Cień wielkiego sztukmistrza. Opowiadanie.

Wszyscy pragnęli choćby raz z życiu zobaczyć Leona Witusa, zwanego powszechnie Sztukmistrzem, ukazującego się dwa razy w tygodniu w budynku parlamentu Abstrakcji. Od czasu odejścia na emeryturę Witus pojawiał się tam regularnie na ścianie w formie cienia.

– To mój dar dla potomnych – powiedział, zanim po raz ostatni zacisnął usta, jak miał we zwyczaju, kiedy pytano go o coś, o czym nie miał chęci mówić. Był pod tym względem powściągliwy jak i konsekwentny. 

Leon Witus od lat udzielał się w parlamencie. Na życzenie większości parlamentarnej prezentował tam własny program cyrkowy. Był dyrektorem cyrku oraz znakomitym treserem. Tresował głównie konie, psy i małpy oraz ekwilibrystów cyrkowych, pragnących nauczyć się utrzymywania równowagi w ekstremalnie trudnych sytuacjach. Był to człowiek wyjątkowo utalentowany. Ludzie znający jego metody i osiągnięcia przypisywali mu cechy wręcz demoniczne.

– On potrafi ugnieść człowieka jak plastelinę – Wyznał kiedyś jego bliski współpracownik, zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla branży cyrkowej, z której się wywodzili.  

W dniach obrad parlamentarnych Sztukmistrz siedział spokojnie i przysłuchiwał się dyskusjom. Czasem zagłębiał się w ekran iPada, smartfonu lub czytał książkę. Miał swoje hobby i słabości. Był bezpośredni i uczciwy i nie krył się z nimi. Nikt nie miał mu tego za złe, ponieważ był powszechnie lubiany, oczywiście z pewnymi wyjątkami. Z czasem stał się  wpływowym działaczem parlamentarnym oraz wzorem uczciwości i dobroczynności dla dużej części społeczeństwa. Z tego względu nazywano go także Prawdziwym Człowiekiem. Kiedy odszedł na emeryturę, przyjęto to jakby odszedł na zawsze.

– Został po nim wspaniały dorobek duchowy i wspomnienia – pocieszali się przewodnicy wycieczek, gromadzący się z rana w małej grupie obok długiej kolejki ludzi pragnących zwiedzić parlament. Ich rolą było oprowadzać wycieczek po parlamencie.

Odejście Wielkiego Sztukmistrza na emeryturę pociągnęło za sobą zmiany w parlamencie. Tę część budynku, gdzie spędził większość swego pracowitego życia służąc narodowi i sprawie, przemieniono na Mauzoleum Wielkiego Sztukmistrza a miejsca na korytarzach, którędy się poruszał, odgrodzono barierkami. Kuratorem mauzoleum został najbliższy współpracownik Sztukmistrza, popularnie zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla pracowników branży cyrkowej.

Na zlecenie minister kultury, ślady w podłodze, gdzie Wielki Sztukmistrz klęczał i wstawał z kolan, odlano w złocie i przekazano do Muzeum Narodowego. Licencję na produkcję podobizn jego twarzy, miniaturek śladów klęczenia oraz na powielanie jego słów otrzymała firma Agara. Już po dwóch miesiącach podobizny i miniaturki trafiły do kiosków z pamiątkami rozsianymi po całym kraju. Produkcja akcesoriów upamiętniających Sztukmistrza dopiero po roku dogoniła popyt.

Rząd Abstrakcji pragnął, aby postać Wielkiego Sztukmistrza znalazła się także w Muzeum Figur Woskowych w Londynie. Premier Cichy wystosował w tej sprawie pismo do muzeum. Nie było to udane przedsięwzięcie. Najpierw odesłano pismo z adnotacją, że adresat jest nieznany. Po zbadaniu sprawy okazało się, że zamiast do Muzeum Figur Woskowych zaadresowano je do Muzeum Figur Wojskowych. List błąkał się przez dwa miesiące po Ministerstwie Obrony Narodowej w Londynie, zanim udzielono odpowiedzi.

Zaadresowany już poprawnie drugi list premiera dotarł we właściwe miejsce. Ku rozczarowaniu obywateli Abstrakcji dyrekcja muzeum odmówiła wystawienia u siebie podobizny Wielkiego Sztukmistrza. Jej dyrektor odpisał, że postać jest im mało znana. W Abstrakcji wywołało to wielkie oburzenie, kiedy dodatkowo ujawniono, że w rozmowie telefonicznej pracownika gabinetu premiera Cichego z Muzeum Figur Woskowych jego urzędnik miał powiedzieć:

– Who the hell is that bloke?! Nobody here has ever heard about him! Do diabła, kim jest ten facet?! Nikt nigdy o nim tutaj nie słyszał!

W odpowiedzi rząd Abstrakcji powołał Fundację Wielkiego Sztukmistrza, aby uwiecznić jego imię i osiągnięcia.

Kiedy na ścianie mauzoleum ukazywał się cień Witusa milkły głosy a oczy zwiedzających zachodziły mgłą wzruszenia. Cień nadchodził z reguły z prawej strony korytarza i posuwał się naprzód spokojnym, równym krokiem, pozostając w środku kolumny ochroniarzy. Przed nim, z przodu, z boku i z tyłu, milcząco osłaniali go solidnie zbudowani mężczyźni. Czasem tylko towarzyszył mu jakiś dygnitarz.

– Wielki Sztukmistrz jest dobrze pilnowany, ponieważ jest skarbem narodowym – zwykła wyjaśniać dziennikarzom minister kultury na konferencjach prasowych.

– Leon Witus jest wielkim człowiekiem mimo nienadzwyczajnej postury – skomentował kiedyś w artykule prasowym znany z nietuzinkowych obserwacji dziennikarz prasy niezależnej.

Wiele osób miało mu to za złe, twierdząc, że taka ocena nie jest uczciwa, ponieważ Wielki Sztukmistrz jest w istocie rzeczy dobrze zbudowanym mężczyzną. Niektórzy porównywali go nawet z Napoleonem. Wkrótce opisujący Witusa dziennikarz odszedł z pracy. Jak się okazało na własne życzenie. Wyjaśnił to:

– Zrozumiałem niestosowność tego sformułowania i przyznaję się do błędu.

Nie uczynił tego od razu. W decyzji pomógł mu prawdopodobnie pożar jego nowego samochodu, gdzie w skrytce mały trzymał laptop i aparat fotograficzny. Miał w związku z tym wyrzuty sumienia, że coś chyba zawinił, skoro los tak podle go potraktował. Pożar samochodu dziennikarz zgłosił na policji, ta zaś przekazała sprawę do prokuratury.

– Nie wiedziałem, że dochodzenie w sprawie, kto wywołał pożar samochodu i w jakim celu, nie miało naprawdę sensu – żalił się dziennikarz przyjacielowi.

Sprawa trafiła do prokuratora, który wezwał poszkodowanego, aby go przesłuchać i w końcu mu zakomunikować:

– Widzimy małą szkodliwość społeczną czynu. Tylko pan został poszkodowany. Jedna osoba to jeszcze nie społeczeństwo. Chyba pan się z tym zgodzi.

– Przy okazji, czy pański samochód był ubezpieczony? – zapytała  siedząca obok prokuratora urzędniczka, oferując gościowi spokojny uśmiech pocieszenia.

– Tak, oczywiście.

– No widzi pan. Czyli nic pan na pożarze nie stracił. To tylko powinno umocnić pana w przekonaniu, że był to czyn o znikomej szkodliwości społecznej.

Dziennikarz opowiedział swoją historię przyjacielowi, żyjącemu wspomnieniami o Wielkim Sztukmistrzu. Ten mu odpowiedział:

– Jesteś okropnym pesymistą. Ja nie mam takich problemów. Prokuratura zawsze mi pomaga, kiedy moja sprawa do nich trafia.

Leon Witus, którego cień pojawiał się regularnie co najmniej dwa razy w tygodniu na ścianie mauzoleum, z każdym dniem był coraz pełniejszy. Widać to było po jego brzuchu.

– Nie jest to zjawisko pozytywne – krytykowali Sztukmistrza przeciwnicy parlamentarni, nie tylko zresztą oni. – Za granicą ludzie na tak wysokich stanowiskach bardziej dbają o siebie, ćwiczą, biegają. Sztukmistrz wyraźnie się zaniedbał. Można by pomyśleć, że jest abnegatem.

Oprócz powiększającego się brzucha, kojarzącego się coraz wyraźniej z chorobliwą opuchlizną, w jego sylwetce niewiele się zmieniało. Nadal dumnie obnosił się swoją dużą głowę, oszronioną na szczycie pogłębiająca się siwizną. Jego sylwetka wywoływała coraz liczniejsze komentarze a nawet okazyjne dyskusje; nikt jednak z niego nie żartował. Pytany o coś przez dziennikarzy, mistrz sztuki cyrkowej rzadko się odzywał..

– Ma zasznurowane usta. I to sznurówkami najlepszej jakości – czasem ktoś rzucił niewybredny żart, kryjąc się za plecami tłumu. Na ogół unikano żartów w jego towarzystwie. Skomentował to kiedyś sekretarz osobisty Witusa.

– Żartowanie w towarzystwie Mistrza ma sensu. I tak wiadomo, że nikt nie dorówna mu humorem. Ma on ogromne poczucie humoru, ale rzadko je okazuje.

– Dlaczego?

– Bo jest to człowiek znacznie poważniejszy od nas wszystkich. Żal mu czasu na żarty. On myśli o wszystkich obywatelach, nie tylko o sobie.

– Całkowicie się z tym zgadzam – poparła sekretarza stojąca niedaleko starsza niewiasta, o siwych, opadających na ramiona włosach.

– On zawsze jest taki sam, poważny i odpowiedzialny. Zupełnie jak pan Bóg. Jest też skromny i nienarzucający się: czarny garnitur i czarne pantofle, ciemny płaszcz i ciemna czapka. Przeważnie jest zamyślony, rzadko się uśmiecha. To dlatego, że nieprzerwanie myśli o nas wszystkich i za nas wszystkich. O ojczyźnie, rodzinie, dobrobycie, bezpieczeństwie. Codziennie dziękuję Bogu za to, bo sama nie udźwignęłabym takiego ciężaru. Wystarczy mi, że go posłucham i już wiem wszystko, i jestem szczęśliwa.

Na zamknięcie letniego sezonu wspomnień o Wielkim Sztukmistrzu, Janina Kokoszka, minister kultury wygłosiła przemówienie okolicznościowe.

– Leon Witus jest nie tylko wspaniałym sztukmistrzem, ale i wielkim człowiekiem. Przeszedł na emeryturę, ale jego dorobek i jego postać pozostały i weszły na zawsze do naszego dziedzictwa narodowego. Dzięki niemu dziś wiemy lepiej, kogo kochać, a kogo nienawidzić, komu ufać, a komu nie. Mamy nowoczesne więzienia i obozy kondycyjne dla młodzieży, służące przygotowaniu ich do wielkich czynów na rzecz ojczyzny. Osobiście wspominam go najlepiej jak tylko można. To wielki patriota. To on mnie mianował na to stanowisko, abym pomnażała i sławiła bogactwa naszej kultury. Nie szczędził też pieniędzy na kulturę, zawsze popierał nasze projekty przedstawiane pod obrady rządu. Dzięki niemu mamy to, co najcenniejsze: kulturę narodową bez naleciałości, oznaczoną setkami pomników i tysiącem ulic z nazwiskami naszych bohaterów.

-Będzie co burzyć, kiedy przyjdzie czas zmian – szeptali między sobą kryjący się w cieniu konspiratorzy, na których nikt nie zwracał uwagi.

Były to czasy tak wielkiej niepewności, że nawet Albert Kozło, znany wróżbiarz i jasnowidz, zachowywał ostrożność snując przepowiednie co do losów ludzi i kraju. W czasie wywiadów telewizyjnych na stoliku obok siebie umieszczał wypchanego lelka kozodoja. Był to rzadki eksponat – nocny ptak o szerokiej paszczy sięgającej aż poza oko, otoczonej wieńcem sztywnej szczeciny, ułatwiającej łapanie owadów w czasie lotu. Oprócz pustułki, był to jedyny ptak, potrafiący zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Z jego kształtu, barwy upierzenia i niezwykłości zachowań, wyciągano wniosek, że los niekoniecznie będzie sprzyjać Wielkiemu Sztukmistrzowi.

 

0Shares

Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska.

Trwała zimowa noc. Iwan Iwanowicz zasnął po raz pierwszy. Śniła mu się bezsenność, jak go męczy a nawet torturuje. Postanowił uczynić z niej siłę twórczą, okiełznać jak dzikiego mustanga, zmusić do pracy w kieracie jego poleceń, aby posłusznie zmieniała nieudolne i abstrakcyjne myśli w użyteczne życiowo konkrety.

Tej nocy Iwan Iwanowicz stworzył kilka krótkich Teorii Życia Dobowego, nadając im nazwy stosowne do treści.

Teoria czynnościowa doby: Sen, budzenie się, życie na jawie, usypianie, sen. Teoria dobowa miejsca: Człowiek w łóżku – czas bez butów, człowiek na jawie – czas w butach, przerywany krótkimi fragmentami chodzenia boso po domu, w łazience oraz po zimnym balkonie. Teoria fizjologiczna doby: sen, budzenie się, wchłanianie dowolnej ilości pokarmów, metaboliczna przemiana pokarmów w energię i nawóz naturalny a czarnej kawy w dobre samopoczucie, wchłanianie napojów głównie z plastikowych pojemników, w końcu wykonywanie czynności użytecznych dla siebie, domu i świata.

Po namyśle Iwan Iwanowicz uznał wymyślone teorie za jedną wielką bzdurę. Opis wydrukował, przeczytał ale nic nie poprawiał tylko złożył papier w trójkąt i jeszcze raz w trójkąt. Składanie przypomniało mu Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę takich pojęć jak punkt, prosta, płaszczyzna, twierdzenie i teoria. Kiedy zdał sobie sprawę, że miało to miejsce w VI wieku przed naszą erą, żachnął się, po czym wyrzucił Milesa do kosza zużytych myśli i wspomnień. Czyniąc to myślał:

– Po jaką cholerę mi wiedza w czasach masowego ogłupiania człowieka i cichego mordowania przyrody.

Po odrzuceniu zbędnego balastu Iwan Iwanowicz ułożył się wygodniej i po raz drugi zasnął. Wkrótce naszła go obfitość rekwizytów i wydarzeń teatralnych. Najpierw przyśniły mu się figury geometryczne, figi i stringi w ciapki, fajfus średnich rozmiarów oraz tajemnicze akcesoria damskie ukryte w półcieniu rudego uwłosienia. Iwan Iwanowicz uznał te elementy za przejaw mocy teorii Freuda i jego nobliwych kontynuatorów.

Potem ukazała mu się zmora nocna, chwilę go hipnotyzowała oczami zapożyczonymi od bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Iwan Iwanowicz postawił dać jej odpór stosując na początek krzyk bojowy Krysi P. “Podejdź, chamie, to dam ci w mordę”. Zmagali się jedną rundę, w czasie której Iwan Iwanowicz zyskał przewagę. W drugiej rundzie był już górą, założył zmorze chwyt Nelsona i ją udusił. Słysząc, jak charczała, cieszył się jak dziecko. Co zrobił z truchłem nie pamiętał.

W nagrodę ukazał mu się prezydent Uti w kostiumie Człowieka Skały, i pokazał mu jak trzema uściskami zdławić na zawsze białego niedźwiedzia polarnego, jak nurkować na głębokość dwustu sześćdziesięciu metrów z pingwinami oraz jak skutecznie rządzić krajem rozbudzając w społeczeństwie miłość do II Wojny Światowej oraz siły militarnej opartej na zimnej bombie i popisach tężyzny fizycznej.

– Siłą, brachu, pokonasz głód, brak butów i spadek ciśnienia gazu w rurze – krzyknął pod koniec pokazów prezydent Uti, po czym wstąpił na czerwony dywan w Dziennym Pałacu Władzy i znikł za Wielkimi Drzwiami. Były one tak intensywnie złocone, że można by z nich zrobić sześć tysięcy obrączek dla kobiet z palcami grubości parówki lub osiem tysięcy obrączek dla kobiet z palcami drobnej pianistki.

Iwanowi Iwanowiczowi podobały się wschodnie metody rządzenia. Dodał do nich jeszcze metodę Krzywego Napoleona określającą nowe zasady sprawiedliwego rozdziału przywilejów i uprawnień. Polegała ona na przywiązywaniu sędziów do zwycięskiego rydwanu, nakładaniu im uździenicy z napisem „My, tu, tego, panie, sprawiedliwość” i wykręcaniu głów w stronę, skąd padało światło mądrości oświeconej władzy.

Iwan Iwanowicz postanowił wykorzystać metody obydwu władców już przy najbliższej okazji w celu lepszego zarządzania niesfornymi snami.

– Nie będą kosmate sukinsyny mną rządzić! – krzyknął z przekonaniem, po czym zmiękł zdając sobie sprawę z niestosowności krzyków po nocy.

Z postanowieniem rychłego i pełnego wykorzystania cudownych metod zasnął po raz trzeci, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć. Obudził się dopiero o godzinie szóstej rano, kiedy wierny sygnalista w głowie odtrąbił pobudkę na poranną kawę, dla pewności pukając także kilka razy od strony wewnętrznej w kość skroniową.

0Shares

Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji (tekst uzupełniony dnia 14.12.2019 o godz. 22.48)

Od autora

Na początku zdało mi się (jak każdy zdrowy człowiek miewam przywidzenia), że historia, którą zaczynam, powinna nosić tytuł „Księga dżungli”, gdyż jest ona bogata w sceny życia na obszarze, gdzie splątany gąszcz ludzkich ambicji, uczuć i myśli zmaga się z pustynią bezmyślności, obojętności i ignorancji. Nie obowiązują tu żadne reguły, oprócz instynktu walki, ucieczki i przyczajenia, gdzie zabijanie i zjadanie świeżo upolowanej zdobyczy jest równie naturalne jak wśród dzikich zwierząt. Przedmiotem moich zainteresowań jest człowiek, szczególny gatunek zwierzęcia, wyłoniony drogą ewolucji, istota bardziej bezwzględna niż zwierzę. Człowiek (nie powtarzajcie tego nikomu), w odróżnieniu od zwierzęcia traktuje swoją ofiarę jak wroga lub przeszkodę do celu i potrafi przed jej unicestwieniem obdzierać ją ze skóry, posypując solą, aby pokazać kto tu naprawdę rządzi. Innym jego wymiarem, obcym zwierzętom, jest szaleństwo, perwersja i głupota prowadzące do niezrozumiałych, niekiedy dziwacznych zachowań.

W Teatrze Abstrakcji chcę zawrzeć wszystko, czego doświadczam sam jak i bohaterowie mojej twórczości na jawie i w marzeniach sennych, w fantazjach i urojeniach. Próbowałem tego podejścia wcześniej, ale bez większego powodzenia. Mam nadzieję, że tym razem uderzyłem we właściwą nutę i wydobędę z utworu dreszcz podniet, na jakie wszyscy zasługujemy, przede wszystkim zaś Czytelnicy. Mieści się tu tak wiele wątków, że sam nie wiem, czy nie urosną one do czegoś większego lub nie przerosną moich możliwości. Dlatego proszę Cię, Czytelniku, módl się równie szczerze jak ja, aby wystarczyło mi wyobraźni oraz energii, by doprowadzić to dzieło do końca.

Na pożegnanie powtórzę wcześniejsze ostrzeżenie: oglądając najbardziej bulwersujące sceny oczami swej niewinnej wyobraźni, strzeż się wściekłego psa własnych myśli, gotowego zaatakować cię w najbardziej nieoczekiwanym momencie, aby pogryźć rękę, która go karmi.

Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji

Do stolicy przyjechałem na kilka dni, aby odetchnąć atmosferą wielkiego miasta, zwiedzić Teatr Abstrakcji i obejrzeć którąś z aktualnie wystawianych sztuk. Nie nastawiałem się na żadne konkretne widowisko, chciałem po prostu zobaczyć coś z bieżącego repertuaru, bo dawno już nie byłem w teatrze, a w Teatrze Abstrakcji w ogóle. Wszystko w nim było dla mnie nowe i atrakcyjne.

Zamieszkałem na dziesiątym piętrze czterdziestopiętrowego hotelu Funda, położonego naprzeciwko Teatru Abstrakcji, celu mojej pielgrzymki. Nazwy hotelu nie byłem całkiem pewny, ponieważ ostatnio kilkakrotnie zmieniał on właściciela i nazwę.

Z balkonu apartamentu rozciągał się panoramiczny widok nie tylko na miasto, ale i na okolicę. Mówiono mi, że przy dobrej pogodzie można zobaczyć góry odległe o kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miałem wrażenie, że znajduję się w Abu Dhabi. Był wieczór. Wokół widziałem wielkie wieżowce a za nimi czarną przestrzeń przypominającą otwartą pustynię. Spojrzałem w dół. Mój wzrok przykuły kolorowe litery neonu Teatr Abstrakcji w zmieniającym się strumieniu barw: granat przechodził w płomienistą czerwień, przecinaną pasami czerni i bieli, powracającymi znowu do intensywnego granatu. Wyglądało to jak zaproszenie do piekła.

W ciągu kilku lat Teatr Abstrakcji stał się jednym z najbardziej znanych miejsc w kraju, a nawet na kontynencie, promieniującym oryginalnością swojej kultury. Słyszałem, jak ktoś mówił w przejściu do sali odpraw, kiedy wylądowaliśmy na lotnisku:

– Teatr Abstrakcji spokojnym widzom odbiera sen, a swoim wrogom otwiera rzeźnicki nóż w kieszeni.

Atmosfera panująca wokół teatru intrygowała mnie od dłuższego czasu. Przyjechałem, aby poznać bliżej jego program i zagłębić się nastrój, jakim opromieniał kraj i zagranicę. Był czymś nieporównywalnie ważniejszym niż jakikolwiek inny teatr. Miał w sobie tajemniczą moc.

– To miejsce, skąd promieniuje nowa kultura, wykluwa się nowa władza nad umysłami ludzkimi. – Tak to określał folder turystyczny otrzymany w recepcji hotelu.

Moje książki w jednej księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares