Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 217: Gubernator Blawatsky zapada na zdrowiu.

Gubernator od dłuższego czasu nie widział pozytywnych wyników wojny o prokreację. Opozycja także wytykała mu nieudolność. Niepowodzenia trwały już tak długo, że w końcu opanowało go przekonanie, że rozum go zawodzi. Coraz częściej nękały go natręctwa, wciąż powtarzające się sceny niepowodzeń. Pojawiały się, odchodziły i powracały. Rzeczywistość stawała się fikcją, a fikcja rzeczywistością.

Pracownicy nie poznawali go; gubernator, człowiek niezwykle uporządkowany, nagle, bez potrzeby, wstawał od biurka w czasie narady i wychodził z gabinetu, wzdychając i patrząc pod nogi albo w sufit, jakby tam znajdowało się rozwiązanie dręczącej go gorączki. Chodząc po gabinecie był tak niespokojny, że brakowało mu miejsca, zderzał się z przedmiotami, w związku z czym musiano stale przemeblowywać pomieszczenie.

Zaczęto podejrzewać go o rozstrój nerwowy. Okazało się to prawdą. Stwierdził to lekarz domowy, a wkrótce poświadczył profesor sprowadzony w pośpiechu z drugiego krańca kraju, gdzie walczył z plagą choroby zwanej gorączką błotną. W trakcie badania gubernator był nerwowy, miał zaburzenia mowy, głośno i niewyraźnie krzyczał albo szeptał bardzo wyraźnie, ale tak cicho, że nie można było go zrozumieć. W końcu jego stan pogorszył się do tego stopnia, że przed oczami jawiły mu się czerwone grochy rzucające się agresywnie na niego.

Profesor podejrzewał miazmę, osobliwy rozstrój nerwowy powodujący spadek siły witalnej. Po intensywnych konsultacjach z kolegami, co było nieuniknione, gdyż rzeczywistość była zbyt skomplikowana, aby najprostsza diagnoza była łatwa, uznał, że gubernatora przygniótł ogrom pracy i odpowiedzialności, a dobiła go gorączka błotna. Jak się okazało, gubernator dwukrotnie odwiedzał tereny, gdzie się panoszyła.

– Praca i gorączka uczyniły z niego kukłę miękką jak wata, pozbawioną wigoru, z którego był powszechnie znany – stwierdził z żalem Czarna Eminencja, często odwiedzający chorego, aby nieść mu pocieszenie i opiekę duchową. Po kilkunastu dniach duchowny zrezygnował całkowicie z wizyt uznając nie bez żalu, że lepiej poświęcić czas zdrowym ludziom w potrzebie niż jednemu pomyleńcowi, który sam napytał sobie biedy biorąc na siebie nadmierną odpowiedzialność.

– Sam Bóg, który jest przecież wszechmocny, nie wziąłby tyle na swoje barki. – Podsumował duchowny w obecności ministrów i rodziny gubernatora, którzy wobec beznadziejnego stanu jego zdrowia zaczęli poważnie martwić się o siebie.

Kiedy próbowano zdjąć z gubernatora choćby część odpowiedzialności, odmawiał, upierając się, że ten garb to jego droga krzyżowa, którą musi dźwigać do końca. Dopełniło to przeświadczenia Czarnej Eminencji, że gubernator nosi w sobie ogromne poczucie winy i niespełnienia. Jego przekonanie miało uzasadnienie historyczne. Kiedy społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy, Pro i Anty, zwalczające się nawzajem, Gubernator winił siebie za ten podział, ponieważ dysponując pełnią władzy, nic wtedy nie zrobił, aby to ukrócić. Mówił tylko, że łeb trzeba urwać hydrze.

Z troski i zmęczenia gubernator w końcu skapcaniał. Pozostawiony pod opieką pielęgniarki, siostry zakonnej delegowanej przez Czarną Eminencję, popadł w marazm, a następnie w letarg przypominający stan hibernacji. Gdy ciepłota jego ciała spadła o dwa stopnie, przestał poruszać się. Mimo chybotliwej kondycji jego twarz zachowała zdrowy wygląd; rozjaśniał ją czasami tak delikatny uśmiech, że trzeba było skoncentrować się, aby go zauważyć.

– W takich momentach pan gubernator wraca do dzieciństwa i niech mu Bóg błogosławi – szeptała siostra zakonna zachęcając gości do pozostawienia pacjenta samemu sobie.

*****

Tajna policja miała ręce pełne roboty eksmitując z zajmowanych lokali kluby wyzwolonych kobiet, przenikając do ich kręgów kierowniczych, rekrutując donosicieli, prowadząc sabotaż produkcji i dystrybucji materiałów antyprokreacyjnych, rozpędzając akcje protestacyjne kobiet, manifestacje i kontrmanifestacje. Coraz częściej dokonywała też aresztowań aktywistek ruchu.

Czas pokazał, że trzy formy działania rządu były szczególnie skuteczne: eliminacja przywódczyń ruchu wyzwolenia kobiet, edukacja prokreacyjna oraz formowanie duchowe poprzez spowiedź, obrządki i nauczanie religii.

Kiedy gubernator opadł z sił i ostatecznie zanurzył się w letarg, w kraju nastał stan zamieszania i bezładu. Stanowisko premiera, szefa rządu, przejął po nim oficjalnie Czarna Eminencja, nie spełnił się jednak dobrze w tej roli. Duża część społeczeństwa go rozumiała; był przecież duchownym, a nie mężem stanu, który dysponuje giętkim umysłem politycznym i rękami silnymi jak chwytak mechaniczny, aby solidnie ująć ster władzy. Łaskawość obywateli nie cieszyła bynajmniej Eminencji, dlatego przekazał władzę wicegubernatorowi. Ten okazał się jeszcze słabszym zarządcą i gotów był zrezygnować z aspiracji samodzielnego rządzenia.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 178: Raport zdarzeń Apokalipsy

Poczucie winy tak bardzo dokuczało gubernatorowi, że doznał uczulenia. Na jego skórze na piersiach i w okolicach pach pojawiły się żółtawe plamy. Początkowo myślał, że odwiedzając miejsca dotknięte powodziami zaraził się jakąś niebezpieczną, zakaźną chorobą, jedną z wielu, dewastujących ludność Nomadii. Lekarze uspokoili go, że jego życie nie jest zagrożone i zalecili stosować specjalną maść, wyciąg z rzadkiej palmy kokosowej, aż do pełnego wyzdrowienia.

– Pańska dolegliwość nie jest niebezpieczna – wyjaśniali uspokajająco, podając łacińską nazwę choroby brzmiącą tak groźnie, że zamiast uspokoić pacjenta pogłębili jeszcze jego niepokój.

Maść okazała się skuteczna. Po pięciu dniach gubernator poczuł się znacznie lepiej. Nieoczekiwana przerwa przywróciła mu nie tylko zdrowie, ale także energię. Przestał rozpaczać, odrzucając żałobne zgorzknienie. Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, odmawiał nawet uczestnictwa w pogrzebach znanych osobistości, w których wypadało mu wziąć udział. W kilka godzin powołał też specjalną komisję, zlecając jej odtworzenie ciągu tragicznych zdarzeń, aby w pełni zrozumieć przebieg i charakter nieszczęść Apokalipsy. Nad zleceniem pracował liczny zespół specjalistów. Korzystając z nowoczesnej technologii analizował on kilka dni i nocy doniesienia tworząc geograficzno-czasową mapę zdarzeń.

Raport uporządkował najważniejsze wydarzenia i przedstawił fakty. Po okresie intensywnej suszy przyszły wielkie powodzie trwające piętnaście tygodni. Rzeka Marena wylała obficie w następstwie niekończących się opadów deszczu w górnym dorzeczu na południu kraju.

Podniosły one poziom wód powyżej wszelkich przewidywań hydrologów wywołując potworne powodzie. Kiedy przekroczył on dziewięć metrów ponad przeciętny stan, woda wypełniła wszystkie

zbiorniki retencyjne, poprzerywała wały ochronne i zalała wszystkie kanały nawadniające sięgając nawet krawędzi pustyni. Setki tysięcy obywateli straciło dach na głową, dziesiątki tysięcy postradało życie.

Gnijące szczątki roślin i padłe zwierzęta, a nawet trupy ludzkie pozostające w wodzie, wywołały epidemię cholery. Wydawało się, że to już ostatnie nieszczęście, ale – zupełnie jak za czasów starożytnych – przyszła wielka klęska głodu. Gubernator otrzymywał doniesienia o przypadkach kanibalizmu, potwierdzały je zdjęcia. Przeprowadzenie natychmiastowych śledztw nie było możliwe, ponieważ policja miała na głowie setki innych dochodzeń i spraw. Na dobitek złego pojawiły się doniesienia o Asturio, wielkich zakładach chemicznych w dolnym biegu rzeki, które wskutek awarii zatruły wody gruntowe toksycznymi substancjami. Podejrzewano sabotaż, gdyż zakłady były tak nowoczesne, że samą sugestię awarii uważano za wymysł chorego umysłu.

Po zbadaniu, zatrucie gleby i wody okazało się niegroźne. Ludzie przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy warzywa, owoce i mięso pochodzące z tego regionu kraju zaczęły powodować choroby i zabijać ludzi. Przyszła klęska głodu, jakiej nikt nie pamiętał, tym bardziej bolesna, że zatrute tereny od zawsze uważane były za spichlerz kraju.

Choroby i głód dotknęły przede wszystkim dzieci. Wskutek niedostatku lekarzy, którzy rozpoznaliby chorobę i zaordynowali właściwe środki, padały one ofiarą z pozoru nawet niegroźnych schorzeń. Rząd szacował, że w ten sposób zmarło pół miliona dzieci. Lekarze podejrzewali, że więcej. Nie sposób było tego ustalić, gdyż sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Gubernator zlecał jedno śledztwo po drugim, lecz wkrótce zaniechał. Wymagały ono takiej ilości ludzi, sprzętu i pracy oraz odpowiednich procedur, że na wyniki można było liczyć nie wcześniej niż za kilka miesięcy, może nawet i lat. Wobec ogromu nieszczęść gubernator zarządził powszechną żałobę.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 80: Niezwykłe spotkania i puchnące wargi

Spotkanie z Tedem było planowane od dawna. Po latach niewidzenia Sefardi odwiedził swego serdecznego przyjaciela z lat dziecinnych. Mimo dojrzałości wiekowej, mężczyźni zachowali ciepło chłopięcych imion z dzieciństwa. Ted zwracał się do niego Eddy. Na spotkaniu Sefardi poznał żonę Teda, niewiastę pobożną, sfatygowaną trudami życia, które uwidoczniły się na twarzy głębokimi zmarszczkami i wyrazem rzetelnego smutku. Zaczęli rozmawiać zupełnie luźno na tematy obojętne, kiedy żona przyjaciela oświadczyła:

– Wie pan, nie miałam lekkiego życia. Ted nie jest łatwym człowiekiem, jak pan zauważył prawdopodobnie już czterdzieści lat temu, a mnie los, oprócz małżeństwa dotknął także chorobą. Musiałam przejść kilka operacji na szczęście bardzo udanych. To nie znaczy, że jestem teraz szczęśliwa. Chodzi o mastektomię, którą przeprowadził doktor Corduro w lokalnym szpitalu. Szpital jak szpital, ale doktor był w porządku. Musieliśmy dać mu dużą kopertę, bo był przecież ordynatorem działu chirurgii. Doktor Corduro usunął mi prawą pierś, bardzo skutecznie, ponieważ od lat nic mnie już nie trapi. Nie było to wszystko. Miałam jeszcze inne okropne przeżycia. W zeszłym roku zatrudniłam się na czarno u pewnego biznesmena, pracowałam w jego restauracji, gdzie smażyłam naleśniki. To była straszna praca, gorąco, w dymie, pod presją czasu. Ale wytrwałam, bo byłam sumienna, zaangażowana i miałam pozytywne nastawienie, tak jak oczekiwali. Smażyć to ja umiem bardzo dobrze, nauczyła mnie tego mama. Ten drań jednak mnie oszukał.

W długim opowiadaniu kobieta otworzyła Sefardiemu wrota do dziesiątków nadzwyczajnych przeżyć i doświadczeń. Nie mógł przerwać potoku jej słów zważywszy, że rozmówczyni traktowała go niezwykle poważnie, jak spowiednika z kwalifikacjami psychoterapeuty, więcej – jak powiernika, z racji wieloletniej przyjaźni z jej mężem. Ted protestował, miał inne zdanie, głos jego nie brzmiał jednak dostatecznie głośno, aby wywołał jakiś skutek.

– Moje zatrudnienie u tego łajdaka biznesmena, oby ziemia go pochłonęła, im szybciej tym lepiej, skończyło się moim odejściem. Do dzisiaj wisi mi dwie miesięczne pensje. Przeżyłam to jakoś, ale żal w sercu pozostał.

Za wyznaniem kobiety poszły dalsze, poczynione przez innych mieszkańców wsi. Obserwacje ludzkich zachowań u fundamentów społeczeństwa, pozwoliły Sefardiemu pogłębić swoje zrozumienie wiejskiej polityki. Tego wieczoru wyłożył przyjacielowi po wypiciu kilku kieliszków wina, których nie mógł odmówić z uwagi na gościnność, swoje poglądy na demokrację, podkreślając jej prymitywny charakter.

 – Widzisz, Ted, ludzie mają poglądy, które ich dzielą, co nie wychodzi nikomu na dobre. Upierają się przy tych poglądach, często przestarzałych i zgubnych, bronią ich, w końcu biją się z ludźmi myślącym inaczej, widząc w nich wrogów raczej niż zwyczajnych obywateli, często im życzliwych, mających tylko inny pogląd na świat. W efekcie, w kraju nastąpiły podziały, pogłębiły się niesnaski, społeczeństwo poszatkowało się na grupy, z których wyłoniły się trzy wielkie trzy nurty myślenia i działania. Sefardi nie zdążył wyłożyć więcej, ponieważ żona Teda nakazała mu pomóc w kuchni przy obieraniu ziemniaków, co uniemożliwiło dalszą dyskusję.

– Wiele rzeczy trzeba zmienić, wiele nowych stworzyć i wiele się jeszcze nauczyć. To zadanie dla nas wszystkich, dla społeczeństwa – zdążył jeszcze podsumować Sefardi.

Po latach Sefardi nie był nawet pewien, czy poglądy te wyłożył w rozmowie z Tedem czy może z Enrique, z którym czasem konwersował przez telefon. Był to drugi przyjaciel z dzieciństwa mieszkający na przeciwległym krańcu Nomadii.

*****

W trakcie rozmowy z Isabelą Sefardi zauważył, że jego wargi niepokojąco puchną. Czuł to nabrzmiewanie fizycznie, kiedy dotykał ust. Zjawisko powtarzało się za każdym razem, kiedy z kimś rozmawiał, potem znikło, potem znowu wróciło i występowało ze zmienną częstotliwością. Wizyta Sefardiego u lekarza niewiele przyniosła. Lekarz nie umiał rozpoznać choroby. Tym niemniej zalecił pacjentowi zagraniczne serum, zapewniając, że jeśli ono nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi. Była to znana formuła medyczna służąca poprawie samopoczucia pacjentów.

Nabrzmiałe wargi Sefardiego wywoływały różne reakcje. Zdarzało się, że w trakcie rozmowy ludzie nieoczekiwanie wybuchali śmiechem, twierdząc, że właśnie przypomnieli sobie coś bardzo zabawnego. Inni wpadali w panikę i pod byle pretekstem opuszczali towarzystwo Sefardiego z obawy o nagłe zarażenie się, mimo że z góry wszystkich zapewniał, że opuchlizna nie jest zaraźliwa ani niebezpieczna. Dla niego samego najdziwniejsze było to, że wszyscy pytali go, czy jest świadomy, że puchną mu wargi i sugerowali pilne udanie się do lekarza.

Przez pewien czas Mistrz podejrzewał, że jego problem kosmetyczno-zdrowotny jest efektem jakieś sztuczki Barrasa, usiłującego wyeliminować go jako krytyka jego rządu. Podejrzenia te miały swoje uzasadnienie, gdyż od pewnego czasu Sefardi miał wrażenie, że ktoś za nim chodzi i śledzi każdy jego krok. Czując to bardziej niż będąc pewnym, zastanawiał pułapki, aby sprawdzić podejrzenia, niczego nie udało mu się jednak odkryć. Umówił się wtedy ze znajomym, aby obserwował, co dzieje się wokół niego, kiedy idzie ulicą w centrum miasta, czy ktoś nie towarzyszy mu po cichu. Nikt mu nie towarzyszył.

Dla pewności, spróbował tej samej metody weryfikacji, czy nie jest śledzony, na wystawie sztuki rzemieślniczej, kiedy przesuwał się między straganami, zatrzymując się od czasu do czasu, aby o coś zapytać, kupić lub zrobić zdjęcie. Tym razem rzeczywiście go śledzono. Znajomy nagrał to kamerą video z drugiej strony ulicy. W ślad za Sefardim poruszał się w stałej odległości nieznany, szczupły mężczyzna, z wąsem, o twarzy wieśniaka, wyglądający podobnie jak tysiące innych osób przybyłych na wystawę rzemiosła artystycznego. Był to złodziej. Jego twarz Sefardi rozpoznał kilka dni później na zdjęciu w gazecie. Osobnik okazał się sprytnym i niezwykle skutecznym złodziejem aparatów fotograficznych, którego w końcu ujęto. Nic mu się nie stało. Wkrótce go wypuszczono z aresztu z braku dostatecznych dowodów i niskiej szkodliwości społecznej. Sefardi uspokoił się na tyle, że wiedział już teraz na pewno, że nie był to człowiek nasłany przez Barrasa.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 48: Dziwna choroba Sefardiego

Sefardi trzymający się dzielnie w dniu gwałtownej zmiany pogody, w południe następnego dnia doznał duszności. Penelopa wezwała lekarza, lecz nikt się nie zjawił. Tego dnia był to najbardziej poszukiwany człowiek w mieście. Sefardi czuł się coraz gorzej. Popadł w stan odrętwienia i bezwładu, prawie nie reagował na bodźce, dotyk ani słowa. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Okazał się meteopatą do kwadratu, nie mając o tym wcześniej najmniejszego pojęcia. Potwierdził to lekarz wezwany przez Penelopę.

– Wygląda mi to na torpor – określił medyk po zbadaniu chorego. – To dziwne. Powiedział to tak beznamiętnie, jakby stwierdzał, że długopis upadł mu na podłogę.

– Co takiego wydaje się panu dziwne? – Zaniepokoiła się Penelopa, która odwiedziła sypialnię męża tylko dlatego, że poważnie zachorował. Towarzyszyła jej Isabela. Nie proszono ją o to, przyciągnęła ją ciekawość.

– Torpor to stan przejściowego, kontrolowanego obniżenia temperatury ciała przez zwierzęta stałocieplne. Spadek temperatury spowalnia pracę serca oraz większość innych czynności fizjologicznych. W stan torporu zapadają nietoperze oraz niektóre małe ptaki. Nie słyszałem jednak, aby zdarzyło się to człowiekowi.

– Czy don Sefardi mógł się zarazić tą chorobą od nietoperza? – Zapytała Isabela, patrząc w kierunku sufitu.

– Skąd przyszła pani do głowy taka nonsensowna myśl? – Oburzył się lekarz. 

– Na strychu widziałam kilka nietoperzy, pomyślałam więc, że don Sefardi mógł mieć z nimi styczność. Jest tam dużo książek, mógł czegoś szukać. Albo chciał odłożyć kilka książek. Ostatnio, kiedy tutaj sprzątałam, mówił mi, że ma ich za dużo, że nie mieszczą się już na regałach i musi część odłożyć. Zastanawiał się nawet, gdzie je umieścić. Myśleliśmy o tym wspólnie. Ja mu sugerowałam strych, on natomiast uważał, że tam książki bardzo się kurzą. Osobiście bardzo nie lubię kurzu, bo potem mam tyle sprzątania, że … Nerwowe chrząknięcie lekarza i niechętne spojrzenie Penelopy powstrzymały jej dalsze wyjaśnienia.

– Jak długo to może trwać? Czy ten torpor jest bardzo niebezpieczny? – Niepokoiła się Penelopa. Wolała nie mieć kłopotów z chorobą pod własnym dachem. Miała swoje problemy.

– Torpor to krótkotrwały okres obniżenia temperatury i odrętwienia ciała. U ptaków trwa on od kilku godzin do kilku dni. Stan ich odrętwienia może przeciągnąć się, jeżeli nie mają sprzyjających warunków do normalnej aktywności, kiedy na przykład opady deszczu uniemożliwiają im żerowanie. Dłuższe okresy odrętwienia zimą nazywane są hibernacją, a latem – estywacją. To wszystko oczywiście dotyczy zwierząt, nie ludzi, jednak objawy widoczne u don Sefardiego zdumiewająco przypominają torpor. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

– Skąd pan to wszystko wie? – Zainteresowała się nagle Isabela. Nabrała podejrzeń.

– Wszystko, to znaczy, co? Co pani ma na myśli? Znajomość fizjologii organizmu? To mój zawód.

– Ale to wszystko, co pan mówi o zwierzętach?

– A, o to pani chodzi. Studiowałem weterynarię, zanim poszedłem na medycynę. Zresztą organizm człowieka nie różni się tak bardzo od organizmu zwierzęcia. Wszyscy jesteśmy spokrewnieni ze zwierzętami.

– Ale po co zwierzętom ten stupor? – Dociekała Isabela.

– Nie stupor, tylko torpor. To nie to samo. Zwierzęta obniżając temperaturę ciała, oszczędzają w ten sposób energię, której organizm potrzebuje do normalnego funkcjonowania – wyjaśnił spokojnie lekarz aplikując Sefardiemu zastrzyk wzmacniający.

Widząc, że Isabela szykuje się do zadania kolejnego pytania lub wygłoszenia jakiejś opinii, lekarz i Penelopa porozumieli się wzrokiem, uznając, że czas kończyć wizytę. Isabela zaproponowała, że zostanie przy pacjencie.

– Na wszelki wypadek. – Wyjaśniła, obdarzona przez lekarza niechętnym spojrzeniem. – Od razu bym pana zawiadomiła, gdyby stan don Sefardiego pogorszył się. 

*****

Kiedy Sefardi doszedł do siebie po zastrzyku, rozejrzał się po pokoju.

– Czuję się znacznie lepiej. – Stwierdził przyglądając się Isabeli. – Co pani tu robi? Co się stało?

– Nic, oprócz tego, że był tu lekarz i dał panu zastrzyk na wzmocnienie. Powiedział też, aby za żadne skarby nie pił pan alkoholu. – Isabela wymyśliła na poczekaniu ostrzeżenie, które wydało jej się konieczne dla ratowania chorego. – Wszyscy martwiliśmy się o pana, kiedy był pan nieprzytomny, bo nie wiadomo było, dlaczego jest z panem tak źle. Ludzie owszem, mogą czuć się gorzej lub lepiej, ale zaraz być nieprzytomnym? Na początku lekarz myślał, że ma pan jakiś tam torpor jak u ptaków, a potem doszedł do wniosku, że objawy są podobne do zatrucia czadem. Badał pana dwa razy lub więcej. Nie pamiętam już …

Sefardi nie uwierzył w opowiadaną mu historię. Był jednak przekonany, że gosposia nie zamierza skończyć relacji z przebiegu badania, czyniąc wciąż nowe dygresje, ale nie miał siły, aby z nią walczyć. Uznał, że jest niepokonana w swoim uporze.

– Aha, przypomniałam sobie! Miał pan zawroty i bóle głowy, duszności, trudności z oddychaniem oraz nudności. Lekarz powiedział, że objawy są podobne jak przy zatruciu czadem, który jest bezwonny, bezbarwny i trujący, i zapytał, czy przypadkiem nie chciał pan popełnić samobójstwa, czy nie ma pan takich skłonności, ale wszyscy zaprzeczyli. To znaczy pańska żona.

– To niemożliwe – powiedziała. – Czasem jest narwany, ale na ogół to rozsądny człowiek! Wykluczone! – Chyba dokładnie tak powiedziała. A może powiedziała nawet, że jest pan mądrym i rozważnym człowiekiem. Nie pamiętam już.

– A co pani zrobiła?

– Sprzeciwiłam się. Powiedziałam, że samobójstwo popełnić może każdy, głupi czy mądry, to nie ma znaczenia. Ja wiem, że pan mógł chcieć popełnić samobójstwo. Czuję to przez skórę. Zrozumiałam to od razu, jak tylko pierwszy raz na pana spojrzałam. Pamiętam ten moment. Stałam wtedy przy biurku…

Sefardi przerwał jej ruchem ręki.

– Chcę panią o coś zapytać. – Wydusił z siebie. Śpieszył się, aby mu nie przerwała- Skąd pani przyszło do głowy, że mógłbym chcieć popełnić samobójstwo?

– Jest pan typem samobójczym, don Sefardi. – Odparła Isabela z przekonaniem. – Niech pan spojrzy na siebie. Wysoki, szczupły, przygarbiony. Sterczy pan ciągle przed komputerem i pisze te swoje powieści o ludziach, których nazywa pan bohaterami, a którzy nie są żadnymi bohaterami. Czytałam kilka pana tekstów, to wiem. Zaraz potem, jak zbadał pana lekarz pytając o samobójstwo, pańska żona kazała sprawdzić piece i przewody kominowe, i wywietrzyć mieszkanie, choć na dworze było bardzo zimno.

– Co do bohaterów książkowych, to musi pani wiedzieć, Isabelo, że mogą oni być tacy sami, jak ludzie w życiu, których uznajemy za bohaterów i odznaczamy. Albo też można sobie wymyśleć jakąś postać nie z tej ziemi, czysto fikcyjną, nierealną, która będzie bohaterem powieści lub opowiadania.

– To po co nazywać ich bohaterami, jeśli nimi nie są. To jakaś teoria, którą chce mi pan wcisnąć, aby odwrócić uwagę od swoich skłonności samobójczych. – Isabela kontynuowała swoją narrację. – Kiedy się wszystkim sprzeciwiłam i powiedziałam, że pan mógłby popełnić samobójstwo, to lekarz wtedy powiedział… nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Jakieś takie krótkie, chyba na literę „b”.

Sefardi znowu interweniował. – To nie ma znaczenia, jakie ma nazwisko. Miała pani powiedzieć, co on mówił, a nie jak się nazywa.

– Tylko proszę mi nie przerywać, bo nigdy nie skończę. Powiedział wtedy, że moja opinia to tylko jakieś „votum separatum” i niczego nie zmienia. Ja wiem dobrze, że samobójcą może być każdy człowiek, prosty czy garbaty, uczciwy czy łajdak. To nie ma znaczenia.

– No właśnie, Isabelo. Ja mam słaby charakter, pani ma silny, niech więc pani zakończy to opowiadanie, bo chciałbym jeszcze trochę pospać.

– Pan jak zwykle o spaniu. Chciałbym troszkę pospać. Chciałbym ociupinkę poleżeć. Lubi się pan pieścić. To jest właśnie to. To wskazuje, że ma pan bardzo słaby charakter i jest naprawdę typem samobójcy. Jest pan niebezpieczny dla siebie.

Sefardi nie miał pojęcia, jakimi drogami krążyło rozumowanie Isabeli, lecz nie mógł odmówić jej intuicji.

– Zakichany domowy psychiatra. – Usiłował bagatelizować. Isabela denerwowała go, a równocześnie zastanawiała i imponowała. Znowu poczuł się zmęczony.

 

3Shares