Kronika czasów zarazy. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-22.

Odc. 1 Salomon Ircha

Od kwietnia zaraza wycofywała się opornie i powoli, pozostawiając po sobie coraz mniej symbolicznych szubienic oznaczających liczbę zgonów osób porażonych wirusem. Wszyscy cieszyli się z tych ustępstw, z wyjątkiem ludzi źle życzących narodowi. Salomon Ircha miał zbyt wiele własnych zmartwień, aby poświęcać tym zdarzeniom tyle uwagi, na ile zasługiwały.

Dziewiętnastego dnia drugiego epidemicznego roku Salomon dokonał podsumowania własnego czasu. Miał go tak mało, że zdecydował się na krok drastyczny: podzielenia czasu na kawałki i przydzielania ich osobom, z którymi utrzymywał kontakty. W pierwszej kolejności przyznał je rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Były to przeważnie kawałki piętnastominutowe, łatwe do podziału i rozliczenia. Pod koniec każdego dnia Salomon wykonywał – wczuwając się w rolę skrupulatnego buchaltera – podsumowania sprawdzającego, jak skutecznie zarządza czasem.

Czas i energię Salomon uznawał za jedyne prawdziwe wartości, jakie człowiek otrzymał w darze od Wieczności do wykorzystania między chwilą narodzin a chwilą odejścia w zaświaty. Wieczność była dlań pojęciem bardziej zrozumiałym niż Bóg, z którym nigdy nie udało mu się pokonwersować czy choćby powiedzieć „Dzień dobry, Panie Boże!”.

Na utrzymanie kondycji i zdrowia Salomon poświęcał godzinę dziennie. Wychodził z domu, aby intensywnie spacerować po lesie, pustych drogach i nieużytkach. Wybierał trasy, gdzie jest mało albo w ogóle nie ma ludzi. Wykorzystywał ten czas, rozmawiając przez telefon komórkowy zgodnie z planem podziału czasu. Na otwartej przestrzeni ożywiały go wiatr, świeże powietrze i rozmowy. 

– Kocham otwartą przestrzeń, świeże powietrze, las i rozmowy z przyjaciółmi. Pokochałbym nawet głębię oceanu, gdybym tylko poznał ją bliżej – mruczał do siebie. Najczęściej myślał o Rowie Mariańskim, na dnie którego żyją istoty odporne na niewyobrażalne ciśnienie.

Od pewnego czasu używał kijki nordic walking, aby wzmocnić ramiona słabnące wskutek braku wysiłku. Lubił filozofować na ten temat. Miał także sporo innych tematów do snucia rozważań. Prowadził je z przyjacielem z lat młodzieńczych, Erazmem, rozwagą i mądrością kojarzącym mu się z Erazmem z Rotterdamu, który głosił, że człowiek z natury jest dobry, zło zaś pochodzi z niewiedzy.

– Czasy cywilizacji, Erazmie, nie sprzyjają górnym kończynom człowieka. Co mi po ramionach, rękach i dłoniach, które wskutek nieużywania stają się cherlawe i nie imponują nikomu, ani kobietom, ani mężczyznom. Może tylko osoby słabowidzące dostrzegają coś, co uzasadnia ich istnienie. Ale kto zrozumie słabowidzącego, jeśli zwykłego, dobrze widzącego, człowieka trudno jest zrozumieć?

Odc. 2. Władza i edukacja

Jadąc samochodem, Salomon słuchał radia. Wybierał stacje prezentujące dyskusje na ciekawe tematy, prowadzone w sposób nie uwłaczający ludzkiej inteligencji. Interesowało go wszystko, co pachniało szerokim światem: psy myśliwskie puszczone samopas przez pijanego właściciela, biedacy w trzecim i czwartym świecie, pozostawieni bez szczepionki na pastwę pandemii, ochrona mórz i oceanów traktowanych jako zbiornik odpadów plastikowych, także wpływ wirusa na seksualność i intelekt człowieka. Tematów dotyczących władzy i polityki nie znosił tylko dlatego, że niosły ze sobą zapach nawozu świeżo wyrzuconego z obory. Swoją organiczną niechęć do rządzących tłumaczył na różne sposoby. Raz nawet powiedział sobie dobitnie:

– Chłopie! Ta niechęć wynika z twego własnego niedorozwoju emocjonalno-intelektualnego. Innym ludziom rządzący nie przeszkadzają,  jakoś nie czują smrodu siarkowodoru. Czy ty nie przesadzasz?

Nie mogąc pogodzić się z samym sobą, Salomon uciekał od polityki, aby nie dopuścić do powstania w sercu ładunku nienawiści grożącego eksplozją.

W miarę upływu lat rzeczywistość uwierała Salomona coraz mocniej: duże litery stawały się zbyt małe, myliły się kody i symbole, drażniło postępowanie sąsiadów, gubił klucze i dokumenty, męczyły doniesienia o brutalnej przemocy w rodzinie. Mimo zmartwień i zarazy czającej się za rogiem każdego budynku Salomonowi nie brakowało też rozrywki. Szczególnie polubił ubranego na czarno, brodatego ministra szkolnictwa, niejakiego Kopera, wynalazcy karkołomnych kombinacji lektur, przedmiotów i metod nauczania. Ich karkołomność miała dostarczyć uczniom głębszych przemyśleń jak i fascynacji, słabo obecnych w tradycyjnym nauczaniu. Koper planował ciekawy eksperyment: znające już alfabet małpy miały uczyć się przyrody razem z młodzieżą. Celem eksperymentu było umacnianie jedności człowieka i zwierząt w walce o ochronę środowiska naturalnego. Minister przedstawił dwa postulaty w tej sprawie:

– Uczestnicy eksperymentu będą musieli nosić maseczki i rękawiczki oraz regularnie myć ręce w ciepłej wodzie z dużą ilością piany. Po drugie, małpy muszą się zobowiązać, że nie wezmą brzytwy do ręki, ponieważ historia notowała opłakane skutki takich zdarzeń.

Na pytanie, czy świadomość zwierząt genetycznie bliskich człowiekowi jest dostatecznie wysoka, aby powstrzymać się od brania do ręki niebezpiecznych narzędzi, minister odpowiadał ze spokojem:

– Tak, jeśli wierzymy w porządek świata stworzonego przez Boga. My w ministerstwie jesteśmy osobami głęboko wierzącymi i to daje nam spokój ducha. Osoby niewierzące, ateiści, masoni i komuniści mogą mieć z tym problemy. Na szczęście są oni nieliczni i zawsze możemy ich trzymać pod nadzorem. Myślimy o programie reedukacji nieprawomyślnych grup społecznych, podobnym do stosowanego w Chinach przez dobrze mi znanego ministra edukacji powszechnej, Li-Tona.

Odc. 3 Zuzanna, miłość i rozmowy

Najwięcej czasu przydzielił Salomon Zuzannie. Kochał ją najbardziej ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Lubił o niej myśleć, pieszcząc ją zmysłowo. Była to osoba trzydziestoośmioletnia, może nieco starsza, a jeśli tak, to niewiele, najwyżej kilkanaście lat. Jej kształty można było określić jako matriarchalne; piersi miała pełne powagi, w razie macierzyństwa także pełne mleka. Kiedy ją poznał była kobietą niezamężną, matką dwojga dorodnych dzieci, które były już na swoim.

Salomon przepadał obcować z Zuzanną w przestrzeni fizycznej. Ostatnio była to tylko przestrzeń wirtualna. Nie mogło być inaczej, dopóki nad ludzkim życiem dominował wirus i i jego matka epidemia.

Zuzanna odwzajemniała uczucia Salomona. Nie wahała się mówić o tym.

– Lubię kiedy jesteś zabawny i perwersyjny, kiedy używasz określeń bułeczka i rogalik, których znaczenie tylko my znamy.

– A ja lubię twój śmiech, perlisty, jedwabny, rozjaśniający przestrzeń, zwłaszcza nocą, kiedy robi się chłodniej.

W obojgu żyła dorosłość i infantylność w proporcjach oferujących szanse zachowania harmonii relacji damsko-męskich, nie zawsze łatwych do pogodzenia.

– O czym my naprawdę rozmawiamy? – zadał jej kiedyś pytanie i uśmiechnął się, ponieważ odpowiedź była łatwiejsza niż przewrócenie jednym palcem pudełka zapałek czy zjedzenie świeżej bułeczki fitness. Pytanie nie było potrzebne ponieważ oboje wiedzieli doskonale, o czym rozmawiają i o czym myślą.

Rozmawiali o książkach, o wydarzeniach, przyszłości i teraźniejszości, rzadziej o nowych decyzjach rządu. Ten ostatni temat nie był możliwy do uniknięcia, można go było tylko zminimalizować. Był to drażliwy obszar rozważań, wypełzający spod gęstego dywanu różnych rozmów niby para upartych ślimaków. Oboje go unikali, szczególnie ona, jako osoba rozważniejsza, matka dzieciom, kobieta wyzwolona.

Odc. 4 Erotyka w czasach epidemii

Lubili także erotykę i seks. W czasach wielkiej separacji epidemicznej uprawiali go wirtualnie, ale jak najbardziej poważnie, z zaangażowaniem, posiłkując się słowami, wyobraźnią i fantazjami.

– Seks uprawia się podobnie jak rzodkiewkę, marchewkę i szparagi, warzywa bliskie sercu ogrodnika rozkochanego w wiosennej pogodzie.

Warzywnicza opinia Salomona nie zachwyciła Zuzanny. Powstrzymała się jednak od komentarza mając na sercu dobro wzajemnych relacji. Jej przedłużające się milczenie Salomon uznał za znak rozwagi i mądrości kobiecej. Kiedyś nawet myślał, że dobrze byłoby być kobietą, było to jednak niemożliwe bez zmiany płci.

Oboje lubili szparagi zwłaszcza te większe, białe, bo im się dobrze kojarzyły z dzieciństwem, kiedy podglądali dorosłe pary bawiące się nago na łące. Rozmawiali o tym najczęściej – nie wiadomo dlaczego – w niedziele. 

– Trawa była wtedy niewiele niższa niż struś afrykański. Czy wiesz, że ten ptak sięga dwóch metrów wysokości – zapytała Zuzanna chichocąc.

Porównania tego rodzaju przychodziły jej łatwo, ponieważ mieszkała niegdyś z rodzicami w Republice Południowej Afryki. Z tego czasu pozostało jej zainteresowanie dalekimi wyprawami i literaturą podróżniczą.

– A czy ty wiesz, że struś dysponuje kopytem jak u konia? Kopnięciem może przetrącić kręgosłup niejednego napastnika – uzupełnił Salomon, kojarząc sobie sytuację z brutalniejszą częścią natury – męskim czynnikiem Yang, znanym obojgu z taoizmu, starego systemu filozofii chińskiej.

Taoizm w części dotyczącej życia seksualnego pozostawał dla nich źródłem przemyśleń i ciekawych skojarzeń. Oboje czytali o nim i dyskutowali między sobą. Najbardziej podobała im się idea, że wszystko, cały świat, każde zjawisko, materialne i niematerialne, ma dwie strony, kobiecą Yin i męską Yang. Dopiero połączenie tych dwóch dawało pełnię przeżyć.

– Czy nie jest to urocze? – pytała Zuzanna i wybuchała śmiechem. – Kiedy o tym myślę, czuję to wewnątrz siebie, zwłaszcza w dole brzucha.

– Ten śmiech i te myśli to twój największy wkład w naturę Yin w dobie epidemii, kiedy mężczyzna i kobieta nie mogą spotykać się bezpośrednio, aby doświadczać przepływu energii męskiej i żeńskiej – odpowiedział Salomon.

Czasem zdarzało się, że wchodzili w konflikt, zupełnie nieoczekiwanie, nie mogąc się porozumieć. Pewnego razu Salomon opanowany gniewem chlapnął niepotrzebnie:

– Mężczyzna i kobieta nie są w stanie zrozumieć się nawzajem, ponieważ pochodzą od zupełnie innej małpy.

O ile ta obserwacja wydawała się mu całkiem naturalna, ponieważ lubił mocne skojarzenia i słowa, o tyle Zuzanna mogła zareagować zupełnie odmiennie i obrazić się. Była bardzo religijna i sprawa pochodzenia człowieka nie była jej obojętna. Uświadomił to sobie po niewczasie, kiedy słowo się rzekło i przysłowiowa kobyłka stała już u płota.

Zuzanna najpierw zawahała się, a potem powiedziała coś zaskakującego. 

– Masz rację. Dlatego nie będziemy się kłócić. Po prostu jesteśmy różni. Ty masz ogon a ja, będąc innego pochodzenia, nie mam. Ty jesteś samcem, a ja samicą. I nie ma znaczenia czy pochodzimy od małpy, czy nie. Po prostu pochodzimy skądś, najpewniej z Afryki.

To stwierdzenie rozbroiło Salomona. Od tej pory, kiedykolwiek poróżnili się, przypomniał sobie pochodzenie mężczyzny i kobiety i różnice z niego wynikające. To mu ułatwiało życie.

Odc. 5 Leon Bury

Temat wrogów narodu wracał często na wokandę spraw obywatelskich, prowadzoną przez telewizję, portale informacyjne, dzienniki prasowe i inne media włącznie z sieciami przekazu plotek i donosów.

– Nigdy nie brakowało nam wrogów – podsumował na wieczornej uroczystości żałobnej prowadzący ją Leon Bury – a dzisiaj w dobie pandemii, mamy ich jeszcze więcej. Stwierdzając fakt, Leon Bury najczęściej nie określał, kogo konkretnie ma na myśli. Było to prawdopodobnie niepotrzebne, ponieważ ludzie go słuchający wiedzieli lub domyślali się o kogo chodzi.

Leona Burego znali wszyscy, był osobą publiczną, opiniotwórczą, słyszały o nim nawet dzieci. Co do wieku i wyglądu, był to mężczyzna w sile wieku, korpulentny i stateczny.

– W sprawach obyczajowości i moralności jest on zręczniejszy niż małpa – mówili o nim złośliwcy, dodając niekiedy, że jest człowiekiem niedouczonym, ponieważ nie umie jeździć samochodem i nigdy nie był w banku. Co do samochodu, to zapewne nie potrzebował mieć prawa jazdy ani umieć jeździć, ponieważ przez całe życie otaczali go ludzie uczynni   chętnie wożący go własnym autem. Sprawa rachunku bankowego była nie do zweryfikowania.

Oskarżany o nietypowe skłonności, nawyki i przywary Bury zachowywał się spokojnie, nie zaprzeczał ani nie potwierdzał. Raz tylko się uniósł podnosząc głos, kiedy ktoś wyraził się niechętnie o tradycji narodowej:

– Za mojego dzieciństwa w powszechnym użytku były drabiniaste wozy konne i tak było dobrze. Nie lubię, jak ktoś to krytykuje. Niech lepiej ci osobnicy, co nie znają tradycji, zamkną swoje kanciaste mordy. Wszystko, co jest częścią naszej tradycji jest godne zapamiętania, kultywowania i upowszechniania.

Spora część społeczeństwa uważała go za dziwaka a nawet odmieńca. Nie ulega wątpliwości, że był kontrowersyjną postacią. Było to dziwne, ponieważ był także człowiekiem lubianym, wpływowym, obracającym się w najlepszym towarzystwie. Miał wielu zwolenników. Żartowano, że szli oni za nim krok w krok niezależnie od tego czy udawał do kościoła, do toalety publicznej, na wystawę jachtów pełnomorskich czy na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie nieznanych bohaterów zasłużonych dla historii i tradycji. Najbardziej oddani mu byli członkowie Stowarzyszenia Pobożni i Wierni, łączącego wspólnotą poglądów chrześcijan zrzeszonych w Kościele Boga Wyrazistego. Kościół ten nie pozostawiał cienia wątpliwości, co jest słuszne a co niesłuszne, co jest dobre a co złe w ludzkim postępowaniu. W tym tkwiła jego siła. 

W sumie Bury był osobnikiem o serdecznym (aczkolwiek dla części społeczeństwa niezrozumiałym) stosunku do rzeczywistości. Według osób dobrze go znających starał się czynić dobro, godzić ludzi w ich namiętnościach i oczekiwaniach, inaczej mówiąc szukać porozumienia.

Odc. 6 Profesor Zybe

Prądy dobra, zła i niepewności od dłuższego czasu krążyły nad krajem, pogłębiając zamieszanie wynikające z epidemii wirusa Dracula. Objawiały się nie tylko chmurami zarazy wiszącej w powietrzu, ale także osobowo, w konkretnych ludziach, deformując ich charaktery. Społeczeństwo dzieliło się na części, części na frakcje, frakcje na grupy i podgrupy. Nikt nie mógł się w tym połapać, nawet socjologowie i psycholodzy społeczni. Jedynie profesor Zybe był zorientowany w tym galimatiasie.

– To człowiek, który się kulom nie kłania – powiedział kiedyś o profesorze prezydent Lambreki i zaraz uzupełnił: – Mam na myśli zabójcze pytania zadawane mu przez niechętnych mi dziennikarzy.

Obydwu mężczyzn łączyły więzy bliskości intelektualnej, towarzyskiej oraz zainteresowań.

– Jesteśmy z tej samej gliny. Wiem co mówię, bo znam się na tym.

W trakcie wywiadu prezydent przebywał w swoim warsztacie, gdzie oddawał się projektowaniu i wytwarzaniu ceramiki artystycznej. Było to jego ulubione hobby. W jego gabinecie w pałacu wisiało na ścianach kilka dużych zdjęć pokazujących jak wręcza wykonany własnoręcznie ozdobny talerz lub wazę jakiemuś dygnitarzowi zagranicznemu. Byli wśród nich królowie, prezydenci państw i premierzy.

Na temat podziałów społecznych zabrał głos w telewizji profesor Zybe, doradca prezydenta. Był to ekspert, którego lubiano zapraszać do udziału w programach telewizyjnych, szczególnie serwisów wiadomości i programów edukacyjnych. Profesora wyróżniała siwa czupryna przetykana szlachetną rudością oraz dwudniowy zarost na szczupłej twarzy, który pieszczotliwe nazywał szczeciną. Zawsze był w dobrym nastroju, uśmiechał się, cokolwiek nie mówił. Nawet kiedy wspomniał osiemdziesiąt tysięcy osób zmarłych wskutek zakażenia wirusem, łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Widzowie uważali takie zachowanie za budujące w czasach powszechnego przygnębienia, czerpali z niego pocieszenie. Nie wszyscy oczywiście podzielali ten pogląd.

– Temat podziałów społecznych nie jest niczym wdzięcznym do dyskusji – podjął profesor. Sprawy są skomplikowane. Rozmawiamy o nich bardzo często z panem prezydentem, ale jeszcze nie wypracowaliśmy właściwego stanowiska. Nie jest to łatwe, ponieważ pan prezydent jest niezwykle zajęty. Jest w rozjazdach. Budujemy nową rzeczywistość i musimy ją ustawicznie rozwijać i doskonalić.

O złożoności sytuacji widzianej przez pana prezydenta i jego doradców, profesor Zybe wypowiadał się wstrzemięźliwie i dopiero po dłuższym zastanowieniu się.

– Są wśród nas ludzie jątrzący atmosferę dobrych relacji społeczeństwa z władzą w bolesnym dla wszystkich okresie walki z wirusem Dracula. Chodzi mi o grupę o wyraźnie dywersyjnym charakterze, której większość stanowi opozycja. Jest też inna grupa usiłująca przekształcić społeczeństwo w “perpetuum mobile”, maszynkę przerabiającą gospodarkę na kawałki. Starają się zniszczyć nasz przemysł posługując się szlachetnymi hasłami walki o czyste środowisko naturalne. W istocie rzeczy mają na uwadze tylko swoje interesy i nic więcej. Każdy z tych ludzi ciągnie w swoją stronę, każdy jest w coś zaangażowany. Tylko pan prezydent pozostaje bezstronny i stoi na straży praworządności, porządku i ładu. On broni twardo naszych interesów, kopalń, fabryk, hut, tego co konkretne, co tworzy dochód narodowy.

– Czy w tej sytuacji jest ktoś neutralny?

– Ludzi neutralnych światopoglądowo prawie w ogóle nie ma. Wygląda na to, że nie przeżyli lub kryją się po domach, zagrodach, lasach, a nawet ośrodkach wypoczynkowych. Jest to możliwe dzięki zielonym certyfikatom stwierdzającym, że jego właściciel jest zaszczepiony przeciwko wirusowi lub przeszedł zakażenie wirusem. To nowa rzeczywistość.

– Czy pan sądzi, panie profesorze, że to się szybko zmieni?

– Nie widzę takiej możliwości. Czekają nas raczej niezbyt pomyślne niespodzianki, o których wolę nie mówić na razie. Są to elementy obecne w każdym z trzech scenariuszy przyszłości, pozytywnym, realistycznym i negatywnym, opracowywanych przez zespół doradców pod przewodnictwem pana prezydenta. Wkrótce państwo o nich usłyszycie. Przedstawi je prezydent Lambreki w swoim orędziu o stanie państwa.

Odc. 7 Początki wielkości.

Sosnowy las podziałał na Salomona orzeźwiająco. Krople wilgoci wisiały na igłach i gałęziach drzew tworząc girlandy bajecznej przezroczystości. Było chłodniej niż poprzedniego dnia. W rozmowie z Zuzanną zapomniał o niefrasobliwych aluzjach erotycznych i żartach. Jak zwykle w czasach epidemii rozmawiali ze sobą telefonicznie.

Kilkanaście minut wcześniej, jadąc samochodem w kierunku lasu, słuchał radia.

– Nad krajem wisi wielka chmura epidemiczna i nie zamierza odejść. Ludzi przytłacza ciężar wielkiej niepewności, zginając ich ku ziemi. Po raz kolejny spadł na nas blady strach.

Słowa kobiety czytającej dziennik nie były dokładnie takie, jak to zapamiętał Salomon. W głowie pozostały mu słowa: epidemia, chmura, ciężar, strach.

Rodzący się porządek w kraju wiązał ze sobą losy Salomona Irchy, Zuzanny, Leona Burego, Erazma i co najmniej setki innych osób. W tle tych powiązań istniały kolejne setki, tysiące i miliony osób. W opinii artystów, ludzi o szczególnej wrażliwości, dodawało to odrobinę kolorystyki społeczeństwu poszarzałemu przez epidemię.

W trudnych czasach ostoją normalności i stabilizacji kraju stawał się Leon Bury. Coraz więcej osób nazywało go człowiekiem-opoką, mężem-okolicznościowym, dobroczyńcą narodu. Przyjmował to z satysfakcją, nieświadomie wrastając w te role. Po pewnym czasie sam siebie już tak określał. Raz lub dwa razy przypomniało mu się powiedzenie, że wielkie czasy tworzą wielkich ludzi. Nie było w tym skromności, ale też nie uważał, że powinien być skromny. Czuł, że on jeden rozumie zachodzące zmiany i jest w stanie zapobiec wielkim kłopotom grożącym społeczeństwu, a nawet katastrofie.

Rozmawiał o tym z przyjaciółmi, coraz liczniej skupiającymi się wokół niego.

– Czasy wymagają od nas śmielszego myślenia, bardziej abstrakcyjnego, nawet absurdalnego, nieuniknionego w post-wirusowym społeczeństwie przyszłości.

Przyjaciele umacniali go w przekonaniu, że powinien energicznie włączyć się w nurt troski o kraj i naród.

– Nie wahaj się, Leonie. Jesteś osobą majętną, posiadasz wielkie środki materialne, masz pomysły i co najważniejsze masz w sobie determinację.

To go dodatkowo nakręcało. Dzieląc się swoimi przemyśleniami, zaskakiwał przyjaciół niezwykłością poglądów. Mówił prosto i przekonywująco, czasem tajemniczo.

– Musimy utrzymać kierunek zmian ku lepszemu, porządek na ulicach, w domach i w głowach. Nie możemy się poddać wirusowi. Musimy stać się bardziej elastyczni, więcej rozumieć, szybciej reagować, nie dać się niczym zaskoczyć. Zastój jest najgorszy. Jest jak cholesterol blokujący przepływ krwi w żyłach. Moja w tym głowa, aby kraj szedł we właściwym kierunku – Bury mówił to otwarcie i ludzie mu wierzyli. Rzadko występował publicznie, ale zawsze wyzwalał w słuchaczach aplauz, pochwałę dla swoich myśli i przekonań.

Erazm i Salomon zachowywali wstrzemięźliwość w ocenie jego postępowania. Byli sceptykami.

– Oczywiście nie wszyscy są mu życzliwi – zauważył Salomon. – Nie wszyscy podzielają jego poglądy.

– Tak to bywa w społeczeństwach aktywnie poszukujących drogi zbawienia w okresie wielkich kłopotów i wyzwań – dodał Erazm.

Jak zwykle zgadzali się ze sobą, lecz nie wyzwalało to w nich żadnego sygnału ostrzegawczego.

Odc. 8 Ciężka noc

Po pracowitym dniu, Leon Bury układał do snu, marząc o spokojnej nocy. Przypomniały mu się wydarzenia dnia, spotkania i rozmowy. Nie mógł zasnąć. Jego wyobraźnia falowała, miał wrażenie, że jest w nieprzerwanym ruchu. Na ścianie wisiały oprawione w ramy portrety jego ojca i dziadka; widział jak falują ich wąsy i włosy; twarz ojca powiększała się a dziadka zmniejszała, że aż się zdziwił.

Aby oderwać się od niespokojnych wrażeń, oddał się marzeniom. Marzył o społeczeństwie miłości i dobrobytu, w którym ludzie kochają się wzajemnie i żyją w dostatku, gdzie sprawiedliwość jest nie tylko w sądach ale także w biurach, domach, na ulicach i placach zabaw. Przypomniał sobie kioskarza zwracającego mu dwadzieścia groszy jakie nadpłacił poprzedniego dnia kupując gazetę. Niewiele to pomogło. Przypomniało mu się muzeum sztuki dawnej; sumienia postaci malowanych przez średniowiecznych mistrzów pulsowały na tle nieba spadając w głąb czerwonoczarnych czeluści piekła.

Mężczyzna skoncentrował się nad tym, co zachodzi w jego głowie. Nie udało mu się jednak zapanować nad przywidzeniami, pojawiły się tylko nowe obrazy; Bury oglądał szlachetne czyny i dobroć ludzi. Świat zmieniał się; ludzie byli coraz lepsi, owoce coraz słodsze i każdy obywatel miał pieniądze pozwalające mu na godne życie.

Następnego dnia w rozmowie z gospodynią prawda wyszła na jaw. Pod jej nieobecność Leon naparzył sobie nie te zioła co należało i niepotrzebnie wypił podwójną dawkę. Leokadia, kobieta o marsowym wyglądzie doświadczonego w bojach morsa, popatrzyła na niego z dezaprobatą. Leon przyjął to z godnością. Tylko jej jednej uchodziło na sucho cenzurowanie jego słów i postępowania. Znała go od urodzenia; najpierw go niańczyła, potem była jego opiekunką. Pozostało w nim wiele dobrych wspomnień z tych czasów; brała go w obronę przed starszym rodzeństwem, kuzynami oraz silniejszymi kolegami.

W towarzystwie dobroczynnym „Hosanna”, którego był fundatorem, Bury przedstawił swoją wizję przyszłości. Czuł, że musi podzielić się optymizmem, aby przynieść ludziom ulgę w warunkach epidemii.

– Wierzę, że idą czasy spokoju, kiedy nie będziemy już się bać wirusa. Miałem widzenie, że ulegnie on degradacji i skurczy się tak bardzo, że nie będą mogli go dostrzec nawet naukowcy dysponujący mikroskopami elektronicznymi, ani wyobrazić go sobie nanotechnolodzy i matematycy wierzący w nieskończoność małości.

W tylnym szeregu słuchaczy ktoś mruknął:

– Ani specjaliści od dzielenia włosa na czworo.

Uszczypliwości i niemiłe komentarze nie szkodziły Leonowi Buremu; ufała mu coraz większa liczba mieszkańców kraju.

Odc. 9 Kraj w ampułce

W dniu trzydziestego pierwszego maja drugiego roku epidemicznego w kraju pogłębiło się rozdwojenie jaźni. Fachowcy z branży psychologii nazwali to fachowo rozszczepieniem.

– To nic innego jak widzenie innych ludzi, świata, organizacji, siebie a nawet zwierzęcia w barwach całkowicie czarnych lub całkowicie białych. Nic nie jest częściowo dobre i częściowo złe, tylko jest albo zupełnie dobre albo zupełnie złe, bezbrzeżnie mądre albo nieskończenie głupie. Dokładnie tak jak szczepionka przeciwwirusowa – dla jednych ratunek, dla drugich potępienie.

Do słów brzmiących jak zapowiedź gołoledzi latem posypały się komentarze, opinie i oceny.

– Starzy ludzie zajmują się swoimi sprawami, ogródkami i narzekaniem, podczas gdy młodzi żwawo przebierają nogami, zdejmują maseczki, pracują i żyją myślami o zupełnie czym innym. Pierwszym chodzi o przetrwanie w spokoju, drugim o pieniądze, sukcesy, czasem o seks, dzieci i nowy samochód. Władza rozeszła się z narodem, bogacze z biednymi, naiwni i ignoranci odłączyli od grona ludzi myślących i refleksyjnych. Jednym słowem powstał niesamowity galimatias, zachowujący pozory porządku i ładu. Najgorsze jest to, że wszyscy wdają się w dyskusje z wszystkimi, przez co nie ma czasu na myślenie i miłość bliźniego.

– Dzisiaj nikt się nad niczym nie zastanawia, tylko od razu mówi. Ostatnio modne stało się powiedzenie:

– Potrzeba nam ładu i porządku.

– Z ładem nie jest może źle, bo on już jest i w dodatku jest całkiem nowy, ale mało kto w niego wierzy. Wygląda to w sumie jak kwaśna cytryna i słodki szczypior na zdechłym śledziu – podsumował Walter Korona, naoczny świadek i obserwator zdarzeń bieżących.  

Jeszcze tego samego dnia uwagę zdezorientowanego wirusem społeczeństwa skupiło kilka niezwykłych wydarzeń. Ich akcja rozwijała się stopniowo, punkt po punkcie, jak w dobrym scenariuszu ambitnego kina, gdzie jest dużo ruchu i przekleństw a mało treści i rozumu.

Marian B, do niedawna arystokrata pomocny władzy, mający w herbie zapiekłą dumę i sylwetę nieugiętego tura, wyszedł przed budynek swego urzędu i grzbietem dłoni na odlew wymierzył na odległość siarczysty policzek wysokiemu urzędnikowi państwowemu.

– Nie będę kalać moich spierzchłych warg imieniem i nazwiskiem tego przestępcy, bo wszyscy je znacie. To on wydał zupełnie niepotrzebnie wory pieniędzy na wasz koszt a teraz to jeszcze śmieje się wam w oczy.  

Odc. 10 Obrona

Kilka godzin później wypowiedź oskarżycielskiego Mario dotarła do adresata. Wysoki urzędnik nie pokazał po sobie, że czuje się poszkodowany; szybko i sprawnie strząsnął z gładko wygolonej twarzy bolesny skurcz. Zadrżały mu tylko dwie drobne żyłki koło nosa, dowód irytacji na bezprecedensowy atak na jego ludzką godność. Mówił bez emocji dobierając słowa.

– To tylko spadł mały deszcz. Nie mam pojęcia dlaczego, bo zapowiadano ładną pogodę – wyjaśniał powoli swoje racje na zwołanej ad hoc konferencji prasowej. – Od jednego uderzenia w twarz nie rozchoruje się, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mogę powiedzieć wszystkiego, ponieważ mamy epidemie i muszę przestygać zasad kodowania, zaciemnienia i godziny policyjnej. Powiem tylko dobitnie, że zrobiłem co powinienem zrobić, zleciłem co trzeba i komu trzeba na poczcie, ponieważ sprawa związana była z obszerną korespondencją. Co więcej, nie boję się krzykaczy. Mam język zdolny obronić mnie przed niesłusznymi oskarżeniami stosując zaprzeczenia i inne triki logiki przemówień. Jestem też pewny niewzruszonej obiektywności, a nawet serdeczności obywatelskiej,  w urzędach, gdzie zapadają decyzje o winie lub niewinności.

Spokojne słowa wysokiego funkcjonariusza wywołały wrzenie w obozie opozycji. Postać mówcy zidentyfikowano jako premiera. Przywódca opozycji, znany pod pseudonimem Wróbel z racji drobnej postaci, komentował w gronie otaczających go sojuszników:

– Ten typ zapomniał jeszcze dodać, że w urzędach, gdzie sprawiedliwość rzekomo stoi na piedestale obiektywności, ma jeszcze sojusznika, który niekoniecznie jest mu przyjacielem – niech mu ziemia lekką będzie – ale i tak zrobi co trzeba dla dobra ich wspólnej sprawy, jaką stanowią pieniądze państwowe.  

Tego samego dnia ukazała się w mediach się informacja, że w kraju zwolniono z obowiązków kilku sędziów. Głos w sprawie zabrał minister Resortu Rozstrzygania Sporów:

– Ci ludzie byli zbyteczni. Brak im było taktu, delikatności, nawet zwykłej kindersztuby. Byli nierozważni, chlapiąc na prawo i na lewo, co sądzą o rzeczywistości. Nie myśleli o niej najlepiej, oceniali ją nieobiektywnie. Cytuję ich słowa:

– Rzeczywistość jest koślawa i wypaczona, nie taka jak w konstytucji i Piśmie Świętym. Prawda jest inna niż głosi to nasz naczelny treser i trener, który z nas – obywateli – chce uczynić posłuszne zwierzęta.  

Ich wypowiedzi były zakamuflowanych przekazem, a to jest niespuszczalne, ponieważ od sędziów oczekujemy jasności wypowiedzi. Prawda, jaką głosili i nadal głoszą, nie jest nam potrzebna, bo jest bałamutna. Mówi się, że prawda jest naga. Nie jestem purytaninem i osobiście nie mam nic przeciwko nagości. Co do samej prawdy, to nie jest ona dzisiaj w cenie, po co nam ona, nie potrzebujemy jej, nikt jej nie potrzebuje, tylko zasłania nam szersze pole widzenia – komentował różanolicy przedstawiciel Resortu Rozstrzygania Sporów.

– Ci sędziowie to sami się zwolnili. Sami się prosili, aby skierować ich na zsyłkę, do pracy przy pługu i roli, odebrać im prawo wykonywania zawodu, zakazać wstępu do budynków publicznych, a nawet oskarżyć o kradzież cyrkli i kanapek ze zjełczałą kiełbasą. Niech nie kradną! Po co komu taka kiełbasa? Mój pies by nawet jej nie ruszył.

Odc. 11 Dziwny poranek Salomona Irchy

Obudziwszy się po nocy cięższej niż wór gnijących zimniaków, Salomon miał chęć skryć się choćby nawet do mysiej dziury. Dręczył go wstyd, że boryka się z czymś tak prostym jak sen, z którym radzi sobie nawet śliniący się osesek. Pierwszą myślą było określić się hasłem „Co z tobą, człowieku?” i szukać odpowiedzi na to pytanie. Była to myśl na tyle dziwaczna i zagmatwana, że szybko z niej zrezygnował na korzyść podejścia do okna i spojrzenia na świat.

Nie oczekiwał tam niespodzianek. A jednak! Była godzina szósta rano. Budynki osiedla Oaza skupiły się w sobie niby grupa szarych słoni. Słońce pogrubiło ich ściany, przekształcając budynki w słoneczne warownie ciszy i spokoju. Salomon rokoszował się widokiem. Odświętny nastrój przerwał mu łomot worka butelek zrzucanych do pojemnika w zsypie na śmieci, oraz dudnienie niekształtnej ciężarówki z napisem „Segregujemy odpady” nadjeżdżającej z lewej strony.

– Parszywy świat! Parszywy los! – warknął Salomon ni to do siebie, ni to do sprawców zakłóceń. Oto huczące metalowe pudło pojawia się w czasie, kiedy ludzie śpią jeszcze słodkim snem osnutym marzeniami o ciepłych pierożkach z jagodami i śmietaną słodzoną leśnym miodem.

– Co za czasy! Epidemia, wór łomocących butek i ciężarówka! – westchnął Salomon. – Tyle przeszkód na drodze do pogodnego nastroju po źle przespanej nocy. 

Dalsza część dnia nie zapowiadała się najlepiej. Dysponując czasem, Salomon czuł w sobie niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy twórczej. Z braku innej rozsądnej opcji zdecydował się poświęcić czas na obserwowanie w telewizji wydarzeń krajowych, ich porządkowanie i wyciąganie wniosków.

W Pokucie, państwie porównywalnym wielkością z puszką fasoli w wielkim światowym magazynie warzyw i owoców, najwyżsi przedstawiciele władz wychodzili ze swoich pałaców, gabinetów i urzędów, aby we zgodnym wysiłku rozrzucać obficie świeży nawóz kłamstw przed społeczeństwem. Salomon słyszał komentarze, jakie wymieniali między sobą:

– Kłamstwo władzy jest podstawą odżywiania się współczesnego społeczeństwa, jest zdrowe i potrzebne, jest gwarancją poczucia dobrobytu i spokoju.

Kiedy odchodzili, odwracali się tyłem do ekranu, objawiając prawdę nagich pośladków wypiętych na widzów i słuchaczy. Telewizja państwowa sprawnie powielała te obrazy, ugruntowując opinię, że jest to jedyna rozumna i radosna wizja świata.

Na rynku, w parkach i na placach zabaw dla dzieci, gdzie dorośli zabawiali się rozmowami o polityce, pojawiały się grupki osób oskarżających opozycję, że nie robi niczego, aby ratować państwo przed deprawacją i grabieżą.

– A co my możemy uczynić? – odpowiadali nieporadnie opozycjoniści. Nie mamy prerogatyw, telewizji państwowej, pieniędzy, nie możemy rozdawać miliardów ani karmić obywateli obietnicami z dwudziestocentowym pokryciem finansowym. Nie mamy nawet prawa głosu w parlamencie.

– Jak to? Macie przecież prawo do jednominutowych wypowiedzi oraz możliwość zgłaszania poprawek! – rozkrzyczeli się przeciwnicy opozycji.

– To tylko tak się wydaje! Te poprawki są wiązane w pęczki sznurkiem dźwięcznych słów marszałkini i następnie przegłosowywane hurtowo, trafiając ostatecznie do kosza historii pokracznych opowieści o parlamencie.

Odc. 12 Dzień Dziecka

Mimo słonecznej pogody coś niezdrowego wisiało w powietrzu, wyprowadzając ludzi z równowagi. Wirus niby ustępował, w istocie jednak kluczył i zwodził ludzi, tworząc wciąż nowe mutacje. Był w tym niepowstrzymany zupełnie jak szalona ćma pędząca do światła. Naukowcy z drżeniem serca myśleli o możliwości pojawienia się mutacji odpornej na istniejące szczepionki. Ich przygnębienie udzielało się społeczeństwu. Pocieszając się, mieszkańcy Pokuty zalecali sobie nawzajem spokój ducha i wytrwałość.

W dniu dziecka wszyscy zapomnieli o wirusie, nieszczęściach, jakie sprowadził na ludzkość i spekulacjach co do przyszłości. Nastał czas radości; składania życzeń maluchom i dorastającej młodzieży. Składano je najchętniej na placach zabaw, w parkach i ogródkach jordanowskich, gdzie panowały przestrzeń i słońce. Ludzie czynu prześcigali się w życzeniach.

Na zielonym skwerze otoczonym kwietnymi rabatami w centrum miasta dziennikarka i kamerzysta stacji telewizyjnej Rubach i Spółka rejestrowali wywiad z Marszałkinią. Nie wszyscy widzowie i słuchacze poznali ją od razu. Była ubrana nietypowo. Zamiast oficjalnej urzędowej garsonki i broszki z czarną różą elegancko przypiętej nad lewą piersią miała na sobie kwiecistą bluzkę i stonowaną kolorystycznie spódnicę we wzory zieleni i błękitu, a na nogach letnie pantofelki. Z jej ust płynęły słowa ciepłe, serdeczne, pełne troski o dzieci i młodzież. Mówiła w pośpiechu, jakby bała się, że dziennikarka zabierze jej mikrofon sprzed ust i nie pozwoli dokończyć życzeń.

– Z Okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka życzę wszystkim maluchom dużo zdrowia, szczęścia, radości, dobrej pogody i wspaniałych zabawek, oraz miłości, na którą każdy zasługuje. Mymi życzeniami obejmuję również Mario B.

– Dlaczego składa pani życzenia Mario B? Przecież to dorosły mężczyzna, w dodatku zajmujący poważne stanowisko – pytanie dziennikarki nie zaskoczyło Marszałkini. Wydawało się, że wręcz czekała na nie, że sama je sprowokowała, gdyż odpowiedziała na nie z szybkością automatu.

– Mario zachowuje się jak chłopiec w krótkich spodenkach, dlatego należą mu się życzenia z okazji dnia dziecka. Oskarża poważnych ludzi o czyny niegodne, malwersacje, przeinaczanie faktów i zaprzeczanie prawdzie. Dlatego traktuję go jak dziecko; nie zasługuje na inne traktowanie.

Czując się w centrum zainteresowania, Marszałkini nabrała energii.

– Nie mogę zamykać oczu ani ust na niezwykłe zachowania Mario, jego ataki na osoby powszechnie znane i szanowane. Szczególnie bolesne są jego oskarżenia pod adresem ciężko pracujących urzędników państwowych dotyczące zupełnie drobnych niedociągnięć, niedopatrzeń i uchybień. Jakieś nieopłacone faktury i niedostarczone w terminie urządzania medyczne; to nie jest poważna sprawa. Mario zapomniał całkowicie, że zdobywali oni te urządzania dla nas wszystkich, u szczytu nasilenia epidemii, kiedy każdy drobiazg, maseczka czy rękawiczki, były na wagę złota. To nieuczciwe postępowanie – wytykać komuś źdźbła w oku, kiedy samemu nie widzi się belki we własnym. Razi mnie jego fałszywa bezkompromisowość, bo przecież sam nie jest bez winy: te jego niby niewinne przekazy serwowane szczodrze jak młóto browarniane kurom-nioskom dla podniesienia ich wydajności, te jego rozliczne konferencje prasowe, spotkania i przemówienia. On gotów byłby nawet pokazać się nago, aby tylko mu uwierzono. To obrzydliwe! – usta Marszałkini wygięły się w wyrazie niesmaku, odsłaniając dwa rzędy drobnych, białych zębów.

– Przecież to jest ten sam Mario B, którego kiedyś chwaliła pani jako wzór godny naśladowania? Mówiła pani o nim, że jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, bardziej przejrzysty niż woda ze źródła Świętego Gerwazego.

Odc. 13 Rozmowa o Mario

– Ten Mario – kontynuowała Marszałkini – którego znałam osobiście, był przyzwoitym człowiekiem. My wszyscy, członkowie Partii Dobrobytu Społecznego, kochaliśmy go i szanowali za jego niezłomność i ludzką życzliwość. Życzyliśmy mu wszystkiego najlepszego. Sama wręczałam mu bukiet kwiatów i gratulowałam awansu. Dzisiaj jest to ktoś inny: człowiek rozgoryczony, nieszczęśliwy, biegający po telewizjach i radiostacjach, spotykający się z byle dziennikarzyną z tandetnym chińskim mikrofonem w ręce lub wydawcą gazety niegodnej nawet podeptania. Po co on spotyka się z nimi? Tylko po to, aby się skarżyć, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jak bardzo jest dręczony przez władze.

– Co takiego się stało, że tak się zmienił? Kiedy to nastąpiło?

Marszałkini popatrzyła na dziennikarkę z niechęcią. Przyglądała jej się przez chwilę oceniając twarz i ubiór. Wydała jej się mało ciekawa, była niska i niezbyt szczupła.

– Wolałabym, aby pani zadawała mi poważniejsze pytania. Otóż Mario zmienił się w dniu objęcia stanowiska prezesa Centrum Kontroli Urzędników. Od tego czasu cierpi na manię prześladowczą. Martwię się o niego. Mówił w telewizji, że ktoś go inwigiluje, nachodzą go jacyś tajemniczy ludzie, aby przeszukiwać mu dom w związku ze zgłoszeniami możliwości przecieków gazu oraz spięć w sieci elektrycznej. A przecież to jest normalne, że tacy ludzie przychodzą do człowieka ze względów bezpieczeństwa. Taka niespodziewana wizyta to bułka z masłem dla obywatela bez obciążeń psychicznych. Ale Mario jest inny. Widzi w tym jakieś zagrożenia. Nie rozumiem, co mu się stało.

– Pan Mario mówił też, że coś innego go jeszcze niepokoi. Martwił się, że Leon Bury, człowiek powszechnie szanowany, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie. Cytuję jego słowa:

– Leon nazwał mnie palantem. Powiedział, abym uważał, aby się nie złamać, bo wyglądam krucho i mogę boleśnie się potłuc.

– Tak! To jeszcze jeden przykład mani prześladowczej Mario, bo pan Leon Bury to człowiek gołębiego serca, dobroczyńca narodu. Nie nazwał go palantem tylko powiedział:

– Mario, wyglądasz jak palant. – To jest różnica. – Potem dodał jeszcze: – Przypominasz mi palanta.

– To nie są powody, aby wszczynać burdy. – Marszałkini była szczerze oburzona zachowaniem Mario. – To jeszcze nie wszystko. Mario mówił także, że codziennie rano sprawdza w swoim samochodzie opony, przewody i klocki hamulcowe, a nawet to, czy nie czuć w nim zapachu środka wybuchowego. Czy tak postępuje ktoś normalny? Czego on się boi? Ja tego nie rozumiem.

Odc. 14 Wirus, redaktor i dobroczyńca

Z krajów Dalekiego Wschodu dochodziły wieści, że afrykańska, europejska i południowoamerykańska odmiana wirusa Dracula łączą się między sobą w aktach kazirodztwa zupełnie jak ludzie produkując bękarty zjadliwsze niż kwas pruski. W laboratoriach farmaceutycznych naukowcy w białych kitlach eksperymentowali z nimi: pakowali je do probówek, oznaczali symbolami i datami, barwili, w końcu traktowali różnymi odczynnikami i temperaturami. Powstałe produkty brali pod mikroskop i rozkładali ich genotypy na czynniki pierwsze, aby wydobyć tajemnice pozwalające tworzyć nowe skuteczniejsze szczepionki. Prezes zarządu renomowanego amerykańskiego laboratorium Zera Codix podsumował wyścig firm o palmę pierwszeństwa. Mówił to w gronie bliskich współpracowników.

– Po opatentowaniu udana szczepionka będzie miała wartość grubych miliardów dolarów. Patent to najprostsza droga do dobrobytu dla ludzi takich jak my, umiejących zorganizować się w think-tanki zasobne w pieniądze i pomysły. Powiem z pewną emfazą, ale bardzo szczerze: Pieniądz to pan, król i cesarz w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Biedacy w krajach trzeciego i czwartego świata nie są w stanie tego zrozumieć, a tym bardziej docenić, ponieważ nie mają pojęcia o prawdziwych pieniądzach. To, co otrzymują w udziale, to ochłapy zrzucane ze stołu zamożnych warstw własnego społeczeństwa oraz całego bogatego świata.

Czy było to prawdą, nie wiadomo. Były to już czasy wielkiej manipulacji, kiedy prawda i fałsz mieszały się ze sobą łatwiej niż wirusy w powietrzu. Tak czy inaczej, słowa prezesa przeciekły na zewnątrz i fala oburzenia zalała media.

– Jak on może tak mówić!? – krzyczały tytuły na pierwszy stronach gazet i portali newsowych.

Burza nie trwała długo; wiele osób doszło do wniosku, że prezes firmy Zera Codix jest cynikiem, co nie znaczy, że nie powiedział prawdy.

– Prawda kłuje w oczy – tym tytułem opatrzył swój artykuł na temat postępowania firm farmaceutycznych Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, organu życzliwego poglądom i poczynaniom władzy w kraju.

Isik siedział w swoim gabinecie z dwoma zastępcami. Pracował nad zabójczym artykułem na temat boga, wiary i nowej krucjaty chrześcijańskiej, chciał zasięgnąć ich rady.

– To będzie coś uderzeniowego, co wstrząśnie fundamentami społeczeństwa Pokuty – wyjaśnił kolegom.

Lubił takie tematy; były kontrowersyjne i mobilizowały osoby mocno wierzące w Boga przeciw elementom obcym, przede wszystkim imigrantom oraz tradycyjnym wrogom wewnętrznym, zwolennikom swobód seksualnych, lewakom, masonom, krytykom tradycji i patriotyzmu i ludziom o wybujałej indywidualności.

Dzięki swojej orientacji Isik miał zapewnione ogłoszenia instytucji rządowych oraz wpływy w kołach zbliżonych do władzy. Nie przyznawał się do tego nikomu, ale utrzymywał kontakty z Leonem Burym, znanym Dobroczyńcą, wyrastającym na potentata wielkiej polityki, człowiekiem coraz mocniej pociągającym za sznurki. Dobroczyńca dysponował dużymi pieniędzmi, miał dobre kontakty, talent do sterowania ludźmi i zapędy autorytarne. Sam Leon Bury wyznał mu kiedyś:

– To, że jestem znanym dobroczyńcą, zawdzięczam w znacznej mierze tobie. Twoja gazeta wybrała mnie kiedyś Człowiekiem Roku i od tego czasu trwa moja dobra passa. Dobrze nam się współpracuje. Oby tak dalej. 

Odc. 15 Przecieki przyszłości

Salomon kończył dzień myślą, że nie był on zbyt udany.

– Mógł być gorszy – mruknął do siebie. Było w tym jakieś pocieszenie. – Tfu! – Dla wyrażenia dezaprobaty i rozczarowania splunął symbolicznie, na świat i na siebie, zły, że takie myśli przychodzą mu do głowy.

Od pewnego czasu czuł się nieszczęśliwy. Bronił się przed tym uczuciem. Było coraz więcej dowodów na to, że epidemia pozbawia ludzi bardziej niż sądzono naturalnych zasobów optymizmu i energii. Myślał o tym; było to myślenie jałowe, ale nie bezzasadne. Nienormalność wkradała się w życie coraz wyraźniej. Udzielało się to nawet dzieciom; stały się bardziej agresywne.

Wieczorem rozmawiał o tym z Erazmem w ramach przedzielonej sobie półgodzinnej działki czasu. Traktował tę rozmowę jak seans terapeutyczny. Nadawali na tej samej fali. Zgodzili się chętnie, że ludziom nie pozostaje nic innego jak czekać na zmianę na lepsze. Salomon nie tracił nadziei, że w końcu nadejdą lepsze a przynajmniej ciekawsze czasy. Przypisywał sobie pewne zdolności przewidywania przyszłości.

– Aby to osiągnąć, trzeba umieć czytać między wierszami – wyjaśnił Erazmowi.

– Mówisz o wyższej umiejętności. Ja patrzę bardziej przyziemnie. Trzeba w ogóle umieć i chcieć czytać. Analfabetyzm wraca do nas wielkimi krokami. Coraz więcej osób nie rozumie prostego gazetowego tekstu. To wtórny analfabetyzm. Mogę ci podać dane liczbowe. Nie oszukujmy się. 

– Nie kracz, człowieku! – nie było w tym zarzutu, tylko zachęta do większej miary optymizmu.

– Nie kraczę. Sam widzisz, co się dzieje. Ludziom wydaje, że epidemia trzyma nas w miejscu. To nieprawda. Społeczeństwo wciąż pęka jak pajda wyschłego chleba na części, które coraz bardziej odsuwają się od siebie. Rozpadamy się na kawałki, powstają różne frakcje i orientacje, z których każda przesuwa się w inną stronę. Nie wiem, czym się to zakończy. Mam nadzieję, że nie całkowitym rozpadem więzi społecznych. To byłaby tragedia. Wyobraź sobie, że wychodzisz z mieszkania i nie poznajesz sąsiadów. Rozmawiasz z nimi  i zdajesz sobie sprawę, że ich nie rozumiesz, a oni nie rozumieją ciebie. Zupełnie co innego ich interesuje, mają inne pojęcia i miary prawdy i kłamstwa, niezależności, Boga i sprawiedliwości. Nic ciebie z nimi nie łączy. Są jakby z innej planety. 

Wzorce zachowań przyszłości przenikały do codziennego życia obywateli Pokuty bardzo powoli, z ociąganiem. Pierwszymi jaskółkami zmian były przypadki zwiększonej agresji u dzieci, depresja, niedopasowanie i wyobcowanie wrażliwszych jednostek. Salomon dopisał do tej listy dalsze pozycje: niezwykłe technologie w rodzaju deep fake’ów, sztuczne organy i redukcja autonomii ciała, sztuczna inteligencja, inwigilacja, oszustwa elektroniczne, cyberwojna, człowiekopodbne roboty, samosterowalne drony, nowe sposoby komunikacji, leki genetyczne. Lista wydłużała się każdego miesiąca. 

Podzielił się tym z Zuzanną, kiedy wreszcie spotkali się po długim czasie niewidzenia. 

-To interesujące, ale straszne – Tylko tyle z siebie wydobyła.

Była to kobieta ulotna, nielubiąca zanurzać się głębiej w otaczającą ją rzeczywistość. Lubiła natomiast słuchać, kiedy opowiadano o niej, jaka jest i jak się zmienia. Rzeczywistość opowiadana była jej bliższa i bardziej zrozumiała, niż tak, którą musiałaby sama zdefiniować i zrozumieć.

Odc. 16 Spotkanie na molo

Lato nadeszło w ciągu dwóch dni. Pierwszy był ciepły; drugi już gorący, dając początek tygodniowym upałom.

– To anomalie pogodowe. Tak już zawsze będzie. To, co nienormalne, staje się normalnością – komentowano prognozy klimatologów. – Dobrą stroną upału jest to, że wytłucze wirusa, a przynajmniej solidnie go ograniczy.

Nadejście gorącego lata zmieniło społeczeństwo; przewidywano szybki odwrót epidemii. Ludzie odrzucili maseczki i rękawiczki ochronne i tłumnie ruszyli na plaże, na place zabaw, do kawiarni i pasaży handlowych, na szlaki rowerowe i do parków.

Salomon i Erazm spotkali się na molo nadmorskim, szumnym i cieplejszym niż westchnienie kochanki. Przyjechali razem z żonami, które od razu zdecydowały się na wspólny spacer aleją ciągnącą się wzdłuż morza między lasem a wydmami. Mężczyźni pozostali w bocznej odnodze molo, gdzie prawie nie było ludzi. Stali przy metalowej barierze i rozmawiali. Po kilku minutach podszedł do nich nieznany mężczyzna. Na czarnej koszulce z krótkimi rękawami widniał napis „NeuroB”. Był sporo młodszy od nich. Jego wysportowana sylwetka i okrągła twarz z ciemnym niegolonym od kilku dni zarostem nie wzbudziły w nich zaufania. Koszulkę uzupełniały spodenki sportowe, pantofle do biegania Adidas, letnia czapka z daszkiem tej samej marki oraz okulary przeciwsłoneczne.

– Przepraszam panów. Stojąc obok słyszałem, o czym rozmawiacie. Poruszacie ciekawe tematy. Rozmawialiście o wirusie, epidemii i jej skutkach. Znam się trochę na tym. Co najważniejsze, jestem pasjonatem zmian, podobnie jak panowie. Chyba nie pomyliłem się? Moje zainteresowania są tak szerokie i rozstrzelone, że na tle nieba wyglądają jak wielki rój much potraktowanych pociskiem armatnim. Czy mógłbym włączyć się do rozmowy?

Nieznajomy wydał im się dziwakiem.

– Turystyczny przybłęda – mrugnęli do siebie porozumiewawczo.

Nie całkiem zdecydowani zgodzili się na jego propozycję.

– Kim pan jest z zawodu? – zapytał Erazm; myśl ta męczyła go od początku przygodnej znajomości. Usiłował to zgadnąć choćby w przybliżeniu. Często mu się to udawało, tym razem poczuł się zagubiony.

– Jestem lekarzem, z wykształcenia także neurobiologiem – wyjaśnił z uśmiechem, dodając: – Jestem także królem.

– Król ubrany na sportowo? – usiłowali żartować. – Czyli taki bardziej letni, bez korony i berła, niezbyt poważny i urzędowy?

– Król to moje nazwisko. Też lubię żartować. Nazywam się Martin Król. Nie Marcin, tylko Martin. Takie imię nadali mi rodzice dla uczczenia pamięci Martina Luthera Kinga, tego czarnego aktywisty amerykańskiego.

Dobrze im się rozmawiało we trójkę. Lekarz był rozsądnie aktywny w dyskusji, nie narzucał się ze swoimi poglądami. Okazał się cierpliwy i tolerancyjny dla poglądów swoich rozmówców. Zastanawiał się nad tym, co mówili. To im się podobało.

Salomon i Erazm kończyli długą rozmowę z przekonaniem, że lepiej rozumieją sprawy medycyny, wirusa, epidemii i obrony przed nimi oraz nadchodzącą przyszłość. Rozchodzili się już, kiedy Martin rzucił niespodzianie:

– Oprócz tradycyjnej epidemii czy też pandemii w postaci wirusa Draculi mamy też sekretną, drugą zarazę.

Zamienili się w słuch.

– Reprezentuje ją pewien wpływowy facet i jego wspólnicy, zręcznie usiłujący podporządkować sobie społeczeństwo drogą przekupstwa, propagandy, manipulacji i dyskretnego zastraszania. Ludzie tego jeszcze nie dostrzegają, a jeśli tak, to ignorują i banalizują, ale to już początek prawdziwej dyktatury – szeptem zakończył Marcin. – Bądźmy czujni!

Przyjaciele popatrzyli na niego z uwagą. Mówił poważnie. Dobrze wiedzieli, o co chodzi, Martin tylko to potwierdzał.

Salomon poczuł zimny powiew, dreszcz przebiegł mu po plecach. Strach przycisnął go do niewidocznego muru. Znał to uczucie z przeszłości. Pozostały w nim złe wspomnienia, które na moment powróciły.

Odc. 17 Sen z prorokiem

W środę wieczorem, zanim poszedł spać, Salomon zjadł obfitą kolację. Stanowiła ją solidna porcja sałatki warzywnej, ćwiartka pięknie przyrumienionej, gorącej kaczki z jabłkami, prosto z piekarnika, a potem jeszcze smażone ziemniaczki. Przejadł się, był zły na siebie tym bardziej, że środa była dniem umiaru w jedzeniu. W nocy miał sen, cięższy niż zawsze. 

Śnił mu się brodaty mężczyzna o twarzy i powadze proroka. Ubrany był w  białą szatę przypominającą luźny płaszcz sięgający aż po kostki. Pod szyją wyglądała spod niej szara koszula z odpiętym górnym guzikiem. Mężczyzna trzymał w ręce oskubaną gęś. Żyła i energicznie trzepotała skrzydłami, usiłując wyrwać się na wolność. Prorok bił nią po twarzach tłum siedzących przed nim ludzi.

Salomon przyjrzał mu się uważnie. Brodaty dostojnik miał rozwichrzone włosy zaczesane do tyłu, poszarpaną kozią bródkę i niedbale utrzymane wąsy. Całe to siwawe uwłosienie przypominało czarną kawę wymieszaną z puszystym kremem do golenia.

– Ten rozwichrzony zarost nie może być naturalny. Chyba koń go długo lizał – pomyślał.

Prosty rzymski nos, poziome zmarszczki pod oczami i przesłodzony głos wpadający w dyszkant chłopca przed mutacją nie pozostawiały wątpliwości. Salomon rozpoznał w proroku profesora Zybego; samą scenę uznał za parodystyczny protest przeciwko reklamom w telewizji.

Prorok Zybe krzyczał „Tylko gęsina jest zdrowa! Jeśliś otyły lub otyła, jedz gęsinę”. Głos lektora wyjaśnił, że sponsorem ogłoszenia były Zakłady Drobiarskie w Zaszłości Górnej.

Gęś była dokładnie oskubana i jakby przyczerniona nad ogniem. Tylko na końcówkach skrzydeł miała pióra. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ptak nie wydawał z siebie głosu. Salomonowi wydało się to dziwne, bo pamiętał gęsi z dzieciństwa jak syczały wyciągając szyje do przodu.

Salomon rozumiał profesora, że jest wściekły. Solidaryzował się z nim, ponieważ też nie znosił reklam w telewizji. Jego wystąpienie było głęboko symboliczne – pokazać szaleństwo reklam, aby uświadomić ludziom ich bezsens. Na koniec ukazała się plansza ze szczegółowym wyjaśnieniem: 

„Szanowni widzowie! To jest antyreklama. Protestujemy wobec nadmiaru reklam produktów rzekomo promujących zdrowie. Proponujemy w zamian zdrowy tryb życia, opierający się na zasadach aktualnych od wieków. 

– Jedz mniej ale zdrowo. Mniej siedź, więcej biegaj. Ogranicz zakupy lekarstw do minimum. Nie kupuj suplementów ani innych produktów służących zwalczaniu biegunki, zaparcia, świądu, alergii, drżączki i podobnych dolegliwości, ponieważ służą one tylko wyciśnięciu z ciebie pieniędzy.

Pod koniec reklamy za plecami profesora Zybego ukazał się prezydent Albert Dyga, jego zwierzchnik, zwany powszechnie Lambrekinem. Stał sztywny jak kołek. Prezydent zaskoczył Salomona. W okresie pandemii w telewizji występował bardzo rzadko, głównie z okazji świąt i uroczystości, kiedy wygłaszał pełne ekspresji orędzie do narodu. Tym razem prezydent zachowywał się niemrawo, niepewnie rozglądał na boki i sprawiał wrażenie rekonwalescenta szpitalnego zagubionego w ciemnym parku. Miał na sobie przylegający do ciała granatowy garnitur w podłużne paski; na szczycie jego głowy sterczały nierówno zaczesane włosy. Wyglądało na to, że prezydent wygłasza przemówienie, ponieważ poruszał ustami, nie wydawał jednak z siebie głosu. Salomon pomyślał, że prezydent musi być zarażony wirusem, jest chory i nie powinien występować w telewizji.

– Wygląda jak jeździec bez głowy, którego koń przyniósł z bezkresnych równin, aby go w końcu gdzieś zrzucić jak worek ze śmieciami – przyszło mu na myśl.

Nie przepadał za Lambrekinem, ponieważ wyrażał się lekceważąco o wirusie i epidemii, a w debatach publicznych rzadko miał własne zdanie.  Żal mu się jednak go zrobiło, kiedy przypomniał sobie, że prezydent był sierotą i wychował się w domu dziecka, gdzie rzadko gości miłość.

Był to najdziwniejszy sen w życiu Salomona. Nie omieszkał podzielić się jego wspomnieniami z Erazmem. Ten wcale się nie zdziwił. 

– Minionej nocy wiele osób miało dziwaczne sny. Nie jesteś wyjątkiem. Naukowcy podejrzewają, że to efekt epidemii i burzowej pogody z silnymi zmianami temperatur i ciśnienia, jaka przeszła nad nami. Minionej nocy zmarło wskutek epidemii znacznie więcej osob niż zawsze. To coś znaczy. Nic nie wskazuje, że zamierza ona szybko nas opuścić. Pamiętaj też, co mówił na molo doktor Martin Król; ta epidemia niesie ze sobą ogromny stres, a z nim nasilenie depresji i zaburzeń psychicznych. Pomyśl o sobie, czy nie jest to początek jakichś problemów.

Odc. 18 Niepowodzenia 

Lato kończyło się fiaskiem opieki zdrowotnej. Państwowy program szczepień uległ spowolnieniu. Szwankowała koordynacja; w niektórych punktach medycznych notowano nadwyżki szczepionek; w innych ich brakowało i ludzie odchodzili rozczarowani. Niepokojący przebieg epidemii pogłębiał bałagan. Wydawało się, że epidemia już się kończy, kiedy ze zwiększoną siłą nadchodziła nowa fala.

W służbie zdrowia zapanował bałagan. Zapisów dokonywano etapowo: najpierw zgłoszenie osoby do szczepienia, potem jej rejestracja, następnie ustalenie punktu szczepień oraz dnia i godziny szczepienia, w końcu udzielenie formalnej zgody na szczepienie i dostarczenie szczepionki. Niektóre punkty szczepień tworzyły własne listy osób według własnych kryteriów. Wpisywano na nie znajomych, członków rodzin i celebrytów określając ich jako pracowników sektora medycznego. Czasami zapisywano zupełnie przypadkowych ludzi.

W najbardziej krytycznym momencie duża część szczepionek straciła ważność. Wszczęto dochodzenie. Przyczyna okazała się druzgocąco prozaiczna: pracownik Magazynu Rezerw Strategicznych, gdzie je przechowywano, nie zauważył daty ważności, ponieważ ktoś odłożył partię szczepionek na boczną półkę.

W pewnym momencie rząd zdecydował się szczepić pracowników służb mundurowych. Ogłosił to sam premier.

– Kto tak mówi? Tylko pijak może powiedzieć coś tak bezsensownego. Premier to lewak. Jeśli taką podjął decyzję, to równocześnie powinien szczepić więźniów, w przeciwnym wypadku nie ma to sensu, bo jedni będą zarażać drugich – Walter Korona, obserwator życia codziennego, aktywnie udzielający się na forach internetowych, nie szczędził rządowi krytyki. Jego opinie kursowały coraz szerzej po Internecie.

Wlecząca się w nieskończoność epidemia rozstroiła kraj. Akcja szczepień rozwijała się coraz wolniej, w końcu prawie ustała. Brakowało szczepionek, a w miejscach, gdzie były one dostępne, brakowało osób chętnych do szczepienia się. Lobby antyszczepionkowe umacniało swoje wpływy i nie było siły zdolnej mu się przeciwstawić.

Ludzie żyli w stresie niepewności, oczekiwań i problemów ekonomicznych. Pojawiły się zachowania irracjonalne. Poziom napięcia osiągał szczyty. W autobusach i tramwajach wybuchały awantury z byle powodu, kierowcy pojazdów odmawiali interwencji.

– Żaden kierowca nie zniesie nieprzerwanej agresji pasażerów. Albo da mi pan gumową pałkę, gaz pieprzowy i rewolwer, albo niech pan sam prowadzi tramwaj – słyszeli szefowie miejskich firm transportowych od swoich podwładnych.

Ludzie poruszający się po ulicach przypominali bardziej duchy niż żywe osoby: opuszczone ramiona, wzrok wlepiony z ziemię, wyraz zagubienia na twarzy zdradzał głęboki stand depresji.

– Ci nieszczęśnicy widzą świat wyłącznie w barwach czerni lub bieli. To nie wada wzroku, wywołana przez wirusa Draculę, ale głęboka depresja – profesor Zybe, wyrażał kilkakrotnie zaniepokojenie stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. W telewizji doradca prezydenta wystąpił nieogolony i w rozciągniętym szarym swetrze. Sam prezydent od pewnego czasu nie pojawiał się publicznie. Krążyły pogłoski, ze zaraził się wirusem i leży w szpitalu.

Odc. 19 Deprawacja

Szybko podupadające ekonomicznie społeczeństwo domagało się pomocy państwa. Mnożyły się demonstracje, oskarżenia i żądania pod adresem rządu, w końcu pojawiły się groźby. Rząd i opozycja okopali się na swoich przyczółkach przyjmując wobec siebie jednoznacznie wrogą postawę. W obydwu obozach obwiązywało hasło „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Premier Chudy czuł się bezsilny. Kilkakrotnie publicznie obrzucono go obelgami. Ze względu na bezpieczeństwo ukazywał się w miejscach publicznych za pancernym szkłem.

– To szkło jest nie tylko pancerne, ale również powiększające. Bez powiększenia nikt by go nie zauważył – szydził przywódca opozycji, pseudonim Wróbel. Szyderstwa z obydwu stron stały się niewybredne. Przeciwnicy wyśmiewali go, że porusza rękami jak ptak z przetrąconymi skrzydłami. Mimo tego, niepozornej sylwetki i niezbyt mocnego głosu, jego popularność w społeczeństwie rosła.

Niepowodzenie szczepień spowodowało demoralizację. Niewielu obywateli uważało, że coś może się poprawić. Większość z niepokojem myślała o przyszłości. Ludzie stali się cyniczni. Kwitł nepotyzm. Kierownicy wyższych szczebli w aparacie państwowym zatrudniali w swoich obszarach wpływów ludzi bliskich. Przeważnie byli to członkowie rodziny, żony, mężowie, dzieci, a nawet dziadkowie. Wykształcenie i doświadczenie przestało mieć znaczenie. Upowszechniły się hasła: „nie święci garnki lepią”, „lepiej, czy gorzej, aby do przodu”, „nikt mi łaski nie robi, że pracuję”.

Sytuacja epidemiologiczna i społeczna wymykała się z rąk władzy. Opozycja twierdziła, że rząd jest zdezorientowany, zbyt rozlazły, aby widzieć co się dzieje, i bez pomysłu, aby wziąć ster w mocne ręce i zrobić coś pozytywnego. Wkrótce w kraju pojawiły się pierwsze grupy przestępcze, łączące ludzi różnych profesji, urzędników administracji państwowej, pracowników uczelni, kierowców ciężarówek, nauczycieli, policjantów i przedszkolanki. Ich przywódcy twierdzili, że rząd wprawdzie istnieje, ale nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja i co powinien zrobić. Dla osób przedsiębiorczych rząd przestał cokolwiek znaczyć.

– Każdy musi radzić sobie sam – stało się dewizą. – Inaczej poumieramy z głodu.

– Jesteśmy na prostej drodze do bezhołowia i anarchii – diagnozowali ludzie na placach targowych, w marketach i na przystankach autobusowych. Kiedy w sposób niezrozumiały dla otoczenia zaczęli znikać ludzie głośno komentujący zdarzenia polityczne, zaczęto rozmawiać szeptem.

Odc. 20 Awaria w składnicy

U szczytu niepowodzeń rząd potykał się o własne nogi, zaliczając po kolei wpadki. Największą okazała się awaria systemu utrzymywania szczepionek w niskiej temperaturze. W Składnicy Materiałów Strategicznych, zarządzanej i pilnowanej przez wojsko, warownej jak forteca, gdzie przechowywano szczepionki dla całego kraju, nastąpiła awaria elektryczna. Dowództwo składnicy było przygotowane na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut uruchomione zostały rezerwowe generatory prądu opalane gazem płynnym.

– Padł system zasilania. Podjęliśmy natychmiastowe działania naprawcze. Panujemy nad sytuacją – meldunek dowódcy składnicy, generała Rosko, brzmiał w uszach premiera jak szczeknięcia psa ostrzegającego jeża przed wchodzeniem mu w drogę.

Po upływie godziny wysiadły generatory rezerwowe. Wybuchła panika; zgasła jak tylko personel przypomniał sobie, że są placówką wojskową, od której oczekuje się zimnej krwi i determinacji w pokonywaniu przeciwności. Natychmiast wezwana pomoc techniczna nic nie dała. Ekipa naprawcza z nowymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Zanim je podłączono i uruchomiono, dwa miliony szczepionek uległo zepsuciu. Dowództwo składnicy podjęto natychmiastową decyzję ich utylizacji; spalono je w tym samym piecu, gdzie palono kontrabandę marihuany i innych narkotyków. Sporządzono protokół zniszczenia bezużytecznego materiału.  

– Sprawa nie mogła czekać; zepsute szczepionki stanowiły zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grupy utylizacyjnej.

Opozycja i niezależne media podniosły wielkie larum. Był to czarny dzień dla dowództwa wojskowego i rządu. Premier obiecał natychmiastowe śledztwo:

– Zrobimy to rzetelnie i szybko, powołamy nawet komisję śledczą jeśli trzeba.

Już następnego dnia okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

– Byłoby to powielanie normalnego śledztwa prowadzonego przez prokuraturę, a przecież nie ma lepszych fachowcy niż nasi prokuratorzy – podsumował minister zdrowia.

– Oczywiście prokuratorzy przypną się do dyszla szybciej niż koń dorożkarski i pociągną bryczkę ze śledztwem do przodu, pod górę, gdzie tylko trzeba – szydził Wróbel, przywódca opozycji, usiłujący wysforować się na czoło polityków walczących o uwagę społeczną.

Prokuratorka, młoda, ambitna nowicjuszka, której przydzielono śledztwo przez omyłkę, ponieważ nosiła takie samo nazwisko jak doświadczona prokuratorka, bardzo szybko ujawniła, że większość szczepionek nie została zniszczenia.

– Wiemy na pewno to, że zostały one wywiezione potajemnie poza teren składnicy i rozpłynęły się jak smutna melodia w gęstej mgle. Przepraszam za to poetyckie porównanie. Ważne jest to, że śledztwo jest kontynuowane, wszystko zostanie ujawnione, sprawcy odnalezieni, postawieni w stan oskarżenia i skazani. To, co jest możliwe do odzyskania, odzyskamy. Jestem optymistką.

Odc. 21 Śledztwo

Pojawiła się pogłoska, że większość szczepionek skradziono kilka godzin przed awarią i wywieziono za granicę, aby je sprzedać za duże pieniądze.

– Prawdopodobnie do Arabii Saudyjskiej, bo to najbogatszy kraj i tam znajdują się główne ośrodki decyzji politycznych i gospodarczych – pisał Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, redaktor działu „Nowiny” „Gazety Porannej”.

Wbrew zapowiedziom młodej prokuratorki śledztwo wstrzymano, a ją samą zwolniono z obowiązku jego prowadzenia. Rzecznik premiera wyjaśnił na konferencji prasowej:

 – Potrzebujemy więcej czasu na zebranie dowodów. Oskarżenia są poważne a sprawa jest skomplikowana także politycznie. Jest tak wiele wątków, że wymienię tylko ważniejsze: prawny, wojskowy, organizacyjny, polityczny, społeczny i państwowy. Śledztwo jest rozwojowe, wymaga kontynuacji, która doprowadzi nas po nitce do kłębka tajemnicy. Prokurator Magdalena Siwa okazała się zbyt młoda i bez dostatecznego doświadczenia, aby skutecznie poprowadzić śledztwo. To się zmieniło.

Kilka dni po awarii prądu w składnicy wybuchł pożar. Jak to się stało nie wiadomo, ponieważ system ostrzegania przeciwpożarowego był pomyślnie przetestowany miesiąc wcześniej.

– To prawdopodobnie wina czujników elektronicznych, ale to musimy dopiero sprawdzić we współpracy z fachowcami pożarnictwa. Nie wykluczamy też sabotażu, błędu w sztuce instalacji czujników, nawet interwencji agentów obcych państw. Niczego nie wykluczamy, nawet najczarniejszych scenariuszy – poinformowała przywrócona do prowadzenia śledztwa  doświadczona prokuratorka. 

Pod koniec roku córka ministra zdrowia kupiła dwie rezydencje, jedną we Francji na Lazurowym Wybrzeżu a drugą na portugalskiej Maderze. Fakty te ujawnił publicznie Wróbel, przywódca opozycji. Szef resortu zdrowia natychmiast zaprzeczył informacjom, nazywając je wyssanymi z palca insynuacjami.

– To co mówi przywódca opozycji jest podłe. To szyta grubymi nićmi afera, obliczona na to, aby pogrążyć mnie i rząd.

Kiedy rewelacje opozycji okazały się prawdziwe i pojawiły się dowody, wywiady, zdjęcia i dokumenty, minister zmienił front: tłumaczył, że córka miała pieniądze, ponieważ trzy miesiące wcześniej wyszła za mąż za barona Tuxedo de Nascimiento, niezwykle bogatego Hiszpana.

– Jest to osoba bardzo zamożna, szanowana, magnat przemysłowy. Baron cieszy się szacunkiem w Hiszpanii, jest spokrewniony z rodziną królewską. Mogę być tylko dumny, że moja córka tak dobrze wyszła za mąż. To zaszczyt dla mnie i mojej rodziny. Także dla naszego kraju, jeśli ktoś wierzy w honor, patriotyzm i dobro wspólne.

Odc. 22 Tajemnice i afery

Sprawa ślubu córki ministra zdrowia i barona oraz zakupu dwóch uroczych nieruchomości okazała się skomplikowana, pojawiły się dwuznaczności a nawet wątpliwości, czy przedstawione czarno na białym dowody nie zostały sprokurowane. Niejasne były okoliczności zawarcia ślubu oraz pozycja społeczna i majątkowa pana młodego. Liczne zdjęcia dokumentowały ślub, nie widomo było jednak, gdzie i dokładnie kiedy został on zawarty. Baron Tuxedo de Nascimiento odmówił udzielenia informacji w tej sprawie. Musiał mieć swoich wrogów, ponieważ pojawiły się pogłoski, że nie dysponował nawet śmierdzącym groszem, był zubożałym arystokratą-hulaką, a jedyne, co naprawdę posiadał to była to długa lista tytułów arystokratycznych oraz ogromny apetyt na bogaty ożenek. Zawsze o nim mówiono, że jeśli ktoś chce się wżenić w starą arystokrację hiszpańską, to baron stanowi doskonałą partię. Jeden z dziennikarzy badających sprawę na miejscu w Hiszpanii, kiedy rozluźnił się po kilku drinkach siedząc przy stoliku w pubie „Oksana”,  powiedział:

– Ten Tuxedo jest takim baronem jak ja dyrygentem orkiestry dętej w krainie różowych dębów.

Jego wypowiedź wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, nic jednak do śledztwa nie wniosła. Sprawa małżeństwa córki ministra zdrowia i nabycia dwóch nieruchomości za granicą pozostała tajemnicą.

Wraz z aferą szczepionkową premier Chudy przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu. Wcześniej skarżył się w miarę często, więc nagła zmiana zachowania trochę zaskoczyła obywateli słuchających jego wystąpień. Na początku panowało przekonanie, że w jego życiu nic się nie zmieniło. Potem zauważono, że zaczął dużo podróżować po świecie do najlepszych kurortów. Zapytany o to, powtarzał niezmiennie:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że należy z niego korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Po upływie niecałych dwunastu miesięcy od pierwszych szczepień okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Już po czterech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zaczęli chorować na wirusa. Szczepionki okazały się nieskuteczne. Jaka była skala zjawiska, nikt tego nie wiedział. Pod adresem rządu kierowane były liczne pytania. Niepokoili się obywatele i lekarze.

– Prowadzimy intensywne śledztwo. Sprawa jest ważna i rozwojowa.

Niezależni dziennikarze i opozycja od pewnego czasu zwracali uwagę, że ilekroć jakaś sprawa była zabagniona i wynikła z niej afera, rząd używał określeń „prowadzimy intensywne śledztwo, uważamy je za ważne i rozwojowe”.

Afera z nieskutecznymi szczepionkami ciągnęła się i nigdy nie została wyjaśniona do końca. Ktokolwiek interweniował, zgłaszał poważną wątpliwość czy groził ujawnieniem jakiejś prawdy, napotykał przykrości: ktoś przebił mu opony, porysował lakier nowego samochodu, ktoś dzwonił z pogróżkami albo dla żartu informował go, że podłożono bombę w biurze, gdzie pracował lub straszył nieokreślonym nieszczęściem. Był to nowy wymiar rzeczywistości; społeczeństwo nie od przyjęło go do świadomości.

Stopniowo kłopoty osób i redakcji prowadzących dochodzenia nasilały się. Na początku zniknęli w nieznanych okolicznościach dwaj dziennikarze śledczy. Co się dokładnie stało, nie wiadomo.

– Wyjechali na narty w góry i nie powrócili – tłumaczyły zaniepokojone rodziny.

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *