Krzykacz. Opowiadanie.

Odc. 1 Romano Solana

Solana był mężczyzną średniego wzrostu, wyglądał przeciętnie i szczycił się swym imieniem Romano. Było proste i dobrze mu się kojarzyło. Myślał o tym siedząc w fotelu naprzeciwko okna gapiąc się na sklep i drzewo po drugiej stronie ulicy; wyglądały jak wycięte z kolorowej tektury.

Patrząc na syna pani Solana zdała sobie sprawę, że zawsze widziała go w ten sam niezmienny sposób: jako spokojnego, wyjątkowo inteligentnego, urodziwego i powszechnie lubianego chłopca. Kochała go jak każda przykładna matka kocha swoje dziecko, widząc w nim dobroć i piękno. Przyglądając się Romano półleżącemu w fotelu, zdała sobie sprawę, że ma on już dziewiętnaście lat. Zadała sobie pytanie, jak to stało, że tak się zmienił. Był teraz tęgim mężczyzną o nalanej twarzy, nieogolonych policzkach i karku atlety. Nie nastąpiło to od razu. W wieku czternastu lat niewiele wskazywało, że będzie tak opasły choć brzuch mu się już nieznacznie przelewał poza pasek spodni kiedy latem szedł po plaży bez koszuli. Chyba dlatego nazywano go Gruby. Nie wygląd syna był jednak przedmiotem jej największej troski.

Mając dwa lata Romano był wyjątkowym dzieckiem. Dysponował nadzwyczajną wiedzą. Jego zasób wiadomości, zdolność wyrażania się, umiejętność argumentacji imponowały wszystkim. Był dumą jej i najbliższej rodziny. Miał też pewną nietypową dla dwulatka skłonność – upierania się za każdym razem, że to ma rację, a nie ta druga osoba czy osoby. Zawsze miał pod ręką argumenty udowadniające, że słuszność jest po jego stronie. Nie wiadomo kiedy słabość przerodziła się w brzydką przywarę wykłócania się, że się nie myli. Stał się uparty i nieustępliwy.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Na początku spierał się z matką w czasie wspólnej zabawy. Była zachwycona jego inteligencją i lubiła żartobliwie ją testować. Mówiła mu na przykład:

– Synku! Doskonale pamiętam dzień, kiedy się urodziłeś. Był to piątek, dzień był słoneczny .

Romano przerywał jej zazwyczaj, aby zaprotestować. Potem, kiedy był już nastolatkiem i uczył się angielskiego, dodawał przykłady i robił porównania.

– Nie, mamo! To nie było tak. Ja sam się nie urodziłem. To ty mnie urodziłaś. Widać to wyraźnie w języku angielskim, w którym mówi się „I was born”. Te słowa znaczą dosłownie „byłem urodzony”, a poprawnie „urodzono mnie”.

Odc. 2 Oceny i studia

Zaskakująca, dziecięco prosta logika zachwycała Annę. Czuła do syna tak wielką słabość, że nie zwracała uwagi na jego swarliwość. Powodem był ciężki poród Romano. Nie mogła zapomnieć pierwszego krzyku syna, kiedy się urodził. Było w nim cierpienie. Czuła to w swoim sercu. Pediatra twierdził, że poród mógł mieć wpływ na rozwój dziecka. Chłopiec jąkał się do trzeciego roku życia. Potem mu to przeszło, nie bez pomocy logopedy.

Członkowie rodziny nie byli tak szczodrzy w pochwałach i zachwytach jak matka.

– Romano jest trudny w kontaktach, zawsze upiera się, że to on ma rację. Jest kłótnicki – to były najłagodniejsze stwierdzenia.

Dalsi kuzyni byli jeszcze ostrzejsi w ocenie:

– Niezły pieniacz z niego wyrośnie. Ma w sobie zadatki niezdrowej osobowości: narwańca, raptusa, piekielnika, pyskacza i warchoła.

Martwiło to panią Solano. Bezwzględną nieustępliwość Romano tłumaczyła sobie na początku jego ciężkim porodem, potem znalazła jeszcze inny argument: prawdomówność syna. W liście do siostry Ireny pisała:

– Romano jest mi niezwykle bliski również dlatego, że nie kłamie. Zawsze mówi mi prawdę. Uważam to za jego największa zaletę. To jedyna istota prawdomówna, jaką znam. Cenię go za to tym bardziej, że jego ojciec był nałogowym kłamcą. Nie tylko mnie oszukiwał. To był przypadek chorobowy. Na szczęście w końcu nas opuścił, mnie i dziecko, aby prowadzić dalej bez zahamowań swoje kłamliwe życie.

Na studiach Romano wymyślił coś, co nazywał logiką słowa. Jakiś czas bawił się nią, układając wyrafinowane kalambury, zagadki, rebusy i krzyżówki. Niecały rok później, kiedy pomysł mu się znudził, logikę słowa przemianował na logikę języka, wyróżniając w niej język mówiony, pisany i myślany.

Studiów polonistycznych nie skończył, zrobił tylko licencjat. Tytuł „Licencjat” uważał za niewłaściwe określenie.

– Oznacza on tytuł zawodowy nadawany absolwentom studiów pierwszego stopnia. Po ukończeniu studiów drugiego stopnia otrzymują oni tytuł magistra. To nie ma sensu. W połowie studiów uzyskujesz licencjat, po ich zakończeniu stajesz się magistrem. W takim układzie logiczniej byłoby zamiast tytułu „licencjat” stosować tytuł „półmagister”.

Odc. 3 Logika i taniec

Zachowanie i temperament Romano budziły coraz większy niesmak i niechęć w jego otoczeniu. W czasie jednego z niekończących się sporów ktoś nazwał go półgłówkiem. Adresat epitetu przyjął to wyjątkowo spokojnie. Miał mocną argumentację i nie zamierzał ustąpić.

– Określenie „półgłówek” nie ma racji istnienia. To czysta logika. Jeśli jest połówka czegoś, to musi być też całość. Tak jak jest cała gruszka i pół gruszki. Albo dom i pół domu. Nie ma przecież wyrazu „główek”. W odróżnieniu od „inteligent” i „półinteligent” czy wino „wytrawne” i „półwytrawne” wyraz „półgłówek” nie ma więc prawa istnieć. Jego używanie jest bezzasadne.

Tylko raz ktoś powiedział Romano coś takiego, z czym się nie zgodził, ale po zastanowieniu się zmienił zdanie i przyznał rozmówcy rację. To był jedyny przypadek, kiedy się nie kłócił. Wszyscy znajomi to komentowali. On sam szybko zapomniał o zdarzeniu, jakby uznając je za incydent bez znaczenia, coś przypadkowego.

Oprócz szalonej skłonności do upierania się przy swoim, Romano miał też niezwykłą pozytywną cechę: był wspaniałym tancerzem. Co najciekawsze, rozmawiając w czasie tańca, nie kłócił się nigdy o nic. Jego partnerki były gotowe wiele mu z tego tytułu wybaczyć. Dla mężczyzn nie miało to znaczenia. 

– Romano dla mnie to zupełnie inny mężczyzna, miły i zrównoważony. W dodatku to prawdziwy talent taneczny. Ma ogromne wyczucie taktu i rytmu, i bardzo lekko prowadzi w tańcu – były to słowa Józefiny Aldo, studentki polonistyki z tego samego roku co Romano.

W mieście krążyły pogłoski, że ona i Romano mają się ku sobie i zamierzają się pobrać. Chodzili ze sobą kilka miesięcy. Kiedy się rozeszli, nikt nie wiedział dlaczego; oni sami na ten temat milczeli.

Spieranie się było ważne dla Romano. Prawdopodobnie dlatego, że stanowiło część jego poczucia własnej wartości i godności. Lubił wygrywać w słownych potyczkach. Przy różnych okazjach podkreślał:

– Czuję się nieswojo, kiedy się z kimś nie kłócę. Zwycięstwo dodaje mi pewności i siły.

Około trzydziestki Romano stał się tak nieustępliwy i zapiekły w dyskusjach, że ludzie zaczęli od niego stronić. Nie raziło go to. Kiedy masowo zaczęto go unikać, znalazł nietypowe rozwiązanie: kłócił się z samym sobą. Miał o co. Tematem była przeważnie potrzeba schudnięcia. Bardzo tego pragnął, ale mu się to nie udawało. Uważał, że je za dużo i niewłaściwie, bo w jego diecie był nadmiar owoców i słodyczy a za mało warzyw i dań lekkostrawnych.

Najchętniej dyskutował ze sobą wieczorami w domu, choć nie uciekał od polemiki także w ciągu dnia. Zdarzało się to najczęściej w kawiarni lub pubie, gdzie chętnie wpadał, aby coś się napić. Kelnerzy przeważnie prosili go wtedy, aby udał się w odosobnione miejsce, bo jego głośne rozmowy z samym sobą przeszkadzały innym klientom. Pobyt w zamkniętym pomieszczeniu niewiele dawał; nawet kiedy poszedł do toalety, słychać było głośną wymianę słów.

Odc. 4 Badania 

Nietypowe zachowania Romano Solany zwróciły uwagę doktora Andrzeja Śniadego z Pracowni Fonoskopii Teoretycznej i Praktycznej „Labor”. W naradzie ze swoimi współpracownikami uznał, że jest to ważny temat badawczy.

– Niekończący się spór, kto ma rację, a kto jej nie ma, bez możliwości porozumienia się, jest ciekawym zjawiskiem zarówno z puntu widzenia medycyny jak i nauk społecznych.

Przez wspólnego znajomego zaproponował Romano spotkanie a następnie bezpłatne testy i badania w Pracowni „Labor”.

– Chodzi nam o wyjaśnienie zjawiska pogłębiania się sporu w rozmowach między dwiema osobami oraz o rozpoznanie osobowości i emocji dyskutantów. Jest pan wyjątkiem wśród tysięcy klientów, jacy trafiają do naszej pracowni – mówiąc to, doktor Śniady szeroko rozłożył dłonie na kolanach. Przyglądając im się Romano zdziwił się: dłonie lekarza były masywne jak u ciężko pracującego rzeźnika lub drwala. Chciał to skomentować. Po krótkim wahaniu uznał, że nie ma to sensu, ponieważ mogłoby to doprowadzić do niepotrzebnej kłótni.

Z czasem Romano nauczył się dyskutować sam ze sobą, w milczeniu, poruszając niemo wargami. Czynił to także w miejscach publicznych, nie zważając, że ludzie przyglądają mu się jak żwawo porusza ustami. Widziano go, jak kłócił się ze sobą na temat niedostatecznej motywacji do pozbycia się nadwagi. – Dlaczego nie możesz pozbyć się nadwagi? – Było to pytanie przewijające się w dyskusji.

Praktykę tę Romano zarzucił tylko dlatego, że nie widział korzyści wynikających z milczących monologów, nawet jeśli dotyczyły one ważnych tematów.

– Rozmowa z samym sobą jest absurdem, ponieważ prowadzi donikąd – tłumaczył sobie stojąc w łazience przed wielkim lustrem.

Był to okres, kiedy ponownie zagłębił się w zagadnienia logiki i używał lustra do obserwacji i analizy własnych zachowań. Posługiwał się tymi narzędziami pragnąc w pełni zrozumieć siebie i osoby prowadzące z nim dyskusje.

Logika tylko skomplikowała jego i tak już niełatwe życie. Romano nabrał nawyku niepotrzebnego popisywania się wiedz, nawiązując do logiki intuicjonistycznej, jej związku z finityzmem, teorii mnogości i paradoksów, prawdopodobieństwa subiektywizmu oraz logiki rozmytej.

To wszystko tylko przysparzało mu niesławy. Nazywano go szachrajem zasłaniającym się mętnymi pojęciami naukowymi. Bolało go to tym bardziej, że oskarżyciele odmawiali podjęcia z nim polemiki na temat domniemanego szachrajstwa.

Mniej więcej w tym samym czasie zbudziły się w nim wątpliwości co do własnego postępowania. Zapoczątkowała je rozmowa w Pracowni Fonoskopii Teoretycznej i Praktycznej „Labor”, kiedy doktor Andrzej Śniady zadał mu pytanie:

– Czy to rzeczywiście tak ważne jest mieć rację? Nikt z nas nie lubi mądrzejszych od siebie, ponieważ upokarzają nas swoją przewagą intelektualną. Większość z nas uważa osobę więcej wiedzącą za przemądrzalca, mędrka i zarozumialca.

Romano dłuższy czas zastanawiał się nad jego słowami. Podobała mu się sugestia, że ludzie się z nim kłócą, ponieważ wie dużo więcej od nich i czują się przez to upokorzeni.

Niepokój zasiany w duszy Romano w pracowni fonoskopii nie znikał, wywołując okresowe pogorszenie jego samopoczucia. Doktor Śniady uważał, że mogły to być początki depresji i taką informację przekazał klientowi.

Odc. 5 Zniknięcie Romano

Pewnego jesiennego ranka – był to tydzień silnych wahań pogody – Romano wyszedł z domu na spacer nad rzeką i nie wrócił. Przepadł jak kamień w wodzie. Dni były już chłodne, robiło się coraz zimniej. Po całym dniu niespokojnych poszukiwań syna razem z Albertem, jego młodszym bratem, Anna Solana powiadomiła policję o jego zniknięciu. Szukano go po domach znajomych i przyjaciół, w kawiarniach, kinach, także po parkach, w końcu w szpitalach.

Po dwóch dniach intensywnych poszukiwań znalazł go – kierowany intuicją – młodszy brat, Alfred, w miejscu powszechnie zwanym Świątynią Rozmyślań. Budynek składał się z parteru, piętra i poddasza i był przeznaczony do remontu. Normalnie mieściły się tu ośrodek kultury, biblioteka dzielnicowa, restauracja turystyczna, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz klub jogi. 

Romano siedział na poddaszu przed tablicą z własnoręcznym napisem: „Nie nauczyłem się rozstrzygać, kiedy nie mam racji. Dlatego wciąż się kłócę. To mnie dobija”. Kiedy go znaleziono, wyglądał bardzo źle, był głodny i przemarznięty do szpiku kości. Na pytania, jak się tam znalazł i co tam robił, nie odpowiadał. W ogóle nie reagował na to, co do niego mówiono.

Romano doszedł do siebie dopiero po kilku dniach pobytu w łóżku. Dopiero wtedy był w stanie wyjaśnić, co się stało. Mówił niechętnie i zachowywał się tak, jakby się wstydził.

– W czasie pobytu w Świątyni Rozmyślań zjadłem tylko kilka kanapek. Z wodą do picia nie było najgorzej, miałem jej zapas. Nie wiem dlaczego ani jak się tam znalazłem. Chyba dlatego, że miałem już dosyć krytyki moich zachowań, tego nazywania mnie rozrabiaką, pieniaczem, krzykaczem i piekielnikiem. A może udałem się tam z jakiejś innej przyczyny? Nie będę się spierać. Nie lubię tego, to nie jest w moim stylu.

– Jakżeż to? – matka i brat nie potrafili ukryć zdumienia.

– Zawsze byłem spokojny. Nie pamiętacie? Nigdy nie lubiłem dużo mówić ani dyskutować – mówiąc to Romano patrzył matce w oczy.

Anna Solana był w szoku. Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Po raz pierwszy poczuła jak jej ukochany syn Romano kłamie w żywe oczy. Patrząc na niego zobaczyła twarz jego ojca, Stefana Solany, który ją boleśnie oszukiwał: jego gęste, prawie zrośnięte brwi, obfitą twarz, poziomą zmarszczkę na czole oraz lekko wytrzeszczone oczy.

Tej nocy Anna płakała długo jak wtedy, kiedy dowiedziała się, że mąż potajemnie spotyka się z jej koleżanką, o której wygadywał najgorsze rzeczy. To był oszukańczy kamuflaż. Stefan zdradzał ją, a kiedy Anna powiedziała mu to w oczy, zamiast prosić o przebaczenie, obraził się i ich opuścił.

Kiedy matka i brat wrócili do sprawy następnego dnia, aby wyjaśnić prawdę, Romano odpowiedział spokojnie:

– Nie ma o czym mówić. Zmądrzejcie wreszcie. Nie ma sensu ciągle spierać się o to, kto ma rację. To po prostu niepoważne.

Michael Tequila
Gdańsk, 12 lipca 2021

0Shares

Recydywa. Opowiadanie.

Odc. 1

Na imię miał Elbi. Było to niewydarzone imię. Nawet to mu się nie udało, Wszyscy śmieli się z niego. Chyba nie umieli inaczej albo było to zaraźliwe. Z nazwiskiem Sokora było lepiej. Było przyzwoite, nikogo nie raziło.

Wieś była mała, w dodatku staromodna, uparcie tkwiąca w przeszłości, nawet w czasach biblijnych. Mieszkańcy żyli zapatrzeni w swoje sprawy, nikt im nie mówił o empatii. Życie było surowe. Tak samo jak ludzi traktowali zwierzęta. Jak krowa sąsiada weszła w szkodę, to nie było co iść do niego, bo był kłótliwy, tylko przywalić jej kijem, aby zapamiętała, że nie jest to jej miejsce.

– I tak głupie bydle nie nabierze rozumu – mówili między sobą. – Także wtedy, gdyby je bić do upadłego, a nawet zatłuc. Ale co z tego, że się je zatłucze, jeśli ono jest bezrozumne.

Elbi też przesiąkł surowością do zwierząt i ludzi, jak tylko zaczął cokolwiek rozumieć. Nie miał łatwego życia. Miał wadę anatomiczną: węższą niż zazwyczaj u chłopca klatkę piersiową, wąską talię, szeroką miednicę i chude nogi. Nie była to konstrukcja ani mocna, ani słaba, po prostu nijaka. Sam o tym wiedział bez przypominania. Kiedy szedł latem po płaskim kawałku piachu nad rzeką i mijał jakąś dziewczynę, widać to było wyraźnie; była węższa w biodrach niż on. Przypominał wazę wykonaną przez początkującego rzemieślnika: górna część ścieśniona, środek pękaty, spód umieszczony na zbyt wątłej podstawie. Jako chłopiec był także blady, potem twarz mu trochę ogorzała. Lekko utykał na lewą nogę. Czasem ją nawet pociągał za sobą, kiedy był zmęczony. Kiedy indziej było to mało widoczne. Poza tym miał głowę większą niż trzeba. Powiedział mu to Szalbierz, przybłęda prowadzący warsztat remontowo-malarski, gdzie na szerokiej desce namalował postać Elbiego. Nie musiał portretu podpisywać, wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Na twarzy Elbi był zwyczajny; nierzucająca się w oczy fizjonomia,  zapominało się ją po dziesięciu sekundach, jakby w ogóle nie istniała.

– Jeździec bez głowy – mówiła kobieta, mieszkająca dwa domy dalej. – Można by pomyśleć, że ten człowiek jest szerszy niż dłuższy.

Podejrzewała Elbiego, że kradnie jej jabłka i gruszki z ogrodu. Nie lubiła go za to, choć wszyscy wiedzieli, że jej gruszki i jabłka są mało warte.

– Małe i kwaskowate. Kto by się na nie łasił. To na pewno nie Elbi – tłumaczył jej ksiądz, ale chyba go nie rozumiała.

Nad Elbim znęcali się najpierw bracia, potem koledzy. Na początku się buntował, w końcu zrozumiał, a właściwie to pogodził się z losem, uznając, że tak musi być, bo świat jest urządzony niesprawiedliwe. Jego rodzice nie wiedzieli, że rodzeństwo znęca się nad nim, a jeśli nawet wiedzieli, to byli tak zapracowani lub zmęczeni, że nie mieli czasu, aby to zmieniać. Ziemia wymagała obróbki, zwierzęta w gospodarstwie także, to myśleli, że tak jest zawsze, że dzieci biją się między sobą.

– Daj spokój. Nic na to nie poradzimy. Tak było zawsze od początku świata – ojciec Elbiego tłumaczył żonie, kiedy słysząc krzyki dochodzące z domu chciała oderwać się od pracy, aby interweniować.

Elbi nie skarżył się na rodzeństwo, bo wiedział, że następnym razem dostanie jeszcze mocniej. W końcu przyzwyczaił się. Musiał się przyzwyczaić, aby nie zwariować. Myślał o ucieczce, ale nie miał dokąd uciec. Wszystko było za dalekie i za drogie, a on nie miał pieniędzy.

Przez całe życie marzył, aby się odegrać. Kiedy był już starszy i więcej rozumiał, ksiądz go zapytał, czy słyszał o wiktymologii, i wtedy Elbi wyrozumował sobie, że to on jest winien, bo pozwala robić z siebie ofiarę. Zrozumiał, że jest coś z nim nie tak, jak trzeba, że jego niepowodzenia tkwią w nim samym. Niewiele mu to pomogło.

Kiedy się ożenił, znęcała się nad nim żona, Estera, mimo że dobrze ją traktował, a na początku nawet lubił. O miłości do kogokolwiek nie miał pojęcia, bo nikt go tego nie nauczył. .

– Wyczuła mnie. Jestem zbyt dobrotliwy i dlatego jestem ofiarą – myślał o sobie.

– Ależ ten Elbi to nieporadna dupa – myślała Estera. Podpowiadali jej to ludzie, także jej rodzice. Nie potrafiła już myśleć inaczej, mimo że Elbi starał się, aby było jej z nim dobrze.

Odc 2

Dużo pracował dla kościoła. Tam czuł się najlepiej. Ksiądz i kościelny dobrze go traktowali, a nawet cenili jego usługi, bo był pracowity i staranny. Roznosił ulotki i gazetkę parafialną, sprzątał pomieszczenia kościelne, naprawił płot uszkodzony przez samochód, wykonywał różne drobne remonty i prace porządkowe. Spowiadał się raz na rok, ale nikt o tym nie wiedział oprócz księdza proboszcza, nawet wikary.

Widzieli też jego pobożność. Często klęczał na środku kościoła, kiedy nikogo nie było wewnątrz, i modlił się z zamkniętymi oczami. Modlił się o drugie życie. Myślał o wypadku, takim, w którym zginąłby od razu i bez bólu.

No i doigrał się. Zginął w wypadku samochodowym w najmniej spodziewanym miejscu, przed ostrym zakrętem, gdzie wszyscy kierowcy musieli hamować. Ten, który go zabił był młody i trochę pijany.

W pogrzebie uczestniczyło niewiele osób, mimo że była piękna pogoda. Najbliższa rodzina, dwie czy trzy osoby uważające się za jego przyjaciół, oraz ci, którzy rozumieli, jaką gehennę przeżywał przez całe życie. Ksiądz wygłosił mowę pożegnalną nad otwartym grobem. Zakończył słowami:

– Elbi był dobrym człowiekiem. Żył krótko. Módlmy się, aby Bóg dał mu drugie, lepsze życie.

Nie mógł go zapomnieć. Elbi zjawiał się przed jego oczami, nawet kiedy je zamykał, aby się skoncentrować lub coś głęboko przemyśleć. Modlił się za Elbiego w samotności i raz na kwartał odprawiał za niego mszę wspomnieniową.

Rodzina Walendziaków była księdzu dobrze znana. Byli to biedacy; głowa rodziny, Tobiasz Walendziak, był alkoholikiem. To było największe nieszczęście. Był raz na leczeniu odwykowym, ale nie powiodło mu się. Pił nadal. Kiedy urodziło mu się czwarte z kolei dziecko, chłopiec, którego nie chciał, ochrzcił go imieniem Eliezer, aby zniechęcić się do niego jeszcze bardziej.

Na dzieciaka nikt nie zwracał uwagi. Był podobnie zdeformowany jak niegdyś Elbi. Też miał nieudane życie. Bili go starsi bracia, potem także młodszy brat Eneasz, urodzony dwa lata później. Nazywali go Cipą i podobnie.

Mogło to wynikać z miękkości jego charakteru. Wolał szydełkować. Robił to sam lub z siostrą, która jedyna okazywała mu serdeczność. Wolał to niż grać w piłkę z chłopcami, którzy złośliwie podkładali mu nogi. Na początku nie bał się i angażował się w grę jak każdy inny dzieciak w jego wieku. Pewnego razu piłka uderzyła go w głowę tak mocno, że nie mógł się podnieść. Wtedy dał sobie spokój. Bał się bólu i kontuzji. Unikał starcia z przeciwnikiem, ktokolwiek by to nie był. Nie brał nawet udziału w zapasach na niby jak inni chłopcy. Tłumaczył się:

– Mnie to nie wychodzi. Jakoś nie umiem zwyciężać. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.

Kiedy miał dziesięć lat Elbi poczuł, że żyje w nim drugi człowiek. Nikomu o tym nie mówił, bo jeszcze bardziej by z niego szydzono. Kilka miesięcy umacniał w sobie to przekonanie, że jest w nim ktoś inny.  Potem zmiarkował, że nie jest to możliwe i wtedy znalazł sobie inne wytłumaczenie, że przeżył już jedno życie. . To myślenie utrwaliło się w nim, kiedy usłyszał w telewizji, że jest to możliwe.

Był ponad przeciętność rozwinięty umysłowo. Nie było to widoczne, bo był nieśmiały i zdeformowany. Te dwie cechy trzymały go w cieniu rówieśników i spychały z pola widzenia osób dorosłych. Nie zauważali go, pomijali, albo krępowali się go zauważyć, zagadać do niego, pochwalić czy nawet czymś poczęstować.

Kiedy przypominał sobie, że żył już raz w ciele innego człowieka, życie uwierało go jeszcze bardziej.

Latem do wsi zawitali spirytyści. Na słupach i na płotach pojawiły się afisze, że odtwarzają ludziom życie w poprzednim wcieleniu. Nazywali to seansem spirytystycznym. Aby w nim uczestniczyć trzeba było się zapisać i wykupić bilet. Koszt nie był mały. Niewielu się zdecydowało. Pierwszy był nauczyciel, drugi właściciel największego gospodarstwa we wsi. Kiedy z braku chętnych spirytyści obniżyli cenę udziału w seansie, Elbi zdecydował się. Miał akurat tyle pieniędzy, aby odtworzyć sobie swoją przeszłość. Mocno to przeżył. Było to jak błysk ognia w oczy, strach i przerażenie, a potem świadomość przeszłości. Zmienił się. Sam tego nie zauważył, bo po kilku tygodniach pamięć o zdarzeniu zatarła się w nim prawie całkowicie.

Odc. 3  (ostatni)

Kiedy Elbi się żenił, pamiętał tylko niejasno, jak to jest być krzywym drzewem, na które każda koza skacze. Był już inny, odmieniony. Potrafił się postawić. Nie znosił teściów, bo go źle go traktowali. Wydali za niego starszą córkę, Sarę; nie była urodziwa a bardzo chciała wyjść za mąż.

– Lepiej, że wyjdzie za kalekę, niż żeby miała zostać starą panną – zdecydował ojciec dziewczyny. Razem z żoną przeżegnali się tylko, aby nic złego jej się nie stało.

Pierwszego dnia małżeństwa, po weselu, Sara nie mogła dobudzić się Elbiego. Miała do niego żal, że zawiódł ją już na samym początku wspólnego życia, bo w nocy zwymiotował w salonie teściów na podłogę. On sam tego nie pamiętał, czuł się wyjątkowo podle. Stanęło to w nim okoniem, kiedy przypomniał sobie, jak mało pił i że to jego drużba, jego własny brat to spowodował. Pamiętał jego słowa, powtarzane kilka razy.

– Na własnym ślubie nie wypijesz? Powinieneś się wstydzić. Jeśli nie wypijesz za zdrowie swojej żony, teściów i rodziny, nic nie będzie ci się układać.

Tego, że brat dolewał mu po cichu czystej wódki do szklanki z sokiem pomarańczowym, który Elbi najbardziej lubił, nawet nie widział. Inni to widzieli i mówili, że to starszy brat upił Elbiego i dlatego sam powinien posprzątać zarzyganą podłogę. Teściowie nie przyjęli tych tłumaczeń.

– Jest kaleką, ale ma rozum, to powinien pilnować się. Taki wstyd wobec całej wsi!

Elbi nie poddawał się. Za drugim razem, kiedy się zatruł kiełbasą i dla ratowania się wypił trochę czystej wódki, bo tak mu wszyscy radzili, też zwymiotował. Sara robiła mu wymówki, przypominając przy okazji, że już ją raz skompromitował. Odwinął się wtedy i trzasnął ją w twarz. Nie bił jej długo, tylko dwa razy, ale mocno. Powiedział jej:

– Teraz będziesz pamiętać, kto rządzi w tym domu.

Nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Przypomniał sobie upokorzenia poprzedniego życia, widział je jak na dłoni. Wracały do niego rzadko ale wyraźnie, zawsze w chwilach nieporozumień rodzinnych.

Na braciach, którzy znęcali się nad nim, bezpośrednio nie usiłował dokonać zemsty. Swojego jednak nie darował. Robił im świństwa. A to nasikał im do kawy, a to wsypał spalonego korka do zupy, aby dostali rozwolnienia, po którym śmierdziało na całą wieś bo nie zdążyli nawet dobiec do wychodka za domem. Zawsze coś wynalazł, aby im się odwdzięczyć.

Kiedy opuściła go Sara, namawiana do tego przez rodziców, Elbi ożenił się po raz drugi i to bardzo szybko. Niewiele to zmieniło. Nową żonę, Marię, też źle traktował. Tłumaczył sobie, że odreagowuje poprzednie życie. Kobieta cierpiała, tym bardziej, że przynosił jej kwiaty i składał obietnice, że się zmieni. Już po roku czasu przyjaciółki zachęcały ją, aby go opuściła, tym bardziej, że nie mieli dzieci.

– Albo zapłać mu pięknym za nadobne i przy okazji oddaj mu tak serdecznie, aby się przestraszył.

Nie skorzystała z ich rady. Nie umiała.

Ostatnim razem, kiedy pobił ją po raz co najmniej dziesiąty, upadła i uderzyła się boleśnie. Męczyło ją to, bo upadek wyzwolił w niej niedobre wspomnienia zakopane głęboko w pamięci. 

Latem spirytyści po raz drugi przyjechali na wieś. Maria, w tajemnicy przed wszystkimi, poszła na popołudniowy seans i wtedy wszystko sobie przypomniała. W nocy nie mogła spać. Nie pozwalały jej na to wspomnienia, przewalające się falami w głowie. Widziała nawet upiora. O godzinie pierwszej w nocy wstała i poszła do komórki za domem, gdzie trzymali różne narzędzia. Chciała posprzątać dom, cichutko, aby nie zbudzić męża. Lubiła sprzątać, lecz Elbi zabraniał jej robić to częściej niż raz na tydzień.

– Więcej zakurzysz, niż posprzątasz – powtarzał regularnie, aby nie zapomniała.

Kiedy wróciła do domu, coś niosła pod dużą płachtą, którą nie wiadomo po co zabrała. Światła nie zapalała. Podeszła do szerokiego łóżka, gdzie spała razem z mężem i przyjrzała mu się z uwagą. Leżał dziwnie ułożony na lewym boku, wyglądał jak skrzywiona brzoza. To skrzywienie przypomniało jej, że ona też była takim drzewem w poprzednim życiu, a to był on, jej mąż z tamtego czasu. Ta sama, identycznie wykrzywiona twarz, to samo niekształtne ciało. Wspomnienia wróciły do niej z bolesną wyrazistością, całe poprzednie życie.

Postąpiła tak, jak sobie wówczas obiecała. Zadała mu w szyję tylko jeden cios siekierą. To wystarczyło. Nie miała żadnych innych pragnień. Przeszła jej nawet chęć posprzątania mieszkania.

Kiedy rano się obudziła, mąż jeszcze spał, spokojnie chrapiąc. Patrzyła na niego z zimną obojętnością. Wiedziała, że coś musi zrobić ze swoim życiem. Od czasu seansu spirytystycznego dręczyło ją to nieprzerwanie.

0Shares

Sierżant Baba. Groteska.

Koniec października przyniósł złotą jesień. Tak podała telewizja. To nastroiło mnie bardziej niż pozytywnie.

Idę wydeptaną piaszczystą drogą przez las i rozglądam się wokoło, aby nasycić oczy oczekiwanym pięknem zasypiającej na zimę przyrody. Nic z tego. Złota tyle, co kot napłakał, czyli żałośnie mało. Ale jest za to sucho i ciepło.

Na środku drogi widzę kobietę z dzieckiem. Maluch ma nie więcej niż trzy lata. Schodzą oboje na krawędź lasu ciągnącego się po obydwu stronach drogi. Kobieta zdejmuje z ramienia wielką wypchaną torbę, wyciąga z niej kraciasty kocyk i sadza na nim chłopczyka. Przygląda mu się, całuje go w policzek i coś szepcze poprawiając mu ubranko. Następnie wyjmuje niekształtny pakunek z torby i wchodzi do lasu.

Po minucie lub dwóch wraca ubrana w uniform wojskowy. Widzę naszywki sierżanta. Sięga po torbę i chowa coś do niej. Domyślam się, że jest to ubranie, jakie miała na sobie. Z bocznej kieszeni uniformu wyciąga smartfon i podłącza do uszu słuchawki. Przewód jest dwukolorowy niebiesko-żółty. Chłopiec wstaje z kocyka i czeka. Stoję z tyłu i patrzę. Kobieta mnie nie widzi. Jestem nieco wyżej na wzgórku. Po chwili słyszę jej głos.

– Baaczność!

Widzę jak dziecko wyprostowuje się i sztywnieje w żołnierskiej pozie.

– Spocznij!

Ma rumianą buzię, gości na niej rubaszny uśmiech. Matka zakłada mu mały hełm na głowę. Z sosny rosnącej przy drodze spada szyszka. Słyszę metaliczny dźwięk uderzenia o hełm. Kobieta patrzy na synka i skrywa uśmiech za wąsami (tak mi się wydaje) po czym mówi:

– Dobrze to robicie, szeregowy Szczeniak.

Domyślam się, że to jego matka. Nie mam czasu zastanawiać się, bo Szczeniak odpowiada.

– Ku chwale ojczyzny, pani sierżant Baba.

Sierżant nie patrzy na podwładnego, słucha smartfonu, jakby stamtąd czerpała komendy i instrukcje. Czekam, co będzie dalej. Chłopiec stoi wciąż w uważnej gotowości.

– Padnij!

Szeregowy Szczeniak posłusznie pada opierając się przy ziemi na rękach. Ćwiczenia wykonuje stojąc cały czas na kocyku.

– Powstań!

Chłopiec podnosi się na nogi. Robi to sprawnie.

– Teraz przećwiczymy to na tempa, szeregowy Szczeniak. – Zapowiada Baba.- Liczę do trzech i zaczynamy.

– Raz, dwa, trzy. Padnij! Powstań! Padnij! Powstań! Padnij! Powstań!

Komendy padają coraz szybciej. Szczeniak rytmicznie pada i powstaje. Na jego rumianej buzi nadal gości uśmiech, ale wkrótce pojawia się zmęczenie. Jego ruchy stają się wolniejsze a uśmiech blednie.

-Wystarczy – komenderuje sierżant Baba. – Spocznij! Możecie rozejść się.

Szczeniak rozgląda się dookoła i dostrzega mnie. Oprócz niego i matki na drodze jestem tylko ja. Patrzy na mnie wyczekująco. Rozumiem, że i mnie to dotyczy.

Sierżant Baba odwraca się, przygląda mi się z uwagą i przyzywająco kiwa do mnie ręką. Pochodzę do szeregowego Szczeniaka i zatrzymuję się obok.

– Słyszeliście komendę? – Mówi sierżant Baba.  Możecie rozejść się!

Rozchodzimy się, on idzie w lewo od drogi, ja w prawo. Obydwaj siadamy na ziemi prawie równocześnie jakby kierowała nami niewidzialna siła powinności. W wybranym przeze mnie miejscu ziemia jest chłodna i nie całkiem sucha. Nie jest mile siedzieć na takim podłożu.

– Trudno – myślę. – Służba nie drużba.

Po chwili pada komenda:

– Zbiórka w dwuszeregu! – ręka sierżanta Baby wskazuje miejsce Szczeniakowi i mnie. On jest pierwszy, ja jestem za nim. –  Niższy staje z przodu, aby był widoczny. To logiczne – myślę.

Stoimy i czekamy. Sierżant Baba patrzy na nas. Ocenia mnie od góry do dołu.

– A wy? – wskazuje palcem na mnie – To kto?

– Ochotnik, pani sierżant.

– To dobrze – odpowiada patrząc na zegarek. – Od dawna jesteście ochotnikiem?

– Od trzydziestu sekund.

– Ja jestem sierżant Baba. Matka tego tu szeregowego Szczeniaka. Ćwiczymy musztrę. Dziś trzeba być przygotowanym na wszystko. Mówię prawdę. Jesteście szeregowym, jak się domyślam? A wasze nazwisko?

– Tequ. Adam Tequ.

Sierżant Baba przygląda mi się jakby chciała zapamiętać moją twarz. Rusza przy tym wąsikiem, taki delikatny ciemniejszy puszek nad górną wargą typowy dla niektórych żołnierek.

– Widzę, że jesteście zorganizowani i zdyscyplinowani, Tequ. Należy wam się pochwała za to, bo dzisiaj młodzi ludzie to ciapciaki i fajtłapy. Nie to co szeregowy Szczeniak i wy.

– Ku chwale ojczyzny! – krzyczymy równocześnie ze Szczeniakiem. Jesteśmy coraz bardziej zgrani. Obydwaj czujemy, że jesteśmy miłośnikami ojczyzny twardej, zdyscyplinowanej, zbrojnej. W ustach słyszę mocną, rytmiczną muzykę. To marsz Radetzky’ego w wykonaniu młodzieżowej orkiestry dętej.

Zdobywam się na odwagę.

– Sierżancie Baba! Myślałem, że jeszcze przećwiczymy czołganiem naprzód.

– Następnym razem, szeregowy Dechu. Widzę, że jesteście równy chłop. Dzisiaj nie będziecie czyścić latryn, bo to przestarzała metoda wychowania żołnierza. Dzisiaj mamy wszędzie aseptyczny sprzęt, wszystko jest aseptyczne.

Patrzę na nią w niepewności, o co chodzi. Sierżant Baba uśmiecha się nieznacznie i wyjaśnia.

– To był oczywiście żart. Nie poznaliście się na nim. Nie zaprzeczajcie, to oczywiste. Nie wszyscy mają poczucie humoru. Tego trzeba się nauczyć.

Uśmiecham się, aby zatrzeć na sierżancie złe wrażenie.

– Mów mi Baba, Dechu. To krótsza forma, mniej zużywasz tlenu.

– Przepraszam Baba. Nazywam się Tequ, nie Dechu. Przykro mi, że zwracam uwagę.

– Nie szkodzi. W naszych szeregach jest miejsce i dla Dechu, i dla Tequ. Koniec ćwiczeń, możecie się rozejść.

Rozchodzimy się po lesie. Szczeniak idzie w przeciwnym kierunku. Po chwili dołącza do mnie Baba. Czuję, że chce mi coś wyznać. 

– To świat kobiet, Tequ. Jest nas więcej i jesteśmy mocniejsze niż kiedyś. Wy, mężczyźni, spieprzyliście go. Prawie doprowadziliście do trzeciej wojny światowej. Dzisiaj my rządzimy. Musicie się z tym pogodzić. Na końcu powiem wam coś, co może was zaboleć, ale muszę to zrobić. Nazwisko to moglibyście sobie zmienić. Tequ nie brzmi dobrze. Jest jakieś tureckie; sugeruje jakbyście tylko w kucki umieli siedzieć i to w szarawarach. Nie znoszę tego rodzaju gaci. Kułła mać!

Kiedy mówi, patrzę na jej usta. Poruszają się rytmicznie, jak w marszu wojskowym. Czuję jak testosteron we mnie buzuje.

– Fajna baba – myślę. – Zwarta w sobie, piersi wysunięte do przodu, biodra jak marzenie, czarne kamaszki na grubej podeszwie, szeroki pas ze świńskiej skóry. Czuję, jak rośnie we mnie patriotyzm, ale jakiś inny, niewojskowy.

Patrzę na nią, a ona patrzy na mnie. Ma długie rzęsy i czarne, naprawdę piękne oczy. Dopiero teraz to zauważam. Ogarnia mnie straszny smutek. Ona, taka szalona wariatka z dzieckiem, na pewno mężatka, a ja taki samotny. Chce mi się wyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
www.MichaelTequila.com
Gdańsk, 14.01.2020

0Shares