Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Walec drogowy. Opowiadanie.

Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy budowy dróg i mostów Technobud, nie trafił na parking maszyn budowlanych przypadkiem. Zachodził tam regularnie, ilekroć znalazł się w pobliżu. Lubił to miejsce, odosobnione, w pobliżu lasu. Najbardziej oczywiście lubił maszyny, był ich pasjonatem.

Z daleka zauważył drobną postać, stojącą przy walcu drogowym „Niezwyciężony”. Odwrócona była tyłem do bramy. Pomyślał, że to któryś z robotników skrócił sobie drogę na teren budowy znajdujący się tuż za lasem, aby przy okazji popatrzeć na imponujące cuda techniki budowlanej.

Była to młoda kobieta, ubrana w strój roboczy okryty kamizelką ostrzegawczą w kolorze żółtym, podobną do używanych przez pracowników firmy. Kiedy się odwróciła, przypomniała mu siostrzenicę: szczupła sylwetka, miła buzia, łagodnie uśmiechnięte, melancholijnie ciemne oczy. Godzina była wczesna i chłód dawał się jeszcze we znaki. Lubił tę porę dnia i taką pogodę.

Przedstawił się.

– Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy Technobud.

Nie czekając na odpowiedź, zapytał:

– Co pani tu robi? Młoda, ładna kobieta w stroju robociarza w miejscu gdzie panuje hałas, brud i kurz?

– Nazywam się Agnieszka Zena i jestem specjalistką do spraw relacji międzyludzkich. Pracuję w tej samej firmie, co pan. Zatrudniono mnie, że tak powiem, aby łagodzić obyczaje.

Dyrektor był przekonany, że kobieta żartuje. Pomyślał, że została zatrudniona przez dział personalny na polecenie dyrekcji, nie powiadamiając go o tym. Jeszcze raz przyjrzał się nieznajomej: kurtka robocza, kamizelka w żółte pasy, drelichowe spodnie, buty, które można by nazwać buciorami, roboczy hełm na głowie. Męski, roboczy strój nie tylko nie raził, ale nadawał jej jeszcze uroku, podkreślając delikatne rysy twarzy i drobną sylwetkę. Pasował na zasadzie kontrastu. Kiedy szedł w jej kierunku, przyglądała się z uwagą walcowi drogowemu. Wśród maszyn stojących na placu był to prawdziwy olbrzym, wyglądający jakby służył w filmie do rozjeżdżania transporterów opancerzonych.

Preminger doskonale znał tę maszynę. Używano ją do utwardzania dużych powierzchni podlegających znacznym obciążeniom. Z boku maszyny widniała marka „Sanetra” oraz nazwa „Invincible”, „Niezwyciężony”. Nieco niżej umieszczone były numer inwentaryzacyjny i tabliczka znamionowa. Oglądał maszynę zawsze z przyjemnością i tak często, że mógł ją opisać w szczegółach z pamięci. Stała teraz ustawiona bokiem do krawędzi placu parkingowego czekając na wyjazd na miejsce budowy. 

– Co pani tu robi? Nie ma tutaj nikogo, z kim można by rozmawiać o relacjach międzyludzkich!

– Wpadłam tu przekonana, że znajdę kogoś, aby porozmawiać. Zajmuję się usprawnieniami komunikacji i współpracy między pracownikami, dbam o to, aby ludzie byli bardziej zadowoleni i szczęśliwsi. Ponieważ nikogo nie zastałam, przyglądałam się walcowi drogowemu „Invincible”. Wspaniała maszyna.

Po krótkiej rozmowie okazało się, że łączy ich zainteresowanie maszynami budowlanymi.

– Mój ojciec prowadził firmę wynajmu takich maszyn. To on mnie zaraził miłością do tych kolosów. Pokazywał mi je, opowiadał, a nawet woził po placu parkingowym walcem podobnym do „Niezwyciężonego”, tylko trochę mniejszym. Sprawiało mi to wielką frajdę.

Kobieta zdawała się wiedzieć wszystko o walcach, wierzyła w ich niezwykłe możliwości. Jej wiedza zaimponowała dyrektorowi. Po kilku minutach popatrzył na zegarek i z żalem wyznał:

– Muszę panią przeprosić, ale się śpieszę. Z przyjemnością kontynuowałbym rozmowę. Może jeszcze kiedyś się spotkamy?

Nie myślał o tym poważnie. To było zupełnie przypadkowe spotkanie. Agnieszka też wiedziała, że to niemożliwe. Za kilka tygodni kończyła pracę w firmie i wyjeżdżała na drugi koniec kraju, aby rozpocząć studia na Wydziale Automatyki Politechniki Śląskiej. Ich przedmiotem była sztuczna inteligencja i jej zastosowania w maszynach i urządzeniach technicznych. 

Nauka szła jej dobrze. Po ojcu odziedziczyła miłość do maszyn i maszynerii. To ją motywowało. Była właściwie samoukiem łatwo wchłaniającym wiedzę. Aktywnie uczestniczyła w obowiązkowych zajęciach, przede wszystkim w ćwiczeniach laboratoryjnych, rzadko chodziła jednak na wykłady.

– Ty się w chyba w ogóle nie musisz uczyć? Wiedza sama pcha ci się do głowy. Nie to co ja – skarżyła się przyjaciółka.

Przez okres studiów mieszkały razem w jednym pokoju w akademiku. Nawet się nie spostrzegły, kiedy minęły cztery lata. Po studiach Agnieszka została na uczelni. Zaproponowano jej pracę naukową. Pięć lat później była już doktorem nauk technicznych, zdecydowana kontynuować karierę naukową.

– Jesteś taka młoda, Agnieszko, że kiedy zostaniesz profesorką, nikt w to nie uwierzy. Będziesz musiała pokazywać postanowienie prezydenta w sprawie nadania tytułu profesora – żartował promotor na seminarium doktorskim.

Jadąc pociągiem do rodzinnego domu Agnieszka wróciła wspomnieniami do ojca. Pamiętała początki jego biznesu, kiedy kupił pierwszy, używany walec drogowy, założył firmę i zaczął go wynajmować. Z czasem przybywało maszyn. Nadawał im ciepłe, kobiece imiona, a swoim dzieciom opowiadał niesamowite historie. Wierzyły mu. Czasem zabierał ją na plac parkingowy, sadzał w kabinie walca drogowego i wiózł sto metrów do końca placu i z powrotem. Opowiadał wiele historii prawdziwych, niektóre zmyślał. Dobrze pamiętała jedną z nich.

– Ta maszyna to najlepszy walec drogowy. Może wyrównać wszystko. Jest tak precyzyjna, że rozprostuje tonę zmiętego papieru i to tak dokładnie, że stanie się on idealnie płaski. Wymaga to tylko umiejętności kierowania maszyną.

Córka testowała go:

– Ziemia nie jest płaska. Czy rozwalcowałbyś na płasko wszystkie nierówności, pagórki i wzniesienia, gdyby ktoś cię poprosił?

– Zgadza się. Uparłbym się, pracowałbym nieprzerwanie dwa a nawet trzy tygodnie, dopóki nie wyrównałbym wszystkiego aż po horyzont.

Kiedy Agnieszka podjęła studia, Zena myślał, że w przyszłości poprowadzi jego biznes. Chciał, aby przejęła jego dorobek i rozwinęła firmę w coś naprawdę wielkiego. Miał marzenia. Ją interesowała jednak sztuczna inteligencja i jej zastosowania. Także w maszynach drogowych. To łączyło ich światy wspomnień, marzeń i przyszłości.

Z dyplomem doktorskim w kieszeni, Agnieszka odwiedziła rodziców. Musiała się pochwalić. Przyjechała w środę wieczorem. Następnego dnia rano wyszła na spacer w znane jej okolice. Wróciła dopiero po południu, kiedy popsuła się pogoda. Padał deszcz i wiał silny wiatr. Czuła się nieswojo, bolała ją głowa, nie miała chęci rozmawiać nawet z rodzicami.

– Może dam ci coś na ból głowy? – zaproponowała matka.

Agnieszka przyjęła tabletki przeciwbólowe i o nieprzyzwoicie wczesnej porze położyła się spać.

Tego samego dnia, był to czwartek, zaginął dyrektor Otto Preminger. Po prostu zniknął bez śladu, jakby nigdy nie było go na świecie. Kiedy nie wrócił z pracy i nie można było do niego się dodzwonić, jego żona, Józefa Preminger obdzwoniła znajomych i wszystkie miejsca, gdzie bywał, pytając, czy nie ma go tam przypadkiem. Potem zadzwoniła do dwóch najbliższych szpitali i na policję, aby dowiedzieć się czy nie zdarzył się jakiś wypadek drogowy z udziałem starszego mężczyzny. Zadzwoniła do jego firmy, ale było już za późno. Odpowiedział strażnik, wyjaśniając niezbyt uprzejmie, że on jest tylko od pilnowania. Potem zadzwoniła jeszcze raz na policję, aby zgłosić zaginięcie męża, nic jednak nie załatwiła.

– Przyjmujemy takie zgłoszenia dopiero po upływie dwudziestu czterech godzin. Najczęściej ludzie odnajdują się w ciągu tego czasu. Rozumiemy pani sytuację, ale bardzo prosimy o cierpliwość. Dopiero jak osoba zaginiona nie znajdzie się w ciągu dwudziestu czterech godzin, możemy przyjąć zgłoszenie.

Sprawa tajemniczego zniknięcia Otto Premingera nabrała rozgłosu dwa dni później, kiedy policja podjęła śledztwo. O wydarzeniu pisała lokalna prasa i bębniono w telewizji. Pojawiły się podejrzenia i plotki, gdyż był to okres, kiedy w północnej części kraju grasował mężczyzna mordujący samotne osoby. To, że jego ofiarami były kobiety, jakoś nikogo nie powstrzymywało od spekulacji.

Policja zbadała okoliczności związane z zaginięciem dyrektora Premingera, szczegół po szczególe, począwszy od momentu, kiedy wyjechał rano do pracy. Odtworzono bieg zdarzeń. Ostatnia widziała dyrektora jego sekretarka, Julia. Było to w biurze, w budynku dyrekcyjnym.

– Pojechał stąd na budowę. Nie wiem dokładnie na którą, bo mamy trzy place budów – poinformowała sekretarka. – Powiedział mi tylko, że jedzie na budowę. Było to około godziny dziewiątej dwadzieścia. Dyrektor najczęściej odwiedzał za jednym zamachem wszystkie trzy budowy. Czasem jeździł lub chodził, bo to niedaleko stąd, na plac parkingowy maszyn budowlanych. Robił tam ich przegląd lub rozmawiał z operatorem, który wyjeżdżał maszyną do pracy lub właśnie wrócił z roboty. Może pan dyrektor zajechał gdzieś po drodze? Czasem miał różne sprawy do załatwienia.

Wkrótce okazało się, że samochód dyrektora Premingera stał zaparkowany pod drzewami z tyłu budynku dyrekcji. Konkluzja policjanta prowadzącego śledztwo była prosta.

– Coś się z nim stało tutaj, ale nie wiemy co i gdzie. Mógł też wyjść z biura i udać się gdzieś pieszo, na przykład na przystanek autobusowy, albo ktoś go zabrał stąd swoim samochodem.

Policjant zmienił zdanie, kiedy okazało się, że stojący z tyłu budynku pojazd to samochód służbowy dyrektora, który przywieziono z warsztatu po przeglądzie technicznym. Żona dyrektora potwierdziła, że krytycznego dnia mąż pojechał do pracy samochodem prywatnym.

Inspekcja trzech miejsc budowy nic nie przyniosła. Dyrektor Preminger w ogóle nie pojawił się tego dnia w żadnym z nich. Nikt z pracowników go nie widział. Nie kontaktował się też z nikim telefonicznie od czasu rozmowy z sekretarką Julią w budynku dyrekcji, co miało miejsce około godziny dziesiątej piętnaście. Później nie był już osiągalny telefonicznie, bo jego komórka nie odpowiadał. Kiedy ktoś dzwonił do jego biura, sekretarka informowała, że przekaże dyrektorowi wiadomość jak tylko zjawi się on w firmie.

W dalszej kolejności policja przeprowadziła inspekcję placu parkowania maszyn drogowych. Detektyw Marian Cichy sporządził szkic terenu i zrobił notatki. Miejsce było raczej odludne; z trzech stron las i wjazd z mało uczęszczanej ulicy. Każdy mógł wejść na parking, jeśli tylko chciał. Brama była wprawdzie zamknięta i na skoblu wisiała kłódka, ale nie zamknięto jej na klucz. Policja klucza nie znalazła. Na placu odkryto prywatny samochód dyrektora. Stał spokojnie na uboczu. Poza tym nic nie wskazywało, że dyrektor Preminger był tam krytycznego dnia. Nie było żadnych innych śladów. Nie było też kamery przemysłowej zainstalowanej na maszcie przy wejściu na plac. Kamera zniknęła. To sugerowało, że ktoś mógł usiłować coś ukryć.

W ciągu następnych dwóch dni policja prowadziła wywiady z osobami przechodzącymi lub przejeżdżającymi samochodem, motocyklem lub rowerem ulicą, skąd odchodziła droga dojazdowa na parking. Jedynym znaczącym świadkiem był mężczyzna uprawiający jogging. Krytycznego dnia około południa widział kobietę w pobliżu placu maszyn budowlanych. Przepytywany przez detektywa usiłował przypomnieć sobie wszystko, co mogło mieć znaczenie. Było tego niewiele.

– Kobieta wyglądała zwyczajnie. Niczym się nie wyróżniała; średniego wzrostu, szczupła, młoda. Była ubrana w jakąś lekką kurtkę i chyba spódnicę. Co miała na nogach, nie widziałem. Tylko tyle pamiętam.

Policja dała ogłoszenia w prasie i w lokalnej telewizji. Pokazano zdjęcia dyrektora Premingera. Przeprowadzono też wywiady z rodziną, sąsiadami, pracownikami firmy i znajomymi. Mimo starań śledztwo nie posunęło się naprzód.

– Człowiek przepadł jak kamień w wodzie – detektyw odpowiadał lakonicznie. Był zły, kiedy pytano go o postępy. – Nie mamy żadnego punktu zaczepienia.

Nie usprawiedliwiało to policji. Dziennikarze oczekiwali konkretów.

Nagłe zaginięcie dyrektora znanej firmy budowlanej na obrzeżu dużego miasta nie dawała nikomu spokoju. Przypominały o tym media i komentowali zwykli obywatele.

– Ni z tego, ni z owego, w biały dzień w mieście znika bez śladu człowiek. Tak jakby wyparował. Dorosły mężczyzna to nie piesek, który komuś tak się podoba, że zabiera go do torby, wkłada do samochodu i wywozi w nieznane – z oburzeniem żaliła sie sąsiadka Premingerów. Dobrze znała dyrektora, dlatego chętnie udzielała wywiadów.

Łukasz Nikanor od pięciu miesięcy pracował w charakterze wolontariusza. Sam już niemłody, zgłosił się do pomocy osobom starszym. Do pani Preminger trafił, ponieważ potrzebowała pomocy przy domu. Znał jej sytuację z telewizji i gazet, bo sprawa była głośna.

Przyjechał z samego rana, tak jak go umówiono. Pani Preminger zaprosiła go do salonu i zaproponowała coś do picia. Wahał się.

– Napijmy się czegoś. Może kawy lub herbaty. Łatwiej będzie rozmawiać. Tak czy inaczej ja o tej porze robię sobie herbatę lub kawę.

Oboje wybrali kawę.

Ściany salonu zawieszone były zdjęciami, obrazami, na półkach stały miniaturowe figurki maszyn budowlanych. Pani Preminger opowiedziała Nikanorowi historię zaginięcia męża. Mimo upływu kilku tygodni, wciąż była przygnębiona.

– Nie znaleziono żadnych śladów. Nie mogę pogodzić się z tym. Nic. Kompletna tajemnica. – W głosie kobiety dawało się wyczuć rozgoryczenie.

Łukasz Nikanor zainteresował się jej relacją. Nie śpieszyli się. Poprosił gospodynię, aby opowiedziała mu więcej. Chętnie zgodziła się, mówienie przynosiło jej ulgę. Gość zadawał pytania. Dużo już wiedział z mediów. W rozmowie najbardziej zapadło mu w pamięć to, że Otto Preminger był nie tylko miłośnikiem maszyn budowlanych, ale wręcz ich pasjonatem, a parking, gdzie one stały, był ulubionym miejscem jego odwiedzin.

– Ta pasja cię zgubi. – Gospodyni przeżywała słowa, jakby rozmawiała z mężem.

– Mówiłam mu to wiele razy ale do niego to nie docierało. Nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia. Nie miał wrogów. Ja przynajmniej nie przypominam sobie nikogo takiego. Wiem, że miały miejsce jakieś nieprozumienia w pracy, kiedy zbeształ pracownika, ale to rzadko się zdarzało. Policja zresztą wyjaśniła to wszystko. Dla mnie najgorsze było jego zacietrzewienie, jeśli chodzi o maszyny budowalne, kiedy o nich dyskutował. Miałam wrażenie, że ta jego pasja go ogłupia jakby był dzieckiem.

Józefę Preminger zmęczyły wspomnienia i mówienie. Łukasz skorzystał z okazji.

– Czy moglibyśmy odwiedzić to miejsce?

Gospodyni odpowiedziała na pytanie niemym spojrzeniem.

– Mam na myśli ten parking, gdzie pani mąż lubił oglądać swoje maszyny.

Pani Preminger po raz pierwszy od złożenia zeznań wyraziła gotowość obejrzenia miejsca źle jej się kojarzącego. Pojechali razem samochodem Łukasza Nikanora. Po drodze zajechali do dyrekcji Technobudu, aby wypożyczyć klucz do bramy. Pani Preminger dzwoniła wcześniej w tej sprawie. Sekretarce wytłumaczyła, że coś sobie przypomniała, co mogło mieć znaczenie dla policji. Kiedy sekretarka zapytała, o co dokładnie chodzi i czy potrzebuje pomocy, aby tam dojechać, zbyła ją.

– To tylko intuicja, wspomnienie. Co do pomocy, to pomaga mi pan przysłany przez Ośrodek Pomocy Społecznej.

Klucz okazał się niepotrzebny, wymagany był kod dostępu do bramy wejściowej. Po krótkiej konsultacji z kimś w dziale administracji sekretarka podała kod dostępu.

– Zmienimy go, jak tylko pani opuści parking. Takie mamy zasady. Proszę mnie tylko powiadomić, kiedy już wyjedziecie stamtąd.

Wjazd na parking ciężkich maszyn zmienił się nie do poznania. Po uzyskaniu protokołu policji, w którym ujawniono słabości organizacji i funkcjonowaniu parkingu oraz kradzież kamery przemysłowej, Technobud zainstalował nową rozsuwaną bramę.

Kiedy podeszli do rzędu maszyn, pani Preminger zatrzymała się przed walcem z rzucającym się w oczy napisem „Invincible”.

– Ten napis znaczy „Niezwyciężony”. To była jego najukochańsza maszyna. Powiedziano mi w dyrekcji, że od czasu zaginięcia męża nie była używana. Podobno nie było takiej potrzeby. Mnie się wydaje, że to ze względu na pamięć mego męża.

Łukasz Nikanor oglądał maszyny z wielkim zainteresowaniem. Wyobraził sobie szalone upodobanie dyrektora do wielkiego walca drogowego. Intensywność jego zainteresowania wydała mu się dziwaczna. Na wielkim kole przednim „Niezwyciężonego” zauważył skrawek materiału żółtego koloru. Był to drobny fragment plastiku lub płótna, prawie niezauważalny.

– Jak był ubrany pani mąż? Mam na myśli jego ubranie robocze.

– Chodził ubrany jak robotnik, w drelichu. Nie chciał się wyróżniać. Na wierzchu, bez względu na pogodę, latem i zimą, podobnie jak inni pracownicy nosił kamizelkę ostrzegawczą koloru żółtego, tak jak inni pracownicy na budowie. Dzięki temu lepiej jest ich widać.

Iwan Iwanowicz pokazał pani Preminger kawałek żółtej materii.

– To może nic nie oznaczać, ale warto spróbować. To może być jakiś ślad. Zabierzemy to i przekażemy policji. Nie wolno tylko dotykać tego rękami. Zrobię to ostrożnie. Czy może pani poczekać tutaj na mnie? Podjadę samochodem do najbliższego supermarketu, aby kupić plastikową torebkę. W pobliżu widziałem jakiś ośrodek handlowy. Chyba wiem, jak dojechać.

– Pojadę z panem, pokażę panu drogę. Nie chcę pozostawać tutaj ze swoimi wspomnieniami.

W sklepie były tylko duże opakowania torebek plastikowych.

– Nie kupię całego opakowania. Po co marnować taką ilość? Wezmę po prostu plastikową torebkę do pakowania warzyw i owoców. Nawet dwie na wszelki wypadek. To nie jest kradzież – usprawiedliwiał się niepotrzebnie.

Po powrocie na plac parkingowy Nikanor wyjął z plecaka, służącego za podręczną torbę, scyzoryk i końcem ostrza zebrał do torebki plastikowej fragment żółtego materiału z powierzchni walca. Razem z panią Preminger zawiózł próbkę na posterunek policji. Dyżurnej policjantce wytłumaczyli, o co chodzi. Zadzwoniła do detektywa Cichego, który polecił przyjąć materiał.

– Zaraz przyjadę do was, sam go opiszę i oddam do badania laboratoryjnego. Proszę tylko zanotować numery telefonów pani Preminger i tego mężczyzny, który zebrał próbkę.

Policjantce nie podobał się sposób pobrania materiału.

– Lepiej byłoby, aby zrobił to fachowiec. Próbki pobiera się w sterylnych rękawiczkach do sterylnego pojemnika – mruknęła niechętnie pod nosem, dostatecznie głośno, aby ją słyszano.

Pani Preminger poruszyła się niecierpliwie i podniosła głowę.

– Mogliście to sami zrobić, ale na to nie wpadliście.

Detektyw zadzwonił do Józefy Preminger po dziesięciu dniach.

– Mamy potwierdzenie, że materiał pobrany z walca zawiera mikroślady DNA pani męża. Przepraszam, że ustalenie tego zajęło tak dużo czasu. Wznawiamy śledztwo.

Policja jeszcze raz przeszukała plac parkingowy, walec drogowy „Niezwyciężony” oraz teren wokół niego. Tym razem zrobiono to z całą drobiazgowością, dokumentując wszystko, co na to zasługiwało. Szczególnie gruntownie sprawdzono maszynę i wnętrze kabiny. Wewnątrz znaleziono dwa włosy, fragment niedopałka papierosa oraz włókna nieznanego pochodzenia. Przeprowadzono analizę włosów i ustalono DNA. Nie wiadomo do kogo one należały, bo takiego zapisu DNA nie było w policyjnej bazie danych. Poza tym w kabinie ani na poręczach wejściowych nic nie znaleziono, oprócz licznych rysów i zadrapań wynikających z normalnej eksploatacji. Nie było żadnych śladów linii papilarnych, ponieważ zostały usunięte przy użyciu rozpuszczalnika.

Jedyny ślad prowadził do kobiety opisanej przez mężczyznę uprawiającego jogging. Policja podjęła poszukiwania.

– Zakładamy, że była to osoba dorosła w jakiś sposób związana lub kojarząca się z maszynami budowlanymi, operator, ktoś zajmujący się ich handlem, wynajmem lub naprawą, osoba zainteresowana kupnem takiej maszyny, fotografik, ktoś zatrudniony w firmie Technobud, gdzie pracował dyrektor Preminger, osoba ciekawska, w końcu, ktoś zupełnie przypadkowy.

Ponownie przeprowadzono wywiady z pracownikami firmy, którzy dobrze znali ofiarę.

– Czy dyrektor Preminger kiedykolwiek wspomniał kogoś interesującego się maszynami budowlanymi, w szczególności walcem drogowym „Niezwyciężony”? Mogła to być kobieta lub mężczyzna.

Julia, sekretarka dyrektora Premingera, przypomniała sobie dawne zdarzenie.

– Kilka lat temu szef powiedział mi, że spotkał jakąś kobietę, naszą pracownicę, na parkingu maszyn budowlanych. Przeprowadził z nią bardzo ciekawą rozmowę na ich temat. Jej ojciec podobno zajmował się wynajmem takich maszyn. Dyrektor zachwycał się tą kobietą, jej zainteresowaniami i wiedzą techniczną. Pomyślałam sobie wtedy, że dał się oczarować jakieś dziewczynie tylko dlatego, że powiedziała mu, że ją również pasjonują maszyny drogowe. Starszy mężczyzna i młoda kobieta – temat stary jak świat.

Był to interesujący wątek śledczy. Detektyw poszedł jego śladem, choć bez przekonania.

Badając walec maszyny i podłoże policja znalazła więcej śladów tkanki organicznej, zwłaszcza na podłożu. Rozkuto zbitą powierzchniową warstwę szutru i na jaw wyszła potworna prawda. Laboratoryjne badanie próbek nie pozostawiało wątpliwości: szczątki wprasowane w asfalt to było ciało dyrektora Premingera.

Dla śledztwa były to przełomowe odkrycia. Były one tylko z pozoru proste i oczywiste. Wszystkim, czym dysponowała policja, to było ciało ofiary jako dowód makabrycznej zbrodni oraz sporo mniej konkretnych dowodów przestępstwa. Nie było niczego, co mogłoby sugerować, kto mógł być sprawcą zabójstwa oraz jakie motywy nim kierowały.

W międzyczasie zbadano dokumenty archiwalne firmy dotyczące pracowników zatrudnionych w okresie, kiedy dyrektor Preminger wspomniał sekretarce o kobiecie interesującej się maszynami budowlanymi. W końcu trafiono do dokumentacji Agnieszki Zena. Wywiad środowiskowy potwierdził, że jej ojciec rzeczywiście prowadził firmę wynajmu maszyn drogowych.

Agnieszkę Zena przesłuchiwano kilkakrotnie. Psycholożka policyjna obserwowała podejrzaną uważnie przez lustro weneckie w czasie zeznań, które nagrywano także kamerą. Podejrzana nie wydała jej się specjalnie zaskoczona przesłuchiwaniami, ale za to niezwykle ostrożna w tym, co mówiła i jak reagowała w śledztwie. W czasie pierwszego przesłuchania przyznała, że była w okolicy parkingu tego dnia.

– Wybrałam się na spacer i przechodziłam obok placu parkingowego. To najprostsza droga prowadząca do lasu i nad jezioro. Wielokrotnie tamtędy chodziłam. To moje ulubione miejsce spacerów.

Wszystkie wskazywało na to, że jej obecność w okolicy parkingu była zupełnie przypadkowa.

Kiedy zapytano ją, czy może udostępnić policji fragment włosa lub paznokcia do analizy, zaniemówiła na chwilę. Cień niepokoju przemknął przez jej twarz. Zgodziła się z pewnym wahaniem.

Analiza porównawcza DNA włosa znalezionego w kabinie i uzyskanego od podejrzanej potwierdziły przypuszczenia policji; obydwa włosy pochodziły od tej samej osoby. Pod presją pytań i faktów Zena przyznała się, że nie powiedziała od razu całej prawdy. Tłumaczyła się, że bała się powiązania jej z potworną zbrodnią, o której dowiedziała się potem z telewizji.

– Byłam wtedy na parkingu maszyn budowlanych i rozmawiałam z dyrektorem Premingerem. Poznałam go kilka lat wcześniej, w tym samym miejscu. Pracowałam wtedy w Technobudzie.

– To już przeszłość. Proszę opowiedzieć o pani ostatnim spotkaniu z dyrektorem – szorstko przerwał detektyw Cichy. Nie silił się nawet na uprzejmość od chwili, kiedy nabrał przekonania, że to Zena uśmierciła dyrektora. To, że policja nie miała przekonujących dowodów, aby ją oficjalnie oskarżyć, tylko pogłębiło jego niechęć do oskarżonej.

– To była bardzo konkretna i miła rozmowa. Dyrektor pokazał mi maszynę także wewnątrz, jak wygląda w kabinie. Nawet ją uruchomił, aby zademonstrować pracę silnika. Opowiadał mi, jak doskonałe jest to urządzenie. Nie byłam za bardzo ciekawa, ale nie wypadało mi przerywać. Zbierało się na deszcz, a ja chciałam jeszcze przejść się po lesie więc go przeprosiłam, podziękowałam za ciekawą rozmowę i demonstrację maszyny i wyszłam z parkingu. Dyrektor Preminger został przy walcu. To było wszystko.

Proces sądowy odbył się osiem miesięcy później. Prasa pisała o nim, że jest mocno poszlakowy. Obrońcą Agnieszki był znany adwokat, mecenas Tadeusz Karpiński, doświadczony w prowadzeniu spraw kryminalnych.

– Moja klientka w zeznaniach niczego nie ukrywała, nie kluczyła. Pierwszy raz nie ujawniła wszystkiego, bo bała się publicznego skojarzenia jej z tą ohydną zbrodnią. To byłoby fatalnym obciążeniem dla każdego. Na całe życie. Prokurator nie udowodnił jednego, najważniejszego. Tego mianowicie, że nie ma żadnego związku między pobytem mojej klientki na miejscu zbrodni a popełnieniem tej zbrodni. Tego nie można udowodnić, bo to nie jest możliwe, ponieważ moja klientka zostawiła dyrektora Premingera w doskonałym zdrowiu. Morderstwa dokonał ktoś inny. I tego winnego policja musi znaleźć. Moja klientka jest niewinna. – podsumował adwokat w mowie obrończej.

Sąd debatował wiele godzin. To była trudna sprawa. Wyrok okazał się uniewinniający.

– Oprócz udowodnienia, że oskarżona była na miejscu zbrodni, prokurator nie przedstawił żadnych dowodów, że to ona zabiła dyrektora Premingera i ukryła ciało – sędzia wolno i jakby z niechęcią kończyła odczytywanie wyroku.

Przez rodzinę i przyjaciół Agnieszka została powitana jak bohaterka, osoba niesłusznie oskarżona o potworną zbrodnię. Nie wszyscy obserwatorzy procesu wierzyli jednak w jej niewinność. Sprawa była bardzo głośna, opinie były podzielone.

Agnieszka wyjechała z miasta z postanowieniem nigdy do niego nie wracać. Proces był dla niej nad wyraz bolesnym przeżyciem. Rodzina zgodziła się z jej decyzją bez zastrzeżeń, choć nie bez żalu.

– Podjęłam decyzję wyjazdu nie tylko z miasta, ale i z kraju, za granicę. Z moimi kwalifikacjami znajdę tam pracę, jestem o tym przekonana. Już wcześniej otrzymałam jedną propozycję, ale nie byłam nią zainteresowana. Teraz patrzę na to inaczej.  

– Nigdy nie zaznałabyś tutaj spokoju. My jakoś sobie poradzimy. Nie mamy wyboru. Starych drzew się nie przesadza – pani Zena ze łzami w oczach objęła córkę, tak jakby miała ją stracić na zawsze.

W samolocie Agnieszka Zena usiłowała zabić czas czymkolwiek, aby tylko nie wracać myślą do procesu sądowego. Nie udało jej się to. Przypominała sobie wszystko, krok po kroku.

Na spacer wyszła przed południem. Piękna pogoda zaczynała się powoli psuć. Jeszcze nie padało, lecz słońce zachodziło już za chmury. Szła zamyślona. Kiedy trafiła na parking maszyn budowlanych przy lesie, przypomniała sobie wszystko.

– Niewiele się tutaj zmieniło – pomyślała, zatrzymując się, aby przyjrzeć się stojącym za metalową siatką maszynom. Część stanowiły te same maszyny, które widziała cztery lata wcześniej, kiedy wybierała się na studia. Było też kilka nowych, wszystkie potężne i imponujące. Podeszła bliżej bramy, była uchylona. Nie zastanawiając się weszła do środka i dopiero wtedy zauważyła mężczyznę. Poznała go z daleka. Pamiętała nawet jego nazwisko, Preminger, nietypowe, bo obco brzmiące. Nie wypadał się już wycofać. Podeszła bliżej.

– Dzień dobry, panie dyrektorze. Znowu się spotykamy i to w tym samym miejscu.

Otto Preminger nie poznał Agnieszki. Przypomniała mu się wspominając poprzednie spotkanie i rozmowę. Kiedy ją sobie skojarzył, ucieszył się, uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął:

– Co za spotkanie! Co u pani słychać?

Wyjaśniła, że skończyła studia i jest inżynierem magistrem ze specjalnością zastosowań sztucznej inteligencji w automatach, robotach i maszynach.

To mu zaimponowało. Powiedział jej to. Zaczęli rozmawiać o maszynach drogowych, jak przed kilku laty. Był szczęśliwy, że znowu ją spotkał, osobę nietuzinkową, mającą te same zainteresowania.

Rozmowa zeszła na walec „Invincible”. Preminger szczycił się nowym nabytkiem.

– To lepsza wersja tego, co pani widziała kilka lat temu. Nie jest ona najnowsza, ale zmodernizowana. Ma usprawniony, rewelacyjny system sterowania. Maszyna jest wyposażona z tyłu i z przodu w czujniki bezpieczeństwa oparte na module sztucznej inteligencji. To coś z pani działki.

– Na czym ta rewelacja polega? – Agnieszka była autentycznie ciekawa, o jakie rozwiązanie chodzi.

– To nowa generacja czujników bezpieczeństwa maszyn budowlanych. Dzięki sztucznej inteligencji walec jest pod pewnym względem inteligentniejszy niż kierujący nią człowiek. „Invincible” rozpoznaje istoty żywe: człowieka, dziecko, psa a nawet ptaka, i w razie zbytniego zbliżenia się podejmuje decyzję zatrzymania się. Nawet operator nie jest w stanie zmienić tej decyzji i uruchomić maszyny dopóki nie zniknie przeszkoda. Martwy przedmiot, pudełko kartonowe czy kamień nie zatrzymają walca drogowego automatycznie.

– To niemożliwe. Mam na myśli zdolność reakcji maszyny wyposażonej w sztuczną inteligencję na ludzki czy zwierzęcy organizm – zaoponował Agnieszka. Była pewna swej wiedzy; pod koniec studiów na seminarium analizowali możliwości i ograniczenia sztucznej inteligencji. Także temat, co wyposażona w nią maszyna może a czego nie może zrobić.

Otto Preminger upierał się przy swoim.

– W tym walcu jest inaczej. Jego moduł sterowania wspomagany sztuczną inteligencją działa tak, jak powiedziałem; jest niezawodny. Sprawdzaliśmy to nie jeden raz, ale wiele razy. Maszyna zatrzymuje się samoczynnie najpóźniej na metr przed przeszkodą, którą stanowi żywa istota. Może zatrzymać się wcześniej, ale nie później. Sprawdzałem to sam co najmniej dwa razy stając przed jadącym w moim kierunku walcem. Zawsze zatrzymywał się samoczynnie.

Po wyrażeniu zdecydowanej opinii, dyrektor zaśmiał się serdecznie. Był w tym wyraz triumfu, przewagi, że powiedział coś, czego nie wiedziała rozmówczyni.

Agnieszka Zena nie przyjęła dyrektorskich rewelacji do wiadomości. Wiedziała, że elementy sterowania oparte na sztucznej inteligencji nie są niezawodne. Starała się przekazać to dyrektorowi jak najbardziej spokojnie i rzeczowo, aby nie poczuł się urażony.  

– To czysty rachunek prawdopodobieństwa. System sztucznej inteligencji zainstalowany w dowolnym urządzeniu mechanicznym, elektrycznym czy hydraulicznym nie jest niezawodny, podobnie jak nawet najlepszy komputer. Przyczyny mogą być różne. Zastanawiała się chwilę marszcząc czoło. – Na przykład brak prądu, awaria jakiejś części, nieuwaga człowieka, błąd w sztuce, zakłócenie magnetyczne. Cokolwiek.

Preminger nie ustępował.

– Awaria jakiegokolwiek podzespołu wyłącza silnik napędowy walca. Maszyna jest tak ciężka i jedzie tak wolno, że zatrzymuje się prawie w miejscu.

– Zawsze istnieje jakieś choćby mikroskopijne prawdopodobieństwo, że system zawiedzie nawet jeśli jest nafaszerowany najlepszą technologią. Sztuczna inteligencja nie stanowi panaceum na wszystko – upierała się przy swoim, wiedząc, że jest to prawda naukowa, a nie przekonanie człowieka oparte głównie na własnym doświadczeniu i obserwacji. 

Oboje odczuwali rosnącą niechęć do siebie, nie okazując jej. Preminger uznał Agnieszkę Zena za zarozumiałą. Myślał o niej z rosnącą irytacją i niechęcią. – Mówi z taką swadą, jakby wszystkie rozumy zjadła.

Szukając porozumienia powiedział:

– Nie w tej maszynie. Nie jest trudno to sprawdzić. Oto kluczyki. Proszę usiąść za kierownicą i ruszyć do przodu. Ja stanę na drodze. Niech pani jedzie prosto na mnie. Nie ryzykowałbym, gdybym nie był w stu procentach pewny. Maszyna reaguje na człowieka. Na każdy żywy organizm, nawet na ptaka.

– Jak pan to rozumie: „nawet na ptaka”?

– Kiedyś przed walcem znalazł się gołąb. Był chyba ranny albo chory, bo nie był w stanie uciekać. I maszyna się zatrzymała, bo to był żywy organizm. Na martwy obiekt tej wielkości nie zareagowałaby. Gdyby tak się działo, to zatrzymywałaby się co kilkanaście sekund przy każdym krawężniku czy studzience ulicznej.

Agnieszka wahała się, czy zgodzić się na jego propozycję. Sprawa musiała być rozstrzygnięta. Zdecydowała się, kiedy dyrektor zdenerwował ją obcesowym pytaniem.

– O co pani chodzi? W ostateczności po prostu zatrzyma pani ten walec. Jedzie strasznie wolno. Albo ja wcześniej uskoczę. Tu nie ma żadnego ryzyka. Mogę założyć się z panią o każde pieniądze!

Przyjęła zakład, ale nie o pieniądze. To była sprawa honoru. Jej wiedza i jego wiedza. Wzięła klucze z jego ręki, weszła do kabiny, siadła za kierownicą, uruchomiła walec i ruszyła. Jechała prosto na dyrektora. Stał jak żywa tarcza, spokojny i pewny siebie. Miał to już przetestowane. Widziała jego nadętą, zarozumiałą twarz jak stoi przed maszyną. Nagle usłyszała jakiś stuk w silniku, kierownica zaczęła drżeć.

– Jakaś awaria – pomyślała natychmiast. W jednej chwili ręce jej zwilgotniały ze strachu. Opuściła wzrok i wyciągnęła lewą rękę w kierunku wyłącznika, aby natychmiast zatrzymać walec. Siedziała trochę za daleko. Spocona dłoń przesunęła się po metalu i ześliznęła z obudowy panelu sterującego. W tym momencie usłyszała krzyk, który przeszedł w krótki przerażający charkot. Kiedy walec się zatrzymał, nie widziała już nikogo. Natychmiast wyskoczyła z kabiny i pobiegła do przodu maszyny. Preminger leżał martwy na ziemi z nogami i częścią bioder pod ciężkim kołem walca. Przeraziła ją twarz zdeformowana bólem, sinopurpurowa, z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami. Przed oczami Agnieszki pojawił się obraz osoby zmasakrowanej przez potwora z filmu science-fiction, który niedawno oglądała.

Myśli kotłowały jej się w głowie.

– Przerażający wypadek, a ja jestem jego sprawcą. Ale jak do tego doszło!? Ten stary głupiec przecież mógł uskoczyć, tak jak mówił! – Była wściekła na Premingera.

Rozejrzała się wokół. Zadziałała adrenalina, myślała szybko i sprawnie. Miejsce było odludne. Kamera! Na placu przy maszynach nie było widać żadnej kamery. Zobaczyła ją w oddali przy wejściu na parking, była skierowana na bramę wjazdową. Poczuła ulgę. 

Uspokajała się powoli, wciąż analizując sytuację. Instynkt samozachowawczy kazał jej skoncentrować się. Musiała ukryć wszystkie ślady obecności. To była jej jedyna szansa. Jeszcze raz rozejrzała się wokół, tym razem wolniej i uważniej. Przede wszystkim trzeba było ukryć trupa. Kilkanaście metrów od walca zauważyła rozrzucone deski a obok górkę szutru używanego do utwardzania jezdni przed położeniem asfaltu. Materiał leżał usypany w stożek na złożonej w czworo starej plandece. Przypomniała sobie, że w kabinie „Niezwyciężonego” widziała w bocznej wnęce grube skórzane rękawice robocze.

– Najważniejsze, nie zostawić żadnych śladów po sobie. – Głośno myślała. – Zajmę się tym później, najpierw muszę usunąć nieboszczyka.

Wróciła do maszyny i uruchomiła silnik. Przejechała tam i z powrotem kilka razy słysząc tylko zgrzyt ciężkiego walca. Na ziemi została mokra plama z fragmentami ubrania wprasowanymi w podłoże, jawny dowód zbrodni. Rękami uzbrojonymi w rękawice zsunęła większą część szutru leżącego na plandece, pozostawiając tylko tyle, ile mogła przeciągnąć w kierunku walca. Ładunek rozsypała po mokrej plamie i przejechała walcem. Zrobiła to jeszcze kilka razy, każdorazowo posypując miejsce szutrem przed każdym przejazdem. Miejsce tragicznego wypadku przybrało w końcu naturalny wygląd. Ciało zniknęło bez najmniejszego śladu na ubitej walcem powierzchni. Na zakończenie operacji ustawiła walec w takim położeniu, aby zakrywał miejsce, gdzie w ziemi ukryte były szczątki człowieka.

Wróciła do kabiny. Potrzebny był jakiś płyn zmywający brud lub dezynfekujący. Przy wjeździe na parking znalazła butelkę z fioletowym płynem oraz pusty litrowy pojemnik po środku czyszczącym. Stały w drewnianym skrzynce po bananach pozostawionej przy ścianie prowizorycznej stróżówki. Otworzyła butelkę i powąchała. Był to rozpuszczalnik. Miała szczęście, obok leżało jeszcze kilka szmat. Skropiła je obficie i starannie wytarła wszystkie powierzchnie, jakich dotykała gołymi rękami. Nie było tego wiele: uchwyty wejściowe do kabiny, sama kabina, a właściwie tylko siedzenie z oparciem, kierownica i przyciski.

Rozejrzała się wokoło zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniała. Wszystko wydawało się być w porządku. Przy wjeździe na parking stała prymitywna drabina oparta o dach prowizorycznej stróżówki. Weszła na nią i usunęła kamerę, brutalnie wykręcając ją z podstawy. Cały czas miała na rękach rękawice. Modliła się, aby nagranie nie zostało zarejestrowane gdzieś w biurze głównym firmy.

Skierowała się do bramy, aby jak najszybciej opuścić tragiczne miejsce, pamiętając o kamerze, rękawicach, butelce plastikowej z niewielką ilością rozpuszczalnika oraz szmatach. Zmoczyła je rozpuszczalnikiem i przetarła nimi bramę w miejscach, których dotykała ręką. Resztę płynu rozlała na ziemi na wypadek, gdyby policja chciała użyć psa do tropienia śladów. Wszystko włożyła do torby plastikowej, którą na wszelki wypadek zawsze nosiła ze sobą, ponieważ prawie nie zajmowała miejsca.

Parking przypominał miejsce opuszczone, jakby nikt się nim nie interesował. Pomyślała o walcu.

– Kto będzie kradł wielką maszynę budowlaną? Zresztą jest ona ubezpieczona – przypomniała sobie słowa ojca, który nigdy nie zainstalował żadnej kamery na otwartym placu za domem, gdzie trzymał cały swój dorobek.

Agnieszka Zena nie pojawiła się więcej w rodzinnym mieście. Pozostało dla niej miejscem na zawsze przeklętym. Nie czuła, że to ona była winna śmierci człowieka. To Preminger ją sprowokował, a potem nastąpiła awaria, Czysty przypadek losu.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 października 2020

0Shares

Rasizm wczesnojesienny. Opowiadanie krótkie i bezwstydnie dosadne.

Poszedłem na spacer. Wszędzie widziałem rasizm. Postanowiłem go zilustrować i opisać w 150 słowach. Najpierw zdjęcia.

To efekt golenia trzech psów lub jednego ale w trzech odsłonach. Nienawidzę psów. To inna rasa człowieka. Szczekają, nie mówią.

To maszyny na budowie Nowej Bulońskiej w Gdańsku. Wyglądają niewinnie. Wyprodukowano je w Skandynawii, nie u nas. Nienawidzę Skandynawów. To obcy, mieszkają na północy i mówią innym językiem.

To obrazki z Afryki. Popatrzcie na ich skórę, włosy i wyraz twarzy. Oni widzą nas kolorowo. Dla nich jesteśmy białasami. Pisał o tym Faulkner. Nienawidzę białych, czarnych i Faulknera. Afrykanie i Amerykanie nie są nasi. Są odmieńcami. Mówią dziwnym językiem, bulgoczą.

– Nigdy nie wpuścimy ich do siebie. Tak powiedział siwy Indianin, wódz plemienia Toffu. Wielu go słucha. Ja go nie słucham, choć to nasz własny ksenofob.

– Rasizm to nienawiść odmienności. Wystarczy być ograniczonym, aby nienawidzić odmienność. Do diabła, mam nadzieję, że wyraziłem się jasno!

0Shares