam. Tylko nie alfabetycznie. To zbyt ludzkie. 

Godzinę później jest już jaśniej. Widzę, że nie poczyniłem wielkich postępów na drodze ewolucyjnego uwstecznienia się. Ta sama zgarbiona sylwetka, długachne łapy, wystający brzuch. No, może już trochę mniej wyraźny. To dobrze. Nos też mam już szerszy i wolniej mi się myśli; wolniej ale i swobodniej. Zauważam jeszcze włosy porastające całe ciało i trochę mniej włosów na głowie. Łysieję, myślę ze zgrozą. Nie chcę łysieć, postanawiam. Żadna małpa nie jest łysa!

Przede mną pojawia się drzewo. Wyciągam łapy przed siebie, aby uchwycić się gałęzi, wyciągnąć na całą długość, pohuśtać. A tu nic wokół. Gdzie puszcza amazońska, gdzie niezmierzona tajga? –  pytam. Nic tylko głusza. Wszystko wycięli!

– Kurwa mać – przeklinam. Myślę, że jak już całkiem zmałpieję, to zostawię sobie przekleństwa na pamiątkę. To będzie jedyny ludzki dorobek we mnie, człowieku z demobilu przekształconym w małpę, istotę pozytywną, nie niszczącą środowiska naturalnego, bez trzech tysięcy pocisków jądrowych, szowinizmu, terroryzmu, dyskryminacji, nienawiści rasowej, przewożenia wirusów z jednego kontynentu na drugi, bez gór śmieci, spalin, wyścigu szczurów i podobnych osiągnięć. 

Obmyślam hasła. Precz z demokracją, którą można manipulować. To pierwsze. Mam też dłuższe: Precz z władzą cyborgów o starczym ciele i zważonym umyśle, z wielkim brzuchem, laską, maseczką powagi na dziobie oraz sardonicznym uśmiechem w zaciszu własnego gabinetu.

Tak, bezwzględnie chcę być małpą, umacniam się w tym przekonaniu, choć nie odejdę dostatecznie daleko od człowieczeństwa, bo małpy łączy z ludźmi dziewięćdziesiąt osiem procent cech genetycznych. Mamy prawie identyczny genom. Ludzie nie lubią o tym myśleć, bo nie tak jest w Piśmie Świętym i w Kościele. Trudno się mówi, przekonuję siebie. Ewolucji, historii ani religii nie przeskoczę.

Będę natomiast rozdawać autografy. Ten zwyczaj zachowam. Zmienię imię na Kacper i będę podpisywać się lewą ręką. To zdaje się pomaga. Zyskam popularność. Będę wszystkich pozdrawiać małpim gestem, ponieważ nie podoba mi się wyciągnięte na wprost ramię. Na tym kończę, bo słabo mi się zrobiło od myślenia o człowieku.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 12 06 2020

0Shares

Aforyzmy i myśli

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego – nie raniąc innych po drodze – aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez dyktatorów ku chwale własnej lub rodziny po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U niektórych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej wymienisz prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, szybciej staniesz się bezbożnikiem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaki od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

W wystąpieniach telewizyjnych wybrańców narodu najcenniejszy jest widok poruszających się ust oraz błysk złotego zęba mądrości.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 kwietnia 2021

0Shares

Poezje refleksyjne “Oniemiałość”.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam poniżej kilkanaście wierszy z niedawno opublikowanego drugiego zbioru moich poezji zatytułowanego “Oniemiałość”. 

Anioł miłości

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

Co mnie przeraża 

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Nad Jeziorem Alberta

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie 
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Oli P.

Widzę Cię, Panno Młoda,
w białych muślinów powiewach,
ciesz się, Twoją dziewczęcość
sen o miłości rozwiewa.

Lecz nie zapomnij o sobie
oddając się uczuć niewoli,
bo rozpacz gorzką odkryjesz,
która Cię bardzo zaboli.

Życzę Ci pełni szczęścia
oraz miłości spełnienia,
a gdyby troski nadeszły,
daru ich zapomnienia.

Życzę powiewów wiosny,
słońca promiennych nastrojów
i dzieci, co szczęściem Ci będą
i źródłem niepokojów.

A jeśli smutek w Twym sercu
nie daj, Boże, zagości,
pociechą służyć Ci pragnę
mojej nieśmiałej miłości.

Poniżej jednozwrotkowe fragmenty wierszy: 

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Bóg uczłowieczony

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Droga przez wydmy

Biegnie przez wydmy. Ciągle w górę,
wyprzedza myśli, dogania chmurę,
słońce mu liże twarz promieniami,
dyszy zmęczone jak pies zziajany.

Fraszki

Ukochałem szczerze fraszki,
umysłu figlarne igraszki,
śpiewne jak kanaryjskie ptaszki,
wiotkie przezroczystością ważki.

0Shares

Natręt. Opowiadanie kryminalne.

Mężczyzna siedział na samym dole krótkich, wysokich schodów prowadzących z ulicy Drobnej na ulicę Samarytańską, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Miał podniszczoną twarz i przekrwione oczy, jego włosy i broda były w nieładzie a czoło nad prawym okiem szpeciła świeża blizna. Twarz postarzał zarost niegolony od kilku dni. Na policzku poniżej widoczne były ślady drobnych zadrapań. Ogorzała skóra sugerowała regularne przebywanie na świeżym powietrzu. Wygląd mężczyzny niewiele poprawiała czysta niebieska koszula z krótkimi rękawami, dwiema dużymi kieszeniami i pagonami na ramionach oraz nowe krótkie  spodenki w ciemnym kolorze, z których wystawały chude nogi. Ludziom śpieszącym na przystanek widok podpitego mężczyzny mimowolnie nasuwał określenie menel. 

Karol Sapieha, właściciel dobrze prosperującego warsztatu samochodowego Auto-Manit, maszerował ze wzrokiem utkwionym z ziemię. Ulica była nierówna, patrzył więc pod nogi. Śpieszył się do autobusu; chciał dotrzeć na plażę co najmniej godzinę przed zachodem słońca, aby wykąpać się i posiedzieć trochę na ciepłym piasku. Mężczyznę siedzącego na schodach zauważył z odległości kilku metrów i od razu poczuł do niego niechęć. Było w nim coś antypatycznego. Karol pomyślał z niechęcią:

– Pijaczyna i obibok.

Nazwał go pijaczyną tylko dlatego, że był raczej drobnej budowy. Nie lubił osób leniwych i nadużywających alkoholu. W pracy miał tylko problemy z takimi ludźmi.

Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na Sapiehę, kiedy zbliżył się do schodów. Mówił powoli, przymykając oczy, jakby był zmęczony.

– Przepraszam pana. Czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

Karol popatrzył na niego. Z bliska widoczne były krótko przycięte wąsy, jaśniejsze niż włosy na głowie, oraz ślady siwizny na skroniach. Na środku twarzy sterczał wyraźny bulwiasto zakończony nos.

Niechęć Karola do pytającego nie przeszkadzały mu, aby odpowiedzieć na pytanie. Zawsze starał się być pomocny, nie był tylko pewny, czy tym razem udzieli prawidłowej odpowiedzi. Wiedział, gdzie jest dzielnica Zarzecze, nie przypominał sobie jednak żadnego autobusu idącego w tamtym kierunku.

– Chyba nie. Nie sądzę, aby z tego przystanku mógł pan dojechać bezpośrednio na Zarzecze.

Mężczyzna podziękował i zamilkł. Karol wszedł na górę po schodach i skierował się do wiaty przystankowej, aby sprawdzić godzinę odjazdu swojego autobusu. Odszukał numer sto dwadzieścia siedem. Odjazd miał nastąpić za piętnaście minut.

Odwrócił się i znowu zobaczył zaniedbanego osobnika z blizną i podrapaną twarzą. Siedział na ławce pod wiatą, niecałe trzy metry od niego, na przeciwnym końcu przystanku. Karol pomyślał, że niepostrzeżenie wszedł po schodach zaraz za nim.

Na przystanku było już kilka osób: dwie młode kobiety z dziećmi w wózkach, małżeństwo w średnim wieku, samotna, siwiejąca niewiasta z granatową torbą wypełnioną zakupami oraz trójka rozprawiającej żywo młodzieży. Nie mając nic lepszego do roboty, Sapieha chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi chodnika. Kiedy znalazł się na wysokości menela, ten wstał z ławki i zapytał go:

– Nie wie pan, czy dojadę stąd na Zarzecze?

Sapieha popatrzył uważnie na stojącego przed nim człowieka. Zastanowił się, dlaczego pyta go po raz drugi o to samo. Odpowiedział niechętnym tonem:

– Wyjaśniłem panu wcześniej, że stąd nie ma bezpośredniego połączenia z Zarzeczem.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły bezmyślnie gdzieś w przestrzeń na prawo od Karola, który nie czekając podjął spacer wzdłuż krawężnika. Pijaczek odszedł na bok, obrócił się i zaczął gapić się na dom mieszkalny po drugiej stronie ulicy Samarytańskiej. Sapieha przyglądał mu się dyskretnie, prześlizgując się po szczegółach ubioru i sylwetki. Kiedy doszedł do twarzy, skojarzył sobie, dlaczego go nie lubi.

Wrócił pamięcią do wydarzenia sprzed prawie trzydziestu lat. Był wtedy uczniem liceum, mieszkał w internacie. Szkoła znajdowała się w centrum miasta, internat natomiast na jego obrzeżu, trzy kilometry dalej. Było już późne popołudnie. Karol wracał z miasta. Lubił tę porę dnia. Robiło się chłodniej, ściemniało się. Szedł zamyślony przez park, za którym majaczyły już budynki internatu. Z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna. W momencie zrównania się, obcy zatrzymał go i zapytał o adres. Kiedy Karol się zastanawiał, mężczyzna uderzył go w twarz i silnym pchnięciem powalił na ziemię. Schylił się, przydusił kolanem jego ramię i bezceremonialnie przeszukał mu kieszenie oraz torbę z podręcznikami. Zabrał mu wszystkie pieniądze, jakie miał w portmonetce i zażądał oddania portfela. Tłumaczenie, że nie ma portfela oraz niewielka kwota pieniędzy, rozdrażniły chyba napastnika, bo odchodząc kopnął leżącego i splunął w jego kierunku. Karol zapamiętał jego rozwichrzone włosy, nierówną brodę oraz ślad sinej blizny nad okiem.

Po kilku minutach spaceru wzdłuż krawężnika Sapieha postanowił nie marnować czasu na bezmyślne chodzenie, tylko poczytać książkę. Podszedł do ławki na przystanku, wyciągnął książkę z plecaka i zagłębił się w lekturze. Lubił tę powieść. Przestał obserwować, co dzieje się na przystanku i wokół na ulicy. Siedział na ławce zagłębiony w lekturze, kiedy naprzeciw przystanku gwałtownie zahamował samochód. Głośny pisk hamulców wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał uważne spojrzenia pijaczka; jego oczy natychmiast uciekły w bok.

– Wcale nie jest taki pijany – przeszło przez myśl Karolowi.

Kiedy chwilę później patrzył, czy nie nadjeżdża jego autobus, mężczyzna z podrapaną twarzą wstał, rozejrzał się niemrawo, przeszedł chwiejnym krokiem i usiadł na chodniku tuż obok ławki. Patrzył gdzieś w przestrzeń nad domami. Karol odwrócił wzrok, odchylił nieznacznie rękaw koszuli i dyskretnie przyglądał się nowiutkiemu Rolexowi. To był najcenniejszy upominek, jaki otrzymał w życiu. Dostał go od żony na czterdzieste piąte urodziny. Zaskoczyła go swoją szczodrobliwością; zegarek był wyjątkowo kosztowny i elegancki. Tamtego dnia powiedział swojemu przyjacielowi:

– Rolex po prostu mnie zafascynował. Przeleciałem chyba pół encyklopedii, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym arcydziele techniki i sztuki.

Przyglądając się zegarkowi, podniósł na moment głowę, aby rzucić okiem w kierunku, skąd miał nadjechać autobus. Kątem oka zauważył, że jego prześladowca znowu mu się przygląda. Sytuacja powtórzyła się. Jak tylko obrócił głowę w jego kierunku, tamten natychmiast uciekał wzrokiem, udając że patrzy w inną stronę.

– Bawi się ze mną w kotka i myszkę – pomyślał Karol, zastanawiając się, dlaczego ten człowiek go obserwuje. Czuł się prowokowany.

Brak autobusu w perspektywie ulicy skłonił go do powrotu do książki. Nie przeczytał więcej niż dwie strony, kiedy jego uwagę przerwał znany mu głos:

– Przepraszam pana, czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

– Chyba już po raz piąty pyta o to samo – pomyślał ze złością Sapieha. – Ten typ czepił się mnie jak rzep psiego ogona.

Po chwili opanował się. Nie starał się być uprzejmy. Odpowiedział niechętnie:

– Nie, nie dojedzie pan. Proszę mi dać wreszcie spokój.

Zdecydowana i nieuprzejma odpowiedź Karola chyba nie przekonała natręta, aby dał mu spokój. Nadal siedział rozciągnięty niedbale i patrzył w ziemię; wyglądało to tak, jakby czerpał stamtąd energię do zadawania dalszych pytań. Po kilku minutach bezmyślnego  patrzenia przed siebie znowu zadał to samo pytanie. Karol nabrał przekonania, że sprawia to mu jakąś perwersyjną przyjemność.

Nastąpiła chwila przerwy. Autobusu wciąż nie było, natręt przestał powtarzać swoje pytania. W pewnym momencie Karol znowu zauważył, że mężczyzna przygląda mu się bardzo uważnie. Trwało to ułamek sekundy.

Na przystanku ubywało ludzi. Przyjeżdżały różne autobusy, ale nie jego. Sytuacja coraz mocniej działała mu na nerwy. Ludzi było coraz mniej, w końcu na przystanku zostali tylko on i pijak, który znowu z uporem maniaka zaczął powtarzać swoją beznadziejną mantrę o autobusie do Zarzecza.

– Przeklęty oberwaniec! – myślał Karol z rosnącym gniewem. Żałował, że nie pojechał na plażę swoim samochodem. Był zmęczony po całym dniu pracy i chciał sobie ułatwić życie. Miał blisko do autobusu, sto dwudziestka siódemka dojeżdżała prawie aż pod samą plażę. Siedzenie w autobusie i gapienie się przez okno relaksowało go.

Autobus wciąż nie nadjeżdżał, mimo że rozkładowa godzina odjazdu już dawno minęła. W Karolu skumulowała się zła energia. Przypomniał sobie napad, kiedy był uczniem, dręczyła go świadomość, że nie zdąży na plażę oraz uparcie spóźniający się autobus, nawet ostatnia sprzeczka z żoną. Agresywna nachalność pijaka doprowadziła go do ostateczności. Miarka przebrała się. Musiał rozładować to napięcie. Czuł, że zaraz wybuchnie i zrobi coś niedorzecznego. Miarka przebrała się, stracił cierpliwość. Do głowy przyszedł mu szalony plan.

– Po prostu zwariowałem – uznał w duchu. Przestał się wahać.

Powiedział natrętowi:

– Mój autobus nie przyjeżdża i nie wiem, czy w ogóle przyjedzie. Parę minut stąd jest inny przystanek, z większą ilością połączeń, z którego może pan dojechać na Zarzecze. Ja też tam z pewnością będę mieć połączenie dla siebie. Jeśli pan chce, możemy pójść tam razem.

Mężczyzna zgodził się bez zastanowienia.

Szli nie śpiesząc się. Na początku milczeli, każdy z nich był zatopiony we własnych myślach. Potem pijak zapytał go o coś i Karol odpowiedział. Wywiązała się rozmowa. Karol odpowiadał prawie automatycznie, niewiele myśląc. Nie miało już znaczenia, o co pytał go idący obok człowiek i co on mu odpowiadał. Uspokoił się już wewnętrznie, wiedział dokąd idzie i po co. Postanowił dać nauczkę dręczycielowi.

Po kilku minutach doszli do krawędzi lasu, tuż przy nowym osiedlu mieszkaniowym. Było to odludzie na obrzeżu miasta zarośnięte młodymi brzozami. Karol uważnie patrzył przed siebie. Wokół nie było żywego ducha. Kilkaset metrów dalej na bocznej drodze widać było rowerzystę, Sapieha wiedział, że zaraz przejedzie i zniknie. Znał ten teren, chodził tam czasem na spacer.

Nadszedł czas działania. Karol zatrzymał się i schylił, pozorując potrzebę zawiązania sznurówki. Na ziemi w zasięgu ręki miał solidny kawał drewna, idealny dla jego celu. Akurat taki, jaki można było wygodnie uchwycić. Zamierzał dać nauczkę pijanemu natrętowi – przyłożyć mu porządnie kilka razy za wszystkie doznane krzywdy. Pochylił się sięgając po narzędzie kary kiedy poczuł uderzenie czymś ostrym w plecy i ból w klatce piersiowej, przenikliwy i szarpiący. Oszołomiło go to, nie miał pojęcia co się stało. Wkrótce nadeszło drugie uderzenie, w końcu trzecie, już mniej bolesne. Tracąc przytomność czuł, jak pijak ściąga mu z ręki Rolexa. Dopiero wtedy dotarło do niego, że został wywiedziony w pole, że sceny na przystanku były czystą prowokacją. Poczuł ogromny żal, przede wszystkim do siebie, że po raz drugi pozwolił, aby ktoś go tak podle potraktował. Upadając, jego ciało obróciło się. Leżał na plecach i patrzył w niebo. Usiłował coś wydobyć z siebie, lecz wargi odmawiały mu posłuszeństwa. Zdążył tylko wyszeptać:

– Boże! Tak dać się oszukać!

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 19 maja 2020

0Shares

Papier. Opowiadanie kryminalne.

Odc. 1

Cezary Brago, student czwartego roku automatyki, biegł spokojnym krokiem wzdłuż ulicy Nowa Bulońska. Była niedziela, godzina piętnasta. Nie był to najlepszy czas na bieganie, ale nigdy nie potrafił zebrać się wcześniej. Uważał, że to kwestia organizmu; nie był skowronkiem tylko sową. Kładł się spać bardzo późno i późno wstawał. Zanim zgromadził dostateczną ilość energii, było już popołudnie. Tego dnia marudził, zresztą nigdy nie był w stanie rozpocząć biegania wcześniej niż o godzinie piętnastej.

Poruszał się swoją nową ulubioną trasą, chodnikiem ciągnącym się wzdłuż ulicy. Była w rozbudowie, rozbabrana pośrodku, dostępna dla ruchu pieszych i rowerzystów tylko w niedziele, kiedy pod nieobecność ludzi i maszyn brała ją we władanie cisza zakłócana jedynie silniejszymi powiewami wiatru. Cezary biegł i myślał o tym, że w epoce inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji i zaawansowanej automatyki wszystko może być zagrożeniem dla człowieka.

Wierzył, że inżynieria genetyczna i sztuczna inteligencja to dwa nurty cywilizacji, które prędzej lub później ją zniszczą. Nie uważał siebie z fatalistę. Po prostu – opierając się na analizie postępu cywilizacyjnego – był przekonany, że wszystko co na początku dobrze rokuje ludzkości ostatecznie przynosi fatalne skutki.

W dyskusjach posługiwał się najchętniej argumentem broni chemicznej i jądrowej, środków ochrony roślin zabójczych dla przyrody i narzędzi masowej inwigilacji, dzięki którym państwo wiedziało wszystko o każdym obywatelu i z łatwością mogło to wykorzystywać przeciwko niemu. Jeśli to nie robiło, lub robiło w niewielkiej skali, to tylko dlatego, że nie dostrzegło jeszcze takiej potrzeby.

Biegnąc, od pewnego czasu Cezary czuł, że coś porusza się za jego plecami; nie odwracał się jednak, sam nie wiedząc dlaczego. Dopiero kiedy coś zaszeleściło za nim tak wyraźnie, że aż podskoczył, zatrzymał się i obrócił głowę do tylu. Nie było za nim nikogo. Tuż przy krawężniku leżał tylko duży kawałek papieru zwinięty w kłąb. Przypatrzył mu się uważnie. Miał wrażenie, że papier też patrzy na niego. Zastanawiał się,  jak to jest możliwe. Przypatrując się uważniej, dostrzegł zarys twarzy na papierowej kuli. Był trochę nierówny na krawędziach, jednakże miał wyraźnie ukształtowany nos, szerokie usta i parę oczu w postaci ciemniejszych plam. Pod wpływem wiatru papier poruszył się i przesunął wzdłuż krawężnika, po czym podskoczył, jakby ktoś go szturchnął. W tym momencie część twarzowa kuli obróciła się w przeciwnym kierunku, jakby udawała, że jej nie ma.

– Zachowuje się zupełnie jak człowiek unikający spojrzenia innej osoby – pomyślał Cezary.

Nie wiedział jak się zachować. Po chwili zrobił dokładnie to samo: odwrócił się tyłem do papieru, aby kontynuować bieg przed siebie. Myślał intensywnie. Wciąż słyszał za plecami ten sam szurgot, szum, szeleszczenie. Zaczęło go to niepokoić. Postanowił wyjaśnić raz na zawsze, o co chodzi dziwnemu zjawisku. Zatrzymał się gwałtownie i obrócił się do tyłu. Papier znowu był za nim, tym razem przyczajony za stertą piachu przykrywającą krawężnik, część chodnika i fragment jezdni.

– Ukrywa się za nią – pomyślał, zastanawiając się, o co chodzi. Nie podobał mu się przedmiot poruszający się za nim krok w krok. Był przekonany, że papierowa kula to pułapka. Wahał się, czy nie warto jej zaatakować i zniszczyć, wdeptując w ziemię: bał się jednak, że może to wywołać niepożądaną reakcję. Mogła wybuchnąć, bryznąć jakimś płynem lub wydzielić z siebie trujący gaz. Nie wiadomo, co kryło się w jej wnętrzu.

Niepewny co robić, postanowił oddalić się jak najszybciej i zniknąć w widocznym już na horyzoncie zielonym zagajniku. Papier ciągle mu towarzyszył. Cezary nie musiał nawet oglądać się. Słyszał teraz regularne cykanie zegara. Niespokojne myśli cisnęły mu się do głowy.

– To nic innego jak miniaturowy ładunek wybuchowy, wystarczający, aby roznieść mnie na strzępy, a przynajmniej poharatać, Wystarczy tylko kilkadziesiąt drobin metalu, które pod wpływem eksplozji rozsypią się we wszystkich kierunkach, Jedna tak drobina w skroń, tętnicę szyjną, serce lub gdziekolwiek w czaszkę, a od razu znajdę się na cmentarzu.

Cezary wyobraził sobie swój pochówek. Zawsze chciał, aby odbyło się to z orkiestrą, fanfarami i marszem Mendelsohna. Lubił muzykę poważną, często jej słuchał.

Zagłębiając się w porywające duszę takty muzyki wielkiego kompozytora, Cezary zapomniał o papierze. Sam mu się przypomniał. Leżał czekając dwa metry przed nim przy stosie drobnych kamieni zrzuconych przy krawężniku. Obok niego leżała druga identyczna kula papieru. Teraz było ich dwóch, dwa przedmioty zawierające w sobie coś żywego, co je uruchamiało i jakąś namiastkę mózgu, który nimi kierował.

To było najgorsze, ta nieokreśloność. Nic ludzkiego, po prostu przedmiot, ale bynajmniej nie martwy, posiadający napęd i umysł – mechanizm podejmujący decyzje, który myślał i sterował całością.

– Zupełnie jak człowiek – analogia nie wzbudziła w Cezarym zdziwienia. Wręcz przeciwnie, uznał ja za uprawnioną a jednoczenie wciąż przekraczająca jego wyobraźnię mimo stałego karmienia je nowinkami o postępie technicznym, technologicznym, medycznym i wszelkich innych nowych wynalazkach.

Odc. 2 

Cezary nie czekał dłużej. Odwrócił się i zaczął uciekać, pozostawiając za sobą dwa kawałki papieru w formie niekształtnych kul. Były podobne do siebie, szare i groźne, nieokreślone w działaniu i możliwościach. Jego myśl zaprzątało zgadywanie, co może nastąpić. Uściślał to, co widział, szukając w pamięci wiedzy o podobnych obiektach.

– Coś, co jest zdolne poruszać się samodzielnie, dostosowywać się do warunków terenu a nawet je wykorzystywać, kamuflując się i kryjąc za nierównościami. Kule korzystają prawdopodobnie z energii słonecznej lub są zasilane energią promieni laserowych emitowanych przez stację nadawczą w kosmosie. Dobrze, że sobie przypomniałem – laser. A może te dwie kule mają tylko naprowadzić na mnie drona? Czeka gdzieś zawieszony w przestworzu, miniaturowy, sekretny, zdolny śledzić człowieka dzień i noc korzystając z technologii GPS. Wystarczy tylko sygnał od nich, a podleci do mnie i potraktuje dawką kwasu solnego, promieniem laserowym lub czymś podobnym, nie pozostawiając żadnych śladów po sobie. Nikt się nawet nie domyśli się, kto był wykonawcą wyroku.

Kto mógł być zleceniodawcą takiego zlecenia, Cezary starał się nie myśleć; zaprzątała go jedynie myśl, jak wywinąć się z opresji. Po chwili przypomniał sobie, kto mu kiedyś groził śmiercią, choć on o tym prawie całkiem już zapomniał. Było to na weselu studenta, przyjaciela z roku. Cezary siedział wśród nieznanych gości przy długim stole. Naprzeciwko, po drugiej stronie stołu, widział mężczyznę. Przypominał upiora z horroru; jego skóra na czole i policzkach, koloru i faktury identycznej jak papier, była mocno naciągnięta. Wyglądała, jakby jej właściciel przeszedł kilka operacji po ciężkich oparzeniach. Cezary w duchu nazwał go Pergaminem.

Rozmawiali o możliwościach nowych technologii w zakresie automatyki. Była to dziedzina, w której Cezary czuł się szczególnie dobrze. Jego rozmówca był pracownikiem jakiegoś instytutu. Też znał się na temacie. Wywiązała się kłótnia. Poszło o zastosowania nowych technologii w przemyśle, transporcie i usługach; co jest, a co nie jest możliwe. Wyglądający na naukowca mężczyzna i Cezary mieli zupełnie odmienne poglądy. Starali się przekonać siebie wzajemnie do swoich zapatrywań. Słuchali ich goście weselni. Udowodnienie racji stało się sprawą honoru. Pergamin zarzekł się, że zabije Cezara. Nie powiedział mu tego otwarcie, tylko w toalecie, kiedy znaleźli się tam sami. Cezary zapamiętał jego oczy, błyszczące, zdrowe oczy na tle okropnej, wysuszonej twarzy. Groźba wydała mu się wtedy efektem przejściowej emocji mężczyzny, z którym wszedł w spór na weselu. Myślenie teraz o tym nie miało sensu, ważniejsze było bezpośrednie zagrożenie.

– Nie ma co myśleć o sądzie ferującym wyrok, kiedy kat stoi nad głową.

To go przywróciło na właściwy tor szukania rozwiązania. Po prawej stronie miał przed sobą las, oddzielony od drogi wysokim otwartym nasypem, którego nie sposób było pokonać. Wypatrywał dogodniejszego wejścia do lasu. Po chwili pojawiła się w oddali gęstwa krzaków.

– Tam skręcę w kierunku lasu, trudniej im będzie śledzić mnie i wykończyć.

Podbiegł jeszcze sto metrów i już miał skręcać w kierunku lasu, kiedy usłyszał przed sobą suchy, nienaturalny śmiech, jakby wychodzący z metalowej rury.

– Chcieliśmy cię tylko nastraszyć, głupku! Gdybyśmy chcieli cię wykończyć, już dawno byśmy to zrobili.

Zobaczył ich wtedy: dwie papierowe kule o nierównych krawędziach przypominające ludzkie oblicza. Leżały na ziemi nieruchomo świdrując go niewidzialnymi czarnymi plamami wzroku. Czuł to spojrzenie. W ich słowach dostrzegł nitkę nadziei. Był zdezorientowany, o co może chodzić. Pomyślał, że chcą go powstrzymać przed ucieczką w głąb lasu. Potem, że był to jakiś pomylony, okrutny żart. Niepewność go zmobilizowała.

– Cholerna sztuczna inteligencja i nowoczesne technologie już chyba dziesiątej generacji! – warknął, aby zrzucić trochę napięcia i dodać sobie otuchy.

Przemógł strach. Podszedł bliżej do kul z wibrującymi na wietrze drobnymi strzępkami papieru. Nie wiedział jeszcze, co zrobi. Chciał im się przyjrzeć i wtedy zdecydować. Podchodził ostrożnie, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Tak było najbezpieczniej. Był w odległości nie mniejszej niż dwa metry, kiedy zobaczył błysk i fala kłującego ognia ogarnęła jego ciało, głowę, tułów, ręce i nogi.

Strużki krwi zalewały mu oczy i usta. Dopiero wtedy Cezary Brago, biegacz, student czwartego roku automatyki, dokładnie przypomniał sobie człowieka, upiora z pergaminową skórą na czole i policzkach, który w trakcie kłótni na weselu zarzekał się solennie, że go zabije.

Kiedy znaleziono człowieka z pokiereszowanym tułowiem, na jego twarzy – pod warstwą krwi i wilgoci – były jeszcze oznaki zaskoczenia i bólu. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, aby przyjrzeć się uważnie denatowi i je dostrzec. Wykonano tylko zdjęcia, wiele zdjęć. Policji nie udało się ustalić niczego oprócz identyfikacji zmarłego, faktu zgonu, czasu, kiedy nastąpił oraz zakresu obrażeń ciała.

Był to rok wielkich niespodzianek, kiedy ludzie ginęli nie wiadomo z czyjej ręki, dlaczego, w jakich okolicznościach, a nawet w jaki sposób. Winiono za to nowoczesne wynalazki, stanowiące zbawienie jak i przekleństwo człowieka, i jego nieposkromioną żądzę poprawiania Boga i przyrody.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 15 05 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 16 – 23 i 24.

Odc. 16: Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Iwan Iwanowicz zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Cmentarz nadziei”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej wszystkich ludzi bez wyjątku: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy.

Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się podróżnik.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go ono zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej, w zależności od czegoś tam.

Chodzili po mieście przyglądając się ludziom, budynkom i zwierzętom. Wszędzie widzieli figury, figurki, świątynie duże i małe, podręczne. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Z tych wykonanych w Varanasi Iwanowi Iwanowiczowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia; kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego. 

W Varanasi duch kraju setkami Hindusów przemieszczał się po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W etnicznej i religijnej różnorodności prawda mieszała się z fałszem do nieprzyzwoitości. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, ci autentyczni i ci pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, szukającymi wewnętrznej doskonałości, pełni jedności z duchem wszechświata, mistykami karmiącymi się energią wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj eksponatów wystawowych wyciągających ręce po datki, męskie podróbki świętych odziane w kolorowe szaty i sprzedające swój wizerunek turystom za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetnym pragnieniem zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka było ono święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pospiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie; byli symbolami z tryptyku małpek, co to mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji, a co najmniej zaniedbaniu.

Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za praw do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury zwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja przeszłości zabijała przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Iwan Iwanowicz w swoim zarozumialstwie obcokrajowca widział to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem kloacznym. Co było do zniesienia kilkaset lat wcześniej, teraz było już hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcowi, akceptowała u tubylców, nie powodując szkody.

– Chyba jestem zboczeńcem – pomyślał Iwan Iwanowicz. – Nie dostrzegam szlachetności płonącego stosu, lecz widzę rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Iwan Iwanowicz źle to odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się widokami, dziwnymi zapachami, a nawet popadającymi w ruinę pałacami, symbolami dawnej świetności, wieczornymi pokazami religijnych ceremoniałów religijności z udziałem kilkunastu braminów, wąskich uliczek, ludzi siedzących w kucki na progu domu lub na stopniu niekończących się schodów nadrzecznych, leniwie przesuwających się tłumów.

Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 17: Bankomat, małpy i elephantiasis

Iwan Iwanowicz zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł go do bankomatu. Sam stanął w oddaleniu i czekał; Iwan Iwanowicz prosił go o to. W kolejce do bankomatu były dwie osoby. Pierwsza właśnie podeszła do bankomatu. Iwan Iwanowicz stanął za czekającym już Hindusem przed budyneczkiem przypominającym kiosk. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, Hindus ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany, dlaczego tego nie robi, wskazał ręką małpy siedzące nad wejściem do kiosku i bankomatem zainstalowanym w ścianie. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż postali członkowie stada, groźnie wyglądający; on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Iwana Iwanowicza obracając do tyłu górną część tułowia i głowę.

Iwan Iwanowicz patrzył na przewodnika stada, przyglądającemu mu się przenikliwie zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo odmiennego kształtu, stała się twarzą człowieka. Mistrz poczuł się nieswojo, przestraszył się. Zobaczył przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć gniewnie wzburzonego. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. Była w tym groźba i tajemnica.

Podróżnik przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o Hanumanie, Bogu-Małpie, zrodzonym przez hinduizm. Był to chyba pierwszy przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Patrząc na małpy na dachu kiosku, podróżnik zauważył zmianę. Samiec uspokoił się, znowu przybrał postać zwykłej małpy, nie tak odległej w zachowaniu od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny a nawet głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

*****

Jeszcze tego samego dnia Iwan Iwanowicz wraz z całą grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli razem na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Byli wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Iwan Iwanowicz i przyjaciele stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na całym obszarze.

Iwan Iwanowicz zastosował wypróbowaną już technikę: wyłączył się, nie reagował na propozycje, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego młody Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał półzgiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Iwan Iwanowicz odwrócił wzrok. To był prawdziwy szok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet coś takiego na zdjęciu, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Mistrz dyskretnie obserwował go i zastanawiał się. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak można sobie to tylko wyobrazić, prawie filmowa, była symbolem ludzkiego losu na kontynencie.

Pragnąc zapomnieć się, wyłączyć choćby na chwilę, Mistrz zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. Jego wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach; zobaczył w niej piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole piramidy stała jedna osoba, nad nią, już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział ich napięcie na twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy, parodię wolności, bo jaka jest jej wartość, jeśli nie ma środków na utrzymanie się, nie mówiąc o wyrwaniu się z kręgu choroby.

Wyobraźnia Mistrza rozpędziła się, produkowała nowe obrazy. Za chwilę pojawiła się wieża: przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, podniszczona ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy ulicy, brudna ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, nad nią – gęsta i zadymiona atmosfera zapomnienia o bliźnich. Cała machina demokratycznego społeczeństwa Indii niby była w ruchu, tak naprawdę, to stała w miejscu zablokowana niewzruszoną tradycją i bezsilnością.

Wielość nieszczęść była nie do wytrzymania; ludzka piramida zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli kukiełkowatość swojej kondycji. Najpierw wyszczerzyli zęby w szyderczym uśmiechu, ukazując pasmo szczerb, kłów, plomb, luk między zębami i protez, na końcu rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed leczeniem i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną, skoki do wody i inne rozrywki. Niektórzy z nich wtykali między słoniowate palce nóg łodygi kwiatów, kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Iwan Iwanowicz. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

–  Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał Mistrz, starając się oderwać od przykrego myślenia. Zanim obudził się z szalonych myśli, kilka razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 18: Fort Amber

W Fort Amber koło Jaipuru Iwan Iwanowicz zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów, dzieł sztuki i innych precjozów.

Jeden z ostatnich cesarzy, Iwan Iwanowicz nie pamiętał jego imienia i nazwiska, ten, który zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy, był przedstawiony jak dziwadło, osobnik ni w pięć ni w dziesięć, czyli nieumiejący czytać analfabeta. Prawda była taka, że cesarz był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie pięciu do dwunastu procentom dzieci, która dziś daje się leczyć.

Stojąc w pustej sali, bez okien, drzwi, półek i dywanów, Mistrz wyobraził sobie bibliotekę z trzema tysiącami tomów. Był to widok imponujący. Okna były zasłonięte jakąś półprzezroczystą materią, na podłodze leżały wspaniałe dywany, wokół sali stały półki, stoły i skrzynie z książkami. Sam cesarz, uwidoczniony na rycinie, szczupły, czarny z ostrymi rysami twarzy, wyglądał na władcę surowego, może nawet okrutnego, a równocześnie pełnego wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. O cesarzu wiadome było, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji bezwzględność władzy wyraża się w prawie i postanowieniach regulujących najdrobniejsze szczegóły życia, poruszania się, jedzenia, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także swoje zwyczajne, ludzkie słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Dobrym przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń rozdeptywał głowę skazańca nie tyle po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Iwan Iwanowicz zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by to porównać – pochylając się nad kamieniem, Iwan Iwanowicz pozwolił sobie na swobodną spekulację – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Iwan Iwanowicz rozglądał się po pustym pomieszczeniu cesarskiej biblioteki szukając sprzętów, mebli i zwyczajowego wyposażenia, które nadawały sens istnieniu tego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli i wyposażenia, strojów, biżuterii, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Iwan Iwanowicz nienawistnie definiował pozostawione przez nich dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Tego samego dnia, podróżnik zwiedzał jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy.

Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był również kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Iwan Iwanowicz, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, przechodząc z jednego pustego pomieszczenia do drugiego.

Odc. 19 Hierarchia wiary i religii

Na zakończenie dnia grupa udała się do kawiarni Psycho, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk Luri. Wiedzieli, że jest mocny, ale nie zabójczy. Przed niebezpieczeństwem ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu Cal Moria, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na długich metalowych rurach, obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia, obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia.  

Iwan Iwanowicz czuł się całkiem dobrze, ale tylko do czasu, kiedy wrócił do swego pokoju. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Mistrz zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe od padłego bawoła. Przygniotła go niewidzialna ściana wprowadzając go w trans; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił wieloma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie, był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, gdzie pulsowały chemiczno-fizyczne nici myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund.

Iwan Iwanowicz zobaczył Boga, który poruszał się, pojawiał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Mistrz nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Bóg ma brwi gęste jak krzaki, lecz od razu zreflektował się, że był to podszept szatana i natychmiast porzucił niedorzeczną myśl. 

Budząc się, Iwan Iwanowicz czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki potrząsanego kalejdoskopu. Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jednym z głównych wyznań kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szedł hinduizm z imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął Iwan Iwanowicz. Buddyzm, jego ukochana religia, pojawił się wśród wyznań zagubionych, o których słyszeli tylko ludzie czytający ćwierć książki rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 20 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Ciąg zdarzeń związanych z pijakiem Kantyną przyniósł skutki, jakich Iwan Iwanowicz się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że przebudziłem się. Było to bolesne, ale chyba bardzo mi potrzebne – skomentował to później w gronie współpasażerów. 

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Iwan Iwanowicz patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet i poważnie wyglądający brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Iwan Iwanowicz.

Nagle, z naprzeciwka, nadjechał wielki autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Iwan Iwanowicz. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Mistrz poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie.

Iwan Iwanowicz wyciągnął natychmiastowe wnioski. Zrozumiał swój błąd: zamiast zwiedzać zabytki poznawać i przeżywać ducha miejsc i czasu Indii i Nepalu, on koncentrował się na fizycznym przemieszczaniu się, na sobie i na swoich towarzyszach, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Wiedział, że pobłądził, że jego umysł uległ zaciemnieniu. Nie podobało mu się to. Narosła w nim taka fala protestu, że krzyknął, budząc Kindżała śpiącego wygodnie w fotelu tuż za nim.

Osaczyły go i szarpały zajadle ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że nieświadomie lecz z własnej woli stał się bezwolnym turystą, zwykłym żywym obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym ważnych zdarzeń. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze i czas na alkohol, i sprawiający wszystkim problemy. Iwan Iwanowicz zadał sobie gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, martwić się o to, że gdzieś polazł i może cóż sobie zrobić!? To on blokuje nasze poczynania, kradnie nasz czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z nędzarzami na ulicach, czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc?

Chyba to powiedział na głos, bo odezwał się Kindżał:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie, choć to naturalne. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Wielkie życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 21 Kawa i konkurs

Wieczorem siedli przy stoliku na zewnątrz hotelu i pili kawę. Inżynier Uniwersalny chwalił się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Powiedział Darczyńca, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Przestrzeń wokół zamykała się w ciszy i oddechy stawały się wolniejsze. Iwan Iwanowicz poczuł się nieswojo. Nastąpiło to w obecności Inżyniera Uniwersalnego, który wyzwalał w nim niedobre uczucia. Po wpływem inżyniera Iwan Iwanowicz okazywał swoją próżność. Miał sobie za złe, że nie potrafił tego w sobie wykorzenić, powstrzymać się od mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad sobą. Był ciekawskim człowiekiem, chciwym wiedzy i wiadomości, ciągle doskonalącym się.

Postanowił to zmienić, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Uznał to za najlepszy moment, ponieważ przenoszenie się z miejsca na miejsce stanowiło ważną część wyprawy.

*****

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najwygodniej byłoby zasnąć. Mieli przed sobą długą trasę. Po trzech godzinach podróży wszyscy mieli już dosyć snu. Kiedy obudzili się na dobre, zorganizowali konkurs z nagrodami za wybitne osiągnięcia podróżnicze.

Pierwsze miejsce i złoty medal uzyskał Darczyńca, niski, tęgawy osobnik, w zbyt obszernych spodenkach, z których sterczały z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch. Darczyńca otrzymał najwięcej braw i okrzyków poparcia. Zasłużył na to wyróżnienie. Nie obyło się oczywiście bez alkoholu, który sam roznosił w małych kieliszeczkach. Kindżał wygłosił okolicznościowe przemówienie. Było tego tyle, co kot napłakał. Opisał zwycięzcę:

– Bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc sprawczą. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje mi się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był jeszcze dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają one w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata – zawyrokowała Wysoka z Kokiem. Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dalszą argumentację za jałową wobec braku bliższych danych.

Sam zainteresowany milczał, wyglądało na to, że nie cieszyła go rozmowa na jego temat.

Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepadał, że przywiózł im ze sobą dziesięć kilogramów cukierków, potem dokupywał jeszcze na miejscu. Gdziekolwiek wycieczka zatrzymywała się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać słodycze.

Po Kindżale zabierali glos inni. Podkreślano, że Darczyńca miał największą siłę przekonywania, największą ilość cukierków, robił najwięcej zakupów. Była w nim obfitość, czułość i rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju. Opowiadał o sobie niechętnie, dopiero jak wypił, lub był w szczególnie dobrym nastroju. Wyróżniony złotym medalem, autentycznie się wzruszył. Wydobył z siebie tylko krótkie oświadczenie:

– W dzieciństwie miałem wokół siebie siły narodowo-patriotyczne, ludzi życzliwych dla maluczkich, lecz gotowych do uśmiercenia przeciwników tradycji i patriotyzmu. Rodzice moi byli homoseksualistami.

Nikt w to oczywiście nie uwierzył, ale zmienili zdanie, kiedy Darczyńca opowiedział o swoich nietypowych rodzicach. Podobała im się jego historia miłości rodzicielskiej, szokująca a zarazem pełna poezji.

W autobusie ogłoszono go już wcześniej Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

Po toastach na cześć złotego medalisty towarzystwo rozruszało się, zadawano sobie mądre i głupie pytania, mieszano powagę i prawdziwe zainteresowania z żartami i wygłupem. Bawiono się, aby zabić nudę, upał, zmęczenie i nieuniknione niezręczne sytuacje. Do takich należał okrzyk „ Chyba zbyt często się wypróżniasz”, kiedy ktoś wcześniej niż po dwóch godzinach wyrażał chęć zatrzymania autobusu, aby skorzystać z ubikacji w przydrożnej restauracji.

Odc. 22 Kindżał

W konkursie autobusowym drugie miejsce i srebrny medal zdobył Kindżał, głównie za pomysły rozrywkowe oraz umiłowanie piękna. Chodziło o białą broń – noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W życiu prywatnym Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. Prowadził kilka przedsiębiorstw; bez wahania zmieniał je na inne, jak tylko odkrył jakąś ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi.

Kiedy nadano mu przydomek Kindżał, nikt nie wiedział, dlaczego tak barbarzyńsko go potraktowano. Na wycieczce pierwszy dowiedział się o tym Iwan Iwanowicz, ponieważ od jej rozpoczęcia zawsze w hotelu dzielił pokój z Kindżałem.

Zdobywca drugiego miejsca i srebrnego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem, że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrze, nie trójkątne, kształt którego nie tolerował.

W Indiach sprzedawcy, domokrążcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni już na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że cała grupa handlarzy czekała na autobus, w którym znajdował się Kindżał. Zanim jeszcze autobus zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały ich tłum. Przybiegli do niego z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilka kroków dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakich noży i sztyletu poszukuje tego dnia, i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajny kindżał, jakiego jeszcze na oczy nie widział” lub coś podobnego.

Kiedy przemysłowca ogarniał amok kupowania był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia i trzydzieści dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego niezwykle nachalni. Usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nachalności, nieprzerwanej aktywności, natarczywości, podejmowania prób. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu!

Chyba znali jego nastawienie i odporność na agresywność handlową, bo zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty .

– O, ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu bardziej niż inne, jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten nawet ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat – podpowiadał z boku z przekonaniem jakiś cichy wspólnik sprzedającego.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum, Kindżał uzasadniał zawsze w podobny sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam mordować. 

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej tam nie było. Iwan Iwanowicz spekulował po cichu, że przyjaciel po prostu prowadzi albo zamierza założyć sklep z orientalną białą bronią.

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Nawet celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci ilością jego upominków a jeszcze bardziej ich zdobieniami. W głowach krążyły im myśli o możliwościach przemytu kamieni szlachetnych i złota. Wszystko to były tylko sztuczne zdobienia, ale trzeba było znać się na nich, aby umieć odróżnić je od naturalnych, tak doskonałe były to imitacje. Dopiero po powrocie z Indii Kindżał przyznał telefonicznie Iwanowi Iwanowiczowi, a właściwe tylko napomknął żartem, co go naprawdę pasjonowało. Iwan Iwanowicz słyszał o nim, że był bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Mówiono, że miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. W miejscowości, gdzie Kindżał miał letnią rezydencje, nazywano go Krezusem.

Tego dnia, kiedy Iwan Iwanowicz dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się co, w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Mistrz był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za przejściowy stan upośledzenia umysłowego. Rano czuł się już doskonale.

*****

W konkursie była jeszcze trzecia nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów.

Przewo był jedyną osobą, nie przywiązującą do konkursu większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się mniej rozwinięci turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursu, uznając, że kosztem rozrywki trywializują sprawy naprawdę poważne. Pod koniec wycieczki Przewo odstał nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać. Starał się, pomagał jak mógł, objaśniając i uświadamiając im, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Iwan Iwanowicz nagrywał fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem wykasowywał, aby zdobyć miejsce na wartościowszy materiał. Pamiętał ostatnie zdanie Przewo zarejestrowane na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, jak ludzie tutaj żyją i jak umierają, jak są traktowani przez życie a także przez obywateli innych państw, obcokrajowców takich jak my.

Odc. 23 Ostatni przejazd do Jaipuru

Wszystko zaczęło się w momencie wejścia do autobusu mającego ich zawieźć do Jaipuru. To był początek długich dni. Iwan Iwanowicz zniknął ze swojego życia. Sam mało co z tego pamiętał, wszystko opowiedzieli mu towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo. Całe trzy dni.

Ile było osób w autobusie, tyle było różnych opinii. Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego mętne oczy, najlepszy świadek bezmiaru zagubienia. Iwan Iwanowicz przez długi czas potem rekonstruował historię trzech dni. Był to niezrozumiały epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni.

*****

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiedli do niego późnym popołudniem, na zewnątrz wciąż było gorąco, wewnątrz panował przyjemny chłód. Wnętrze autobusu wyglądało jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie; mieli chęć spać. Darczyńca zaproponował napić się najpierw alkoholu.

– Dla zrelaksowania się i wzniesienia toastu za szczęśliwe zakończenie podróży w Jaipur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy. To było za dużo. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Serwował alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butli. Robił to szczerze i z entuzjazmem. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolać. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się nad tym. Wkrótce wszyscy posnęli. Dziwnym trafem tylko Iwan Iwanowicz miał problemy ze snem. Czuwał. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Kiedy to nastąpiło, wszystkie okna miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Zapaliły się lampki u góry i w autobusie zapanowała dziwna atmosfera. Działo się coś niezrozumiałego i tajemniczego. Iwan Iwanowicz czuł to przez skórę. Skoncentrował się i obserwował, co się stanie. Patrzył na śpiących. Spali przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrze swych gardeł jak u lekarza. Ich twarze pozostały uśmiechnięte, w odróżnieniu od dolnych partii ciała, zachowujących powagę dojrzałości i znojnej przeszłości. W pewnym momencie Iwan Iwanowicz uruchomił wyobraźnię, jakby to, co widział było mu za mało.

Głowy śpiących sprawiały wrażenie przyklejonych do oparcia fotela. Nie wyglądało to najgorzej, gdyż ożywiało atmosferę panującą w autobusie. Iwan Iwanowicz określił ją w myśli jako zawadiacką i ciekawą świata, mimo dojrzałości cielesnej podróżnych. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Spojrzenia i uśmiechy przebijały się przez zasłonięte okna na zewnątrz, gdzie świat przesuwał się z szybkością pięćdziesięciu lub więcej kilometrów na godzinę w zależności od ruchu ulicznego. Za oknem prześlizgiwały się po drobnych postaciach zwykłych rikszarzy, pedałujących w pośpiechu dla szybszego zarobienia na placki naan, oraz rikszarzy motorowych, wiozących góry paczek i pakunków, tak wielkich, że można by ich używać dla wyjaśniania, skąd się wzięły i jak rosły Himalaje.

*****

Około północy w autobusie pojawiła się ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami, bez tułowia, zawieszona nad przejściem na wysokości ramion mężczyzny przeciętnego wzrostu. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – pomyślał bezwiednie Iwan Iwanowicz; po chwili zastanawiał się, kto mógł ją stracić. Przyglądał się jej. Nikt inny jej nie zauważył; wszyscy chyba nadal spali, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Powoli zniżyła się, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć niezwykły taniec, taczając się do przodu i do tylu w zależności od tego czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się w tajemniczy sposób i zawisła nieruchomo na wysokości górnych półek autobusu.

*****

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co się dzieje w autobusie. Iwan Iwanowicz nie wyprowadzał ich ze zdumienia, obserwując ich reakcje. Wisząca w powietrzu głowa szokowała, wywołując różne uczucia i reakcje. Jej widok przestraszył kobiety, mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Iwan Iwanowicz nie dziwił się temu; ludzie mogli być wciąż pod wpływem alkoholu.

W pewnym momencie głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła intensywnie mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panowie. Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z nagłego przypomnienia sobie, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Wysoki. Dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Odc. 24 Nocne zabawy z Głową

Głowa przez dłuższy czas pozostawała nieruchoma, wisząc w powietrzu na wysokości środkowych drzwi autobusu. Jej smutek i samotność przyciągały uwagę pasażerów i wywoływały coraz większe współczucie. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Dobroczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Dobroczyńca opowiedział.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku; z jej brunatnych ust wysunął się siny język. Zdezorientowany sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem słodycze dla dzieci, i dałem jej lizaka. Głowa złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania.

Ta nieprawdopodobna historia dała początek świadomości wycieczkowiczów, że zarówno on jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistym, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie odmawiali, nie mogli i nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem wszystkich Hindusów.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – wszyscy starali się okazać Głowie dowody życzliwości i wsparcia. Wysoki wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę, szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła cisza.

Sytuację usiłował ratować Rasputin; stanął obok Głowy, aby zrobić wspólne zdjęcie i odwrócić uwagę od powstałej sytuacji. Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe. Pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły połowę Głowy w cieniu. Padła propozycja, aby unieść Głowę do góry i zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Dobroczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Wszystkie okazały się tak udane, że uczestnicy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na kilkadziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawmy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo. Był to głos Dobroczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w pasażerów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów. – tłumaczyli wycieczkowicze.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Panował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie natychmiast o romans z Głową. Właśnie dlatego piję.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złocistym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Ożywiał ich jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat urojeń, marzeń i fantazji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, maj 2020

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Biblioteka 57 Opowiadań. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy,

Niniejsza biblioteka autorska zawiera 57 utworów literackich. Znakomita większość to opowiadania. Biblioteka jest dostępna nieprzerwanie przez 24 godziny na dobę i jest oczywiście bezpłatna. Strona jest bezpieczna, co potwierdza symbol kłódeczki. Jeśli podoba się Państwu utwór, kliknijcie na lajk zachęcając tym innych do czytania.

Pozdrawiam serdecznie, 
Michael Tequila 
 
Kronika czasów zarazy. 30 lajków. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-22. Aktualizacja 14 06 2021 (poniedziałek) godz. 09.20.  https://michaeltequila.com/?p=18112
 
Oglądałem ostatnio Dawida Podsiadło w programie Roast Kuby Wojewódzkiego. Zachwycił mnie. To stare nagranie, ale dla mnie odkrycie. Załączam link:  https://www.youtube.com/watch?v=fFZiMF6Covw&ab_channel=tvnpl  
 
Inne (ostatnie) aktualizacje są zaznaczone żółtym tekstem na liście poniżej. 
 
Aby czytać tekst publikowany na tej stronie, wystarczy kliknąć na link poniżej wybranego tytułu. Na stronie każdego opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. Utwory udostępniam na zasadzie dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje. Zachęcam do komentarzy. Mój adres email: michael.tequila@anciano.pl
 
Aforyzmy i myśli. Wybór aforyzmów i myśli z dodatku do zbioru poezji “Oniemiałość”   https://michaeltequila.com/?m=20200604    
Aleksander Cumagin Sake. 5 lajków. Opowiadanie. O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.   https://michaeltequila.com/?m=20200322
Automat. 2 lajki. Opowiadanie. O człowieku bez poczucia czasu i woli. 1216 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191211 
Broda. 2 lajki. Opowiadanie. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia. 2480 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13683  
Buntownik. 3 lajki.  Opowiadanie. O człowieku i przyrodzie. 1550 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=16008  
Carajo. 2 lajki. Krótkie opowiadanie. 267 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15396  
Cień wielkiego sztukmistrza. 3 lajki. Opowiadanie. https://michaeltequila.com/?p=16578  
Człowiek z taczką. 4 lajki. Opowiadanie. O mężczyźnie budującym dom dla ukochanej kobiety. 2250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=17220  
Dojrzałość. 3 lajki. Opowiadanie. Wiosenny dzień w życiu wrażliwego mężczyzny. 1140 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=17541  
Domek nad jeziorem. 10 lajków. Opowiadanie. O starszej pani z problemami pamięci.https://michaeltequila.com/?p=15263  
Drzewo kłamstwa. Opowiadanie. O niezwykłości drzew i kwiatów. 1235 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=17047 
Dyktator. 29 lajków. Opowiadanie. Odc. 1- 34. https://michaeltequila.com/?p=14681  
Dzień weselny. 18 lajków.  https://michaeltequila.com/?m=20191008 
Dziewczyna z pieskiem. 2 lajki, Opowiadanie. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11924  
Dziwna noc mieszańca etnicznego. 1 lajk. Opowiadanie. O przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. 624 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200129  
Gabriel Garcia Marquez. 8 lajków. Refleksje pisarza na temat własnych opowiadań. https://michaeltequila.com/?m=20200517 
Galeria handlowa. 4 lajki. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety. 580 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191210  
Głowy w autobusie do Dżajpuru. 39 lajków. Opowiadanie. 58 odcinków. https://michaeltequila.com/?p=15345  
Goryl. 4 lajki. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie. 3850 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200305  
Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe. 1250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15008
Instrukcja obsługi pejcza. 3 lajki. Opowiadanie. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. 6800 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200226  
Ja, Herkules. 44 lajki. Powieść. Odc. 44/80https://michaeltequila.com/?p=16741  
Jalapo Umota, Inuit z charakterem. 10 lajków. Opowiadanie. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. 9700 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200320  
Kat. 5 lajków. Opowiadanie. O nietypowych urodzinach i relacjach rodzinnych. 3230 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=15730
Koniec świata. 3 lajki. Opowiadanie. O człowieku, który
przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200407  
Kronika mniej więcej osobista. 4 lajki. Różne teksty. https://michaeltequila.com/?p=13782 
Michael Tequila – przegląd twórczości: Klęczy cisza niezmącona. Pięć wybranych wierszy. Aktualizacja 2021 04 20 godz. 08.55  https://michaeltequila.com/?p=17656
Michael Tequila – przegląd twórczości: Oniemiałość. 7 lajków. Poezja. Aktualizacja 05 04 2021. https://michaeltequila.com/?m=20200520
Miniatura z kolibrem. 2 lajki. Opowiadanie. O pocieszeniu w codziennym życiu. 601 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11447  
Natręt. 3 lajki. Opowiadanie. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym i podstępie. 1620 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200519  
Niedziela z Alberto. 1 lajk. Opowiadanie. O miłości i ludzkich postawach.  3718 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200205 
Nienawiść organiczna. 2 lajki. Opowiadanie. O nienawiści do własnego ciała. 430 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10332
Niepokorny świat Izydora Czyżyka. 4 lajki. Opowiadanie. 3050 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200418  
Niesforny starzec. 2 lajki. Opowiadanie.
1720 wyrazów https://michaeltequila.com/?m=20200620  
Nowy wymiar ewolucji. 2 lajki. Opowiadanie. O technologii zastępującej ewolucję, 2510 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10832  
Obraz ze zwierzętami. 3 lajki. Opowiadanie. 2920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13976  
Osiedle Panorama. 5 lajków. Opowiadanie. O pijącej młodzieży i problemach osiedla. 6470 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200420  
Ostatni dzień.
1 lajk. Opowiadanie. 1680 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13619  
Papier. 2 lajki. Opowiadanie. 1520 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=12781 
Patriarcha Anastasio Gerylas. 2 lajki. Opowiadanie. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 1190 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10690  
Pies gończy słowa mówionego. 1 lajk. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 780 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20191220  
Pogoda. 8 lajków. Opowiadanie. O niezwykłym wpływie pogody na człowieka. 6 odcinków. https://michaeltequila.com/?p=17845  
Polowanie. 3 lajki. Opowiadanie. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200413  
Pracowita noc malarza Sapiehy. 1 lajk. 2540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14447  
Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy
. 4 lajki. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 993 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200429   
Recydywa. 5 lajków. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14355   
Sierżant Baba. 3 lajki. Opowiadanie. O wojskowym szkoleniu dzieci. 980 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10759  
Spryciarz i bohater. 6 lajków. Opowiadanie. Odc. 6/6. https://michaeltequila.com/?p=17733  
Stadny instynkt. 2 lajki. Opowiadanie kompletne, uzupełnione i poprawione. https://michaeltequila.com/?p=14856   
Święty Słoń. 3 lajki. Bajka dla dzieci i dla dorosłych. https://michaeltequila.com/?p=15775   
Świrus. 9 lajków. Opowiadanie. O dostosowywaniu się człowieka do zmieniającej się rzeczywistości.  https://michaeltequila.com/?p=13918
Walec drogowy. 4 lajki. Opowiadanie. 5930 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14612  
W nocy wymyśliłem sobie diabła. 3 lajki. Opowiadanie. O diable podobnym do człowieka. 284 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20190916 
Wsteczna ewolucja. Opowiadanie. 840 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200612  
Wykład profesora Inha. 16 lajków. Opowiadanie. O doświadczeniach i proroctwie odnośnie człowieka i epidemii.14 odcinków. 8280 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=17904  
Zabójstwo. 1 lajk. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=16969  
Zimowy las. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14400  
Znak pokoju. 5 lajków. Opowiadanie. O rodzinnej miłości i nienawiści. 4380 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200522   

Video “Niezwykłe rzeźby”. Aby powiększyć do rozmiaru pełnoekranowego, kliknij ikonkę w prawym dolnym rogu.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Szanowni Członkowie Zrzeszenia Nafciarzy! Panie i Panowie! Ceny ropy spadają na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem zdecydowanym optymistą. Mamy przed sobą wybory nowego Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział Prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie drobni użytkownicy ropy naftowej, członkowie naszego zrzeszenia, gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko o notowaniach ropy naftowej i jej przyszłości, ale także o sprawach codziennych, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Głównym tematem teraz są oczywiście  wybory władz Zrzeszenia Nafciarzy, wyjątkowo kłopotliwe z uwagi na  panoszenie się Wirusa i jego matki Epidemii. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników nie tylko notowań ropy naftowej, cen kupna i sprzedaży, ale i wyborów do naszego Zrzeszenia Nafciarzy, jednego z największych na świecie. Sam nie wiem, jak oceniać te wybory. Wszyscy wokół mówią: po prostu pójść, zagłosować i wybrać! Dla mnie, kandydata na prezydenta tak wielkiej i znanej  organizacji, nie jest to takie proste. 

Na razie, tak jak inni, pomagam przy ich przygotowaniu. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że w okresie rządów Wirusa i jego matki Epidemii, są one wręcz niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć dużą i luksusową limuzyną, bo tak wypada, wskutek czego łatwo gubię w jej wnętrzu i czuję się samotnie. Duży pojazd wymaga dużo wolnej przestrzeni wokół siebie, przez co jeszcze bardziej odczuwam pustkę. Doprawdy, nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo szaleńców w naszym kraju nie brakuje. Sam samochód też nie sprawia mi radości swoim wyglądem, mimo że jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. I jak to wygląda: bagażnik zapchany oponami! Samochód jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Ciężar tego opancerzenia czuję w sercu, w głowie i w nogach. Nie podoba mi się też, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować niektórych cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są tak rezolutne. Strasznie je lubię. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji do licha i trochę, że miesza mi się w głowie od samych nazw, nie mówiąc o przepisach uczestnictwa.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim pałacowym gabinecie obcęgi, młotek i gwoździe. Rozmawiałem o tym z psychiatrą, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, i on powiedział mi, że nie wypada.

– Ludzie uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji; brakuje jeszcze żeby zobaczyli pana jako samodzielnego  instalatora skrzynek pocztowych.

– Członka lotnej brygady naprawczej – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Dla wszystkich członków Zrzeszenia Nafciarzy, uczestników spotkania z Prezydentem, było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś skromniejszy, a jego matka Epidemia mniej groźna niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

Polowanie. Opowiadanie kryminalne.

Zima zaczęła się znacznie wcześniej, prawie w połowie jesieni i była znacznie dłuższa niż kiedykolwiek, mroczna i mroźna. Temperatura utrzymywała się poniżej wieloletnich notowań. Światło słoneczne prawie znikło, ludzie wyjeżdżali do pracy w ciemnościach i tak samo wracali. Niektórzy nie mogąc poradzić z okropnym zimnem i ciemnością upijali się, brali leki, myśleli nawet o samobójstwie.

– Takiej zimy to nawet najstarsze wieloryby nie pamiętają. – Sven Larsen lubił takie powiedzenia. Był to jego sposób żartowania. Wyglądał zresztą na człowieka, który nie umie inaczej żartować: mocnej budowy, nieśpieszny w ruchach, długie włosy opadające na ramiona, gęsta, zmierzwiona broda, wąsy i nieco ociężałe spojrzenie.

Mimo tego, że dobrze radził sobie zimą, tym razem nie powiodło mu się, został sam w domu, bez rodziny. Arne, wyjeżdżając z dziećmi do swojej matki powiedziała mu na odchodnym:

– Jesteś nie do zniesienia. Wkrótce zamęczyłbyś nas, najpierw mnie, potem dzieci. Musisz się leczyć. Ja nie mogę żyć w takich warunkach.

Długa i ostra zima wyjątkowo źle wpływała na wszystkich. Ludzie ratowali się jak mogli. W domu, po powrocie z pracy oraz w czasie weekendu, Arne postępowała podobnie jak inne kobiety, podejmowała środki zaradcze. Tłumaczyła mężowi:

– Jest tak ciemno, że wyć się chce, mimo, że mieszkamy w Norwegii od zawsze i powinniśmy być przyzwyczajeni. Dlatego ubieram się kolorowo, zasłaniam okna, zainstalowaliśmy przecież w tym celu specjalne zimowe zasłony, zapalam wszystkie światła, dodatkowo nawet świece dla poprawy nastroju. Kiedy tylko jest to możliwe staram się wychodzić na zewnątrz między jedenastą rano i drugą po południu, aby łyknąć trochę słońca. Korzystam także z solarium. A co ty?

Namawiała Svena:

– Idź chociaż do solarium, pamiętaj tylko, aby zachować ostrożność. Nie opalaj się intensywnie, przynajmniej na początku naświetlaj się jednorazowo nie dłużej niż cztery, pięć minut.

Prawie wszystko, co mówiła i robiła Arne, Sven nie odbierał tak, jak dawniej, kiedy jeszcze chodzili ze sobą i łatwo im było porozumieć się. W weekendy, zamiast siedzieć w domu razem z żoną i dwójką dzieci, które bardzo kochał, wychodził na dwór i przy świetle żarówki rąbał drewno, albo wyjeżdżał do domku nad fiordem, kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ i tam spędzał czas, zajmując się Bóg wie jakimi sprawami.

Namówiony do skorzystania z solarium, wbrew ostrzeżeniom żony i zaleceniom pracowniczki zakładu, już pierwszego razu naświetlił się tak intensywnie, że doznał poważnego poparzenia skóry. To jeszcze bardziej zniechęciło go do żony. Uznał, że niepotrzebnie przekonywała go do solarium, skoro nie miał na to najmniejszej chęci.

Rozbieżne poglądy małżonków coraz częściej doprowadzały do sprzeczek; Sven uznawał je za normalne różnice zdań między mężem a żoną, ona zaś za nienormalne zachowanie z jego strony. Rozmawiała o tym z koleżankami, ich mężowie postępowali inaczej niż Sven.

– Sven, może jesteś chory? – pytała Arne. Te twoje ucieczki z domu na podwórko i do domku nad fiordem, wyglądają mi na depresję. Przebywasz w samotności, kryjesz się przed ludźmi.

Nie uważał tego za coś nienormalnego, nie miał też poczucia, że coś mu dolega.

– Daj spokój, nie jestem chory. Przeżywam zimą taką samą depresję jak każdy inny Norweg w moim wieku, jak większość ludzi w tym kraju.

Jedyne co praktykowali razem, co jeszcze udawało im się robić zgodnie, to wypaść od czasu do czasu na narty lub sanki razem z dziećmi i trochę się rozruszać. Było to możliwe jedynie w czasie weekendu, ponieważ Sven pracował. Był drwalem i wyjeżdżał do pracy tam, gdzie go wzywano. Najczęściej wracał do domu przed nocą.

Latem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Sven stawał się tym samym pogodnym człowiekiem, jakim był od dziecka. Ale teraz była zima i to najgorsza ze wszystkich.

Od czasu wyjazdu Arne z dziećmi, Sven nie znosił obcokrajowców, przyjaciół żony. Uważał, że to oni namówili ją, aby wyjechała do matki. Tłumaczyła mu telefonicznie, że to nie tak, ale jej nie wierzył. Zanim jeszcze wyjechała, też za nimi nie przepadał. Nie podobali mu się; mogli być nawet sympatyczni, ale byli inni, szczególnie właśnie zimą. Uważał to za jakiś koszmar.

– Oni ciągle narzekają – mówił żonie. – Że stale pada śnieg, że szyby zamarzają, drogi są nieoczyszczone, że jest stromo i ślisko. To po co tutaj przyjeżdżali? Widzą tylko mróz, szarugę i gołoledź za oknem.

– Nie przesadzaj – odpowiadała Arne. – Nie ciągle narzekają, tylko od czasu do czasu, podobnie jak każdy z nas. To tacy sami ludzie.

Sven uważał przyjezdnych za mięczaków, nie wszystkich oczywiście. Sam potrafił zachować się inaczej. Kiedy był na wycieczce w Afryce, w Kenii, było bardzo gorąco, jakoś jednak poradził sobie z upałem i wściekłym słońcem. Nie narzekał. Nawet ten temat poróżnił go z żoną. Zapytała go:

– To po co wykupiłeś wycieczkę, całe dwa tygodnie pobytu, w najgorętszym okresie roku? Chciałeś mieć tanio, last minute, to miałeś tanio, ale było gorąco. A co do obcokrajowców, to trudno dziwić się Abarowi urodzonemu w Afryce, że od czasu do czasu narzeka, bo przecież zima u nas daje się we znaki nam samym, urodzonym i mieszkającym tu od pokoleń.

Abar był zaprzeczeniem Svena. Czarny, szczupły, nieprzerwanie wesoły, ożeniony z Norweżką, często bywał w ich domu, kiedy obchodzili urodziny lub organizowali jakieś spotkanie towarzyskie. Zajmował się ich dziećmi, był animatorem w domu kultury. Dobrze nauczył się języka, dzieci bardzo go lubiły, bo umiał znaleźć z nimi porozumienie, organizował spektakle, zabawy, naukę. Traktował swój zawód poważnie i Sven to doceniał. Starał się być obiektywny. Tym niemniej nie przepadał za Abarem, jakoś nie mógł przyzwyczaić się do jego koloru skóry, innego poczucia humoru i niezrozumiałej dzikości w jego oczach. Nie umiał tego określić. Przypomniał sobie swoją pierwszą dziewczynę, z którą chodził do szkoły. Było to jeszcze w Bergen. W ich klasie był chłopak z Afryki. Kiedy Sven wyraził swoją opinię na jego temat, zupełnie niewinną, sprzeciwiła się.

– Czego chcesz od niego? Chłopak jest zupełnie do rzeczy, wesoły, ma żywy temperament, żartuje. A to, że jest inny od nas, to co? Kiedy znalazłbyś się w Afryce, też mogliby wytykać ciebie palcami i nazywać białasem. U nich to my jesteśmy kolorowi, bo biały to też kolor.

Rozmowy o obcokrajowcach prowadziły najczęściej do nikąd, więc Sven starał się ich unikać. W końcu nawet uznał, że milczenie na ten temat jest poprawne polityczne.

– Skoro już przyjęliśmy uciekinierów z Afryki, to musimy ich przyzwoicie traktować. – Powtarzał sobie w duchu, aby nie dać się ponieść emocjom.

W okresie, kiedy Svenowi nie układało się najlepiej z Arne, kiedy go krytykowała za to, że wychodzi na dwór rąbać drzewo, zamiast zająć się dziećmi, zaczął jeździć do knajpy w sąsiednim miasteczku. Potem, kiedy żona już go opuściła, stało się to nawykiem, coraz częściej praktykowanym. Trzydzieści pięć kilometrów nie była to odległość, aby nie chciało mu się jechać.

Któregoś dnia spotkał tam dwóch mężczyzn, zaczęli rozmowę od niechcenia. Przedstawili się sobie i pośmiali, bo wszyscy mieli na imię Sven. Po raz drugi śmieli się serdecznie, kiedy nadali sobie pseudonimy, Sven Duży, Średni i Mały. On był Svenem Dużym, był ostatecznie drwalem i miał krzepę. Na początku spotykali się nieregularnie, od przypadku do przypadku, i tak zaczęła się jeśli nie przyjaźń, to przynajmniej kumplostwo. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Oprócz imion mieli podobne przemyślenia, chodziło o poglądy na imigrantów i obcokrajowców.

Sven Mały i Średni byli bardziej radykalni niż Sven Duży. Na początku nie za bardzo akceptował ich poglądy, bo były czasem nieprzyjemne. Potem jednak dostosował się. Pogodziła ich sprawa dwóch podpaleń. Szczegóły przedstawił przy piwie Mały Sven, wiedział o tych wydarzeniach wszystko.

– Kiedy policja prowadziła śledztwo, kto dokonał podpaleń, jeden z tych typków, nazwę go Czarnuchem, choć nie powinienem, oskarżył policjantów o brutalność i napastliwość w trakcie śledztwa. Zamknęli go na dwa dni, bo był pijany i stawiał się policjantowi, który z nim rozmawiał. Znam gliniarza. To najspokojniejszy facet na świecie. Jest silny tak jak ty i nie musi używać siły, radzi sobie bez tego. Sprawa trafiła do sądu. Ostatecznie wyszło na to, że Czarnuch przesadził ze swym oskarżeniem i policjant został uniewinniony, ale niesmak pozostał.

Kilka dni później Mały Sven wyznał, że żona go opuściła, dlatego przychodził do knajpy.

– Po prostu, wyjechała z tym Murzynem czy też Arabem, o którym wam opowiadałem. Nie był pewien, jakiego pochodzenia był ten człowiek.

– Albo był to jasny Murzyn, albo ciemny Arab – zasugerował Sven Średni. Uśmieli się z tego porównania.

– Było w tym trochę mojej winy – kontynuował Mały Sven – bo popijałem wtedy za bardzo. Moje małżeństwo było w kryzysie, zaczęliśmy chodzić do poradni małżeńskiej, ale to nie znaczy, że Kristina musiała zaraz z nim uciekać.

Historie, o jakich rozmawiali, były prawdziwe i każda z nich pozostawiła osad niechęci w sercu Svena.

– Imigranci są naprawdę od nas różni i trzeba to uczciwie przyznać. Nie zawsze są tacy porządni, jak wielu ludziom się wydaje. Myśl ta chodziła mu po głowie i wracała, choć starał się tak nie myśleć. Chciał być pozytywny.

Tej zimy, bardziej niż obcokrajowcy, warunki klimatyczne i narzekanie, interesował go drewniany dom położony kilkadziesiąt kilometrów na północ od miasteczka, gdzie mieszkali. Był to dom letni podarowany mu przez rodziców, kiedy żenił się z Arne. Stał na lekko pochyłej skalnej półce na brzegu fiordu. Roztaczał się z niego wspaniały widok: obszar ciemnogranatowej wody, malownicza wielka skała po drugiej stronie fiordu, prawie góra, porośnięta lasem. Latem w okolicy było dużo zieleni, zimą dominowały drzewa iglaste przysypane śniegiem.

W połowie zimy, w piątek, kiedy Arne z dziećmi nie mieszkali już razem z nim, Sven wybrał się nad fiord, aby oderwać się od przygnębiających go wspomnień. Było to nawet uzasadnione, ponieważ miał pracę do wykonania; przygotowywał dom na zimę, ocieplając ściany i trochę modernizując wnętrze. Przy okazji przebudowywał swój warsztat, mieszczący się w przybudówce domu.

W sobotę, około godziny dziesiątej rano, zapukał do drzwi jakiś nieznajomy mężczyzna. Był szczupły i wysoki, wyższy nawet niż gospodarz. Mówił dobrze po angielsku, choć z dziwnym akcentem, nie było więc problemu, aby się porozumieć. Na imię miał Adam. Sven zapamiętał tylko jego imię, choć obcy przedstawił mu się także z nazwiska. Było trudne do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania. Nawet samo słowo Adam brzmiało dziwnie w ustach przybysza. Stojąc w drzwiach, drżał z zimna. Był słabo ubrany, widać to było na pierwszy rzut oka. Przez głowę Svena przeszła myśl, że to jakiś nieudacznik, w ogóle nie mający pojęcia o podróżowaniu zimą po Norwegii.

– Zepsuł mi się samochód, którym przyjechałem, aby popatrzeć na ten wspaniały fiord. Chciałbym prosić pana o pomoc. – To był początek ich rozmowy.

Była to jakaś poważniejsza awaria. Ktoś przejezdny próbował pomóc kierowcy uruchomić samochód korzystając z własnego akumulatora, ale nie dał rady. Samochód nie zapalił. Adam zadzwonił wtedy po pomoc drogową, mogła przybyć dopiero następnego dnia.

– Mamy za dużo zgłoszeń. Jutro tak, dzisiaj jest to już niemożliwe. Możemy pomóc panu załatwić hotel w pobliżu miejsca, gdzie pan się znajduje. – Taka była ich odpowiedź.

Sven, kierując się bardziej współczuciem z powodu ludzkiej głupoty niż odruchem serca, zaproponował przybyszowi nocleg w swoim domu.

– Jeszcze nie jest całkiem wykończony, ale przespać się jak najbardziej można – wyjaśnił, rozglądając się po pokoju jakby dla sprawdzenia, czy rzeczywiście warunki są odpowiednie do noclegu.

Wieczorna rozmowa nie kleiła im się. Jak się okazało, Adam był artystą-muzykiem intersującym się zupełnie innymi sprawami. Łączył ich tylko zachwyt nad zimową i letnią urodą Norwegii, ale ile czasu można na ten temat rozmawiać. Ostatecznie Sven przenocował gościa, nie przyjmując pieniędzy, które mu zaoferował. Był tylko niezadowolony, że Adam zbyt chętnie raczył się jego ulubioną whisky, obiecując odkupić ją, jak tylko znajdą się w sklepie alkoholowym.

Następnego dnia z rana Adam poprosił Svena o podwiezienie do sklepu, aby spełnić swoją obietnicę. Sklep okazał się zamknięty z powodu choroby właściciela, zdecydowali się pojechać wtedy do następnej miejscowości. Adam płacił za przejazd, zwracał koszt benzyny, Sven nie widział więc problemu. Do przyjazdu pomocy technicznej było jeszcze dużo czasu. W drodze gość poprosił kierowcę o zatrzymanie się; potrzebował odpowietrzyć się, jak to określił. Wyjaśnił, że nie może wytrzymać, bo ma słaby pęcherz. Powtórzył to kilka razy, ale Sven nie mógł znaleźć miejsca, gdzie można by zatrzymać samochód. Droga wiodła wzdłuż wysokiej skalnej ściany, po drugiej stronie była przepaść, jak w wielu innych miejscach. Mimo to gość nalegał, aby się zatrzymał, jakby nie rozumiał, że jest to niemożliwe.

Zatrzymali się na dopiero na niewielkim leśnym parkingu, położonym nieco z boku drogi, pustym o tej porze roku. Adam, zamiast odejść gdzieś w krzaki, zaczął sikać tuż przy samochodzie prosto na koło. To Svena tak wykurzyło, że nie zastanawiając się wyciągnął spod siedzenia wielki klucz francuski, który woził przy sobie przez zapomnienie, wyszedł i uderzył go w głowę. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu był tak wściekły, że nie mógł się pohamować.

Stał i zszokowany patrzył na ciało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się naprawdę stało. Po chwili całkiem oprzytomniał i sprawdził, czy Adam naprawdę nie żyje. W jego głowie kołatała jeszcze iskierka nadziei. Było już za późno. Nie zastanawiał się dłużej. Wokół nie było żywej duszy. Otworzył tylne drzwi furgonetki, śpiesząc się bardziej rzucił niż położył ciało na podłogę i przykrył plandeką, po czym umocnił ją kilkoma leżącymi obok kawałkami drewna. Wkładając nieboszczyka do furgonetki poczuł dotyk obcego, śliskiego ciała, przelewającego się przez ręce. Było jeszcze ciepłe, wywołując nieprzyjemne uczucie śliskości i rozlazłości. Pracując w lesie Sven był przyzwyczajony do przedmiotów twardych i szorstkich. Nie pomyślał nawet o rękawicach, które trzymał w schowku w samochodzie.

Odległość do domu nad fiordem nie była duża, nie ryzykował więc wiele. Zresztą i tak nie miał wyboru. Jadąc zastanawiał się, co się stało i co powinien zrobić z nieboszczykiem. Mimo, że miał wyrzuty sumienia, czuł się jednocześnie dobrze; ulżyło mu. Śmierć praktycznie nieznanego mężczyzny uznał za spłatę długu za wszystkie upokorzenia, jakich doznał od obcych, również żony i innych osób, jak i kretyńskiego zachowania się ofiary.

Po wstawieniu furgonetki do garażu, Sven wszedł do domu i przygotował sobie gorący posiłek. Był to jego obiad. Miał już wszystko przemyślane. Z warsztatu wyciągnął piłę. Używał jej do wycinania przerębla, kiedy łapał ryby. Pomyślał o przeręblu, ponieważ był to najlepszy sposób szybkiego i skutecznego pozbycia się ciała. Był pewien, że prąd płynący w kierunku morza zabierze ciało ze sobą, gdzie zniknie bezpowrotnie. Była też jakaś szansa, że odnajdą je rekiny i rozszarpią.

Wieczorem, jak tylko zapadł zmierzch, Sven zdjął sztywne zwłoki z furgonetki i zaciągnął nad brzeg, w miejsce, gdzie przygotował przerębel. Zdecydował się zdjąć z nieboszczyka ubranie, aby rekiny łatwiej sobie z nim poradziły. Okazało się to trudniejsze niż myślał. Zaczęła się zamieć śnieżna i ręce mu drętwiały, ponieważ zapomniał rękawic, a nie chciało mu się wracać do samochodu. Kiedy już uporał się ze wszystkim i miał zanurzyć ciało w dziurze wyciętej w lodzie, usłyszał odległy, ponury ryk syreny okrętowej. Zabrzmiał jak ostrzeżenie. Mężczyzna wzdrygnął się.

Wciskając ciało pod lód, przyszła mu do głowy dziwna myśl, że jeśli miałoby to zdarzyć jeszcze raz, to powinien pamiętać o rękawicach, rozebraniu nieboszczyka już w garażu, gdzie jest cieplej i wygodniej, oraz wycięciu szerszego przerębla. Nie będzie też wozić nieboszczyka jeszcze ciepłego, poczeka aż ostygnie i zesztywnieje, bo wtedy łatwej jest nim manipulować. Sam pomysł, że mógłby jeszcze kogoś zamordować, tak go zszokował, że rozpiął kurtkę, aby się uspokoić na zimnym wietrze.

Po powrocie do domku Sven spalił ubranie Adama w palenisku kominka. Paliło się bez przeszkód, ponieważ użył dobrze wysuszonego twardego drewna. Popiół z kominka zebrał po wystygnięciu następnego dnia przepatrzył, czy nie ma w nim jakichś metalowych przedmiotów. Znalazł tylko sprzączkę od paska, tak wygiętą w ogniu, że nie sposób było rozpoznać, co to za przedmiot. Razem z popiołem wrzucił ją do mocnego plastykowego worka, w którym zabierał śmieci do domu w mieście, aby umieścić je w wielkim metalowym pojemniku na odpadki nie nadające się do dalszego segregowania.

Przed samym wyjazdem w niedzielę rano, przypomniał sobie samochód Adama. Z jego opowieści wiedział, jaka to była marka, model i kolor, i gdzie go zostawił. Wracając do domu zatrzymał się na chwilę, aby nań popatrzeć. Stał w najlepszym miejscu, przy innych samochodach. Tak to ocenił, biorąc pod uwagę, że niektóre z nich właściciele trzymali w tym miejscu nawet tygodniami. Sven przestał się nim interesować.

Przez kilkanaście dni śledził lokalną prasę, ale nie ukazały się żadne wiadomości, które mogłyby go zainteresować. Z tego, co mu powiedział Adam, odniósł wrażenie, że nikt nie wiedział o jego wyprawie w te okolice.

– Zupełnie przypadkowy człowiek, w zupełnie przypadkowym miejscu – Sven powtórzył to kilka razy, aby się w pełni uspokoić. 

Do domu wrócił wieczorem. Okazało się, że była już w nim żona z dziećmi. Ucieszył się ich obecnością. Arne nie mogła sprawić mu większej przyjemności.

– Przyjechałam tylko na weekend. Dzieci bardzo pragnęły cię widzieć. Nie mogłam im tego odmówić. Zrobiłam to na zasadzie wyjątku, bo nie mam żadnego dowodu, że się chociaż trochę zmieniłeś. Nie poszedłeś nawet do psychologa, którego ci załatwiłam, aby przynajmniej z nim porozmawiać.

Sven był w dobrym nastroju, wszystko poszło gładko a w domu były dzieci, do tego stopnia, że żona go pochwaliła, że pobyt nad fiordem dobrze mu zrobił. Przytaknął jej chętnie i kontynuował zabawę z dziećmi.

*****

Dwa tygodnie później, był to również weekend, Sven ponownie wybrał się do domku nad fiordem. Arne nie mieszkała już z nim, miał więc mnóstwo czasu. Było jeszcze zimniej, temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.

Na parkingu, gdzie się zatrzymał, podszedł do niego mężczyzna ze stojącego obok samochodu i zapukał w szybę. Chciał uzyskać informację na temat wzgórz rozciągających się przed nimi. Okazał się być alpinistą planującym pieszą wyprawę jako trening przed zimową wspinaczką w górach.

– Znowu facet z obcym akcentem – pomyślał Sven niechętnie. – Ci ludzie chyba mnie prześladują. 

Pomysł, jaki przyszedł mu do głowy w trakcie udzielania wyjaśnień, nie był jego własny. Historia zdarzyła się wcześniej na innym kontynencie. Była to głośna sprawa, czytał o niej. Chodziło o polowanie. Przypadła mu do gustu. Od razu postanowił go zrealizować. W samochodzie miał sztucer myśliwski z lornetką, idealnie nadawał się do jego planu. Nie zastanawiając się dłużej, zaproponował mężczyźnie podwiezienie go do miejsca położonego kilkaset metrów dalej, gdzie znajdował się punkt widokowy, skąd mógł mu pokazać i wytłumaczyć trasę, o jakiej myślał.

– Odwiozę pana z powrotem – zaproponował. Samochód sobie tu spokojnie poczeka. W Norwegii nie kradną samochodów. – Dodał z uśmiechem.

Mężczyzna wahał się krótko, zanim przystał na propozycję i wsiadł do samochodu. Był dobrze ubrany, miał na sobie zimową kurtkę i porządny plecak znanej marki, przygotowany na dłuższą wędrówkę.

Punkt widokowy okazał się małym placykiem na skale sterczącej poziomo nad wybrzuszonym stokiem. Kiedy obydwaj wysiedli i obcy rozglądał się po okolicy, Sven odtworzył tylne drzwi furgonetki i wyciągnął sztucer spod plandeki. Nie bawił się w żadne wyjaśnienia. Zaskoczenie było całkowite.

– Urządzę ci dzisiaj trening, gnojku, który zapamiętasz na całe życie. A nawet dłużej – dodał złowróżbnie. Twarz mężczyzny nagle zbladła, w jego oczach pojawił się strach.

Plan był prosty. Sven wyłożył go w kilku zdaniach.

– Masz szansę przeżycia, jeśli uda ci się umknąć mojej pogoni. Daję ci dziesięć minut forów, zanim wyruszę za tobą. To dużo. Jesteś zdrowy i sprawny, masz więc szansę. Uciekniesz, twoje szczęście, nie uda ci się, twoja przegrana. Pamiętaj: od tego momentu ja jestem myśliwym, a ty zwierzęciem, na które poluję.

Wiedział, że mężczyzna jest praktycznie bez szans. Musiałby mieć niezwykłe szczęście albo użyć jakiegoś nieprawdopodobnego fortelu, aby mu umknąć. Na to nie mógł sobie pozwolić; gdyby to nastąpiło, jego własny los byłby przesądzony. Obcy ściągnąłby z pewnością policję; mogliby szukać także sprawcy zniknięcia Adama. Niewiele ryzykował, ponieważ każdy uciekinier, jeśli tylko miał trochę rozsądku, miał tylko jedną drogę ucieczki. Jak najdalej lasem po stoku, następnie w dół, w kierunku południowym między skałami, aby znaleźć się przy drodze, gdzie mógłby liczyć na pomoc ze strony kierowcy samochodu jadącego tą drogą. O tej porze roku była ona używana głównie przez myśliwych, prawie nikt inny tędy nie jeździł, może jeden samochód na dobę, nie więcej.

Prawa strona nie dawała żadnych szans uciekinierowi. Musiałby uciekać pod górę i następnie przekroczyć łańcuch górski, za którym najbliższa droga była w odległości co najmniej dwudziestu kilometrów. Razem byłby to dystans około trzydziestu kilometrów terenu bardzo trudnego do pokonania w warunkach zimowych, nawet przy niezbyt silnym wietrze i niezbyt ostrym mrozie.

Mężczyzna popatrzył na Svena, jakby chciał coś powiedzieć lub o coś zapytać. Widocznie zrozumiał, że nie ma żadnych szans negocjacji, ponieważ zacisnął zęby, rozejrzał się po terenie, jakby chciał zapamiętać przestrzeń przed sobą i nie oglądając się wstecz wyruszył. Svenowi podobało się, że się nie oglądał. Pomyślał, że człowiek w warunkach zagrożenia zachowuje się jak zwierzę, kierujące się instynktem.

Równo po dziesięciu minutach Sven ruszył w górę. Kilkadziesiąt metrów dalej był występ skalny, dobry punkt obserwacyjny, z którego widać było wyraźnie całą okolicę. Jego plan by prosty. Korzystając z lornetki wyśledzić uciekiniera, wziąć sztucer do ręki i poczekać, aż wystawi się na strzał. Nie martwił się o wynik, sztucer był doskonały, a on był dobrym strzelcem. Broń nie mogła być lepsza. Kilka miesięcy wcześniej Sven nabył nową lunetę celowniczą Swarovskiego z laserowym dalmierzem, komputerem balistycznym i automatyczną korektą punktu celowania; idealne wyposażenie do strzelania na dalekie dystanse. Mógł zresztą spudłować i próbować ponownie, nawet kilka razy. Strzały w tej okolicy o tej porze roku nikogo by nie zdziwiły. Był to teren polowań na dziką zwierzynę, renifery, łosie, jelenie jak i mniejsze gatunki.

Dotarłszy na punkt obserwacyjny, Sven spodziewał się wyśledzić swój cel w ciągu kilku minut. Słabo zalesiony teren opadał płasko w dół w kierunku drogi i był doskonale widoczny przez lornetkę na przestrzeni kilku kilometrów. W przeciwnym kierunku Sven nie patrzył, były tam skały i teren był trudno dostępny. Uciekinier musiałby być idiotą, aby wybrać ten kierunek, tym bardziej, że Sven w czasie jazdy samochodem celowo powiedział mu, jak teren jest ukształtowany i gdzie jest najbliżej drogi.

Po trzech minutach, spoglądając na zegarek, myśliwy zaczął się niecierpliwić. Pomyślał, że alpinista mógł zwichnąć nogę, lub zdarzyło się coś podobnego, i dlatego pozostawał w ukryciu. Z drugiej strony uspokajał się, że tym bardziej nie powinien mu umknąć. Czas jednak płynął, a on wciąż nic nie widział, żadnego ruchu. Po kolejnych pięciu minutach był już mocno zdenerwowany; na całym płaskowyżu nie było najmniejszego śladu ludzkiej obecności.

W górę, w kierunku grani, spojrzał zupełnie przypadkowo, był to raczej odruch niecierpliwości niż intuicja. Na samym szczycie, prawie na tle nieba, dojrzał ciemną sylwetkę człowieka. Był to ostatni moment. Podnosząc sztucer pomyślał, że albo alpinista był rzeczywiście szalony, albo niezwykle przebiegły; prawie go przechytrzył. Strzał padł w ostatniej chwili, postać zwaliła się na ziemię. Ciemny kształt zastygł między drzewami.

Myśliwemu ciężar spadł z serca. Nie sprawdzając nawet, czy nie był to wybieg ściganego, który padł na ziemię w momencie usłyszenia strzału, który mógł być przecież niecelny, Sven szybko wybrał wzrokiem zdeformowane drzewo w pobliżu szczytu jako punkt orientacyjny, starając się je zapamiętać. Po drodze obmyślał sposób ściągnięcia ofiary na dół do samochodu. Nie powinno to stanowić większego problemu, wystarczyły związane razem gałęzie świerka, które planował użyć jako toboganu. Miał szczęście, ponieważ śnieg był ubity przez wichurę i nie utrudniał poruszania się. Mógł też zostawić ofiarę w lesie, aby z ciałem rozprawiły się dzikie zwierzęta. Po namyśle odrzucił takie rozwiązanie.

Śmierć musiała być natychmiastowa. Pocisk przebił plecak w miejscu, gdzie był koc złożony w spłaszczony rulon, przeszedł przez klatkę piersiową i zatrzymał się na skórzanym portfelu, usztywnionym plastikowymi kartami. Sven uznał to za znak szczęścia. Zabrał pocisk ze sobą, jedyny bezsprzeczny dowód zabójstwa oraz portfel, aby je ukryć w jakimś niedostępnym miejscu lub zniszczyć.

Po powrocie do furgonetki i ułożeniu zwłok wewnątrz, Sven chwilę odpoczywał, po czym wrócił na parking i przeładował nietypowy ładunek do samochodu ofiary. Po namyśle podjechał nim na krawędź skalnej przepaści kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie nie było barierek ograniczających, wysiadł, zwolnił hamulce i pozwolił stoczyć się pojazdowi w głęboki kanion. Słyszał potworny trzask metalowej konstrukcji walącej się w dół po skałach, po którym nastała niezrozumiała cisza. Czekał na wybuch, ale nic takiego nie nastąpiło. Pomyślał, że samochód musiał zatrzymać się na drzewie lub w zagłębieniu terenu z dużą ilością śniegu. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż krawędzi szosy, aby sprawdzić, czy wraka nie widać z drogi. Stroma krawędź kanionu wyglądała jak zawsze, jakby nic się nie zdarzyło. Sven doszedł do wniosku, że jest niemożliwe, aby szybko odkryto rozbity samochód, o ile w ogóle ktoś go kiedykolwiek zauważy. Była to dzika, niedostępna okolica. O ślady wewnątrz wraka nie martwił się, ponieważ używał rękawiczek, zresztą śnieg, wiatr i korozja działały na jego korzyść.

Jadąc do domu nad fiordem cieszył się, że skutecznie pozbył się ciała ofiary. Wyobraził sobie, co musiałby zrobić. Miał już wypraktykowaną procedurę: najpierw wycięcie przerębla w lodzie, potem ściągnięcie ubrania w garażu, następnie zwleczenie trupa na dół i wepchnięcie w lodowatą wodę. Pracowałby w rękawiczkach i wszystko poszłoby mu łatwiej i szybciej niż za pierwszym razem, łącznie z paleniem ubrania na kominku. Ostatni raz wykonując tę czynność pomyślał, że być może niepotrzebnie usuwa ubranie. Uznał jednak, że to, co podpowiadała mu intuicja było ważniejsze niż zastanawianie się.

*****

Przez następne dwa tygodnie Sven śledził informacje o wydarzeniach w okolicy, interesował się również wydarzeniami w kraju. Chętnie buszował po portalach i serwisach informacyjnych organizacji zajmujących się problematyką społeczną, kryminalną i imigracyjną. Najbardziej zajmowały go sprawy obcokrajowców. Miał już rozeznanie, ilu ich jest w kraju i jakie problemy stwarzali. Było to niewiarygodne. Nie szukając niczego konkretnego, znajdował dziesiątki relacji dotyczących oszustw, malwersacji, wykorzystywania pomocy socjalnej, kradzieży, bójek, a nawet zabójstw popełnianych przez imigrantów. Miał już wyrobioną opinię na ich temat.

*****

Miejsce, w którym wycinał przerębel, znajdowało się kilka metrów od brzegu fiordu. Było tam głęboko; co najważniejsze, pod lodem płynął dosyć silny prąd znoszący wszystko na otwarte morze. Wiedział to z doświadczenia, jakie nabył wypływając latem łódką, aby łowić ryby. Uznał za bardzo ważne, wręcz konieczne, aby ciało ofiary był nagie, ponieważ stanowiło to zachętę dla rekinów. Łatwiej przyciągał je zapach ciała ulegającego stopniowemu rozkładowi. Zdarzało się, że nie ruszały ofiary przez kilka dni.  

Po pewnym czasie, przy kolejnych ofiarach, rekiny już czekały. Widział je pod lodem. Wiedział nawet, jakiego są gatunku. Nie musiały być duże, aby wykonać swoją robotę. Uznał je za pomocników.

– Doskonała symbioza – myślał. Jako drwal znał wiele tajemnic przyrody, miał odpowiednie wykształcenie.

Kiedy myślał o swoim nowym upodobaniu, o wojnie wypowiedzianej obcokrajowcom, krew intensywnej krążyła mu w żyłach. Polubił tę rozrywkę. Czuł się jak nigdy wcześniej. Marzył, aby spotkać kogoś podobnego do siebie, o podobnych zainteresowaniach, osobę zaufaną, z którą mógłby wymieniać się informacjami, podyskutować o szczegółach. Myślał też o powrocie żony i dzieci, okazało się to jednak bardzo trudne. Tym bardziej cieszył się nową misją, jaką miał do spełnienia.

Ryzyku i swojemu bezpieczeństwu nie poświęcał wiele uwagi. Wszystko szło, jak trzeba. Nie zaniedbywał jednak żadnych środków ostrożności. Przede wszystkim postępował tak, aby w jego rejonie nie szukano osób zaginionych. Zabójstw dokonywał z dala od domu nad fiordem, przeważnie w bezludnej okolicy, gdzieś na ustroniu, rzadko w jakimś odległym miasteczku i tylko raz w pobliżu większego miasta. Wyzwaniem było niekiedy pozbycie się samochodu ofiary, najczęściej Sven pozostawiał go tam, gdzie zostawił go właściciel. Było to rozsądne, ponieważ nie dokonywał zabójstw ani w samochodzie, ani w domu ofiary. Zawsze wywabiał upatrzoną ofiarę gdzieś dalej, w miejsce, gdzie czuł się bezpiecznie.

Wieczorem, obserwując z domu spokojną powierzchnię fiordu, wyobraził sobie, że kupi kiedyś mały prom z opuszczaną klapą w środku pokładu i będzie nim wypływać wieczorem, aby otworzyć luk i patrzeć, jak samochód, z ofiarą lub bez, zsuwa się na dno. Na środku fiordu było bardzo głęboko, prawie dwieście metrów. Sprawdził to. Nikt tam nigdy nie nurkował, ponieważ nie było tam nic do zobaczenia, z wyjątkiem skał i piasku. Przed spuszczeniem samochodu usunąłby wszystkie luźne przedmioty, część porzuciłby w odległych miejscach w komunalnych i osiedlowych pojemnikach na śmieci, a to co było absolutnie konieczne i praktyczne do usunięcia na zawsze, na przykład dokumenty, paliłby na kominku. I to tylko wtedy, kiedy wiatr wiał w kierunku otwartego morza, nie odwrotnie. Nikt nigdy nie czuł żadnego smrodu czy swędu z jego komina. Sam zresztą tego nie znosił.

*****

W grudniowy piątek, była to już kolejna zima bez żony i dzieci, jadąc furgonetką myślał o choince bożonarodzeniowej. Nie lubił piątków. Tego dnia jak zwykle odczekał, aż ciało ofiary zesztywnieje, bo bał się także zarazków, choć nie było to takie ważne, i załadował je do samochodu, po czym ukrył w oddalonym od drogi, nieczynnym od lat kamieniołomie przywalając kawałkami płaskich skał.

Dzień był idealny do przeprowadzenia akcji. Powietrze było białe od mgły, temperatura dużo poniżej zera w skali Celsjusza. Było tajemniczo i chłodno, emanował spokój, nie czuć było nawet drobiny wiatru. Jadąc nad fiord, przyglądał się szeregom małych świerczków na krawędzi lasu, prawie idealnie równych, jakby posadzonych przez człowieka oraz krzakom wyglądającym jak żywopłot z czapami śniegu na wierzchu. Obrazy te uspokajały go, dając pewność, że natura go chroni i nikt nigdy nie odkryje jego tajemnicy. Zatrzymał się, dla samej przyjemności przyjrzenia się zimowej przyrodzie, wysiadł i wciągnął mroźne powietrze w płuca. Na dachu samochodu gęsty szron wyglądał jak sierść renifera pokryta białą szadzią. Kochał taką pogodę. Trwał mroźny, czysty poranek; wokół panowała śnieżna biel zatopiona w ciszy. Wiedział, że będzie to udany dzień.

Jechał znaną drogą wijącą się po zboczach gór stępionych wiekiem, trochę niebezpieczną. Po lewej stronie szosy ostro pięła się do góry ściana skalna, po prawej stronie biegła ocynkowana metalowa barierka. W połowie drogi zaczął padać śnieg. W pewnym momencie usłyszał stukot, jakby ktoś pukał do drzwi prosząc o otwarcie. Wzdrygnął się. Chwilę później zaśmiał się, wydając z siebie stłumiony, odprężający chichot.

– Nieboszczyk stuka. Ciekawe o co mu chodzi – zażartował półgłosem.

Wyjechawszy zza zakrętu osłoniętego wysoką skałą, otworzył pilotem bramę i wjechał na swoją posesję. Nie zauważył ich od razu, bo padał śnieg, a on był zamyślony. Czekali na niego: dwaj mężczyźni i kobieta, wszyscy ciemno ubrani, w spodniach, solidnych zimowych butach i wojskowych kurtkach. Kiedy ich spostrzegł, było już za późno, zresztą i tak nie miałby szans. Miejsce było idealną pułapką, a cała trójka była uzbrojona. Najbliżej stojący mężczyzna, widział go wyraźnie wjeżdżając w głąb posesji, przypomniał mu drżącego z zimna chudzielca, Adama, pierwszą ofiarę. Sven domyślił się, że był to jego brat. Mijając go zauważył kątem oka w lusterku jak mężczyzna ustawia się z boku za samochodem. Nie miał pojęcia, kim były pozostałe dwie osoby, czy byli to ubrani po cywilnemu policjanci czy też może rodzina lub przyjaciele zmarłego.

Kiedy wysiadł, drugi mężczyzna kazał mu odsunąć się od samochodu, zatrzymać się i nie ruszać się z miejsca, pozostała dwójka trzymała go na muszce. Mężczyzna podszedł do furgonetki i otworzył bagażnik. Ściągnął plandekę, chwilę patrzył do wnętrza, po czym zabrał leżący z boku sztucer i kiwnął głową w kierunku swoich towarzyszy, po czym podszedł do kobiety i podał jej sztucer. Znieruchomieli i patrzyli na niego. Nie wydawali mu żadnych komend. Czekali, nie odzywając się ani słowem. Zachowywali się dokładnie tak jak on. Sven widział w tym czysty profesjonalizm, w ciszy gór, śniegu i skutego lodem morza. Domyślił się, co ma zrobić. Znał już wyrok i procedurę postępowania, którą sam stworzył.

Poszedł w kierunku przerębla. Świadkowie sceny milczeli. Zachowywali się tak jak on, poważnie, jak należało w takich okolicznościach; wykonywali spokojne, wystudiowane ruchy, żadnej szarpaniny. Był pewien, że musieli go wcześniej podglądać. Już z daleka dostrzegł otwór w lodzie, okrągły, równo wycięty. Dokładnie tak, jak on to robił.

Nie myślał o ucieczce. Przyszło mu do głowy, że gdyby nawet miał przy sobie nóż i chciałby go użyć, aby uniknąć dalszego cierpienia, nie pozwoliliby mu na to. Kiedy znalazł się nad przeręblem, zobaczył swoje rekiny. Czekały już. Zebrało mu się na wymioty. Odczuł nagłe swędzenie ciała i potworne zimno. I wtedy przypomniał sobie, a może nawet usłyszał, odległy, ponury ryk syreny okrętowej.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 13 kwietnia 2020

0Shares

Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. 

Imię i nazwisko: Daniel Corseio. Wiek: 73 lata. Zawód: przemysłowiec na emeryturze. Przebyte choroby: żadne (wedle oświadczenia pacjenta).

Informacja o przebytych chorobach zaintrygowała lekarza. Spojrzał uważnie na pacjenta, pochylił się i studiował przez minutę dane zawarte na karcie, po czym dopisał coś od siebie.

*****

Daniel przewrócił się w trakcie joggingu doznając obrażeń. Mimo swoich lat biegał regularnie. Upadł bardzo niefortunnie; zbiegając z górki w lesie potknął się o ledwo widoczny korzeń i wyłożył się jak długi na ścieżce. Pokonywał tę trasę regularnie i nigdy nie widział tej przeszkody. Miał zbity łokieć i zdartą skórę twarzy. Po powrocie do domu i wstępnym opatrzeniu obrażeń uparł się, mimo propozycji córki, że go zawiezie, że sam pojedzie do szpitala. Tam zbadano go, wykonano odpowiednie prześwietlenia i porządnie opatrzono. Okazało się, że doznał wstrząsu mózgu, na szczęście niewielkiego.

– To może mieć swoje konsekwencje, ale niekoniecznie. Medycyna nie jest w stanie określić, kiedy to nastąpi, czy w ogóle nastąpi i jaką przybierze postać. Mogą to być ból i zawroty głowy, problemy z koncentracją, dezorientacja, zaburzenia mowy. Zdarza się, że pojawiają się zaburzenia emocjonalne a nawet osobowości.

Po udzieleniu wyjaśnień, lekarz zalecił pacjentowi tydzień spokojnej rekonwalescencji.

Ograniczony instrukcjami lekarza Daniel Corseio zyskał dużo wolnego czasu. Spożytkowywał go czytając ulubione lektury: biografie, dokumenty, a właściwie ich tłumaczenia oraz książki i opracowania dotyczące objawień i przepowiedni. Jasnowidze, wróżbici i prorocy byli jego bohaterami, zarówno w podręcznikach historii jak i w dziełach literackich. Miał swoje ulubione przepowiednie i ulubionych profetów: Nostradamusa, Świętego Jana od Apokalipsy, Sybillę oarz Królową Saby. O nich czytał najchętniej, ich przepowiednie, proroctwa i biografie, wszystko, co mu wpadło w rękę. Była to prawdziwa pasja. Daniel traktował ją nad wyraz poważnie; będąc osobą wierzącą uważał, że przepowiednie i objawienia są częścią wiary w Boga.

Wieczorem trzeciego dnia rekonwalescencji, starszy pan poczuł się gorzej. Szumiało mu w głowie. Dla uspokojenia się usiadł na fotelu i odchylił głowę do tyłu; po chwili zapadł w głęboki sen. Miał widzenie, był to sen nie-sen, wyjątkowo realny. Ujrzał koniec świata. Przekaz pochodził od proroka, Świętego Jana, którego Daniel widział już wcześniej w snach, o którym czytał i którego oglądał na obrazach w kościołach i w jednym muzeum. Była to postać jak najbardziej autentyczna.

Usłyszał nie tylko zapowiedź końca świata, ale także zobaczył jego obraz: kulę ziemską w ogniu rozpalonej masy plazmy słonecznej. Był to obraz totalnego i ostatecznego kataklizmu. Daniel zapamiętał dokładną datę, miał on nastąpić za równe dwa miesiące.

Po przebudzeniu się poczuł się lepiej. Od razu wstał i zanotował wszystkie szczegóły snu, aby niczego nie pominąć ani nie zapomnieć. Myślał o objawieniu cały czas, zapomniał nawet zjeść kolację. W oparciu o zapiski wyliczył dokładny dzień końca świata. Obliczenia sprawdził trzy razy dla pewności.

*****

Objawienie końca świata zmieniło życie Daniela Corseio. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nastąpi, wiedział nawet dokładnie kiedy. Czuł jednak pewien niedosyt wynikający z dyskusji z córką i innymi osobami, kwestionującymi zasadność jego przekonań a nawet wiarę w Boga. Zarzucano mu łatwowierność. Zapamiętał słowa córki Alefy:

– Każdy fakt, każde najdrobniejsze zdarzenie, każda informacja wymaga potwierdzenia z drugiego źródła. Jeśli się potwierdzi, to jest to prawda. Jeśli nie ma potwierdzenia, to zawsze będą wątpliwości.

Córce wierzył tym bardziej, że była nauczycielką, uczyła filozofii i logiki. Kochał ją bardzo, mimo ze stawała mu niejednokrotne okoniem. Jej sprzeciwy przypisywał naturze kobiecej.

– Jej matka była taka sama. Czasami jednak miała rację.

Przypomnienie, że jest uparty, umocniło go w przekonaniu, że musi znaleźć potwierdzenie daty końca świata, mimo że sam nie miał żadnych wątpliwości. Poszedł do biblioteki, aby przejrzeć dzieła proroków. Potrzebował pomocy, odbył więc rozmowę z bibliotekarką. Podzielił się z nią swoimi zainteresowaniami i wiarą w proroctwa i przepowiednie. Przy okazji dowiedział się jej imienia: Salome. Ona sama nie pytała go o imię ani o nazwisko, więc się nie narzucał.

Salome, niemłoda już niewiasta, ubrana w ciemnobeżową wysmuklającą sukienkę, wysłuchała go z uwagą i zainteresowaniem. Okazała się niezwykle pomocna, można by powiedzieć usłużna. Odszukała dwa najważniejsze dzieła opisujące proroków i ich przepowiednie. Książki były zbyt obszerne, aby mógł je przejrzeć jeden człowiek. Daniel potrzebowałby na to wiele dni. Poprosił więc Salome o pomoc. Zgodziła się bez wahania. Ona przeglądała jedno a on drugie dzieło. Szukali daty końca świata, która mu się przyśniła.

– Szukajcie a znajdziecie! – Po trzech godzinach studiowania, z przerwami na obsługę czytelników przybyłych oddać książkę lub wypożyczyć, bibliotekarka głośno wyraziła swoje zadowolenie ze znalezienia poszukiwanej informacji. Corseio zdumiał się; opis i data końca świata były dokładnie takie, jak to widział we śnie. Nie miał wątpliwości, to było proroctwo. Najważniejsze, że daty zgadzały się co do joty: rok, miesiąc i dzień. Oczywiście nie była to data wypisana czarno na białym. Trzeba było ją obliczyć od dnia innego wydarzenia zanotowanego w średniowieczu, udokumentowanego historycznie ponad wszelką wątpliwość. Datę końca świata Daniel obliczył, Salome poprosił tylko o dodatkowe sprawdzenie. Zajęło jej to więcej czasu niż jemu, ale wynik był ten sam.

Następnego dnia Daniel przyniósł jej kwiaty. Była mile zaskoczona. Sprawił jej przyjemność, jej reakcja sprawiła z kolei jemu radość. Wyszedł z biblioteki pogwizdując.

Do krytycznego dnia Corseio przygotowywał się z wielką starannością. Najpierw wszystko sobie przemyślał, potem sporządził listę spraw do załatwienia. Następnie wytypował dziesięć najbardziej znaczących spraw i ponumerował je w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej. Konsekwentnie je realizował, nie spiesząc się; miał dostatecznie dużo czasu. Testament sporządzony kilka lat wcześniej zawiózł do notariusza i zaktualizował. Przy okazji poczynił kilka małych darowizn, resztę zapisał córce. Sprawdził i pospłacał wszystkie długi. Nie było tego wiele; trzy niezbyt wysokie zapomniane kwoty. W ramach zwrotu długów, pooddawał właścicielom pożyczone książki.

Najwięcej czasu zajęły mu kontakty z ludźmi. Zadzwonił do wszystkich osób, z którymi nie widział się lub nie rozmawiał ostatnio, a miał uczucie, że powinien. Uporządkował swoje dokumenty układając je w chronologicznej kolejności i pozostawił je na widocznym miejscu. Potem uporządkował książki na regałach. To było najtrudniejsze. Część odłożył do tekturowych kartonów i pooznaczał je imionami i nazwiskami osób lub nazwami organizacji, do których miały trafić. Część pozostawił córce, aby zdecydowała, co z nimi zrobić. Były to przeważnie pięknie ilustrowane albumy turystyczne. Karty bankowe odłożył do kolorowej, rzucającej się w oczy koperty, pozostawiając wewnątrz kartkę z loginami i numerami haseł dostępu do kont. Stanu posiadania na dwóch kontach, jakie posiadał, nie zapisywał.

– Sami sobie to sprawdzą – pomyślał. Nie miał wątpliwości, że nie musi przygotowywać szczegółowych instrukcji jak przeprowadzać operacje bankowe. Alefa, jej mąż Joao i ich dzieci – więcej rodziny nie posiadał – lepiej radzili sobie z bankami i Internetem niż on sam.

*****

Córka dzwoniła do niego kilka razy, aby zapytać o zdrowie, jak również czy czegoś nie potrzebuje.

Powiedział, że czasowo zawiesił jogging i czuje się bardzo dobrze.

– Miałem trochę czasu i uporządkowałem swoje sprawy i rzeczy. Nie poznasz mieszkania, kiedy tu przyjedziesz. Zawsze mi mówiłaś, że mam bałagan; teraz wszystko jest na swoim miejscu. Nie wtajemniczał Alefy w szczegóły porządków, ani też nie wyjaśnił dlaczego je zrobił. Nie chciał jej martwić. Była ciekawa, pytała o to, wiedziała jednak, że jej nie powie. Lubił być tajemniczy. Rozmawiając z ojcem zadała sobie pytanie, czy ona też będzie taka jak się zestarzeje.

Po ostatniej rozmowie z córką zdenerwował się, po co wszystko tak starannie uporządkował skoro i tak w dniu końca świata wszystko zniknie. Dla ułatwienia sobie sprawy, zadziałała tu jego podświadomość, wytłumaczył sobie, że nie musi to być koniec świata dla wszystkich, tylko dla niego. Zrobiło mu się od razu lżej. Żadną miarą nie zamierzał rezygnować ze swego planu.

– To byłoby coś równie potwornego jak wyrzeczenie się Boga tylko dlatego, że ma się przejściowe wątpliwości.

W dniu zagłady, przed godziną dwunastą w południe przyjął dużą dawkę leków nasennych, aby nie umierać w cierpieniu.

*****

Lekarz szpitala miejskiego na wieczornym obchodzie nie śpieszył się. W towarzystwie pielęgniarki oddziałowej przechodził od pacjenta do pacjenta, sprawdzał efekty wykonanych zabiegów, stan zdrowia, czasem nawet zadawał kilka pytań, coś wyjaśniał lub udzielał instrukcji.

Na karcie pacjenta umieszczonej w nogach łóżka przeczytał na głos: Daniel Euzebio Corseio. Przypomniał sobie telefon kobiety pytającej o jego stan zdrowia. Był jej ojcem; lekarz rozmawiał z nią niezbyt długo. Po zapoznaniu się z danymi zawartymi na karcie, popatrzył na starszego pana z uwagą. Nie pytał o nic tylko wyjaśnił:

– Kiedy przywieziono pana, był pan nieprzytomny. Od razu zrobiliśmy panu płukanie żołądka. To pana uratowało.

Daniel patrzył na niego niepewnie. Stał przed nim młody mężczyzna z siwiejącymi już włosami, jasne kosmyki przeplatały się z ciemnymi. Miał na sobie niezbyt czysty fartuch lekarski. Dziwnie mu się kojarzył: młoda twarz, siwiejące włosy, fartuch budzący wątpliwości szarymi plamami w kilku miejscach. Słuchając lekarza, Daniel był wciąż oszołomiony. Nie mógł przypomnieć sobie, co się stało. Miał niejasne uczucie, że coś mu nie wyszło.

– Przestraszył się pan końca świata?

Pytanie zaskoczyło Daniela. Wybałuszył oczy i milcząco gapił się na pytającego. Nagle przypomniał sobie wszystko. Nic nie odpowiedział, zastanawiał się tylko, skąd lekarz to wie.

– Nie jest pan skromny, co? – padło drugie pytanie. Lekarz przypatrywał mu się z niejasnym uśmiechem na twarzy.

Daniel Corseio poczuł się zagubiony. To były pytania sięgające poza normalne rozumienie świata. Poczuł, że musi coś odpowiedzieć. Postanowił udawać.

– Dlaczego pan o to pyta, panie doktorze? Nie rozumiem, o co chodzi.

– Tylko Bóg wie, kiedy nastąpi koniec świata. A pan uznał, że jest równy Bogu. Czy nie jest to ciężki występek dla człowieka wierzącego?

Corseio pragnął zaprzeczyć, ale coś go powstrzymało. Rozglądał się niepewnie. W końcu pokoju zauważył Świętego Jana. Nie miał co do tego wątpliwości, widział go dziesiątki razy na obrazach, ilustracjach i rycinach. Święty miał nie swoją twarz, ale jego, Daniela Corseio, poruszał szybko językiem i wargami, coś mu tłumacząc. Co do własnej twarzy zamiast twarzy świętego nie miał wątpliwości. Ten sam owalny kształt, wystające kości policzkowe i krzaczaste brwi. Daniel przeraził się i odwrócił głowę. W przeciwległym końcu sali zobaczył drugą postać. Był to Nostradamus. Też miał jego twarz. Daniel zamknął oczy i usłyszał jakby ktoś cicho lecz namiętnie kłócił się z nim. Rozpłakał się.

– Co się panu stało, panie Corseio? Źle się pan czuje? – lekarz i pielęgniarka zaniepokoili się. Podeszli do niego; lekarz zaczął badać puls trzymając pacjenta za nadgarstek, pielęgniarka głaskała go po drugiej ręce dla uspokojenia.

– Jak moja Alefa, kiedy była mała – pomyślał Daniel, wracając wspomnieniem do córki, wówczas małej dziewczynki, pocieszającej go kiedy dowiedział się o samobójstwie przyjaciela.

Daniel odczuł natłok myśli. Nie mógł przyznać się, że chciał się wynieść ponad Boga i decydować, kiedy nastąpi koniec świata. To byłoby świętokradztwo i bluźnierstwo. Przestraszył się, rozglądał się w poszukiwaniu pomocy. Wtedy znowu zobaczył te same dwie postacie stojące w dwóch przeciwległych rogach salki szpitalnej. Przyglądali mu się uważnie i kiwali głowami.

– Chcecie mi wybaczyć? – zapytał niepewnie.

Nic nie odpowiedzieli, wciąż przyglądali mu się pytająco. Widać to było po ich twarzach, które dziwnym trafem przypominały jego własne oblicze, tak jakby to on był w każdym z nich.

– Mam przeprosić Boga?

Obydwaj poruszyli głową potakująco. Daniel zdjął nogi z łóżka, zsunął się na podłogę, ukląkł i zaczął się modlić.

– Zanurzył się w swój świat proroków i przepowiedni końca świata – szepnął lekarz do pielęgniarki pociągając ją za fartuch w kierunku drzwi wyjściowych. Wychodząc, zgasił światło a pielęgniarka zamknęła drzwi. W pokoju pozostała zapalona tylko mała lampka przy łóżku, przy którym klęczał Daniel Corseio wpatrując się to w jednego to w drugiego proroka. Był już spokojny. Wiedział, że ma przeprosić Najwyższego za swoją decyzję, nie wiedział tylko jak.

– W razie czego pójdę do biblioteki i razem z Salome znajdę jakieś rozwiązanie – zdecydował się.

Zanim zasnął zmęczony przeżyciami, postanowił, że kupi jej kwiaty, tylko inne niż cyklameny podarowane ostatnim razem. Cyklameny nie kojarzyły mu się dostatecznie mocno z wiarą w życie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 8 kwietnia 2020

0Shares

Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie.

Odc. 1

Naród pokochał prezydenta Aleksandra Cumagina Sake już w dniu jego nominacji. Był inny niż jego poprzednicy, był najlepszym prezydentem, jakiego mogli sobie wyobrazić, krwią z jego krwi i kością z jego kości. Kiedy Aleksander Cumagin udowodnił, że potrafi sprawować urząd z godnością, obywatele co pięć lat zgodnie przedłużali mu mandat. Prezydent doceniał dobrodziejstwa tytułu i urzędu i szczerze odpłacał narodowi gorącym uczuciem wdzięczności.

Aleksander Cumagin Sake miał marzenia. Po nocach śnił mu się tytuł imperatora. Brzmiał on znacznie poważniej i dumniej niż arcyksiążę, król, cesarz, sułtan a nawet car, władca wszechmocny.

– Car to przeszłość, przeżytek, można by powiedzieć rupieć historyczny, nieładna część światowej tradycji. Dla przykładu, car Iwan Zagwozdny chodził z laską zakończoną ostrym kolcem i żgał w stopę jaśniepanów wyprężonych przed nim w szeregu, aby sprawdzić ich odporność na ból i oddanie najwyższej władzy. Ten tytuł już się przeżył. Niesie złe skojarzenia – prezydent wyjaśnił kiedyś przy piwie „Imperial” siedząc na tarasie swojej daczy w otoczeniu najbliższych przyjaciół.

W nocy – trzeba to podkreślić, gdyż Aleksander Cumagin Sake śnił także w dzień – naszło go marzenie, rodzaj widziadła, niespokojne i intrygujące. Prezydent siedział wtedy w fotelu, lekko spocony, w piżamie, przykryty puchową kołdrą krytą jedwabiem. W ręku trzymał wieczne pióro; poruszając nim lekko czekał na ważne dokumenty do podpisu. Myślał o koronie. Podszedł do niego osobisty adiutant, Siewierij Niania, w randze generała lejtnanta, aby go utulić. Aleksandrowi Cumaginowi wydał się kobietą, serdeczną i opiekuńczą.

– Czy ja już jestem imperatorem, Nianiu?

– Nie, jeszcze nie, kochanie. Ale już niedługo – uspokoił prezydenta Niania i poprawił kołdrę.

Rano Aleksander Cumagin Sake czuł się nie najlepiej. Chodził po wysokich schodach w górę i w dół, w górę i w dół, aby sprawdzić, czy ogromne drzwi jego pałacu otwierają się i zamykają równie łatwo i bezszmerowo jak poprzedniego dnia. Martwił się. Miał ku temu powody. Poprzedniego dnia ktoś strzelał za oknem pałacu. Chwilę potem prezydent usłyszał głuchy odgłos padającego na ziemię ciała. Potem nastąpiło coś, o czym nigdy nie słyszał. To znaczy słyszał, ale nie miał pojęcia, że mogło to być tak wielkie i w dodatku tak milczące.

Z centrum miasta, w kierunku jego pałacu, pełznął wielki wąż, potwornie długi i rozlewał się po ulicach. Na grzbiecie niósł czerwone transparenty i potwornie milczał. To milczenie było najstraszniejsze, ponieważ milczał o ludziach zmarłych i zabitych potajemnie, i chociaż milczał, to żyjący wiedzieli, o kogo chodzi. Chodziło o tych, co nie potrafili trzymać języka za zębami, określali się jako konkurencja legalnej władzy i mówili o nieuczciwym bogaceniu się, despotyzmie i bezprawiu.

Niektórzy obywatele uważali takie zachowania za antypaństwowe i godne potępienia, ponieważ wąż podawał w wątpliwość i kwestionował to, co oni uważali za prawdę. Byli to ludzie, którzy wierzyli Aleksandrowi Cumaginowi bez granic; był dla nich wielkim człowiekiem, niezwykłym przywódcą, wspaniałym wodzem.

Na wiadomość o pełznącym monstrualnym wężu i jego podstępnym milczeniu Aleksander Sake zareagował spokojnie i rozważnie. Wiedział, co zrobić. Polecił rozesłać kondolencje, szczere, najszczersze, rodzinom tych obywateli, którzy tajemniczo zginęli, co uczyniono bezzwłocznie. Wtedy uspokoił się.

W pałacowym gabinecie, gdzie prezydent miał swoje biurko, stała w rogu bardzo stara, prawie antyczna, bogato rzeźbiona szafa. Prezydent nigdy jej się bliżej nie przyglądał.

– Stoi sobie, to stoi – myślał, nie angażując się w rozważania, jakie to ma znaczenie dla kraju lub choćby tylko dla niego.

Tym razem spojrzał na nią uważniej, miał akurat chwilę wolnego czasu, i dostrzegł na jej szczycie – ku swemu zdumieniu – błyszczącą klejnotami koronę. Taką, jaką noszą tylko najwięksi władcy. Prezydent wstał zza biurka i zadał sobie trud, aby podejść do szafy. Nie musiał tego robić, bo przecież mogłaby przynieść mu ją służba pałacowa, ale zrobił. Stojąc przy szafie wspiął się na palce i usiłował dosięgnąć korony. Była zbyt daleko; gabinet był większy niż największy salon pałacowy, a szafa odpowiadała mu wielkością i splendorem.

W końcu prezydentowi udało się zdjąć koronę z szafy korzystając ze stojącego niedaleko krzesła. Przymierzył ją. Pasowała jak ulał. Idealnie odpowiadała jego marzeniom bycia imperatorem, któremu taka korona przysługuje z urzędu. Aleksander Cumagin Sake zdjął ją z głowy i ostrożnie umieścił z powrotem na szafie, po czym obrócił się na pięcie dookoła własnej osi. Zrobił to trzy razy, bo był przesądny. Chwilę później znowu przymierzał koronę. Nie pasowała!

Próbę z przymiarką korony powtórzył kilka razy, osiągając te same wyniki. Raz pasowała, raz nie pasowała. To go rozeźliło. Aby uspokoić się wrócił do biurka, gdzie leżała kulka z napisem “Demokracja”. Była spora, plamiasta. Lubił używać ją do zabawy jako prestidigitator. Był to jego drugi zawód, o którym nikt nie wiedział. Pierwszy znali wszyscy, nie tylko w kraju, ale i na świecie. To, że o drugim nikt nie wiedział, utrzymywało prezydenta w pogodnym nastroju niewinności.

Sztuczka, jaką ćwiczył, polegała na tym, że kiedy otwierał dłoń z kulką, raz pokazywała się ona z napisem „Demokracja jest!”, a drugi raz z napisem,” Demokracji nie ma!”. Lubił to ćwiczyć, bo zmiany napisów go bawiły.

– Kiedyś pokażę ją tym amerykańskim i europejskim zarozumialcom, którzy dybią na mój kraj i majątek. – Pomyślał sobie. – Ech, co to za majątek! Takiego majątku nie ma nikt na świecie! – Westchnął z radością, która wypełniła go po brzegi jak szampan wypełnia kielich.

Po nacieszeniu się myślą o ogromie władzy i nieprzebranym majątku, Aleksander Cumagin Sake usiadł w swoim fotelu za wielkim hebanowym biurkiem i zaplanował nowy dzień. Myślał o nowych wyborach, choć nie musiał, bo popierały go rzesze obywateli, którzy go uwielbiali.

– Nie wszyscy, ale solidne osiemdziesiąt pięć procent. To mi wystarcza. Nie jestem chciwy. Wszyscy to wiedzą. A jak nie wiedzą, to tylko dlatego, że są głupi – tak sobie tłumaczył swoje myśli.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wąż, który powrócił tydzień później i wszedł na Plac Prezydencki, aby pozostać tam na stałe i strasznie milczeć. Co gorsze, wąż powiedział mu we śnie:

– Będę tu czekać aż do skutku.

Prezydent wiedział od doradców, że gada podesłała mu opozycja, wrogowie państwa. Regularnie potępiał ich publicznie, aby naród wiedział, kto dobrze a kto źle mu życzy. Obywatele cenili otwarte i rzeczowe wystąpienia prezydenta. Były dla nich ważne, bo w czasach opozycji nie powodziło im się najlepiej.

Wroga choć niezdarna krytyka opozycji nie zniechęcała Aleksandra Cumagina Sake do otwartości w polityce krajowej i zagranicznej. Prezydent cenił dyplomację oraz uzbrojoną po zęby armię. Używał jej w celach obronnych, aby zniechęcić wrogów swojej ojczyzny, zwłaszcza tych najbogatszych, do myślenia o inwazji. To było ważne, ponieważ nie zamierzał dopuścić do sprowadzenia swego kraju do roli podnóżka, chłopca do bicia. Obywatele cenili go za wyjście naprzeciw wrogom z otwartą przyłbicą.

Prezydent lubił także podróżować. Celem jego podróży nie był wypoczynek, jak robi to zwykły człowiek pracy, ale pokazanie, jak piękny i bogaty jest jego kraj oraz jak silny i zwarty jest jego naród. Prezydent cenił sobie najbardziej oficjalne wizyty zagraniczne, różne grupy oznaczane symbolami cyfrowymi, A3, G8 czy nawet ZTP12, ponieważ jego udział w ich spotkaniach przynosił krajowi same korzyści. Pisała o tym obszernie prasa rządowa. Były to tak ważne wydarzenia, że w małych miasteczkach i na wsiach samoistnie organizowały się publiczne dyskusje na ich temat, aby wszyscy obywatele zrozumieli ich doniosłość.

Odc. 2

Aleksander Cumagin Sake dbał także o tradycję. Była dla niego święta. Najważniejsze były w niej wygrane wojny i ich bohaterowie, ci zabici na polu walki i ci zmarli z głodu lub choroby. Kiedy o nich myślał, wzdychał:

– To były ciężkie a zarazem heroiczne czasy. Taka jest nasza historia.

Z okazji rocznicy ostatniej zwycięskiej wojny obronnej organizował co roku wielką defiladę wojskową. Nikt inny na świecie nie był w stanie zorganizować takiej defilady; wywoływała ona w obywatelach głębokie i szlachetne wspomnienia. Było to wspólne święto całego narodu.

Defilada stanowiła wielkie przeżycie dla wszystkich. Zachwyt budziły nogi, ręce i korpusy żołnierzy poruszające się z dokładnością zegarka i ostrością bagnetu, raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa, i ich podkute buty trzaskające o asfalt, aż sypały się iskry. Każdy obywatel przeżywał defiladę tak, jakby była ona zorganizowana na jego cześć. Zabierał jej cząstkę do domu. Dzięki prezydentowi Sake pamięć o wojnie i jej bohaterach pozostawała wciąż żywa, mimo że sama wojna skończyła się osiemdziesiąt lat wcześniej.

Obywatele byli tak zakochani w defiladzie i innych wielkich uroczystościach państwowych, że nawet biurokracja, przekupstwo czy bylejakość codziennego życia wydawały im się bardziej naturalne i do zniesienia. Byli za to wdzięczni prezydentowi Sake, bo to on wszystko sponsorował, organizował i opłacał.

Niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany, Aleksander Cumagin Sake reprezentował także walory osobiste, dając innym przykłady odwagi, mądrości i dobroci. Był wzorem, żaden mężczyzna nie był w stanie mu dorównać. Pokazywała to telewizja; jak walczył z niedźwiedziem, latał motolotnią ze stadem dzikich łabędzi oraz nurkował w lodowatej wodzie na głębokość dziesięciu metrów, aby bratać się z morsami i fokami. Obywatele szanowali go także za to, że w najcięższych chwilach był poważny i opanowany. Dawało im to siłę do zmagania się z trudnościami codziennego życia.

Kiedy Aleksander Cumagin Sake przyleciał z oficjalną wizytą do Republiki Elamu, na lotnisku przy powitaniu zagrano hymn narodowy Bizantu. Prezydent słuchał i uszom nie wierzył. Był to hymn zupełnie innego kraju. To, co się stało, reporter dziennika stołecznego opisał dwoma zdaniami.

– Aleksander Cumagin Sake zdrętwiał, zastygł, w końcu zamarł z wrażenia. Jego twarz stała się kamienna i taka już pozostała.

Lekarze osobisty prezydenta stwierdził, że był to uraz psychiczny, który należy leczyć.

– To było nie do zniesienia. Nikt nie był w stanie przeżyć takiego szoku bez urazu – podsumował lekarz w wywiadzie telewizyjnym.

Po zakończeniu rozmów z przywódcą Elamu, generałem Sufraginem, Aleksander Cumagin odleciał wieczorem do kraju. Lot trwał nie dłużej niż półtorej godziny. Po przylocie prezydent miał od razu udać się na wypoczynek do pałacu prezydenckiego. Pracownicy i służba zawsze byli uprzedzeni, kiedy prezydent był już w drodze do domu.

Dwie godziny później adiutant Niania wybiegł pełen niepokoju ze swojego pokoju i pobiegł do sekretariatu prezydenta. Był zdenerwowany brakiem wiadomości, gdzie jest i co robi prezydent.

– Gdzie on jest? – adiutant rzucił pytanie sekretarce. Spodziewał się natychmiastowej i uspokajającej odpowiedzi.

– Aleksander Cumagin Sake … jest już w stolicy.

– Ale gdzie w stolicy? – wrzasnął Niania do sekretarki. Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Miejsce pobytu prezydenta skojarzyło się Niani zupełnie bezsensownie z więzieniem Varlam. Dziwił się sam sobie. Było to głupie i niepotrzebne skojarzenie.

– To ta cholerna opozycja. Sukinsyny – zawołał z wściekłością i wyszedł z sekretariatu trzaskając drzwiami. – Zawiadom mnie jak tylko będziesz wiedziała – rzucił sekretarce przez ramię.

Po powrocie z Elamu mimo interwencji lekarskiej twarz prezydenta pozostała kamienna. Widać to było wyraźnie kiedy występował w telewizji. Nie był to widok przyjemny ani obojętny dla obywateli Bizantu. Oczekiwali, że lekarze coś zrobią i prezydent wróci do swej poprzedniej formy. Minęło kilkanaście dni i nic takiego nie nastąpiło. Ludzi spekulowali na temat umiejętności lekarzy prezydenta w najbardziej nieodpowiedzialny sposób. Ktoś powiedział z przekonaniem, że drętwota zniknie z twarzy prezydenta wraz z nadejściem wiosny.

Sam prezydent, choć czuł się niezręcznie, zachował spokój i powagę. Zapytany w wywiadzie, dlaczego nie uśmiecha się, Aleksander Cumagin Sake odpowiedział:

– Nie mam teraz ku temu powodów. Mam dużo pilnych i ważnych spraw na głowie. Muszę się bardzo koncentrować, aby sobie z nimi poradzić, mimo że do pomocy rąk mi nie brakuje. Usilnie staram się doprowadzić do zakończenia konfliktów zbrojnych w kilku częściach świata. Moje wysiłki są jednak torpedowane przez duży kraj, w którego interesie leży, aby ludzie nadal umierali. To okrutne – mimo wzruszenia prezydent zachował kamienny wyraz twarzy.

Dziennikarze rządowych mediów stwierdzili, że Aleksander Cumagin Sake wykazuje nadzwyczajne poczucie rozwagi i zaangażowania. Ludzie niechętni prezydentowi byli jak zwykle innego zdania. Prasa zagraniczna z jakichś względów nawet nie wspomniała o jego wypowiedzi.

Odc. 3

Po dziesięciu latach rozwoju kraju i wzrostu jego pozycji międzynarodowej społeczeństwo doceniło zasługi prezydenta nadając mu tytuł i order Aleksander Cumagin Sake – Słońce Narodu. W stolicy zorganizowano wielką fetę i bawiono się do rana. Było to coś w rodzaju balu maskowego w najlepszym stylu, bez wygłupów czy ekstrawagancji. W zabawie uczestniczył także sam prezydent. Miał na sobie strój Pater Patriae, Ojca Ojczyzny, wzorowany na ubiorze Marka Furiusza Kamillusa, dowódcy rzymskiego, sześciokrotnego trybuna wojskowego, autora wielkich zwycięstw. Główną część stroju stanowiła zbroja, zdobna u dołu krótką suknią, oraz nakolanniki. W historycznym stroju prezydent wyglądał imponująco. 

Dla urzędnika Igora Carpatiu z Ministerstwa Aprowizacji, Aleksander Cumagin Sake był nie tylko wielkim przywódcą, ale także bohaterem i gwiazdą. Sam Carpatiu wyglądał raczej skromnie. Niezbyt wysoki, przygarbiony, przyzwoicie choć niewyszukanie ubrany, zawsze w garniturze, był urzędnikiem średniego szczebla w Ministerstwie Aprowizacji. Żonaty, z dwójką dzieci, uważał się za zwyczajnego, nieco wyżej niż przeciętnego obywatela, pragnącego normalności w życiu, rozsądnego dobrobytu i dobrego samopoczucia dla siebie i innych.

W pracy Igor Carpatiu nosił ksywę Szarak. Tak go nazwano, ponieważ lubił określać siebie jako „zwyczajny szary obywatel”. Koledzy i koleżanki w pracy byli ostrożni wobec niego, ponieważ był niezwykle gorącym zwolennikiem silnej władzy, w szczególności Aleksandra Cumagina, który kiedyś przyznał i wręczył mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego za zasługi dla kraju.

Szarak źle znosił krytyków władzy. Nie mieli w sobie umiaru. Czasem żona go pytała, jak zmienia się służba zdrowia, emerytury, zatrudnienie czy dochody przeciętnego obywatela. O szkolnictwo nie pytała, bo była nauczycielką. Cierpiała na uczucie niezaspokojonej ciekawości, co dzieje się w kraju. Zawsze chciała z kimś porozmawiać a on akurat najczęściej był pod ręką.

– Co o tym sądzisz? – pytała. – Pracujesz w ważnym ministerstwie i z pewnością masz lepsze rozeznanie niż ja.

Na zaczepki żony Igor nie odpowiadał, zbywał je jakąś wymówką, najczęściej, że jest akurat bardzo zajęty. Potem mruczał tylko do siebie:

– Głupia baba! Szuka dziury w całym.

W sobotę rano Igor Carpatiu wybrał się na spacer. Myślał o wielkiej polityce, o sprawiedliwości i dobrobycie. Szedł wzdłuż muru okalającego pałac prezydencki kiedy z bocznej bramy wyszedł Aleksander Cumagin Sake w asyście ochroniarzy i sekretarza. Szedł w jego kierunku.

– Prezydent wychodzi na spacer podobnie jak ja. Co za wspaniały człowiek! – pomyślał Carpatiu i poczuł nagły przypływ radości i energii, i ciepło słońca choć dzień być chmurny. Zwolnił kroku i obserwując prezydenta wyobrażał sobie, jak kroczy w jego kierunku po czerwonym dywanie spokojnie, równo, z prawą ręka lekko usztywnioną, uśmiechając się po ojcowsku. Naszły go wspomnienia ostatniej parady wojskowej, niezwykle bogatej: czołgi, działa, rakiety, samochody opancerzone, nad głową warkotliwe helikoptery i huczące samoloty. I żołnierze, tysiące żołnierzy, a po bokach trasy przemarszu wojsk i na sąsiednich ulicach setki policjantów dla zapewnienia bezpieczeństwa i porządku.

Myśli Carpatiu, zwykłego urzędnika, Szaraka, jak mówił sam o sobie, poszybowały w górę. Przypomniał sobie ostatnie osiągnięcia i zdobycze kraju:

– Zachara jest już nasza. Wkrótce zdobędziemy jeszcze więcej. Będziemy bogatsi i potężniejsi. – Przypomniał sobie wrogów Bizantu, o których często mówił Aleksander Cumagin Sake. Pod wpływem wspomnień Igor Carpatiu zaczął się zastanawiać:

– Co dał nam Zachód? Patelnię teflonową? Komputer? Internet? MacDonalda? Był patriotą. Nie pytał w swoim imieniu, ale całego narodu. 

Zaśmiał się szyderczo w duchu. – To my im dajemy ropę i gaz. Bez nas nie przeżyliby nawet tygodnia.

A co dał nam i światu Aleksander Cumagin Sake? Wszystko! Poczucie bezpieczeństwa, siły, szacunek u innych. Radość rozlała się w Szaraku jak wódka. – O właśnie! – przypomniał sobie. – On nawet obniżył cenę wódki! Żaden z jego poprzedników tego nie zrobił. A przecież wódka jest ważna. Bez niej nie byłoby żadnego wesela, imienin czy chrzcin dziecka. Szarak wzruszył się wspomnieniami z przyjęcia z okazji chrztu swojej najmłodszej córeczki, ukochanej Oli.

Naładowany pozytywną energią szedł w kierunku prezydenta, aby go pozdrowić i uścisnąć mu prawicę, jeśli tylko byłoby to możliwe. Wierzył, że to możliwe, liczył na to. Szedł i cieszył się. Nagle wyrosło przed nim trzech mężczyzn. Usiłował coś im powiedzieć, kiedy rozległy się strzały. Carpatiu poczuł penetrujący ból w klatce piersiowej a sekundę później eksplozję w głowie.

Aleksander Cumagin Sake podszedł bliżej i spojrzał w gasnącą twarz mężczyzny. Przyglądał mu się, jakby chciał sobie coś przypomnieć. Obrócił się w kierunku swoich ludzi. 

– Pamiętam go. Rok temu wręczałem mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego. Za wieloletnią, oddaną służbę ojczyźnie. To prawdziwy patriota. Jego nazwisko … Tak, tak! Przypominam sobie: Igor Carpatiu. Spokojny obywatel, pracowity urzędnik i dobry ojciec. Zapiszcie! Zorganizujemy mu pogrzeb na koszt państwa i damy piękny nagrobek. Musimy wyróżniać naszych najlepszych obywateli.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 24.03.2020

0Shares

Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie.

Odc. 1

Marzeniem Mateusza Bony było znaleźć się choćby na jeden dzień w miejscu, gdzie nie będzie obijać się o ludzi, ściany i przedmioty. Mieszkał w wielkim mieście i coraz bardziej go to męczyło. Zwłaszcza w gorące dni, kiedy do żaru słońca miasto dodawało duszność spalin samochodowych, rozgrzanych murów, jarzących się neonów i wyziewów charczącej klimatyzacji.

Jego potykanie się i obijanie o ludzi i przedmioty było skutkiem zakłócenia zmysłu orientacji przestrzennej związanej z receptorami grawitacyjnymi i narządem wzroku. Poza tym zawsze było mu gorąco, również zimą, kiedy grzały kaloryfery.

– Ty masz chyba dwa serca albo piec w piersi, taki jesteś gorący – skarżyły się najpierw przyjaciółki a potem dwie kolejne żony, Amelia i Zagra. – Może dlatego nie potrafię ułożyć sobie życia z kobietami, że jest im ze mną za gorąco? – spekulował Mateusz. – Dobrze, że nie jestem biseksualny, bo wtedy cały świat damsko-męski miałby podstawy skarżyć się na mnie – pocieszał się żartobliwie, choć daleko mu było do figlarnego nastroju. Mateusz lubił sobie wyobrażać, że jest ekscentrykiem utrzymującym pozytywne relacje z ludźmi różnych orientacji.

U podstaw jego marzeń, rzeczywistych i urojonych, stały dwa wyobrażenia: nieograniczonej przestrzeni i dojmującego chłodu. Były to zaprzeczenia rzeczywistości, w jakiej się obracał, zatłoczonego miasta i skwaru. Myślał o choćby przejściowej ucieczce od otaczającego go koszmaru.

Wybór padł na Labrador.

O Labradorze zbierał informacje od czasu, kiedy agentka biura turystycznego wymieniła kilka egzotycznych miejsc wypoczynku.

– Panu by się one podobały, bo ma pan gust odmienny od przeciętego turysty, jaki do nas trafia. Mówię to nie dlatego, że mierzi mnie przeciętność, ale dlatego, że Labrador jest wciąż obszarem dziewiczym, gdzie między tysiącami jezior i połaciami lasów starych jak świat, rządzi niepodzielnie zimno, pustka i wiatr. To obraz pierwotnej, dzikiej natury. W północnej części Labradoru panuje klimat arktyczny, w południowej subarktyczny. Coraz mniej jest już takich miejsc na świecie. To coś naprawdę dla smakosza wypoczynku z dala od murów i tłumów!

Słowo Labrador wpadło Mateuszowi w ucho jeszcze w dzieciństwie, podobało mu się. Było mocne jak skała, brzmieniem przypominało wodospad. Życzliwie kojarzyło się także z psem, Labradorem, rasą, którą zawsze lubił i podziwiał na spacerach, solidną, wełnistą i rozważną w zabawie.

Kiedy zagłębił się w Internet, dowiedział się o istnieniu dwóch Labradorów.

Pierwszym był półwysep Labrador, położony we wschodniej Kanadzie, otoczony od zachodu wodami Zatoki Hudsona, od północy – Cieśniny Hudsona, od wschodu – Oceanu Atlantyckiego, a od południowego wschodu – Zatoki Świętego Wawrzyńca.

Drugim był Region Labrador położony we wschodniej części półwyspu, wchodzący razem z Nową Fundlandią w skład prowincji Nowa Fundlandia i Labrador.

Niektóre dane utkwiły Mateuszowi w głowie. Trzysta tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni regionu zamieszkiwało zaledwie dwadzieścia siedem tysięcy mieszkańców, z czego prawie jedna trzecia to autochtoni, głównie Inuici, Innuitowie oraz Métis. Mateusz, obywatel wielkiego miasta, obijający się przez całe życie o ludzi, ściany i przedmioty, rozkoszował się w marzeniach regionem, gdzie na jednego człowieka przypada jedenaście kilometrów kwadratowych.

Na Labrador poleciał samolotem zimą, sam, jak palec. Nie była to podróż na ślepo; przygotował się do niej starannie. Od dawna pragnął przeżyć coś niezwykłego, wyprawę na koniec świata, gdzie nawet diabeł nie jest w stanie powiedzieć dobranoc, bo jest tam zbyt zimno, aby komuś chciało się otwierać usta, a komuś innemu słuchać, co te usta mają do powiedzenia.

– Tam, gdzie jest pustka i niskie temperatury mówienie i słuchanie muszą mieć inne wymiary niż w klimacie umiarkowanym. – filozoficznie spekulował podróżnik.

Bona wybrał na podróż porę zimową uznając, że nie ma to większego znaczenia. Labrador jawił mu się jako kraina wiecznej zmarzliny skuta mrozami przez cały okrągły rok. Pewne znaczenie mógł mieć jednak fakt, że była to okazja last minute taniego przelotu samolotem, dająca dostatecznie dużo czasu, aby bez pośpiechu uzyskać wizę kanadyjską.

Przeszłość i teraźniejszość celu wyprawy połączyły mu się w zgrabną całość. Zapamiętał z niej trzy fakty:

Battle Harbour była dawną stolicą regionu, wioski rybackie i ośrodki handlu futrami zostały założone przez przybyszów z Europy, wszystkie większe miejscowości były skupione wokół kopalń żelaza, elektrowni wodnych oraz instalacji wojskowych.

Jalapo Umotę spotkał w pociągu. Na początku oczywiście nie znał nazwiska współpasażera. Była to długa trasa: z Seahorse przy granicy z Quebeckiem, przez Oreway, Pitagę, Ross Bay JCT, skąd odnoga kolei prowadziła do Labrador City, następnie przez Sawbill, Esker, Faden i Astray aż do Schefferville na samym północnym krańcu regionu, gdzie kończyła się linia kolejowa Quebec North Shore and Labrador Railway Co.

Odc. 2

Od chwili, kiedy Mateusz Bona i nieznany pasażer znaleźli się razem w jednym przedziale, trwało milczenie. Siedzieli naprzeciwko siebie i patrzyli obojętnie przez okno, każdy zaabsorbowany własnymi myślami. Po pewnym czasie nieznajomy przysnął. Mateusz pomyślał, że obydwaj nie czują się dobrze w swoim towarzystwie, skoro nie nawiązali od razu rozmowy, jak to często bywa, kiedy w przedziale są tylko dwie osoby udające się w długą podróż. Tłumaczył sobie, że jest to efekt obcości wynikającej z różnic ubioru i wyglądu, być może także pochodzenia, doświadczeń życiowych, kultury, a nawet klimatu. Wszystko ich różniło.

Obserwując ośnieżone pejzaże przewijające się filmowo za oknem, zastanawiał się, jak przerwać milczenie. Od pewnego czasu pociąg jechał wzdłuż zamarzniętego jeziora stukając miarowo kołami na złączeniach szyn. Po przejechaniu kilku kilometrów Mateusz zobaczył w oddali trzy wilki. Stały na lodzie przy brzegu po drugiej stronie jeziora, podobne do postaci wykutych z kamienia, otulone szaroburą sierścią nastroszoną od mrozu. Widok żywych stworzeń skojarzył mu się z walką o przetrwanie w zimowej głuszy.

To podsunęło mu pomysł przerwania milczenia kierując do sąsiada pytanie o symbole Labradoru. Chwilę zastanawiał się nad sformułowaniem pytania. Zdecydował się użyć wyrazu „symbole” oraz zwrotu „ten niezwykły kraj”, aby stworzyć pozytywną atmosferę.

Przyjrzał się współpasażerowi; siedział wyciągnięty niedbale na fotelu. Okrągła twarz, gęste czarne włosy, wąskie oczy i krótko przycięta broda oraz rozszerzający się u podstawy nos nie pozostawiały wątpliwości, że jest autochtonem. W ciepłym wełnianym swetrze z włochatym kołnierzem i przymkniętymi powiekami przypominał niedospanego niedźwiedzia.

Wyraźne, choć niebyt głośne pytanie obudziło mężczyznę. Labradorczyk jakby tylko czekał na nie. Otworzył oczy, popatrzył z uwaga na Mateusza i przemówił. Posługiwał się swobodnie językiem angielskim z trudnym do określenia miękkim akcentem. Słowa spływały z jego ust jakby się śpieszył, aby powiedzieć jak najwięcej. Mateusz z trudem za nim nadążał.

– To bardzo miłe, że pyta pan o symbole tego kraju. Pytanie jest wyjątkowo trafne i znaczące, ponieważ – proszę to sobie wyobrazić, na Labradorze mamy … mężczyzna spojrzał w dół na swoje dłonie i zaczął liczyć odginając palce i nieznacznie poruszając wargami. … dziewięć oficjalnych symboli.

Podniósł wzrok, aby dokończyć wypowiedź.

– Są to kwiat, drzewo, ptak, koń, zwierzę, ptak do polowań, minerał, pies oraz święty, który jest naszym patronem.

– To fascynujące – wykrzyknął Mateusz, autentycznie poruszony ciekawą wyznaniem nagle ożywionego rozmówcy. – Z tego wszystkiego, co pan wymienił, był mi znany tylko jeden symbol. To pies rasy Labrador, za którą przepadam. Jest cudowny. Moja siostra miała … – Mateusz zreflektował się. – Przepraszam pana, ogarnął mnie entuzjazm. Zamieniam się w słuch.

Autochton popatrzył uważnie na Mateusza. 

– Jest pan kulturalnym człowiekiem. Mało trafia do nas takich turystów. Zanim dokończę odpowiedź na pańskie pytanie, chciałbym przedstawić się. Nazywam się Jalapo Umota i jestem Innuitą, rodowitym mieszkańcem tej ziemi, obszarów arktycznych i subarktycznych Labradoru, gdzie panują najniższe temperatury na świecie.

Dostrzegając szczere zainteresowanie Mateusza wszystkim, co dotyczy Labradoru, Jalapo zaoferował się przedstawić mu najciekawszą historię swego życia. Tak ją określił na początku. Potem, wpatrując się z napięciem w zdjęcie wyjęte z kieszeni na piersi, wyjaśnił.

– Mógłbym opowiedzieć tę historię jako własną. Nie jest to jednak moja historia, ale tak mi bliska, jakbym to ja ją przeżył. To historia mego brata bliźniaka, z którym jestem związany uczuciowo tak głęboko, że czasem dosłownie mylę go ze sobą. Brat jest moim sobowtórem; czujemy się tak, jakbyśmy stanowili jeden organizm. On to ja, ja to on. Dziwnie to brzmi, ale taka jest prawda. Kiedy mówię coś o nim, to czuję, że opowiadam własne przeżycia. Musi pan wiedzieć, że my, Inuici, doświadczamy rzeczywistości inaczej niż ludzie pochodzenia europejskiego. Jesteśmy inaczej skonstruowani duchowo niż Europejczycy, Amerykanie czy Azjaci. Dawniej nazywano nas Eskimosami, ale było to określenie obraźliwe. Eskimos po prostu znaczy to samo – Jalapo zawahał się chwilę – co zjadacz surowego mięsa. W moim języku, języku Inuitów, słowo „Inuk” znaczy „osoba”, natomiast „Inuit” znaczy „ludzie”. Na zakończenie powiem, że pochodzę z osady Nutak.

Jalapo mówił głosem wyważonym, rzeczowym. Jak się później okazało, nie unikał kontrowersji, śmiesznostek czy nawet samokrytyki. Kiedy przerwał, Mateusz skorzystał z okazji, aby wyrazić swoją opinię.

– Mnie to całkowicie odpowiada, jeśli przedstawisz mi historię swego brata bliźniaka, tak jakby to była twoja własna historia – były to słowa zachęty. Wypowiedział je celowo z obawy, że jeśli tego nie uczyni, to Inuita wycofa się z opowiadania niepewny, czy słuchacz rozumie dylemat jego tożsamości.

Jalapo ucieszył się. Jego twarz wypogodziła się, zmarszczki na czole straciły ostrość, oczy ożywiły się spokojnym światłem. Mógł teraz rozpocząć swoją opowieść. 

– Od pewnego czasu Elisapie, moja żona, upokarzała mnie przypominając mi fragmenty legendy naszego plemienia o pochodzeniu mężczyzny i kobiety, jak to było na początku świata. Wedle tej legendy, istniał wtedy tylko Ardnainiq, plemię, z którego oboje się wywodzimy. Miejscowości i miejsca określano kierunkami stron świata, bo nikt nie umiał lepiej określić położenia czegokolwiek tam, gdzie istnieje tylko ziemia, lód i wiatr. Mężczyźni plemienia Ardnainiq byli malutcy, jak małe dzieci, ale całkowicie porośnięci włosami. Żony nosiły ich w wielkich torbach na brzuchu lub na plecach jak zazwyczaj nosi się dzieci. Kobiety były normalnej wielkości i wykonywały całą pracę; jeździły na polowania i zaopatrywały mężczyzn we wszystko, co było im potrzebne do życia.

Odc. 3

Legenda wydała się Mateuszowi niewinną historyjką, jednakże zachowanie Inuity przeczyło temu. Widać było po nim, jak bardzo przeżywa jej opowiadanie. Jego ogorzała, okrągła twarz zbladła, na gładkim dotychczas czole pojawiły się zmarszczki, kąciki ust powędrowały w dół, lekko podłużne oczy jeszcze bardziej się zwęził. W chwili, kiedy mówił o noszeniu mężczyzn podobnie jak nosi się dzieci, cofnął głowę z wyrazem niesmaku na ustach. Pod koniec wykonał wstydliwy ruch ręką i uśmiechnął się niewyraźnie.

Po chwili wytchnienia, Jalapo kontynuował swoją historię cytując słowa żony, które – jak podkreślał kilkakrotnie – wciąż brzmiały mu w uszach i wypełniały czaszkę.

– Jalapo Umota! Zachowujesz się, jakbyś nie miał głowy!

Było mu niezwykle przykro słuchać tej samej reprymendy od żony, która od początku była dla niego najwyższą instancją prawdy małżeńskiej.

– A jeśli nie starszą, to z pewnością bardziej miarodajną niż Bóg, który zawsze jest gdzieś w oddaleniu – dodał z przekonaniem.

Nie była to pierwsza ani ostatnia reprymenda, jaką otrzymał w sprawach swego postępowania, dlatego brał ją poważnie do serca. Tak bardzo, że rozchorował się i być może zakończyłby karierę ziemską w permanentnej malignie lub podobnie nędznej kondycji, gdyby nie sen, jaki spłynął na jego rozchybotaną głowę nad ranem drugiego dnia choroby. Widział w nim sceny tak plastyczne i wyraziste, że kilkakrotnie wyciągał rękę, aby dotknąć rozciągającej się przed nim rzeczywistości, co mu się oczywiście nie udało.

Kiedy się obudził, sen przeistoczył się w rzeczywistość. Jalapo żył, pracował, jadł i pił, wykonywał czynności życiowe, jak każdy inny Inuita, ale jego myśli przesączone były tym, co mówiła mu żona i snem, który przekształcił się w rzeczywistość.

– Bolesna część historii, jaką ci teraz opowiem, zaczęła się całkiem zwyczajnie, można by powiedzieć prozaicznie. Stałem przy torach kilkaset metrów od stacji kolejowej i czekałem na drezynę, którą o tej porze naczelnik stacji wracał z domu do biura po zakończonym obiedzie. Przez stację prowadziły dwa tory, bliższy i dalszy. Tym dalszym co jakiś czas z hukiem przewalały się pociągi pokonując nieskończone odległości zimnej i górzystej trasy Wschód-Zachód. Raz na kilka dni przejeżdżał pociąg z cytrusami kierujący się na północ, aby poprawić zaopatrzenie w świeże warzywa i owoce mieszkańcom terenów pozbawionych prawdziwego lata. Potrzebowałem drezyny, ponieważ miałem sprawę wymagającą możliwie szybkiego i bezbolesnego załatwienia, z minimalną ilością hałasu. Z wszystkich środków lokomocji ona była najbardziej dostępna.

Czekając myślałem, że gdybym dla załatwienia mojej sprawy skorzystał z pociągu, to zrobiłby się z tego raban aż po wierzchołki drzew obsiadłych przez stada ptaków. Byłoby to niezgodne z moimi chrześcijańskimi przekonaniami, uwielbieniem dla Świętego Franciszka i naszych braci mniejszych, zwierząt i ptaków. 

Myśli tego rodzaju przewalały się przez skołataną niepokojem głowę Jalapo, kiedy nadjechała drezyna. Prowadził ją Svalbard, naczelnik stacji kolejowej Nutak. Wracał po obiedzie z domu do pracy jak zwykle w stanie zamroczenia, ponieważ nie potrafił odmówić sobie kieliszka lub dwóch czerwonego wina.

– To, że piję wino, a nie mocniejszy alkohol, całkowicie mnie usprawiedliwia – wyjaśniał naczelnik podwładnemu w dyżurce stacji kolejowej, gdzie razem pracowali. Jalapo pełnił tam niejasno określone obowiązki asystenta naczelnika stacji. Inaczej mówiąc, był człowiekiem do wszystkiego, pracującym pod hasłem „Przynieś, odnieś, pozamiataj”. Do jego stałego obowiązku należało odśnieżanie stacji zimą oraz zamykanie szlabanu, kiedy nadjeżdżał pociąg. To była najbardziej odpowiedzialna część jego pracy.

– Gdybyś zaniedbał ten obowiązek, mógłbyś zapłacić za to głową. Niezamknięty szlaban to zmora śniąca mi się po nocach. Dlatego piję – instruował go pouczająco naczelnik w chwilach wytchnienia od obowiązków służbowych.

Jalapo nie wierzył mu nawet na krzynę. Był przekonany, że naczelnik pije z zamiłowania, a nie ze strachu przed konsekwencjami niezamkniętego szlabanu. Nie lubił go za to tak bardzo, że czasem go nawet nienawidził. Jedyne co mitygowało pozycję naczelnika w oczach Jalapo było jego zamiłowanie do literatury pięknej. Naczelnik pasjami czytał medyczną literaturę kryminalną, science-fiction i horrory.

– Literatura powiększa moją wyobraźnię. Bez niej w tych potwornych temperaturach skurczyłaby się do rozmiaru pięści.

Inne tłumaczenia naczelnika mogły być mętne; jego wiara w moc literatury nie budziła jednak wątpliwości Jalapo. Naczelnik uważał siebie za pracowitego sybarytę, prawdopodobnie dlatego, że nie za dobrze orientował się, co znaczy to określenie. Tak czy inaczej swój pociąg do wina Svalbard uzasadniał przekonaniem o niebezpieczeństwie zapomnienia o szlabanie i konsekwencjach, jakie mogły z tego wyniknąć.

– Przekonanie to coś więcej niż pogląd czy opinia – to stwierdzenie było częścią jego repertuaru zapatrywań i wiedzy na pracę, życie i konsekwencje służbowej niesubordynacji.

Jalapo sam nie pił alkoholu. Nie pił go w ogóle, w sposób ostateczny, bezwzględny i apodyktyczny. Był zadeklarowanym abstynentem. Wierzył, że alkohol sprowadza ludzi prosto w czeluści piekła, kojarzącego mu się nie jako ogromna pieczara pełna ognia i smrodu siarki ale bezmiar równinnej pustki, po której hula szalony wiatr o temperaturze ciekłego azotu.

Odc. 4

Stojąc na peronie w oczekiwaniu na drezynę, Jalapo utwierdził się w przekonaniu, że przypomnienia naczelnika o płaceniu głową za niesubordynację służbową ułatwiają mu dokonanie czynu, jaki sobie zamyślił. Miał on wyrazić głęboką dezaprobatę Jalapo wobec perfidii zachowań otoczenia, w szczególności żony i naczelnika, uniemożliwiających mu bycie szczęśliwym.

Drezyna zbliżała się z lewej strony. Zauważył ją z daleka i pomachał ręką sygnalizując, aby się zatrzymała. Gest ten mieścił w sobie pożegnalne pozdrowienie samobójcy zrozumiale jedynie dla Najwyższego, dla którego nie ma granic poznania ani tajemnic. Naczelnik odmachał Jalapo uśmiechając się z dala serdecznie swoją rumianą najedzoną gębą. Drezyna zazwyczaj zatrzymywała się kilkanaście metrów za miejscem, gdzie stała oczekująca ją osoba. Naczelnik robił tak – mniemał Jalapo – dla udowodnienia swojej przewagi służbowej.

W momencie hamowania drezyny, której koła ważyły co najmniej pół tony każde, Jalapo rzucił się z peronu na tor i umieścił szyję na szynie tak, aby maszyna równiutko odcięła mu głowę. Ostatnią myślą, jaka nim owładnęła, choć nie wstrząsnęła, było:

– Zobaczymy, co teraz powiecie, ty, naczelniku Svalbardzie, i ty, moja ukochana Elisapie!

Nie była to myśl złośliwa, ale przekorna, że jego czyn do głębi uświadomi najbliższym okrucieństwo ciągłego przypominania mu o konsekwencjach utraty głowy oraz życia bez głowy.

Kiedy żelazny pojazd niby tajfun buchający chmurami zmarzniętego śniegu z hukiem przejechał nad nim, Jalapo uniósł tułów odrobinę do góry, ale niczego już nie zauważył. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że przecież oczy są na głowie, a ta leży spokojnie między szynami. To było wszystko, co zapisała pamięć jego ciała.

To, że Jalapo od razu nie odszedł do niebytu, było cudem, na który złożyły się porażająco niska temperatura oraz niezwykła przytomność naczelnika Svalbarda. Sypał gęsty śnieg i trwał okropny mróz. Naczelnik wytrzeźwiał w jednej sekundzie. Gdyby ktoś obserwował go z boku, miałby wrażenie, że był przygotowany na potworność sytuacji. Myślał, podejmował decyzje i poruszał się jak w natchnieniu. Błyskawicznie zeskoczył z drezyny, cofnął się kilka kroków, schylił się, uniósł rękami głowę z ziemi, wrócił do drezyny i ułożył ją wygodnie na siedzeniu oczami w kierunku jazdy, otwartą raną do góry. Już w trakcie układania głowy zauważył jak mróz ścina drobiny krwi i płynów ustrojowych wydobywających się na zewnątrz. Po chwili, na podłodze drezyny, którą wysłał brezentem obracając go wewnętrzną, czystszą stroną do góry, spoczął korpus z kończynami. Nie patrząc nawet na ranę ziejącą u szczytu korpusu naczelnik wiedział, że zamarza w błyskawicznym tempie. Korpus umieścił, podobnie jak głowę, otwartą raną do góry. W tym celu podparł go drewnianą skrzynką, którą od kilku dni obiecywał sobie przenieść do podręcznego magazynku budynku stacyjnego.

Jak tylko niezwykły ładunek znalazł się na drezynie, naczelnik ruszył. Jechał przed siebie, rozwijając szybkość. Myślał intensywnie, co dalej. W ciągu kilkunastu sekund podjął decyzję. Właściwie to nawet nie zastanawiał się, bo było to jedyne postanowienie, jakie można było przyjąć: udać się do wojskowego ośrodka medycyny arktycznej, znajdującego się kilkadziesiąt kilometrów dalej, tuż przy linii kolejowej. Niewiele o nim wiedział, choć utrzymywał z nim kontakty, ale to wystarczyło. Był to obiekt otoczony tajemnicą. Powstał na odludziu dlatego, że panowały tam najniższe temperatury na półwyspie oraz niezwykle czyste powietrze. Oddalenie od cywilizacji ułatwiało jego pilnowanie.

Rozpędzona drezyna praktycznie nie wymagała żadnej kontroli. Droga była prosta jak promień słońca, który śnił mu się w dni zaciemnione burzowymi tumanami śniegu. Naczelnik wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni służbowego kożucha i zadzwonił do szpitala. Numer telefonu miał zapisany w smartfonie, ponieważ stacja Nutak obsługiwała ładunki przeznaczone dla szpitala. Naczelnik nie miał z nimi wiele pracy. Chodziło głównie o przyjęcie z pociągu i przechowanie ładunku, kiedy tory były zasypane śniegiem aż pod niebo i pociąg nie mógł jechać dalej, zanim pług śnieżny nie oczyścił drogi. Po odśnieżeniu torów naczelnik lub Jalapo dowozili drezyną przesyłkę wjeżdżając na bocznicę zbudowaną specjalnie dla szpitala.

Naczelnik wyjaśnił dyżurnej recepcjonistce, w jakim celu do nich jedzie i w jakiej sytuacji jest pacjent, którego wiezie. Kobieta bez wahania połączyła go z ordynatorem szpitala. Zanotował on wszystkie niezbędne dane, pochwalił naczelnika za trafną decyzję i błyskawiczną akcję i zarządził alarm uruchamiając ludzi i środki na przyjęcie niezwykłego pacjenta. Kiedy drezyna zbliżała się do bocznicy prowadzącej do szpitala, naczelnik zdalnie przestawił tory.

W szpitalu wszystko było zapięte na ostatni guzik. Przy platformie wyładowczej czekali dwaj mężczyźni z wózkiem krytym plandeką, pod którą znajdowały się nowiutkie nosze przypominające dmuchany materac. Rozczłonkowane ciało Jalapo było już sztywne jak deska i twarde jak kamień.

– Proszę wejść do budynku i napić się czegoś gorącego. Musi pan też podpisać dokumentację – zaproponował pracownik szpitala, wyglądający bardziej na ciężarowca niż przedstawiciela służby medycznej.

Naczelnik pomyślał, że z pewnością nie zaoferują mu alkoholu. Wszedł tylko po to, aby uzupełnić informacje dotyczące okoliczności wypadku i dopełnić formalności, jakie mogły być wymagane w takiej sytuacji. Śpieszył się. Miał przed sobą obowiązki służbowe; stacja pozostawała na łasce losu, chciał też jak najszybciej zawiadomić Elisapie, żonę Jalapo, o tragicznym wydarzeniu.

Odc. 5

Sala operacyjna szpitala klinicznego Arctic Medical Centre, wyposażona w najnowszy sprzęt, była w pełnej gotowości do przyjęcia każdego pacjenta. Szpital, obiekt wojskowy na prawach kliniki uniwersyteckiej, miał dostęp do najnowszych technologii. Jego misją było prowadzenie zabiegów, badań i eksperymentów w zakresie medycyny arktycznej, związanej z leczeniem i ratowaniem człowieka poddanego ekstremalnie niskim temperaturom. Szpital dysponował lądowiskiem z podświetlaną i podgrzewaną płytą oraz bocznicą kolejową. Nie miał natomiast żadnego połączenia drogowego; w okolicy istniały tylko drogi lokalne. 

Dla personelu szpitalnego Jalapo Umota, człowiek podzielony, jak ktoś go nazwał, był gratką, błogosławieństwem, darem z nieba. Personel medyczny, zwłaszcza zespół operacyjny, entuzjazmował się po cichu. Jalapo, a właściwie jego rozczłonkowane ciało, dało im niepowtarzalną szansę życiową; wykazać się przed światem przeprowadzeniem operacji, jakiej nikt wcześniej nie wykonał.

– Można robić przeszczepy głowy zwierzęciu, koniowi czy małpie. Przeszczepy głowy ludziom są zabronione prawnie, bo to barbarzyństwo. A tu taka gratka! – skomentował jeden z chirurgów. – I jak tu się nie cieszyć? Przynajmniej w swoim gronie.

Rozczłonkowane ciało Jalapo trafiło prosto do kriokomory, której temperaturę ustawiono na czterdzieści stopni Celsjusza, taką samą, w jakiej dowieziono je do szpitala. Z uwagi na zamrożenie ciała, nie było potrzeby ani możliwości natychmiastowej interwencji chirurgicznej. Nieszczęsny samobójca miał wyjątkowe szczęście; czterdziestostopniowy mróz panujący na trasie przejazdu drezyny natychmiast ściął krew i płyny ustrojowe wydobywające się z otartych ran, zachowując głowę i tułów w stanie przypominającym hibernację.

Przybycie niezwykłego pacjenta poruszyło cały szpital. Dyrektor, pułkownik Usam, oraz ordynator natychmiast zabrali się do roboty, traktując wyższy personel jak sztab antykryzysowy. Sprawa była zbyt skomplikowana, aby cokolwiek zaniedbać. Zgodnie z zasadami projekt został utajniony. Nadano mu kryptonim „Człowiek z drezyny”. Propozycją ordynatora było „Zimowy cyborg”, przeważył jednak głos dyrektora.

Nikt nie liczył czasu, energii ani pieniędzy wymaganej dla realizacji przedsięwzięcia z wyjątkiem głównej księgowej Raudy Beto i dyrektora szpitala. Po konsultacjach z szefem zespołu chirurgów i innymi specjalistami, koszt operacji wyceniono wstępnie na piętnaście milionów dolarów. Dyrektor spotkał się z nią dla omówienia szczegółów.

– Nie dysponujemy takimi pieniędzmi. Będziemy ubiegać się o dofinansowanie. Sam zespół medyczny może objąć nawet sto pięćdziesiąt osób. Wygląda to jak operacja militarna, w której największym wrogiem jest widmo niepowodzenia. Rozmawiałem już w tej sprawie z ministrem obrony narodowej i ministrem zdrowia. Wiedzą, jakie znaczenie ma ta operacja dla wojska i całego kraju. Sprawa nie budzi ich wątpliwości. Uważam, że pieniądze mamy jak w banku. Gorzej jest ze specjalistami. Mamy ich za mało, musimy śpiesznie znaleźć kilku najlepszych specjalistów.

Dla przygotowywania operacji podjęto intensywne wewnętrzne konsultacje z personelem medycznym i pomocniczym. Dyrektor, najwyższy rangą wojskowy Arctic Medical Centre, patrzył na sprawę bardzo ambicjonalnie. Rozmawiał o tym z ordynatorem.

– To najtrudniejsza operacja, jaką kiedykolwiek prowadziliśmy, jaką kiedykolwiek prowadziły służby medyczne sił zbrojnych. Nikt wcześniej nie połączył głowy człowieka z tułowiem. Medycyna zna tylko częściowo udane eksperymenty tego rodzaju prowadzone na myszach, szczurach, małpach i psach. Ale były to zwierzęta. To, co mamy przed sobą, to walka człowieka z Bogiem i przeznaczeniem.

Do przygotowania i rozpoczęcia operacji wyznaczono piętnastoosobowy zespół chirurgów, anestezjologów i konsultantów plus personel pomocniczy, pielęgniarki i technicy. Zespół miał zmieniać się i powiększać w miarę postępów operacji. Ordynator martwił się.

– Zajmie nam ona co najmniej kilkadziesiąt godzin. Może nawet kilka dni. Nie wiem jak moi ludzie przetrwają ten potworny stres i zmęczenie.

W przeddzień operacji przeprowadzono jej symulację, rodzaj próby generalnej. Wytypowany zespół zebrał się w sali operacyjnej, uruchomiono wszystkie urządzenia i podłączono do aparatury manekina pozorującego człowieka z oddzieloną głową. Przygotowania śledzili pozostali pracownicy bezpośrednio z miejsc dla obserwatorów lub na wielkim ekranie telebimu w sali konferencyjnej.

Przed rozpoczęciem symulacji zespół wykonał sobie wspólne zdjęcie. Wyglądali jak kosmici ubrani w specjalne ochronne kombinezony. Na twarzach nie mieli masek ale specjalne hełmy z przednią szybą szczelnie zakrywające głowę ze wszystkich stron. Czterech chirurgów miało na sobie niebeskie kombinezony, pozostali białe. 

Podjęto specjalne środki ostrożności. Mimo niskich temperatur otoczenia za największe zagrożenie uznano bakterie i wirusy. Wniosek ten wyciągnięto po przeprowadzeniu wywiadu z żoną Jalapo Umoty. Jej obserwacje potwierdził naczelnik Svalbard.

– Jalapo skarżył się na złe samopoczucie poprzedniej nocy. Tej przed wypadkiem. Chyba był przeziębiony, bo pokasływał. Ale nie mogło to być nic ważnego, bo nie miał gorączki. – Zapewniała Elisapie uspokajająco, także dla poprawy własnego samopoczucia.

Kiedy dowiedziała się o tragicznym wypadku, w pierwszym odruchu przyznała się naczelnikowi, że ma wyrzuty sumienia z powodu targnięcia się Jalapo na życie. Nie miała wątpliwości, że był to czyn samobójczy. Jej tłumaczenie zmieniło się, kiedy po przemyśleniu uznała, że nie może winić siebie za szalony odruch męża.

Odc. 6

Operację łączenia tułowia i głowy rozpoczęto po kilkunastu dniach, kiedy gotowy był już plan, jak ją przeprowadzić. Samo jego stworzenie było osiągnięciem.

Przez cały ten okres ciało pozostawało w stanie sztucznej hibernacji, umożliwiającej odtworzenie procesów życiowych. Na pacjenta, jak dla uproszczenia nazywano to, co pozostało z Jalapo Umoty, czekał dobrze wyposażony blok operacyjny ze stołem operacyjnym o regulowanej temperaturze. Przed dniem operacji gruntownie sprawdzono wszystkie urządzenia, łącznie z aparatem do anestezji, rezerwowym stołem operacyjnym, monitorami funkcji życiowych organizmu, generatorami elektrochirurgicznymi, respiratorami wentylacyjnymi, systemem zasilania w energię elektryczną, mikroskopami, kamerami przemysłowymi i telewizyjnymi, stołem z narzędziami i wysięgnikami.

Metoda połączenia głowy z tułowiem, debatowana od dnia ich przybycia do szpitala, była wielkim wyzwaniem. Nikt wcześniej tego nie zrobił. Zespół operacyjny pod kierownictwem profesora Nazanina Siddiqa ustalił program łączenia. Przedstawiono go na sali odpraw. Oprócz chirurgów, ich asystentów i innych członków zespołu operacyjnego obecni byli dyrektor szpitala i ordynator. Profesor dobierał słowa, aby przesłanie było jasne dla wszystkich.

– Zastosujemy buforowanie, które znamy tylko z testów na zwierzętach. To jedyna metoda rokująca powodzenie. Nowatorska, ale najbardziej obiecująca: żadnego łączenia bezpośredniego nerwów, żył, mięśni, tkanek, z wyjątkiem tych podstawowych. Przy buforowaniu pracują równocześnie dwa zespoły. Bufor odzwierciedla dokładnie przekrój szyi w miejscu jej przecięcia i ma dwie nakładki, męską i żeńską. Do męskiej podłączymy tułów, do żeńskiej głowę. Potem nakładki połączymy razem w jedną całość, czyli właśnie bufor. Przypomnę, co sami łączymy operacyjnie: rdzeń kręgowy, aorta, żyła główna, tchawica. Resztę roboty wykonają urządzenia biotechnologiczne, które – już po połączeniu bufora – zidentyfikują i scalą ze sobą wszystkie pozostałe elementy szyi: połączenia nerwów, żył, tkanek i mięśni. Nastąpi to poprzez kanały bio, przewodzące sygnały elektryczne, chemiczne, genetyczne. Kanały działają na zasadzie mikroskopijnych rurek. Podobnie jak sam bufor są one zbudowane większości z komórek macierzystych o zdolnościach regeneracyjnych. Pracę bufora nadzorować będą czujniki biogenetyczne, mikroskopy elektroniczne i komputery. Proces identyfikacji, dopasowywania i zespalania ze sobą przerwanych elementów będzie widoczny ekranie urządzenia biokonfiguratora, umożliwiającego interwencję chirurga wspomaganego przez bioinżynierów, genetyków i innych specjalistów. 

Po trzech dniach biokonfiguracji końcówek najdrobniejszych żył, nerwów, tkanek, chrząstek i fragmentów skóry, połączono głowę z tułowiem. Jalapo Umota pozostawał w stanie wymuszonej śpiączki. Pierwsze godziny monitorowania zespolonego organizmu pokazywały wyniki na pograniczu życia i śmierci. Czekano na wybudzenie. Miało ono nastąpić dopiero za kilka dni.

Przebieg czynności życiowych, oddychania, krążenia krwi, bicia serca, przełykania, były nagrywane na trzech kamerach przemysłowych, podobnie jak przebieg samej operacji. Dyrektor planował jej transmisję do najważniejszych ośrodków klinicznych w kraju, ale dopiero po operacji zakończonej powodzeniem. Rozmawiał o tym z księgową. Wpadł do niej na pogawędkę, miała swój pokój tuż obok jego gabinetu.

– Nie możemy nic zabałaganić. Nie będę transmitować na żywo operacji obarczonej wielkim ryzykiem niepowodzenia. Wierzę w sukces, ale nie wiem czy Bóg jest po naszej stronie.

– Ten pański Bóg jest chyba bardzo kapryśny – księgowa pozwoliła sobie na uszczypliwość.

– Pani nie wierzy w Boga?

– Wierzę, ale innego niż pan, pułkowniku. Takiego, co komunikuje człowiekowi swoje zamiary.

Dyrektor nie odpowiedział na zaczepkę. Tego rodzaju rozmowy rozładowywały napięcie. Oboje potrzebowali tego. Dla dyrektora udana operacja byłaby mandatem dla dalszego rozwoju szpitala. Liczył się ostateczny efekt. Chodziło o to, aby organizm jak najszybciej podjął funkcje życiowe.

– Dopiero wtedy wszyscy zapomną o „Podzielonym człowieku z Otelnuk”, a będą mówi o „Połączonym człowieku z Otelnuk”. Te dwa hasła krążyły mu po głowie od kilku dni. Czekał na spełnienie się życzenia.

Odc. 7

Z chwilą połączenia organizmu w jedną całość, Jalapo Umota odzyskał nie tylko życie, ale i zdobył sławę. Wszyscy interesowali się jego losem od pierwszej wiadomości o wypadku. Zainteresowanie sięgnęło teraz zenitu. Jalapo stał się celebrytą na skalę światową. Wszyscy o nim pisali i mówili.

Tylko Elisapie, żona celebryty, kiedy od naczelnika Svalbarda dowiedziała się o pomyślnym wybudzeniu się męża z komy, skwitowała krótko:

– No i spełniło się. Powinnam się tego spodziewać. Tej fascynacji jego osobą. Na pewno czuje się teraz wznioślejszy niż Bóg, w którego rzekomo wierzy. To okropne. Jak amen w pacierzu, woda sodowa uderzy mu do głowy. I pomyśleć, że to ja to wszystko wykrakałam.

Drogę ze szpitala do domu Jalapo przebył w asyście policji specjalną karetką o regulowanej temperaturze popularnie zwaną „Zamrażarką”. Przed wjazdem do miasteczka witała ich delegacja władz i mieszkańców. Na uroczystość powitalną przybyli nie tylko dziennikarze, reporterzy stacji telewizyjnych i innych mediów, ale także liczni mieszkańcy najbliższych miejscowości, mimo że były to ogromne odległości.

Jalapo niewiele z tego zapamiętał, wciąż czuł się podle. Bardzo powoli wracał do siebie.

Po zainstalowaniu pacjenta w domu, towarzyszący mu chirurg, telefonicznie przedstawił dyrektorowi szpitala krótki raport. 

– Rekonwalescent nie całkiem zdaje sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Wciąż pozostaje w stanie pourazowego szoku. Jego umysł nie pracuje normalnie. Ma halucynacje, przywidzenia i dziwaczne wyobrażenia. Mówi i coś wyjaśnia, wyobrażając sobie, że rozmawia z żywym człowiekiem, choć nikogo nie ma w pobliżu. Czasem mówi coś od rzeczy. Jeśli ma przebłyski pełniejszej świadomości, to są one bardzo krótkie. Liczę na to, że stan jego zdrowia unormuje się, kiedy dobierzemy mu skuteczniejsze leki. Będzie też musiał spędzać więcej czasu z psychologiem.

Zachowanie Jalapo rejestrowały nieprzerwanie dwie kamery zainstalowane w sypialni. Pacjent najchętniej rozmawiał sam ze sobą. Na jego twarzy pojawiał się wtedy rumieniec ożywienia, oczy reagowały żywiej. Czasem poruszał wargami na tyle wyraźnie, że można było go zrozumieć bez słów. Raz rozmawiał z żoną, innym razem z naczelnikiem stacji kolejowej, jeszcze innym z księdzem. Powtarzał się często. Jego umysł produkował przedziwne obrazy.

Najczęściej wyobrażał sobie, że właśnie stracił głowę i musi teraz coś z tym zrobić. Kłopot sprawiała mu krew nieprzerwanie kapiąca mu z szyi. Z uwagi na żonę, Jalapo bał się o ubranie. Nie mając przy sobie niczego odpowiedniego, szukał torby plastikowej, którą mógłby osłonić otwartą ranę głowy i tułowia. Opowiadał o tym z ożywieniem.

– Byłem przekonany, że uda mi się coś wynaleźć. Z pomocą przyszedł mi silny wiatr. Przywiał coś, co po rozwinięciu okazało się torbą plastikową na zakupy. Była w bardzo dobrym stanie. Mimo to odrzuciłem ją z uwagi na możliwość zakażenia.

Problem krwawienia pojawił się znowu, kiedy Jalapo znalazł się w domu. Krew skapywała mu z szyi na podłogę. Jalapo czekał z niepokojem, kiedy żona zwróci mu uwagę. Czuł się w takich chwilach jak skarcone dziecko. Natychmiast pomyślał o mopie do zmywania i popędził do łazienki. Stanął na środku usiłując sobie przypomnieć, gdzie znajduje się wiaderko z mopem. Serce biło mu coraz mocniej.

– Powinno być w małej szafce po lewej stronie za drzwiami.

Rzucił się na kolana. Otwierał właśnie drzwiczki do szafki, kiedy dotarł do niego surowy głos Elisapie.

– Jalapo! Co to za ohydne plamy zostawiłeś w korytarzu przy wejściu? Czy ty musisz wchodzić do mieszkania w tych ciężkich buciorach, kiedy topnieje śnieg i wszędzie jest błoto? Zaraz przyjdzie moja siostra z mężem i dziećmi, chcę ich przyzwoicie przyjąć. Weźże mop i wytrzyj wreszcie tę podłogę!

Innym razem rozmawiał z wyimaginowanym naczelnikiem. Wydało mu się, że są razem w biurze Svalbarda w budynku stacji. Jalapo stał oparty prawą ręką o parapet i patrząc na pusty peron wyrażał swoje obawy.

– Jeśli w szyi rozwinie się gangrena, to zechcą amputować mi głowę. To byłaby ostateczność. Nigdy nie wyrażę na to zgody, a bez niej nic nie są w stanie zrobić.

W takich momentach w jego oczach pojawiały się łzy. Chwilę później pocieszał się, że tak jednak się nie stanie, tłumacząc naczelnikowi, z którym już jechał wyimaginowaną drezyną, że nie ma cukrzycy, a nawet gdyby miał, to i tak daje się ona leczyć.

Kiedy przeżycia Jalapo stawały się zbyt intensywne, interweniowała żona Elisapie. Robiła to z poczucia winy, że to ona wyzwoliła w nim tragiczne pragnienie samobójstwa i ma teraz święty obowiązek mu pomóc. Była bardzo religijna; wiara podtrzymywała ją na duchu i dawała siłę do walki z przeciwnościami.

Kiedy Jalapo powtórzy w domu swoje obawy wywiązania się w szyi gangreny i amputacji głowy, ucinała je skutecznie przywołaniem męża go do porządku.

– Bądź poważny, Jalapo, przecież głowa została z powrotem połączona z tułowiem. Czasem zdarzało jej się powiedzieć „przymocowana do tułowia”.

– No tak! – przyznawał Jalapo z ulgą. Było jasne, że nikt nie ma na niego takiego wpływu jak Elisapie. Lekarz dyżurny często wzywał ją do pomocy kiedy przeżycia Jalapo stawały się tak intensywne, że zagrażało to jego sercu.

Następnym etapem drogi Jalapo do pełniejszej świadomości były monologi, rozmowy z samym sobą. Lekarz czuwający nad nim zwrócił uwagę, że koncentruje się on głównie na sprawach ciała i ducha.

– Jalapo stwarza wrażenie, jakby usiłował przyzwyczaić się do nowego stanu ciała i umysłu, pogodzić niezdolność poruszania się ze swobodą myślenia i przeżywania uczuć i emocji. Nie idzie mu to łatwo. Wyraża to bardzo charakterystycznie, krótkimi zdaniami, łatwymi do sformułowania i wypowiedzenia. Czasem posługuje się cytatami lub przytacza znane powiedzenia i przysłowia nawiązujące do jego sytuacji. Dziwnie to brzmi. Mówi na przykład „Ja sobie, głowa sobie”. Potem zamyśla się, jakby zastanawiając się, co to znaczy, i powtarza zdanie kilkakrotnie, jakby chciał je zapamiętać. – Mam wrażenie, że w ten sposób buduje zrozumienie swojej sytuacji.

Odc. 8.

Lekarze dyżurujący przy Jalapo nie mieli powodu narzekać na nudę. Oprócz chirurga, coraz częściej towarzyszył Jalapo psycholog kliniczny, czasami nawet zastępował lekarza. Na naradzie w szpitalu omawiano postępy powrotu Jalapo do zdrowia. Uczestnicy spotkania obejrzeli kilka nagrań z kamery zainstalowanej w domu pacjenta. Zachowanie się i wypowiedzi Jalapo były rejestrowane przez kamerę i wykorzystywane przez szpital w celach rehabilitacyjnych i edukacyjnych. W wyniku dyskusji ustalono, że uraz psychiczny doznany przez niego był poważniejszy niż sądzono. Zebranie zakończył profesor Nazanin Siddiq, kierownik zespołu chirurgów.

– Pragnę zwrócić uwagę, że na obecnym etapie rekonwalescencji jego problemy są mniej somatyczne, a bardziej psychiczne. Uważam, że powinniśmy zapewnić mu więcej pomocy psychologicznej. Zanim to nastąpi, należałoby sprawdzić, czy pacjent lepiej reaguje na psycholożkę czy na psychologa. Płeć może mieć znaczenie. Musimy to jak najszybciej przetestować.

Próby wypadły na korzyść kobiety. Jalapo bardzo dobrze przyjmował jej obecność, ożywiał się, chętnie rozmawiał i słuchał jej zaleceń. Już następnego dnia zwracali się do siebie po imieniu. Jalapo mówił też, że Jenny, tak miała na imię psycholożka, bardzo mu pomaga.

Wkrótce, zupełnie niespodziewanie, zmieniło się to. Jalapo stracił entuzjazm, potem zobojętniał, niechętnie rozmawiał. Jenny była zaniepokojona, nie miała pojęcia dlaczego. Postanowiła to wyjaśnić.

– Jalapo! Jesteś teraz markotny, kiedy przychodzę, aby z tobą porozmawiać. Kiedyś tego nie było. Czy coś zrobiłam lub powiedziałam, co by sprawiło ci przykrość? Jeśli tak się stało, to chciałabym to naprawić. Mam wrażenie, że czujesz się gorzej, szybciej się męczysz i nudzisz na naszych spotkaniach. Jalapo zaprzeczał, ale niezbyt zdecydowanie. Czasem kierował wzrok gdzieś w przestrzeń albo w bok.

Któregoś dnia naczelnik Svalbard zadzwonił do dyrektora szpitala, aby przekazać mu poufną informację. Zanim to uczynił, prosił o dyskrecję. Swój sekret wyjawił dopiero wtedy, gdy dyrektor jednoznacznie obiecał mu zachować w tajemnicy to, co usłyszy.

– To, co panu powiem, wiem od Elisapie, żony Jalapo. Powiedziała mi to w zaufaniu. Dzielę się z panem tymi informacjami, ponieważ chcę pomóc Jalapo. Jenny, pańska psycholożka, robi bardzo dobrą robotę. Naprawdę pomaga Jalapo. On sam powiedział to kiedyś Elisapie. Powiedział jej także, że Jenny to mądra i miła kobieta.

– Poza tym jest młoda i atrakcyjna. Cóż w tym złego? Bardzo mi pomaga swoimi radami – tak to dokładnie Jalapo określił w rozmowie z Elisapie.

I tu leży pies pogrzebany, panie dyrektorze. Obecność Jenny w domu nie podoba się Elisapie. To za mało powiedziane. Ona jej serdecznie nie znosi, wręcz nienawidzi. Zapamiętałem dokładnie niektóre jej słowa. Była bardzo wzburzona, kiedy mi to mówiła.

– Obserwuję ją od samego początku. Ta rzekoma psycholożka, ta Jenny, po prostu wdzięczy się do Jalapo. Jest taka uprzejma, jakby rozmawiała z dzieckiem. Robi czułe miny, pyta go dziesięć razy dziennie, jak się czuje, tym swoim przesłodzonym miodowym głosem. Zadaje mu różne bezczelne pytania. Pyta go na przykład: Może zechciałbyś powiedzieć mi dzisiaj coś więcej o sobie? O tym, jak się czujesz w tej chwili, o swoich odczuciach, jakie masz skojarzenia, co przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o sobie? Ta przewrotna baba zachowuje się jak wyuzdana kochanka i to mi się bardzo nie podoba, bo Jalapo nawet mnie, swojej wieloletniej żonie, takich historii nawet w łóżku nie opowiadał. Ona mu całkiem we łbie przewróci. Jemu i tak już niewiele brakuje, a tu takie sztuczki! Wolałabym, aby tego rodzaju rozmowy jak na spowiedzi prowadził z nim nasz proboszcz. Więcej by się dowiedział i pomógł Jalapo niż ta Jenny. On też zna się na psychologii. Wiem, że ukończył jakieś kursy i szkolenia na ten temat w seminarium duchownym. Na pewno bardziej pomoże Jalapo niż ona. To najlepszy pasterz naszego kościoła w całej okolicy. W sprawach rodzinnych, małżeńskich i osobistych doradzał wielu owieczkom z naszej parafii.

Zamiana Jenny na psychologa nastąpiła bardzo szybko. Dyrektor szpitala załatwił to już następnego dnia. Prawdopodobnie wpłynęło to na Jalapo, ponieważ wkrótce lekarze zauważyli pogorszenie stanu jego psychiki. Określili je jako aberrację. Okazało się, że Jalapo zaczął utożsamiać się z tułowiem nieporównanie silniej niż z głową. Pytany o to, odpowiadał, że to kwestia zapominania. W rozmowie z samym sobą, zarejestrowanej przez kamerę i dodatkowo nagranej na dyktafonie przez dyżurnego psychologa, Jalapo zastanawiał się, czy czasem nie traci pamięci. Zadał sobie pytanie i od razu na nie odpowiedział.

– Oczywiście, że nie. Ileż to razy w przeszłości, powziąwszy jakiś zamysł, na przykład zrobienia sobie herbaty, przychodziłem do kuchni, gdzie w mojej głowie pojawiało się nagle pytanie: „Po co ja tutaj przyszedłem”. Potem sobie oczywiście przypominałem. Zawsze byłem zapominalski – pocieszał się. Sytuacja skomplikowała się, kiedy Jalapo wyjaśnił psychologowi, że myśl o herbacie uciekała mu z głowy i pozostawała na fotelu.

Zagadkowy sposób myślenia Jalapo skłonił lekarzy do przeniesienia go z łóżka na fotel. Jalapo poczuł się znacznie lepiej i zaczął więcej i składniej mówić. Czasem mówił o sprawach tak skomplikowanych, że lekarze zastanawiali się, czy nie nabył tej wiedzy podświadomie w okresie komy, śpiączki farmakologicznej albo później, już w domu, słysząc głosy ludzi w otoczeniu.

– Dualizm organizmu ludzkiego, aktywności i bierności, a właściwie życia i śmierci, urósł do rangi rzeczywistości! – Kiedy Jalapo to powiedział, jego twarz ożywiła się. Widać było po nim, że podobają mu się własne słowa. Przywołał do siebie dyżurnego lekarza. Kiedy ten podszedł, Jalapo skinął mu głową w podziękowaniu i poprosił, aby się nachylił, bo ma mu coś ważnego do przekazania.

– Zachwyca mnie bogactwo moich myśli. Czuję się, jakbym się na nowo narodził. Jak całkiem wrócę do siebie, chciałbym dzielić się z ludźmi moimi przeżyciami i przemyśleniami. Myślę o spotkaniach z młodzieżą szkół średnich, może nawet ze studentami dramaturgii. Przede wszystkim chciałbym jednak wystąpić w domu kultury przed publicznością Nutaka. Zaprosiłbym na to spotkanie Elisapie i naczelnika Svalbarda. Na nich najbardziej mi zależy. Zawsze traktowali mnie z góry – Jalapo wyraźnie cieszył się, kiedy to mówił.

Był to moment wyjątkowo silnego pobudzenia pacjenta. Lekarz skojarzył go z nowym lekiem, jakie Jalapo przyjmował od kilku dni w celu stabilizacji nastroju.

Odc. 9

Po okresie zmieniających się wyobrażeń i halucynacji, Jalapo zaczął interesować się szczegółami pracy swego organizmu. Dyżurujący lekarz uznał to za istotny objaw powrotu do rzeczywistości. Jalapo mówił o czynnościach życiowych, oddychaniu, wydalaniu, ruchu, reakcjach na bodźce, rośnięciu, rozmnażaniu i odżywianiu. Nie zapomniał o żadnej z siedmiu funkcji określających żywy organizm. Był dociekliwy, zadawał pytania dyżurującym przy nim lekarzowi i psychologowi. Obydwaj zgodnie zauważyli, że zmienił mu się język. Jalapo chętniej i częściej używał skrótów, przysłów i powiedzeń.

– Co się stanie z jedzeniem, które włożę do ust? Jak będę się załatwiać, jeśli sygnał mający rozluźnić zwieracz wewnętrzy a następnie zwieracz zewnętrzny odbytu utkwi w głowie i nie dotrze tam, gdzie trzeba?

Pytał także, czy i jak można usprawnić komunikację między głową a tułowiem. Obydwaj specjaliści tłumaczyli mu, że nie powinien w ogóle o tym myśleć, ponieważ jego organizm sprawuje się bez zarzutu, on jednak pozostawał nieufny. Tłumaczenie nie uspokoiło go. Myśl o zaniku sygnału uruchamiającego zwieracze odbytu wywoływało w nim  napięcie objawiające się mrowieniem i drętwieniem lewej strony twarzy oraz drżeniem lewej powieki. Lekarz tłumaczył to Jalapo przeciążeniem układu nerwowego nadmiarem bodźców.

– Jest wiele możliwości. Stres, niewyspanie oraz niepokój mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu układu nerwowego. Przyczyną może być także niedobór witamin i minerałów.

Jalapo walczył z niepokojem na swój sposób, wyrażając przekonania nawiązujące do mądrości ludowej:

– Jakoś to będzie! Tak przecież żyją wszyscy Inuici. Mówił też „Czas leczy rany”, oraz, co zdarzało się rzadziej, „Do wesela się zgoi”.

Tylko raz wtrącił ni z tego, ni z owego „Miłość przychodzi dopiero po ślubie”.

Obecna przy mężu Elisapie wyjaśniła, że ostatnie powiedzenie utrwalili w nim rodzice przed ślubem jako odtrutkę na niepowodzenia, jakie są nieuniknione nawet w najlepszym stadle. 

Co jakiś czas Jalapo wpadał w rutynę przypominania sobie i powtarzania przysłów. Psycholog zarejestrował dwa przysłowia: „Wilk i szaman pochodzą z tego samego gniazda” oraz „Oby twoja dobroczynność rosła w takim samym stopniu jak twoje bogactwo”. Wprawdzie były one zrozumiałe, tym niemniej poprosił Elisapie i naczelnika Svalbarda, osoby najbliższe rekonwalescentowi, o wyjaśnienie, czy nie nawiązywały do jakichś zdarzeń z życia Jalapo.

Sam Jalapo podchodził do sprawy wyjątkowo spokojnie.

– Nie widzę w przysłowiach żadnej sensacji. To naturalne. Przychodzą człowiekowi do głowy i odchodzą podobnie jak pies husky zwolniony na postoju z uprzęży, w której ciągnie sanki. Nie mogę powiedzieć, że chłonę przysłowia jak pożywienie lub że są one paliwem napędzającym moją wyobraźnię. Ich pojawianie się nie męczy mnie, ponieważ angażuje tylko głowę, same ciało wypoczywa.

Zainteresowanie Jalapo przysłowiami stopniowo blakło, coraz rzadziej je powtarzał, w końcu zapomniał o nich.

W ich miejsce pojawił się nawyk ciągłego rozważania i definiowania swojej sytuacji. Psycholog interpretował to rosnącą świadomością własnego ciała oraz troską o zdrowie.

Jalapo uważał, że po oddzieleniu głowy od tułowia część pamięci i myślenia pozostała mu w kręgosłupie i mięśniach. Była to prawdopodobnie gra podświadomości, ponieważ kilka dni wcześniej lekarz i psycholog dyskutowali ten temat przy nim, kiedy drzemał. Na Jalapo znowu padło podejrzenie, że w czasie snu podświadomie zapożyczył sobie opinię z rozmowy prowadzonej w jego obecności.

Minęło pięć miesięcy od dnia powrotu Jalapo do domu, kiedy zjawił się u niego ksiądz, proboszcz parafii, do której należeli Elisapie i Jalapo. Elisapie zaprosiła go, aby go pobłogosławił a w imieniu parafian przekazał mu życzenia rychłego i pełnego powrotu do zdrowia.

Wizyta proboszcza u Jalapo okazała się niełatwa dla obydwu. Istniała między nimi jakaś ukryta animozja, której parafianie ani nikt inny nie rozumiał. Ani Jalapo, ani proboszcz nigdy nie skarżyli się na siebie, żaden nie mówił niczego złego o drugim, tym niemniej mężczyźni nie lubili się.

Psycholog zrobił w tej sprawie rozeznanie, szukając głębszego zrozumienia zachowań i psychiki rekonwalescenta, nic jednakże nie odkrył. Po rozmowie z Elisapie naczelnikiem Svalbardem i kilku innymi parafianami, domyślał się tylko, że poszło o spór doktrynalny, czy Bóg objawia się ludziom na pustkowiu, kiedy są absolutnie sami. Jalapo uważał, że nie, bo nieskończona pustka jest częścią Boga. Duchowny był odmiennego zdania, uznając w dodatku pogląd Jalapo za herezję. 

Po przywitaniu się, złożeniu życzeń i wymianie kilku uprzejmości, proboszcz dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się Jalapo, po czym nagle zatrwożył się i zaczął się żegnać znakiem krzyża. Jalapo wydawał się drzemać w tym momencie. Później okazało się, że był jak najbardziej przytomny i obserwował scenę przez przymknięte powieki. Skomentował to trochę niezrozumiale.

– Robiąc znak krzyża proboszcz poruszał ręką tak szybko, że nie byłem w stanie dostrzec jej ruchu. Cały czas patrzył na mnie jak na szatana, oczy wyszły mu z orbit, w końcu uniósł sutannę do góry i wyrwał jak koń z kopyta w kierunku drzwi. Pomyślałem o sobie, że chyba przypominam nieczystego ducha napędzającego ludziom strachu do tego stopnia, że uciekają ogarnięci szaleństwem. Widok proboszcza parafii w takim stanie wywołał we mnie niepokój. Poczułem się zagubiony; trapi mnie teraz myśl o stanie mojej duszy i szansie zbawienia.

Odc. 10

Po miesiącach fizycznej i psychicznej rekonwalescencji Jalapo poczuł się na tyle dobrze, że wyszedł na zewnątrz na spacer. Towarzyszyła mu żona, naczelnik Svalbard oraz lekarz sprawujący nad nim pieczę ze strony szpitala. Przy pięknej pogodzie w towarzystwie bliskich i znanych mu osób Jalapo poczuł się wyjątkowo dobrze. Słuchał, co do niego mówiono, sam też zabierał głos. Lekarz przekazał mu decyzję dyrekcji szpitala o zakończeniu codziennych dyżurów i bezpośredniego nadzoru medycznego oraz zmniejszeniu zabiegów rehabilitacyjnych.

– Nie potrzeba cię męczyć ćwiczeniami tak często. Jesteś już w dobrej kondycji. 

Wprowadziło to Jalapo w wyjątkowo dobry nastrój. Czekał na taki dzień.

Zbliżali się do domu kultury, kiedy Svalbard zatrzymał się.

– Ja też mam coś ważnego i ciekawego do przekazania. To niespodzianka dla Jalapo i Elisapie. Władze i społeczność Nutaka w porozumieniu z dyrekcją szpitala w Otelnuku przy wsparciu naszego kościoła organizują specjalne spotkanie dla uczczenia powrotu Jalapo do zdrowia. Odbędzie się ono tutaj, w domu kultury, pojutrze, w niedzielę, o godzinie czternastej. Teraz, uwaga, uwaga! Punktem głównym będzie prezentacja książki, autobiografii Jalapo. Napisał ją specjalista od biografii znanych osób Saskian Ubita. Jesteście wszyscy zaproszeni. To za mało powiedziane. Wasza obecność jest obowiązkowa. Bez was uroczystość się nie odbędzie. Nic więcej nie powiem, bo chyba i tak za dużo ujawniłem.

Sala główna domu kultury wydała się Jalapo większa i bardziej przestrzenna, niż ta, jaką pamiętał. Po obydwu stronach sceny stały kamery telewizyjne, krzątali się przy nich ludzie. Pracownicy telewizji, dziennikarze i reporterzy chodzili po sali przygotowując się do pracy. W pierwszych dwóch rzędach foteli Jalapo zauważył znajome twarze psychologa Chrisa Mosera i trzech lekarzy. Obok nich siedziało kilka nieznanych mu osób. Jalapo domyślał się, że niektórzy z nich to przedstawiciele dyrekcji szpitala w Otelnuku, pozostali to jacyś oficjele. Żona Elisapie i naczelnik Svalbard weszli razem z nim na salę; od razu wskazano im fotele na środku pierwszego rzędu. Kiedy wchodzili, ludzie powstali z miejsc i rozległy się brawa.

Zebraniu przewodniczyła kobieta ubrana w długą czarną suknię z wyszytymi kolorowymi nićmi postaciami autochtonów ubranych w futra i wykonujących tradycyjne czynności. Jej pojawienie się również wywołało oklaski. Kobieta wpatrywała się w audytorium dopóki nie uspokoił się szmer na sali, po czym powitała Jalapo. Jej przemówienie było krótkie. Zakończyła je po dwóch minutach.

– Nie muszę, ani nie powinnam mówić więcej o Jalapo Umocie, najbardziej znanym członku naszej wspólnoty. Dużo lepiej zrobi to za mnie autor jego biografii, pan Saskian Ubita.

Jalapo zdziwiło nieco obco brzmiące nazwisko autora. Nigdy o nim nie słyszał. Poczuł się jeszcze bardziej niepewnie, kiedy pomyślał, że autorzy biografii spędzają mnóstwo czasu z ludźmi, których opisują. Przyjrzał się biografowi, kiedy go zobaczył. Ubita wyglądał na czterdzieści sześć lat, miał krótko ostrzyżone włosy i wysuniętą do przodu głowę z mocno pofałdowanym czołem. Mężczyzna podszedł do mównicy i zaczął porządkować notatki. Czynił to z takim spokojem jakby był sam na sali.

– Autor mojej biografii! Ciekawe, ciekawe! – Mruknął Jalapo, odwracając głowę w kierunku żony.

– Elisapie, czy ty słyszałaś o tym, że ktoś pisze moją biografię?

– Nie miałam o tym pojęcia. Jestem tak samo zaskoczona jak ty. Oboje byli zaintrygowani, ale spokojni.

Światło reflektora ujawniło dalsze szczegóły wyglądu człowieka przy mównicy. Jego włosy zmieniły kolor. Jalapo określił go krótko „ryżawy brunet”. Przyglądał się jego wąsom i ustom wysuniętym do przodu jakby do pocałunku, mięsistym wargom i raczej pełnym policzkom, krótkiemu podbródkowi i solidnemu nosowi. Przerwał dopiero wtedy, kiedy mężczyzna zaczął mówić. Miał przyjemny, niski głos.

– Opowiem państwu moją wersję biografii pana Jalapo Umoty. Jest bardzo krótka, to tylko streszczenie pełnego tekstu biografii. Z uwagi na jego stan zdrowia nie liczyłem na szansę przeprowadzenia z nim bezpośredniego wywiadu. W czasie pobytu w tych okolicach miałem zresztą bardzo mało czasu. Postąpiłem więc jak historyk i reporter, zbierający materiały i budujący opowieść na podstawie dokumentów, wywiadów z ludźmi znającymi bohatera oraz analizą zdarzeń zarejestrowanych i zapamiętanych przez ludzi. Zapoznałem się też z materiałami prasowymi i informacjami zawartymi w mediach internetowych. Bogactwo zdarzeń i upływ czasu spowodowały, że w niektórych fragmentach autobiografii jest więcej niż jedna wersja zdarzeń.

Ubite skoncentrował się i zaczął czytać. Czynił to bez pośpiechu, z przerwami, aby napić się wody ze stojącej obok szklanki. Były to momenty, kiedy Jalapo mógł mu się przyjrzeć dokładniej. Ubite miał na sobie czarną kurtkę i ciemnogranatowe jeansy, na nogach sznurowane buty z wysokimi podeszwami typu traktor. Lekko przygarbiony wyglądał niższy niż był w rzeczywistości. Czytał jakby z namaszczeniem.

– Tragiczny wypadek nastąpił w czasie intensywnej zamieci. Był wtorek. Jalapo Umota śpieszył się do pracy. Nie mieszkał daleko, niecałe dwa kilometry od stacji kolejowej Nutak. Ostatnio miał mało ruchu i zdecydował się pójść do pracy pieszo, choć o tej porze roku zazwyczaj używał motorowych sań. Kiedy wyruszył z domu, sypał lekki śnieżek, lecz w połowie drogi rozpętała się burza śnieżna. Śnieg padał tak gęsto, że nie było nic widać. Jalapo posuwał się wolno dróżką prowadzącą wzdłuż toru kolejowego w kierunku stacji. Mimo że drogę znał doskonale, w śnieżnej nawałnicy stracił orientację. Zmienił wtedy postępowanie. Postanowił iść torem trzymając się blisko prawej szyny. Był to najpewniejszy drogowskaz. Znając tygodniowy rozkład jazdy Jalapo wiedział, że o tej porze przez Nutak nie przejeżdżają żadne pociągi towarowe. Pasażerski pociąg pojawiał się tylko raz z tygodniu, zupełnie innego dnia, w piątek. To był ważny szczegół, ponieważ wędrowiec nie był w stanie niczego słyszeć. Padający gęsty śnieg, szum wiatru niosącego śnieg i gruba skórzana czapa zasłaniająca uszy, skutecznie tłumiły hałasy.

Jalapo znajdował się nie więcej niż sto metrów od stacji Nutak, kiedy z tyłu wyjechał nagle ze gęstej śnieżycy wracający z wypadku kolejowego ambulans reanimacyjny, większy niż zwykła drezyna. Jechał w kierunku szpitala wojskowego w Otelnuku. Jalapo usłyszał nadjeżdżający pojazd w ostatniej chwili i obrócił się, aby zobaczyć, co się dzieje. Natychmiast, automatycznie, podjął decyzję odsunięcia się od toru. W miejscu, gdzie się znajdował, wysypany był gęsto szuter, drobne kamyki służące do umacniania podkładów kolejowych. Kamyki obsunęły mu się spod prawego buta, Jalapo poślizgnął się i zamiast przesunąć się do przodu, przechylił się do tyłu i upadł na tor. Wskutek uderzenia szyją o szynę stracił przytomność.

Ambulans miał automatyczny system hamowania. Kiedy czujniki wykryły przeszkodę na torach, pojazd zaczął natychmiast hamować. To, co statecznie uratowało Jalapo, to gruba warstwa śniegu na torowisku oraz nisko zawieszone bufory ambulansu; pchały go one po śniegu zalegającym tory zanim pojazd zatrzymał się całkowicie. Jalapo miał wielkie szczęście.

Ofiarę zauważył w ostatnim momencie kierowca ambulansu, było już jednak za późno, aby zdążył zareagować. Kiedy pojazd zatrzymał się, zespół ratunkowy ustalił stan ofiary: obrażenia szyi, szybko spadające tętno serca, zanikający oddech. Pełen zakres kontuzji ustalono dopiero w szpitalu. Jalapo doznał ciężkich obrażeń szyi, miał przerwany rdzeń kręgowy i uszkodzoną tchawicę, ponadto ogólne potłuczenia ciała. 

Natychmiast założono prowizoryczny opatrunek na szyję nieprzytomnego mężczyzny i podłączono go do sztucznego płucoserca obniżając temperaturę do 10 stopni Celsjusza w kriokomorze ambulansu.

W szpitalu podłączono Jalapo do systemu sztucznego podtrzymywania życia, cyrkulacji krwi i płynów ustrojowych. Lekarze nie mieli czasu na dłuższe zastanawianie się. Pacjent miał ciężkie obrażenia ciała, był nieprzytomny i sztucznie utrzymywany przy życiu. System zapewniał organizmowi kontynuację pracy serca i innych organów, dostarczał tlenu, wody i pożywienia, utrzymywał odpowiednią temperaturę ciała, ciśnienie krwi, a także usuwał produkty przemiany materii. Zapewniona była także ochrona przed wirusami i bakteriami.

Jalapo mógł umrzeć w każdej chwili. Był to prawdopodobny scenariusz. Monitorując kruchy stan jego zdrowia, szpital przygotowywał się do skomplikowanej operacji ratowania życia. Personel był przygotowany, aby go ratować, jak i wykorzystać – w razie nagłej śmierci – jako dawcę organów do przeszczepu. Prześwietlenia oraz badania laboratoryjne próbek krwi i moczu pobranego bezpośrednio z pęcherza sugerowały, że jego organy wewnętrzne są w dobrym stanie. Była to sytuacja, kiedy śmierć jednego człowieka mogła uratować życie kilku innych osób czekających na serce, wątrobę, nerki czy płuca. To nie była prosta sprawa. Czas był najbardziej krytycznym czynnikiem. Potrzebne było rozeznanie, kto, gdzie i jaki organ potrzebuje do przeszczepu, następnie pobranie tych organów, ocenę ich jakości, w końcu przygotowanie do wysyłki. Zgodnie z prawem wymagana była zgoda rodziny na pobranie organów od dawcy.

Dzięki dokumentom, jakie znaleziono przy Jalapo, ustalono jego tożsamość i jak tylko można było najszybciej skontaktowano się z jego żoną, Elisapie. Przedstawiono jej sytuację.

– Będziemy go operować, aby uratować mu życie. Rokowania nie są jednak najlepsze. Pani mąż doznał bardzo ciężkich obrażeń szyi i jest utrzymywany przy życiu tylko dzięki płucosercom i innym urządzeniom. Musimy liczyć się z tym, że jego stan zdrowia może się pogorszyć i nie będziemy w stanie go uratować. Czy w takiej sytuacji wyraziłaby pani zgodę, jedynie warunkowo i tylko w przypadku, gdyby nie udało się go uratować, na pobranie jego organów wewnętrznych do przeszczepu? Pytamy dlatego, że przy pobieraniu organów czas jest krytyczny, liczy się dosłownie każda minuta od momentu stwierdzenia śmierci klinicznej.

Efekt rozmowy był negatywny. Elisapie była nieustępliwa.

– Nigdy. Musicie go ratować za wszelką cenę. On przeżyje, wiem to dobrze.

Odc. 11 

Po skończonym wystąpieniu Ubite skłonił głowę i podziękował. Rozległy się brawa jakby trochę oszczędne. Wydawało się, że ludzie na sali byli już zmęczeni biografią bohatera i woleliby cieszyć jego obecnością na podium.

Na mównicy pojawił się burmistrz miasteczka, Peter Kusugak. Miał na sobie tradycyjny strój Inuitów wykonany w całości ze skóry karibu, renifera arktycznego. Wyglądał, jakby wybierał się lub wracał z polowania. W oczy rzucał się jego anorak, kurtka obszyta na krawędziach futrem, zdobna na piersiach w kolorowe, poziome pasy. Pozostała część stroju, spodnie, zwisające na plecy nakrycie głowy, rodzaj obszernego kaptura, oraz buty wykonane były również w tradycyjny sposób.

Drogi Jalapo Umota! Dzięki tobie obchodzimy dzisiaj wielką uroczystość co najmniej z trzech okazji: twojego powrotu do zdrowia, udokumentowanego obecnością wśród nas, ukazania się książkowej biografii oraz przyznania ci tytułu honorowego obywatela Nutaka. Jesteś wybitnym członkiem naszej społeczności. Dzięki tobie o Nutaku usłyszał cały świat. To dla nas zaszczyt. Nie mogę dłużej mówić, bo wszyscy z niecierpliwością czekają na ciebie. Ja zabiorę jeszcze głos, ale dopiero wtedy, kiedy ty skończysz swoje przemówienie. Ostatni głos w dyskusji! Takie są przywileje władzy.

Na prostodusznej, okrągłej twarzy burmistrza rozlał się dziecięcy uśmiech obejmujący oczy, usta i policzki. Mężczyzna napił się wody, po czym zszedł z podium, podszedł do Jalapo i wyciągnął do niego rękę, aby pomóc mu wstać i podejść do mównicy.

W wystąpieniu Jalapo nie spodziewano się rewelacji, tylko podziękowań. Bohater dnia przyglądał się dłuższy czas widowni jakby zastanawiając się nad czymś. Mówił wolno, czasem zamyślał się i zawieszał głos.

– Opowiem państwu inną, nieznaną wersję mojej biografii. Ta przedstawiona przez pana Ubite jest prawdziwa, ale niepełna. Ja ją uzupełnię.

Zacznę od dzieciństwa. To konieczne. Byłem dzieckiem dosyć nijakim, niepewnym siebie, powiedziałbym zbyt posłusznym, spełniającym życzenia innych osób, rodziców, rodziny, szkoły, raczej niż swoje własne. Takim, który mając coś do powiedzenia lub pokazania, nie czyni tego bojąc się kompromitacji. Zawsze tak to czułem, tkwiło to w mojej świadomości. Może właśnie dlatego byłem też wielkim marzycielem. Marzyłem o dwóch rzeczach. Pierwsza, zostać sławnym człowiekiem, dzisiaj powiedzielibyśmy celebrytą. Nie miałem oczywiste najmniejszego pojęcia jak to osiągnąć. Chyba podświadomie czułem, że oznaczałoby to być sobą mimo swych niedoskonałości. Moim drugim marzeniem było zostać aktorem. Naoglądałem się filmów i to rozbudziło moje pragnienie bycia kimś takim, jak ich bohaterowie. Uwielbiałem wielu z nich. Dużo też czytałem, różne powieści, legendy, mity, opowiadania, ale nie umiałem o nich porozmawiać. Nie potrafiłem rozmawiać z dziećmi ani z dorosłymi, wstydziłem się. Szczerze i bez wahań rozmawiałem jedynie z moim ukochanym psem Ratakiem.

Będąc już w domu, w okresie rekonwalescencji, czekałem, aż coś się zmieni choć nie wiedziałem co. Myślę, że czekałem na moje przeznaczenie. Pojawiło się ono w dniu, kiedy poczułem się dosyć dobrze fizycznie i całkiem dobrze psychicznie. Nagle zdałem sobie sprawę z niezwykłej szansy spełnienia moich marzeń. Była to spontaniczna decyzja. Postanowiłem grać. Nie miałem gotowego scenariusza, pisało go życie na bieżąco. Postanowiłem grać ofiarę ciężkiego wypadku, który naruszył jej zdrowe zmysły, pacjenta porzucającego rzeczywistość na rzec halucynacji, urojeń i dziwacznych fantazji.

Przypomnę kilka momentów z tego okresu na podstawie notatek, jakie prowadziła Elisapie: halucynacje o krwi skapującej z przeciętej szyi na podłogę, rozmowy z nieobecnymi lub nieistniejącymi osobami, strach przed gangreną i amputacją głowy, rozmowy z samym sobą, utożsamianie się z tułowiem bardziej niż z głową, zachwyt nad bogactwem własnych myśli, zainteresowanie fizjologią organizmu, obsesja cytowania przysłów, podświadome przyswajanie sobie fachowej wiedzy lekarskiej czy też spór doktrynalny z proboszczem Paulem Parsonsem o objawianiu się Boga.

Zachwycało mnie to, że nikt nie zauważył, że te rzekome majaki i halucynacje to czysta gra aktorska. To mnie ekscytowało i wzruszało, to była moja nagroda. Widziano mnie takim, jakim pragnąłem, aby mnie widziano. Bałem się tylko psychologa Chrisa Mosera. On jeden zdawał się mieć wątpliwości co do mojego zachowania. Zaczął mnie podejrzewać. Domyślałem się tego po jego sposobie patrzenia na mnie, pytaniach, jakie mi zadawał, wątpliwościach jakie wyczuwałem w jego głosie. Na szczęście uratowała mnie kultura naszego społeczeństwa. Podejrzewam, że Chris bał się, że ujawniając prawdę o mnie nikt by mu nie uwierzył, że zdyskredytowałby się jako fachowiec widzący coś, czego inni nie widzą. To była uzasadniona obawa z jego strony. Miał rację, sam bym prawdopodobnie tak uczynił. Odpowiadało mi jego postępowanie, bo mnie ratowało.

Kiedy mówca przerwał, na sali zapanowała cisza. Słuchać było tylko, jak za oknem bawią się dzieci.

– Tylko jedna osoba była w to wtajemniczona, moja żona Elisapie. Na początku wzdragała się przed tym, abym „robił z siebie idiotę”, jak to określiła, ale zgodziła się. Musiałem ją wtajemniczyć. Potrzebowałem wsparcia, kogoś kto recenzowałby moje zachowania i relacjonował mi, jak jest ono odbierane przez ludzi, czy nie budzi wątpliwości, czy ktoś mnie nie podejrzewa o grę, o nieuczciwe postępowanie, o robienie z kogoś wariata. Byłem przekonany zresztą, że Elisapie pierwsza by mnie rozgryzła, moje niestandardowe zagrania, bo znała mnie za dobrze.

Elisapie okazała się równie dobrą, jeśli nie lepszą aktorką niż ja. Cudownie zagrała rolę żony zazdrosnej wobec psycholożki Jenny. To było bardzo przekonywające. Podobnie jak później z Chrisem, zaniepokoiłem się, że Jenny zaczyna domyślać się gry z mojej strony, nieszczerości, bo zaczęła mi zadawać pytania, na które trudno mi było odpowiedzieć. Dlatego trzeba było ją wyeliminować. Elisapie zrobiła to szybko i skutecznie, wyznając naczelnikowi Svalbardowi, jak bardzo nienawidzi Jenny

– Elisapie, skarbie! – przerwał Jalapo – dzielę się z tobą moimi osiągnięciami i zaszczytami.

Odtworzyłem państwu moją biografię w wersji uzupełniającej. Nie od momentu wypadku ale od chwili, kiedy poczułem się dobrze psychicznie i naszło mnie natchnienie, aby zacząć grać. Było to niezwykłe urzekające. Chodzi mi o poczucie, że na oczach ludzi gram człowieka, któremu wskutek urazu fizycznego i skomplikowanej operacji rzeczywistość miesza się z fantazją i urojeniami. Inaczej mówiąc, kliniczny przypadek zaburzeń psychicznych i intelektualnych.

Podsumowując, mimo ciężkiego wypadku, nieszczęścia, jakie mnie spotkało, udało mi się osiągnąć to, czego zawsze pragnąłem: sprawdziłem siebie jako aktor i zostałem celebrytą. Zagrałem w sztuce, w której początek scenariusza stworzyło życie, a resztę dopisałem, wyreżyserowałem i zagrałem ja sam. Osiągnąłem bardzo wiele i nauczyłem się bardzo wiele. Mam nadzieję, że nikogo moim postępowaniem nie uraziłem. Dziękuję, że byliście państwo moimi słuchaczami, a niektórzy z was także widzami mojego spektaklu. Proszę teraz pana burmistrza o dokończenie swojego przemówienia. Dzisiaj każdy ma prawo się wygadać.

Peter Kusugak podszedł do mównicy i serdecznie objął Jalapo. Wzruszył się, słowa uwięzły mu w gardle. Odczekał chwilę, aby kontynuować.

Drogi Jalapo! Jesteś Innuitą, jednym z nas, takim samym, ale równocześnie innym. Jesteś nowoczesny. Dlatego nie proponuję, aby świętować twój powrót z krainy duchów do krainy żywych w tradycyjny sposób, tańcem przy akompaniamencie bębna wykonanego z pęcherza wieloryba. Kiedy obydwaj byliśmy bardzo młodzi, bawiliśmy się w ten sposób w wielkim igloo mojego dziadka, śpiewem i tańcem przedstawiając historie naszych przodków i duchów. Tak kultywowaliśmy wówczas wiarę i zwyczaje. Nasi przodkowe praktykowali szamanizm, wierzyli, że zwierzęta, rośliny, rzeki, góry oraz siły natury posiadają duszę. Kiedy któraś z tych istot odeszła z naszego świata, kontynuowała życie w świecie duchów. Ty nam pokazałeś inną stronę naszej duchowości, aktorstwo, udawanie, że jest się innym, coś, co jest w obecnej kulturze powszechnie akceptowaną formą oszustwa. Przeniosłeś nas do współczesności i to w sposób tak przemyślny, że nikt tego nie zauważył. Wydawało nam się, że jesteś pomylony, kiedy ty byłeś nad wyraz przytomny. To my myliliśmy się w ocenie ciebie i twojej sytuacji. Swoją grą zasłużyłeś na powszechny podziw.

Zapraszam teraz wszystkich na lampkę szampana. Prawdziwego, francuskiego, nie oszukiwanego.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 04 2020

0Shares

Biblioteka opowiadań. Opis zmian. 

Dzisiejszy dzień poświęcam na porządkowanie biblioteki opowiadań na stronie autorskiej oraz komunikacje z Państwem, moimi Czytelnikami. Robię to między innym dlatego, aby móc bardziej skoncentrować się na pisaniu.

Poszczególne opowiadania kolejno scalam w jeden tekst łącząc razem odcinki publikowane pod różnymi datami. W tekście pozostawiam tylko numery odcinków (Odc. 1, Odc. 2 itd.) bez nazw, aby Czytelnik mógł łatwiej zapamiętać, który odcinek ostatnio czytał.

Wyrzucam przerywniki w postaci gwiazdek rozdzielających tematyczne bloki opowiadania.

Z opowiadań usuwam zdjęcia i obrazy. Tekst będzie wyglądać bardziej jak książka.

Do spisu opowiadań (co jakiś czas przesuwanego na dzień bieżący) dodaję ilość wyrazów zawartych w opowiadaniu oraz ilość odcinków. To pokazuje długość tekstu.

Pod opowiadaniem umieszczam imię i nazwisko autora i datę powstania opowiadania. Jeśli kopiujecie Państwo tekst, proszę o pozostawienie tej informacji. To kwestia praw autorskich, także popularyzacji autora i jego twórczości. 

Ponawiam prośbę o stawianie lajków. To ważna wskazówka, które opowiadania przyjąć do zbioru, jaki zamierzam wydać w formie książkowej być może jeszcze w tym roku.

Możecie Państwo kontaktować się ze mną przez formularz kontaktowy (patrz górny pasek menu po prawej stronie) albo dodając komentarz bezpośrednio do blogu.

Będę wdzięczny za komentarze, także krytyczne; zwracają one uwagę na coś, co mogę lub powinienem poprawić, zmienić lub dodać. To kwestia nieprzerwanego doskonalenia się.

Zastanawiam się, czy nie odejść od pseudonimu literackiego Michael Tequila na rzecz Michał Tequila. Jedna i druga forma ma swoją wartość.

Piszcie do mnie.
Pozdrawiam serdecznie,
Michael (Michał) Tequila.

0Shares

Miniatura z kolibrem. Opowiadanie.

O godzinie czwartej rano, kiedy mężczyzna jest najbardziej twórczy, zamiast zająć się czytaniem Kamasutry, Iwan Iwanowicz pisał opowiadanie. Sam nie wiedział dlaczego, nigdy przedtem tego nie robił. Wyszło tak krótkie, że musiał je przeczytać trzy razy, aby nabrać poczucia, że coś rzeczywiście stworzył.

Dzieło miało klasyczny kształt, początek, rozwinięcie i zakończenie. Od pierwszej do ostatniej litery wypełniała je niebagatelna fabuła, niosąca pocieszenie dla obywateli strapionych pojawieniem się strasznego Gonokoka Królewskiego, o którym wszyscy słyszeli, nikt go jednak nie widział.

Była to historia samotnej kropli alkoholu, której udało się wyrwać na wolność z butelki, gdzie nastąpiło udane połączenie miłosne spirytusu i pszczelego miodu w dodatkiem aromatycznych ziół. Wiedział, jak dobry i mocny jest to nektar, ponieważ jego ojciec przygotował niegdyś litr takiego trunku i starszy brat go upił. Iwan Iwanowicz był wtedy jeszcze dzieckiem i dawał się straszyć wizjami, jakie nieszczęścia go spotkają, jeśli nie spróbuje cudownego ojcowskiego napoju, jak i mamić pochlebstwami, jaka to radość go spotka, jeśli to uczyni.

Zastanawiał się nad tytułem opowiadania.

Myślał o czymś finezyjnie wdzięcznym, odpowiadającym powabowi miniatury. Dwa tytuły przyszły mu do głowy. Pierwszym była “Kropla”. Po chwili zastanowienia, odrzucił go, uznając nie tylko za banalny, dziecinnie prosty, ale i niebezpieczny, bo mogący sugerować coś nieprzyzwoitego, na przykład kroplę zjadliwego wąglika rozpuszczonego w wodzie zdolnego unicestwić wielkie miasto.

Drugie skojarzenie, „Koliber”, wydało mu się o niebo lepsze. Jak tylko zapisał tytuł kształtując jego pierwszą literę na podobieństwo skrzydeł ptaka, usłyszał cichy szum. Ptak ożył i poruszał miniaturowymi skrzydełkami, aby utrzymując się nieruchomo nad kroplą z opowiadania, spijać jej nektar.

Nie trwało to długo. Jak tylko skończył się napój, koliber zwalił się pijany na podłogę i zaczął chrapać. Iwan Iwanowicz nie wierzył własnym oczom. Po metamorfozie z delikatnego ptaszka w obrzydliwie chrapiącego potworka, koliber wydał mu się czymś równie łajdackim jak miłość bez seksu, kradzież ostatniej pary butów bezdomnemu, czy wyssanie z piersi kobiecej ostatniej kropli mleka przeznaczonej dla zgłodniałego oseska. 

Po tych wszystkich dodatkach, z koliberkiem, piciem nektaru, upadkiem i chrapaniem, opowiadanie urosło do całkiem przyzwoitych rozmiarów. Iwan Iwanowicz przeczytał je ponownie i uznał za udane. Było o niebo lepsze niż to pierwsze, miniaturowe. Kiedy uświadomił sobie piękno formy i treści, zrozumiał, że po stworzeniu takiego arcydzieła nie wyjdzie już z uwielbienia dla siebie samego. Postanowił zostać Narcyzem, człowiekiem tak zapatrzonym w siebie, że nie potrafi dostrzec potrzeby radykalnej naprawy psychiki, do czego od dawna zachęcała go rodzina. Myśl o Narcyzie przyniosła mu tyle ulgi, że zasnął. Śniło mu się ze zdziecinniał, co uznał za najlepsze rozwiązanie w czasach, kiedy za dziecko otrzymuje się niezły profit. Myśląc o pieniądzach, Iwan Iwanowicz pozostał w sennym błogostanie aż do późnego rana.

Kiedy obudził się, w jego głowie gościło już wyjaśnienie, skąd wziął się pomysł opowiadania. Chodziło o odrobinę absurdu, minimalnej dawki higieny psychicznej, niezbędnej dla oderwania się od przykrości, jakie spotykają każdego w życiu: słuchania ludzi nie mających nic do powiedzenia, siedzenia w samochodzie uwięzionym w kilometrowym korku, kobiety niegdyś słodszej od marcepana teraz uświadamiającej ci z konsekwencją walca drogowego, jakim jesteś brudasem lub niedorajdą, czy też – na dobrą sprawę –  mężczyzny, niegdyś kształtnego jak Adonis, teraz przypominającego donicę leżącą z butelką piwa przed telewizorem, ukochanego dzieciątka budzącego cię trzydzieści razy nocą bez podania choćby zmyślonej przyczyny, teściowej kopiącej ci grób przypominaniem, że skończysz na cmentarzu dla oślepionych alkoholem samobójców, szefa o kwadratowym pysku wytykającym ci błędy, których nie akceptujesz, a czasem nawet nie rozumiesz, czy też ukochanego pudla, który pogryzł cię boleśnie, kiedy dla żartu usiłowałeś wyrwać mu kość z pyska.

Po przeczytaniu pełnej wersji opowiadania uznał, że trochę przerysował niektóre sytuacje. Dla równowagi pocieszył się myślą, że nadmiar sarkazmu czy krzywonogiego humoru nikogo jeszcze nie zabił. 

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie.

Odc. 1

Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, dożył wieku, w którym imponował otoczeniu kondycją fizyczną, rozumem i dobrym samopoczuciem. Jak twierdził, zawdzięczał to ćwiczeniom, zdrowemu odżywianiu się i dziedzictwu genetycznemu. Wyróżniała go świeżość poglądów, praktycznie na każdy temat, w późniejszych latach także rozległa wiedza na temat bezsenności. W tym zakresie arystokrata okazał się prawdziwym autorytetem.

Życie Alfonsa miało nie tylko jasne strony. W jego arystokratycznym rodzie mężczyźni od pokoleń obciążeni byli bólami kręgosłupa i bezsennością. Nie sposób było dociec źródła tych przypadłości. Przyczyn mogło być kilka, jedna ważniejsza od drugiej: upadki z konia, pojedynki, awanturniczy tryb życia, kazirodztwo, nadużywanie alkoholu.

Historia zdrowia przodków Alfonsa było o tyle przejrzysta, że lekarze rodzinni rodu Daudet Carrere de Waldorff od pokoleń prowadzili zapiski medyczne. Z uwagi na luki informacyjne utrudniające ostateczne wyjaśnienie, co legło u podstaw dziedzicznego bólu pleców, Alfons wystąpił do sądu o zgodę na ekshumację szczątków swoich przodków w celu prześledzenia zmian DNA i ich wpływu na siebie.

Ekshumacja okazała się niemożliwa. Sąd z niezrozumiałych względów powziął podejrzenie, że Alfons nie czyni tego z pobudek medycznych, lecz dla upowszechnienia drzewa genealogicznego potwierdzającego jego arystokratyczne pochodzenie. Czy była w tym jakaś racja, nie wiadomo. Tak czy inaczej Alfons zrezygnował z planu ekshumacji po dwóch nieudanych apelacjach. Sprawę ostatecznie przesądził bliski przyjaciel Alfonsa, książę de Barry, też Alfons z imienia, który zauważył, że drzewo genealogiczne linii męskiej rodu Daudet Carrere de Waldorff ma kształt dębu poważnie zdeformowanego w połowie wysokości pnia. Ujawnienie faktu jakiejkolwiek deformacji zapisu genealogicznego, prawdziwej czy domniemanej, Alfons uznał za niepotrzebne zagrożenie.

„Arystokratę z łaski bożej”, jak czasem myślał o sobie, nie ominęły też cierpienia związane z wielkimi zdarzeniami, Drugą Wojną Światową oraz dwoma nieudanymi zamachami na siebie. Ich powodem były oskarżenia o kolaborację z wrogiem w czasie wojny i zdradę narodu. Ostrzeżony przez nieznaną osobę przed zamachem, Alfons zdołał w porę uciec za granicę. Wrócił dopiero wtedy, kiedy zamachowcy zostali ujęci i skazani na wieloletnie więzienie.

Bolesne doświadczenia życiowe doprowadziły mężczyznę do depresji, z której na szczęście udało mu się wyjść dzięki lekom, psychoterapii i skutecznemu wsparciu rodziny i przyjaciół. Choroba pozostawiła mu jednak wzmożoną skłonność ulegania frustracji. Kiedy coś mu się nie układało, natychmiast denerwował się. Byle co wyprowadzało go z równowagi. Jego stara opiekunka przypomniała mu, że starszą panią, jego matkę, również ogarniał nieuzasadniony niepokój, kiedy sprawy nie szły po jej myśli.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – to przysłowie pocieszało Alfonsa, kiedykolwiek je sobie przypomniał.

Stosunek Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff do polityki zmieniał się w miarę upływu lat. W młodości i wieku średnim brał on aktywny udział w polityce, podobnie jak jego przyjaciele, głównie w obronie przywilejów arystokracji przed zakusami populistów, czy to reprezentujących rząd czy opozycję. 

W miarę upływu lat w politykę angażował się coraz niechętniej. Nie bez znaczenia były pogłębiające się problemy zdrowotne, głównie bóle kręgosłupa i kłopoty ze snem, odbierające mu energię i chęć do życia. Był praktyczny, do akcji włączał się najchętniej wtedy, kiedy pojawiała się możliwość dokopania przeciwnikom grupy społecznej, którą reprezentował. Uważał już wtedy, że jedynym godnym go adwersarzem może być tylko partia rządząca.

Na opozycję patrzył niechętnie, niezależnie od tego, co sobą reprezentowała. W jego ocenie partie opozycyjne skazywały się na grób i zapomnienie już następnego dnia po przegranych wyborach. Od tej chwili przestawały go interesować.

– Nie będę kopać nieboszczyka! – to było hasło, którymi dzielił się z przyjaciółmi. – Zwalczanie opozycji, nawet nam niechętnej, mija się z celem, jest niewdzięczne i bez sensu, ponieważ ci ludzie nie mają już nic do powiedzenia – był tak przekonany o swojej racji, że nawet nie podejmował dyskusji.

Rosnące rozczarowanie polityką doprowadziło go wkrótce do przekonania, że najbardziej twórczą postawą jest uznać się za arystokratę ducha, osobę światłą i kulturalną, przerastającą społeczną bylejakość i przeciętność. W dojściu do tego wniosku nie bez znaczenia były dyskusje nad Arystotelesem, definiującym arystokrację jako ludzi najlepszych pod względem moralnym.

Odc. 2

Gdyby nie bezsenność, Alfons Daudet byłby człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Prowadząc życie w miarę towarzyskie kładł się spać raczej wcześnie, już o godzinie pierwszej po północy. Morfeusz, bóg i uosobienie marzeń sennych, nie był dla niego łaskawy. Budził Alfonsa wcześnie, czasem nawet o godzinie drugiej po północy, najczęściej pod pozorem, że ma obowiązek udać się do toalety w celach zrozumiałych tylko dla pęcherza.

Na początku częstsze budzenie się w nocy a następnie bezsenność wydawały się arystokracie jedynie utrapieniem, lecz zmieniało się to z czasem. Noce stawały się coraz bardziej męczące, a sama dolegliwość nie tylko frustrująca, ale i coraz bardziej niebezpieczna. Chodząc po obszernej rezydencji miejskiej, gdzie najczęściej przebywał, zdarzało mu się zapadać w nagły mikrosen, obijać się o meble, framugę drzwi a raz nawet wejść na ścianę. Niedługi czas potem zdarzyło mu się, zupełnie nieświadomie, postawić garnek z wodą na płytę elektryczna, i włączyć ją prawdopodobnie w celu zaparzenia sobie herbaty lub kawy. Najgorsze było to, że zapomniał ją wyłączyć. Uczynił to dopiero wtedy, kiedy – wciąż chodząc po mieszkaniu – poczuł swąd spalenizny wściekle rozgrzanego metalu. Zdarzało mu się też przenosić rzeczy z miejsca na miejsce, przestawiać krzesła i wykonywać inne zupełnie bezsensowne czynności.

Swoimi nocnymi doświadczeniami dzielił się jedynie z przyjaciółmi, wyłącznie mężczyznami, opisując je zwięźle, po żołniersku, językiem dosadnym, nabytym w czasie kontynentalnej i zamorskiej służby wojskowej. Jego język w takich momentach bywał zgoła niearystokratyczny.

– Kułła mać! – Przyłazi do mnie nieproszona i budzi mnie swoim szeleszczącym opowiadaniem o ciszy nocnej i sennych marzeniach, a następnie nudzi stercząc przy wezgłowiu aż do białego rana. Kiedy wreszcie mnie opuszcza, zapadam w błogosławiony sen.

To czysta złośliwość losu, bo właśnie wtedy uaktywnia się moja rodzina, szczeka pies, hałasują śmieciarze oraz interweniuje przychodnia, dzwoniąc do mnie z samego rana w sprawie ustalenia terminu wizyty u lekarza następnego roku. – Przyszły rok to dla mnie za wcześnie – tłumaczę kobiecie cierpliwie. – Nie mogę robić badań tak często. Co dwa lata zupełnie mi wystarczy. Proszę przełożyć to spotkanie na kolejny rok.

To, że Alfons mówił niezdarnie, a nawet się jąkał, wyjaśniał zawile nietypową konstrukcją krtani i strun głosowych utrudniających mu właściwą pracę warg, górnej i dolnej szczęki, podniebienia twardego i miękkiego, zębów oraz języka, najbardziej mobilnego organu artykulacji. Raz tylko, będąc w stanie lekkiego odurzenia alkoholowego, przyznał, że jego problemy wymowy były skutkiem omyłkowego usunięcia fragmentu organów głosowych w trakcie operacji migdałków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Innym razem, również pod wpływem alkoholu, opowiadał, że przyczyną był niewyraźnej mowy był nieprawidłowo osadzony ząb trzonowy redukujący przepływ powietrza.

Opowiadanie różnych wersji tej samej historii zdarzało mu się coraz częściej. Zarzucano mu kłamstwo; bronił się przed takimi oskarżeniami. Uspokoił się i przestał komentować zarzuty dopiero wtedy, kiedy usłyszał wyjaśnienie profesora dwóch specjalności, laryngologii i psychologii społecznej.

– Zmyślanie nie jest już cechą szczególną człowieka. Zdarza się ono wielu osobom. Jest to cecha współczesności, powszechnego uznania prawa do indywidualizmu i szerszego zakresu praw jednostki. Zmyślając i fantazjując, poszerzamy nasz obszar doznań i lepiej poznajemy zakres naszych możliwości. W zmieniającym się szybko świecie jest to mechanizm obronno-rozwojowy.

Aby zabić czas nocnej bezsenności Alfons założył z przyjaciółmi cierpiącymi z tego samego powodu grupę dyskusyjną. Nazwali ją żartobliwie Stowarzyszeniem Marków Nocnych. Spotykali się na Skype w małych grupach, aby wymieniać poglądy, jak radzą sobie z bezsennością, a nawet dla zabicia nudy oczekiwania na powrót snu. Padały wtedy różne propozycje i hasła. Alfons sam przedstawił kilka haseł. Najbardziej podobało się wszystkim mocne sformułowanie, o charakterze imperatywu:

– Bezsenność trzeba wziąć za mordę i twórczo ją wykorzystać.

Mówiąc to, miał na uwadze, że musi istnieć jakiś sposób skutecznego przeciwdziałania bezsenności, może nawet jej twórczego wykorzystania. Szukając rozwiązań, Alfons, podobnie jak i inni uczestnicy forum dyskusyjnego, prowadził notatki dokonując obserwacji i wykonując eksperymenty.

Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane rezultaty. O ile wcześniej Alfons sądził, że źródła bezsenności mają swój początek w stresie, przepracowaniu i nieodpowiedniej postawie w pracy, to prowadząc obserwacje z czasem uznał, że główną przyczyną budzenia się w nocy jest w jego przypadku ból pleców. Było to odkrycie na miarę archimedesowskiego „Eureka”. Przedstawił je na nocnym forum dyskusyjnym. Odkrycie uznano za niezwykle ważne, ponieważ wcześniej wszyscy doszukiwali się problemów w głowie, w psychice rozstrajającej pracę organizmu, a nie w napięciu mięśni związanym z wadliwą postawą, niehigienicznym trybem pracy czy starzeniem się człowieka.

Odc. 3

Nie mogąc zasnąć nocą, Alfons spacerował po salonie. Miał tam najwięcej miejsca i swobody ruchów. Obracając tułowiem na wysokości klatki piersiowej w prawo i w lewo starał się rozluźnić napięte mięśnie pleców. Wymagało to czasu i cierpliwości, lecz nie zawsze przynosiło ulgę.

Rehabilitantka wytłumaczyła mu, że w trakcie dnia, kiedy człowiek się porusza, nie odczuwa tego napięcia.

– W łóżku, po zaśnięciu, wskutek bezruchu to napięcie kumuluje się, budzi pana i uniemożliwia ponowne zaśnięcie. Na pewno wpływa na to siedzący tryb życia. O ile wiem, dużo pan czyta i długo siedzi przed komputerem.

Alfons przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. W duchu obiecał sobie spędzać mniej czasu przed komputerem, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.

Po kilku tygodniach wymiany informacji i doświadczeń z członkami Stowarzyszenia Marków Nocnych, Alfons uznał za konieczne skorzystać z wiedzy innych osób, także naukowej, aby zyskać głębsze zrozumienie relacji między bólem pleców, biczowaniem się i rozładowaniem napięcia mięśni. Nie było to proste, chodziło bowiem o wiedzę z zakresu anatomii, fizjologii i psychiki człowieka, również z farmakologii, jeśli w grę wchodziłyby leki.

O zgłębieniu tematu myślał już wcześniej, nic jednak nie zrobił w tym kierunku. Powstrzymywała go niechęć uczenia się, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, rzeczywiste od pozornych, w dziedzinach wiedzy, które z gruntu były mu obce. Przełamał się dopiero wtedy, kiedy jasno określił sobie, co go naprawdę interesuje. Najbardziej intrygowało go biczowanie się jako forma oczyszczenia cielesnego i duchowego praktykowana często przez członków sekt religijnych.

Któregoś dnia, po kolejnej źle przespanej nocy, usiadł po obiedzie w fotelu i nie wiedząc nawet kiedy, wkroczył w świat marzeń i fantazji. Były one odległe od realiów bezsenności nocnej, a zarazem bardzo jej bliskie. Przeżycia były jak najbardziej oczywiste, realne; Alfons przebywał wśród ludzi, rozmawiał z nimi, uczestniczył w zdarzeniach. Najpierw znalazł się na pustyni, gdzie z powodu burzy piaskowej nie mógł dostrzec słońca, a musiał zorientować się co do kierunków stron świata. Zdenerwowało go to. Uczestniczył kiedyś w wyprawie na pustynię; nie pozostawiła mu ona przyjemnych wspomnień. Przewodnik pozorował, że stracił orientację i przetrzymał ich w szalonym upale, aby w pełni poznali, co znaczy pustynia. To doświadczenie otworzyło mu oczy. Podjął postanowienie.

– Muszę wiedzieć nieporównanie więcej o bólu i biczowaniu. Zdobyć nowe doświadczenia. Z pierwszej ręki, a nie z opowiadań czy lektury – powtórzył to kilka razy, aby zakodować w głowie. Podziałało to jak hipnoza.

Kiedy wrócił do przytomności, wyszukał w Internecie adresy osób i organizacji związanych z masochizmem. Ich odszukanie okazało się w praktyce trudniejsze niż sobie wyobrażał. W końcu dotarł do klubu masochistów poprzez sklep z artykułami dla dorosłych, usytuowany w centrum Paryża przy Boulevard de Sebastopol, w pobliżu miejsca, którego adres sobie zanotował.

Kiedy zobaczył napis Passage du Grand Desir, wszedł do środka. Wyjaśnił samotnej sprzedawczyni, czego i w jakim celu szuka. Była to młoda dziewczyna, z buzią przedwcześnie dojrzałej kobiety i ciałem pełnym krągłości, wyraźnie bardziej oddanym jedzeniu niż ćwiczeniom na wolnym powietrzu. Po chwili rozmawiali ze sobą jakby znali się od lat. Spokojnie mu oznajmiła, że jest otwarta na każde doświadczenie życiowe, włącznie z erotycznymi.

– Ale tylko w zakresie, jaki jestem gotowa zaakceptować i tylko w sposób, który mi odpowiada – to zdanie podsumowało jej stanowisko.

Kiedy ujawniła swoje zainteresowania i uznała je za zupełnie normalne „w obecnych czasach”, jak to określiła, pomyślał, że to jakaś erotomanka.

Uznał jednak, że skoro zatrudniono ją w takim sklepie, to dlatego, że reprezentowała postawę i styl życia praktykowany przez osoby wyrosłe w czasach pełnej wolności obyczajowej. Jego myśli mieszały się z jej wyjaśnieniami.

– To ja odstaję od rzeczywistości, a nie ona. Wydawało mi się, że widziałem i przeżyłem wiele i nie jestem pruderyjny, ale teraz widzę, jak bardzo pozostałem w tyle za młodym pokoleniem.

Sprzedawczyni, jak się okazało miała niewyszukane imię Giselle, zaoferowała klientowi sesję masochistyczną. Wyjaśnień udzielała płynnie; widać było, że robiła to już wielokrotnie i miała wprawę.

– To rodzaj instruktażu, który ułatwi panu pełne zrozumienie bólu i cierpienia, jak również przedmiotowego traktowania ciała, zależności cierpienia i rozkoszy, a nawet redukcji cielesnego wymiaru człowieka do kategorii przedmiotu. Nic nie będzie pana krępować. Nie ujawnia pan nikomu swojej tożsamości. Będzie pan w masce podobnie jak pozostali uczestnicy tej zabawy. Nie stawiamy żadnych ograniczeń; nasi klubowicze zachowują się swobodnie. Mogą być aktywni lub pasywni, zadawać ból lub poddawać się biciu, mogą też być wyłącznie obserwatorami. Tu nie ma żadnego przymusu. Ani przemocy – dodała, podnosząc nieznacznie ton głosu. – Może pan w każdej chwili wejść i wyjść.

Słuchając dziewczyny, Alfons obserwował jej usta; dopiero teraz dostrzegł, że miała pełne, czerwone wargi i białe, śmiesznie nierówne zęby.

Po skasowaniu opłaty, która wydała mu się wysoka, Giselle położyła na ladzie kilka masek, zapewniając, że ich użycie jest absolutnie higieniczne, ponieważ są to przedmioty jednorazowego użytku. Alfons przymierzył wszystkie i wybrał maskę zakrywającą nie tylko większą część twarzy, ale i brodę. Był z tego zadowolony, albowiem miał charakterystyczny, wydatny podbródek, wyróżniający go spośród innych mężczyzn. Maska była w czarnym kolorze i dobrze pasowała do jego twarzy.

Odprowadzając go do bocznych drzwi w tyle sklepu, Giselle dodała:

– Proszę mi wierzyć. Nie będzie pan żałować.

Odc.4

Chwilę potem Alfons stał już, mrużąc oczy, w niewielkiej sali bez okien z przyćmionymi światłami u sufitu. Na ścianach wisiały dziesiątki akcesoriów sadomasochistycznych, podzielonych na grupy i zestawy. Oczy gościa prześlizgiwały się po nich szukając w pamięci stosownych określeń: zwykłe policyjne kajdanki, kneble, pejcze, obroże, zaciski, metalowe rozpórki, skórzane opaski na ręce, kajdanki na ręce i na nogi z pasami mocującymi do łóżka, metalowy łańcuch, zestaw do chłosty i krępowania, skórzana obroża na szyję, erotyczna opaska na oczy, w końcu coś, co przypominało kaftan bezpieczeństwa.

W głębi pomieszczenia arystokrata zauważył zbliżonych do siebie mężczyznę i kobietę. Oboje byli w maskach. Stali w niezwykłej pozie; ona dominacji, on podporządkowania. Kobieta miała na sobie czarny gorset odsłaniający ramiona z białymi wypustkami przypominającymi skrzydła pingwina. Gorset dokładnie opinał jej zgrabne ciało. Jędrne uda zdobiły siatkowe rajstopy z motywami lwa stojącego na tylnych łapach, łącząc się zgrabnie z wysokimi butami z czarnej skóry. Najdziwniejsze wydały się Alfonsowi jej okulary; niewyszukane oprawki ze zwykłymi szkłami przylegające do otworów maski przeznaczonych na oczy.

Partner, ubrany w podobnym guście w czarny obcisły strój, z solidną wybitą gwoździami obrożą na szyi, klęczał u stóp kobiety w pozie wiernego psa z pyskiem obróconym w kierunku twarzy właścicielki. Kobieta bez pośpiechu smagała mężczyznę pejczem po plecach i udach. Alfons słyszał ciche jęki spazmatycznej litanii bólu i rozkoszy, jakby uderzenia pejcza przynosiły ulgę zarówno katowi jak i ofierze.

Zainteresowanie parą sadomasochistów Alfons stracił w momencie, kiedy uświadomił sobie, że w swoim bogatym życiu miał wiele okazji wypróbowania podobnych praktyk. Nigdy go jednak nie ciągnęło w tym kierunku, ponieważ znajdował aż nadto pozytywnych przeżyć w klasycznym obcowaniu z kobietami. Był żonaty dwa razy, miał też przyjaciółki, tak że nie mógł narzekać na brak doświadczeń miłosnych i seksualnych.

Zwrócił wzrok ku akcesoriom. Najbardziej interesowały go pejcze. Wchodząc do sali widział kilka na ścianie. Odszukał je wzrokiem, podszedł i przyglądał im się, oceniając w końcu, że nie ma w nich nic specjalnego. Kiedy zauważył, że para w głębi sali zrobiła sobie przerwę, podszedł do nich i zapytał, czy nie przeszkadza im, że ich obserwuje.

– Wręcz przeciwnie, sprawia nam to przyjemność. Dlatego tu przechodzimy. Miłość to gra zbiorowa, w której uczestnicy stają się jednością, dzielą się sobą, uczestnicząc w akcie wspólnej miłości. Przynajmniej my to tak widzimy. To nas ekscytuje, rozwija i wzbogaca uczuciowo – wyjaśniali jedno przez drugie. – Kiedy mamy chęć, zamieniamy się rolami i wtedy on mnie biczuje – kobieta wskazała ręką partnera, który podniósł się na nogi i wyprostował.

– To mi przypomina ekshibicjonizm … – zaczął Alfons ostrożnie, niepewny reakcji rozmówców.

– Absolutnie ma pan rację! – podchwycił mężczyzna w sposób, który wydał mu się egzaltowany.

Alfons pomyślał o nich „zboczeńcy”, po czym zreflektował się, że sam jest nie inny, ani lepszy ani gorszy.

Był tolerancyjny w stosunku do ludzi tak długo, jak to, co rozbili, opierało się na zgodzie drugiej strony i nikt nie czuł się szukany, eksploatowany czy wykorzystywany. W sadomasochizmie nie znalazł nic atrakcyjnego, może z wyjątkiem działania endorfin, o których wspomniała dwójka sadomasochistów. Uznał to za sprawę wymagającą bliższego rozpoznania. Sam biczował się nie po to, aby osiągnąć przyjemność, ale dla wywołania relaksu mięśni pleców, niezbędnego dla kontynuacji snu.

Odc. 5

Sesja sadomasochizmu w klubie prowadzonym przez sklep Passage du Grand Desir niewiele dała Alfonsowi. Uznał, że nie jest to miejsce dla człowieka, który biczując się poszukuje zmniejszenia fizycznego bólu a nie zaspokojenia seksualnego. To, że używał pejcza podobnie jak sadomasochiści, było przypadkowe; wykorzystywał go do osiągnięcia zupełnie innych celów.

Pejcz pozostał w centrum zainteresowań Alfonsa mimo jego zniechęcenia sadomasochizmem. Arystokrata postanowił pracować nad metodami jego skuteczniejszego wykorzystania nie zaniedbując innych poszukiwań.

Bóle pleców i bezsenność nasilały się i coraz bardziej przytłaczały Alfonsa. Rozpaczliwie potrzebował pomocy, jakiejś nowej deski ratunku. Z doktorem Bienvenue, lekarzem rodzinnym, rozmawiał już wcześniej na te tematy. Jego zalecenia uznał za mało użyteczne. Tym razem za jego poradą zgodził się spędzić kilka dni w klinice zaburzeń snu Centre du Sommeil et de la Vigilance w celu wykonania wszechstronnych badań snu i uzyskania pełnej diagnozy. Klinika mieściła się przy Avenue de Villiers.

Pacjenta zbadano gruntownie w jednej długiej sesji nocnej. Było to męczące, ponieważ w czasie ośmiogodzinnego snu Alfons był podłączony przewodami do dwunastu czujników, co mu ogromnie utrudniało nawet proste przewrócenie się na łóżku.

– Pobyt w klinice nie dał mi nic, o czym bym nie wiedział wcześniej. Zalecono mi zmianę trybu życia na bardziej ruchliwy, dietę z większą ilością warzyw i mniejszą ilością mięsa oraz ćwiczenia jogi dla wyciszenia organizmu. Rozczarowałem się. Znowu utknąłem na bezdrożach bezsenności – skarżył się księciu de Barry, z którym w ostatnim czasie utrzymywał bliższe stosunki towarzyskie.

Badania w poradni zaburzeń snu miały przynajmniej jeden pozytywny skutek; Alfons podjął rezolucję. Wypowiedział ją głośno, aby zapamiętać sobie na zawsze:

– Alfonsie Daudet, daj sobie spokój! Skoro nie jesteś w stanie unicestwić bólu, zmniejszyć bezsenności i skrócić nocnego cierpienia, to skoncentruj się na tym, jak je twórczo wykorzystać.

Nie była to łatwa droga. Na początku Alfons błądził szukając idei, myśli i skojarzeń mogących naprowadzić go na jakieś nowe rozwiązania. Przemyśleniami dzielił się z księciem de Barry.

– To musi być coś twórczego a zarazem praktycznego. Coś, czego jeszcze nie wymyślono. Jak się domyślasz, nie jest mi łatwo. Czasami mam wrażenie, że beznadziejnie błądzę. 

Z marzeń o idealnym świecie Alfons usiłował zbudować własny świat. Nie wiedząc od czego zacząć, odtworzył swoje drzewo genealogiczne, przedstawił je graficznie,  opisał i otoczył niewidzialną zasłoną, za którą ukrył się, aby studiować zawiłości lepszego życia i szczęścia. Wrócił do zgłębiania filozofii i poważnie zainteresował się buddyzmem, licząc na to, że stanie się on – podobnie jak dla innych osób– źródłem twórczego relaksu, koncentracji i witalności. Zaczął medytować, jak postępują ludzie, których los dotknął podobnie lub bardziej niż jego. Znał ze słyszenia i mediów kilka przypadków przemawiających do wyobraźni i serca.

Najbardziej imponował mu mężczyzna skrzywdzony przez los ciężkim inwalidztwem. Nie znał go osobiście, słyszał tylko o nim, wiedział w jakiej dzielnicy Paryża mieszka i czym się zajmuje. Był to człowiek niskiego wzrostu, dosadniej mówiąc karzeł, w dodatku zdeformowany w okropny sposób. Miał nieproporcjonalnie dużą głowę oraz klocowate ręce i nogi osadzone na słabo rozwiniętym korpusie.

Mimo swego nieszczęścia człowiek ten tryskał energią i zawsze był w dobrym humorze. Imponowało to Alfonsowi tak bardzo, że postanowił go poznać i porozmawiać. Udało mu się to dzięki pomocy znajomych.

Mężczyzna nazywał się Gabriel Boucher. Na początku imał się różnych prac, w końcu trafił do cyrku. Był to jego świadomy wybór. Opowiedział o tym Alfonsowi.

– Stałem się pośmiewiskiem widzów, zwłaszcza dzieci, które nie rozumieją, co to znaczy być osobą niepełnosprawną, kaleką. Z czasem zrozumiałem, że chorobę i kalectwo, jeśli nie można ich pokonać, powinno się traktować jako swego rodzaju darowiznę, która nam ułatwia coś, co byłoby nieosiągalne, gdybyśmy nie mieli tego garbu na plecach. Jak tylko to zrozumiałem, zdobyłem dobrą pracę, dającą mi satysfakcję oraz dochody umożliwiające twórcze i dostatnie życie. Postanowiłem cieszyć się życiem mimo deformacji mego ciała.

– Czym się pan teraz zajmuje? – Alfons nie był w stanie powstrzymać się od pytania, wiedząc, że za chwilę i tak usłyszy wyjaśnienie. Od razu przeprosił rozmówcę za swoje nieopanowanie. Gabriel przyjął to w sposób spokojny, jakby ludzie nic innego nie robili tylko zadawali mu niezręczne pytania.

– Moją pracę określę nietypowo. Użyczam swojej postaci w cyrku i w reklamie. Zarabiam tak dobrze, że stać mnie na podróże i przyjemności, jakich z pewnością nie zaznałbym, gdybym był przeciętnym człowiekiem bez wad fizycznych. Kiedy jest się pozytywnym, to nawet i miłość jest możliwa. Nie mam na myśli wyłącznie seksu, ale prawdziwą miłość, zaangażowanie, radość bycia z drugą osobą. Spotkałem kogoś takiego. Ale nie chcę o tym mówić. To kwestia prywatności.

Odc. 6

Znajomość Gabriela Boucher i Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff okazała się tak sympatyczna dla obydwu, że spotykali się regularnie, aby rozmawiać. Była to dziwna para; arystokrata cieszący się przywilejami życia oraz osoba zdeformowana fizycznie, stojąca na przeciwległym krańcu linii dobrodziejstw losu. Rozmawiali o sprawach poważnych, w szczególności, jak radzić sobie w życiu mimo ograniczeń i obciążeń.

Alfons z satysfakcją uległ wpływom Gabriela Boucher i jego pozytywnego nastawienia. Zmienił się. Twórcze wykorzystanie bezsenności stało się dla niego sensem życia, obsesją, rodzajem szczęśliwego opętania. Cel był nie tylko inspirujący, ale i niezwykle pozytywny; chodziło o pomoc ludziom nękanym bólem i bezsennością.

Swoją nową filozofią dzielił się chętnie w rozmowach z przyjaciółmi, zbierając przy okazji ich uwagi i sugestie.

– Bezsenność, skoro już tkwi we mnie, traktuję teraz jako dobrodziejstwo. Dostrzegłem w niej sens, którego przedtem nie widziałem. Ludzie powszechnie skarżą się na brak czasu. Ja mam go w bród. Teraz wiem, że bezsenna noc może być najbardziej twórczą porą doby. To tylko kwestia decyzji, powiedzenia sobie „tak”. Ten czas jest tym cenniejszy, że panuje kompletna cisza. Nikt nie zawraca mi głowy, nie dzwoni do mnie, o nic nie pyta. Czerpię z tego dobrodziejstwa pełnymi rękami opracowując nowe metody walki z bezsennością. Mam na myśli akcesoria, które sam od długiego czasu używam: szczotka kąpielowa, aplikator igłowy, pejcz, piłeczka tenisowa, wełniane skarpety, niewielka poduszka, drewniany kij do ćwiczeń oraz mata do ćwiczeń jogi. Nie mogę wam więcej powiedzieć, bo zdradziłbym wszystkie tajemnice. 

Kolejne próby wykorzystania nocnego czasu były bardzo udane; Alfons określił zestaw narzędzi i opisał zasady ich wykorzystania. Nazwał to „Pakietem Pomocy w Bezsenności”. Jego użytkownikami mieli być ludzie tacy jak on, niemogący spać z powodu bólu pleców. Myślał głównie o osobach starszych, ale nie wykluczał nikogo.

Kiedy pierwszy etap pracy został zakończony, Alfons postanowił przedstawić wyniki przyjaciołom i poddać ich ocenie. Było to wręcz konieczne. Ustalił z nimi datę, godzinę i miejsce. Prezentacja miała odbyć się w jego rezydencji.

Przygotował się do niej wyjątkowo starannie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, jako innowator, wynalazca jak również dobroczyńca. Nie wahał się używać ostatniego słowa, odkąd dowiedział się, że trzydzieści procent ludzi na świecie cierpi na bezsenność. Była to już choroba cywilizacyjna na niespotykaną skalę. Był oczywiście świadomy, że tylko część z tych osób mogła być beneficjentami jego pomysłu zważywszy na różnorodność przyczyn bezsenności.

W skład Pakietu Pomocy w Bezsenności wchodziły: szczotka z twardego włosia używana zwyczajowo do mycia pleców, aplikator igłowy marki Needles & Needles Ltd o wymiarach dwadzieścia osiem na pięćdziesiąt centymetrów, ośmiorzemienny pejcz z czterdziestoma węzłami, piłeczka tenisowa umieszczona w skarpetce dla łatwiejszej manipulacji w trakcie układania jej pod plecami, ciepłe skarpety, mata do ćwiczeń jogi, drewniany kij długości jednego metra do rozciągania ramion oraz płaska poduszka o rozmiarach trzydzieści na trzydzieści dwa centymetry. Umieszczał ją pod piersiami lub plecami, w zależności od sposobu ułożenia się na macie rozciągniętej na podłodze w salce treningowej.

Każde z tych narzędzi miało swoje przeznaczenie i zastosowanie. Same akcesoria nie budziły wątpliwości, wyzwaniem mogły być tylko ich opisy oraz instrukcje obsługi. Musiały być jednoznaczne, dokładne i użyteczne. Tkwił w tym problem, gdyż ludzie mogli różnie rozumieć i interpretować ten sam tekst. Co do tego Alfons nie miał najmniejszych wątpliwości. Miał doświadczenie. Niejednokrotnie fragment instrukcji dla niego niezrozumiały, jego żona czy córka odbierały jako prosty i jednoznaczny. I odwrotnie.

– Używałem już dziesiątki instrukcji. Niejedna z nich była tak napisana, że zabiłbym tego sukinsyna, co ją stworzył – arystokrata denerwował się nawet wtedy, kiedy ta myśl przychodziła mu do głowy, a przychodziła dosyć często. Lekarz mu wyjaśnił, że był to problem perseweracji, uporczywego powracania tych samych słów i skojarzeń.

Dla opisu narzędzi i sposobu ich wykorzystania Alfons wymyślił którejś nocy specjalny język. Była to forma zabawy, nie tak znowu niepoważnej, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. Był w niej ukryty sens, z którego nie w pełni zdawał sobie sprawę – popisać się przed zaproszonymi gośćmi, a w przyszłości użytkownikami pakietu, językiem prawdziwej arystokracji ducha, swobodnym i nonszalanckim nawet w obliczu bólu i cierpienia.

Któregoś wieczoru Alfons wrócił do domu z przyjęcia u przyjaciół w stanie emocjonalnego pobudzenia. Było to bardzo udane spotkanie. Kilka razy znalazł się w centrum uwagi; wypowiadając się wywołał większe niż zazwyczaj zainteresowanie swoim pomysłem i osobą. Częścią dobrego samopoczucia był też alkohol, jaki wypił. Rzadko miał chęć na coś mocniejszego, nie był abstynentem, ale też niezbyt często czy chętnie pił. Tym razem szampan sprawił mu prawdziwą przyjemność. Książę de Barry zgodził się z nim, jak nigdy wcześniej, że szampan Moët & Chandon, jaki pili był doskonały.

– Znam tegoroczny ranking i zasadniczo zgadzam się z nim. Może dlatego, że sam uczestniczyłem w degustacji tych szampanów. Na przyjęcia najlepszy jest właśnie Moët & Chandon, na romantyczne spotkania Veuve Clicquot, Dom Pérignon natomiast nadaje się najlepiej na upominek. Co do szampana na rodzinne spotkania, to czwarta kategoria, jaką rozpatrywaliśmy, to nie mam zdania. To zbyt trudne do określenia. To są oczywiście uproszczenia, bo najlepszy szampan to taki, który najbardziej ci smakuje bez względu na to, co inni o nim sądzą.

Po powrocie do domu i przebraniu się, Alfons wyciągnął z szafy wszystkie akcesoria i ułożył je na biurku wedle rangi ważności podyktowanej częstotliwością ich stosowania. Im częściej narzędzie miało być stosowane, tym większe miało znaczenie. Na pierwszym miejscu znalazł się pejcz, następnie piłka tenisowa w skarpetce, w trzeciej kolejności aplikator igłowy. Przyjrzał im się uważnie i zaczął nadawać im zwariowane nazwy. Wyobraził sobie, że przemawia do ludzi z przeszłości, kiedy w kraju powszechnie pasjonowano się wydarzeniami politycznymi za żelazną kurtyną.

Cel użycia akcesoriów określił jako Korektę Nocnej Deprawacji Ciała, a cały zestaw nazwał Egzekutywą. Własne ciało określił mianem Towarzysza Opornego. Zadowolony ze swojego pomysłu przemówił jak sekretarz organizacji partyjnej, wyobrażając sobie, że uczestniczy w zebraniu partii komunistycznej, niegdyś bardzo popularnej we Francji.

– Wyperswadujcie, drodzy towarzysze, Towarzyszu Pejcz i Towarzyszu Aplikatorze Igłowy, oraz Wy, Towarzyszko Szczotko, Towarzyszowi Opornemu, niestosowność jego zachowań w porze nocnej, którą każdy uczciwy obywatel poświęca na relaks i wypoczynek.

Była to forma zabawy, jak również szyderstwa i głębokiej niechęci wobec radykalnych socjalistów i komunistów, odwiecznych wrogów arystokracji na wszystkich kontynentach.

Odc. 7

Przygotowując się do pokazu akcesoriów walki z bólem i bezsennością Alfons wysłał żonę i córkę wraz z dwiema służącymi w odwiedziny do krewnych. Miał w tym ukryty cel.

Pokaz odbył się w rezydencji letniej arystokraty przy Rue de Grenelle położonej w Siódmej Dzielnicy Paryża. Rezydencja była jego chlubą, czuł się w niej wyjątkowo dobrze i chętnie ją pokazywał. Trzysta czterdzieści metrów kwadratowych powierzchni zapewniało mu przestrzeń, prywatność i niezależność. Było tam dziesięć większych pokoi; pięć sypialni, cztery toalety, duży salon ze szklanym dachem, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią, sala do ćwiczeń, pralnia. Przed domem znajdował się spory ogród a pod budynkiem miejsca parkingowe oraz piwnica na wina. Rezydencja powstała w roku 1880 i zachowała oryginalną fasadę. Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, miał się czym chwalić.

Pokaz składał się z trzech części. Najpierw odbyła się prezentacja narzędzi, pokaz slajdów z objaśnieniami oraz dyskusja.

Część drugą stanowiło przyjęcie przygotowane przez mało znaną, lecz ekskluzywną, firmę cateringową, starannie wybraną przez Alfonsa wspomaganego przez dwóch innych, wtajemniczonych w plan, członków Stowarzyszenia Marków Nocnych, znanych z wyszukanych gustów kulinarnych.

Trzecia część spotkania stanowiła niespodziankę zorganizowaną przez Alfonsa w całkowitej tajemnicy. W duchu żartował, że aby ją zachować, nie powinien informować o tym nawet samego siebie. Była to część artystyczna, najbardziej prywatna: występ sześcioosobowego zespołu tancerek z Moulin Rouge. Kluczem programu był oczywiście kankan. Występ był tak udany, że tancerki trzykrotnie bisowały.

Kiedy goście opuszczali rezydencję, właściciel z satysfakcją ogarnął ich wzrokiem. W spotkaniu uczestniczyło piętnaście osób, sami mężczyźni. Myślał o nich z satysfakcją, szczycił się ich przyjaźnią i pozycją społeczną. Były to osoby z pierwszych stron gazet: książę, kilku artystów, przedstawiciele klasy rządzącej, dyplomaci, wielki przemysł, właściciele ziemscy. Alfons pomyślał, że los go dobrze wyposażył na całe życie: był majętny podobnie jak jego ojciec i dziadek. Oprócz rezydencji przy Rue de Grenelle miał jeszcze jedną na południu kraju, pałac nad Sekwaną, poza tym domy czynszowe, kosztowne samochody, solidny pakiet papierów wartościowych, oddaną i dyskretną służbę.

Opuszczając rezydencję, książę de Barry pogratulował przyjacielowi udanej imprezy, po czym protekcjonalnie mu przypomniał:

– Pamiętaj, drogi Alfi, że twoim następnym krokiem, wręcz psim obowiązkiem, że tak powiem, wobec nas wszystkich, jest stworzenie doskonałej instrukcji obsługi tych cudownych narzędzi, jakie nam zademonstrowałeś. Dobrze to wszystko obmyśliłeś. Jedyne, co mnie martwi, to instrukcja obsługi pejcza, o której wspominałeś. Dyskusja pokazała, że może to być problemem. To nie jest takie proste, jak sobie myślałem. Pejcz każdy zna, każdy ma swoje wyobrażenie, jak powinien wyglądać i jak należy go używać. To nie jest jednak to samo co prosta piłeczka tenisowa w skarpetce.

Po przemyśleniu wyników dyskusji, uwag i sugestii, Alfons podsumował je sporządzając listę zmian, jakie musi wprowadzić do pakietu, szczególnie instrukcji. Pejcz był wyjątkiem. Alfons wypróbował kilkanaście modeli, zanim uznał, który jest najbardziej odpowiedni.

Ludzie mieli uprzedzenia co do pejcza, źle im się kojarzył. To dodatkowo komplikowało sprawę. Uważali go za narzędzie sadomasochistów, kojarzące się bardziej z bólem i cierpieniem niż z niesieniem ulgi. Fatalne były także skojarzenia z tresurą zwierząt w cyrku oraz tradycją wymuszonej dyscypliny w systemie sprawiedliwości, w szkołach, więzieniach, w obozach koncentracyjnych oraz wobec pacjentów w szpitalach psychiatrycznych. Alfons uznał, że nie zgłębi do końca wiedzy na temat pejcza i tradycji jego wykorzystania. Był to temat mocno osadzony także w Biblii i w kościele. Ze studiów wynikały różne skojarzenia, najczęściej negatywne. To działało na jego niekorzyść.

Nad instrukcją pejcza Alfons pracował wytrwale przez kilka tygodni. Czas płynął, a mimo to pozostawała ona wciąż w stanie nieukończonym. W żadnym momencie jej opracowania nie był zadowolony z wyników swojej pracy. Zastanawiał się wielokrotnie, co jest w niej nieodpowiedniego. Nie wiedzieć dlaczego, mimo że miał już gotowe instrukcje obsługi pozostałych narzędzi, w żaden sposób nie był w stanie stworzyć tej jednej, jedynej.

Myślał nad tym nieprzerwanie. Instrukcja stała się jego piętą achillesową, Scyllą i Charybdą, między którymi statek jego myśli i inwencji rozbijał się uparcie i jakby złośliwe. Mógł ją pominąć, uznając, że nawet przy nienajlepszej instrukcji jednego narzędzia cały zestaw niewiele traci na wartości. Nie potrafił jednak przekonać siebie do tego. Byłoby by to jak przyznanie się do niezdolności nauczenia się jazdy rowerem, kiedy wszyscy już to umieją, nawet małe dzieci, chromi na jedną nogę, słabowidzący i głupi.

Wbrew pozorom pejcz był skomplikowaną konstrukcją. Rozłożony wyglądał jak drzewo. Wszystko miało znaczenie dla jego skuteczności: jego ciężar, ilość, długość, grubość i twardość pasemek rzemienia, kształt odgałęzień, ilość węzłów i odległość między nimi na każdym pasemku, skóra, z jakiej był wykonany, uchwyt, a nawet kolor.

Odc. 8

Alfons Daudet zastanawiał się, dlaczego opracowanie tej instrukcji idzie mu jak Syzyfowi uparcie lecz bezskutecznie wciągającemu kamień pod górę. W grę wchodziło kilka okoliczności. Instrukcję pisał przy biurku o regulowanej wysokości blatu, zmieniając pozycję ciała z uwagi na ból pleców i ramion. Kiedy zmęczył się stojąc przy biurku, klękał na klękosiadzie, potem siadał na krześle z twardym oparciem ewentualnie na fotelu z miękkim, ergonomicznym oparciem. To mogło mieć znaczenie. Mimo regularnej zmiany pozycji praca nie posuwała się jednak do przodu. Praktycznie stanęła w miejscu. Alfons nabrał wrażenia, że zajmie mu to miesiące i lata.

W końcu zaczął doszukiwać się przyczyn w sobie. Czuł się pod presją opinii księcia de Barry, któremu wysyłał do wglądu kolejne projekty instrukcji. Książę wciąż mu odpowiadał, że to najsłabsza część pakietu pomocy.

– Pejcz to najbardziej uniwersalne narzędzie. Występuje w dziesiątkach odmian, rozmiarów i kształtów. Ludzie mieli z nim do czynienia od zawsze. Również ci zboczeńcy, których wspominałeś. Pejcz to coś zupełnie odmiennego niż taki aplikator igłowy czy piłeczka do tenisa, gdzie trudno sobie wyobrazić odstępstwo od normy, ponieważ wszystko jest proste jak drut. Pejcz ma w sobie finezję, ogromną tradycję i długą historię. Przypomnij sobie te wszystkie towarzystwa biczowników, flagelantów, dobrowolne i wymuszane kary chłosty. Każdy ma inne plecy, inny chwyt pejcza, inną siłę uderzenia, inne też odczucia bólu. Musisz to wszystko uwzględnić w instrukcji. Być może nawet rozszerzyć gamę pejczy, przedstawić kilka modeli i napisać do nich instrukcje, aby każdy mógł znaleźć coś stosownego dla siebie.

Alfons liczył się z tymi opiniami. Książę miał doświadczenie; był kiedyś wydawcą gazety, uważano go człowieka znającego życie, był ponadto wyjątkowo mu życzliwy. Alfons liczył po cichu, że będzie mu pomocny także w promocji pakietu. Negatywne oceny księcia zaczęły się powtarzać. Alfons nabrał podejrzeń, że w grę wchodzić może coś innego niż tylko chęć bezstronnej pomocy. Jeden ze znajomych dziennikarzy pracował kiedyś dla księcia. Alfons spotkał się z nim w kawiarni, aby podpytać o dawnego pryncypała, a przy okazji odświeżyć znajomość.

– Nie ukrywam, że nie przepadałem za nim, kiedy dla niego pracowałem. Na robocie wydawniczej i dziennikarstwie znał się bardzo dobrze, nie powiem, ale był to dziwkarz i rozpustnik. Przynajmniej w tamtym czasie. Miał pieniądze i gest, więc kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu. Fizycznie to na pewno nie był atrakcyjny. Sam go znasz, niski i grubawy. Mówiono wówczas – obracałem się w innych kręgach, więc mówię tylko, co słyszałem – że miał ciągoty sadystyczne. Nie jakieś tam przesadne, ale podobno lubił zadawać cierpienie swoim partnerkom. Kajdanki, przykuwanie do łóżka, kneblowanie, biczowanie, rozpórki nóg, takie tam różne fanaberie. Godziły się na to, bo dobrze je wynagradzał za spotkania. Powiedziała mi to w zaufaniu pewna nauczycielka, znająca go bliżej, właśnie z klubu sadomasochistycznego. Jednego z tych prywatnych, co to organizowały nawet orgie, gdzie można było trafić tylko za podwójną rekomendacją.

– A co sądzisz o dzisiejszych klubach sadomasochistycznych?

– Nic nie sądzę. Dzisiaj istnieją one prawie oficjalnie. Mają swoją rację bytu, bo wiele osób chce po prostu spróbować, co to jest ten sadomasochizm, łączyć się w pary, nawet wymieniać partnerami. Ale to już nie jest to samo, co dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wtedy nie istniały żadne zasady. Dzisiaj takie kluby mają już nawet pisane reguły, kodeksy etyczne, zasady, co wolno a czego nie wolno. Ludzie umawiają się, jak daleko mogą posunąć się w zadawaniu sobie cierpienia, w relacjach sadomasochistycznych, opowiadają sobie fantazje erotyczne i chcą ich doświadczyć.

– Widzę, że znasz się na rzeczy. Nigdy o tym nie mówiłeś. A znamy się przecież sporo lat.

– E, tam! Interesowałem się tym kiedyś jako dziennikarz. To wszystko.

Na liście szczegółów do uwzględnienia przy pisaniu instrukcji obsługi pejcza nie było spraw nieważnych. Ich autor zaczął zdawać sobie sprawę z absurdalności sytuacji. Czuł, że goni w piętkę, kręci się wokół jak pies za swoim ogonem.

– Jestem zbyt drobiazgowy. Jestem kretyńskim perfekcjonistą, kunktatorem, stale mam coś innego pilniejszego lub ważniejszego do wykonania; miał dziesiątki argumentów na swoje usprawiedliwienie.

Zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem ktoś wcześniej nie stworzył instrukcji obsługi pejcza.

– Może dorożkarze cierpiący na senność? – Było to głupie pytanie, sam w nie nie wierzył. Pojawiło się tylko dlatego, że czuł się coraz podlej. Instrukcja obsługi pejcza nie dawała mu spokoju. Stała się jakimś absurdem, obsesją, idee fixe. Nie umiał tego nazwać.

Odc. 9

W czasie pracy nad instrukcją pojawił się nowy problem. Alfons budził się w nocy z przerażającym uczuciem umierania, poczuciem, że po śmierci nie pozostanie mu nawet drobina świadomości, choćby nawet iluzoryczna więź z rzeczywistym światem. Było to doznanie tak bolesne, że mówiąc o nim najchętniej sprowadzał je do żartu, aby tylko złagodzić ból odchodzenia w nicość. Wyrażał w ten sposób swoje arystokratyczne „noblesse oblige” trzymania podniesionej głowy i przekraczania granic nonszalancji.

– Nikt nie jest w stanie określić, czy krzyczy we śnie po to, aby dosłyszeć własny głos niemy jak martwe echo i głuchy jak zmurszały pień, czy też z entuzjazmu z powodu zakończenia życiowej misji, zgodnie z objawieniem Świętego Jana Klimata zwanego też Abbą Janem, patrona ludzi cierpiących na bezsenność.

Alfons Daudet przeżywał kryzys. Brak instrukcji obsługi pejcza był porażką całego projektu. Autor znalazł się w ślepym zaułku. Nie rozumiał ani nie akceptował tej sytuacji. Gnębiło go to tak bardzo, że w końcu popadł w depresję, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. Aby oderwać się od przykrej rzeczywistości wyprowadził się z rezydencji przy Rue de Grenelle i zamieszkał w jednym ze swoich mieszkań, świeżo zwolnionym przez lokatorów. Szukając pomocy, udał się do lekarza rodzinnego. Pomógł mu tyle, co kot napłakał, , skorzystał więc z konsultacji z dwoma specjalistami, o których mówiono, że naprawdę przynoszą ulgę ludziom w depresji. Przyjmował leki, niewiele mu to jednak mu pomogło. Coś się w nim załamało. Myślał o samobójstwie.

Kiedy mówił, że ma już dosyć życia, nikt nie przywiązywał do tego wagi. Ani najbliższa rodzina, ani przyjaciele. Odpowiadali mu: – Nie przejmuj się, każdy ma swój lepszy i gorszy okres. Masz do tego prawo. Albo pocieszano go. – Zawsze sobie jakoś radziłeś, to i tym razem też wyjdziesz z impasu. Tym bardziej, że masz przed sobą szczytny cel. Wierzymy w ciebie, daj sobie czas. Albo też: -Weź się w garść, chłopie, bo bez tego nie wyjdziesz z zapaści.

Był przekonany, że wszyscy otaczający go ludzie, rodzina, znajomi, przyjaciele i lekarze życzą mu jak najlepiej, z tym, że jemu to nie pomagało. Musiał to solidnie przemyśleć. To zdecydowało o powrocie do rezydencji przy Rue de Grenelle, gdzie zawsze czuł się najlepiej.

Dwa dni po powrocie Alfons wyszedł z domu z samego rana. Jak zwykle udał się po zakupy świeżych croissant. Lubił je jako dodatek do porannej kawy. Nie zabrał ze sobą telefonu komórkowego, chciał być sam, aby móc się skoncentrować. Był to jego nowy zwyczaj. Siostra dzwoniła do niego kilkakrotnie, najpierw na telefon komórkowy, a kiedy ten nie odpowiadał, na telefon domowy. Miała osobistą sprawę do omówienia. Alfons zawsze i chętnie służył jej radą. Kiedy nie wrócił do domu po dwóch godzinach, a jego telefon nadal nie odpowiadał, przyjechała do rezydencji. Nie znalazła go tam. Wtedy pobiegła do piekarni, aby sprawdzić, o której godzinie był u nich. Nie było go tam w ogóle tego dnia. Ogarnął ją niepokój. Wyrzucała sobie, że ignorowała jego informacje o złym samopoczuciu i napomknienia o samobójstwie. 

– Wydawały mi się tak bardzo nierealne w ustach człowieka, który mimo wszystko zawsze był pozytywny i dobrze sobie radził – skarżyła się bratanicy oraz przyjaciółce. Uspokajały ją, prosząc aby tak nie myślała. 

Zaginięcie Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff rodzina zgłosiła na policję prosząc o natychmiastowe podjęcie poszukiwań. Sierżant w komisariacie uspokajał ich.

– Pan Alfons Daudet to już niemłody człowiek. Może zatrzymał się u znajomych i zapomniał powiadomić państwa o tym? Dwadzieścia cztery godziny to bardzo niewiele. Zgodnie z prawem policja nie podejmuje poszukiwań wcześniej niż po upływie jednej doby. Większość zagubionych osób odnajduje się sama. Znamy to z praktyki.

Nie wiadomo, czy mówił to, aby pocieszyć rodzinę czy też bardziej z niechęci do podejmowania natychmiastowych działań.

Po dwudziestu czterech godzinach nadal nie było wiadome, co stało się z Alfonsem. Nie pojawił się żaden ślad czy choćby sugestia, dokąd mógłby się udać. Policja rozpoczęła poszukiwania. Były one bardzo angażujące. Sprawdzano szpitale, posterunki policji, ośrodki ratunkowe, ośrodki opieki, noclegownie, schroniska, dworce kolejowe, kostnice, dzwoniono do przyjaciół i znajomych zaginionego. Nie dało to rezultatów. Nikt nic nie wiedział. Rodzinę gnębiły najgorsze myśli i przeczucia.

Dzień później tajemnicę odkrył Luis Charmant, od miesiąca nowy właściciel sąsiedniej rezydencji. W części jego posiadłości przylegającej do posesji Alfonsa, znajdował się dawny sad owocowy. Denat wisiał w dziwnej pozycji na wielkim, odstającym konarze półzdziczałej gruszy. Na wietrze szalejącym tego dnia nad miastem wyglądał jakby frunął. Ręce miał rozłożone na boki podobnie do skrzydeł ciężko szybującego ptaka, twarz wykrzywiał mu nienaturalny, pośmiertny grymas.

– Wygląda okropnie. To nie może być on – krzyknęła siostra Alfonsa, szczupła niewiasta, młodsza od niego o kilka lat.

Obserwujący ją policjant opowiadał później, że patrząc na ciało wisielca nie mogła się uspokoić

– Miałem wrażenie, że bardziej niż śmiercią brata była wstrząśnięta grymasem porażki i żalu zastygłym na twarzy, przypominającej maskę teatralną.

– On nigdy taki nie był! – powtarzała kobieta, zwracając się po kolei do osób obecnych na miejscu tragedii.

Obok denata wisiał zestaw narzędzi do redukcji bezsenności, z wszystkimi instrukcjami, z wyjątkiem instrukcji obsługi pejcza. W rozmowie z dziennikarzami, dyrektor firmy, której Alfons zlecił produkcję próbnej serii narzędzi Pakietu Zwalczania Bezsenności, komentował:

– Po wypuszczeniu na rynek próbnej serii pakietów uzyskaliśmy pierwsze opinie. Pakiet jest doskonałym produktem. Nie ma potrzeby nic w nim poprawiać ani zmieniać. Klienci są bardzo zadowoleni, wręcz zachwyceni.

– A co z instrukcją obsługi pejcza?

Dyrektor popatrzył uważnie na pytającego.

– Ta konkretna instrukcja w ogóle nie wydaje się potrzebna. Ludzie wiedzą jak używać pejcza. Robią to intuicyjnie. Pejcz to jedno z najstarszych narzędzi, jakie człowiek kiedykolwiek używał. Pan Alfons Daudet Carrere de Waldorff widział problem, którego naprawdę nie było. Jego śmierć to kompletny bezsens.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 02 2020

0Shares

Do Pana Szymona

Przez formularz kontaktowy strony autorskiej otrzymałem dzisiaj email od pana Szymona. Był tak sympatyczny, że postanowiłem go przytoczyć z pewnymi skrótami i odpowiedzieć na niego pozwalając sobie zachować tylko imię nadawcy.

„Spotkaliśmy się dzisiaj w tramwaju na Powstańców Warszawskich. Chciałem Panu podziękować za wizytówkę, którą od Pana otrzymałem. Spodobały mi się Pana opowiadania. Nie czytałem jeszcze wiele, ale na pewno to zrobię. Dziękuję jeszcze raz. Szymon”

Drogi Panie Szymonie,

Pański email to miła niespodzianka i motywacja dla mnie. Proszę do mnie pisać. Może ma pan jakiś ulubiony temat na opowiadanie? Mam kilkadziesiąt projektów. Rozkręcam się. Chcę stworzyć duży zbiór opowiadań, dobrą rozrywkę, dostępną bezpośrednio także ze smartfonu, wartościową literacko (mam nadzieję), pokazującą obecne i rodzące się czasy. Głos każdego czytelnika jest dla mnie cenny.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

PS 1. Pisząc to zachęcam wszystkich Czytelników do przedstawiania swoich opinii bezpośrednio w formie komentarzy do blogów lub poprzez formularz kontaktowy do mnie. Także do stawiania lajków. Są dla mnie ważne, kiedy wybieram opowiadania do publikacji książkowej.

PS 2. Pisać to i tak będę niezależnie od ilości lajków, ponieważ uparłem się zostać znanym pisarzem. Popularność pisarza, to oprócz konsekwentnie dobrej jakości utworów, jedynie dotarcie do dużej ilości Czytelników.

PS 3. Liczę w szczególności na mieszkańców Gdańska, nie wspominając dzielnicy Piecki-Migowo, a konkretnie ulicy Myśliwskie Wzgórze i Osiedla Klimaty, gdzie mieszkam i włóczę się po nocach, kiedy nie mogę spać. 

Bądź patriotą!
Popieraj lokalnego pisarza!
Think globally, act locally!

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares