Niedziela z Alberto. Opowiadanie kryminalne.

Odc. 1

O godzinie szóstej rano dzień zapowiadał się zwyczajnie jak sałatka z dojrzałych pomidorów malinowych, którą jem co najmniej pięć razy w tygodniu. Była to niedziela, dziwnym trafem bez dzwonów, zaczynających dudnić już o godzinie piątej czterdzieści pięć. Nie wiem dlaczego uznałem to za coś niezwykłego, bo cisza nie jest czymś, co człowieka powinno szokować. Naszło mnie pragnienie, aby był to szczególny dzień, lepszy niż inne. Zdecydowałem się przeżyć go inaczej, szlachetniej. Na początek zafundowałem sobie kawę z goździkami i imbirem, celebrując proces jej przygotowania.

Jestem technikiem dentystycznym, mężczyzną żonatym i dzieciatym. Bez chęci przechwalania się dodam, że jestem namiętny, przede wszystkim uczuciowo i mam za sobą niemałe doświadczenia miłosne. W życiu, które uznaję za sztukę, mimo że przypomina mi czasami złamaną protezę dentystyczną, wyrobiłem sobie dobre nawyki służące zwalczaniu złych przyzwyczajeń. Uważam to za ważny dorobek i chętnie się nim dzielę.

Mam na to przykłady. W nocy długo siedzę przed ekranem komputera, źle potem śpię, więc rano piję morze kawy, aby się obudzić. Albo, późnym wieczorem najadam się chleba z szynką lub owoców, przepadam za jednym i drugim. Przejedzenie się męczy mnie potem przez całą noc; jestem niewyspany, więc rano parzę sobie zioła na uśmierzenie niepokoju. Oba środki, kawę i zioła, stosuję kiedy tylko mogę. Staram się być w tym konsekwentny, ponieważ poprawiają one jakość mojego życia.

O godzinie szóstej piętnaście z kubkiem kawy w ręce wyszedłem na balkon. Dom u dołu otoczony był zielenią, u góry ciszą, z rzadka przerywaną odległym warkotem samochodu lub niedalekim skrzeczeniem niespokojnej sójki. Byłem sam, a właściwie to z książką, cudownym zbiorem opowiadań Alberto M, w którym zakochałem się począwszy od piątej strony, kiedy ostatecznie pokonały mnie jego bujna wyobraźnia oraz niespotykany talent opowiadania o życiu.

Alberto poznałem kilka lat wcześniej na wakacjach w Rimini. Zadecydował o tym czysty przypadek, który ponuracy nazywają losem lub opatrznością, w zależności od charakteru wydarzenia. Lato było wtedy wyjątkowo chłodne. Stałem niezdecydowany nad wodą, wchodzić czy nie wchodzić, bo była dość zimna, a ja nie lubię chłodnych kąpieli. W rozwiązaniu problemu pomógł mi mężczyzna. Był opalony i przystojny. Wziął mnie za rękę, powiedział, abym się nie bał i weszliśmy razem do wody. Był to właśnie Alberto. Spędziłem z nim godzinę na rozmowie, podczas której patrzył mi w oczy. Nie było to niemiłe. Potem nasze drogi rozeszły się. Nawet nie wiedziałem, że jest pisarzem. Dowiedziałem się tego później, kiedy przypadkowo w księgarni zobaczyłem zbiór opowiadań z jego zdjęciem na okładce. 

Teraz to wszystko stanęło mi przed oczami. Lazurowy Adriatyk, piasek, leżaki, drobniutkie i ostre fragmenty muszelek na plaży. Zapamiętałem miejsce, gdzie się kąpaliśmy: kolorowe parasole, leżanki, piękna szeroka plaża ciągnąca się aż po horyzont. Za plecami mieliśmy budynki zaplecza, lekkie białe konstrukcje, schludne i czyste przebieralnie, kioski z napojami, restauracje, bary i kafejki, poprzedzielane zielonymi palmami. To wszystko widziałem w mej pamięci równie wyraźnie jak na zdjęciu.

Siedziałem na balkonie apartamentu i zastanawiałem się, skąd wzięło się u mnie upodobanie do wytworów wybujałej, niezwykle słodkiej i dusznej twórczości Alberto. Zauroczony jego opowiadaniami, popijałem kawę i wdychałem rześkie powietrze czekając na promienie słońca, mające pojawić się lada moment zza drzew.

To, że zakochałem się na zabój w Alberto, nie ulegało wątpliwości. Kiedy wstałem i oparłem się o balustradę balkonu, poczułem to w postaci ciepła narastającego w okolicy serca i sztywności ogarniającej moje ciało, szczególnie poniżej pasa. Pomyślałem, że szczęśliwy człowiek mógłby skoczyć w dół z balkonu piątego piętra, aby zachować na zawsze niepowtarzalność wielkiej miłości. Oczywiście tego nie zrobiłem. Nie zadawałem sobie trudu, aby to zrozumieć, ponieważ otaczająca mnie rzeczywistość nagle zgęstniała. Tak to odczułem.

Sytuacja miała swoje uwarunkowania. Chodziło o to, że były jeszcze dwie inne istoty, które darzyłem miłością pełną czułości i pożądania. Była to moja żona, śpiąca w największej sypialni, oraz jej przyjaciółka, Valeria, która przyjechała do niej w odwiedziny na kilka dni, a zatrzymała się na dłużej. Powód pozostania wyznała mi poprzedniego dnia na balkonie wypełnionym odurzającym zapachem maciejki płynącym z dwóch podłużnych donic.

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną, Aldo. Pragnę ciebie. Nie gniewaj się, że to czynię, mimo, że przyjaźnię się od lat z Patrycją, która też cię kocha. To jest ode mnie silniejsze – wyszeptała, patrząc mi w oczy i dotykając mej dłoni.

Jej oświadczenie przyjąłem z wdzięcznością. Schlebiało mojej męskiej naturze. Zostałem doceniony. Jak się okazało, Valeria nie zaznała w życiu zbyt wiele miłości mimo wcześniejszych intymnych znajomości z trzema mężczyznami oraz jednego, bardzo intensywnego choć przelotnego romansu z kobietą.

– To nie to samo, co teraz, kiedy wdycham aksamitny zapach kwiatów maciejki razem z zapachem twojego ciała, nieskażonego tą dziwną wodą kolońską, jakiej używasz. Nie pasuje ona do żadnego aspektu twojej osobowości, ani karnacji, ani postawy, ani twego intelektu, który mnie podnieca jak żaden inny. Może z wyjątkiem Jean-Paul Sartre’a, którego uważam za niezwykłego pisarza. Zresztą, to nie ma akurat znaczenia, skoro już dawno odszedł z tego świata.

Jej przydługie i nieco egzaltowane wyjaśnienie sprawiło mi przyjemność. Przyjąłem je z wdzięcznością, dając się uwieść nastrojowi chwili, pustce otaczającej balkon oraz pragnieniu życia pełnego znaczenia, co mogło oznaczać tylko jedno: namiętną miłość.

Odc. 2

Wracając wieczorem wspomnieniami do balkonu, tego z poranną niedzielną kawą i książką pełną niezwykłych opowiadań autora, w którym się zakochałem, oraz do wyznania Valerii, zdałem sobie sprawę, że w moim życiu jest za dużo uczuć.

– Nie podołam trzem miłościom naraz. To po prostu za dużo. Nie jestem Herkulesem erotyki – tłumaczyłem sobie. Stopniowo nabierałem coraz większego przekonania, że moje zachowanie jest nie tylko przesadne ale i nieuczciwe. .

Ta myśl zaczęła mnie męczyć, wręcz mnie prześladowała, mimo że usilnie starałem się wyrugować ją z pamięci sięgającej minionych wspomnień, które mają to do siebie, że wracają do źródła jak węgorz do strumienia, gdzie się urodził. Przez chwilę moja uwaga skoncentrowała się nieoczekiwanie na rybie. Widziałem jej podłużny, opływowy i śliski kształt; fascynował mnie, czułem go w sobie w formie lubieżności właściwej chyba wszystkim namiętnym istotom.

Bezwstydna myśl zakończyła się osobliwą refleksją, czy ryby nie odczuwają pożądania równie intensywnie jak człowiek, tylko w inny, zwierzęcy, a dokładniej rzecz biorąc ichtiologiczny sposób. Roztrząsanie tego zajęło mi chwilę. Było to zrozumiałe, ponieważ jestem intelektualno-emocjonalnym typem człowieka, z natury skłonnym do zadumy i rozmyślań.

W wieku dziecięcym moje pożądanie seksualne, które stopniowo rozwinęło się w prawdziwą żądzę – później lubiłem ją nazywać chucią – pozostawało utajone. Pojawiło się i rozkwitło dopiero wtedy, kiedy zacząłem biegać za piłką. Całymi dniami graliśmy wtedy w piłkę nożną, co wzmacniało mnie fizycznie i rozwinęło kondycję. Gdy podrosłem, moja pożądliwość uległa pogłębieniu i nabrała cech jurności; zacząłem uganiać się za dziewczętami. Najpierw miało to miejsce w marzeniach, potem przyszło podglądanie, dotykanie i przytulanie się, w końcu prawdziwie szalone pożądanie, owa niepowstrzymana chuć.

Głównym celem mej miłości był teraz Alberto. Postanowiłem nie ujawniać jego nazwiska, aby nie narażać go na niepotrzebną przykrość oskarżeń, że jest obiektem miłości ze strony mężczyzny, który kocha dwie kobiety, a wcześniej kochał inne, nie mówiąc a dzieciach, jakie spłodził i wychowywał, które też miały poczesne miejsce w jego sercu. Myśl o dzieciach przywróciła mnie do pełnej przytomności. Pomyślałem, że sprowadziłbym na nie cierpienie, okrywając hańbą, gdyby wyszła na jaw moja miłość do dwóch odmiennych płci.

Ostatnia miłość była najświeższa i jeszcze nieskonsumowana, co mnie dodatkowo podniecało. Stanąłem wobec dylematu, jak poradzić sobie z trzema namiętnościami na raz. Z jednej strony czułem presję pożądania miłosnego wrodzonego każdej osobie, z drugiej krępowały mnie konwenanse społeczne kategorycznie odrzucające miłość z trzema osobami, a nawet marzenia o czymś takim. Zadałem sobie pytanie, jak zostałoby to przyjęte przez osoby zainteresowane, czy któraś z nich zrozumiałaby i zaakceptowała to, co myślę i czuję.

Osób, których mogło dotknąć moje postępowanie, było w rzeczywistości więcej. Oprócz żony, jej przyjaciółki, moich dzieci oraz Alberto, była też moja szefowa w pracy zbyt zainteresowana wynikami mojej pracy, aby było to czystym zainteresowaniem zawodowym. Ponadto było jeszcze moje rodzeństwo, rodzice oraz liczni krewni i kuzyni, z wujkami, ciotkami i ich dziećmi na czele, w końcu moi przyjaciele i znajomi.

Poza nimi wszystkimi był jeszcze biskup Montano, osoba wpływowa, dobrze znająca moją rodzinę, o niezwykle surowych poglądach na męsko-męskie relacje seksualne. Dwa dni wcześniej biskup wypowiedział się niezwykle ostro o osobach odmiennej orientacji, uczestniczących w paradzie równości. Porównał je do wynaturzonej czarnej róży o trujących kolcach. W przemówieniu kapłana znalazły się słowa budzące grozę, wszystko, co kojarzyło się z piekłem: czerń, czeluść, ogień piekielny, potępienie, grzech, perwersja, Sodoma i Gomora, i inne zboczenia, w końcu wołanie o pomstę do nieba.

Biskupowi współczułem serdecznie z powodu jego surowych napomnień przechodzących w bluźnierstwa. Uważałem, że pomylił on odmienną miłość do drugiej osoby z nienawiścią do wszelkiej odmienności, wrodzoną skłonność niektórych ludzi do osób tej samej płci – z przywoływaniem Boga, który sam przecież stworzył to bogactwo postaw i zachowań. Potępiające przesłanie biskupa było zupełnie niepotrzebne i zapewne niemiłe Najwyższemu, ponieważ wieczorem w podest stojący na zewnątrz katedry, z którego biskup publicznie wygłaszał swoją tyradę, uderzył piorun i wypalił znak szatana. Tak pisała prasa, a ja nie miałem podstawy, aby nie wierzyć, bo na zdjęciu pokazano wizerunek rzeczywiście przypominający czarne rogi i gniewne ślepia.

Miałem biskupowi za złe, że zapomniał, że to sam Najwyższy stworzył ludzką różnorodność, mężczyzn ze skłonnościami do mężczyzn i kobiet ze skłonnościami do kobiet. Hierarcha napominał i ganił społeczność LGBT tak, jakby człowieka urodzonego z krótszą nogą można było przekonać, że powinien mieć dłuższą, naturalnego rozmiaru. Zapominał on, że homoseksualizm istniał zawsze, od początku istnienia człowieka, także w społecznościach zwierzęcych, osobliwie wśród małp, tygrysów i kilku innych gatunków. Dyskutowałem to z moją żoną i Viktorią i obydwie zgadzały się ze mną co do tego, że biskup błądzi, a z całą pewnością przesadza w tych sprawach.

Pewnym argumentem w ich myśleniu był fakt, że uważały go za osobę mało użyteczną dla kobiet, choć niezwykle użyteczną społecznie. Dla nich nie był mężczyzną ale osobą duchowną o nieokreślonej tożsamości seksualnej.

Nie wchodziłem z nimi w dyskusję na ten temat, ponieważ miałem wrażenie, że arcybiskup mimo swej zaciętości jest w połowie po mojej stronie. Czułem to. W jego najbliższym otoczeniu widziałem głównie mężczyzn, przeważnie dobrze zbudowanych kleryków, przystojnych, niektórzy o twarzach wdzięcznych efebów. Biskup miał niewątpliwe poczucie piękna ludzkiego ciała, tego nie można było mu odmówić. Drażniła mnie tylko, a jeszcze bardziej martwiła, jego publiczna zawziętość wobec społeczności LGBT, szczególnie ludzi o biseksualnych zainteresowaniach.

Odc. 3

Sytuacja wymagała reakcji z mojej strony. Napisałem do Alberto list przypominając mu nasze pierwsze spotkanie, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył mi w oczy, oraz relacjonując moje odczucia w trakcie czytania jego boskich opowiadań. W końcu wyznałem mu miłość, błagając, aby zachował dyskrecję.

Czekałem na jego reakcję, choćby na potwierdzenie odbioru listu, ale nic takiego nie nastąpiło. Na pewien czas zapomniałem o wszystkim, ponieważ wybuchła bomba. Biskup Montano publicznie potępił Alberto za „wyuzdaną miłość wobec członka naszej lokalnej społeczności”, tak ostro i bezwzględnie, jakby nałożył na niego klątwę. W jaki sposób dowiedział się o nas i dlaczego mnie nie wymienił z nazwiska, nie miałem najmniejszego pojęcia. Wyszło to na jaw później. Jak się okazało, Alberto odpisał mi lecz jego list przejęła moja żona i poszła z nim prosto do biskupa, aby wyżalić się i prosić o radę. Dowiedziałem się tego od przyjaciółki mojej żony, Valerii, która na zakończenie oświadczyła:

– Jesteś zwyczajnym zboczeńcem, a w dodatku świnią. Mogę rywalizować o mężczyznę z inną kobietą, ale nie z mężczyzną.

Żona i biskup chyba wtedy uzgodnili, że potępi on Alberto zachowując dyskrecję, kim jest ów „członek naszej lokalnej społeczności”.

Kiedy Montano nakładał klątwę na Alberto z wysokości złotej ambony w katedrze, miał na sobie niezwykle piękną szatę liturgiczną, którą podobno sam projektował. Była ona niezwykle zdobna i dystyngowanie kolorowa, prawdziwe dzieło sztuki. Wyszyto na niej postacie biblijne, Adama i Ewę, jabłko, węża oraz symbol grzechu w postaci rozdwojonego języka. Kiedy biskup podchodził do ambony swoim dostojnym monarszym krokiem, postacie na szacie poruszały się jak żywe.

Wspomnienie o biskupie sprowadziło mnie ostatecznie na tory trzeźwości i gorącego pragnienia rozwiązania problemu.

– Nie możesz, zboczeńcu – napomniałem siebie z surową brutalnością – uczestniczyć w konstrukcji miłosnej tak skomplikowanej jak czworokąt miłosny. To ty ponosisz odpowiedzialność za jego istnienie i konsekwencje; jesteś jego motorem, fundamentem i Bóg wie jeszcze czym kojarzącym się z Sodomą i Gomorą! Ludzie to bardzo źle odbierają.

Ciężko mi się zrobiło na duchu. Wiedziałem, że muszę rozwiązać bolesny dylemat składając jakąś znaczącą ofiarę na ołtarzu poświęcenia. Żal mi było każdej z osób pokrzywdzonych moją zachłannością erotyczną. Kogoś musiałem wyeliminować, nie wiedziałem tylko kogo. W chwili rozpaczy pomyślałem o sobie, sprawcy zamieszania. Przyszło mi do głowy, że powinienem przestać zastanawiać się, tylko wyjść na balkon, przysunąć krzesło do barierki, wejść na nie, przełożyć nogę za metalową ramę, przechylić się i pozwolić bezwładnemu ciału sfinalizować dramatyczną decyzję. Było w tym coś teatralnego, ja czułem jednak tylko niemoc i rozpacz. Spojrzałem w dół w przepaść pięciu pięter wysłaną zieloną murawą i zdałem sobie sprawę, że byłby to haniebny czyn skutkujący krwawą plamą drgających szczątków, widok w najwyższym stopniu odrażający. Poczucie estetyki zawróciło mnie z egoistycznej drogi myślenia o sobie. Czas pilił. Myślałem intensywnie, poganiałem siebie.

– Raczej prędzej niż później wszyscy się dowiedzą, przede wszystkim  dzieci, dalsza rodzina i przyjaciele. Nie masz czasu. Musisz szybko podjąć jakąś decyzję. Nie możesz pozwolić sobie na odwlekanie decyzji.

Zrozumiałem, że muszę spotkać się i porozmawiać z Alberto, aby doprowadzi sprawy do ładu. Następnego dnia, aby nie czytać  opowiadań i nie rozdrapywać palących ran, oddałem książkę jako dar do biblioteki. Dwa dni później byłem już na lotniku w Rzymie i kilka godzin później w Rimini.

Poszedłem nas plażę. Tym razem było cieplej. Rozejrzałem się wokół, sporo się zmieniło, tylko piasek, plaża i fale były te same, podobnie jak niebo. Och! Jak ja kochałem to morze i to niebo! Patrzyłem na nie leżąc na piasku. Czekałem na Alberto. Wyraził chęć spotkania, jak tylko przypomniałem mu ciepły uścisk ręki, to, jak patrzył mi oczy i czego dowiedział się z mego ostatniego listu i z jego opowiadań. O klątwie nałożonej przez biskupa wiedział wszystko.

Rozpoznałem go z łatwością z oddali. Ta sama szlachetna sylwetka; nieco starszy niż ostatnim razem nic nie stracił z kształtu ciała i niewiele z urody. Był po prostu dojrzalszy i bardziej stateczny, podobnie jak ja. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, byliśmy trzydziestolatkami.

Alberto był już przebrany. Miał na sobie strój kąpielowy, modne, średniej długości granatowe spodenki w kolorze nieba w delikatnym ciemniejszym pasem na prawym udzie. Przywitaliśmy się podaniem sobie rąk, skinieniem głowy i ciepłym „buongiorno”. Tym razem to ja wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku morza. Cały czas rozmawialiśmy patrząc na siebie. Opowiedziałem mu o moich myślach i odczuciach przeżywanych w trakcie czytania książki, przypomniałem w szczegółach dwa doskonale zapamiętane fragmenty jego wspaniałych opowiadań. Niektóre zdania cytowałam z pamięci. Słuchał spokojnie, cieszył się. Potem weszliśmy do ciepłej wody, aby razem popływać.

Była spora, chyba rosnąca fala. Takie miałem wrażenie. Alberto nie pływał nadzwyczajnie, bał się wypłynąć na głębszą wodę. Byliśmy w miejscu, gdzie płaskie dno łagodnie i powoli schodziło w morze. Uspokoiłem go, zapewniając, że jestem dobrym pływakiem, kiedyś nawet pracowałem jako ratownik. Nie było to prawdą, ale zrobiłbym wszystko, aby czuł się dobrze. Kiedy znaleźliśmy się w wodzie sięgającej nam do szyi, płynęliśmy wzdłuż brzegu z dala od innych kąpiących się plażowiczów. Nie wiadomo kiedy niebo ściemniało i zrobiło się chmurno. Wyglądało na to, że zaraz spadnie deszcz. Z daleka widziałem ludzi schodzących w pośpiechu z plaży. Oni sami nie mogli nas widzieć z powodu znacznej odległości oraz coraz większych, choć wciąż bezpiecznych fal.

Odc. 4

W pewnym momencie Alberto wychylił głowę z wody, aby nabrać powietrza. Nieoczekiwana fala uderzyła go w prosto w twarz, Alberto zakrztusił się i zaczął tonąć. Płynąłem natychmiast do niego, aby mu pomóc. Kiedy zbliżyłem się, jego twarz obróciła się w moim kierunku. Trwało to tylko sekundę; wydała mi się jakaś inna, dziwna jak maska japońskiego teatru Kabuki, wyrażająca jednocześnie uczucia zdziwienia, gniewu i ironii. Wyciągnąłem prawą rękę w jego kierunku i nie wiem, co się stało. Czy fala uniosła go w górę, czy też rzuciła mną w taki sposób, że zamiast podtrzymać jego głowę od dołu pchnąłem ją w dół. Niemal natychmiast rozdzieliła nas nowa fala i straciłem orientację. Coś zapadło się we mnie, przestraszyłem się. Pomyślałem, że właśnie teraz los decyduje o jego i moim życiu, że muszę oddalić się, o ile nie chcę zginąć razem z Alberto. Zacząłem nerwowo płynąć wzdłuż plaży bez pełnej świadomości, co się ze mną dzieje.

Potem, kiedy o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że uciekałem, pragnąc, aby nikt nie zauważył, że byłem obecny blisko tonącego. Chyba wtedy uznałem, że nie mogę dalej ryzykować i najlepiej zrobię zostawiając Alberto swojemu losowi. Rozpaczliwie szukałem usprawiedliwienia mojego postępowania. Bałem się, że ktoś zechce mnie zapytać o to, co się stało. Tłumaczyłem sobie, co wtedy powinienem powiedzieć, aby ratować się przed niesławą i osobistą klęską: że kiedy wypływaliśmy na głębszą wodę, Alberto skarżył się, że nie czuje się najlepiej, a ja radziłem mu nawet, aby nie wypływał ze mną, jednakże on uparł się, aby to uczynić. Popłynąłem naprzód i kiedy się zatrzymałem, już go nie widziałem. Pocieszyłem się myślą, że poradził sobie i popłynął w kierunku plaży. Sam to zrobiłem natychmiast, jak tylko zauważyłem, że ratownik na plaży wywiesza czarną flagę zakazującą kąpieli.

Przyszło mi też do głowy inne usprawiedliwienie: że Alberto pozostał na morzu, życząc sobie popływać kilka minut dłużej, a ja popłynąłem sam w kierunku plaży. Po wyjściu z wody siedziałem jeszcze trochę na mokrym piasku, zastanawiając się, dokąd udał się Alberto, i czy zechce jeszcze do mnie wrócić. 

Zanim rozwinął się tragiczny scenariusz wydarzeń, jeszcze przed wejściem do morza, poszliśmy we dwóch do kafejki przy plaży i długo rozmawialiśmy. On miał przyjaciela, ja byłem żonaty. Wyznaliśmy to sobie, ale to nic nie zmieniło. Obydwaj czuliśmy, że żaden z nas nie zrezygnuje z wielkiego i nieoczekiwanego uczucia, jakie pojawiło się między nami. Szukalibyśmy się nawzajem aż do upadłego. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nasz związek zakończyć się może tylko kompromitacją i tragedią, z całą pewnością dla mnie i dla mojej rodziny. Nie tłumaczyłem tego Alberto; wiedziałem, że tego nie zaakceptuje, nawet nie będzie starać się zrozumieć.

Odlatując z lotniska w Rzymie do kraju, rozmyślałem nad okrucieństwem losu, który nie pozwolił mi przeżyć wielkiej miłości, doznać uczucia odmienności, bycia bogatszym w cudowne, być może najlepsze w całym moim życiu, przeżycia i wspomnienia. Pocieszałem się tym, że skoro jedna czwarta mężczyzn to biseksualiści, żyjący zarówno z kobietą jak i z mężczyzną, to nie powinienem obwiniać się za to ani żałować, że nagle odczułem miłość do mężczyzny.

Co pisała prasa i podawały media włoskie i krajowe, nie wiem, ponieważ przez kilka następnych dni nic nie oglądałem ani nie czytałem. Nie miałem na to najmniejszej chęci. Faktem było, że nagła i dziwna śmierć Alberto Mora, jego nazwisko pojawiało się już wszędzie, była powszechnie komentowana. Był znanym pisarzem, bardziej niż sądziłem. A może po prostu jego nagłe i tragiczne odejście zrobiło mu dodatkową reklamę? 

Przyczyny zgonu pisarza nie były jasne. Ciało znaleziono w morzu, niezbyt daleko od brzegu, dopiero po dwóch dniach. Opinie były różne: że nieszczęśliwie utonął, że popełnił samobójstwo; spekulowano nawet, że został zamordowany. W prasie brukowej pojawiły się zdjęcia pokazujące jakieś ślady na jego szyi; autor artykułu sugerował, jakoby go duszono. Była to oczywiście kompletna bzdura. Tym niemniej lekarze medycyny sądowej nie byli zgodni w ocenie przyczyn zejścia Alberto z tego świata. Zwykli ludzie bardzo się interesowali tym zdarzeniem. Miałem wrażenie, jakby wszyscy go znali, podobne jak jego twórczość.

Czułem się teraz bardzo samotnie. Viktoria usnęła się całkowicie z naszego życia i wyjechała do swojej matki, żona wprawdzie pozostała w domu, lecz oddaliła się ode mnie i przeważnie milczała. Liczyłem na to, że w końcu życie nam się jakoś ułoży. Ostatecznie między mną a Alberto do niczego fizycznego nie doszło.

– Mówienie o miłości między mężczyznami, to nie znaczy to samo, co życie ze sobą – tłumaczyłem Patrycji, lecz nie wykazywała tym żadnego zainteresowania. Byłem przekonany, że moją miłość do Alberto uznała za rzecz spełnioną, nieszczęście, jakie niezasłużenie ją spotkało z mojej winy.

Któregoś dnia pomyślałem o biskupie Montano. Wkrótce po śmierci Alberto całkowicie zniknął z życia publicznego. Sam tego nie zauważyłem, ktoś mi o tym powiedział. Zacząłem rozpytywać, co się nim stało, nic się jednak nie dowiedziałem. Przedstawiciel kurii niechętnie to komentował, jakby za sprawą wyjazdu biskupa kryła się jakaś tajemnica, coś wstydliwego lub niemiłego. W końcu dotarłem do jego sekretarza osobistego. Opowiedział mi, że śmierć Alberto Mora ogromnie wstrząsnęła biskupem. Stało się to, kiedy zobaczył jego zdjęcie i dowiedział się, że pisarz popełnił samobójstwo pozostając samotnie w morzu, kiedy ze wszystkich stron widoczna była już czarna flaga ostrzegającą przed nadchodzącym sztormem. Sekretarz podejrzewał, że to spowodowało nagły wyjazd biskupa.

– Przygotowywał się do wyjazdu, jakby udawał się na koniec świata. Nie mam na myśli tego, jaki bagaż zabrał ze sobą. Po prostu w jego przygotowaniach widziałem wielki smutek i jakąś niezwykłą determinację.

Tajemnicę biskupa rozwiązał zwykły przypadek. Sam się wtedy dziwiłem, jak bardzo o niektórych sprawach decyduje proste zrządzenie losu. Byłem na wycieczce w Hiszpanii w okresie Świąt Wielkanocnych. Pojechaliśmy całą grupą z naszym przewodnikiem-opiekunem do San Vicente, gdzie od kilkuset lat odbywa się co roku procesja pokutników. Razem z innymi turystami stałem przy krawężniku. Przed nami przesuwała się procesja pokutnego Bractwa Najświętszego Krzyża, istniejącego od XV wieku. Byli to sami mężczyźni, wszyscy ubrani w białe tuniki. Ich głowy i twarze były osłonięte szpiczastymi kapturami, również białego koloru. Szli boso ubrani we włosienice, uderzając się po plecach biczami z powrozów, raz z lewej, raz z prawej strony. Zawiał wiatr i odsłonił twarz przechodzącego przede mną człowieka. Był to biskup Montano. Poznałem go prawie natychmiast, mimo że zapuścił brodę. Rzuciły mi się w oczy trzy szczegóły: niezwykła szczupłość twarzy i ascetyczność sylwetki, masywny nos, który był zawsze jego cechą charakterystyczną, oraz szeroki pas wykonany z tego samego materiału, co ornat, który hierarcha miał na sobie w dniu, kiedy rzucił klątwę na Alberto. Kolor i wzory materiału były tak znamienne, że rozpoznałbym je w każdych warunkach.

Ruszyłem pośpiesznie wzdłuż krawędzi ulicy usiłując zbliżyć się biskupa, aby go pozdrowić choćby tylko od mojej żony i zamienić kilka słów. Chyba mnie nie poznał, a jeśli poznał, to nie chciał ze mną rozmawiać. Popatrzył tylko na mnie takim wzrokiem, jakby chciał zapamiętać moją twarz, po czym odwrócił głowę i jeszcze bardziej pochylił się do przodu, wznawiając przygnębiający rytuał chłostania się biczem po plecach. Zrobiło mi się naprawdę smutno. Domyśliłem się, dlaczego nie chciał ze mną rozmawiać; ostatecznie to ja swoim postępowaniem przyczyniłem się do jego decyzji.

Doszedłem wtedy do wniosku, że życiem naprawdę rządzi przypadek i zawsze jest ono takie, jak je przeżywamy, a nie takie, jak marzylibyśmy sobie je przeżyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5.02.2020

 

0Shares

Przydługi komunikat o formularzu i stanie zdrowia

Jak Państwo zauważyliście, można się skontaktować ze mną wysyłając wiadomość z formularza „Kontakt” na pasku menu u góry po prawej stronie ekranu.

Nie byłem świadomy, że od jakiegoś czasu wiadomości z tego formularza są kierowane automatycznie do spamu. Niedawno prowadzona była aktualizacja platformy WordPress, być może to spowodowało zmianę przekierowań. Mógłbym jeszcze wymyślić inne wątpliwe usprawiedliwienia, ale nie będę bo się spieszę. Inaczej mówiąc, nie kijem go to pałką. Co tu będę mącić, czuję się nędznie w tej sytuacji. Jest ona o tyle korzystna, że tak powiem z drugiej strony (która bywa również stroną miłosną, co mnie zachwyca), że pobudza mnie do kontynuacji powieści „Pamiętnik zmyślnego świrusa”.

Tak czy inaczej, przepraszam. Poprawiłem oczywiście wadliwy mechanizm.

Skorzystam z okazji, aby wydać, jak każdy szanujący się celebryta, komunikat o stanie mojego zdrowia.

Poza wyżej wymienioną – i minioną już na szczęście dolegliwością komunikacyjną – czuję się doskonale, nic mi nie dolega, oprócz braku czasu i uczucia serdeczności do miłościwie nam panującej Partii Rządzącej, którą ukochało czterdzieści procent społeczeństwa. Jak oni wzbudzają w sobie tyle miłości nie wiem. Jest to zagadka patriotycznie-erotyczna, której nie jestem w stanie rozgryźć mimo że regularnie ostrzę sobie zęby.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Tu znajdziesz wszystkie moje utwory, przyzwoite jak i bezecne: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 88: Marynarz imieniem Napoleon

Szczęście nie opuszczało Sefardiego. Prowadząc samochód, zdał sobie sprawę, że coś stuka w silniku. Na początku nie było to oczywiste, ponieważ stukanie tonęło w rytmie żywej muzyki z radia, potem ignorował je w przekonaniu, że to wyboista droga wywołuje taki efekt. Kiedy zaczął wolno hamować z obawy, że gwałtowne przyciśnięcie hamulca doprowadzi do rozpadu silnika, po prawej stronie pojawił się zajazd z nazwą. Nie zdążył jej odczytać koncentrując się na prowadzeniu i rozglądaniu się za parkingiem gdzieś przy budynku.

Był to mały motel z knajpką, z niewielką ilością stolików, za to mnóstwem ludzi i szarą atmosferą dymu papierosowego zmieszanego z kuchennym, o specyficznym zapachu smażonego mięsa, miejsce, w którym nigdy nie powinien się znaleźć. Kilka minut później siedział samotnie przy stoliku zastanawiając się, co robić dalej. Zamówił kawę i sernik, po czym zadzwonił po pomoc drogową; jej numer telefoniczny znalazł na wydruku polisy ubezpieczenia pojazdu.

– Będzie pan musiał długo poczekać, bo to odludzie. – Poinformował go zaspanym głosem pracownik pogotowia drogowego.

Czekanie nie okazało się nudne. Po kilku minutach do stolika Sefardiego przysiadł się mężczyzna w podobnym jak on wieku; czerstwym wyglądem i zachowaniem przypominał farmera nadużywającego trunków. Od słowa do słowa wywiązała się konwersacja. Przybysz okazał się poczciwcem i gadułą chętnym opowiadać swoje przeżycia. W przeszłości był marynarzem, dużo pływał, a teraz zamierzał osiąść w tej części kraju.

– Nuda tu jak flaki z olejem. Na szczęście miewam sny erotyczne i nie nudzę się długo. Puszczam sobie we snie film o tematyce seksualnej i oglądam go dla zabicia czasu, a jeśli mi się uda to i dla przyjemności. Wie pan, większość filmów erotycznych, jakie mam w głowie już widziałem, teraz cieszę się, kiedy zobaczę coś nowego.

Sefardi uznał, że wyglądający na wieśniaka marynarz baja od rzeczy. – Od czego to zależy, jeśli mogę spytać? – Zadał pytanie bardziej dla podtrzymania rozmowy niż z ciekawości. Oczekiwał jakiegoś pokrętnego tłumaczenia.

– Od wielu czynników. Przede wszystkim od jedzenia, także od tego, co się czyta, w jakim towarzystwie przebywało się ostatnio, jak długo to trwało, jak długo nie byłem się z kobietą, jak bardzo jestem znużony…. – Zmęczyłbym pana, gdybym wymienił do końca listę spraw decydujących o treści snu erotycznego.

Mężczyźni rozgadali się. Jedli niewiele, obydwaj nie czuli się głodni, pili tylko alkohol. W miarę zapadania ciemności i pogłębiania się nocy gości ubywało, narastało jedynie zmęczenie. Słowa zaczęły im się coraz bardziej kleić. W końcu Sefardi zapadł w stan półdrzemki, w którym słowa i myśli mieszają się z marzeniami i snem. W korowodzie konwersacji z Napoleonem, jak nazywał się marynarz, Sefardi zasypiał, budził się, coś mówił i znowu zasypiał.

Trzy godziny po wezwaniu pomocy drogowej, zadzwonił kierowca z firmy.

– Jestem już w drodze do pana, ale złapałem gumę. Ktoś usunął zapasową oponę z samochodu, sam więc jestem w tarapatach. Wezwałem nasze drugie pogotowie, jego przyjazd zajmie jednak sporo czasu. Może przyjadę około północy, może nad ranem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiem. Musi pan czekać. Przepraszam za niedogodność, ale nic nie mogę poradzić.

Wynajmowanie pokoju nie miało już sensu, mężczyźni przy stoliku w kącie tuż przy wielkiej paproci kontynuowali więc swoją konwersację.

– Tak naprawdę – ciągnął Napoleon, który okazał się mistrzem opowieści lepkich jak zmaza nocna – moje sny są żywe niczym jaszczurka na pustyni Gobba Gobba ślizgająca się po piaszczystych wydmach w poszukiwaniu wody albo jak ryba poszukująca planktonu w burzliwych prądach Morza Cyklicznego.

W ocenie Mistrza błądziły one po bezdrożach erotyki, intymności, przygodnych relacji damsko-męskich, wyuzdania, indyjskiej sztuki erotycznej i tajemnic królewskiej alkowy. Oprócz wyobraźni nie mógł odmówić rozmówcy poetyki niektórych sformułowań, przypominających zapiski podróżnika po egzotycznych lądach i oceanach.

*****

Była to długa, dziwna noc zbudowana na opowiadaniach Napoleona. Wskutek zmęczenia i alkoholu, pomieszały się one w końcu z marzeniami Sefardiego tak zawile, że przestał odróżniać, co jest jego własnym przeżyciem, a co zapożyczeniem. Po raz pierwszy w życiu uwikłał się we wspólnotę przeżyć erotycznych z mężczyzną i kobietą.

Opowiadanie Napoleona, milczenie jego nieobecnej towarzyszki i odkrywcze interwencje erotyczne Mistrza stopiły się w trójkondygnacyjną konstrukcję snu, marzeń i rzeczywistości, przelewającą się falami z jednego boku na drugi, z pozycji leżącej do pozycji siedzącej, spacerowej a nawet lewitującej, zawieszonej w przestrzeni skromnego pokoju hotelowego. Towarzystwo przeżywało zbiorczą i indywidualną ekscytację, głęboką satysfakcję z tytułu pokonanego wstydu oraz radość szczerego obnażenia się, wszystko to wymieszane ze sobą jak cukier, imbir i cynamon w gorącej kawie.

*****

Oglądanie we śnie aktu miłosnego w mieszanym towarzystwie przypominało seks grupowy, w którym jest mało artyzmu, za to dużo naturalnej, zwierzęco-ludzkiej chuci. Sefardi obserwował uczestników igraszek miłosnych, ni to aktorów, ni to widzów, włącznie z samym sobą, najpierw z rozbawieniem, potem z ciekawością, a w końcu z zaangażowaniem. Zauważył, że przeżywali miłość w sposób naturalny, podobnie jak pobyt na plaży nudystów, gdzie ludzie są nadzy jak ich Bóg stworzył i nikogo to nie dziwi. Nikogo nie szokowała nagość ani zachowanie innej osoby, kiedy wszyscy byli obnażeni i bezwstydnie oglądali się nawzajem. Czując zbliżający się orgazm, chwytali się za ręce i przeżywali go wspólnie wstrząsani drgawkami rozkoszy i momentami utraty świadomości. Kiedy do towarzystwa przy stoliku przyłączyło się dwóch mężczyzn i trzy kobiety, zaczęła się orgia, w której wspólnie wędrowali po piętrach marzeń sennych i erotyki, unoszeni falami przeżyć przeszłych i świeżo wyśnionych.

2Shares